Opis

Pierwsza kobieca powieść rozwojowa!

Powiadają, że życie pisze najlepsze historie. Tylko dlaczego niektóre są pasjonujące, a inne… po prostu nudne? Zupełnie jakbym czytała nieciekawą książkę, myśli o swoim życiu Izydora. Syn, któremu poświęciła młodość, wydoroślał, wyjechał i automatycznie wykasował ją z pamięci. Izydora ma pięćdziesiątkę na karku i sporą nadwagę. Wspomnieniem po dorosłym już Jerzyku są jedynie kartki na święta i życzenia na Dzień Matki. Były mąż, artysta – nigdy nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia – układa sobie życie z nową partnerką w luksusowym apartamencie. A ona, niedoszła tancerka (Izydora od Isadory Duncan), która zawiodła ambicje swojej matki i nadzieje, jakie w niej rodzicielka pokładała, przyjmując posadę księgowej, kończy z debetem na karcie, mieszkając kątem u ciotki na prowincji. Urocze sielskie małe miasteczko? Bynajmniej! Małe miasteczka też bywają nieciekawe i niechętne nowo przybyłym. Dobre miejsce i czas na zmianę? Najlepsze.

Nie znajdziecie tu fajerwerków miłości i hollywoodzkiego happy endu. Ale jeśli szukacie oczyszczającej, pięknej opowieści o rozwoju i zmianie, dobrze trafiliście. Życie motyli to książka mądra, dowcipna, nie sielankowa co prawda, ale zdecydowanie optymistyczna.

Katarzyna Ryrych – poetka, pisarka, malarka. Zadebiutowała w 1981 roku tomikiem poezji Zapiski pewnej hipiski. Od tamtej pory wydała wiele książek dla starszych i młodszych, m.in. Pamiętnik Babuni, Niebajki, Wiersze z pazurkiem, Philo, kot w drodze oraz Siedem sowich piór – mądre, wzruszające opowiadanie, nominowane do tytułu Książka Roku 2009 polskiej sekcji IBBY. W II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, w którym Wyspa mojej siostry przyniosła jej pierwszą nagrodę, otrzymała także wyróżnienie za książkę Łopianowe pole. Maluje, gra na wiolonczeli i fortepianie. Kocha zwierzęta, podróże (także te motocyklowe!) i dobre książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, BARBARA TURNAU
Projekt okładki i stron tytułowych: URSZULA GIREŃ
Fotografia na okładce: © Nikaa / Trevillion Images
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Infomarket
© Copyright by Katarzyna Ryrych © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05943-2
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

W wieku pięćdziesięciu lat Izydora zdecydowała się zacząć nowe życie. Weszła w nie z potężnym debetem na koncie i sporą nadwagą. Prawdę mówiąc, nigdy nie była szczupła, ale w okresie klimakterium jej skłonność do tycia objawiła się dość boleśnie. Z początku próbowała nie zwracać uwagi na jakieś fałdki i wałeczki, ale kiedy ubrania zaczęły robić się coraz ciaśniejsze, za namową przyjaciółki, Karoliny, spróbowała diety cud, która jak każda tego typu dieta musiała zakończyć się efektem jo-jo.

Zatem Izydora zmieniła sukienki o klasycznym kroju na ubrania przypominające kształtem eleganckie worki na ziemniaki (prawdę mówiąc, były one kopią ubrań przyjaciółki) i zapisała się na wodny aerobik, gdzie z dziewięcioma innymi paniami przez godzinę uprawiały coś, co przypominało godowe tańce kaszalotów.

Miesiąc ćwiczeń dał tylko tyle, że wracała do domu głodna jak wilk i rzucała się na wszystko, co nadawało się do jedzenia.

W tym samym czasie zakończyło się jej małżeństwo, które właściwie nie istniało już od kilku dobrych lat, i miała wrażenie, że rozstali się z ulgą. Po rozprawie rozwodowej były już mąż zaprosił ją do pobliskiej kawiarni, gdzie zjadła ogromną wuzetkę zwieńczoną wisienką, porozmawiali chwilę i rozeszli się w dwie różne strony. Ona – do starego mieszkania swoich rodziców, w którym mieszkała od chwili, gdy syn, Jerzyk, wyjechał za granicę, a on – do studia na ostatnim piętrze nowoczesnej kamienicy, które wynajmował razem z nową partnerką.

Miejsce, skąd codziennie wychodziła do pracy, wydało się jej nagle dziwnie obce i wrogie. Na początku potknęła się o krzesło, które nieoczekiwanie znalazło się w zupełnie innym miejscu niż zwykle, potem rozbiła szklankę, a kiedy okazało się, że mole napoczęły jej ulubioną garsonkę, czara goryczy się przepełniła.

Izydora wyjęła z lodówki butelkę wina kupioną na babskie spotkanie i ze szklanką w ręce usiadła naprzeciwko okna. Pijąc, obserwowała idących chodnikiem ludzi, zajętych swoimi sprawami, biegające po trawniku psy i dzieci zbierające kasztany.

Przypomniała sobie dzieciństwo, kasztanowe ludziki, które ustawiała na zewnętrznym parapecie; w dziwny sposób znikały rankiem... Babka tłumaczyła, że powróciły na gałęzie, ale nigdy nie znalazła ani jednego, mimo że potrafiła wspiąć się prawie na sam czubek starego kasztanowca.

Pomyślała o pasożycie dziesiątkującym od lat te drzewa i nagle zrobiło się jej bardzo smutno, tak smutno, że musiała kilka razy wycierać nos w kuchenną ściereczkę, bo niczego innego nie było pod ręką.

Potem powróciły inne wspomnienia – znowu w dziwny sposób związane z kasztanami. Spacery z synem, który wypychał sobie nimi kieszenie spodenek do tego stopnia, że musiał je podtrzymywać, idąc obok matki.

To także nie było radosnym wspomnieniem, tym bardziej że Jerzyk od kilku lat mieszkał za granicą, a jedynym dowodem na to, że w ogóle się kiedyś urodził, były świąteczne kartki i życzenia na Dzień Matki. Zawsze był zbyt zajęty, gdy dzwoniła, aby porozmawiać; stopniowo ograniczała się więc do SMS-ów, na które i tak nie odpowiadał, bo, jak twierdził, kasują się automatycznie.

– I tak zostałam automatycznie skasowana – powiedziała do pustej szklanki i ponownie sięgnęła po butelkę.

Przy trzeciej szklance doznała iluminacji i doszła do wniosku, że od samego początku jej życie toczyło się nie tak, jak powinno.

Ot, choćby jej dziwaczne imię – skutek pomyłki prowincjonalnego urzędnika, który popatrzył na świeżo upieczonego ojca, zmarszczył brwi i zapytał: „Isadora?”, a kiedy ojciec potwierdził skinieniem głowy, urzędnik spojrzał do rejestru imion i się skrzywił. Potem do rejestru zajrzał też rodzic i obaj panowie znaleźli męskie imię Izydor. Urzędnik wytarł nos, poprawił okulary i stwierdził, że jeżeli istnieje Izydor, nie ma żadnych przeszkód, aby córce dać na imię Izydora, podobnie jak istnieje Klemens i Klementyna, Karol i Karolina i wiele podobnych.

Dowiedziawszy się o tym polubownym postanowieniu, matka dziewczynki dostała ataku histerii, ale już niczego nie można było zrobić. Córka, która miała nosić imię słynnej tancerki i w ten sposób zaspokoić artystyczne ciągoty matki, została Izydorą. Dowcipne dzieciaki z podwórka sprytnie przerobiły Izydorę na Indorę, co prawdę mówiąc, pasowało do małej, bowiem dotknięta do żywego czerwieniła się jak indyk...

Mała, pulchna, czerwona biegała za prześmiewcami, nigdy nie mogąc ich dogonić, aż na koniec dała sobie spokój i... w wieku czterech lat opanowała sztukę czytania.

Zamiast grać na podwórku w dwa ognie albo zbijanego, Izydora spędzała czas zatopiona w lekturach, jakie wybierała sobie sama.

W tym samym czasie jej brat szalał z kolegami, bawiąc się w Indian, kowbojów lub kosmonautów i zupełnie nie zwracał uwagi na siostrę. Poproszony raz, aby zabrał ją na podwórko, zrobił to nad wyraz gorliwie; później okazało się, że razem z członkami swojego plemienia potrzebowali bladej twarzy do torturowania. Izydora wróciła do domu poparzona pokrzywami i ostrzyżona prawie do gołej skóry.

Na szczęście były wakacje i włosy dziewczynki dało się jako tako doprowadzić do porządku przed rozpoczęciem roku szkolnego.

To zdarzenie ostatecznie podzieliło rodzeństwo. Dlatego w chwili gdy Izydora postanowiła sprzedać mieszkanie rodziców, brat akurat obchodził trzydziestolecie swojego małżeństwa, na której to chwalebnej rocznicy obecni byli wszyscy – prócz Izydory.

Może to i dobrze, myślała, przeglądając książki, aby zabrać ze sobą tylko te, do których czuła szczególny sentyment. Nigdy nie darzyła sympatią małżonki brata, wysokiej, grubokościstej blondynki dziwnie przypominającej jakiegoś owada z wydatnym odwłokiem. „Królowa matka”, jak nazywała ją skrycie, wydała na świat pięcioro potomstwa, a istnienie bratowej było jej najzupełniej obojętne. Tak więc brat nie zapraszał siostry ani na kolejne chrzciny, ani na pierwszą komunię, a i sama Izydora też się nie wpraszała. Denerwowała ją sztuczna, nadęta atmosfera, celebra i ciągle obawa, aby nie popełnić gafy.

Na wieść o rozstaniu z mężem bratowa uraczyła ją mową okraszoną takimi słowami jak „święty obowiązek małżeński” i „ognisko domowe”. Za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, że ognisko tak naprawdę nie zapaliło się nigdy, a jedynym wynikiem obowiązku był Jerzyk. A „trwałość”, na którą powołała się w ostatnim zdaniu, liczyła sobie pięć lat, po których Wiktor rzucił się w wir pracy twórczej i przelatywał przez dom niczym meteor.

Po urodzeniu synka Izydora przesiedziała w domu, opiekując się dzieckiem, jeszcze pięć lat, chodząc na długie spacery, gotując, piorąc, czytając bajki i sprzątając mieszkanie.

Pewnego dnia doszła do wniosku, że pokój Wiktora zupełnie nie wymaga sprzątania, bo jego właściciel w zasadzie z niego nie korzysta i czas, jaki poświęcała na odkurzanie, wycieranie mebli i porządkowanie ubrań, przeznaczyła dla siebie. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziała, czym się zająć, i kończyło się na czytaniu prasy kobiecej, gdzie z każdej strony spoglądały na nią opalone, smukłe dziewczyny o nienaturalnie białych zębach wyszczerzonych w bezczelnym uśmiechu.

Zupełnie jakby śmiały się ze mnie, pomyślała pewnego dnia i zrezygnowała z gazet. Za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zaczęła kupować synowi klocki Lego; razem budowali fantastyczne domy i pojazdy. Było tak do chwili, gdy Jerzyk skończył sześć lat i poszedł do zerówki. Wtedy Izydora zaczęła rozglądać się za pracą.

Po długich poszukiwaniach znalazła pół etatu w domu kultury i trzy razy w tygodniu, ubrana w elegancką garsonkę, wychodziła, aby zająć się prowadzeniem księgowości.

Matka nie kryła rozczarowania córką, bowiem w skrytości ducha oczekiwała, iż Izydora zrobi karierę, co prawda nie bardzo wiedziała jaką, ale posada księgowej nie była w jej oczach czymś nobilitującym.

Izydora jednak niczego sobie z tego nie robiła, była zadowolona, gdy doceniano jej pracę, znajdowała się wśród ludzi, nareszcie miała pretekst, aby zadbać o włosy i paznokcie.

– No tak, to jest bez wątpienia jakiś plus – powiedziała matka, gdy pewnego dnia podzieliła się z nią tym odkryciem.

Matka pracowała w teatrze jako charakteryzatorka i na co dzień miała do czynienia ze sztuką, ta sztuka opromieniała ją i czyniła z niej kogoś wyjątkowego.

– Gdyby nie ja – mawiała – król Lear wyglądałby jak dwu-dzies-to-let-ni chłopiec.

Od czasu do czasu Izydora korzystała z biletów, jakie załatwiała jej matka, ale zazwyczaj chodziła na spektakle sama, to znaczy wtedy, gdy ktoś mógł zająć się Jerzykiem. Bowiem Wiktor również należał do zamkniętego kręgu ludzi sztuki. I o ile Izydora rozumiała cierpienie króla Leara, dylematy Hamleta i tragedię Makbeta, o tyle działalność artystyczna polegająca na przypadkowym rozlewaniu farby na płótna wydawała się jej absolutnie niezrozumiała.

– Konceptualizm, kochanie – tłumaczył jej niby dziecku Wiktor. – To wyższa forma pojmowania sztuki.

Wyższa forma przemawiała do Jerzyka. Chłopiec, ku zachwytowi ojca, lubił pokrywać kartki papieru kolorowymi zygzakami i plamami.

– Akademia, tylko akademia – mówił, składając rysunki do szuflady swojego biurka, i głaskał syna po głowie.

A potem znikał w świecie, do którego zrozumienia trzeba było dorosnąć. Pewnego dnia, kiedy w domu kultury organizowano wernisaż jakiegoś lokalnego twórcy i na ścianach pojawiły się płótna pokryte barwnymi figurami, a każde z nich nosiło zagadkowy tytuł – nikt niczego nie mógł zrozumieć.

– To wyższa forma sztuki – odezwała się milcząca dotąd Izydora i wszyscy spojrzeli na nią z podziwem.

Była to chwila absolutnego triumfu, po której na skromną i milczącą zazwyczaj księgową zaczęto patrzeć z nieukrywanym podziwem.

– Pani Izo, pani zna się na sztuce... gdyby pani zaproponowała, na jaki kolor pomalować korytarz... pamięta pani, że dostaliśmy fundusz remontowy... – poprosiła pewnego dnia kierowniczka domu kultury.

Izydora zdjęła okulary i zmarszczyła brwi.

– N e u t r a l n y – powiedziała zupełnie jak jej matka.

Wracając do domu, śmiała się z rozmowy z kierowniczką i nawet zamierzała opowiedzieć ją Wiktorowi, ale jak zwykle nie było go w domu.

To wydarzenie było jednak z niewiadomych przyczyn tak ważne, że Izydora zaczęła zastanawiać się, co zrobić, aby zapamiętać je na zawsze. Oderwała z bloczka kolorową kartkę, opatrzyła ją datą i w paru zdaniach opisała epizod. Przeczytała go następnego dnia i uznała, że był naprawdę zabawny. Więcej – nagle i niespodziewanie odkryła w sobie niezwykły talent. Trudno było stwierdzić, czy w ten sposób zaprocentowała jej czytelnicza pasja, czy po prostu posiadała szczególny dar obserwacji świata i zamykania jej w paru słowach, dość, że od tamtego dnia Izydora rozpoczęła pisanie dziennika.

Tym samym poczuła się zwolniona z rozmów z Wiktorem – na które zresztą miał coraz mniej czasu. Ba, wydawał się zadowolony, że Izydora nie zamęcza go opowiadaniem tego, co wydarzyło się w pracy albo o tym, co widziała po drodze.

Małżeństwo Izydory i Wiktora było związkiem dwojga zupełnie niedopasowanych ludzi, dwu diametralnie różnych charakterów, dwu przeciwnych osobowości.

Zamknięta w sobie, wycofana (ociężała, mawiali o niej znajomi Wiktora), pulchna Izydora i przystojny, wytworny Wiktor tworzyli naprawdę dziwną parę.

Na ten temat snuto rozmaite domysły – związek z konieczności nie wchodził w grę, bowiem Jerzyk urodził się w rok po ślubie; względy majątkowe podobnie – ani Izydora, ani Wiktor nie dysponowali zbyt wieloma zerami na koncie. Jedna z licznych znajomych Wiktora interesująca się ezoteryką wysnuła nawet absurdalną tezę, że Izydora posłużyła się białą magią, a ktoś inny, kto dobrze znał Wiktora, rzucił, iż był to skutek przegranego zakładu.

Prawda jednak była całkiem inna i tak prosta, iż nikomu nawet nie przyszło do głowy, że Wiktora uwiodło coś, co określał jako „krowie ciepło”.

Wtulając się w bujne piersi Izydory, pachnące Chanel numer 5, Wiktor przypominał sobie utraconą wcześnie matkę i zapadając w sen, zaczynał czuć się jak mały chłopiec. Izydora zaś dostrzegła szansę uwolnienia się od krytycznych uwag swojej rodzicielki i decyzja o ślubie zapadła w sposób całkowicie naturalny.

Pierwsze dwa miesiące były źródłem nieustannych uniesień i inspiracji. Gdy Wiktor, ubrany w chiński szlafrok ze smokiem wyhaftowanym na plecach, stał przy sztaludze i malował akty swojej żony, były to obrazy godne Rubensa (pieścił okrągłości pędzlem niby dłonią, a Izydora wstrzymywała oddech i robiła wszystko, aby się nie poruszyć).

– Nie jest sztuką namalować szkielet – mawiał Wiktor, ale po roku zaczął rozglądać się za modelką i w końcu znalazł tak chudą, że jej ciało mogłoby służyć jako pomoc naukowa na medycynie.

Dla Izydory nieco krepujące było to, że Wiktor malował ową dziewoję w plenerze, ale gdy wyjaśnił, że malarz nie może ograniczać się jedynie do pracowni, pokornie zaakceptowała tę sytuację i zajęła się domem.

Sześć miesięcy po ślubie obroniła pracę magisterską i schowała dyplom do szuflady, a w jej brzuchu zagnieździło się małe stworzenie, coś, co w przyszłości miało stać się szczególnie uzdolnionym plastycznie chłopcem, i Izydora skupiła się na oczekiwaniu.

Był to w zasadzie czas bardzo radosny, nieco tajemniczy, spędzany na robótkach i szyciu kolorowej pościeli do wózka i łóżeczka, co oczywiście musiała skrytykować matka, mówiąc, że zbyt wielkie przygotowania mogą sprowadzić nieszczęście. Ale Izydora dalej robiła swoje.

Po ośmiu miesiącach w pokoju dziecinnym piętrzył się stos sweterków, czapeczek, ręcznie szytych kaftaników i szydełkowych bucików.

– No proszę – skwitowała to matka – zawsze twierdziłam, że jesteś dobrym materiałem na żonę.

Materiał na żonę, pomyślała gorzko Izydora. Ale najpierw nie zdałam egzaminu jako materiał na córkę. Nie dość, że po urodzeniu, jeżeli wierzyć relacji matki, byłam podobna do jej teściowej, to jeszcze otrzymałam zupełnie nie to imię...

Kiedy zaczęła pracę w domu kultury, na moment przyszła jej do głowy zuchwała myśl: przeglądając listę uczestników zajęć plastycznych dla dzieci, natrafiła na kilkanaście obco brzmiących imion – Sandra, Jessika, Alan, Thomas – zamiast na przykład swojsko brzmiących Tomasza czy Marysi...

W związku z taką modą mogłaby nareszcie zostać wymarzoną Isadorą. Czy zmieniłoby to wówczas stosunek jej matki do niej? Czy wraz ze zmianą imienia ubyłoby jej kilogramów? Czy istnieje coś takiego jak magia imion, która sprawia, że Isadora jest wiotka i szczupła, a Izydora tęga i przysadzista? Czy ubyłoby jej lat?

Przyglądała się imionom i nazwiskom i nagle doszła do wniosku, że jedna mała zmiana pociągnęłaby za sobą inne, jak śnieżna kula tocząca się w dół zbocza.

W zasadzie po co mi to, pomyślała, skoro jestem już bliżej niż dalej. „Dlaczego wróciłaś do panieńskiego nazwiska”, zaatakowała ją któregoś dnia matka. „Jestem na powrót panną, może trochę używaną”, zażartowała, ale wywołała jedynie lawinę pretensji. Rozwód z Wiktorem był zakończeniem pewnego rozdziału, po którym należało postawić kropkę. Oczywiście nie miała zamiaru palić fotografii, zwracać jakichś nielicznych drobiazgów, jakimi ją obdarował, ani też domagać się tego od Wiktora.

Pewnego dnia spotkała byłego męża idącego z przyjaciółką przez park. Istotnie kobieta była bardzo efektowna, może nie tyle ładna, ile oryginalna, i cokolwiek by powiedzieć, razem z Wiktorem stanowili naprawdę piękną parę.

Były uśmiechnął się przyjacielsko, ona odpowiedziała mu tym samym, nie bez satysfakcji widząc zmieszanie przyjaciółki. Ale konsternacja trwała tylko chwilę i obie panie przyjrzały się sobie nieufnie.

Wiktor potrzebował właśnie kogoś takiego, pomyślała Izydora.

Ojciec Izydory na szczęście nie dożył dnia rozwodu córki, zgasł w piąte urodziny Jerzyka, pozostawiając po sobie zapach fajkowego tytoniu, szufladę pełną nieuporządkowanych papierów i szary sweter, który Izydora przemyciła do siebie. Wieczorami, gdy Wiktor uczestniczył w swoich bardzo ważnych spotkaniach albo przebywał na plenerach, Izydora zarzucała sweter na ramiona i pozornie bezczynnie siedziała w fotelu.

Przymykała oczy i mówiła ojcu o wszystkim, co działo się w jej życiu. Odpowiadała sobie samej w jego imieniu i przekonała się, że odziedziczyła po nim pewien szczególny sposób postrzegania świata.

– Powiedz mi, tato – pytała – dlaczego Wiktora nie ma teraz ze mną?

– To jasne – odpowiadał ojciec. – Po prostu nigdy nie pasowaliście do siebie, nie jesteś wyjątkiem.

– Nigdy nie byłam wyjątkiem – buntowała się, mocno zaciskając oczy.

– Tego jeszcze nie wiesz – bronił się spokojnie ojciec. – Życie jeszcze nie postawiło kropki.

Spierała się z ojcem tak zawzięcie, że Wiktor (nie usłyszała, kiedy wrócił) wsunął głowę do pokoju i zapytał, z kim rozmawia.

Odpowiedziała, że od czasu do czasu sama ze sobą, aby nie zapomnieć, jak komunikować się z innymi ludźmi. Wtedy jeszcze nie pracowała i powoli zaczynała posługiwać się jedynie językiem bajek. Pewnego dnia zdarzyło się jej nawet odezwać w ten sposób w sklepie.

Prowadzenie rozmów z sobą samą tak dalece zaniepokoiło Wiktora, że pewnego dnia (akurat nie było żadnego wernisażu, a przyjaciółka, o której Izydora jeszcze nie wiedziała, musiała być za granicą) zasugerował jej wizytę u psychologa.

Od psychologa do psychiatry, pomyślała Izydora i stanowczo odmówiła. Kiedy z podobną propozycją wystąpiła jej matka, zrozumiała, że stała się tematem numer jeden na forum rodzinnym i z pewnością kilka osób uznało, iż jest trochę niepoczytalna.

„A niechże sobie rozmawia, z kim chce”, zajął zdecydowane stanowisko brat i przytoczył znaną anegdotkę o objawach i objawieniach.

Jeżeli pacjent rozmawia z Bogiem, to jest objawienie, jeżeli Bóg rozmawia z pacjentem, to są objawy.

Prawdę powiedziawszy, Izydora nie była osobą szczególnie religijną. Pojęcie Boga było dla niej równie mgliste jak teoria względności i w życiu kierowała się przykładem Pascala.

Oczywiście udawała się do kościoła dwa razy do roku – w Boże Narodzenie i na Wielkanoc – ale w żaden sposób nie mogła odczuć tego, co wszyscy dokoła niej nazywali magią świąt. Święta kojarzyły się jej dość nieprzyjemnie, a to za sprawą ciotki, która rokrocznie obdarowywała ją białymi sweterkami z długimi wąskimi rękawami. Prócz koloru miały one jeszcze jedną cechę wspólną – włókno, z jakiego je wykonano, było nieprzyjemnie szorstkie i gryzące i chwila, kiedy musiała założyć na siebie prezent (aby nie urazić ciotki), graniczyła z torturą.

Jej kuzynki ze zniecierpliwieniem rozdzierały kolorowy papier na paczkach i wyciągały z nich chodzące lalki albo barwne sukienki i cały ten tęczowy zamęt sprawiał, że robiło się jej duszno i musiała biec do kuchni, gdzie otwierała lufcik i, stojąc na parapecie, głęboko oddychała mokrym, miejskim powietrzem.

Dopóki Jerzyk był małym chłopcem, starała się, aby prezenty, jakie otrzymywał, były kolorowe i zupełnie niepraktyczne. Postępowała tak do chwili, kiedy syn zaczął mieć własne życzenia. Wtedy w domu pojawiły się hulajnoga, nieduży ponton i czerwony rower. Z prawdziwą przyjemnością obserwowała, jak malec mknie parkową alejką, a jej serce ściskał dziwny żal.

Otóż Izydora nigdy nie potrafiła jeździć na rowerze. Przyczyna była bardzo prosta – kamienica, w której mieszkała, wyginała się na kształt litery L, a obie części związane były bramą. Z niewiadomych przyczyn jej matka nabrała pewności, że córka, korzystając z roweru, nieuchronnie wjedzie pod samochód...

Czy wrotki są mniej niebezpieczne od roweru, zastanawiała się siedmioletnia Izydora, odpychając się energicznie to jedną, to drugą nogą.

„Patrz, chłopczyku, jak jedziesz”, skarciła ją kiedyś jakaś starsza pani, kiedy zamyślona Izydora wjechała w nią na środku chodnika.

Przez chwilę zastanawiała się, o jakim chłopczyku mowa, i nagle zdała sobie sprawę, że w niebieskich spodenkach i żółtej koszulce, z odrastającymi po spotkaniu z Indianami włosami wygląda jak mały gruby chłopiec.

„Przepraszam”, wymamrotała i pojechała dalej, ale nie sprawiało jej już to takiej przyjemności jak przedtem.

Jerzyk jeździł na wrotkach, dopóki nie stały się dla niego za małe, i ostatecznie przekazano je jakiemuś znajomemu dziecku. Razem z wrotkami zbladło wspomnienie niemiłego incydentu i powróciło dokładnie w chwili, gdy Izydora sięgnęła po rodzinny album.

Nie wiem, po co ludzie gromadzą fotografie, pomyślała, przerzucając kartki. Każde zdjęcie było starannie podpisane i na każdym była jej piękna matka w towarzystwie małej grubej dziewczynki.

Izydora wepchnęła album do paczki przeznaczonej dla brata, zachowując sobie tylko zdjęcie ojca i starego wyżła, który przeżył w ich domu dwadzieścia lat.

Kiedy firma deweloperska – od której Izydora zamierzała nabyć niewielkie, ale wygodne mieszkanie – zbankrutowała, Izydora wpadła zdaniem matki na szaleńczy pomysł i zaciągnęła kredyt na budowę niewielkiego domu, który znajdowałby się jeszcze w granicach miasta. Niestety, raty zaczęły wkrótce przerastać jej finansowe możliwości. Życie świeżo upieczonej singielki było o wiele bardziej kosztowne, niż się tego spodziewała, obiady w pobliskim barze – nagle straciła ochotę na przygotowywanie czegokolwiek w domu – okazały się droższe i wszystko, za co tylko się zabierała, zaczynało generować niespodziewane koszty.

Matka od samego początku krytykowała jej pomysł i na szczęście nie doczekała chwili, gdy w skrzynce pocztowej pojawił się monit od komornika.

Przez chwilę Izydora zastanawiała się, czy nie zwrócić się z prośbą o pomoc do Wiktora, ale tym samym dałaby kolejny dowód swojej naiwności.

Był jeszcze Jerzyk, ale kontakt z nim był równie trudny jak z Bogiem i nie chciała narażać się na opinię niezaradnej. Już raz rzucił jej w twarz, że nie dorobiła się w życiu niczego prócz jakiejś nagrody jubileuszowej.

Izydorę dziwiło jego podejście do życia. Młodzi ludzie chcieli mieć wszystko natychmiast – firmowe buty, spodnie, bluzy, najnowsze modele komórek, samochody, a jedynym argumentem było stwierdzenie: „jesteście skażeni komunizmem”. Albo: „pokutuje w was komunistyczna mentalność”.

Teraz, myślała z goryczą, żyjąc i pracując na Zachodzie, może spełniać swoje zachcianki, o których wiedziała tylko tyle, że było go na nie stać. Świat wydał się jej nagle ogromnym targowiskiem, gdzie wszyscy kupowali, sprzedawali, wymieniali i tylko ona jedna od dwudziestu pięciu lat pracowała w tym samym miejscu, siedząc przy tym samym biurku, z początku trzy razy w tygodniu, a potem codziennie pokonywała tę samą drogę. Znała na pamięć twarze mijanych ludzi, psy, drzewa, ławki.

Zamieniam się w dorożkarskiego konia, pomyślała pewnego dnia z goryczą. W końcu umrę na jednej z tych ławek.

Pomysł nie był nowy – rok temu jej stary lekarz rodzinny zmarł właśnie na jednej z zielonych ławek, na których zakochani powycinali swoje inicjały. Bardzo piękna śmierć, komentowali wszyscy z wyjątkiem Izydory.

Śmierć nie jest piękna, myślała, stojąc na cmentarzu wśród licznie przybyłych żałobników. Śmierć jest wstrętna, bo zwykle przychodzi nie w porę albo nie chce w porę nadejść.

Myślała oczywiście o swoim ojcu, który odszedł błyskawicznie z powodu raka płuc, pół roku po diagnozie. Nie cierpiał w szczególny sposób, zaczął kurczyć się i schnąć jak jesienny liść, zupełnie jakby chciał zabrać jak najmniej miejsca w rodzinnym grobowcu i jego trumna – co wryło się w pamięć Izydory – była mała jak trumienka dziecka.

Z okresu jego choroby zapamiętała głupkowaty serial telewizyjny, który ojciec oglądał dla zabicia czasu, najpierw siedząc w swoim pokoju, potem w szpitalnej świetlicy, następnie na sali, wreszcie – leżąc w separatce, podpięty do jakiejś skomplikowanej aparatury, pytał o dalsze losy bohaterów.

Serial ciągnął się jeszcze pół roku po śmierci ojca i to Izydora uznała za wielką niesprawiedliwość losu. Parę razy zdarzyło się jej nawet pójść na cmentarz, przysiąść na wąskiej, zawsze wilgotnej i zimnej (nawet w słoneczne dni) ławeczce i w paru zdaniach streścić kolejny odcinek. Nie uszło to uwagi jednej z sąsiadek i potwierdziło krążącą od jakiegoś czasu opinię, że biedna Izydora...

Podejmując decyzję o sprzedaży mieszkania rodziców, które po śmierci ojca stało się martwe, Izydora nie miała wyrzutów sumienia.

– Muszę coś ze sobą zrobić – zwierzyła się Karolinie.

Ta obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem.

– Mam fantastyczny program odchudzający – powiedziała.

Powiewając wzorzystą szatą, powędrowała do kuchni i położyła przed Izydorą kartonowe pudełeczko. Na pokrywce widniał rysunek pomidora, plasterka sera, kromki chrupkiego pieczywa, a przy każdym z rysunków zaznaczone były kalorie. Pudełko opasywał rysunek centymetra nieodmiennie kojarzący się z obwodem pasa.

– Light box – wyjaśniła przyjaciółka.

– Aha – odpowiedziała Izydora, a chęć na zwierzenia przeszła jej momentalnie.

Wchodząc do chłodnego, dziwnie bezosobowego mieszkania w jednym z nowych apartamentowców, miała tyle do powiedzenia... chciała, aby przyjaciółka utwierdziła ją w słuszności decyzji o sprzedaży mieszkania, pochwaliła przeprowadzkę do domu dziadków zajmowanego przez wiekową ciotkę, albo wręcz przeciwnie – uzasadniała, że robi błąd nie do naprawienia, zanudzi się na prowincji jak mops i zamiast snuć nierealne plany, powinna udać się do lekarza, który wszystko wyreguluje za pomocą odpowiednich tabletek.

Posiedziały jeszcze chwilę przy stole ze szklanym blatem, popijając zieloną herbatę, wypaliły pół paczki cienkich papierosów, które smakowały jak zawinięte w bibułkę siano – i Izydora powróciła do siebie.

Mieszkanie było jeszcze bardziej ciemne, chłodne i dziwnie nieprzyjazne. Zatem Izydora bez mrugnięcia okiem zadzwoniła do znajomej, której syn zajmował się handlem nieruchomościami.

Następnego dnia zostało fachowo obfotografowane ze wszystkich stron, wycenione i po odliczeniu prowizji Izydora stwierdziła, że po spłaceniu kredytu pozostanie jej bardzo skromna suma, która być może pozwoli jej na zagospodarowanie się w nowym miejscu.

Przygotowania do exodusu zaczęła w dniu, gdy oferta ukazała się na stronie internetowej biura nieruchomości. Na początku spakowała książki (te, które wydały się jej nudne, przekazała bibliotece domu kultury), potem zajęła się ubraniami.

To w zasadzie wszystko, stwierdziła, przyglądając się meblom. Zadzwoniła do Wiktora, aby zdecydował, czy ma ochotę zatrzymać coś dla siebie, jak zwykle lojalna i uczciwa.

Pojawił się prawie natychmiast, mocno zakłopotany, gdyż na dole w samochodzie pozostała jego przyjaciółka.

– Wracaliśmy z małego spotkania – tłumaczył się, jakby coś nadal łączyło go z Izydorą. – Nie mogłem tak po prostu...

Owszem, mogłeś, pomyślała, ale nie powiedziała tego głośno.

– Zaproś ją na górę – zaproponowała. – Skoro jesteście razem...

To nieprawdopodobne, myślał Wiktor, zbiegając po schodach. – Jest albo nieskończenie głupia, albo... święta, dokończył, idąc w stronę samochodu.

Izydora policzyła w myśli do trzech, odetchnęła głęboko i otworzyła drzwi.

– To bardzo uprzejme z pani strony – powiedziała przyjaciółka Wiktora.

– Mam na imię Izydora – odparła. – W pewien sposób jesteśmy rodziną...

Wiktor roześmiał się nerwowo i rzucił swojej towarzyszce spojrzenie, które mówiło: sama widzisz...

– Saba – odpowiedziała ku jego zaskoczeniu i razem z Izydorą podały sobie dłonie.

Ręka przyjaciółki męża była drobna i chłodna, ale odpowiedziała solidnym uściskiem. To Izydora lubiła. Miała w życiu okazję witać się z wieloma osobami, podawano jej wiotkie gałganki, śnięte ryby, mokre łapki topielców, często w niezauważalny sposób starała się wytrzeć dłoń o ubranie, aby nie pozostał nawet najmniejszy ślad dotyku.

– Zupełnie jak pies mojego ojca – wymknęło się jej, ale przyjaciółka Wiktora roześmiała się.

– Moja matka raczej myślała o królowej Sabie – powiedziała – ale wszystkim zawsze kojarzyło się to z psem.

– Bo w każdej kobiecie jest coś z psa... – rzekła poważnie Izydora.

Wiktor gwałtownie drgnął. Rozmowa Izydory i Saby – jednej, z którą sypiał kiedyś, i drugiej, z którą aktualnie dzielił łoże – sprawiła, że poczuł się dziwnie niepotrzebny.

W każdej kobiecie jest coś z psa, a to dobre, pomyślał i przypomniał sobie swoje późne powroty do domu, kiedy lekko zamroczony wchodził do przedpokoju, a w kuchni na stole paliła się ulubiona lampa żony. Przez pierwszych pięć lat witała go, jak gdyby nic się nie stało, później zdarzało się jej zasnąć w fotelu obok łóżeczka Jerzyka.

„Jak ten pies! – krzyknęła kiedyś – czekałam na ciebie jak ten pies!”

Zrobiło mu się wstyd. Zanim odzyskał panowanie nad sobą, obie panie były już w kuchni.

– Niestety nie mam niczego, co mogłabym podać do herbaty – tłumaczyła się Izydora. – Siedzę na walizkach.

– Wik – odezwała się przyjaciółka Wiktora. – Skocz do marketu i kup coś do kawy...

– I śmietankę – dodała Izydora.

Kiedy za oniemiałym ze zdziwienia Wiktorem zamknęły się drzwi, zapadła nagła cisza.

Izydora wskazała gościowi krzesło i sama usiadła po drugiej stronie stołu.

– To się zdarza – powiedziała. – Ludzie rozchodzą się w gniewie, popełniają samobójstwa... My po prostu nie pasowaliśmy do siebie.

Saba wyjęła z torebki paczkę papierosów.

– Tak po prostu? – zapytała.

– Tak po prostu – uśmiechnęła się Izydora. – Długo trwało, zanim do tego doszłam. Ale już jest w porządku.

Wiktor powrócił z zakupami nadspodziewanie szybko.

– To absurdalne! – wybuchnął, stawiając na stole śmietankę i paczkę pierników w czekoladzie.

– Co? – zapytała Izydora. – To, że nie skaczemy sobie do oczu? Czy to, że zaraz wypijemy kawę i zdecydujecie, które meble chcecie zabrać?

– Wszystko – powiedział i ciężko usiadł na krześle.

Izydora zdjęła z gazu gwiżdżący czajnik.

– To wyższa forma sztuki – odpowiedziała z uśmiechem.

Spojrzał na byłą żonę i doszedł do wniosku, że wygląda całkiem dobrze. Gdyby tylko zrzuciła parę kilogramów... Ale oczywiście nie powiedział tego głośno.

– Kiedy uporam się z tym wszystkim – rzekła Izydora, zupełnie jakby czytała w jego myślach – pomyślę o jakiejś diecie, ale na razie...

Sięgnęła po pierniczek i bez najmniejszych wyrzutów sumienia zatopiła w nim zęby.

Siedząc przy stole, doszli do wniosku, że Wiktor zabierze wszystkie meble z wyjątkiem sekretarzyka i kuchennego stołu, do którego Izydora żywiła szczególny sentyment.

– Mam nadzieję, że dobrze sobie wszystko przemyślałaś – powiedział były mąż, kiedy stali w przedpokoju.

– Tak – odpowiedziała Izydora.

– Sama często chciałabym uciec z miasta – wtrąciła kobieta o psim imieniu.

Kiedy wyszli, Izydora poczuła nagłą ulgę. Nie miało to nic wspólnego z poznaniem partnerki Wiktora. Po prostu zrozumiała, że nic jej już tutaj nie trzyma.

„Drogie dziecko – pisała ciotka. – Powinno mi być bardzo miło, że chcesz zagrzebać się na prowincji i zająć starą ciotką, z drugiej strony nie bardzo wiem, jak młoda osoba, która spędziła całe życie w wielkim mieście, odnajdzie się w miasteczku, gdzie od rynku prowadzą zaledwie cztery uliczki, a większość mieszkańców to starzy pierdziele...”

Izydora raz jeszcze przeczytała szybko list i zatrzymała się na ostatnim słowie. Nie chciało się jej wierzyć, jak dystyngowana emerytowana nauczycielka może użyć TAKIEGO słowa.

Ciotkę spotkała na zaledwie kilku zjazdach rodzinnych, tych mniej ważnych, zupełnie jakby była ona kimś, kogo obecność była ze wszech miar niepożądana.

Mała, drobna, krótko ostrzyżona, o ptasich rysach pani odzywała się rzadko, ale kiedy do tego dochodziło, rzucała trafne, podszyte ironią uwagi. Poruszała się też niby ptak – szybko, zwinnie, w każdej chwili gotowa zerwać się do lotu.

Prawdę mówiąc, Izydora nie wiedziała o ciotce niczego poza tym, że uczyła matematyki, przedmiotu, który darzyła szczególną sympatią.

Pomysł wyjazdu do ciotki przyszedł jej do głowy w dniu, kiedy nadeszło kolejne pismo od komornika.

Matka byłaby oburzona, pomyślała. Nasza rodzina i komornik?

A to wszystko za sprawą córki, której figura od początku nie przypominała figury baletnicy, córki, która nie potrafiła zawalczyć o swoje małżeństwo ani zdobyć szacunku własnego syna.

– Trudno – powiedziała do swojego odbicia w lustrze. – Trzeba będzie jakoś zjeść tę żabę.

Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Karoliny, nie żeby prosić o wsparcie, ale tak po prostu pogadać, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu.

Przyjaciółka była niesłychanie zajęta urządzaniem wymarzonego domu i każda rozmowa nieuchronnie sprowadziłaby się do mebli do salonu, sofy do męskiej bawialni i projektu kuchni.

Najgorsze ze wszystkiego było to, że Izydorze nie podobał się ani salon, ani sofa, ani projekt kuchni.

Wszystko było szalenie drogie i bardzo bezosobowe, zimne i gładkie, zaprzeczające istocie domu.

Odkładając telefon, poczuła, że nie potrafi dłużej udawać fałszywych zachwytów, podobnie jak nagle i nieoczekiwanie zaczął irytować ją sposób bycia jedynego syna przyjaciółki.

Jerzykowi nigdy nie zdarzyło się paradować po domu w gatkach, pomyślała i wzdrygnęła się.

Siedząc przy stole, na którym obok siebie leżały list ciotki i groźby komornika, zastanawiała się nad tym, ile czasu jeszcze jej pozostało i w jaki sposób powinna go wykorzystać.

Pięćdziesiąt lat, pomyślała. Pół wieku i po prostu nic.

Wiktor przyjął decyzję o sprzedaży mieszkania ze stoickim spokojem.

– Jeżeli uważasz, że powinnaś to zrobić – powiedział – to po prostu to zrób.

– Jerzyk... – zaczęła, ale przerwał jej.

– Jerzyk naprawdę nie potrzebuje tego mieszkania. Jeżeli przyjedzie do kraju, zatrzyma się u nas. Poza tym są jeszcze hotele.

Pięciogwiazdkowe, pomyślała, a to „nas” dziwnie ją zabolało.

Kilka kolejnych wieczorów spędziła, przeglądając oferty mieszkań do wynajęcia, ale czynsze były zawrotne. Trzy czwarte pensji pokryłoby koszt najmu i media, a jedna czwarta... cóż, wystarczyłaby na pierwszy tydzień.

Wtedy przypomniała sobie ciotkę.

Z okresu dzieciństwa pamiętała wakacje spędzone w starej drewnianej willi, gdzie nocą schody skrzypiały tak, jakby ktoś spacerował po nich w górę i w dół, i ogromny księżyc wiszący nad dachem domu.

Wiedziała, że ciotka była osobą samotną, pochłoniętą bez reszty swoją pracą, stroniącą od rodziny, a wakacje okazały się dziełem zupełnego przypadku: ktoś musiał zająć się domem, gdy siostra ojca przebywała w szpitalu. Obraz starej, schorowanej, samotnej i zdziwaczałej starej kobiety nie opuszczał Izydory ani na chwilę.

Zaczynała list kilkanaście razy, próbując przedstawić swoją sytuację tak, aby staruszka ją dobrze zrozumiała, ale przychodziło jej to z trudem. W końcu zdecydowała się wyłożyć problem w paru lakonicznych zdaniach.

„Ciociu, tak się złożyło, że muszę sprzedać mieszkanie rodziców. Właściwie pozostanę bez dachu nad głową. Czy mogłabym zamieszkać razem z Tobą i zająć się tym, z czym nie dajesz sobie rady? Od dnia rozwodu jestem samotna, mój jedyny syn Jerzyk – pewnie go nie pamiętasz – mieszka za granicą i nic nie trzyma mnie w mieście. Izydora”.

Wysłała list rankiem i przez kilka następnych dni zaglądała do skrzynki jak nastolatka czekająca na odpowiedź od ukochanego. Odpowiedź nadeszła po tygodniu. I nic nie wskazywało na to, że pisała ją sklerotyczna starsza pani: papier zapisany wyraźnymi literami w równych rzędach. I na dodatek to słowo: „PIERDZIELE”. Wszystko to sprawiło, że Izydora nie mogła doczekać się dnia, w którym zacznie nowe życie.

Kierowniczka domu kultury dała jej bardzo dobre referencje i zapewniła, że jeżeli kiedykolwiek zdecyduje się wrócić, zostanie przyjęta z otwartymi ramionami. Później Izydora przeczytała, jaka jest bezkonfliktowa i profesjonalna, i ogarnął ją śmiech. Przez dwadzieścia lat siedziała sama w malutkim pokoiku i choćby nawet chciała, nie miała z kim wszczynać konfliktów.

Wykonywała sumiennie i starannie to, co do niej należało, nie popełniwszy ani jednej pomyłki. Pracowała tak samo, jak pracował jej ojciec, nie spóźniając się i nie wychodząc wcześniej do domu.

Może dlatego uważano mnie za osobę pozbawioną wyobraźni, pomyślała, przypominając sobie epizod z wernisażem i malujące się na twarzach współpracowników zaskoczenie.

„Naprawdę, jaka jesteś, nie wie nikt”, usłyszała w radiu. Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała, że właściwie nie wie tego. Miała nadzieję, że dowie się wszystkiego z dala od miasta, w drewnianym domu zagadkowej ciotki. Zanim zasnęła, przypomniała sobie filmy i książki (Smażone zielone pomidory, Ranczo, Dom nad rozlewiskiem i wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza), w których ktoś wracał albo pojawiał się dopiero po raz pierwszy, jak traktowano go z początku chłodno i z rezerwą, aby po stosunkowo krótkim czasie przyjąć z otwartymi ramionami i przytulić do serca.

Gdy zegar na wieży kościoła wybił północ, spała twardo, uśmiechnięta jak dziecko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki