Życiowy rollercoaster - Kwintylion - ebook
NOWOŚĆ

Życiowy rollercoaster ebook

Kwintylion

0,0

Opis

Sukces potrafi oślepić. Upadek nie pozostawia złudzeń.

Jarek zaczyna od zera, bez kapitału, kontaktów i zaplecza. Krok po kroku buduje firmę w branży BHP. Zdobywa pierwszych klientów, podpisuje kolejne umowy, aż w końcu osiąga upragnioną stabilność. Wydaje się, że najtrudniejsze już za nim.

Wszystko zmienia jedna decyzja wspólnika.

W ciągu kilku dni firma, na którą pracował latami, staje na krawędzi bankructwa. Długi rosną, wierzyciele pukają do drzwi, a problemy zawodowe zaczynają przenikać do życia prywatnego. Małżeństwo Jarka przechodzi poważny kryzys, a jego świat rozpada się na kawałki.

Czy po takim upadku można jeszcze się podnieść?

„Życiowy rollercoaster” to autobiograficzna opowieść o ambicji, ryzyku i zdradzie, o tym, jak łatwo stracić wszystko i jak trudno zacząć od nowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 250

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dzieciństwo

Dzie­ciń­stwo pa­mię­tam jako pa­smo do­brych chwil utka­nych z ra­do­ści i eks­cy­ta­cji. Mia­łem pacz­kę ko­le­gów, z któ­ry­mi się trzy­ma­łem. To był czas bez te­le­fo­nów, z ogra­ni­czo­ną licz­bą ka­na­łów w te­le­wi­zji, a więk­szość cza­su spę­dza­ło się na po­dwór­ku. Ja by­łem od naj­młod­szych lat za­an­ga­żo­wa­ny w sport. Bo­isko, któ­re było miej­scem na­szych spo­tkań, mia­ło bram­ki, ko­sze oraz wy­dzie­lo­ną bież­nię. Masę cza­su tam spę­dza­li­śmy. Ży­łem ak­tyw­nie i spo­ty­ka­łem się z ludź­mi, któ­rzy tak­że pro­wa­dzi­li po­dob­ny styl ży­cia. Był ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych. Ko­mu­na sy­pa­ła się przez re­for­my Gor­ba­czo­wa, a w PRL wpro­wa­dza­no co­raz więk­szą licz­bę swo­bód. Pach­nia­ło wol­no­ścią i dzię­ki dzia­łal­no­ści So­li­dar­no­ści dwa lata póź­niej do­cze­ka­li­śmy się upad­ku ko­mu­ni­zmu i wpro­wa­dze­nia sys­te­mu de­mo­kra­tycz­ne­go. Zbie­ra­łem się z ko­le­ga­mi na po­dwór­ku. Po­sze­dłem po An­drze­ja, któ­ry miesz­kał klat­kę obok. Za­dzwo­ni­łem do­mo­fo­nem, na któ­rym na­zwi­sko było już nie­mal cał­kiem star­te. Po krót­kim sy­gna­le ode­zwał się głos mat­ki ko­le­gi.

– Czy jest Ma­rek? – za­py­ta­łem.

– Tak, już go daję.

– Halo? Cześć – przy­wi­tał się An­drzej.

– Da­waj na dół, idzie­my na bo­isko.

– Okej, za pięć mi­nut będę.

Ja­rek po­ja­wił się przy wej­ściu do klat­ki ubra­ny w ko­lo­ro­wy T-shirt z pił­ka­rzem. Na szyi miał sznu­rek z klu­cza­mi, a w kie­sze­niach parę cu­kier­ków. Po­czę­sto­wał mnie i po­szli­śmy po resz­tę pacz­ki. Był wa­ka­cyj­ny dzień, czer­wiec. Bez­tro­ska wy­peł­nia­ła na­sze du­sze i uli­ce. Per­spek­ty­wa pra­wie dwóch mie­się­cy wa­ka­cji i ca­ło­dzien­nej za­ba­wy na po­dwór­ku wpra­wia­ła nas w do­bry hu­mor. Lę­bork był ma­łym mia­stem. Tu każ­dy każ­de­go znał. My czu­li­śmy się jak kró­lo­wie jed­ne­go kwar­ta­łu ulic. Wbie­gli­śmy na mu­ra­wę przez dziu­rę w za­rdze­wia­łym ogro­dze­niu. Roz­bie­gli­śmy się po bo­isku z prze­tar­tą tra­wą i dwo­ma spo­ry­mi bram­ka­mi.

– Gra­my mecz! Ja z Jar­kiem i Piotr­kiem na was trój­kę! – krzyk­ną­łem.

– Okej, ale bram­karz lot­ny i zmia­ny co gola! – od­krzyk­nął Ja­rek.

– Stoi, ale my za­czy­na­my – po­wie­dzia­łem i wzią­łem pił­kę, po czym roz­po­czą­łem mecz z po­ło­wy bo­iska.

Za­mar­ko­wa­łem po­da­nie, oki­wa­łem prze­ciw­ni­ka i bie­głem na łeb na szy­ję wzdłuż bocz­nej li­nii bo­iska, po czym po­da­łem do Ar­tu­ra. Uda­ło mu się oki­wać ko­le­gę z prze­ciw­nej dru­ży­ny, a ja wbie­głem w pole kar­ne. Wy­sta­wi­łem rękę, Ar­tur kop­nął pił­kę, któ­ra osią­gnę­ła od­po­wied­nią pa­ra­bo­lę lotu; ob­ser­wo­wa­łem, jak okrą­gły przed­miot leci w moją stro­nę ni­czym me­te­or. Przy­go­to­wa­łem się, bio­rąc obroń­cę na ple­cy i gdy pił­ka zbli­ża­ła się w pole kar­ne, wy­sko­czy­łem i ude­rzy­łem ją z głów­ki w stro­nę bram­ki. Pił­ka skie­ro­wa­ła się w gór­ne, lewe okien­ko i wpa­dła do bram­ki. Bram­karz nie zdo­łał jej do­się­gnąć, za­miast tego z hu­kiem opadł na zie­mię.

– Gol! – wy­da­łem z sie­bie okrzyk eks­cy­ta­cji i po­bie­głem w sza­leń­czym pę­dzie do Ar­tu­ra.

Roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny ko­le­ga przy­bił mi piąt­kę i wró­ci­li­śmy do gry. Dłu­go nie mo­głem za­po­mnieć per­fek­cyj­nej ak­cji na mia­rę re­pre­zen­ta­cji Pol­ski z lat świet­no­ści z Boń­kiem, Dey­ną czy Latą na cze­le. Wy­gra­li­śmy ten mecz dwo­ma bram­ka­mi i po­tem uda­li­śmy się na krót­ki od­po­czy­nek. Po­szli­śmy do oko­licz­ne­go skle­pu. Za drob­ne, któ­re każ­dy wy­skro­bał z kie­sze­ni, ku­pi­li­śmy po oran­ża­dzie i chip­sy. Za ostat­nie pie­nią­dze ku­pi­łem śmie­tan­ko­we­go loda na pa­ty­ku. Ja­kie ży­cie było wte­dy pięk­ne! Wy­star­czy­ły nam lody, oran­ża­da i gra w pił­kę, żeby osią­gnąć peł­nię szczę­ścia.

Wró­ci­li­śmy na bo­isko i po wy­pi­ciu oran­ża­dy zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy za­wo­dy w bie­ga­niu. Ści­ga­li­śmy się, wy­obra­ża­jąc so­bie, że star­tu­je­my w Olim­pia­dzie. Po paru go­dzi­nach wró­ci­li­śmy na po­dwór­ko. Rzę­dy gier­kow­skich blo­ków pię­trzy­ły się na ho­ry­zon­cie, a mię­dzy nimi znaj­do­wał się be­ton i tro­chę zie­le­ni. Ba­wi­li­śmy się w cho­wa­ne­go. Na­gle z okna roz­legł się głos mo­jej mamy. Mu­sia­łem opu­ścić kry­jów­kę.

– Ma­rek do domu na obiad.

– Mamo, ba­wi­my się, póź­niej zjem.

– Nie. Marsz do domu, bo już nie wyj­dziesz! – od­par­ła sta­now­czym gło­sem mama.

– Do­bra, już idę – od­po­wie­dzia­łem zre­zy­gno­wa­ny.

Po­sze­dłem na górę i szyb­ko wbie­głem do domu. Od­wie­si­łem sznu­rek z klu­cza­mi, zdją­łem buty i wie­dzio­ny za­pa­chem pul­pe­tów, ziem­nia­ków i ćwi­kły, wbie­głem do kuch­ni. Cze­kał na mnie ta­lerz pe­łen mię­sa i do­dat­ków. Ja­dłem, aż mi się uszy trzę­sły i po pię­ciu mi­nu­tach mia­łem przed sobą pu­sty ta­lerz. Wy­pi­łem kom­pot, wy­grze­ba­łem ka­wał­ki owo­ców pal­cem, pa­ła­szu­jąc je rów­nie szyb­ko co obiad. Wy­bie­głem, a mama krzyk­nę­ła za mną: „Uwa­żaj na sie­bie i wróć o dwu­dzie­stej”. Nie zdą­ży­łem po­twier­dzić, bo by­łem już na dole, gdzie roz­po­czą­łem ko­lej­ną run­dę za­ba­wy.

W te wa­ka­cje ro­bi­li­śmy tak­że inne rze­czy. Kre­atyw­ność na­sza nie zna­ła gra­nic. Wy­star­czył ka­wa­łek po­dwór­ka, mie­cze zbi­te z de­sek przez na­szych oj­ców i wy­obraź­nia, któ­ra zwy­kłe po­dwór­ko prze­obra­ża­ła w sce­ne­rię ro­dem z fil­mu Krzy­ża­cy. Dzie­li­li­śmy się na Krzy­ża­ków oraz woj­ska pol­skie i wal­czy­li­śmy. Pio­trek miał tar­czę zbi­tą z de­sek, a resz­ta pa­łę­ta­ła się po traw­ni­ku z pro­wi­zo­rycz­ny­mi mie­cza­mi. Ugo­dzi­łem w pierś Piotr­ka, któ­ry te­atral­nym ge­stem padł na tra­wę. Resz­ta wojsk za­rżnę­ła prze­ciw­ni­ków. Uda­ło się po­ko­nać Krzy­ża­ków. Cie­szy­li­śmy się trium­fem jak ni­g­dy.

In­ne­go dnia od­da­li­śmy się szu­ka­niu skar­bów za­in­spi­ro­wa­ni fil­mem Pan Sa­mo­cho­dzik. Po­dzie­le­ni na gru­py eks­plo­ro­wa­li­śmy par­ki, za­ka­mar­ki na­sze­go po­zor­nie sza­re­go po­dwór­ka.

Po pół go­dzi­nie zna­leź­li­śmy wy­ma­rzo­ny skarb – skrzy­nia peł­na zło­tych mo­net i kosz­tow­no­ści była zwień­cze­niem świet­nej za­ba­wy. Po chwi­li ko­le­dzy prze­bra­ni za pi­ra­tów nam ją ukra­dli i za­czął się ko­lej­ny roz­dział za­ba­wy, po­le­ga­ją­cy na od­bi­ciu skar­bu.

Czę­stą za­ba­wą było cho­dze­nie po pło­cie. Spo­ty­ka­li­śmy się na krań­cu osie­dla. W tle ma­ja­czy­ły dwa blo­ki, któ­re wy­glą­da­ły jak wierz­choł­ki ma­je­sta­tycz­nych gór. Wspi­na­li­śmy się na górę i z fi­ne­zją al­pi­ni­stów cho­dzi­li­śmy po gór­nej kra­wę­dzi. Sze­dłem po me­ta­lo­wym ogro­dze­niu ni­czym akro­ba­ta w cyr­ku i spo­glą­da­łem na dół – zie­lo­ny traw­nik i za­rdze­wia­łe pla­ce za­baw wy­ra­sta­ły jak spod zie­mi, a ja pew­nie prze­miesz­cza­łem się do ko­lej­ne­go seg­men­tu ogro­dze­nia niby do baj­ko­wej kra­iny. Ko­le­dzy szli za mną i wy­gry­wał ten, któ­ry za­szedł naj­da­lej. Sta­rusz­ki z za­ku­pa­mi mi­ja­ły nas i wy­krzy­ki­wa­ły, że zro­bi­my so­bie krzyw­dę, jed­nak my nie­wzru­sze­ni prze­stro­ga­mi ko­biet po­dą­ża­li­śmy na­dal sami. Wiatr sma­gał na­sze po­licz­ki, słoń­ce wta­pia­ło się w na­sze cia­ła pro­mie­nia­mi, eks­plo­du­jąc skwa­rem, a czap­ki na gło­wach mia­ły nas chro­nić przed dziu­rą ozo­no­wą. Do­bie­głem do koń­ca pło­tu, aż do be­to­no­we­go muru, bę­dą­ce­go czę­ścią za­kła­du prze­my­sło­we­go.

– Wy­gra­łem!

– Oszu­ki­wa­łeś, sze­dłeś pierw­szy.

– Tak wy­lo­so­wa­li­śmy, wy­gra­łem! Ku­pu­je­cie mi oran­ża­dę – od­rze­kłem dum­ny ze swo­je­go wy­czy­nu.

Na­za­jutrz znów spo­tka­li­śmy się pod ogro­dze­niem, jak­by to było świę­te drze­wo, pod któ­re­go ko­ro­ną do­stę­po­wa­li­śmy bo­skiej ilu­mi­na­cji. Ka­wa­łek dru­tu i me­ta­lu stwa­rza­ły nie­ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści za­ba­wy. Pio­trek wszedł na ogro­dze­nie i ni­czym prze­wod­nik sta­da ru­szył. Wspią­łem się na ogro­dze­nie za nim i szyb­kim tem­pem sta­ra­łem się go do­go­nić. Po­ma­rań­czo­wa ko­szul­ka wy­glą­da­ła ni­czym boja, a jego wło­sy po­ru­sza­ne były po­dmu­cha­mi wia­tru. Był o jed­no przę­sło pło­tu da­lej ode mnie. Wiatr za­wiał. Pio­trek spoj­rzał na gru­pę dzie­cia­ków idą­cą od stro­ny po­dwór­ka, za­wa­hał się, po czym ru­nął na zie­mię. Ze­sko­czy­łem szyb­ko z ogro­dze­nia i do­bie­głem do ko­le­gi. Le­żał na zie­mi z roz­bi­tym łok­ciem.

– Nic ci nie jest?

– Nie wiem, chy­ba nie – po­wie­dział Pio­trek i się ro­ze­śmiał.

Ja rów­nież się ro­ze­śmia­łem. Gdy Pio­trek ochło­nął, wró­ci­li­śmy do za­ba­wy w naj­lep­sze.

Cho­dzi­li­śmy po drze­wach, cie­sząc się każ­dym dniem. Or­ga­ni­zo­wa­li­śmy za­ba­wy, kto wy­żej wej­dzie. Czę­sto wy­gry­wa­łem te po­dwór­ko­we kon­kur­sy. Nie­za­po­mnia­ne były pod­cho­dy, gdy ba­wi­li­śmy się na osie­dlach po­dzie­le­ni na dwie gru­py. Pa­mię­tam ma­lo­wa­nie strza­łek, ukry­wa­nie się w za­ro­ślach czy wy­my­śla­nie za­dań dla prze­ciw­nej dru­ży­ny. Czę­sto ba­wi­li­śmy się w „kije”.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia, gdy słoń­ce już chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, za­ba­wę w ber­ka prze­rwał głos mo­jej mamy. Do­bie­gał z okna. Spoj­rza­łem w górę i zo­ba­czy­łem ją, jak w su­kien­ce w gro­chy mówi do mnie:

– Ja­rek, do domu!

– Ale jesz­cze się ba­wi­my.

– Już wy­star­czy. Jest dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści, ko­la­cja na sto­le.

– Jesz­cze dzie­sięć mi­nut, pro­szę!

– Jak nie przyj­dziesz za­raz, to ju­tro w ogó­le nie wyj­dziesz – od­po­wie­dzia­ła su­ro­wym to­nem ro­dzi­ciel­ka.

Z no­sem na kwin­tę po­że­gna­łem się z ko­le­ga­mi i uda­łem się do domu.

W okre­sie dzie­ciń­stwa i cza­sów na­sto­let­nich by­li­śmy od­da­ni gra­niu w pił­kę, w ko­sza, co póź­niej prze­ro­dzi­ło się w po­waż­ną pa­sję – za­ko­cha­łem się w fo­ot­bal­lu i przez wie­le lat tre­no­wa­łem go w klu­bie. Wów­czas bodź­co­wa­li­śmy je­den dru­gie­go.

Ro­dzi­ce pierw­szy raz po­zwo­li­li mi się wy­brać nad je­zio­ro. Po­je­cha­li­śmy ro­we­ra­mi w sze­ściu. Była to wiel­ka eska­pa­da, bo je­zior­ko znaj­do­wa­ło się oko­ło czte­rech ki­lo­me­trów od domu. Je­cha­ło się osie­dla­mi i la­skiem. Do­je­cha­li­śmy tam zmę­cze­ni i od razu od­da­li­śmy się za­ba­wie w wo­dzie. Ska­ka­li­śmy na bom­bę, nur­ko­wa­li­śmy i ba­wi­li­śmy się w ber­ka w wo­dzie. Ten dzień ja­wił się jako ra­do­sny – wów­czas pierw­szy raz po­czu­łem wol­ność, łak­ną­łem bar­dziej to­wa­rzy­stwa ko­le­gów ani­że­li ro­dzi­ców. Le­że­li­śmy na kocu, je­dząc droż­dżów­ki za­ku­pio­ne przez na­sze mamy. Wra­ca­jąc, ści­ga­li­śmy się ro­we­ra­mi i ob­sta­wia­li­śmy, któ­ry pierw­szy do­je­dzie do na­sze­go blo­ku. Świet­ny dzień za­koń­czył się po­wro­tem do domu oko­ło dwu­dzie­stej.

Wsze­dłem do domu przez dę­bo­we drzwi i uj­rza­łem bo­aze­rię i szaf­kę na buty.

– Gdzie się po­dzie­wa­łeś? Mia­łeś być przed dzie­więt­na­stą trzy­dzie­ści.

– Ką­pa­li­śmy się i stra­ci­łem ra­chu­bę cza­su…

– Mar­twi­łam się! Wiesz, ile osób się tam uto­pi­ło? Ja­rek, do­trzy­muj sło­wa, bo dru­gi raz cię nie pusz­czę!

– Do­brze, prze­pra­szam.

Po­sze­dłem do kuch­ni, gdzie cze­ka­ła na mnie ko­la­cja zło­żo­na z czte­rech ka­na­pek z szyn­ką, ozdo­bio­nych rzod­kiew­ką i zie­lo­nym ogór­kiem. Ja­dłem, bo by­łem głod­ny jak wilk. Woda po­bu­dzi­ła mój ape­tyt do gra­nic moż­li­wo­ści. Pi­łem her­ba­tę i ja­dłem, mlasz­cząc. Opo­wie­dzia­łem ma­mie, co ro­bi­li­śmy nad je­zio­rem. Ona słu­cha­ła mnie, oglą­da­jąc se­rial na sta­rym te­le­wi­zo­rze.

Wakacje

Po­cho­dzę z dość bied­nej ro­dzi­ny – nie było nas stać na wa­ka­cje. Nie jeź­dzi­łem na ko­lo­nie czy obo­zy mło­dzie­żo­we, wa­ka­cje spę­dza­łem u bab­ci w Tcze­wie.

Mój oj­ciec po­cho­dził z Kre­sów Wschod­nich, dla­te­go czę­sto wy­bie­ra­li­śmy się na Li­twę. Do­ro­śli jeź­dzi­li wów­czas na sak­sy, żeby po­pra­wić swój sta­tus ma­te­rial­ny, a ja za­nu­rza­łem się w świat wa­ka­cyj­nej bez­tro­ski. Po­zna­wa­łem wie­lu ko­le­gów i wie­le ko­le­ża­nek oraz ćwi­czy­łem swój ro­syj­ski, któ­re­go uczy­łem się od czwar­tej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. W pią­tej kla­sie spę­dzi­łem na Li­twie dwa mie­sią­ce, a w szó­stej moje wy­pa­dy na Kre­sy Wschod­nie do­pro­wa­dzi­ły do tego, że mó­wi­łem per­fect po ro­syj­sku. To były lata osiem­dzie­sią­ty szó­sty i osiem­dzie­sią­ty siód­my. Z po­zna­ny­mi wte­dy ludź­mi utrzy­my­wa­łem kon­takt po­przez pi­sa­nie li­stów, w któ­rych wy­mie­nia­li­śmy od­czu­cia i zda­wa­li­śmy re­la­cje z dnia co­dzien­ne­go.

Ni­g­dy nie za­po­mnę po­dró­ży po­cią­giem na Wschód. Mia­łem może sie­dem-osiem lat i po­dró­żo­wa­łem z oj­cem na Li­twę. Skład zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, szli­śmy z oj­cem za­tło­czo­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi w po­szu­ki­wa­niu wol­ne­go prze­dzia­łu, któ­rych było jak na le­kar­stwo. Wi­dzie­li­śmy, jak lu­dzie prze­my­ca­li to­wa­ry, by choć tro­chę po­pra­wić swój byt.

Za­trzy­ma­li nas w Kuź­ni­cy Bia­ło­stoc­kiej, gdzie za­czę­ła się oso­bli­wa pro­ce­du­ra pod­no­sze­nia wa­go­nów na le­wa­rach, pod­kła­da­nia pod nich wóz­ków, by moż­li­wa była dal­sza po­dróż. Wy­ni­ka­ło to z in­ne­go roz­sta­wu to­rów na Li­twie. W tym cza­sie pa­sa­że­rów pod­da­wa­no kon­tro­li. Spraw­dza­li lu­dzi, re­wi­du­jąc ich rze­czy i prze­dzia­ły. W tym cza­sie nie moż­na było na­wet wyjść do ła­zien­ki, co dla wie­lu osób było pro­ble­ma­tycz­ne.

Pa­mię­tam, jak no­co­wa­li­śmy wów­czas w ku­szet­ce, a oj­ciec dał mi zło­to i ka­zał ukryć w ustach. Zro­bi­łem to, trak­tu­jąc ów fakt jako za­ba­wę. Oj­ciec wie­dział, że dziec­ka nie będą re­wi­do­wać. W pa­mię­ci mam wi­dok ro­syj­skich te­le­wi­zo­rów po­zo­sta­wio­nych na pe­ro­nie, któ­re lu­dzie w po­pło­chu wsia­da­ją­cy do po­cią­gu za­po­mnie­li za­brać. Wy­jaz­dy ko­le­ją na Li­twę były nie­za­po­mnia­ne. Dziś mnie to śmie­szy, w tam­tym cza­sie nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, co lu­dzie ro­bi­li pod­czas po­dró­ży.

Dzie­ciń­stwo mia­ło słod­ko-gorz­ki smak i do dziś bu­dzi we mnie skraj­ne emo­cje. Z jed­nej stro­ny mło­dzień­cze lata były bez­tro­skie, ob­fi­tu­ją­ce w za­ba­wy na po­dwór­ku, cho­dze­nie po pło­tach, grę w pił­kę czy za­ba­wy „w kije”. Ca­ło­dzien­ne bie­ga­nie z klu­czem na szyi w wa­ka­cyj­ne, go­rą­ce dni do dziś przy­wo­dzi mi na myśl po­zy­tyw­ną falę wspo­mnień, za­le­wa­ją­cą per­cep­cję ni­czym przy­jem­na mor­ska fala. Dru­gą stro­ną me­da­lu był zim­ny wy­chów, po­le­ga­ją­cy na cał­ko­wi­tym bra­ku oka­zy­wa­nia emo­cji i wy­cho­wy­wa­nie mnie twar­dą ręką. Ni­g­dy w ży­ciu nie usły­sza­łem słów: „ko­cham cię”, „je­stem z tobą”, „je­steś war­to­ścio­wym czło­wie­kiem”, co za­pew­ni­ło­by mi nie­zbęd­ne cie­pło i do­da­ło otu­chy w trud­nych chwi­lach. Szorst­kość w re­la­cjach rzu­to­wa­ła na mnie i spo­wo­do­wa­ła de­fi­cy­ty, któ­re skut­ko­wa­ły po­wie­la­niem cią­gle tych sa­mych błę­dów w do­ro­sło­ści. Chcia­łem czuć się po­trzeb­ny, co do­pro­wa­dza­ło do tego, że czę­sto lu­dzie mnie wy­ko­rzy­sty­wa­li. Nie mam pre­ten­sji do mo­ich ro­dzi­ców; po­dej­rze­wam, że oni sami nie otrzy­ma­li cie­pła od swo­ich ro­dzi­ców, dla­te­go wy­cho­wy­wa­li mnie tak, jak umie­li.

Pew­ne­go razu, gdy by­łem na­sto­lat­kiem, wró­ci­łem z prze­gra­ne­go me­czu pił­ki noż­nej. Wi­siel­czy na­strój spra­wiał, że nie mia­łem ocho­ty na je­dze­nie. Za­mkną­łem się w swo­im po­ko­ju; pro­ble­my się pię­trzy­ły – od­rzu­co­na mi­łość, trud­no­ści z jed­nym przed­mio­tem i ten mecz, do­peł­nia­ją­cy cza­rę go­ry­czy. Po­ło­ży­łem się na ma­łym łóż­ku i wpa­try­wa­łem w pla­ka­ty pił­ka­rzy. Za­czą­łem pła­kać w po­dusz­kę, a moje cia­ło było całe w spa­zmach. Tak bar­dzo chcia­łem, żeby ro­dzi­ce przy­szli do mo­je­go po­ko­ju i mnie przy­tu­li­li.

Czy to, kur­wa, tak dużo? Przyjść i po­cie­szyć swo­je dziec­ko? Czy ja pro­szę o zbyt wie­le?

Jed­nak wie­dzia­łem, że praw­do­po­do­bień­stwo ta­kie­go zda­rze­nia było nie­mal ta­kie samo jak zna­le­zie­nia wa­liz­ki z mi­lio­nem do­la­rów pod­czas po­ran­ne­go spa­ce­ru do szko­ły. Mia­łem dość wszyst­kie­go i wte­dy po raz pierw­szy zro­zu­mia­łem, że moi ro­dzi­ce są da­le­cy od ide­ału. Za­pew­nia­li mi byt, ale nie wspie­ra­li mnie emo­cjo­nal­nie. Pła­ka­łem, a gdy do­sze­dłem do sie­bie, po­sze­dłem ob­myć twarz. Póź­niej w mil­cze­niu zja­dłem obiad i jak­by ni­g­dy nic wy­sze­dłem na po­dwór­ko. Od­gło­sy krzy­ków i ko­pa­nej pił­ki two­rzy­ły so­und­track ty­po­we­go po­po­łu­dnia w Lę­bor­ku pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych.

Ro­dzi­ce ko­cha­li mnie na swój spo­sób, zu­peł­nie tego nie oka­zu­jąc. Jak­by wy­ja­wie­nie tego uczu­cia wią­za­ło się z szy­ka­na­mi za­gra­ża­ją­cy­mi ży­ciu. Dziś z per­spek­ty­wy cza­su wiem, że dzie­ciń­stwo oku­pi­łem du­żym ła­dun­kiem emo­cjo­nal­nym. My­śla­łem, że nie speł­niam ocze­ki­wań ro­dzi­ców, i chy­ba na­praw­dę tak było. Choć za­opie­ko­wa­ny czu­łem się bez­piecz­nie, ży­łem w domu po­zba­wio­nym emo­cji i uczuć, a na­sze re­la­cje były opar­te na ogra­ni­cze­niach i uwa­run­ko­wa­niach do­ty­czą­cych tego, co się może wy­da­rzyć, cze­go nie wol­no. Ten sche­mat mi nie od­po­wia­dał i w ży­ciu do­ro­słym sta­ra­łem się po­stę­po­wać do­kład­nie od­wrot­nie.

Zga­dzam się ze stwier­dze­niem, że sta­je­my się tym, czym na­siąk­nie­my za mło­du. Ale z dru­giej stro­ny sta­ra­my się zmie­nić to, co nie po­do­ba­ło nam się w na­szym wy­cho­wa­niu i w ro­dzi­cach. Moi nie oka­zy­wa­li mi ni­g­dy uczuć, dla­te­go ja, ma­jąc już ro­dzi­nę, wręcz prze­sad­nie czę­sto mó­wi­łem im „ko­cham”. Nad­uży­wa­łem tego sło­wa, szcze­gól­nie pod­czas mo­je­go mał­żeń­stwa. Je­den z mo­ich przy­ja­ciół po­wie­dział mi kie­dyś:

– Tak czę­sto mó­wisz „ko­cham”, że to sło­wo po­wsze­dnie­je, tra­ci swo­ją „moc”. Rów­nie do­brze mógł­byś mó­wić „dupa”.

– Z jed­nej stro­ny ro­zu­miem, ale ja taki je­stem. Mam ogrom­ną po­trze­bę wy­ra­ża­nia uczuć w ten spo­sób, bo w moim ro­dzin­nym domu tego za­bra­kło…

Oj­ciec pra­co­wał na ro­dzi­nę i rze­czy­wi­ście ni­g­dy nam ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Dbał o byt ma­te­rial­ny, co dało pod­wa­li­ny pod bez­pie­czeń­stwo. Sta­rał się mi po­ka­zy­wać war­to­ści ta­kie jak: bez­pie­czeń­stwo, szcze­rość, trans­pa­rent­ność. Od nie­go na­uczy­łem się, że punk­tu­al­ność i szcze­rość to naj­waż­niej­sze ce­chy, któ­re i ja prze­ja­wiam. Ro­dzi­ce do­zo­wa­li mi te war­to­ści na prze­strze­ni lat, co do­pro­wa­dzi­ło do roz­jaz­du emo­cjo­nal­ne­go mię­dzy nami. Oj­ciec chciał ze mnie zro­bić zło­tą rącz­kę, ale kom­plet­nie się do tego nie nada­wa­łem. Mi­ło­ścią była pił­ka, a po­tem chęć otwo­rze­nia wła­sne­go biz­ne­su. Oj­ciec twier­dził, że nic nie osią­gnę w ży­ciu, ale mó­wił tak, bo nie znał tego świa­ta – ni­g­dy nie pro­wa­dził fir­my, więc dla nie­go to było zu­peł­nie obce. Mama zaj­mo­wa­ła się do­mem i wy­cho­wa­niem mnie, re­pre­zen­tu­jąc po­pu­lar­ny mo­del pol­skiej ro­dzi­ny. Mąż pra­co­wał i za­pew­niał byt, a żona zaj­mo­wa­ła się do­mem i dzieć­mi. Była stłam­szo­na w związ­ku, nie wal­czy­ła o sie­bie, a w sto­sun­ku do mnie tak­że była zim­na. Nie oka­zy­wa­ła uczuć, po­dob­nie jak tata, co może wy­ni­ka­ło ze spo­so­bu, w jaki zo­sta­ła wy­cho­wa­na.

Z ko­le­ga­mi do­ga­dy­wa­łem się per­fek­cyj­nie. By­łem na tyle in­te­li­gent­ny, żeby wie­dzieć, że nie na­le­ży wcho­dzić nie­po­trzeb­nie w zwar­cia. Za­wsze wie­dzia­łem, kie­dy się wy­co­fać. Obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, by­łem lu­bia­ny przez ró­wie­śni­ków. Do­mi­nu­ją­cy­mi ce­cha­mi mo­je­go cha­rak­te­ru były: szcze­rość, otwar­tość, nie­wy­wyż­sza­nie się. Mimo że bra­ko­wa­ło mi wspar­cia i wy­ra­ża­nia uczuć przez ro­dzi­ców, naj­le­piej się czu­łem w swo­im domu, dla­te­go lu­bi­łem za­pra­szać ko­le­gów do sie­bie. Sa­me­mu nie prze­pa­da­łem za wi­zy­ta­mi w ob­cych do­mach.

Ró­wie­śni­cy z chę­cią do nas przy­cho­dzi­li, bo za­wsze byli miło ugosz­cze­ni, oj­ciec grał z nami w sza­chy, w bry­dża. Miło spę­dza­li­śmy czas i pod­czas tych ko­le­żeń­skich wi­zyt bu­do­wa­łem re­la­cje nie tyl­ko z nimi, lecz i z mo­imi ro­dzi­ca­mi.

Czę­sto się spo­ty­ka­łem z moim przy­ja­cie­lem Ar­kiem, do któ­re­go mia­łem duże za­ufa­nie. Miesz­ka­li­śmy na jed­nej uli­cy. Gra­li­śmy w prze­ciw­nych klu­bach, ale to nam nie prze­szka­dza­ło. Pew­ne­go razu spo­tka­łem się wła­śnie na mu­ra­wie z Ar­kiem. Mecz się roz­po­czął, a my sta­nę­li­śmy ze sobą w szran­ki. Jako na­past­nik po otrzy­ma­niu po­da­nia ata­ko­wa­łem bram­kę, a Arek do­biegł do mnie i po chwi­li pró­bo­wał zro­bić wślizg, lecz za po­mo­cą kiw­nię­cia zmie­ni­łem kie­ru­nek i ru­szy­łem w stro­nę pola kar­ne­go. Po­da­łem ko­le­dze, a ten ode­grał mi, gdy wbie­ga­łem, po­sy­ła­jąc pił­kę w lewe okien­ko. Strze­li­łem gola. Na­stęp­nie bro­ni­łem An­drze­ja i do­cią­gnę­li­śmy ten mecz do koń­ca. On grał w Po­go­ni Lę­bork, a ja w Sto­lem Gnie­wi­no. Moja dru­ży­na wy­gra­ła. Po me­czu, gdy wy­cho­dzi­li­śmy ze sta­dio­nu, Arek pod­szedł do mnie. Miał na ra­mie­niu spor­to­wą tor­bę, a jego twarz była czer­wo­na ze zmę­cze­nia.

– Zno­wu ci się uda­ło, Ja­rek. Gra­tu­lu­ję – po­wie­dział z prze­ką­sem.

– Dzię­ki, ale dziś by­li­śmy lep­si. Już szyb­ko nie po­wtó­rzy­cie suk­ce­su sprzed mie­sią­ca.

– Two­je nie­do­cze­ka­nie.

Szli­śmy, ga­wę­dząc i śmie­jąc się. In­nych może dzi­wił ob­raz dwóch roz­ma­wia­ją­cych się ze sobą go­ści z kon­ku­ren­cyj­nych klu­bów, ale my by­li­śmy przy­ja­ciół­mi i klub nie mógł sta­nąć na dro­dze na­szej przy­jaź­ni.

Z Łu­ka­szem sta­li­śmy się przy­ja­ciół­mi, od­kąd do­szedł do na­szej kla­sy. Była to iście szcze­ra re­la­cja, przez lata by­li­śmy w do­brej ko­mi­ty­wie. By­li­śmy wo­bec sie­bie ul­tra­lo­jal­ni. Jed­nak jak się lu­dzie roz­jeż­dża­ją i spo­ty­ka­ją róż­ne oso­by na swo­jej dro­dze, to się zmie­nia­ją. Nie moż­na pa­trzeć na ko­goś ocza­mi sprzed dwu­dzie­stu lat, bo to jest chciej­stwo. Tak jak­by­śmy na siłę chcie­li ko­goś za­trzy­mać; chce­my, żeby ta oso­ba się nie zmie­nia­ła. W rze­czy­wi­sto­ści nasz ko­le­ga mógł się zmie­nić pod wpły­wem czyn­ni­ków ze­wnętrz­nych, a nie tyl­ko bra­ku wspól­nej re­la­cji. Ra­zem cho­dzi­li­śmy na mia­sto, póź­niej wspól­nie gra­li­śmy w pił­kę. Była to czy­sta i trans­pa­rent­na re­la­cja, póź­niej każ­dy z nas po­szedł w swo­ją stro­nę. Osta­tecz­nie na­sze dro­gi ro­ze­szły się, po­nie­waż star­to­wał do mo­jej żony i nie po­tra­fił utrzy­mać huci na wo­dzy, prze­sta­jąc być lo­jal­nym w sto­sun­ku do mnie.

Poznanie Alicji

Kie­dy stu­dio­wa­łem w Szko­le Ban­ko­wej, wpa­dła mi w oko Ali­cja – blon­dyn­ka o ład­nej twa­rzy, ide­al­nie wy­kro­jo­nych ustach i kształt­nych pier­siach. Była moim ide­ałem ko­bie­ty; kie­dy pierw­szy raz ją zo­ba­czy­łem, moż­na po­wie­dzieć, że się w niej za­ko­cha­łem. Na­sza zna­jo­mość tak na­praw­dę za­czę­ła się nie na nud­nych wy­kła­dach z eko­no­mii czy sta­ty­sty­ki, ale pod­czas dłu­gich po­dró­ży po­cią­giem. Pa­mię­tam, jak pierw­szy raz spo­tka­łem ją w po­cią­gu. Był po­nie­dzia­łek – zi­mo­wy po­ra­nek chło­dził oszro­nio­ne chod­ni­ki i przy­pró­szo­ne śnie­giem tro­tu­ary oraz ko­ro­ny drzew, ob­raz za oknem prze­su­wał się zu­peł­nie jak w fo­to­pla­sti­ko­nie, a ja sie­dzia­łem wpa­trzo­ny w pola osre­brzo­ne bia­ły­mi cza­pa­mi śnie­gu.

Obok mnie usia­dła Ali­cja i za­czę­li­śmy roz­ma­wiać. Co­raz bar­dziej kon­cen­tro­wa­łem się na jej nie­co­dzien­nym fi­zys – wą­skich, moc­no za­ry­so­wa­nych kred­ką ustach, du­żych oczach i blond wło­sach, któ­rych koń­có­wek co ja­kiś czas do­ty­ka­ła. Nie mo­głem ode­rwać wzro­ku od du­żych pier­si, któ­re wy­zwa­la­ły we mnie po­żą­da­nie – z tru­dem trzy­ma­łem je na wo­dzy. Pierw­sza kon­wer­sa­cja w po­cią­gu była na tyle miła, że od­tąd już za­wsze wra­ca­li­śmy ra­zem z za­jęć, roz­ma­wia­jąc. Spo­ty­ka­li­śmy się w dro­dze na uczel­nię, a po­wro­ty do na­szych do­mów już ni­g­dy nie były sa­mot­ne. Miesz­ka­ła w Gdy­ni-Lesz­czyn­ka i pa­mię­tam, jak wy­sia­da­ła, ma­cha­jąc mi na po­że­gna­nie.

Ja póź­niej od­pro­wa­dza­łem ją wzro­kiem przez szy­bę. Na­sze roz­mo­wy z te­ma­tów uczel­nia­nych ro­bi­ły się co­raz bar­dziej in­tym­ne. Ko­le­żeń­ska re­la­cja prze­ro­dzi­ła się w przy­ja­ciel­ską, a ta bar­dzo szyb­ko przy­bra­ła ro­man­tycz­ny cha­rak­ter. Zo­sta­li­śmy parą.

Po roku przy­jeż­dża­łem do Ali­cji przed za­ję­cia­mi. Wi­ta­ła mnie ład­ną fi­gu­rą, bluz­ką opi­na­ją­cą się na pier­siach i usta­mi, w któ­rych za­nu­rza­łem swo­je. Po na­mięt­nym po­ca­łun­ku zni­ka­li­śmy w ma­łym, po­nad czter­dzie­sto­me­tro­wym miesz­ka­niu w blo­ku. Miesz­ka­ła w nim z ro­dzi­ca­mi, a ja czę­sto u nich prze­sia­dy­wa­łem. Było już po za­ję­ciach, więc po­uczy­li­śmy się, a po­tem oglą­da­li­śmy film w po­ko­ju. Chwi­la in­tym­no­ści – po­ca­łun­ki i cie­pło wła­snych ciał. Le­że­li­śmy na łóż­ku, ma­rząc o in­tym­nych mo­men­tach. Jed­nak ro­dzi­ce byli w po­ko­ju obok, co nas krę­po­wa­ło. Do środ­ka we­szła jej mama.

– Tu­taj masz koł­drę i po­szwę, Jar­ku. Li­czę, że bę­dzie­cie spać osob­no – po­wie­dzia­ła, ska­nu­jąc mnie wzro­kiem.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pani.

Jak wy­szła, spoj­rze­li­śmy się na sie­bie z Ali­cją i wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem.

Raz pa­mię­tam taką sce­nę. To jesz­cze było w cza­sie, gdy ofi­cjal­nie ze sobą nie by­li­śmy. Ku­pi­łem dużą ma­skot­kę, plu­szo­wą mysz, i wsia­dłem z nią do po­cią­gu. Duża, plu­szo­wa po­stać sie­dzia­ła obok mnie na sie­dze­niu. Przy­cią­ga­ła wzrok. Mia­ła sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, więc nie dało się jej nie za­uwa­żyć. W Gdy­ni wy­sze­dłem z nią pod pa­chą i uda­łem się na osie­dle Ali­cji. Pod blo­kiem za­uwa­ży­łem jej ów­cze­sne­go chło­pa­ka, któ­ry cze­kał na nią w sta­rym ma­lu­chu. Za­dzwo­ni­łem po nią – wy­szła do mnie, za­sko­czo­na po­da­run­kiem. Zdzi­wio­na, rzu­ci­ła mi się na szy­ję i po­ca­ło­wa­ła na­mięt­nie. Po chwi­li mi­nął nas sta­ry ma­luch z chło­pa­kiem w środ­ku. Od­rzu­co­ny mło­dzie­niec był po­ru­szo­ny i smut­ny.

Ali­cja do­sta­ła le­piej płat­ną pra­cę w City Ban­ku w cha­rak­te­rze kie­row­nicz­ki skarb­ca. Ja na­dal uczy­łem się i nie pra­co­wa­łem, po­zo­sta­jąc na gar­nusz­ku ro­dzi­ców. Tam­ten okres ob­fi­to­wał w parę epic­kich, wspól­nych wy­jaz­dów: wa­ka­cje na Ka­szu­bach, wy­jazd w góry i na syl­we­stra pod War­sza­wę. Ali­cja chcia­ła być ze mną, dla­te­go rzu­ci­ła wszyst­ko i prze­pro­wa­dzi­ła się do mnie do Lę­bor­ka. Bez zna­jo­mych ani pra­cy po­je­cha­ła do ob­ce­go mia­sta za mną. Ja wów­czas roz­krę­ca­łem fir­mę. Dwa lata póź­niej otwo­rzy­łem od­dział fir­my w Trój­mie­ście. Przez jej ro­dzi­nę ten ruch był uzna­wa­ny jako bez­sen­sow­ny i mie­li do mnie o to pre­ten­sje. Ona prze­pro­wa­dzi­ła się do Lę­bor­ka, a ja dwa lata póź­niej wra­cam z fir­mą do Trój­mia­sta.

By­łem wów­czas moc­no sfo­ku­so­wa­ny na pro­wa­dze­niu biz­ne­su, pra­co­wa­łem od szó­stej do dwu­dzie­stej w ty­go­dniu, a tak­że w so­bo­ty, i na tym sku­pia­łem swo­ją uwa­gę. Ali­cja chcia­ła sta­bi­li­za­cji i lu­bi­ła spę­dzać czas w do­mo­wych pie­le­szach przy książ­ce czy fil­mie, a w week­en­dy je­chać na spa­cer do Łeby czy do po­bli­skie­go lasu. Ja po ak­tyw­nym ty­go­dniu wo­la­łem iść do klu­bu na tań­ce, aby przy al­ko­ho­lu się zre­lak­so­wać i za­po­mnieć o pro­ble­mach. Tro­chę za­czę­ło nam się wszyst­ko roz­jeż­dżać. Mój zna­jo­my do­ra­dził nam, że­by­śmy zde­cy­do­wa­li się na dziec­ko, co mia­ło nam po­móc ule­czyć na­szą re­la­cję.

Mie­li­śmy inne dą­że­nia. Ali­cja była mi­ni­ma­list­ką, któ­ra ce­ni­ła so­bie bez­pie­czeń­stwo i spo­kój. Ja by­łem na­sta­wio­nym na roz­wój fir­my biz­nes­me­nem z żył­ką spor­tow­ca. Co­raz czę­ściej w związ­ku po­ja­wia­ły się tąp­nię­cia, aż cała re­la­cja za­czę­ła się sy­pać. Gdy uro­dził się mój syn, nam już nie było po dro­dze. Pod­ję­li­śmy de­cy­zję o roz­sta­niu, a ja mu­sia­łem wal­czyć o kon­takt z sy­nem, bo Ali­cja utrud­nia­ła na­sze spo­tka­nia.

Otwo­rzy­łem nowy od­dział fir­my w Szcze­ci­nie. Mia­łem wię­cej pra­cy i wy­na­ją­łem miesz­ka­nie, żeby móc do­glą­dać racz­ku­ją­ce­go biz­ne­su. Miesz­ka­łem w Szcze­ci­nie i wra­ca­łem do Lę­bor­ka tyl­ko na week­en­dy. Na­sza re­la­cja była w kiep­skiej kon­dy­cji, pró­bo­wa­li­śmy to ra­to­wać dziec­kiem – Ali­cja za­szła w cią­żę i ocze­ki­wa­li­śmy swo­je­go po­tom­ka.

Pa­mięt­ny syl­we­ster. Miesz­ka­nie w blo­ku zmie­ni­ło się w eks­klu­zyw­ną re­stau­ra­cję z ba­lo­na­mi i ser­pen­ty­na­mi zwi­sa­ją­cy­mi z ży­ran­do­la. Sze­dłem z bu­tel­ką wód­ki i szam­pa­na po pod­ło­dze po­kry­tej kon­fet­ti. Zna­jo­mi, mu­zy­ka, al­ko­hol. Moja cię­żar­na part­ner­ka śmie­ją­ca się pod­czas roz­mo­wy z Jolą. Ma­jąc co­raz bar­dziej w czu­bie, scho­dzi­łem na in­tym­ne te­ma­ty; po­tok słów prze­ta­czał się przez moje gar­dło, tak­ty Mo­dern Tal­king wy­do­sta­wa­ły się przez bal­kon na małe, lę­bor­skie osie­dle zbu­do­wa­ne z wiel­kiej pły­ty. Po dru­giej w nocy, gdy Ali­cja już spa­ła, a w domu zo­sta­ły je­dy­nie nie­do­bit­ki zna­jo­mych, za­czą­łem roz­ma­wiać z Jolą. Ład­na bru­net­ka z wy­dat­nym biu­stem i usta­mi po­ma­lo­wa­ny­mi kar­ma­zy­no­wą szmin­ką wdzię­czy­ła się do mnie i nie­win­nie ze mną flir­to­wa­ła. Roz­mo­wa, flirt, a póź­niej skró­ce­nie dy­stan­su. Kon­wer­sa­cja prze­ro­dzi­ła się we wza­jem­ne do­ty­ka­nie się, a póź­niej seks w jed­nym z po­koi. Wzią­łem Jolę i łap­czy­wie roz­pią­łem jej sta­nik – jej pier­si zna­la­zły się w mo­jej buzi, pie­ści­łem jej sut­ki i szyb­ko zdją­łem majt­ki. Za­bez­pie­czy­łem się i za­czą­łem po­ru­szać się w jej po­wab­nym cie­le. Wbi­ja­ła we mnie pa­znok­cie i stę­ka­ła, co ja tłu­mi­łem ręką, za­sła­nia­jąc jej usta. Zro­bi­li­śmy to dwu­krot­nie, a na­stęp­nie le­że­li­śmy obok sie­bie, przy­tu­la­jąc się i roz­ma­wia­jąc, jak zwy­kle czy­nią ko­chan­ko­wie po wspól­nie spę­dzo­nej nocy.

Nowy Rok. Ska­co­wa­ny ja­dłem śnia­da­nie w kuch­ni – za ro­le­ta­mi roz­cią­gał się ob­raz sen­ne­go Lę­bor­ka. Mia­łem wra­że­nie, że całe mia­sto le­czy kaca po syl­we­stro­wej za­ba­wie. Był Nowy Rok, nowe pla­ny i po­sta­no­wie­nia do­mi­no­wa­ły w roz­mo­wach, a ja sie­dzia­łem nad ka­nap­ką z szyn­ką i kub­kiem her­ba­ty. W mo­jej gło­wie roz­bły­sły fle­szbe­ki: in­tym­ne zbli­że­nie z Jolą, wi­dok jej zgrab­nych nóg ugi­na­ją­cych się pod mo­imi ru­cha­mi, kształt­ne pier­si, któ­re pie­ści­łem. Ali­cja z wiel­kim brzu­chem uda­ła się do dru­gie­go po­ko­ju. Sprzą­ta­ła miesz­ka­nie, bę­dą­ce jed­nym wiel­kim po­bo­jo­wi­skiem po im­pre­zie. Od­ku­rza­ła z pod­ło­gi kon­fet­ti, zbie­ra­ła pu­ste bu­tel­ki i po­pra­wi­ła kapę na ka­na­pie.

– Ja­rek, po­dejdź tu na chwi­lę – po­wie­dzia­ła.

Wsta­łem i po­cią­gnąw­szy so­wi­ty łyk her­ba­ty, po­sze­dłem do ma­łe­go po­ko­ju. Uj­rza­łem Ali­cję, trzy­ma­ją­cą w ręku na­szyj­nik ze szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi.

– Czy­je to jest? – za­py­ta­ła, wbi­ja­jąc we mnie zim­ny wzrok.

Ze­bra­łem w so­bie siły, wes­tchną­łem i od­po­wie­dzia­łem.

– Prze­spa­łem się z Jolą wczo­raj.

– Prze­spa­łeś się?! – od­po­wie­dzia­ła, jak­by nie do koń­ca ro­zu­mia­ła.

– Ali­cja, już od ja­kie­goś cza­su się od sie­bie od­da­la­my i nie wi­dzę już dla nas szans. Chcę odejść, ale będę dbać o cie­bie i na­sze dziec­ko. Będę ci po­ma­gał.

Od­po­wie­dział mi moc­ny szloch. Ali­cja usia­dła na ka­na­pie i ukry­ła twarz w dło­niach. Pła­ka­ła przed dłuż­szy czas. Pró­bo­wa­łem ją uspo­ko­ić, ale ka­za­ła mi so­bie iść.

Po­sze­dłem do sy­pial­ni i wy­cią­gnąw­szy dużą wa­liz­kę, zgar­ną­łem rze­czy do jej wnę­trza. Po chwi­li by­łem już go­to­wy do wyj­ścia. Przy­tu­li­łem Ali­cję i wy­sze­dłem. Ona była zdru­zgo­ta­na i za­sko­czo­na nie tyle zdra­dą, co moim odej­ściem. Na od­chod­ne za­py­ta­ła, czy zo­sta­wię jej psa, któ­ry był wy­sta­wia­ny przez nas na licz­nych wy­sta­wach jako cham­pion. Zgo­dzi­łem się i ulot­ni­łem w gę­stym po­wie­trzu Lę­bor­ka.

Z Jolą nie by­łem – póź­niej dla mnie pra­co­wa­ła, ale tyl­ko przez pe­wien czas spo­ty­ka­li­śmy się to­wa­rzy­sko.

W okre­sie by­cia z Ali­cją my­śla­łem, że „to jest to”. Z cza­sem do­sze­dłem do wnio­sku, że to nie może być obiek­tyw­nie praw­dzi­we, bo to była pierw­sza mi­łość. Uświa­do­mi­łem so­bie, że to było za­uro­cze­nie. Do­wo­dem na po­par­cie tej tezy był fakt, że ni­g­dy nie po­tra­fi­łem jej po­wie­dzieć „ko­cham cię”. Ni­g­dy nie usły­sza­łem też tego wy­zna­nia z ust Ali­cji. Po pro­stu chcie­li­śmy być ze sobą, two­rzyć coś ra­zem. Ali­cja była pierw­szą ko­bie­tą, z któ­rą chcia­łem być. By­łem nią za­uro­czo­ny, po­zna­wa­li­śmy swo­je przy­zwy­cza­je­nia i sie­bie na­wza­jem.

Z per­spek­ty­wy lat pa­trzę na to sze­rzej i stwier­dzam, że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­ga­ją, ale tyl­ko w fi­zy­ce. W związ­kach to nie dzia­ła… Mie­li­śmy inne cha­rak­te­ry, dą­że­nia i po­trze­by. Ja by­łem mak­sy­ma­li­stą, ona mi­ni­ma­list­ką. Dla niej ja­kieś zda­rze­nie, któ­re nie było złe, sta­wa­ło się au­to­ma­tycz­nie po­zy­tyw­ne. Dla mnie było co naj­wy­żej neu­tral­ne – ja chcia­łem wię­cej od ży­cia, chcia­łem roz­wi­jać fir­mę, za­ra­biać dużo, jeź­dzić po świe­cie, im­pre­zo­wać. Ali­cja wo­la­ła zo­stać w domu czy iść na spa­cer i nie­wie­le po­trze­bo­wa­ła od ży­cia. To nie mo­gło się udać, bo mię­dzy nami był dy­so­nans. Uwa­żam, że naj­faj­niej­szą rze­czą, jaka nam wy­szła, były na­sze dzie­ci. Za to je­stem jej wdzięcz­ny.

Przez pe­wien czas na­sze re­la­cje spro­wa­dza­ły się do spraw fi­nan­so­wych i po­świę­co­nych dzie­ciom. Ali­cja sta­ła się słu­pem w mo­jej fir­mie, po­nie­waż ja z po­wo­du dłu­gów za­cią­gnię­tych przez daw­ne­go wspól­ni­ka nie mo­głem za­ło­żyć fir­my na sie­bie. Zro­bi­ła to po­nie­kąd dla dzie­ci, po­nie­kąd dla mnie. Wiem, że fakt, że sta­ła się słu­pem mo­jej fir­my, jest do­wo­dem na to, że ufa mi bez­gra­nicz­nie.

Ali­cja od dwóch lat ma męża i ostat­nio za­pro­po­no­wa­łem jej pra­cę, po­nie­waż była aku­rat w po­trze­bie. Ja tak­że po­trze­bo­wa­łem pra­cow­ni­ka. Stwier­dzi­łem pod­czas roz­mo­wy z nią, że „swo­jej fir­my chy­ba nie oszu­ka”, a ona przy­zna­ła mi ra­cję. Moje dziec­ko po­wie­dzia­ło, że może na­sza fir­ma bę­dzie fir­mą ro­dzin­ną i że tak mu­sia­ło być. Mąż Ali­cji miał obiek­cje co do tego, ale – jak wi­dać – chy­ba to ob­ga­da­li, bo od lip­ca Ala za­czy­na pra­cę u mnie.

Nie je­ste­śmy ze sobą bli­sko dwie de­ka­dy. Przez ten okres nie zwie­rza­li­śmy się so­bie ze swo­je­go ży­cia. Wiem, że ona mia­ła mi za złe, że ją zo­sta­wi­łem, i przez pe­wien czas utrud­nia­ła mi kon­tak­ty z dzieć­mi, żeby się ode­grać. Jed­nak osta­tecz­nie ne­ga­tyw­ne emo­cje mię­dzy nami ode­szły w nie­byt, a dziś je­ste­śmy w do­brych re­la­cjach.

Od­by­łem też roz­mo­wę z moim oj­cem. Wró­ci­łem do ma­łe­go miesz­ka­nia, w któ­rym parę lat temu miesz­ka­łem. Bo­aze­ria na ścia­nie i bi­be­lo­ty oraz sta­ra wy­kła­dzi­na spra­wia­ły, że czu­łem się, jak­bym cof­nął się w cza­sie. Usia­dłem na­prze­ciw­ko ojca, któ­ry w ciem­nym ku­bra­ku i ko­szu­li wy­sto­so­wał w moim kie­run­ku deszcz epi­te­tów. Był wkur­wio­ny i znie­sma­czo­ny moim za­cho­wa­niem.

– Fa­cet nie zo­sta­wia, kur­wa, cię­żar­nej mat­ki z dziec­kiem i nie spier­da­la do Szcze­ci­na jak tchórz.

– Nam się już nie ukła­da­ło, tato.

– Więk­szo­ści mał­żeństw się nie ukła­da, ale ja­koś ze sobą wy­trzy­mu­ją. Trze­ba było na te­ra­pię iść, a nie roz­cho­dzić się. Spier­da­laj z Lę­bor­ka, nie chcę cię tu wię­cej wi­dzieć! – syk­nął przez zęby.

– Pier­dol się, tato – od­par­łem i wy­sze­dłem z miesz­ka­nia.

Na­stęp­ne­go dnia po odej­ściu od Ali­cji mój oj­ciec ka­zał mi wy­no­sić się z Lę­bor­ka. To sym­bo­licz­ne wy­rzu­ce­nie z ro­dzin­ne­go domu w tam­tym cza­sie było bodź­cem do dzia­ła­nia, jed­nak z per­spek­ty­wy cza­su do­sze­dłem do wnio­sku, że oj­ciec po­zba­wił mnie ro­dzin­ne­go domu w sen­sie me­ta­fi­zycz­nym. To nie była in plus sy­tu­acja, jak mi się pier­wot­nie wy­da­wa­ło… Po­kło­siem tego zda­rze­nia był fakt, że nie przy­wią­za­łem się do żad­nej nie­ru­cho­mo­ści – ku­po­wa­łem i sprze­da­wa­łem. Przez dwa­dzie­ścia osiem lat miesz­ka­nia w Trój­mie­ście, po­sia­da­łem aż dzie­więć nie­ru­cho­mo­ści. Nie mia­ło dla mnie zna­cze­nia, gdzie miesz­kam. Więk­szość nie­ru­cho­mo­ści na­le­ża­ła do mnie, ale ja te miesz­ka­nia wy­naj­mo­wa­łem lub sprze­da­wa­łem. Po sym­bo­licz­nym wy­rzu­ce­niu mnie z Lę­bor­ka przez ojca miesz­ka­łem w fir­mie. Ali­cja zo­sta­ła w miesz­ka­niu, któ­re na­le­ża­ło do niej – ku­pi­ła je w Lę­bor­ku po tym, jak sprze­da­ła miesz­ka­nie w Gdy­ni.

Po la­tach wiem, że wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się w moim ży­ciu, wy­da­rzy­ło się po coś. Nic, co ma­te­rial­ne, mnie nie krę­ci. To, co chcia­łem, już mia­łem: sa­mo­cho­dy, domy, miesz­ka­nia, wy­jaz­dy na eg­zo­tycz­ne wy­spy… Ży­cie ukształ­to­wa­ło mnie w taki spo­sób, że je­stem speł­nio­ny, ale nie szczę­śli­wy. Moja de­fi­ni­cja szczę­ścia brzmi: „być po­trzeb­nym ko­muś fi­zycz­nie, czuć się ko­cha­nym i móc ko­chać”. Choć je­stem usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny ze swo­je­go ży­cia, to nie czu­ję się szczę­śli­wy – to jest praw­dzi­wie smut­ne i no­stal­gicz­ne.

Od pierwszej pracydo pierw­szej fir­my

W li­ceum gra­łem w pił­kę noż­ną. In­wa­zyj­ne tre­nin­gi do­pro­wa­dzi­ły mnie w pew­nym mo­men­cie do po­waż­nej kon­tu­zji, któ­ra wy­klu­czy­ła mnie z gry na pół roku. Ba­łem się wró­cić – ko­lej­na kon­tu­zja mo­gła spo­wo­do­wać trwa­ły uszczer­bek na zdro­wiu.

Mu­sia­łem po­my­śleć, co da­lej. Zda­łem ma­tu­rę i z ra­cji za­in­te­re­so­wań hu­ma­ni­stycz­nych zło­ży­łem pa­pie­ry na wy­dział pra­wa. Pod­sze­dłem do eg­za­mi­nów wstęp­nych bez przy­go­to­wa­nia i jako je­den z pierw­szych opu­ści­łem salę. Po eg­za­mi­nie, któ­ry na­pi­sa­łem w nie­ca­łe czter­dzie­ści pięć mi­nut, po­sze­dłem z ko­le­gą na pla­żę. Ni­cze­go nie­świa­do­my ce­le­bro­wa­łem tę chwi­lę. Póź­niej oka­za­ło się, że za­bra­kło mi jed­ne­go punk­tu.

W ro­dzin­nym domu w Lę­bor­ku w po­ko­ju przy­wi­ta­li mnie ro­dzi­ce. Na twa­rzy mamy zo­ba­czy­łem tro­skę i prze­ra­że­nie. Oj­ciec – sta­now­czy i oschły – świ­dro­wał mnie nie­przy­chyl­nym wzro­kiem. Ro­dzi­ce usie­dli przede mną na fo­te­lu.

Wy­po­wiedź mat­ki prze­rwa­ła gro­bo­wą ci­szę:

– Co ty, synu, bę­dziesz ro­bił? […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Ży­cio­wy Rol­ler­co­aster

isbn: 978-83-8423-534-8

© Kwin­ty­lion i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czytja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zuwy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Płot­ka

ko­rek­ta: Mag­da­le­na Brze­zow­ska-Borcz

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.