Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sukces potrafi oślepić. Upadek nie pozostawia złudzeń.
Jarek zaczyna od zera, bez kapitału, kontaktów i zaplecza. Krok po kroku buduje firmę w branży BHP. Zdobywa pierwszych klientów, podpisuje kolejne umowy, aż w końcu osiąga upragnioną stabilność. Wydaje się, że najtrudniejsze już za nim.
Wszystko zmienia jedna decyzja wspólnika.
W ciągu kilku dni firma, na którą pracował latami, staje na krawędzi bankructwa. Długi rosną, wierzyciele pukają do drzwi, a problemy zawodowe zaczynają przenikać do życia prywatnego. Małżeństwo Jarka przechodzi poważny kryzys, a jego świat rozpada się na kawałki.
Czy po takim upadku można jeszcze się podnieść?
„Życiowy rollercoaster” to autobiograficzna opowieść o ambicji, ryzyku i zdradzie, o tym, jak łatwo stracić wszystko i jak trudno zacząć od nowa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 250
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dzieciństwo pamiętam jako pasmo dobrych chwil utkanych z radości i ekscytacji. Miałem paczkę kolegów, z którymi się trzymałem. To był czas bez telefonów, z ograniczoną liczbą kanałów w telewizji, a większość czasu spędzało się na podwórku. Ja byłem od najmłodszych lat zaangażowany w sport. Boisko, które było miejscem naszych spotkań, miało bramki, kosze oraz wydzieloną bieżnię. Masę czasu tam spędzaliśmy. Żyłem aktywnie i spotykałem się z ludźmi, którzy także prowadzili podobny styl życia. Był koniec lat osiemdziesiątych. Komuna sypała się przez reformy Gorbaczowa, a w PRL wprowadzano coraz większą liczbę swobód. Pachniało wolnością i dzięki działalności Solidarności dwa lata później doczekaliśmy się upadku komunizmu i wprowadzenia systemu demokratycznego. Zbierałem się z kolegami na podwórku. Poszedłem po Andrzeja, który mieszkał klatkę obok. Zadzwoniłem domofonem, na którym nazwisko było już niemal całkiem starte. Po krótkim sygnale odezwał się głos matki kolegi.
– Czy jest Marek? – zapytałem.
– Tak, już go daję.
– Halo? Cześć – przywitał się Andrzej.
– Dawaj na dół, idziemy na boisko.
– Okej, za pięć minut będę.
Jarek pojawił się przy wejściu do klatki ubrany w kolorowy T-shirt z piłkarzem. Na szyi miał sznurek z kluczami, a w kieszeniach parę cukierków. Poczęstował mnie i poszliśmy po resztę paczki. Był wakacyjny dzień, czerwiec. Beztroska wypełniała nasze dusze i ulice. Perspektywa prawie dwóch miesięcy wakacji i całodziennej zabawy na podwórku wprawiała nas w dobry humor. Lębork był małym miastem. Tu każdy każdego znał. My czuliśmy się jak królowie jednego kwartału ulic. Wbiegliśmy na murawę przez dziurę w zardzewiałym ogrodzeniu. Rozbiegliśmy się po boisku z przetartą trawą i dwoma sporymi bramkami.
– Gramy mecz! Ja z Jarkiem i Piotrkiem na was trójkę! – krzyknąłem.
– Okej, ale bramkarz lotny i zmiany co gola! – odkrzyknął Jarek.
– Stoi, ale my zaczynamy – powiedziałem i wziąłem piłkę, po czym rozpocząłem mecz z połowy boiska.
Zamarkowałem podanie, okiwałem przeciwnika i biegłem na łeb na szyję wzdłuż bocznej linii boiska, po czym podałem do Artura. Udało mu się okiwać kolegę z przeciwnej drużyny, a ja wbiegłem w pole karne. Wystawiłem rękę, Artur kopnął piłkę, która osiągnęła odpowiednią parabolę lotu; obserwowałem, jak okrągły przedmiot leci w moją stronę niczym meteor. Przygotowałem się, biorąc obrońcę na plecy i gdy piłka zbliżała się w pole karne, wyskoczyłem i uderzyłem ją z główki w stronę bramki. Piłka skierowała się w górne, lewe okienko i wpadła do bramki. Bramkarz nie zdołał jej dosięgnąć, zamiast tego z hukiem opadł na ziemię.
– Gol! – wydałem z siebie okrzyk ekscytacji i pobiegłem w szaleńczym pędzie do Artura.
Rozentuzjazmowany kolega przybił mi piątkę i wróciliśmy do gry. Długo nie mogłem zapomnieć perfekcyjnej akcji na miarę reprezentacji Polski z lat świetności z Bońkiem, Deyną czy Latą na czele. Wygraliśmy ten mecz dwoma bramkami i potem udaliśmy się na krótki odpoczynek. Poszliśmy do okolicznego sklepu. Za drobne, które każdy wyskrobał z kieszeni, kupiliśmy po oranżadzie i chipsy. Za ostatnie pieniądze kupiłem śmietankowego loda na patyku. Jakie życie było wtedy piękne! Wystarczyły nam lody, oranżada i gra w piłkę, żeby osiągnąć pełnię szczęścia.
Wróciliśmy na boisko i po wypiciu oranżady zorganizowaliśmy zawody w bieganiu. Ścigaliśmy się, wyobrażając sobie, że startujemy w Olimpiadzie. Po paru godzinach wróciliśmy na podwórko. Rzędy gierkowskich bloków piętrzyły się na horyzoncie, a między nimi znajdował się beton i trochę zieleni. Bawiliśmy się w chowanego. Nagle z okna rozległ się głos mojej mamy. Musiałem opuścić kryjówkę.
– Marek do domu na obiad.
– Mamo, bawimy się, później zjem.
– Nie. Marsz do domu, bo już nie wyjdziesz! – odparła stanowczym głosem mama.
– Dobra, już idę – odpowiedziałem zrezygnowany.
Poszedłem na górę i szybko wbiegłem do domu. Odwiesiłem sznurek z kluczami, zdjąłem buty i wiedziony zapachem pulpetów, ziemniaków i ćwikły, wbiegłem do kuchni. Czekał na mnie talerz pełen mięsa i dodatków. Jadłem, aż mi się uszy trzęsły i po pięciu minutach miałem przed sobą pusty talerz. Wypiłem kompot, wygrzebałem kawałki owoców palcem, pałaszując je równie szybko co obiad. Wybiegłem, a mama krzyknęła za mną: „Uważaj na siebie i wróć o dwudziestej”. Nie zdążyłem potwierdzić, bo byłem już na dole, gdzie rozpocząłem kolejną rundę zabawy.
W te wakacje robiliśmy także inne rzeczy. Kreatywność nasza nie znała granic. Wystarczył kawałek podwórka, miecze zbite z desek przez naszych ojców i wyobraźnia, która zwykłe podwórko przeobrażała w scenerię rodem z filmu Krzyżacy. Dzieliliśmy się na Krzyżaków oraz wojska polskie i walczyliśmy. Piotrek miał tarczę zbitą z desek, a reszta pałętała się po trawniku z prowizorycznymi mieczami. Ugodziłem w pierś Piotrka, który teatralnym gestem padł na trawę. Reszta wojsk zarżnęła przeciwników. Udało się pokonać Krzyżaków. Cieszyliśmy się triumfem jak nigdy.
Innego dnia oddaliśmy się szukaniu skarbów zainspirowani filmem Pan Samochodzik. Podzieleni na grupy eksplorowaliśmy parki, zakamarki naszego pozornie szarego podwórka.
Po pół godzinie znaleźliśmy wymarzony skarb – skrzynia pełna złotych monet i kosztowności była zwieńczeniem świetnej zabawy. Po chwili koledzy przebrani za piratów nam ją ukradli i zaczął się kolejny rozdział zabawy, polegający na odbiciu skarbu.
Częstą zabawą było chodzenie po płocie. Spotykaliśmy się na krańcu osiedla. W tle majaczyły dwa bloki, które wyglądały jak wierzchołki majestatycznych gór. Wspinaliśmy się na górę i z finezją alpinistów chodziliśmy po górnej krawędzi. Szedłem po metalowym ogrodzeniu niczym akrobata w cyrku i spoglądałem na dół – zielony trawnik i zardzewiałe place zabaw wyrastały jak spod ziemi, a ja pewnie przemieszczałem się do kolejnego segmentu ogrodzenia niby do bajkowej krainy. Koledzy szli za mną i wygrywał ten, który zaszedł najdalej. Staruszki z zakupami mijały nas i wykrzykiwały, że zrobimy sobie krzywdę, jednak my niewzruszeni przestrogami kobiet podążaliśmy nadal sami. Wiatr smagał nasze policzki, słońce wtapiało się w nasze ciała promieniami, eksplodując skwarem, a czapki na głowach miały nas chronić przed dziurą ozonową. Dobiegłem do końca płotu, aż do betonowego muru, będącego częścią zakładu przemysłowego.
– Wygrałem!
– Oszukiwałeś, szedłeś pierwszy.
– Tak wylosowaliśmy, wygrałem! Kupujecie mi oranżadę – odrzekłem dumny ze swojego wyczynu.
Nazajutrz znów spotkaliśmy się pod ogrodzeniem, jakby to było święte drzewo, pod którego koroną dostępowaliśmy boskiej iluminacji. Kawałek drutu i metalu stwarzały nieograniczone możliwości zabawy. Piotrek wszedł na ogrodzenie i niczym przewodnik stada ruszył. Wspiąłem się na ogrodzenie za nim i szybkim tempem starałem się go dogonić. Pomarańczowa koszulka wyglądała niczym boja, a jego włosy poruszane były podmuchami wiatru. Był o jedno przęsło płotu dalej ode mnie. Wiatr zawiał. Piotrek spojrzał na grupę dzieciaków idącą od strony podwórka, zawahał się, po czym runął na ziemię. Zeskoczyłem szybko z ogrodzenia i dobiegłem do kolegi. Leżał na ziemi z rozbitym łokciem.
– Nic ci nie jest?
– Nie wiem, chyba nie – powiedział Piotrek i się roześmiał.
Ja również się roześmiałem. Gdy Piotrek ochłonął, wróciliśmy do zabawy w najlepsze.
Chodziliśmy po drzewach, ciesząc się każdym dniem. Organizowaliśmy zabawy, kto wyżej wejdzie. Często wygrywałem te podwórkowe konkursy. Niezapomniane były podchody, gdy bawiliśmy się na osiedlach podzieleni na dwie grupy. Pamiętam malowanie strzałek, ukrywanie się w zaroślach czy wymyślanie zadań dla przeciwnej drużyny. Często bawiliśmy się w „kije”.
Pewnego popołudnia, gdy słońce już chyliło się ku zachodowi, zabawę w berka przerwał głos mojej mamy. Dobiegał z okna. Spojrzałem w górę i zobaczyłem ją, jak w sukience w grochy mówi do mnie:
– Jarek, do domu!
– Ale jeszcze się bawimy.
– Już wystarczy. Jest dziewiętnasta trzydzieści, kolacja na stole.
– Jeszcze dziesięć minut, proszę!
– Jak nie przyjdziesz zaraz, to jutro w ogóle nie wyjdziesz – odpowiedziała surowym tonem rodzicielka.
Z nosem na kwintę pożegnałem się z kolegami i udałem się do domu.
W okresie dzieciństwa i czasów nastoletnich byliśmy oddani graniu w piłkę, w kosza, co później przerodziło się w poważną pasję – zakochałem się w footballu i przez wiele lat trenowałem go w klubie. Wówczas bodźcowaliśmy jeden drugiego.
Rodzice pierwszy raz pozwolili mi się wybrać nad jezioro. Pojechaliśmy rowerami w sześciu. Była to wielka eskapada, bo jeziorko znajdowało się około czterech kilometrów od domu. Jechało się osiedlami i laskiem. Dojechaliśmy tam zmęczeni i od razu oddaliśmy się zabawie w wodzie. Skakaliśmy na bombę, nurkowaliśmy i bawiliśmy się w berka w wodzie. Ten dzień jawił się jako radosny – wówczas pierwszy raz poczułem wolność, łaknąłem bardziej towarzystwa kolegów aniżeli rodziców. Leżeliśmy na kocu, jedząc drożdżówki zakupione przez nasze mamy. Wracając, ścigaliśmy się rowerami i obstawialiśmy, który pierwszy dojedzie do naszego bloku. Świetny dzień zakończył się powrotem do domu około dwudziestej.
Wszedłem do domu przez dębowe drzwi i ujrzałem boazerię i szafkę na buty.
– Gdzie się podziewałeś? Miałeś być przed dziewiętnastą trzydzieści.
– Kąpaliśmy się i straciłem rachubę czasu…
– Martwiłam się! Wiesz, ile osób się tam utopiło? Jarek, dotrzymuj słowa, bo drugi raz cię nie puszczę!
– Dobrze, przepraszam.
Poszedłem do kuchni, gdzie czekała na mnie kolacja złożona z czterech kanapek z szynką, ozdobionych rzodkiewką i zielonym ogórkiem. Jadłem, bo byłem głodny jak wilk. Woda pobudziła mój apetyt do granic możliwości. Piłem herbatę i jadłem, mlaszcząc. Opowiedziałem mamie, co robiliśmy nad jeziorem. Ona słuchała mnie, oglądając serial na starym telewizorze.
Pochodzę z dość biednej rodziny – nie było nas stać na wakacje. Nie jeździłem na kolonie czy obozy młodzieżowe, wakacje spędzałem u babci w Tczewie.
Mój ojciec pochodził z Kresów Wschodnich, dlatego często wybieraliśmy się na Litwę. Dorośli jeździli wówczas na saksy, żeby poprawić swój status materialny, a ja zanurzałem się w świat wakacyjnej beztroski. Poznawałem wielu kolegów i wiele koleżanek oraz ćwiczyłem swój rosyjski, którego uczyłem się od czwartej klasy szkoły podstawowej. W piątej klasie spędziłem na Litwie dwa miesiące, a w szóstej moje wypady na Kresy Wschodnie doprowadziły do tego, że mówiłem perfect po rosyjsku. To były lata osiemdziesiąty szósty i osiemdziesiąty siódmy. Z poznanymi wtedy ludźmi utrzymywałem kontakt poprzez pisanie listów, w których wymienialiśmy odczucia i zdawaliśmy relacje z dnia codziennego.
Nigdy nie zapomnę podróży pociągiem na Wschód. Miałem może siedem-osiem lat i podróżowałem z ojcem na Litwę. Skład zdawał się ciągnąć w nieskończoność, szliśmy z ojcem zatłoczonymi korytarzami w poszukiwaniu wolnego przedziału, których było jak na lekarstwo. Widzieliśmy, jak ludzie przemycali towary, by choć trochę poprawić swój byt.
Zatrzymali nas w Kuźnicy Białostockiej, gdzie zaczęła się osobliwa procedura podnoszenia wagonów na lewarach, podkładania pod nich wózków, by możliwa była dalsza podróż. Wynikało to z innego rozstawu torów na Litwie. W tym czasie pasażerów poddawano kontroli. Sprawdzali ludzi, rewidując ich rzeczy i przedziały. W tym czasie nie można było nawet wyjść do łazienki, co dla wielu osób było problematyczne.
Pamiętam, jak nocowaliśmy wówczas w kuszetce, a ojciec dał mi złoto i kazał ukryć w ustach. Zrobiłem to, traktując ów fakt jako zabawę. Ojciec wiedział, że dziecka nie będą rewidować. W pamięci mam widok rosyjskich telewizorów pozostawionych na peronie, które ludzie w popłochu wsiadający do pociągu zapomnieli zabrać. Wyjazdy koleją na Litwę były niezapomniane. Dziś mnie to śmieszy, w tamtym czasie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co ludzie robili podczas podróży.
Dzieciństwo miało słodko-gorzki smak i do dziś budzi we mnie skrajne emocje. Z jednej strony młodzieńcze lata były beztroskie, obfitujące w zabawy na podwórku, chodzenie po płotach, grę w piłkę czy zabawy „w kije”. Całodzienne bieganie z kluczem na szyi w wakacyjne, gorące dni do dziś przywodzi mi na myśl pozytywną falę wspomnień, zalewającą percepcję niczym przyjemna morska fala. Drugą stroną medalu był zimny wychów, polegający na całkowitym braku okazywania emocji i wychowywanie mnie twardą ręką. Nigdy w życiu nie usłyszałem słów: „kocham cię”, „jestem z tobą”, „jesteś wartościowym człowiekiem”, co zapewniłoby mi niezbędne ciepło i dodało otuchy w trudnych chwilach. Szorstkość w relacjach rzutowała na mnie i spowodowała deficyty, które skutkowały powielaniem ciągle tych samych błędów w dorosłości. Chciałem czuć się potrzebny, co doprowadzało do tego, że często ludzie mnie wykorzystywali. Nie mam pretensji do moich rodziców; podejrzewam, że oni sami nie otrzymali ciepła od swoich rodziców, dlatego wychowywali mnie tak, jak umieli.
Pewnego razu, gdy byłem nastolatkiem, wróciłem z przegranego meczu piłki nożnej. Wisielczy nastrój sprawiał, że nie miałem ochoty na jedzenie. Zamknąłem się w swoim pokoju; problemy się piętrzyły – odrzucona miłość, trudności z jednym przedmiotem i ten mecz, dopełniający czarę goryczy. Położyłem się na małym łóżku i wpatrywałem w plakaty piłkarzy. Zacząłem płakać w poduszkę, a moje ciało było całe w spazmach. Tak bardzo chciałem, żeby rodzice przyszli do mojego pokoju i mnie przytulili.
Czy to, kurwa, tak dużo? Przyjść i pocieszyć swoje dziecko? Czy ja proszę o zbyt wiele?
Jednak wiedziałem, że prawdopodobieństwo takiego zdarzenia było niemal takie samo jak znalezienia walizki z milionem dolarów podczas porannego spaceru do szkoły. Miałem dość wszystkiego i wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że moi rodzice są dalecy od ideału. Zapewniali mi byt, ale nie wspierali mnie emocjonalnie. Płakałem, a gdy doszedłem do siebie, poszedłem obmyć twarz. Później w milczeniu zjadłem obiad i jakby nigdy nic wyszedłem na podwórko. Odgłosy krzyków i kopanej piłki tworzyły soundtrack typowego popołudnia w Lęborku pod koniec lat osiemdziesiątych.
Rodzice kochali mnie na swój sposób, zupełnie tego nie okazując. Jakby wyjawienie tego uczucia wiązało się z szykanami zagrażającymi życiu. Dziś z perspektywy czasu wiem, że dzieciństwo okupiłem dużym ładunkiem emocjonalnym. Myślałem, że nie spełniam oczekiwań rodziców, i chyba naprawdę tak było. Choć zaopiekowany czułem się bezpiecznie, żyłem w domu pozbawionym emocji i uczuć, a nasze relacje były oparte na ograniczeniach i uwarunkowaniach dotyczących tego, co się może wydarzyć, czego nie wolno. Ten schemat mi nie odpowiadał i w życiu dorosłym starałem się postępować dokładnie odwrotnie.
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że stajemy się tym, czym nasiąkniemy za młodu. Ale z drugiej strony staramy się zmienić to, co nie podobało nam się w naszym wychowaniu i w rodzicach. Moi nie okazywali mi nigdy uczuć, dlatego ja, mając już rodzinę, wręcz przesadnie często mówiłem im „kocham”. Nadużywałem tego słowa, szczególnie podczas mojego małżeństwa. Jeden z moich przyjaciół powiedział mi kiedyś:
– Tak często mówisz „kocham”, że to słowo powszednieje, traci swoją „moc”. Równie dobrze mógłbyś mówić „dupa”.
– Z jednej strony rozumiem, ale ja taki jestem. Mam ogromną potrzebę wyrażania uczuć w ten sposób, bo w moim rodzinnym domu tego zabrakło…
Ojciec pracował na rodzinę i rzeczywiście nigdy nam niczego nie brakowało. Dbał o byt materialny, co dało podwaliny pod bezpieczeństwo. Starał się mi pokazywać wartości takie jak: bezpieczeństwo, szczerość, transparentność. Od niego nauczyłem się, że punktualność i szczerość to najważniejsze cechy, które i ja przejawiam. Rodzice dozowali mi te wartości na przestrzeni lat, co doprowadziło do rozjazdu emocjonalnego między nami. Ojciec chciał ze mnie zrobić złotą rączkę, ale kompletnie się do tego nie nadawałem. Miłością była piłka, a potem chęć otworzenia własnego biznesu. Ojciec twierdził, że nic nie osiągnę w życiu, ale mówił tak, bo nie znał tego świata – nigdy nie prowadził firmy, więc dla niego to było zupełnie obce. Mama zajmowała się domem i wychowaniem mnie, reprezentując popularny model polskiej rodziny. Mąż pracował i zapewniał byt, a żona zajmowała się domem i dziećmi. Była stłamszona w związku, nie walczyła o siebie, a w stosunku do mnie także była zimna. Nie okazywała uczuć, podobnie jak tata, co może wynikało ze sposobu, w jaki została wychowana.
Z kolegami dogadywałem się perfekcyjnie. Byłem na tyle inteligentny, żeby wiedzieć, że nie należy wchodzić niepotrzebnie w zwarcia. Zawsze wiedziałem, kiedy się wycofać. Obiektywnie rzecz biorąc, byłem lubiany przez rówieśników. Dominującymi cechami mojego charakteru były: szczerość, otwartość, niewywyższanie się. Mimo że brakowało mi wsparcia i wyrażania uczuć przez rodziców, najlepiej się czułem w swoim domu, dlatego lubiłem zapraszać kolegów do siebie. Samemu nie przepadałem za wizytami w obcych domach.
Rówieśnicy z chęcią do nas przychodzili, bo zawsze byli miło ugoszczeni, ojciec grał z nami w szachy, w brydża. Miło spędzaliśmy czas i podczas tych koleżeńskich wizyt budowałem relacje nie tylko z nimi, lecz i z moimi rodzicami.
Często się spotykałem z moim przyjacielem Arkiem, do którego miałem duże zaufanie. Mieszkaliśmy na jednej ulicy. Graliśmy w przeciwnych klubach, ale to nam nie przeszkadzało. Pewnego razu spotkałem się właśnie na murawie z Arkiem. Mecz się rozpoczął, a my stanęliśmy ze sobą w szranki. Jako napastnik po otrzymaniu podania atakowałem bramkę, a Arek dobiegł do mnie i po chwili próbował zrobić wślizg, lecz za pomocą kiwnięcia zmieniłem kierunek i ruszyłem w stronę pola karnego. Podałem koledze, a ten odegrał mi, gdy wbiegałem, posyłając piłkę w lewe okienko. Strzeliłem gola. Następnie broniłem Andrzeja i dociągnęliśmy ten mecz do końca. On grał w Pogoni Lębork, a ja w Stolem Gniewino. Moja drużyna wygrała. Po meczu, gdy wychodziliśmy ze stadionu, Arek podszedł do mnie. Miał na ramieniu sportową torbę, a jego twarz była czerwona ze zmęczenia.
– Znowu ci się udało, Jarek. Gratuluję – powiedział z przekąsem.
– Dzięki, ale dziś byliśmy lepsi. Już szybko nie powtórzycie sukcesu sprzed miesiąca.
– Twoje niedoczekanie.
Szliśmy, gawędząc i śmiejąc się. Innych może dziwił obraz dwóch rozmawiających się ze sobą gości z konkurencyjnych klubów, ale my byliśmy przyjaciółmi i klub nie mógł stanąć na drodze naszej przyjaźni.
Z Łukaszem staliśmy się przyjaciółmi, odkąd doszedł do naszej klasy. Była to iście szczera relacja, przez lata byliśmy w dobrej komitywie. Byliśmy wobec siebie ultralojalni. Jednak jak się ludzie rozjeżdżają i spotykają różne osoby na swojej drodze, to się zmieniają. Nie można patrzeć na kogoś oczami sprzed dwudziestu lat, bo to jest chciejstwo. Tak jakbyśmy na siłę chcieli kogoś zatrzymać; chcemy, żeby ta osoba się nie zmieniała. W rzeczywistości nasz kolega mógł się zmienić pod wpływem czynników zewnętrznych, a nie tylko braku wspólnej relacji. Razem chodziliśmy na miasto, później wspólnie graliśmy w piłkę. Była to czysta i transparentna relacja, później każdy z nas poszedł w swoją stronę. Ostatecznie nasze drogi rozeszły się, ponieważ startował do mojej żony i nie potrafił utrzymać huci na wodzy, przestając być lojalnym w stosunku do mnie.
Kiedy studiowałem w Szkole Bankowej, wpadła mi w oko Alicja – blondynka o ładnej twarzy, idealnie wykrojonych ustach i kształtnych piersiach. Była moim ideałem kobiety; kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, można powiedzieć, że się w niej zakochałem. Nasza znajomość tak naprawdę zaczęła się nie na nudnych wykładach z ekonomii czy statystyki, ale podczas długich podróży pociągiem. Pamiętam, jak pierwszy raz spotkałem ją w pociągu. Był poniedziałek – zimowy poranek chłodził oszronione chodniki i przyprószone śniegiem trotuary oraz korony drzew, obraz za oknem przesuwał się zupełnie jak w fotoplastikonie, a ja siedziałem wpatrzony w pola osrebrzone białymi czapami śniegu.
Obok mnie usiadła Alicja i zaczęliśmy rozmawiać. Coraz bardziej koncentrowałem się na jej niecodziennym fizys – wąskich, mocno zarysowanych kredką ustach, dużych oczach i blond włosach, których końcówek co jakiś czas dotykała. Nie mogłem oderwać wzroku od dużych piersi, które wyzwalały we mnie pożądanie – z trudem trzymałem je na wodzy. Pierwsza konwersacja w pociągu była na tyle miła, że odtąd już zawsze wracaliśmy razem z zajęć, rozmawiając. Spotykaliśmy się w drodze na uczelnię, a powroty do naszych domów już nigdy nie były samotne. Mieszkała w Gdyni-Leszczynka i pamiętam, jak wysiadała, machając mi na pożegnanie.
Ja później odprowadzałem ją wzrokiem przez szybę. Nasze rozmowy z tematów uczelnianych robiły się coraz bardziej intymne. Koleżeńska relacja przerodziła się w przyjacielską, a ta bardzo szybko przybrała romantyczny charakter. Zostaliśmy parą.
Po roku przyjeżdżałem do Alicji przed zajęciami. Witała mnie ładną figurą, bluzką opinającą się na piersiach i ustami, w których zanurzałem swoje. Po namiętnym pocałunku znikaliśmy w małym, ponad czterdziestometrowym mieszkaniu w bloku. Mieszkała w nim z rodzicami, a ja często u nich przesiadywałem. Było już po zajęciach, więc pouczyliśmy się, a potem oglądaliśmy film w pokoju. Chwila intymności – pocałunki i ciepło własnych ciał. Leżeliśmy na łóżku, marząc o intymnych momentach. Jednak rodzice byli w pokoju obok, co nas krępowało. Do środka weszła jej mama.
– Tutaj masz kołdrę i poszwę, Jarku. Liczę, że będziecie spać osobno – powiedziała, skanując mnie wzrokiem.
– Oczywiście, proszę pani.
Jak wyszła, spojrzeliśmy się na siebie z Alicją i wybuchnęliśmy śmiechem.
Raz pamiętam taką scenę. To jeszcze było w czasie, gdy oficjalnie ze sobą nie byliśmy. Kupiłem dużą maskotkę, pluszową mysz, i wsiadłem z nią do pociągu. Duża, pluszowa postać siedziała obok mnie na siedzeniu. Przyciągała wzrok. Miała sto sześćdziesiąt centymetrów, więc nie dało się jej nie zauważyć. W Gdyni wyszedłem z nią pod pachą i udałem się na osiedle Alicji. Pod blokiem zauważyłem jej ówczesnego chłopaka, który czekał na nią w starym maluchu. Zadzwoniłem po nią – wyszła do mnie, zaskoczona podarunkiem. Zdziwiona, rzuciła mi się na szyję i pocałowała namiętnie. Po chwili minął nas stary maluch z chłopakiem w środku. Odrzucony młodzieniec był poruszony i smutny.
Alicja dostała lepiej płatną pracę w City Banku w charakterze kierowniczki skarbca. Ja nadal uczyłem się i nie pracowałem, pozostając na garnuszku rodziców. Tamten okres obfitował w parę epickich, wspólnych wyjazdów: wakacje na Kaszubach, wyjazd w góry i na sylwestra pod Warszawę. Alicja chciała być ze mną, dlatego rzuciła wszystko i przeprowadziła się do mnie do Lęborka. Bez znajomych ani pracy pojechała do obcego miasta za mną. Ja wówczas rozkręcałem firmę. Dwa lata później otworzyłem oddział firmy w Trójmieście. Przez jej rodzinę ten ruch był uznawany jako bezsensowny i mieli do mnie o to pretensje. Ona przeprowadziła się do Lęborka, a ja dwa lata później wracam z firmą do Trójmiasta.
Byłem wówczas mocno sfokusowany na prowadzeniu biznesu, pracowałem od szóstej do dwudziestej w tygodniu, a także w soboty, i na tym skupiałem swoją uwagę. Alicja chciała stabilizacji i lubiła spędzać czas w domowych pieleszach przy książce czy filmie, a w weekendy jechać na spacer do Łeby czy do pobliskiego lasu. Ja po aktywnym tygodniu wolałem iść do klubu na tańce, aby przy alkoholu się zrelaksować i zapomnieć o problemach. Trochę zaczęło nam się wszystko rozjeżdżać. Mój znajomy doradził nam, żebyśmy zdecydowali się na dziecko, co miało nam pomóc uleczyć naszą relację.
Mieliśmy inne dążenia. Alicja była minimalistką, która ceniła sobie bezpieczeństwo i spokój. Ja byłem nastawionym na rozwój firmy biznesmenem z żyłką sportowca. Coraz częściej w związku pojawiały się tąpnięcia, aż cała relacja zaczęła się sypać. Gdy urodził się mój syn, nam już nie było po drodze. Podjęliśmy decyzję o rozstaniu, a ja musiałem walczyć o kontakt z synem, bo Alicja utrudniała nasze spotkania.
Otworzyłem nowy oddział firmy w Szczecinie. Miałem więcej pracy i wynająłem mieszkanie, żeby móc doglądać raczkującego biznesu. Mieszkałem w Szczecinie i wracałem do Lęborka tylko na weekendy. Nasza relacja była w kiepskiej kondycji, próbowaliśmy to ratować dzieckiem – Alicja zaszła w ciążę i oczekiwaliśmy swojego potomka.
Pamiętny sylwester. Mieszkanie w bloku zmieniło się w ekskluzywną restaurację z balonami i serpentynami zwisającymi z żyrandola. Szedłem z butelką wódki i szampana po podłodze pokrytej konfetti. Znajomi, muzyka, alkohol. Moja ciężarna partnerka śmiejąca się podczas rozmowy z Jolą. Mając coraz bardziej w czubie, schodziłem na intymne tematy; potok słów przetaczał się przez moje gardło, takty Modern Talking wydostawały się przez balkon na małe, lęborskie osiedle zbudowane z wielkiej płyty. Po drugiej w nocy, gdy Alicja już spała, a w domu zostały jedynie niedobitki znajomych, zacząłem rozmawiać z Jolą. Ładna brunetka z wydatnym biustem i ustami pomalowanymi karmazynową szminką wdzięczyła się do mnie i niewinnie ze mną flirtowała. Rozmowa, flirt, a później skrócenie dystansu. Konwersacja przerodziła się we wzajemne dotykanie się, a później seks w jednym z pokoi. Wziąłem Jolę i łapczywie rozpiąłem jej stanik – jej piersi znalazły się w mojej buzi, pieściłem jej sutki i szybko zdjąłem majtki. Zabezpieczyłem się i zacząłem poruszać się w jej powabnym ciele. Wbijała we mnie paznokcie i stękała, co ja tłumiłem ręką, zasłaniając jej usta. Zrobiliśmy to dwukrotnie, a następnie leżeliśmy obok siebie, przytulając się i rozmawiając, jak zwykle czynią kochankowie po wspólnie spędzonej nocy.
Nowy Rok. Skacowany jadłem śniadanie w kuchni – za roletami rozciągał się obraz sennego Lęborka. Miałem wrażenie, że całe miasto leczy kaca po sylwestrowej zabawie. Był Nowy Rok, nowe plany i postanowienia dominowały w rozmowach, a ja siedziałem nad kanapką z szynką i kubkiem herbaty. W mojej głowie rozbłysły fleszbeki: intymne zbliżenie z Jolą, widok jej zgrabnych nóg uginających się pod moimi ruchami, kształtne piersi, które pieściłem. Alicja z wielkim brzuchem udała się do drugiego pokoju. Sprzątała mieszkanie, będące jednym wielkim pobojowiskiem po imprezie. Odkurzała z podłogi konfetti, zbierała puste butelki i poprawiła kapę na kanapie.
– Jarek, podejdź tu na chwilę – powiedziała.
Wstałem i pociągnąwszy sowity łyk herbaty, poszedłem do małego pokoju. Ujrzałem Alicję, trzymającą w ręku naszyjnik ze szlachetnymi kamieniami.
– Czyje to jest? – zapytała, wbijając we mnie zimny wzrok.
Zebrałem w sobie siły, westchnąłem i odpowiedziałem.
– Przespałem się z Jolą wczoraj.
– Przespałeś się?! – odpowiedziała, jakby nie do końca rozumiała.
– Alicja, już od jakiegoś czasu się od siebie oddalamy i nie widzę już dla nas szans. Chcę odejść, ale będę dbać o ciebie i nasze dziecko. Będę ci pomagał.
Odpowiedział mi mocny szloch. Alicja usiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach. Płakała przed dłuższy czas. Próbowałem ją uspokoić, ale kazała mi sobie iść.
Poszedłem do sypialni i wyciągnąwszy dużą walizkę, zgarnąłem rzeczy do jej wnętrza. Po chwili byłem już gotowy do wyjścia. Przytuliłem Alicję i wyszedłem. Ona była zdruzgotana i zaskoczona nie tyle zdradą, co moim odejściem. Na odchodne zapytała, czy zostawię jej psa, który był wystawiany przez nas na licznych wystawach jako champion. Zgodziłem się i ulotniłem w gęstym powietrzu Lęborka.
Z Jolą nie byłem – później dla mnie pracowała, ale tylko przez pewien czas spotykaliśmy się towarzysko.
W okresie bycia z Alicją myślałem, że „to jest to”. Z czasem doszedłem do wniosku, że to nie może być obiektywnie prawdziwe, bo to była pierwsza miłość. Uświadomiłem sobie, że to było zauroczenie. Dowodem na poparcie tej tezy był fakt, że nigdy nie potrafiłem jej powiedzieć „kocham cię”. Nigdy nie usłyszałem też tego wyznania z ust Alicji. Po prostu chcieliśmy być ze sobą, tworzyć coś razem. Alicja była pierwszą kobietą, z którą chciałem być. Byłem nią zauroczony, poznawaliśmy swoje przyzwyczajenia i siebie nawzajem.
Z perspektywy lat patrzę na to szerzej i stwierdzam, że przeciwieństwa się przyciągają, ale tylko w fizyce. W związkach to nie działa… Mieliśmy inne charaktery, dążenia i potrzeby. Ja byłem maksymalistą, ona minimalistką. Dla niej jakieś zdarzenie, które nie było złe, stawało się automatycznie pozytywne. Dla mnie było co najwyżej neutralne – ja chciałem więcej od życia, chciałem rozwijać firmę, zarabiać dużo, jeździć po świecie, imprezować. Alicja wolała zostać w domu czy iść na spacer i niewiele potrzebowała od życia. To nie mogło się udać, bo między nami był dysonans. Uważam, że najfajniejszą rzeczą, jaka nam wyszła, były nasze dzieci. Za to jestem jej wdzięczny.
Przez pewien czas nasze relacje sprowadzały się do spraw finansowych i poświęconych dzieciom. Alicja stała się słupem w mojej firmie, ponieważ ja z powodu długów zaciągniętych przez dawnego wspólnika nie mogłem założyć firmy na siebie. Zrobiła to poniekąd dla dzieci, poniekąd dla mnie. Wiem, że fakt, że stała się słupem mojej firmy, jest dowodem na to, że ufa mi bezgranicznie.
Alicja od dwóch lat ma męża i ostatnio zaproponowałem jej pracę, ponieważ była akurat w potrzebie. Ja także potrzebowałem pracownika. Stwierdziłem podczas rozmowy z nią, że „swojej firmy chyba nie oszuka”, a ona przyznała mi rację. Moje dziecko powiedziało, że może nasza firma będzie firmą rodzinną i że tak musiało być. Mąż Alicji miał obiekcje co do tego, ale – jak widać – chyba to obgadali, bo od lipca Ala zaczyna pracę u mnie.
Nie jesteśmy ze sobą blisko dwie dekady. Przez ten okres nie zwierzaliśmy się sobie ze swojego życia. Wiem, że ona miała mi za złe, że ją zostawiłem, i przez pewien czas utrudniała mi kontakty z dziećmi, żeby się odegrać. Jednak ostatecznie negatywne emocje między nami odeszły w niebyt, a dziś jesteśmy w dobrych relacjach.
Odbyłem też rozmowę z moim ojcem. Wróciłem do małego mieszkania, w którym parę lat temu mieszkałem. Boazeria na ścianie i bibeloty oraz stara wykładzina sprawiały, że czułem się, jakbym cofnął się w czasie. Usiadłem naprzeciwko ojca, który w ciemnym kubraku i koszuli wystosował w moim kierunku deszcz epitetów. Był wkurwiony i zniesmaczony moim zachowaniem.
– Facet nie zostawia, kurwa, ciężarnej matki z dzieckiem i nie spierdala do Szczecina jak tchórz.
– Nam się już nie układało, tato.
– Większości małżeństw się nie układa, ale jakoś ze sobą wytrzymują. Trzeba było na terapię iść, a nie rozchodzić się. Spierdalaj z Lęborka, nie chcę cię tu więcej widzieć! – syknął przez zęby.
– Pierdol się, tato – odparłem i wyszedłem z mieszkania.
Następnego dnia po odejściu od Alicji mój ojciec kazał mi wynosić się z Lęborka. To symboliczne wyrzucenie z rodzinnego domu w tamtym czasie było bodźcem do działania, jednak z perspektywy czasu doszedłem do wniosku, że ojciec pozbawił mnie rodzinnego domu w sensie metafizycznym. To nie była in plus sytuacja, jak mi się pierwotnie wydawało… Pokłosiem tego zdarzenia był fakt, że nie przywiązałem się do żadnej nieruchomości – kupowałem i sprzedawałem. Przez dwadzieścia osiem lat mieszkania w Trójmieście, posiadałem aż dziewięć nieruchomości. Nie miało dla mnie znaczenia, gdzie mieszkam. Większość nieruchomości należała do mnie, ale ja te mieszkania wynajmowałem lub sprzedawałem. Po symbolicznym wyrzuceniu mnie z Lęborka przez ojca mieszkałem w firmie. Alicja została w mieszkaniu, które należało do niej – kupiła je w Lęborku po tym, jak sprzedała mieszkanie w Gdyni.
Po latach wiem, że wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, wydarzyło się po coś. Nic, co materialne, mnie nie kręci. To, co chciałem, już miałem: samochody, domy, mieszkania, wyjazdy na egzotyczne wyspy… Życie ukształtowało mnie w taki sposób, że jestem spełniony, ale nie szczęśliwy. Moja definicja szczęścia brzmi: „być potrzebnym komuś fizycznie, czuć się kochanym i móc kochać”. Choć jestem usatysfakcjonowany ze swojego życia, to nie czuję się szczęśliwy – to jest prawdziwie smutne i nostalgiczne.
W liceum grałem w piłkę nożną. Inwazyjne treningi doprowadziły mnie w pewnym momencie do poważnej kontuzji, która wykluczyła mnie z gry na pół roku. Bałem się wrócić – kolejna kontuzja mogła spowodować trwały uszczerbek na zdrowiu.
Musiałem pomyśleć, co dalej. Zdałem maturę i z racji zainteresowań humanistycznych złożyłem papiery na wydział prawa. Podszedłem do egzaminów wstępnych bez przygotowania i jako jeden z pierwszych opuściłem salę. Po egzaminie, który napisałem w niecałe czterdzieści pięć minut, poszedłem z kolegą na plażę. Niczego nieświadomy celebrowałem tę chwilę. Później okazało się, że zabrakło mi jednego punktu.
W rodzinnym domu w Lęborku w pokoju przywitali mnie rodzice. Na twarzy mamy zobaczyłem troskę i przerażenie. Ojciec – stanowczy i oschły – świdrował mnie nieprzychylnym wzrokiem. Rodzice usiedli przede mną na fotelu.
Wypowiedź matki przerwała grobową ciszę:
– Co ty, synu, będziesz robił? […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Życiowy Rollercoaster
isbn: 978-83-8423-534-8
© Kwintylion i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Aleksandra Płotka
korekta: Magdalena Brzezowska-Borcz
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
