74,00 zł
Codzienność kobiet w PRL regulowana była przez różne rytmy i cykle – role narzucone przez system, zwyczaje i - zabetonowane tradycją - wewnętrzne imperatywy. Ustrój Polski ludowej deklarował równość płci, w wielu przypadkach oznaczało to jednak dla jednej z nich podwójne obciążenie. Dominujący przez wieki wzorzec kulturowy, który umieszczał kobietę w kontekście domowym, rodzinnym, a dużo rzadziej – w zewnętrznym, publicznym zmienił się o tyle, że do tradycyjnych obowiązków dołożył te związane z pracą zarobkową, koniecznością utrzymania rodziny i nadążania za nowoczesnością. Mimo, że zmiany polityczne i gospodarcze miały ogromny wpływ na życie kobiet, to wpływ kobiet na politykę pozostawał znikomy.
Autor rekonstruuje ich świat – często trywializowany lub wręcz pomijany w historiografii – sięgając przede wszystkim po ich osobiste doświadczenia utrwalone w pamiętnikach, poradnikach, czasopismach, a także filmach i dokumentach. Wszystkich materialnych i niematerialnych pamiątkach tej epoki. Zadaje pytania o ich motywacje, marzenia, o to w jaki sposób realizowały siebie i swoje plany. I skąd brały na to siłę...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 869
Rok wydania: 2025
Recenzentka
dr Joanna Hytrek-Hryciuk
Redaktor prowadzący
Andrzej Brzozowski
Redakcja
Miłosz Niewierowicz
Korekta
Edyta Chrzanowska
Mariusz Dobkowski
Indeks
Emilia Świętochowska
Ilustracje
Ewa Mazur
© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2025
© Copyright by Błażej Brzostek, 2025
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Wydanie I, Warszawa 2025
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Partner wydania
Dom Spotkań z Historią
ISBN: 978-83-8196-563-7
Książka powstała we współpracy z Domem Spotkań z Historią
ze środków Warszawskiego Funduszu Książki Historycznej
Ilustracja na okładce: Pracownica Przędzalni Czesankowej „Merinotex” Toruń, wrzesień 1969 roku. Fot. Sławek Biegański / Forum
Jesienią 1950 roku kilka więźniarek obierało ziemniaki w kartoflarni zakładu karnego w Śremie pośrodku Wielkopolski. Więzienie było trzypiętrowym budynkiem z czerwonej cegły wzniesionym w czasach pruskich. Służyło swoim celom pod władzą króla Prus, cesarzy Niemiec, prezydentów Drugiej Rzeczypospolitej i Adolfa Hitlera. Więzienia należą do struktur długiego trwania; przejmowane przez wrogie sobie władze, wypełniane są na nowo. Toteż po drugiej wojnie światowej komunistyczne Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego przeznaczyło gmach na „więzienie karno-śledcze III klasy dla mężczyzn i kobiet”1. W dzisiejszych narracjach historycznych podkreśla się, że trzymano w nim więźniów politycznych, w tym młodzież z konspiracyjnego harcerstwa1. Większość „pensjonariuszy” znajdowała się tam jednak z innych powodów i dlatego trudniej zaistnieć im w zbiorowej wyobraźni.
ROZMOWY PRZY OBIERANIU ZIEMNIAKÓW
Maria rozpoczęła właśnie odsiadkę ośmiu miesięcy za poddanie się nielegalnej aborcji. Miała 34 lata, była wdową i matką dwojga dzieci, pierwsze z nich urodziła dwa lata przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej. Pracowała do niedawna jako bufetowa w kasynie wojskowym. Danuta, o połowę od niej młodsza, nie miała jeszcze osiemnastu lat. W chwili wybuchu wojny była sześcioletnim dzieckiem. Wychowała się na wsi i nadal mieszkała w gospodarstwie rodziców. Jak wiele chłopskich dzieci ukończyła tylko cztery klasy szkoły powszechnej. Przetrzymywano ją w więzieniu jako podejrzaną w jakimś śledztwie, raczej bez związku z podziemnym harcerstwem. Dwudziestoośmioletnia Janina miała natomiast pełne wykształcenie podstawowe; wywodziła się z rodziny rzemieślniczej i była niezamężną krawcową, odsiadującą dziewięć miesięcy „za kradzierz”, jak wystukano w protokole przesłuchania, które prowadził podpułkownik Urzędu Bezpieczeństwa.
Policja polityczna rozpoczęła dochodzenie na terenie więzienia wskutek donosu, który złożyła zapewne Danuta lub Janina. W kartoflarni pracowało więcej więźniarek, przeważnie młodych, ale to zeznania tych dwóch pogrążyły Marię. Powodem były rozmowy przy obieraniu ziemniaków. Kiedy współwięźniarki spotkały Marię w kartoflarni – zeznawała Janina – „i dowiedziałyśmy się, że przyszła ona z wolności, zaczęłyśmy się jej wypytywać, kiedy będzie amnestia i co słychać na wolności”. Maria miała ostre sądy: nie powinny spodziewać się amnestii, raczej wojny. Sytuacji na zewnątrz nie nazywała wolnością. Szydziła z rządzonej przez komunistów „Polski Demokratycznej” – dobrze żyją w niej tylko partyjniacy i ubecy, którzy „trzymają ludzi po kostki w wodzie, aby się tylko przyznali do rzeczy niestworzonych”. Robotnik, jeśli nie należy do partii, „jest bity w dupę jak i inni”. Lepiej jej było za okupacji, gdy żyła jak pączek w maśle, a „niemcy2 się z nią lepiej obchodzili jak obecnie Polacy”. Dziś partyjniacy „walczą z kościołem tak jak walczył Hitler, ale przyjdzie czas, że dostaną tak samo w dupę, jak i on”. Wybuchnie wojna, Maria opuści więzienie i wtedy „będą musieli u jej nóg leżeć”. O służbie więziennej wyrażała się w najgorszych słowach, podobnie jak o codziennym wikcie, który nadaje się dla świń; „namawiała nas także, abyśmy, kiedy będzie złe jedzenie, nie przyjmowały go, zabraniała nam też kłaniać się naszym przełożonym więziennym dlatego, że są oni partyjniakami i nie należy się przed nimi upokarzać”. Wypowiedzi tego typu „stwarzały ferment pomiędzy więźniarkami i dodawały im pewności”, jak oceniła Janina. Podobnego zdania była Danuta, która uważała, że wyrażająca się „jak najgorsza ulicznica” Maria demoralizowała najmłodsze współwięźniarki2.
Obie zeznające miały wyraźne powody, aby świadczyć przeciwko Marii. Młodziutka Danuta czekała na rozwój śledztwa i mogła sądzić, że poprawi swoją sytuację, odcinając się od kobiety, która namawiała do nieposłuszeństwa wobec władzy. Krawcowa Janina pokładała nadzieje w akcie łaski. Być może sama napisała do prezydenta Bolesława Bieruta, jak robiło wówczas wiele więźniarek i ich rodzin. Maria kpiła z tego, uważając takie listy za poniżające, a przy tym wypowiadała wiele „słów niecenzuralnych i wulgarnych, ubliżających osobie Prezydenta oraz jego zasługom w budowie Polski Ludowej”3. Tak zapisano zeznanie Janiny, ale może sama je tak sformułowała, gdyż obywatele szybko uczyli się nowomowy i stosowali ją w kontaktach z władzą.
„OPOWIEDZCIE SWÓJ ŻYCIORYS”
W protokole pochodzenie społeczne Marii określono jako „kupieckie”, co wtedy jej nie pomagało, wykształcenie – „średnie” (ukończyła szkołę handlową), zawód – „bufetowa”, stan majątkowy skwitowano rutynowo – „nie posiada”. Jako przynależność partyjną wskazano Ligę Kobiet, choć Liga nie była partią. Więźniarka musiała zrelacjonować swe życie. „Opowiedzcie swój życiorys” – pierwsze pytanie w przesłuchaniach epoki stalinizmu wyrażało założenie o kryjących się w życiu ludzi tajemnicach wyjaśniających ich postępki. Maria urodziła się w 1916 roku, mimo wykształcenia zawodowego żyła „przy rodzicach” i „pomagała” w sklepie kolonialnym ojca. W 1937 roku urodziła dziecko, a dwa lata później wyszła za ślusarza o imieniu Franciszek – zapewne ojca dziecka – i „prowadziła dom”. Były to typowe elementy życiorysu kobiety tamtych czasów, łącznie z niewykorzystanym wykształceniem, które zapewne zdobyła na wszelki wypadek, i z pozostawaniem „przy” rodzicach czy mężu. Po klęsce Rzeczypospolitej w 1939 roku Poznań włączono do Rzeszy, a ludność polską wysiedlono. Maria została jednak w mieście, najpewniej dzięki temu, że jak jej mąż podjęła pracę w Deutsche Waffen- und Munitionsfabriken, czyli skonfiskowanej fabryce Hipolita Cegielskiego („obecnie zakłady im. Stalina”, jak zaznaczono w protokole). Została wysłana przez poznański Arbeitsamt do Berlina na kilkutygodniowe szkolenie „w wyrobie naboi” i pracowała przy ich wytwarzaniu w latach 1941–1944. W ten sposób jak tysiące przedstawicielek podbitych narodów wkładała wysiłek w uzbrojenie prześladowcy. O tym właśnie okresie swojego życia mówiła współwięźniarkom, że „żyła jak pączek w maśle”. Wiedząc, że te słowa świadczą na jej niekorzyść, w czasie śledztwa podkreślała, że nie należała „do żadnej grupy uprzywilejowanych”, czyli nie podpisała niemieckiej listy narodowościowej. Pod koniec wojny przerwała pracę i zajęła się domem. W 1945 roku urodziła córkę; poród był chyba ciężki, kobieta chorowała przez dłuższy czas. Wtedy też jej mąż w nieokreślonych okolicznościach stracił życie. Początek powojennej Polski był więc dla Marii okresem bardzo trudnym. Pozostała z dziećmi sama. Starała się utrzymać z pracy w wytwórni konserw, potem z posady urzędniczki w PKP. Takie zmiany zatrudnienia były w tamtych czasach typowe; kwalifikacje miały znaczenie drugorzędne wobec braku wszelkich kadr, a niskie płace nie skłaniały do trzymania się miejsca. W 1948 roku Maria zatrudniła się w poznańskiej kawiarni Mocca3, a z kolei latem 1950 roku w kasynie oficerskim. Nie wiem, czy Mocca pozostała lokalem prywatnym (jeśli tak, przejście do bufetu wojskowego było w tej epoce korzystne), i czy zmiana pracy miała jakiś związek z życiem osobistym Marii. W każdym razie 12 października została aresztowana – „za to, że usunęłam ciążę”4.
W tym czasie obowiązywał przedwojenny Kodeks karny, którego artykuł 231 przewidywał, że kobieta, „która płód swój spędza lub pozwala na spędzenie go przez inną osobę”, podlega karze aresztu do lat trzech, artykuł 233 określał zaś, że „nie ma przestępstwa”, gdy ciąża zagrażała życiu kobiety albo gdy była wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. Dopiero w 1956 roku dodane zostanie ustawowe kryterium „trudnych warunków życiowych kobiety”4, pozwalające na szeroką interpretację i w zasadzie niepozwalające na skazanie kobiet, które poddały się aborcji. Istotne tutaj, że Maria trafiła do więzienia z powodu specyficznie „kobiecego”. Nielegalne praktyki usuwania ciąży były powszechne, zwłaszcza ze względu na trudne warunki życiowe. Konsekwencje tych zabiegów bywały gorsze od więzienia. Kobiety chorowały, pozostawały okaleczone i bezpłodne. Niekiedy umierały. Wszystko to działo się „na wolności”, jak mówiły więźniarki.
Maria nie przyznała się do prowadzenia żadnych niewłaściwych rozmów, ale zmieniła zdanie pod presją zeznań współwięźniarek albo bicia, które praktykowano w pokojach przesłuchań. Starała się jednak umniejszyć swe polityczne przewiny: „Kiedy pierwszy raz poszłam […] obierać kartofle i jedna z więźniarek zapytała mnie, co słychać na wolności i kiedy będzie amnestia, odpowiedziałam jej, że amnestii się nie doczekamy, a prędzej wybuchnie wojna. Mówiłam tak dlatego, ponieważ słyszałam, stojąc w ogonku do rzeźnika, jak kobiety mówiły, że Amerykanie, jak skończą w Korei, to przyjdą tu do Polski, aby wypędzić Rosjan z terenów, które są przez nich okupowane. Dalej mówiłam o Prezydencie Bierucie, że jest Rosjanin, bo nie umie po polsku mówić. Poza tym dalszej rozmowy nie przypominam sobie, możliwe, że jeszcze coś powiedziałam, ale nie pamiętam, co. Przypominam sobie jeszcze jedną moją wypowiedź pod adresem Naczelnika i Kierownika, których nazwałam czerwonymi, w tym wypadku miałam na myśli ich przynależność do PZPR. Dalszych wypowiedzi sobie nie przypominam. To by było wszystko, co bym mogła zeznać w mojej sprawie.
Pytanie: Na jaki temat prowadziliście rozmowy przy przebieraniu grochu?
Odpowiedź: Przy przebieraniu grochu żadnej rozmowy nie prowadziłam”.
KOBIETY DO SKUBANIA GĘSI
Przebieranie i obieranie ziemniaków (buraków, chrzanu, kalafiorów), łuskanie grochu i fasoli, darcie pierza to czynności tradycyjnie „kobiece”, wynikające z podziału pracy w gospodarstwie wiejskim. Proporcje tych czynności oddają pomiary z lat sześćdziesiątych XX wieku przeprowadzone przez socjolożkę pod Płockiem. W badanych rodzinach chłopskich kobiety obierały ziemniaki 270 razy w ciągu miesiąca, mężczyźni – trzy razy5. Nieprzypadkowo to kobiety zatrudniano w więziennej kartoflarni. Odwieczne były rozmowy przy tych jednostajnych czynnościach: skarżenie się na los i świat, omawianie spraw międzyludzkich i gospodarskich, bawienie się żartami. „Spadającą z ziemniaka obierkę – pisze Jolanta Brach-Czaina – można chyba uznać za koncentrat codzienności. Jak jeden dzień. Jest to zdarzenie osobne, należy do porządku egzystencjalnego i nie objawia sensu. Może go nie ma. A może skrywa. Od nas tylko zależy, czy chcemy narażać się na śmieszność absurdalnych poszukiwań, czy wolimy niesmak rezygnacji”6. Do poszukiwań należy słynna scena obierania ziemniaków z filmu Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela w reżyserii Chantal Akerman (1975). Pozwala ona obserwować – a może zwłaszcza słyszeć – niezwykle długo jak na sekwencję filmową kobietę wykonującą rutynowe ruchy, których nawet nie musi śledzić wzrokiem. Zwalnia i przyspiesza wedle skrytego rytmu myśli czy rozpamiętywań. Lekki plusk oznacza włożenie ziemniaka do plastikowej miednicy z wodą.
Obieranie i łuskanie, a także wyszywanie czy haftowanie, czynności tradycyjnie wykonywane przez kobiety, wytworzyły przeświadczenie, że mają one predylekcje do prac manualnych, wymagających cierpliwości i zręczności palców. Nie tylko skubanie, lecz także opiekowanie się drobiem w gospodarstwie, rzucanie kurom, dbanie o gęsi było zadaniem dziewczynki i kobiety wiejskiej. Powojenne oferty pracy bywały jednoznaczne: „Kobiety do skubania gęsi przyjmie Centrala Spółdzielni Mleczarsko-Jajczarskich”; „Tuczarnia drobiu w Junikowie przyjmie 200 kobiet do skubania gęsi”7. To sprawiało, że kobiety wkraczające na miejski rynek pracy zajmowały się pokrewnymi sprawami. Ich ręce uchodziły za bieglejsze, a one same za bardziej skupione i skrupulatne od mężczyzn, dlatego w fabrykach oferowano im „takie czynności, jak nawijanie cewek, montaż, lutowanie drobnych elementów, naprawa precyzyjnej aparatury pomiarowej i niewielkich urządzeń elektrotechnicznych”8. Były to zadania mozolne i niskopłatne. Dlaczego jednak nie sfeminizowały się zawody jubilera albo zegarmistrza, wymagające cech przypisywanych kobietom? Wynikało to z dominującego sposobu przekazywania umiejętności (cechowo, z mistrza na ucznia), ale może głównie z atrakcyjności zarobkowej tych zawodów. Sfeminizowała się natomiast praca fabryczna przy montażu zegarków, wymagająca tylko cząstkowej wiedzy i opłacana bez porównania gorzej niż działalność zegarmistrza. Z takiego podziału pracy wynikało wtórnie utrwalanie się opinii o kobietach, wyrażanej zresztą także przez nie same. Jak twierdziła pewna inżynierka w latach sześćdziesiątych: „Kobiety są na ogół mniej zdolne niż mężczyźni i nadrabiają to dokładnością”9.
„TA, CO CHODZI W SPODNIACH”
Prokurator określił rozmowy Marii w kartoflarni jako „przestępczą działalność”, uznając oskarżoną za niepoprawną i demoralizującą współwięźniarki. Wniósł o skazanie jej na kolejne dwa lata – obozu pracy10. Taki maksymalny wymiar kary nałożyć mogła Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym i chociaż wydawało się, że „przestępcza działalność” naszej bohaterki nie ma nic wspólnego z występkami wymienionymi w nazwie tego organu, prokurator skierował akta właśnie tam. Komisja działała szybciej i prościej od zwykłego sądu. Po ośmiu tygodniach jej skład orzekający uznał argumentację prokuratora11.
Wprost ze Śremu Maria miała być zabrana do obozu pracy w Mielęcinie, wsi w powiecie włocławskim. Obóz został utworzony przez Niemców dla polskich jeńców wojennych 1939 roku, zaraz po wojnie znaleźli się w nim z kolei Niemcy i folksdojcze, a od 1946 roku kierowano do niego głównie skazanych przez Komisję Specjalną. Dowieziona do Włocławka, Maria pięciokilometrową drogę do obozu odbyła zapewne pieszo. Pod lasem wyłaniały się drewniane wieżyczki obserwacyjne i dwa szeregi drutu kolczastego otaczające dziesięciohektarowy kwadrat obozu. Za bramą stały żółtawe baraki. W tych mieszkalnych były po cztery izby wypełnione piętrowymi pryczami, dwadzieścia w każdym pomieszczeniu. W innych barakach znajdowały się warsztaty pracy, w których więźniowie wyrabiali meble czy szczotki. Pracowali też w piekarni, betoniarni, przy karczowaniu lasu czy pracach porządkowych w obozie. Kobiety kierowano głównie do wytwarzania szczotek oraz strzyżenia wełny, planowano też przeznaczyć je do klejenia papierowych toreb i darcia pierza.
Gdy nasza bohaterka trafiła do obozu, zamkniętych w nim było około tysiąca więźniów – jedną czwartą stanowiły kobiety – pilnowanych przez setkę funkcjonariuszy. Maria napotkała te same zjawiska, przeciwko którym buntowała się w więzieniu. Osadzeni zobowiązani byli zdejmować czapki przed strażnikami, a za unikanie tego groził „bunkier”, czyli zamknięcie na dwie doby – albo dłużej – w mrocznej i mokrej piwnicy. Jedzenie uchodziło za okropne: na śniadania kawa zbożowa i zakalcowaty chleb, na obiad i kolację – zupa. Warunki sanitarne były fatalne – odrażające ustępy, trudności z kąpielą i plaga wszy wywołująca drastyczne przeciwdziałanie, czyli golenie głów kobietom przez strażników przy wtórze krzyków i płaczu. Wyrażająca się „jak najgorsza ulicznica” Maria, której język podobno tak demoralizował więźniarki w Śremie, zapewne ani tam, ani w Mielęcinie nie odstawała od ogólnego obyczaju, który był gruby i poniżający. Z obozu docierały opisy w rodzaju: „Nawet kobieta strażnik nie pozostaje w tyle (ta, co chodzi w spodniach) i mówi do starszej kobiety: jak cię kopnę w pizdę, to wylecą ci wszystkie [c]huje”. „Lekarz przychodzi […] raz na dwa tygodnie i załatwia komisyjnie sprawy dla Komisji Specjalnej, a leczą więźniowie jako sanitariusze. Jeden z nich, który dał się nazywać lekarzem, odzywa się w ten sposób do kobiety chorej: pani potrzeba dużego [c]huja, to byłaby pani zdrowa”. Sami organizatorzy obozu podkreślali, że osadzeni powinni się poczuć „jak więźniowie”12.
Syreny budziły osadzonych o 5.00. Musieli prędko wstać, umyć się i ubrać, po czym szli na śniadanie. O 5.50, gdy wyła druga syrena, grupami ruszali na plac apelowy, na którym ustawiali się według rodzaju zatrudnienia, byli liczeni, a w tym czasie strażnicy lustrowali sypialnie. Potem funkcyjni rozprowadzali do pracy, która rozpoczynała się o 7.00 i bywała przerywana inspekcją, podczas której więźniowie musieli stać na baczność. O 12.00 następowała godzinna przerwa obiadowa, po której wznawiano pracę trwającą do 16.30, po czym więźniowie jedli kolację i mieli trochę czasu wolnego. Po wieczornym apelu musieli pozostać w barakach. O 21.30 zarządzano ciszę nocną13.
„BILANS KWARTALNY”
Oto perfekcyjny obraz codzienności! Określony w regulaminie, pilnowany z zegarkiem w ręku, o rytmie wyznaczanym dźwiękiem syren i zbiorowym udawaniem się do zadań. To codzienność „instytucji totalnej”, jak zdefiniował ją amerykański socjolog Erving Goffman w swojej klasycznej książce z 1961 roku: instytucji pozbawiającej umieszczone w niej osoby władztwa nad czasem i nad ciałem14. Goffman prowadził obserwacje w szpitalu psychiatrycznym, interesowały go więzienia, koszary, statki, internaty czy klasztory. To miejsca odosobnienia przymusowego lub dobrowolnego, służące opiece lub mające chronić społeczeństwo przed osadzonymi, stworzone do realizacji praktycznego celu (jak statek, choć statki też bywały więzieniami) lub formujące grupę skupioną na wartościach duchowych i oddaloną od świata. Teorię Goffmana krytykowano jako tylko pozornie użyteczną, niewywrotną, ślepą na alternatywne formy życia i władzy rozwijające się w instytucjach totalnych15. Lecz przywołuje się ją stale. Placówki w Śremie i Mielęcinie należałyby do takiego porządku, wymuszając rytm dnia, ograniczając do minimum sferę prywatną, odcinając swoich pensjonariuszy od „wolności” murami i zasiekami. W odniesieniu do założeń tej książki mającej mówić o życiu codziennym właśnie Goffmanowski wzorzec wydaje się – jako wprowadzenie – najlepszy.
Po pierwsze dlatego, że stanowiąc pozorne zaprzeczenie codzienności – jak się ją rozumie potocznie, myśląc o wszystkim, tylko nie o „instytucjach totalnych” – jest jej esencjonalnym obrazem. Klasztor, więzienie czy szpital psychiatryczny mają usunąć z życia wszystko, co jest przypadkiem, wymyka się rytmowi zadań, stanowi improwizację. Jednym z głównych kłopotów, przed jakimi zawsze stają historycy zajmujący się życiem codziennym, jest przecież rozmaitość losów, przypadków czy zdarzeń niedających się ułożyć we wzór.
Po drugie, książka ta jest poświęcona losowi kobiet w powojennej Polsce nazywanej Ludową, a opisywanej często jako „reżim totalitarny”. Dyskutowanie o tym pojęciu chyba nie ma już sensu. Wymieniono wszystkie argumenty; jedni to pojęcie odrzucili, inni się go trzymają. Lecz pozostaje problem „wolności”, o której rozmawiały więźniarki, czyli świata spoza murów i krat. Niewątpliwie poglądy Marii na jego temat podzielało wielu mieszkańców Polski. W 1950 roku granic państwa pilnie strzeżono i na wielu odcinkach ogrodzono je w sposób przypominający obóz w Mielęcinie. Wyjechać było bardzo trudno, a paszport zaczął pełnić funkcję przepustki niczym w więzieniu. Notowano wiele prób ucieczek. Co więcej, władze starały się narzucić wzmożony rytm codziennego wysiłku, który określony był w regulaminie (surowej „socjalistycznej dyscypliny pracy”), pilnowany z zegarkiem w ręku, o rytmie wyznaczanym dźwiękiem syren fabrycznych i zbiorowym udawaniem się do zadań. Wiadomo, że w życiu codziennym bywało różnie, lecz stale istniał projekt czy scenariusz systemowy, jak to nazywała socjolożka Hanna Świda-Ziemba.
Po trzecie – i dotyczy to już nie tylko PRL, lecz samej codzienności – znany wszystkim powtarzalny, rytmiczny układ zdarzeń dnia i nocy, tygodnia i miesiąca komponuje się we wzory, które dość trudno przypisać do pojęcia wolności. Są to systemy nakazów i konieczności. Muszę wstać z łóżka, umyć zęby, przepełnionym autobusem jechać do pracy, wykonać ją wedle dyrektyw zwierzchników, czekać na tramwaj, zrobić zakupy, pamiętając o potrzebach domowników, ugotować ziemniaki, przy czym nie mogę zapomnieć o posoleniu wody, muszę ziemniaki odcedzić, uważając, aby się nie sparzyć… Te mniejsze i większe zadania, w jakiejś mierze wyznaczone samodzielnie, ale przecież określone przez wyuczenie, rutynę i oczekiwania innych, wypełniają czas i nadają mu rytm. Nie ma sensu odwoływać się do biblioteki narosłej wokół filozoficznych rozważań o „wolności”. Lecz pojęcie to musi podążać za każdym, kto interesuje się życiem codziennym. A może w szczególności – doświadczeniem kobiet. Przecież ruchy feministyczne od schyłku XIX wieku do dziś umieszczają „wolność” na czele swych postulatów. Oczekiwania społeczne wobec kobiet także były (i są) odmienne, wyznaczając inne granice tej wolności. W jaki sposób swobodę swojego codziennego wyboru określały same świadkinie epoki? Jak odczuwały granice swojej wolności? Jakie dążenia były im przypisywane przez innych – nie tylko w świecie realnym, lecz i tym przetworzonym przez sztukę, obrazowanym w powieści czy filmie?
Prawie ćwierć wieku po zdarzeniach, które doprowadziły do skazania Marii, w „słonecznych latach siedemdziesiątych”, epoce największego w drugiej połowie XX wieku dobrostanu w Polsce, na ekrany kin wszedł film Bilans kwartalny w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. W 1974 roku utrzymywało się złudzenie prosperity pod rządami Edwarda Gierka, ale dylematy ówczesnej inteligencji wyrażały filmy, które później nazwano „kinem moralnego niepokoju”. Ukazywały one banalny świat codziennych spraw, spoza których przezierało zasadnicze niespełnienie, osobiste lub zbiorowe. Ówczesny premier Piotr Jaroszewicz miał oświadczyć, że Bilans kwartalny nie ma „nic wspólnego z rzeczywistością”16. Takie filmy irytowały dygnitarzy, bo były dalekie od propagandowego optymizmu, ale zarazem zwykle unikały wyrazistych deklaracji. Bohaterowie Bilansu żyją w scenerii nowego warszawskiego osiedla o surowych ścianach z pustaków: Marta (Maja Komorowska) jest księgową w przedsiębiorstwie, Janek (Piotr Fronczewski) – naukowcem, a Piotrek (Paweł Tyszkiewicz) uczy się w szkole podstawowej.
Budzik wyrywa ich z łóżka o 7.00. Znakiem poranka jest butelka mleka czekająca pod drzwiami5. Wstają i wspólnie ścielą kanapę, mężczyzna budzi synka śpiącego w swoim pokoju („Nie ma ratunku!”). Prędko się myją – z problemami wokół kolejności zajmowania łazienki – i zbierają rzeczy przed wyjściem („Nie widziałaś moich papierów?”). Kobieta robi owsiankę synowi i kanapki do pracy mężowi, po czym rozchodzą się: „Kiedy wracasz? – Normalnie”. Chłopak dociera do szkoły, matka jedzie do pracy, spóźniając się z powodu nieprzewidzianego zdarzenia, ale jak wynika z rozmowy – w jej wypadku jest to częste. Przed konsekwencjami chroni ją koleżanka, która podpisuje ją na liście. Rytm dnia w księgowości wyznacza terkotanie maszyn liczących przerywane małymi rozmowami i jedzeniem („pyszny schabik mam”), po których o wyznaczonej godzinie urzędniczki opuszczają biuro. Widzimy wtedy bohaterkę przy zakupach w hali targowej, gdzie kobiety robią sobie w kolejkach małe przysługi („Ja będę za panią”) i wchodzą w drobne zatargi. Rodzina je obiad w mieszkaniu.
Ten rytm zostaje rozerwany – co stanowi główny temat filmu – przez romans Marty z przypadkowo spotkanym mężczyzną, którego życie stanowi jak gdyby rewers jej rzeczywistości. Kobieta nie dostrzega rutyny jego egzystencji, a głównie to, co wydaje się „wolnością”: mężczyzna przemieszkuje, wałęsa się, żegluje. Ma abażur z gazety. Prawdziwe życie rozgrywa się na wodzie – morze otwiera się przed widzami w tytułowym kadrze – narzucającej żeglarzom swój nieludzki, tajemniczy rytm. Wrócą wieczorem, ale może rano, jeśli „cisza złapie”. Jak w tylu obrazach i tekstach kultury, w filmie Zanussiego woda jest symbolem ucieczki od przyziemności – wyzwaniem, obietnicą i zaprzeczeniem rutyny. „Ja chcę być wolna” – mówi kobieta i to wyrywanie się ku wolności oznacza narastającą arytmię codzienności. Późne powroty Marty do domu sprawiają, że rodzina nie jada już razem, nie sypia; w końcu spać można na fotelu jak Janek, który zaczyna nadużywać alkoholu. Marta wraca jednak do męża i swojej rutyny, którą docenia po chaotycznych i gorzkich przeżyciach nad morzem. Gwizdek czajnika o poranku przywraca kształt codzienności.
CYKLE, LINIE I PORY
Bohaterka Bilansu funkcjonuje w rzeczywistości, której rytm jest wyznaczony przez pracę biurową: godziny jej świadczenia w ciągu dnia i okresowe rozliczenia – bilans kwartalny – tworzące ramę, poza którą układają się przeżycia domowe i prywatne. Pociągająca „wolność” morza jest bliska rytmowi natury, porządkowi bardziej pierwotnemu, pozbawionemu planu. W tym wymiarze Marta wyrywa się z rzeczywistości PRL określonej normowaniem i kontrolowaniem życia. Z rzeczywistości rodzinnej, która również stanowi życiowy projekt, chociaż realizowany na fundamentach miłości.
Normowanie, regulowanie, poddawanie nadzorowi specjalistów – w tym zakresie PRL była wariantem nowoczesności, reżimem racjonalnym. W tenże sposób traktowano sprawy ciała, zdrowia i macierzyństwa. Specjaliści nakazywali młodym matkom, aby rytmicznie karmiły swoje dzieci, nie licząc się z ich krzykiem. „Pierwszy raz matka przystawia do piersi noworodka po 24 godzinach. Po 12 godzinach daje mu 20–30 g lekko osłodzonej herbaty […]. W pierwszych tygodniach, jeżeli dziecko waży ponad 3 kg, matka karmi je 6 razy dziennie z 6-godzinną przerwą nocną; natomiast dziecko o wadze niższej należy karmić 7 razy, tj. o godz. 6, 9, 12, 15, 18, 21 i 24. […] Pokarm kobiecy wystarcza dziecku tylko do 3 miesięcy. Od tego czasu należy dawać mu soki owocowe, a później dodatkowe mieszanki”17. Dziecko miało wdrożyć się w rytm i to pierwsze wtajemniczenie było potwierdzane w kolejnych okresach życia, gdy już świadomie przyjmowało narzucone mu obowiązki. Dydaktyka społeczna, właściwa przedszkolom i szkołom, potwierdzała znaczenie dyscypliny i stałość codziennego oraz tygodniowego rytmu.
Niemiecki uczony Jürgen Aschoff sformułował w latach sześćdziesiątych XX wieku teorię naturalnego rytmu dobowego (circadian rhythm). Argumentował, że każdy organ ludzkiego ciała wykazuje rytm dobowy, nazywany potocznie „zegarem biologicznym”. Istotne, że rytm ten wytwarzany jest przez sam organizm, co dowiodły eksperymenty Aschoffa na grupach wolontariuszy, którzy poddawali się życiu w zupełnej izolacji od światła zewnętrznego, nie doświadczając dnia i nocy. W ten sposób badano zależność biologicznego rytmu organizmu od otoczenia. W tych warunkach pojawiały się różne odchylenia i zmiany rytmu, lecz organizmy dążyły do samoregulacji i podtrzymywały swój zasadniczy mechanizm dobowy. W naturalnych warunkach, pisał Aschoff, rytm ciała jest uzgodniony z ruchem Ziemi, a to dzięki impulsom nazwanym „dawcami czasu” (Zeitgeber), czyli głównie zmianom natężenia światła18. Lecz potężnym Zeitgeber jest także społeczeństwo – normuje i ustala rytm działań, który wpływa na zegary biologiczne jednostek. Nowoczesne społeczeństwo jest zaś ujęte w ramy innego Zeitgeber – państwa, w naszym przypadku państwa autorytarnego i dążącego do uprzemysłowienia.
Dlatego pierwsza część tej książki poświęcona jest rytmom i cyklom. Są to pojęcia pokrewne, w niektórych wypadkach używane zamiennie, a przecież mające też wyraźny sens odrębny. Słowo „cykl” ma nieco mylącą naturę, ponieważ jest używane w odniesieniu do przeciwstawnych zjawisk. „Cykl” oznacza powtarzalność, wieczny powrót, toczenie się kołem. Ale „cykl” grafik Goi jest całością zamkniętą i niepowtarzalną. Dlatego cykle życia są zarazem doświadczeniem powszechnym i jednostkowym; każdy przeżywa swój cykl w sposób niepowtarzalny, lecz wzajemne rozumienie się ludzi polega na wspólnym doświadczeniu cykliczności życia. Stanowi to esencję codzienności.
Kobiety i mężczyźni doświadczali ruchu Ziemi, który regulował cykle ich życia, lecz także innych „dawców czasu”, i tu właśnie pojawiały się podstawowe różnice związane z porządkiem płci. Czas wytwarzany społecznie był bowiem w dużym stopniu odrębny dla mężczyzn i kobiet. Dlatego w części o cyklach i rytmach muszą się pojawić zarówno wielkie cykle wynikające z ruchu Ziemi, przemian pór roku i innych zjawisk naturalnych, w tym odrębny dla kobiet cykl owulacyjny, jak i cykle narzucane przez społeczną konstrukcję czasu. W tych drugich wyróżnia się zwłaszcza los kobiet. Ta odrębność ma charakter historyczny.
Dlatego druga część książki jest próbą opowieści linearnej. Wiedza historyczna nie jest objawiona, lecz wytwarzana i w toku tego wytwarzania ustalił się dominujący obraz czasu historycznego jako ciągu zdarzeń. Za „zdarzenie” uznano zaś przede wszystkim fakt polityczny. Polityka z kolei była zdominowana przez mężczyzn i do dziś to oni jawią się na kartach podręczników jako kreatorzy wielkich rytmów historii. Niech tak będzie – w tym znaczeniu część druga książki jest konformistyczna. Lecz linearność istnieje – podobnie jak cykle i rytmy – nie tylko w zapisie historii, lecz także w samym społecznym doświadczeniu. Ma ona dwie postacie: doświadczeń osobistych i zbiorowych układających się w zrozumiałe ciągi oraz równoległych linii doświadczeń, które z rzadka się krzyżują. Z powodu swej natury politycznej, czyli dążeń do zatarcia wcześniejszych podziałów społecznych, PRL splątała linie i pokrzyżowała je.
Bohaterkami tej opowieści są osoby o żeńskiej tożsamości, na ogół dorosłe (chociaż ważne są też doświadczenia dziewczyn) i przebywające „na wolności”. Żyjące w kraju nazywanym PRL albo Polską Ludową, czyli pod rządami partii określającej siebie jako „robotnicza”, ale w istocie będącej aparatem władzy hegemonicznej. Polska pod tymi rządami była scenerią życia kilkudziesięciu milionów ludzi, z których ponad połowa fizycznie była kobietami. Urodziły one w tym okresie kilkanaście milionów dzieci, w większości płci męskiej. Ponieważ przeważnie mężczyźni żyli krócej, w społeczeństwie stale było nieco więcej kobiet. Rytmy urodzeń i zgonów układały się we wzór następstwa pokoleń – w każdym dziesięcioleciu PRL w życiu politycznym, kulturalnym i produkcyjnym dominowało pokolenie o innym doświadczeniu. Trudności, jakie w ogóle niesie koncepcja „pokolenia”, wynikają nie tylko z jej płynności, niepewnie umiejscowionej w czasie i przestrzeni, lecz także – jak wskazuje Christina Benninghaus – z „męskiego” wzorca pokoleniowości, który naznaczył literaturę i historiografię nowoczesną19. Polegał on na przekonaniu o istnieniu dokonań istotnych, zmieniających bieg rzeczy, i względnej nieważności spraw drobnych, powszednich. To nadawało pokoleniom powołanym do odgrywania ról w teatrze dziejów charakter wspólnot męskich. Ponieważ pokolenie powinno być scementowane przez jakieś zbiorowe „doświadczenie” czy „przeżycie”, jest konstrukcją wyraźnie wyodrębniającą pewną grupę ludzi, a pomijającą inne – inaczej mówiąc, w tym samym czasie żyją obok siebie różne pokolenia, które niewiele o sobie wiedzą.
W połowie XX wieku wiele kobiet nosiło w sobie żywe wspomnienia świata poprzedniego stulecia, niemal nierealne w zestawieniu z rzeczywistością Europy zdominowanej przez kulturę masową. Jedne w młodości ćwiczyły na pianinie, jeździły do wód, mieszkały w wielopokojowych mieszkaniach. Inne chodziły boso do kościoła, śpiewały pieśni religijne, przymierały głodem na przednówku. Żyły wciąż osoby, które doświadczyły w świecie mieszczańskim zjawiska gorsetu. „Kobiety tak się ściskały w pasie, że nieraz mdlały z braku powietrza. Wyglądały jak »osy«; im więcej figura zdeformowana, tym zgrabniejsza. Znałam starszą już panią, która tak bardzo sznurowała się za młodych lat, iż dosłownie wyglądała jak kaleka; chodziła zgięta i nie mogła się później wyprostować”20. Znacznie więcej kobiet nie mogło się wyprostować z innych powodów: ciężkiej pracy na roli od dzieciństwa. Takie równoległe doświadczenia, czy raczej odległości między ich liniami, ukazywały słabą spójność społeczną na ziemiach polskich. Ta słabość, występująca na większości terytoriów nazywanych Europą Środkową lub Środkowo-Wschodnią, bardzo posłużyła zaimplementowaniu systemu, który głosił „demokratyzację” społeczną, jednocześnie likwidując „demokrację” jako system przedstawicielski. W bezpośrednim doświadczeniu to pierwsze wydawało się ważniejsze niż to drugie, wymagające świadomości obywatelskiej. W jakim stopniu wyrobioną świadomość miała większość mieszkańców ziem polskich? To pytania z porządku przekraczającego zamierzenia tej książki. Cząstkową odpowiedzią może być relacja kobiety, która wspominała cykl swojego życia na wsi, naznaczony przez powracający przednówek, gdy potrawy mączne stawały się rarytasem, a jadano ziemniaki i kapustę. Po latach komentowała, że „takie przeżycia są bardzo potrzebne w życiu, choćby z tych względów, że taki człowiek potrafi ocenić czas, w którym życie jest lżejsze, weselsze i głodu się nie zna”21. Mówiła o głębokim PRL.
W opowieści linearnej pełniej ujawnia się wpływ wojny na los kobiet w drugiej połowie stulecia. Ujawnia się także zasadnicza nierówność szans kobiet i mężczyzn utrwalana przez system polityczny blokujący dialog i ekspresję społecznych interesów. Tego rodzaju zjawiska nie objawiają się w codzienności bezpośrednio. Są „przejrzyste” wśród powszednich banalnych zabiegów, ale obecne w nich wszystkich. Zanurzeni w codzienności ludzie rzadko poświęcają im uwagę, często nie potrafią ich zdefiniować, lecz zdarzają się momenty, w których wzbierają emocje społeczne i problemy polityczne codzienności zaczynają się jawić ostro: tak było w okresie legalnej Solidarności lat 1980–1981, gdy także szczególne interesy kobiet zostały jasno wyrażone. Niekiedy nazywa się go karnawałem, co podkreśla jego niecodzienny charakter. Ówczesna kondensacja doświadczeń politycznych i obywatelskich odsuwa nas jakby od codzienności, tak jak odsuwa od niej klasyczna linearna historia polityczna.
Dlatego trzecia część tej książki jest próbą powrotu do rytmu dobowego, rytmu spraw codziennych. Jest to powrót umowny i symboliczny – ta część została podzielona na pory dnia, którym przypisano pewne typowe zjawiska. Czy jednak codzienność jest tożsama z typowością doświadczeń? Tylko w jakiejś mierze. W trzeciej części próbuję przedstawić charakterystyczne kobiece doświadczenia dnia, wskazując na pewne miejsca pracy i zawody zdominowane przez kobiety, przypisywane im różne obowiązki domowe i rodzinne, elementy ewolucji tych zjawisk. Jest to wybór i jak każdy domaga się zaprzeczeń oraz dyskusji.
Czy wśród rytmów, które naznaczają bieg ludzkiego życia, najważniejszy jest rytm serca? Jak wiadomo, bicie serca matki to kluczowe doświadczenie człowieka przed narodzinami, kształtuje emocje pierwszego okresu życia. Inaczej mówiąc, bicie serca kobiety jest rytmem, który naznacza doznania i w efekcie potrzeby społeczne. Najpierw potrzebę bezpieczeństwa i bliskości. Dlatego jego emitowany z głośnika dźwięk poprawia efekty anestezjologiczne u niemowląt1. Działa tu lepiej niż muzyka, z którą jest związany, gdyż rytm serca stanowi – jak sądzili badacze – źródło spontanicznych skłonności do muzyki i tańca. Wskazuje na to już kiwanie się malutkich dzieci pod wpływem rytmicznych dźwięków2. Muzyka od starożytności była uważana za czynnik przywracający harmonię, czyli pokonujący chorobę i niemoc ciała, a kojące właściwości pulsu muzycznego zostały potwierdzone przez nowoczesną naukę3. Mają one związek z rytmem serca. Gdy zaś mówimy o muzyce i tańcu, a także o chodzeniu – kroku, elementarnym rytmie egzystencji, który skłania ciało do poddawania się muzyce4 – znajdujemy się na terytorium badań historycznych.
„RÓWNAJ KROK!”
Wyobraźnia romantyczna połączyła krew i serce z ideą narodu, a naród z ziemią. Obrona terytorium związała się w nowoczesnej wyobraźni z rytmicznym marszem żołnierskim, a wspólnota je zamieszkująca przedstawiana bywała jako ciało. W 1979 roku papież Jan Paweł II powiedział o (i na) Jasnej Górze: „Trzeba przykładać ucho do tego świętego miejsca, aby czuć, jak bije serce narodu w Sercu Matki”1. O sercu narodu mawiał prymas Stefan Wyszyński, w którego języku powracały też metafory – służba, walka, krucjata – wyrażające obronę wyobrażonej wspólnoty narodowej i katolickiej. W XX wieku kilka pokoleń wychowało się, słuchając tego typu frazeologii narzucającej przekonanie o jedności celów i spójności dążeń. Wzmacniały je zbiorowe doświadczenia budowania jednolitego państwa w latach międzywojennych, wojny w jego obronie i jego utraty. Po katastrofie komuniści budowali nowe państwo pod sztandarem jedności celów, wykorzystując te same schematy. „Tysiące rąk, miliony rąk, a serce bije jedno”, śpiewano w latach stalinizmu, a w słowach Krzysztofa Gruszczyńskiego bicie tego ogromnego serca było oddawane przez marsz, który „uderza jednym rytmem”, podobnie jak praca znaczona uderzeniami młotów czy kilofów. „Równaj krok, równaj krok / zewrzyj dłonie / Nie rządzi już obszarnik-pan / Gdzie mrok, tam światło nam zapłonie” – to słowa Pieśni o Planie Sześcioletnim Stanisława Wygodzkiego z 1952 roku.
Metaforykę stalinizmu wypełniały odniesienia do fizycznej jedności i rytmicznego zespolenia ciał. Był to system mobilizacyjny, w którym wartość nadrzędną miał zrytmizowany zbiorowy wysiłek. Miała go wspomagać „propaganda monumentalna”, jak za Leninem nazywa się orkiestrowaną aktywność, w której uczestniczyli pisarze, malarze, architekci tworzący porywające do pracy powieści, obrazy, fasady2. Uderzenia kilofów w kopalniach, młotów na budowach i zdań w wierszach Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego miałyby się zespolić w jeden zgodny rytm, jak skandowanie i oklaski na wielkich akademiach. Miało to charakter wojskowy i mobilizujący – „męski”, jeśli odniesiemy go do tradycji wezwań i rytuałów wypływających z dążenia wspólnoty terytorialnej do obrony swego stanu posiadania i podboju. Głównymi zadaniami były „planowa produkcja”, czyli przemysłowe wytwarzanie przedmiotów, i zmechanizowana „produkcja rolna”. Poddanie się rytmowi pracy stanowiło nie tylko metaforę, lecz także oczekiwaną praktykę społeczną, której miały służyć cały system prawnych obowiązków (w tym przepisów o „socjalistycznej dyscyplinie”) i norm oraz narzucany w możliwie wielu sferach produkcji system akordowy. Uzależniał on zarobek od liczbowo określonych wyników produkcyjnych. Aby je powiększyć, organizowano „wyścig pracy”, czyli współzawodnictwo wzorowane na metodach stosowanych w ZSRR, którego efekty służyły wtórnie podwyższeniu norm produkcyjnych. Rywalizacja miała przyspieszać rytm pracy tak samo jak wprowadzanie „zespołowych metod”, czyli sprzęganie grup ludzi wzajemnie się motywujących i doskonalących swe gesty, tak aby ułożyły się w harmonijny wspólny ruch. Przygotowaniem do niego było już prowadzenie w zwartym ordynku grup robotników budowlanych czy rolnych na odcinki pracy. Wreszcie aby poprawić nastrój i zrytmizować wysiłek, umieszczano nad głowami pracujących głośniki emitujące muzykę i mobilizujące wezwania. Wszystko to miało cechy „instytucji totalnej”.
POLITYKA: ZATRZYMAĆ CYKL
„Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – ogłosił wiosną 1945 roku Władysław Gomułka w imieniu grupy mężczyzn, którzy zajęli kluczowe stanowiska dzięki opanowaniu przez Moskwę polskich terytoriów3. Szef Polskiej Partii Robotniczej zapowiedział więc narzucenie czasu linearnego w polityce. Ustanie cyklu. Potwierdzeniem było sfałszowanie referendum i wyborów do sejmu w latach 1946–1947, oznaczające odsunięcie społeczeństwa od bezpośredniego wpływu na politykę. W ten sposób dorosłe kobiety w Polsce utraciły prawo głosu, jakie onegdaj posiadały. W przedwojennej republice wyborcze prawa istniały – choć ograniczane przez autorytarne władze – przez dwadzieścia lat, a ostatnie wybory samorządowe i parlamentarne (chociaż te drugie dość wątpliwe) odbyły się w 1938 roku. Po rozszarpaniu Rzeczypospolitej przez dwóch okupantów i wyniszczającej wojnie narodziło się państwo, które sfałszowało fundacyjne akty wyborcze. Ustanowiło to w historii Polski granicę oddzielającą jej doświadczenia społeczne od doświadczeń obywateli państw demokratycznych. Wywołało też zasadnicze, do dziś powracające nieporozumienie związane z pojęciem wolności kobiet. Formalnie nadano bowiem liczne prawa, począwszy od liberalnych zapisów dotyczących małżeństw, a skończywszy na zapisach w konstytucji.
Aby stworzyć pozory społecznej akceptacji, fikcjonalną elekcję powtarzano co cztery lata – tak samo jak wybory na zjazdach hegemonicznej partii. Odbywały się one przeważnie niedługo przed „wyborami” do sejmu i rad narodowych. Lecz władze nie chciały dopuścić do zaistnienia realnego cyklu i strzegły pozorów jednomyślności w swoich gremiach. Były to gremia męskie. Główny ośrodek władzy stanowiło Biuro Polityczne wyłaniane przez Komitet Centralny partii, od 1948 roku noszącej nazwę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych w BP zasiadało od dziewięciu do osiemnastu mężczyzn, pośród których kilku miało w rękach większość sznurków. Do 1956 roku zawdzięczali oni swe funkcje wyłącznie moskiewskiej elicie przywódczej, również całkowicie męskiej. W samym Komitecie Centralnym, dużym i niezbyt sprawczym, ponieważ zwykle nie dopuszczano w nim do swobody debaty i głosowania, kobiety były obecne, ale rekord tej obecności (18 procent, 46 kobiet) padł przed 1948 rokiem, czyli przed okrzepnięciem aparatu władzy4. W sejmie ich liczba zmieniała się w rytm „wyborów” i pozostawała niewielka.
Wraz z umacnianiem się reżimu po 1948 roku malała liczba kobiet w jego instytucjach. Przez kilka lat istniały Wydziały Kobiece przy komitetach partyjnych różnych szczebli, których obsada była wyłącznie żeńska. A ich ranga – niska. Zajmowały się one kursami zawodowymi czy kołami gospodyń wiejskich. Podobna była specyfika działalności kobiet w związkach zawodowych czy radach narodowych, jak nazywano „terenowe” jednostki władzy po likwidacji samorządu w 1950 roku. Kobiety powołano tam do zajmowania się niewdzięcznymi z punktu widzenia mężczyzn sprawami socjalnymi. Oto poznańskie radne „zostały poproszone o poruszanie […] problemów takich jak złe warunki zatrudniania kobiet w spółdzielczości, poszerzenie oferty punktów usługowych, pomoc dla szkół i uruchomienie żłobków”5. Kobiety tworzyły zresztą znikomą mniejszość w radach: około piętnastu procent w połowie lat pięćdziesiątych, a w ich prezydiach o połowę mniej. W tym samym czasie stanowiły ponad połowę populacji kraju. Ich „mniejszościową” pozycję potwierdzało istnienie Ligi Kobiet utworzonej w 1945 roku – żadna Liga Mężczyzn nie przychodziła nikomu do głowy. Masowa organizacja kobieca mogłaby stanowić siłę polityczną, ale nie w PRL. Mimo wyzwoleńczego języka Liga była wypłukana z polityczności i zajmowała się głównie „sprawami bytowymi”. Po 1956 roku zyskała pewną autonomię, głównie w zakresie organizacji wsparcia dla rodziny czy spraw systemu alimentacyjnego6.
Puls aktywności publicznej kobiet był wyczuwalny lokalnie. Przykładem życiorys osoby, która jako dziewiętnastolatka pochodząca ze wsi przyjechała na ziemie poniemieckie – początkująca nauczycielka dostała z Wydziału Oświaty Gminnej Rady Narodowej (GRN) 1500 zł „na zagospodarowanie”, za które kupiła łóżko, pościel, ręczniki, buty, płaszcz i we własnym pojęciu stała się na chwilę „bardzo bogatym człowiekiem”. Co ważniejsze, poczuła się oceniana ze względu na swoje wysiłki i efekty pracy. Po pewnym czasie została radną i nawet przewodniczącą wspomnianego Wydziału Oświaty. Angażowała młodzież do zalesiania, zakładała kółka czytelnicze i taneczne, organizowała kursy rolnicze i była dumna z nagród otrzymywanych za tę pracę7. Z kolei pewna emerytowana nauczycielka opowiadała: „Należę […] do organizacji Frontu Jedności Narodu, jestem przewodniczącą Komitetu Blokowego, przewodniczącą Sekcji Emerytów ZNP, zasiadam w Zarządzie Wojewódzkiej Komisji Ochrony Przyrody, jestem aktywnym członkiem spółdzielni spożywców »Pionier« i komitetów sklepowych, pracuję w Społecznym Komitecie Obwodowym Nr 21”8. Inna nauczycielka działała w związku zawodowym, Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym, gdzie zorganizowała koło i pracowała jako przewodniczka, Związku Esperantystów (ułatwiał podróże zagraniczne, stąd żywotność esperantystów w PRL) oraz Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, czyli organizacji kombatanckiej, w której, co charakterystyczne, „przydzielono mi opiekę nad kobietami, współpracę z nimi na odcinku kulturalnym, a przede wszystkim czuwam nad ich potrzebami życiowymi”9.
Tego rodzaju działalność, chociaż symbolicznie doceniana, rzadko wprowadzała kobiety w krąg lokalnych autorytetów, osób, z którymi szczególnie się liczono. Charakterystyczne były pod tym względem wyniki badania przeprowadzonego na początku lat sześćdziesiątych wśród uczniów klas siódmych miasta na Śląsku Opolskim. Zapytani o osoby ich zdaniem otoczone w mieście największym szacunkiem wymieniali dyrektora fabryki, sekretarza partii, komendanta harcerstwa, aptekarza, operatora miejscowego kina, lekarzy, nauczycieli, radnych i inżynierów10. Otóż „krzątactwo” (jak filozofka Jolanta Brach-Czaina nazywa powszednie kręcenie się wokół spraw życiowych), w które włączyły się kobiety w pseudosamorządzie, komitetach blokowych czy kołach gospodyń, choć miewało lokalne znaczenie, odbywało się w ramach wyznaczonych przez ludzi posiadających rzeczywiste narzędzia władzy.
W latach stalinizmu nastąpiła ekspansja struktur policyjno-wojskowych i produkujących dla wojska. Z wojska kobiety były, jak wiadomo, wykluczone, a w aparacie bezpieczeństwa odgrywały marginalną rolę. Zwykle przywoływana w tym kontekście postać Luny Brystygierowej, jedynej kobiety wśród szefów departamentów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, stanowi wyjątek od reguły, a opowieści o niej – łącznie z drastycznymi sugestiami seksualnymi – tylko potwierdzają dominację męskiego schematu myślowego. „Twarz miała dosyć ładną, ale była potwornie niezgrabna, kwadratowa, niska, bardzo grube nogi”11. Nie przypominam sobie, aby ktoś ocenił w tych kategoriach Józefa Światłę albo Stanisława Radkiewicza.
„POLSKIE MIESIĄCE”
Wbrew zapowiedziom władzy cykl polityczny nie ustał, przybrał jedynie formę zakulisowych walk o wpływy w partii i różnych instytucjach. Ponieważ nie istniała możliwość otwartej rywalizacji o władzę, horyzont zawsze był ciemny i niepokojący. Dlatego wśród samych dygnitarzy pojawiały się gabinetowe rozważania o „cyklu sekretarskim”, czyli jakimś mechanizmie rotacji na najwyższym stanowisku w partii12. Wynikały one z doświadczenia ponawiających się ostrych kryzysów, w czasie których gniew społeczny pobudzał pałacowe rewolucje w Warszawie. Po upadku systemu cykl ten został nazwany „polskimi miesiącami”13. Opowieść o nich jest bardzo zanurzona w tradycji historii zdarzeniowej, o której francuski klasyk Fernand Braudel pisał, że przypomina rojenie się świetlików. „Podobnie jest z wydarzeniami: poza zasięgiem ich blasku zwycięsko panuje ciemność”14. Skupieni na świetlikach historycy albo jej nie dostrzegają, albo traktują jak tło swojej opowieści. Ten sposób obserwacji przeszłości, przekazywany przez pokolenia wykładowców, stał się pozornie tak naturalny jak bicie serca. Świetlikami byli na ogół wielcy tego świata, a jeśli wyroiły się masy pomniejszych robaczków, wydarzenie nabierało zbiorowego charakteru jako „rewolucja”, jako „powstanie”. Dlatego rytm opowieści o PRL wyznaczyło postrzeganie „polskich miesięcy”: wielkich konfliktów czerwca i października (1956), marca (1968), grudnia (1970), znowu czerwca (1976), sierpnia (1980) i znowu grudnia (1981). Wśród tych „miesięcy” brak niektórych wydarzeń. Nie ma roku 1963, czyli warszawskiego marszu protestacyjnego pielęgniarek, który zakończył się policyjnymi represjami. Brak strajku łódzkich włókniarek z lutego 1971 roku, który przypieczętował krwawy grudzień, ponieważ skłonił nowe władze do wycofania się z podwyżki cen będącej przyczyną konfliktu. Najważniejsi dygnitarze musieli się wtedy udać na negocjacje z robotnicami. „Podczas spotkania Kruczka z włókniarkami jedna z nich zadarła spódnicę i pokazała mu goły tyłek. Tyle miała do powiedzenia szefowi związków zawodowych”15. Z jakichś powodów nie ten gest, a późniejszy o niemal dekadę „gest Kozakiewicza” pokazany sowieckiej publiczności w czasie igrzysk olimpijskich w Moskwie stał się symbolem niepokornej postawy wobec władzy.
„Gest Kozakiewicza”, czyli mowa ciała mężczyzny sportowca stającego się w świetle kamer wyrazicielem zbiorowych emocji, po upadku systemu komunistycznego został wpisany w cykl zdarzeń mających ukazywać opór społeczeństwa wobec narzuconej władzy. Schemat opisu samej władzy również pozostawał „męski”, zgodny ze schematem postrzegania historii jako areny działań jednostek. W przypadku PRL było to siedmiu wspaniałych, jak historyk Jerzy Eisler określił mężczyzn stojących kolejno na czele partii16. Wokół tych dużych świetlików roiła się masa pomniejszych, tworzących elitę polityczną. Rzecz jasna płci męskiej – przecież tylko samce tego owada są uskrzydlone. W tej opowieści jako reprezentanci społeczeństwa także występują znaczący mężczyźni: Prymas Tysiąclecia, Kuroń, Modzelewski, papież Polak, Wałęsa. W tym ostatnim wypadku polityczna kontrowersja wokół przywódcy Solidarności i jego historycznej roli pozwoliła na zbudowanie obrazu alternatywnego, eksponującego szlachetność jego oponentki Anny Walentynowicz. Historyk Sławomir Cenckiewicz napisał o niej książkę pod tytułem Anna Solidarność. Najtrafniej została ona scharakteryzowana na samej okładce: „biografia pretekstowa”17. Ten płaski i hagiograficzny portret kobiety miał się przyczynić do zdyskredytowania mężczyzny, który pozostaje – jak zwykle – podstawowym punktem odniesienia.
„Polskie miesiące” ułożyły się w kanon opowieści, sugestywny, bo ukazujący walkę dobra ze złem. W 1980 roku architekt Czesław Bielecki narysował Kardiogram, ukazujący uspokojenie się rytmu serca: po palpitacjach „polskich miesięcy” czerwona linia nabiera równego i pewnego rytmu, układającego się w kanoniczny napis Solidarność. Powiewająca nad tym logo flaga narodowa staje się na wykresie Bieleckiego znakiem zbiorowego marszu mającego wyrażać wspólnotę dążeń. Byłby to rytm serca narodu jako ciała broniącego się przed chorobą i odnajdującego swój właściwy puls. Ten sam schemat ujął w słowach socjolog Jakub Karpiński, pisząc o „wykresie gorączki”18. Interesujące, że wprowadził także metaforę ciała, tym razem broniącego się przed infekcją, walczącego wzrostem temperatury z atakującymi zarazkami. Wiele zapisów codzienności PRL mogłoby potwierdzać tę diagnozę. „Jak pacjent w chronicznym stanie podgorączkowym przeciętny Polak znajduje się permanentnie w stanie lekkiej irytacji. W tramwaju i w sklepie. Przy rodzinnej rozmowie. U fryzjera. Gdy pracuje” – komentowała w latach siedemdziesiątych amerykańska slawistka19.
To odpowiadało diagnozie systemu władzy PRL jako obcego i wywołującego reakcję obronną. W pracach historycznych nazwano to spontanicznym oporem społecznym i śledzono jego przejawy w rozmaitych sferach. Oporem wobec systemu byłyby wszelkie strajki, dezercje z wojska czy uchylanie się od płacenia podatków20. Po 1990 roku otwarte zostały bowiem archiwa partyjne i policyjne, a z nich wyroiły się ogniki informacji o zdarzeniach odnotowanych przez władze. Ciemność rozpościerającą się wokół chętnie oddano „historykom życia codziennego” oraz „badaczkom historii kobiet”.
GOSPODARKA: ARYTMIA
„Równanie kroku” było szczególnie ważne w gospodarce, którą pod koniec lat czterdziestych państwo poddało totalitarnej kontroli. Reżim ten bazował na rytmie planów. Zadania realizowane w wielkim cyklu pięciolatek (chociaż pierwsze polskie plany powojenne miały czas trzy- i sześcioletni) oraz w cyklach rocznych i miesięcznych były rozpisane przez aparat planistyczny, którego główna kwatera znajdowała się w obłożonym piaskowcem gmachu przy warszawskim placu Trzech Krzyży. Nazywany potocznie mincówką, od nazwiska szefa Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego Hilarego Minca, gmach ten był od 1949 roku epicentrum biurokracji powołanej do określania i kontrolowania zadań gospodarczych. Te zadania stały się tematem intensywnej kampanii, której towarzyszyło obwieszanie miast i wypełnianie szpalt gazet liczbami. Jak pisała 1 maja 1949 roku w liście prywatnym nauczycielka: „Ale liczby wszędzie może przyzwyczają nas do kalkulacji, sprzęgną nasz zapał, rozmach z przyzwyczajeniem do obliczania, planowania, zahamują tendencję do odruchów. Może psychika polska wzbogaci się o nowe elementy rozumowe i to wyjdzie jej na dobre w przyszłości. Wszędzie się liczy, robi statystyki. Byleby w tym tempie nie było blagi, bluffu, bo toby obróciło się na zło, znowu paczyło charakter narodowy”21.
Rytm planu określał potrzeby zatrudnienia, czyli „bilans siły roboczej” koniecznej dla wykonania zadań. O tych sprawach przemawiano w języku, który ujawniał przedmiotowe traktowanie społeczeństwa. „Z punktu widzenia naszej gospodarki – mówił wiceminister pracy w 1951 roku – wciągnięcie do pracy kobiet jest najbardziej racjonalnym środkiem mobilizacji rezerw ludzkich, gdyż chodzi tu przeważnie o element już zamieszkały w ośrodkach przemysłowych. Unika się przez to dodatkowych kosztów budowania mieszkań i przywozu nowych ludzi, osiąga się przez to zwiększenie liczby zatrudnionych członków jednej rodziny, co podnosi stopę życiową klasy robotniczej”22. Dlatego mówiono o „rezerwach kobiecych”, które – jak jasno wskazał wiceminister – były dla państwa tańsze.
Państwo wzięło na siebie zadania kosztowne. Rozrzuciło na swoim terytorium „budowy socjalizmu”, które miały stworzyć sieć fabryk, przetwórni, elektrowni, pulsującą rytmem produkcyjnym wśród planowo wygaszanej dotychczasowej gospodarki opartej na własności prywatnej. Plan sześcioletni (1950–1955) miał położyć podwaliny pod system nazywany socjalizmem, mający się charakteryzować przewidywalnym rytmem, różniącym go od chaotycznego kapitalizmu. Średnie pokolenie doskonale pamiętało Wielki Kryzys pierwszej połowy lat trzydziestych niosący bezrobocie i degradację, więc hasła planowania i przewidywalności były atrakcyjne. Wydawały się oparte na doświadczeniach naukowych. Planowanie było zresztą w całej Europie sposobem na podnoszenie się z wojennej ruiny. Obietnica opanowania przez państwo gospodarki wpisywała się w nowoczesne przekonanie o potędze nauki likwidującej odwieczne nieszczęścia chorób i głodu. Planowano przyrosty populacji, liczbę mieszkań oddawanych do użytku, planowo szczepiono i prześwietlano. „W ciemni, do pasa obnażone, przesuwamy się błyskawicznie pod »mały obrazek«. Cisza, przerywana rytmicznie głosem lekarza: – Następna, następna… Przy mnie zakrzyknął: – Stop! Jest! – Nogi się pode mną ugięły. – Usiądź, będziesz leczona. – Światło zgasło: – Następna, następna…”23.
Królestwem wiary we wszechmoc nauki był Związek Radziecki, do którego na studia, głównie ścisłe i techniczne, wyjeżdżało z Polski tysiące młodych kobiet i mężczyzn. Wiedzy tej potrzebowano, aby przyrodę ujarzmić. Rytm gospodarczy określony przez planistów miał okiełznać jej cykle. Pustynie można było nawodnić, jeziora osuszyć, zmienić kierunek rzek, tereny zalesić albo przeciwnie, pozbawić drzew i oddać pod uprawę. Polska nie mogła sobie pozwolić na tak wielkie dzieła jak państwo Stalina. Ale i tutaj należało stawić czoło zimie, nie przerywając rytmu budowlanego. Zimą 1949 roku po raz pierwszy nie zaprzestano robót – mimo braków zabezpieczenia technicznego czy ubrań roboczych – ale dwa lata później donoszono, że przełamano trudności i kwartał zimowy jest traktowany jak każdy inny24. Była to zapewne rzeczywistość życzeniowa, lecz zaprzestanie zimowych przerw budowlanych stało się faktem. Fale migracji, wymywające wieś i wypełniające miasta, wzmacniały tylko efekt oderwania się od cyklu przyrody: robotnicy mieli pracować w rytmie planu. Wyrwanie się z cyklu prac rolnych i dyktatu pogody należało do aspiracji społecznych. Jak to opisała etnografka badająca w latach pięćdziesiątych północne Mazowsze, „lepsze życie to w świadomości Kurpiów życie niezależne od cyklu roku gospodarczego, łatwiejsze, bo »jak człowiek pójdzie do roboty, to się tak nie napracuje jak w gospodarce«, bo »łatwo w tym mieście żyć, odpracuje swoje godziny, a później może się fajnie ubrać i już pan«”25.
Realia na ogół różniły się od tego wyobrażenia. W latach siedemdziesiątych węgierski ekonomista János Kornai opisał na ośmiuset stronach działanie „gospodarki niedoboru”, czyli sztywno planowanej gospodarki socjalistycznej. Jest to trudna lektura, pełna wykresów i równań, która szczegółowo przedstawia pełzające w takim modelu ekonomicznym deficyty wywołujące arytmię produkcji i życia codziennego26. Zanim Kornai zdefiniował te zjawiska, były one opisywane przez uczestników tego spektaklu w ich własnym języku. Oto w dużej fabryce elektrycznej lat stalinizmu, wedle jednego z działaczy, „robi się, byle czas zeszedł” z powodu braku materiałów, a potem „popędza się robotę godzinami nadliczbowymi”27. Arytmia produkcji była mantrą sprawozdań o pracy państwowych zakładów pracy. Oznaczała ona istnienie cyklu, niepożądanego i ukrywanego. Polegał on przeważnie na „szturmowaniu” pod koniec miesiąca, kwartału i roku, aby wykonać plan. Oznaczało to destabilizację czasu pracowników, ale chroniło dyrekcje przed karami. Na co dzień czekano na dostawy surowców, zmagano się z awariami urządzeń i przerwami dostaw prądu, brakami magazynów i transportu. Tak zwane przewozy jesienne, gdy kolej była ponad miarę obciążona zwożeniem ziemiopłodów i dostawami dla przemysłu, stanowiły kampanię podobną (przynajmniej w słowach) do wojennej i znaczoną licznymi porażkami. W myśl stalinowskiej mądrości, wedle której „kadry decydują o wszystkim”, kadry te stale mobilizowano do wysiłku, a także przykładnie karano. W awariach maszyn doszukiwano się sabotażu, niesprawność uznawano za efekt bumelanctwa i „podszeptów wroga”. Od połowy lat pięćdziesiątych napięcie ustępowało, lecz nie kończyły się zmagania z cyklami naturalnymi oraz ukrytymi cyklami gospodarki socjalistycznej, których nie okiełznały żadne plany.
Takim cyklem była inflacja. Periodycznie przyrastała masa pieniądza na rynku. Władze kontrolowały ceny i utrzymywały je, zwłaszcza ceny żywności, na stałym poziomie, aby zachować spokój społeczny. Inflacja objawiała się więc nie we wzroście cen sklepowych, ale w brakach towarów. Fachowa nazwa tego zjawiska brzmiała: „nawis inflacyjny”. Można by ją nazwać inflacją utajoną, gdyby nie widoczne dla każdego objawy: wydłużanie się kolejek. Słowa „kolejka”, „ogon” i „ogonek” na określenie ludzi oczekujących w porządku na zakup jakiegoś dobra pojawiły się w słownikach języka polskiego w latach pięćdziesiątych. Wówczas utrwaliły się również terminy „wystawać” i „kolejkowicz”28. Mówiono, że „rzucili” i „dowieźli”, co oznaczało dostawę do sklepu, oraz „wystałam”, „dostałam” i „złapałam”. Już w tych słowach odzwierciedlało się zasadnicze rozróżnienie „oni” – „ja” („my”), porządkujące myślenie o świecie, w którym nieokiełznany aparat zarządzający nie liczy się z losem maluczkich. Było to pokłosiem utrzymującego się w PRL myślenia autorytarnego. Aparat przyjął na siebie rolę dystrybutora dóbr, dlatego w jego języku istniało pojęcie masy mięsno-tłuszczowej, które w języku mieszkańców rozpadało się na pojęcia w rodzaju „schab” albo „smalec”. Wokół podziału „masy” dochodziło do negocjacji, podchodów i zmów. Była ona jednocześnie zależna od centralnych dyspozycji i dlatego gdy na początku 1975 roku premier osobistą decyzją „zdjął” część dostaw mięsa na rynek, rozzłoszczony przekroczeniem planu dostaw przed świętami, mięsa natychmiast zabrakło w sklepach29.
O podaży mięsa decydowali przeważnie mężczyźni – począwszy od premiera poprzez wiceministrów i szefów handlu mięsnego aż do rolników dokonujących uboju w gospodarstwach. Oprawianie ubitej świni było natomiast zadaniem kobiecym, podobnie jak jej przetwarzanie i większość innych domowo-kuchennych zabiegów związanych z mięsem. W miastach na ich czele znajdowały się zakupy. Dlatego kobiety zajmowały wyraźnie wyznaczone miejsce w obiegu gospodarczym. Potoczne określenie „baba z mięsem” odnoszące się do obnośnej handlarki było tego potwierdzeniem. Wszystkie te sprawy uwikłane zaś były w zjawisko znajdujące się na pograniczu natury i kultury zwane cyklem świńskim. Występuje on w każdej gospodarce, a wynika z prawidłowości biologicznych i zarazem zależy od opłacalności hodowli. Spadające ceny żywca skłaniają rolników do ograniczania hodowli, więc zmniejsza się pogłowie, ceny rosną i to znów stymuluje rozwój stada. U początków PRL sądzono, że cykl ten – przez badaczy oceniany zwykle jako czteroletni – winien zanikać w warunkach reżimu planowo-nakazowego30. Przecież wyłączone zostają wahania cen na rynku, a rolników można zmusić do odstawiania określonych ilości mięsa, zanim się ich nie skolektywizuje, czyli weźmie produkcję rolną pod pełną kontrolę. Tak się nie stało. Państwo manipulowało cenami skupu, szukając równowagi między oczekiwaniami wsi a apetytem rosnących miast i brało na siebie gniew obu stron. Rolnicy powiększali lub zmniejszali stado wedle swego interesu, co wywoływało niezbyt regularny cykl i niedobory mięsa w sklepach.
Kobiety odgrywały w tym spektaklu kluczowe role, ponieważ to one na ogół musiały zadbać o mięso na stole domowym – pod tym względem były oceniane przez bliskich, tym mogły się pochwalić w czasie wystawniejszych obiadów. „Mąż po zakupy nie chodzi, gdyż denerwują go kolejki” – wyjaśniła jedna z nich31. Oczywiście istnieli lojalnie „wystawający” mężowie i były kobiety unikające wysiłków zakupowych. W 1964 roku pewna plastyczka twierdziła, że nigdy nie stoi w kolejkach, a po prostu kupuje to, co może dostać z marszu32. Na taki luksus mogły sobie jednak pozwolić na ogół osoby niezamężne i bezdzietne, a ponadto nie w każdej dekadzie PRL, ponieważ bywało, że z marszu niewiele można było dostać. Ogólnie mężczyzna chętnie ustępował kobiecie w kwestii zabiegów aprowizacyjnych w przestrzeni publicznej i równie wyraźnie liczył na jej zabiegi kulinarne w prywatnej.
Obywatele uznawali mięso za strategiczną pozycję w jadłospisie. Ujawniało się to w pełni, gdy wchodzili w związki małżeńskie i przyjmowali utarty podział ról. Jak wspominała kobieta pochodząca z kieleckiej wsi i pracująca jako urzędniczka w miasteczku, która w 1957 roku wyszła za mąż: „Przyznam się, że wówczas nie umiałam odróżnić mięsa wołowego od wieprzowego, bo na wsi często go nie widywałam, a potem w mieście stołowałam się w restauracji. Teraz się z tego wszystkiego śmieję, ale wtedy był to wielki problem dla młodej mężatki”33. Wygląda to na obsesję: wokół mięsa kręciła się nieprawdopodobna liczba zabiegów codziennych, tygodniowych, całorocznych. Jego zdobywanie pożerało czas, który można by zaoszczędzić, ograniczając spożycie. Lecz mięso uchodziło za wyznacznik dobrostanu w społeczeństwie, które znało trudne doświadczenia chłopskie, przeżyło wojnę i chciało wreszcie urządzić się w życiu. Mięsny apetyt stale rósł, więc narastało napięcie wokół niedoborów, które paraliżowało lękiem aparat władzy lat siedemdziesiątych.
Codzienne braki a to cukru, a to mąki, a to cebuli stanowiły oswojoną rzeczywistość gospodarki niedoboru i dopiero szczególne zakłócenia tworzyły poczucie nienormalności. Publicznie wyjaśniano je zachowaniem obywateli, którzy kupowali na zapas i panicznie reagowali na pogłoski. Było w tym wiele prawdy. „Po wszystkim, co ten naród przeszedł, żyje on na pograniczu histerii, w stanie wciąż napiętych nerwów, spodziewając się wciąż, że coś go stuknie” – pisał historyk Witold Kula w 1962 roku34.
Wiązała się z tym skłonność do chomikowania i powracające gorączki zakupów. Wywoływały je a to pogłoski o nadchodzącej wojnie, a to o podwyżce cen lub wymianie pieniędzy, a to dramatyczne wydarzenia międzynarodowe. We wrześniu 1957 roku sklepy zostały oblężone z powodu podwyżki cen tłuszczów, która mogła zwiastować podrożenie innych artykułów. Ponieważ ceny były kontrolowane, każdy ich ruch miał charakter polityczny i budził lęki społeczne. Obywatele próbowali brać sprawy we własne ręce, chociażby w ten sposób, że 28 września 1957 roku „nie pozwolili zamknąć” domu towarowego w Warszawie o przepisowej godzinie 20.30 i wymusili sprzedaż przez dalsze dwie i pół godziny. Gdy dwa lata później rząd podjął (niejawną!) decyzję o ograniczeniu zużycia cukru z powodu niewykonania planu produkcji, pojawienie się napojów sztucznie słodzonych spowodowało, że zaczęto wykupywać cukier. Z kolei latem 1961 roku ludzie wykupywali żywność na wieść o budowie muru berlińskiego; wprowadzono ograniczenia sprzedaży, a do kolejek wysyłano partyjnych aktywistów „dla rozładowania nastrojów paniki”. Kryzys kubański, do którego doszło w następnym roku, miał takie same skutki. We wrześniu 1965 roku powodem gorączki zakupów na peryferiach Warszawy była próbna mobilizacja rezerwistów, która wzbudziła pogłoski o ich wysyłaniu do Wietnamu. W czerwcu 1967 roku ludzie wykupywali cukier, mąkę, ryż, sól, herbatę, zapałki, mydło, smalec i słoninę z powodu wojny na Bliskim Wschodzie35. W latach siedemdziesiątych takie zjawiska osłabły – może w związku z atmosferą odprężenia na świecie, a może wejściem w dorosłość pokolenia, które nie doświadczyło wojny i stalinizmu. Lecz jeszcze w 1986 roku rozeszły się pogłoski o nadchodzącej wymianie pieniędzy, które natychmiast wywołały gorączkę zakupów36. Tak zjawiska globalne wpływały na małą, domową politykę.
Nasilenie kolejek miało także bardziej stały rytm związany z porami roku, świętami, okresami wczasów. Jesienią ustawiały się przy składach opałowych, wiosną przed sklepami z obuwiem. Było tak na przykład w czasie gwałtownej odwilży w marcu 1963 roku, gdy kalosze stały się dobrem pierwszej potrzeby37. Tysiące ludzi czekały przed kasami Orbisu w okresach wyjazdów wakacyjnych i świątecznych, gdy kupowano bilety kolejowe i autobusowe. Ludzie niejednokrotnie ustawiali się w kolejkach w nocy, były listy społeczne i całonocne dyżury. Pisano: „Zjawisko jest tak okresowe jak pory roku, tak tradycyjne, że nikomu nie przyjdzie do głowy, iż mogłoby być inaczej”38. George Flemming przywoływał „kostiumy kąpielowe w sklepach zwiastujące nadejście zimy, a buty narciarskie – nadejście wiosny. Zmiana pór roku i ich wzajemne następstwo nadal pozostały dla handlu jedną z tajemnic natury”39. Mieszkańcy różnych krajów żyjących w systemie planowania państwowego nie bez powodu powtarzali ten sam dowcip: „Jakie są cztery zmory socjalizmu? Wiosna, lato, jesień i zima”.
OKRES GRZEWCZY
Ideologia nowoczesności zakładała przekształcenie środowiska – stworzenie zdalnego zaopatrzenia w prąd, wodę i ciepło. Były to zmiany rewolucyjne, uwalniające od wielu uciążliwych praktyk przypisanych przez kulturę kobietom: noszenia i grzania wody, palenia w piecach i pod kuchnią czy ręcznego prania. Sprawiały zarazem, że mieszkańcy nowych części miast stali się zależni od anonimowych aparatów zarządzających, które miały im zapewniać dostawy prądu, gazu czy wody, organizować ich dowóz do pracy, zaopatrywać sieci sklepowe. W doświadczeniu zbiorowym właśnie ta zależność stawała się w PRL sprawą kluczową.
W 1952 roku pewna kobieta przeprowadziła się z mężem, córeczką i matką do bloku w Nowej Hucie. Dzięki przydziałowi mogli się wynieść z mieszkania dzielonego z kilkoma rodzinami w krakowskiej kamienicy. Trudno się dziwić radości, z jaką obejmowali duże jak na tamte czasy lokum o powierzchni prawie sześćdziesięciu metrów kwadratowych. Jesienią okazało się jednak, że nie można go ogrzać z powodu wad instalacji. Temperatura w pokoju spadała do ośmiu stopni Celsjusza, toteż kobieta uszczelniała okna kocami. „Po przeżyciach okupacji nie byłoby w tym dla dorosłych czegoś wyjątkowego, gdyby nie mała Jadzia, która się kilkakrotnie przeziębiła”40. To zdanie oddaje emocje społeczne tamtych lat – ulgę z powodu zakończenia wojny oraz rosnącą troskę o codzienność, a zwłaszcza dobrostan dzieci. W kolejnych dekadach wspomnienie o wojnie oddalało się i jednocześnie przenosiło w przestrzeń kontrolowanej „pamięci historycznej”, rosło natomiast znaczenie jakości codziennego życia. Po stalinizmie społeczeństwo zyskało psychiczną i materialną przestrzeń do moszczenia się w tym życiu. Gospodarka straciła cechy wojenne, a polityka państwa w większej mierze była nastawiona na potrzeby rodziny.
Czy statystyczne postępy ukazywały sytuację obywateli? Od 1965 roku do kresu PRL sieć gazowa wydłużyła się niemal cztery razy, kanalizacyjna dwa i pół razy, a wodociągowa ponad cztery razy. Podwoiła się liczba odbiorców energii elektrycznej41. Lecz bywało, że płynący rurami gaz miał zbyt niskie ciśnienie, podobnie jak woda, a prąd lubił zmieniać natężenie. Wynikało to z niedoborów energii, którą rozbudowywany przemysł ciężki zachłannie ssał kosztem gospodarstw domowych. Dlatego solenne komunikaty radiowe Państwowej Dyspozycji Mocy miewały dla obywateli większe znaczenie niż prognoza pogody. Zanikających urządzeń starego świata nie zastępowały zaś skutecznie urządzenia nowe. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych mieszkańców podwarszawskich miejscowości Sulejówek i Wesoła nękały wyłączenia prądu, natomiast lokalne sklepy nie oferowały już lamp naftowych. Był to też problem okolicznych wsi, do których jeszcze prądu nie doprowadzono, a utrudniały im już życie braki knotów42. Z kolei przedstawiciel stołecznej gazowni na jednej z konferencji twierdził, że jeśli w 1959 roku było „jakie takie ciśnienie [gazu] w Warszawie”, to dzięki temu, że zbudowana kilka lat wcześniej w tym mieście huta nie „wzięła” części należnej puli. Ten gaz w roku następnym niewątpliwie już zabierze. „Gospodynie, które siedzą na tej sali”, mówił, w następnej pięciolatce nie mogą liczyć na poprawę sytuacji. Nadal będą gotować godzinami i kąpać się nocami z powodu niskiego ciśnienia gazu43. Wiązało się to z rosnącym i coraz powszechniejszym rozczarowaniem wobec instytucji oraz poczuciem fizycznej niepewności.
„Symbolem groźnej, niedającej się zrozumieć, kontrolować i przewidzieć rzeczywistości, która nas otacza, jest centralne ogrzewanie. Tak zwany okres grzewczy zaczyna się nie wtedy, kiedy się robi zimno, a kończy nie wtedy, kiedy jest dostatecznie ciepło, lecz w terminach przewidzianych przez administracyjne rozporządzenia, których anonimowi autorzy kryją się gdzieś na niedosiężnych wyżynach biurokratycznej hierarchii i kierują się nieprzeniknionymi motywami. W czasie największych mrozów zdarza się, że centralne ogrzewanie zostaje nagle wyłączone na kilka dni. Dotarcie do osoby, która mogłaby poinformować o przyczynach wyłączenia, jeśli w ogóle jest możliwe, zazwyczaj nie prowadzi do uzyskania informacji o tym, jak długo jeszcze wszystkie mieszkania w całej kamienicy będą zamrożone. »Awaria«. Albo »regulacja«. Albo »generalny remont«. Albo »przechodzimy na inny system«. […] Natomiast rachunki za centralne ogrzewanie trzeba płacić regularnie za cały tak zwany okres grzewczy, niezależnie od ilości awarii, regulacji, remontów i przechodzenia na inne systemy. Niezapłacone rachunki szybko trafiają do komornika i są sprawnie egzekwowane”44. Tak pisała Paulina Preiss pod koniec lat sześćdziesiątych. Zjawisko to dało się we znaki zwłaszcza w czasie ciężkiej zimy 1962/1963 roku, która wywołała zupełne rozprzężenie. Zmniejszono dostawy ciepłej wody, zabrakło opału, nawoływano do ograniczenia zużycia prądu (aby nie dogrzewać się elektrycznością), zredukowano oświetlenie miast i emisję telewizji45. Jak opisywała Maria Dąbrowska, w Warszawie ucierpiały zwłaszcza osoby mieszkające „w nowych, komfortowych blokach, w których ogrzewaniu dzielnicowe elektrociepłownie kompletnie zawiodły. Nasza kamienica na Niepodległości (jak większość bloków tej alei) ma własne centralne ogrzewanie, więc jest ciepło […]”46. Okazywało się zatem, że przed zimnem może uchronić raczej izolacja od sieci i to doświadczenie oddawało prawidłowość gospodarki niedoboru. Wykorzystywanie własnych zasobów było przecież jedną ze strategii przedsiębiorstw, które na przykład organizowały własną tuczarnię świń, aby pracownicy mieli mięso, własny ośrodek wypoczynkowy i tak zwane budownictwo przyzakładowe – by zapewnić pulę mieszkań. Podobnie postępowały rodziny, które tworzyły bazę zaopatrzenia u krewnych na wsi, a mieszkanie wyposażały (w latach osiemdziesiątych) w pojemną zamrażarkę, aby mieć mięso niezależnie od kaprysów zaopatrzenia. Gromadziły zapasy żarówek, których dostępność zawsze była niepewna, a także świec, aby ratować się w momentach braku napięcia. Takie zjawiska narastały w miarę rozbudowy sieci kontrolowanych przez państwo. Wiele rodzin dygoczących w lodowatych mieszkaniach nowych bloków zimą lat 1978/1979, nazwaną oficjalnie zimą stulecia (jako druga lub trzecia w PRL), oddałoby wiele za metalowy piecyk kozę i trochę drewna. Ta zima obnażyła brak rezerw węgla i bezradność wobec kształtu nowoczesności powstałej w warunkach peerelowskiej dyktatury. Chwytała ona obywateli w swe kleszcze – uwolnieni od studni i węgla, stali się zależni od kurka i kaloryfera.
CYKLE NATURALNE, ROLNE
Chęć ucieczki od przykrości miejskiej cywilizacji skłaniała wielu mieszkańców do zabiegania o działeczkę w obrębie miasta, na której mogliby postawić mały domek lub choćby komórkę i uprawiać warzywa, owoce czy kwiaty. Oczywiście było to zjawisko starsze niż PRL i miało różne formy. Małe miasta, zwłaszcza na tak zwanych ziemiach dawnych, w Polsce centralnej i wschodniej, w dużym procencie zamieszkiwała ludność mająca hodowle i uprawy. Trzymanie przy domu chlewików i kurników stanowiło też praktykę wielu miejskich rodzin robotniczych chcących się uniezależnić od zaopatrzenia sklepowego, a także zachować coś ze świata wsi, z którego się wywodziły. Lecz ambicją silniej zurbanizowanej ludności było posiadanie ogródka działkowego. Marzenie o nim deklarowało 80 procent rozmówców socjologów w Nowej Hucie lat sześćdziesiątych. Wyrażali chęć posiadania „własnego owocu” i ulgi materialnej, a także powrotu do pracy „na ziemi”. Co znamienne, ogródki stanowiły domenę kobiet, mężczyźni rzadko się w nie angażowali47. Działka dostarczała warzywa, owoce i kwiaty. „Nie mam ogródka działkowego. Nie sieję, nie sadzę, nie podlewam, nie zbieram. […] Ze skruchą przyznaję, że godzi to także w moją rodzinę, nie mogę jej podać ani owoców prosto z drzewa, ani koperku wprost z grządki. Muszą jeść niedojrzałe pomidory, wymięte truskawki i zwiędniętą sałatę, z której witaminy uciekły na trasie przewozu” – pisała felietonistka w drugiej połowie lat siedemdziesiątych48. Ogródek stanowił w świecie miasta – z jego małymi mieszkaniami i niezbyt przyjaznymi przestrzeniami publicznymi – enklawę własnej sprawczości. Jego uprawianie jawiło się jako ucieczka od codzienności zakładu pracy, od zakopconych spalinami ulic i tłoku w tramwajach. Było też wyrazem potrzeby posiadania na własność fragmentu przestrzeni i jej samodzielnego urządzania49.
Ogródki przywracały „naturalny” rytm egzystencji, za którym tęskniły pokolenia wychodźczyń ze wsi niezależnie od chęci lub niechęci do wiejskiego życia. Właściciele ogródków, którzy mieli ambicje rolnicze, w kwietniu rozsypywali kompost, wysiewali marchew, pietruszkę, cebulę czy buraki, wysadzali kalarepę i kapustę. W maju i czerwcu siali ogórki, fasolę, rzodkiewki, pomidory czy pory. Wysiewali kwiaty. W lipcu i sierpniu pielęgnowali i zbierali warzywa, kwiaty, owoce, we wrześniu ostatnie pomidory, cebulę, buraki i marchew, a w październiku kapustę. Od sierpnia w domach robiono przetwory, co było zadaniem rezerwowanym dla kobiet – przygotowywały więc pomidory i grzyby, zaczynały kwasić ogórki, wczesną jesienią zajmowały się powidłami i dżemami jabłkowymi, w październiku kwasiły kapustę. W miastach te praktyki stopniowo zamierały, lecz część z nich powracała w rytm kłopotów z codziennym zaopatrzeniem sklepowym, które nękały PRL aż po jej kres.
