Zrozumieć zbrodnię - Ewa Ornacka - ebook
lub
Opis

Rozejrzyj się wokół siebie. Czy widzisz ludzi, którzy są skłonni do popełniania przestępstw? Uwierz, mógłbyś się zdziwić, wiedząc, do czego są zdolni...

Dlaczego z pozoru normalni ludzie torturują, gwałcą i mordują? Jak to możliwe, że troskliwi rodzice przed odebraniem sobie życia zabijają własne dzieci? Co sprawia, że szefowie o psychopatycznych skłonnościach zamieniają pracownika w niewolnika? I co robić, by nie stać się ofiarą. Czy w ogóle można się przed tym ustrzec?

W książce Zrozumieć zbrodnię Ewa Ornacka oraz biegły sądowy z zakresu psychiatrii dr Jerzy Pobocha prowadzą nas przez mroczne meandry zbrodniczych umysłów.

Podstawowy błąd naszego myślenia polega na tym, że postrzegamy innych tak jak samych siebie. Tracimy czujność, myśląc: „Nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego, nikt nie jest do tego zdolny". A to już prosta droga do tego, by wpaść w niebezpieczną pułapkę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 273

Popularność


Podziękowania

Dla Katarzyny Kolasińskiej, wspaniałej psycholog, za bezcenne rady w starciach z psychopatami, nie tylko na kartach tej książki.

Ewa Ornacka

Pierwowzór seryjnego zabójcy Buffalo Billa z Milczenia owiec nazywał się Edward Gein i zjadał swoje ofiary. Z ludzkiej skóry zrobił abażury do lamp i obicie fotela, z sutków – pasek, a z czaszek – miski kuchenne. Morderca nie trafił do celi śmierci, lecz do pilnie strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Był chory na schizofrenię, mówiąc kolokwialnie – po prostu zwariował.

Zrozumienie takiej zbrodni wydaje się niemożliwe. Trudno pojąć ekstremalne okrucieństwo. Są jednak ludzie, którzy potrafią zagłębić się w nawet najbardziej mroczną psychikę człowieka i naukowo ją zinterpretować. Mowa o biegłych sądowych z zakresu psychiatrii. To od nich zależy los takich ludzi, jak Edward Gein, Mariusz Trynkiewicz – zabójca dzieci czy Stefan W. – morderca prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Wprawdzie na całym świecie to sądy ogłaszają wyroki, ale w rzeczywistości właśnie biegli decydują, co stanie się ze sprawcą: czy trafi do szpitala psychiatrycznego, więzienia czy do celi śmierci.

Jeden z najlepszych w Polsce biegłych sądowych, orzekający w takich sprawach już od 40 lat, doktor Jerzy Pobocha, najbardziej rozpoznawalny i medialny psychiatra w Polsce, którego wiedza i doświadczenie są filarem tej książki, pomoże nam zrozumieć nie tylko mechanizmy zbrodni, ale też znacznie więcej.

Media co rusz bombardują nas wiadomościami o wydarzeniach, które zdrowym ludziom nie mieszczą się w głowie. Wspomniany Mariusz Trynkiewicz, sadysta i pedofil, który zwabił do siebie i zamordował czterech chłopców, staje się obiektem westchnień wielu kobiet. Piszą do niego listy, rozgrzeszają go i ofiarowują mu swoje uczucia. Jedna z nich wychodzi za niego za mąż. W wywiadzie prasowym oznajmia, że tamte dzieci same sobie były winne.

Troskliwy ojciec zabiera czteroletniego syna do sali zabaw, w toalecie podaje mu śmiertelną truciznę, a chwilę potem popełnia samobójstwo. Dlaczego tacy jak on nie chcą umierać sami? Dlaczego odbierają życie tym, których kochają najbardziej?

Lekarz psychiatra, na co dzień chroniący społeczeństwo przed szaleńcami, sam wpada do sądu z siekierą i atakuje pracownika ochrony. Ma ze sobą kanistry z benzyną. Chce podpalić cały budynek, wymierzyć sprawiedliwość. Udaje niepoczytalnego, a może zaraził się szaleństwem od swoich pacjentów?

Obecnie coraz trudniej ocenić, kto jest normalny, a kto „psychiczny”. Człowiek łapie się za głowę, bo zło eskaluje i… fascynuje. Nie od dziś wiadomo, że ulubionymi bohaterami bestsellerów są seryjni mordercy.

Przyjrzymy się niektórym wstrząsającym doniesieniom medialnym, spróbujemy dotrzeć do istoty zła, zrozumieć jego przyczyny.

– Ludzki umysł to jedna z największych zagadek, lecz nawet „niepojęte” zachowania mają swoje wytłumaczenie – mówi psychiatra. – Błąd naszego społecznego myślenia polega na tym, że sądzimy innych według siebie. „Jeżeli ja bym czegoś nie zrobił, bo coś takiego nawet nie przyszłoby mi do głowy, to każdy, kto to zrobił, musi być chory”.

Przez takie podejście dajemy się omotać oszustom, ulegamy psychopatycznym przełożonym, budujemy bliskie relacje z ludźmi, których powinniśmy unikać jak ognia. Tracimy czujność, a to już prosta droga do zatracenia.

Czas się obudzić.

Autorka

Rozdział 1

Automatyzm sędziego i zagadki ludzkiego umysłu

Pod koniec listopada 2018 roku do Wrocławia zjechały autorytety medycyny: światowej sławy neurolog, wybitni kardiolodzy i psychiatrzy z Japonii, Szwecji, Kanady i Polski. Zacne grono wymieniało swoje doświadczenia w ramach międzynarodowej konferencji poświęconej psychogeriatrii.

Gromkie brawa zebrała nasza pani kardiolog. Po zakończonej prelekcji, wyraźnie zadowolona z reakcji sali, ustąpiła miejsca kolejnemu prelegentowi. Wykład po niej miał wygłosić profesor neurologii z Poznania.

Neurolog rozłożył swoje notatki na pulpicie ze sprzętem do prezentacji multimedialnych. Długo czegoś szukał.

Sala przyjęła to ze zrozumieniem.

– Przepraszam – powiedział w końcu lekko zdezorientowany. – Mam pytanie do organizatorów. Gdzie znajdę laserowy wskaźnik do zmieniania slajdów?

– Musi być na pulpicie, przed chwilą pani profesor z niego korzystała – usłyszał podpowiedź.

Neurolog jeszcze raz poprzekładał swoje materiały do prezentacji w nadziei, że wskaźnik leży pod nimi, jednak po chwili bezradnie rozłożył ręce.

– Ale tu go nie ma. Pewnie pani profesor zabrała – zażartował.

Oczy sali skierowały się na panią kardiolog. Ta uśmiechnęła się szeroko, bo żart jej się spodobał. Zerknęła jednak do torebki i… uniosła wzrok z zażenowaniem. Wśród swoich rzeczy faktycznie odnalazła przedmiot nienależący do niej.

– Przepraszam pana, profesorze, i szanowne grono za zamieszanie – powiedziała, oddając laserowy wskaźnik.

Nikt nie miał do niej pretensji. Przecież takie rzeczy się zdarzają.

– To roztargnienie, zwykłe roztargnienie – komentował ktoś z sali.

Doktor Jerzy Pobocha, który krótko potem stanął za pulpitem ze swoim referatem, prelekcję rozpoczął słowami:

– Dzięki pani profesor nadarzyła się okazja, aby przybliżyć państwu zagadnienie z psychiatrii sądowej zwane automatyzmem. Niedawno polski sędzia miał z tego powodu spore problemy. Został oskarżony o przywłaszczenie 50 złotych i dopiero Sąd Najwyższy oczyścił go z zarzutu. Laserowy wskaźnik, automatycznie schowany przez panią profesor do torebki, jest wart znacznie więcej niż 50 złotych…

Co jest kradzieżą, a co roztargnieniem

Zobaczyła to cała Polska. Kamera monitoringu na stacji benzynowej pod Sochaczewem w marcu 2017 roku zarejestrowała, jak mężczyzna (ówczesny wiceprezes Sądu Rejonowego w Żyrardowie) płaci za butelkę wody mineralnej, chowa resztę, którą podała mu kasjerka, a następnie zabiera banknot leżący na ladzie. Pieniądze nie były jego. Zostawiła je starsza kobieta, która w tym samym czasie płaciła za paliwo i na moment odwróciła się od kasy. Szukała w torebce drobnych, a gdy podniosła wzrok, jej banknot był już w portfelu sędziego.

Wybuchła afera. Zdjęcia z monitoringu pokazywano w głównych programach informacyjnych. W postępowaniu dyscyplinarnym sędzia został uznany za winnego i usunięty z zawodu. Tymczasem Sąd Najwyższy zmienił wyrok sądu dyscyplinarnego pierwszej instancji, argumentując, że sędzia zabrał banknot bezwiednie, zatem jest niewinny.

– Zebrany w sprawie materiał świadczy o tym, że do zaboru pieniędzy doszło w wyniku błędu, przez roztargnienie, a nie celowy zamiar – uzasadniała sędzia Sądu Najwyższego Agnieszka Piotrowska. – A to oznacza, że w tym konkretnym przypadku nie doszło do przewinienia dyscyplinarnego, lecz fatalnej pomyłki wywołanej wysokim stopniem roztargnienia.

Polska pękała ze śmiechu i… oburzenia.

Wyrok Sądu Najwyższego (Izby Dyscyplinarnej) jest prawomocny, zatem sędzia mógł wrócić do wykonywania obowiązków służbowych. „Od dzisiaj każdy złodziej może tłumaczyć swoje nikczemne czyny stresem i wysokim stopniem roztargnienia” – kpił w Internecie komentator przedstawiający się jako Stetinesis. „Po prostu wzięło się czyjeś pieniądze i już – nie ma co drążyć tematu”.

„Solidarność zawodowa w najbardziej obrzydliwym wydaniu” – wtórował mu internauta Jan Nowak. „Problem w tym, że żaden zwykły obywatel nie zostałby z tego uniewinniony”.

O sprawie sędziego chętnie dyskutowali też politycy. Tadeusz Cymański z Prawa i Sprawiedliwości, gość audycji Rozmowy pod krawatem Radia Szczecin, stwierdził po prawomocnym wyroku: „Kardynalne i elementarne argumenty niestety są po stronie oburzonej opinii publicznej. Jeśli sędzia przez roztargnienie ukradł 50 złotych, to jak on rozstrzyga sprawy w sądzie, mając taką cechę osobowości?”.

– No właśnie. Panie doktorze, czy sprawa sędziego to precedens? Każdą odruchową kradzież będzie można teraz tak tłumaczyć?

– Zacznijmy od tego, że to naprawdę nie była kradzież. Komentarze w Internecie zazwyczaj są złośliwe. Bazują na emocjach, a nie na wiedzy. Owszem, w telewizji źle to wyglądało, ale przed wygłaszaniem „sądów ostatecznych” zalecałbym przynajmniej odrobinę umiaru. Przecież każdy z nas wykonuje pewne czynności odruchowo, automatycznie: ubierając się, myjąc ręce, poruszając się, kierując samochodem. Automatyzm, bo z takim zjawiskiem mamy do czynienia, już dawno został opisany w psychologii i psychiatrii sądowej. Są to stany zaburzeń świadomości, w których człowiek zachowuje się jak automat i wykonuje niezamierzone działania bez możliwości kontroli swojego zachowania. Czynności automatyczne wykonujemy stale.

– Ani razu publicznie nie padło to słowo.

– A powinno. Automatyzm jest znany i uznawany w orzeczeniach sądowych na całym świecie, tylko nie u nas. W amerykańskim podręczniku psychiatrii sądowej można znaleźć cały rozdział na ten temat. Nasi studenci znajdą szczegółowy opis zagadnienia w materiałach do egzaminu, np. w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej. Studenci prawa powinni się tego uczyć na zajęciach z psychiatrii sądowej. Tymczasem powszechne reakcje są takie, jakbyśmy o tym słyszeli po raz pierwszy. Nie dziwię się zwykłym ludziom, ale jestem zdumiony, że biegli ani razu w swojej opinii nie odnieśli się to tego. W języku potocznym istnieje szereg wyrazów, które oddają istotę takich zachowań, np. bezwiednie, machinalnie, mimowolnie, rutynowo, nieświadomie, z rozpędu, samoistnie, niechcący, niecelowo, bezmyślnie, odruchowo. Każdy człowiek wie, że jest coś takiego, tylko nie biegli.

– Skąd wiadomo, że przypadek sędziego to automatyzm, a nie kradzież z premedytacją?

– W przypadku automatyzmu działania są szybkie, natychmiastowe, podejmowane bez zastanowienia. Wszystko dzieje się przy świadkach i pod czujnym okiem urządzeń rejestrujących. W grę wchodzi kwota lub przedmioty niestanowiące większej wartości, których posiadanie nie jest adekwatne do ryzyka. Czy przywłaszczenie 50 złotych można uznać za warte utraty autorytetu sędziego, a nawet wydalenia z zawodu? Postawienia zarzutów i wszczęcia procesu karnego?

W tym konkretnym przypadku ważne były także okoliczności poprzedzające zaistniałą sytuację. Jedną z nich było zmęczenie sędziego spowodowane przepracowaniem.

Na potrzeby dochodzenia opiniował go psycholog. Ustalił, że sędzia znany jest ze swojego roztargnienia. Gubił różne rzeczy, pozostawiał w nietypowych miejscach, i to wielokrotnie, chociaż na sali sądowej jest zorganizowany i dokładny. W czasie poprzedzającym zdarzenie miał zwiększoną ilość obowiązków. Prowadził wielowątkową sprawę karną, wymagającą maksymalnego skupienia. Widać było po nim, że jest przemęczony i niewyspany.

Ten zawód – podkreśla nasz rozmówca – wymaga dużej podzielności uwagi. Sędzia wykonuje wiele czynności naraz: wertuje akta, słucha świadków, patrzy na monitor, kontrolując zapis protokolantki z przebiegu przesłuchania. Po pracy przychodzi psychiczne zmęczenie. Rutynowe czynności mogą być wtedy słabiej kontrolowane przez mózg. Tamtego dnia sędzia wracał z prokuratorem i pracownikiem sądu z przesłuchania świadka incognito w sprawie karnej. Kasjerka ze stacji PKN Orlen przekazała mu resztę w bilonie bezpośrednio do ręki. Zabrał drobne i automatycznie wziął banknot, który do niego nie należał (myśląc, że jest jego). Był zamyślony. Biegły uznał, że wszystko działo się poza jego świadomością, zatem były to działania mimowolne, odruchowe.

– Ciekawa jestem, doktorze, czy biegli wykazaliby taką wyrozumiałość w stosunku do bezrobotnego montera ze stoczni. On też mógłby padać z nóg ze zmęczenia.

– Gdyby ten bezrobotny monter stał przy ladzie, za nic nie płacił, sięgnął po czyjś banknot i schował go do kieszeni, to byłaby kradzież. Nie dlatego, że jest bezrobotny, lecz z powodu diametralnie różnych okoliczności. Kradzież generuje inne zachowania. Złodziej wchodzi np. do sklepu jubilerskiego, rozgląda się na lewo i prawo, sprawdza, gdzie są kamery. Dopiero gdy ma pewność, że nie jest obserwowany – wyciąga z gabloty precjoza. Wszystko dzieje się równie szybko jak w automatyzmie, z tą różnicą, że działania są celowe, więc pod pełną kontrolą świadomości.

– Często zdarzają się przypadki automatyzmu?

– W naszym orzecznictwie, jak już wspomniałem, termin ten jest praktycznie nieużywany, a jeśli nawet, to niezwykle rzadko. Uważam, że to wstyd, ponieważ zjawisko, o którym mowa, tłumaczy wiele ludzkich zachowań. W państwie europejskim nie powinno się udawać, że czegoś takiego nie ma. W opinii psychologicznej sędziego z Żyrardowa, liczącej 70 stron, ani razu nie użyto określenia automatyzm. Biegły pisał o różnych rzeczach, ale nie użył nawet synonimów automatyzmu.

Rozmawiałem przez telefon z sędzią Sądu Najwyższego, która uniewinniła bohatera skandalu ze stacji benzynowej. Przedstawiłem się i odniosłem wrażenie, że pani sędzia natychmiast nastawiła się do mnie z dystansem, spodziewając się ataku. Moje intencje były skrajnie różne. Wyjaśniłem, że chcę jej pogratulować odważnej i sprawiedliwej oceny w tej sprawie. Zaskoczyłem ją, więc musiała być wcześniej wielokrotnie krytykowana. Nie tylko opinia publiczna, ale też prawnicy odsądzali ją od czci i wiary.

Cyganka prawdę ci powie

Przed sądami różnych instancji przewija się mnóstwo spraw przeciwko złodziejom i chociaż ich wina wydaje się ewidentna – czasami trzeba powoływać biegłych psychiatrów. Linia obrony bywa bowiem tak zaskakująca, że trudno uchwycić granicę między fantazją a ewentualną chorobą psychiczną.

– Opiniowałem kiedyś Cygankę – opowiada doktor Pobocha. – Była kieszonkowcem. Jednym z jej ulubionych rewirów była Moda Polska. Młodzi czytelnicy zapewne nie pamiętają tamtych sklepów, zatem przypomnę, że w Modzie Polskiej sprzedawano ekskluzywne towary. W dniu dostawy zawsze były kolejki. Policjanci otrzymywali wówczas lawinową liczbę zgłoszeń o kradzieżach kieszonkowych. Powszechnie wiadomo, że kobiety noszą torebki przy boku lub wręcz z tyłu. Dla zawodowca to żaden problem, aby je okraść. Sposobem na kieszonkowców z Mody Polskiej miało być wysłanie do kolejki funkcjonariuszy w cywilu. Jeden z nich złapał za rękę Cygankę, którą miałem zdiagnozować.

– Jak to było? – zapytałem, a ona chętnie opowiadała.

– Panie doktorze – zaczęła egzaltowanie – stałam sobie spokojnie w kolejce, aż tu nagle jakiś facet szarpie mnie za rękę. Cały się trzęsie i wmawia mi, że ukradłam portfel kobiecie, która była przede mną. Mówię mu, że ja niczego nie ukradłam, a on mnie straszy policją!

– Z akt sprawy wynika, że działała pani w grupie. Było tam kilka Cyganek, zrobiły „kotarę” ze swoich płaszczy, aby mogła pani niepostrzeżenie włożyć rękę do czyjejś torebki.

– Pan taki kształcony, a w takie brednie wierzy. – Spojrzała na mnie z politowaniem.

– Mam rozumieć, że nie trzymała pani cudzego portfela?

– Trzymałam, ale on sam mi się w ręce wepchał.

– Jak to? – Oniemiałem ze zdziwienia.

– Wyskoczył z torebki, więc go złapałam i już chciałam oddać, gdy ten nachalny facet zaczął mnie szarpać.

– Ach tak. – Pokiwałem głową ze zrozumieniem. – Przecież to oczywiste, że portmonetki czasami wyskakują z torebek. Jakiż mogła mieć pani wpływ na to powszechne zjawisko!

– Jak to dobrze doktorze, że pan tak rozumie ludzi – powiedziała wzruszona.

Teoria wyskakującej portmonetki – mówiąc kolokwialnie – nie „chwyciła”, więc Cyganka niespodziewanie straciła pamięć. Nagle i nieodwracalnie. Zdiagnozowaliśmy ją na naszym oddziale i opisaliśmy jej przypadek: klasyczna symulacja.

Pomroczność czy pijaństwo

– Kolejny przypadek alibi z pogranicza science fiction dotyczy złodzieja radioodbiorników samochodowych – opowiada psychiatra. – Ten młody człowiek dawał się we znaki właścicielom pojazdów i stróżom prawa, którzy długo nie mogli wpaść na jego trop. W końcu szczęście przestało mu sprzyjać. Złapano go na gorącym uczynku, w samochodzie. Jak się tłumaczył? Otóż on uciekał, bo go gonili. Nieważne, kto i z jakiego powodu, ale gonili. Był w strachu, drżał o własne życie. Obawiał się, że jeśli nie zdoła uciec, tamci obedrą go ze skóry.

W tak dramatycznych dla siebie okolicznościach zobaczył otwarty samochód. Nie wierzył własnym oczom, ale widać opatrzność nad nim czuwała. Tylko głupi nie skorzystałby z takiej okazji.

Młody człowiek wśliznął się do środka, przycupnął. Czekał na odpowiedni moment, aby wyjść. Na pewno by to zrobił, gdyby tamci pobiegli dalej i stracili go z oczu. Przecież on niczego nie chciał kraść! To potwarz, że nazywają go złodziejem. On się tylko schował, a bezduszny prokurator zarzuca mu włamanie. Po co miałby się włamywać, skoro auto było otwarte?!

Nie on jeden miał taką fantazję. Niebawem trafił do nas na obserwację kolejny złodziej, którego kariera legła w gruzach w podobnych okolicznościach. Plądrował czyjeś mieszkanie i wpadł. Niedorzeczną linię obrony przedstawił bez mrugnięcia okiem:

– Kochani, mylicie się – przekonywał. – Czy ja wyglądam na złodzieja?! Ja po prostu zabłądziłem i szukałem drogi wyjścia. Miałem pecha, że ta droga prowadziła przez czyjś dom. Okno było otwarte, przypadkowo wszedłem. Przecież ludzie błądzą. Jak można za coś takiego karać?!

– Fantazja niektórych adwokatów też nie zna granic. „Mój klient nie był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, lecz grupy towarzyskiej” – usłyszałam w mowie obrońcy pewnego gangstera, który przyznał się do wielu przestępstw.

– „Mój klient działał w stanie pomroczności”, przekonywał inny adwokat w procesie złodzieja, który włamał się do Pewexu. Kiedyś, podobnie jak Moda Polska, sklepy Pewexu były synonimem luksusu. Włamywacz wypił co nieco, ale działał precyzyjnie. Ukradł dużą wieżę, aparat fotograficzny, lampę błyskową i obiektyw.

– Gdzie w tym pomroczność?

– No właśnie. Wszędzie były kamery, więc złodziej nie mógł liczyć na anonimowość. Pewnie dlatego adwokat przekonywał, że czyn był niezrozumiały i bezsensowny. Ale to nie tak, że złodziej zamknął oczy, a zrabowane przedmioty same „włożyły się” do torby. Człowiek w pomroczności nie wie, co robi – bałagani, jego działania są chaotyczne. Pozostawiłby totalny rozgardiasz. Tymczasem po jego wizycie w Pewexie panował porządek. Złodziej dokładnie wiedział, po co przyszedł, skompletował sobie cały sprzęt fotograficzny jednej firmy. W jego przypadku upojenie alkoholowe było zwykłe, a nie patologiczne, gdzie świadomość byłaby wyłączona.

– Rozumiem prawo do obrony, ale czemu ma służyć opowiadanie na sali sądowej takich bzdur?

– A to już nie do mnie pytanie. Oskarżony i jego adwokat korzystają z prawa do obrony.

Złodziejka czy kleptomanka?

W Hollywood wybuchł skandal, gdy będąca u szczytu sławy Winona Ryder została przyłapana na kradzieży. Gwiazda znana z ról m.in. w Draculi Francisa Forda Coppoli, Edwardzie Nożycorękim Tima Burtona czy Domu dusz Billego Augusta połasiła się na luksusowe ubrania ze sklepu Saks Fifth Avenue w Beverly Hills. Na nic zdały się jej tłumaczenia, że w ten sposób przygotowywała się do roli. Stanęła przed sądem, a cały filmowy świat osłupiał na widok zapisu z kamery przemysłowej – aktorka upychała rzeczy w torbach po zakupach. Musiała za karę odpracować 480 godzin prac społecznych i zapłacić kilka tysięcy dolarów grzywny, lecz niewiele ją to nauczyło. Sześć lat później Winona Ryder usiłowała wynieść kosmetyki z perfumerii w Los Angeles. Utknęła na bramce z alarmem. W jednej z gazet napisano, że wyglądała na przerażoną i zdezorientowaną, gdy ochroniarz znalazł w jej kieszeniach skradzione towary. „Nie wiem, jak to się stało” – miała powiedzieć. Media okrzyknęły ją najsłynniejszą kleptomanką na świecie.

– Doktorze, kleptomania to choroba psychiczna?

– Nie choroba, lecz zaburzenie kontroli impulsu – wyjaśnia Jerzy Pobocha. – Mania oznacza patologiczny popęd do wykonywania jakiejś czynności, niemożność jej powstrzymania. Jest cała grupa takich zachowań, np. trichotillomania – natrętne, niepohamowane wyrywanie włosów, dromomania – pęd do wędrowania, piromania czy właśnie kleptomania, czyli trudna lub niemożliwa do powstrzymywania potrzeba kradzieży.

Pojęcie manii wprowadziła psychiatria francuska. Przypadłość obśmiał Tadeusz Boy-Żeleński: „Takiej dostał dziwnej manii, że chciał tylko od Stefanii”. Myśmy też, tzn. polscy psychiatrzy, sceptycznie patrzyli na omawiane zaburzenia. Sądziliśmy, że kleptomania to w ogóle jakaś bzdura. Myliliśmy się, po prostu mieliśmy wtedy za małą wiedzę w tym zakresie.

– Kleptoman jest niepoczytalny?

– Poczytalny, odpowiada za swoje czyny, chociaż z uwagi na zaburzenie kontroli impulsu wymiar kary jest łagodniejszy. Kleptomania powoduje co najwyżej znaczne ograniczenie, a nie zniesienie świadomości i rozumienia znaczenia czynu, w sensie prawnym. Zwiększona potrzeba robienia czegoś nie może skutkować „rozgrzeszaniem” za to.

Miałem w swojej praktyce lekarskiej do czynienia z różnymi ciekawymi przypadkami, kiedy osoby publiczne, z autorytetem (także sędzia), kradły ze sklepu kiełbasę albo inne rzeczy bez wartości.

– Dlaczego to robią?

– Ich mózg tak pracuje. Nagle odczuwają potrzebę posiadania jakiegoś przypadkowego przedmiotu. Nie jest to cel upatrzony, wartościowy, niepowtarzalny, tylko właśnie przypadkowy. Taka osoba autentycznie nie może się pohamować. Zachowania kleptomana nie przypominają kradzieży w sklepie według klasycznego schematu: widzi, planuje, zabiera. To jest impuls.

– Jak stwierdzić, że ktoś ma takie zaburzenie?

– Czyn jest bezkrytyczny, a lęk przed konsekwencjami właściwie żaden. Zobrazuję to klasycznym przykładem z podręcznika psychiatrii sądowej, chyba jeszcze z XIX wieku. Człowiek w ostatnim stadium kiły, czyli z uszkodzonym mózgiem, ukradł beczkę piwa sprzed sklepu i toczył ją do domu. Po drodze napotkał patrol policji. Był strudzony, więc poprosił funkcjonariuszy, aby mu pomogli. Dalej toczyli tę beczkę razem. Kompletny bezkrytycyzm sprawcy, nieliczenie się z niczym i nikim.

Do zaburzeń kontroli impulsu zalicza się także coraz powszechniejszy shopoholizm. Jedna ze znanych mi osób nie potrafiła się powstrzymać przed kupowaniem kosmetyków. Miała w łazience sześćset kremów, a w szafie sto sukienek i tyleż nowych par butów.

– Widać poprawiała sobie nastrój.

– Właśnie na tym polega mechanizm tego zaburzenia: najpierw poprawiamy sobie zakupami samopoczucie, dobry nastrój z tym związany trwa dzień lub dwa, ale życie znów nas czymś zaskakuje, więc ponownie trzeba sobie coś kupić. Później taka osoba nie czeka już na nowe wydarzenia w życiu, tylko kupuje i kupuje. Tamta kolekcjonerka kremów miała akurat spore dochody i mogła sobie pozwolić na ekstrawagancję. Ale kolejna osoba z zakupoholizmem, znana mi osobiście, puściła w ten sposób 200 tysięcy złotych, które „pożyczyła” z banku, w którym pracowała. Sfałszowała parę umów, zorganizowała sobie pieniądze z kredytów i wpadła.

Czy można to wytłumaczyć? Jak najbardziej. W uzależnieniach behawioralnych kluczową rolę odgrywa układ nagrody w mózgu, powodujący, że człowiek ma potrzebę robienia sobie przyjemności. Zresztą nie tylko człowiek, gdyż zwierzęta też mają w mózgu układ nagrody. Przypomnę w tym miejscu słynny eksperyment, gdy małpę podłączono do prądu i dano do łapy urządzenie z przyciskiem, generujące przyjemne bodźce, aby sama je uruchamiała według potrzeb. Co robiła małpa? Stale ten przycisk naciskała.

My też lubimy robić sobie przyjemności, a zakupy są jedną z nich. I nic w tym złego, gdy kobieta kupuje sobie pięćdziesiątą parę butów czy sześćsetny pierwszy krem, pod warunkiem że wydatki nie demolują jej życia i konta w banku.

– Można to jakoś leczyć?

– Okazało się, że na układ nagrody w mózgu działa lek stosowany w alkoholizmie – Anticol wywołuje uczucie duszności, gorąca, ale też tłumi potrzebę – mówiąc kolokwialnie – robienia sobie przyjemności. Skoro człowiek pije i alkohol kojarzy mu się z przyjemnością, to trzeba stłumić tę potrzebę. Aplikuję go swoim pacjentom uzależnionym od hazardu, bo to kolejny rodzaj przyjemności rujnującej życie i oszczędności. Do tego trzeba dodać leki antydepresyjne, żeby wytłumić emocje. Pacjenci mówią: „Jeszcze mnie ciągnie, ale już znacznie mniej”.

Dla osób postronnych tego typu zachowania, jak kleptomania, uzależnienie od zakupów czy hazardu, bywają trudne do logicznego wytłumaczenia. Uruchamia się typowa cecha myślenia ludzi – że jeśli ktoś okrada znajomych lub wydaje wszystkie pieniądze w kasynie, to musi to być wyraz choroby psychicznej. Chorego trzeba otoczyć opieką i leczyć, a nie karać. Stąd współczucie, a nie potępienie.

Zagadki ludzkiej psychiki

Ludzki umysł to wciąż obszar nieodgadniony. Zdaniem naszego eksperta jednym z największych fenomenów psychiki człowieka w ubiegłym wieku była histeria.

– W XVIII i XIX wieku panowało przekonanie, że dotyczy ona tylko kobiet – opowiada doktor. – Już w starożytności uważano, np. Hipokrates, że histeria to wścieklizna macicy (histerus po łacinie oznacza macicę). Mężczyzna, jako że nie ma tego narządu, nie może popadać w histerię. Oczywiście widywano mężczyzn z charakterystycznymi dla tego stanu objawami, ale zaprzeczano faktom.

Kiedyś, a było to dawno, dawno temu, napady histerii budziły zainteresowanie i współczucie, co było mechanizmem napędzającym zjawisko. Tymczasem w latach 60. i 70. XX wieku nastawienie społeczne w tej kwestii uległo radykalnej zmianie. Kiedy w 1968 roku zaczynałem pracę w klinice psychiatrycznej, w tygodniu przywożono nam na noszach nawet do dziesięciu pacjentów z porażeniami na skutek histerii, niedowładem, afonią – gdy człowiek nie mógł mówić – albo ślepotą histeryczną.

Podawaliśmy im wtedy na izbie przyjęć „cudowny, zagraniczny lek ABD”, który – tak mówiliśmy – mieliśmy w Polsce tylko my, na naszym oddziale. Po tym zastrzyku pacjenci wstawali z noszy i o własnych siłach opuszczali szpital. Wszystkie objawy ustępowały jak ręką odjął.

Imponowałem tym mojej żonie, która przyszła do nas na praktykę i widziała tamte cudowne ozdrowienia. Nie mogła uwierzyć, że jesteśmy w stanie tak spektakularnie kogoś wyleczyć ze ślepoty czy głuchoty.

– Co to za lek? – spytała.

– Bardzo dobry, amerykański – odpowiedziałem enigmatycznie.

– No tak, ale jaki jest skład tego ABD? – drążyła temat.

– Musiałabyś dochować tajemnicy.

– Dochowam – zapewniła.

W końcu jej powiedziałem, że to… woda destylowana. Aqua b destillata, czyli ABD. Trudno w to uwierzyć? A jednak! Siła sugestii czyni cuda. Uzdrawia, ale też zabija, np. w plemionach, w których klątwa rzucona przez czarownika potrafi doprowadzić do śmierci.

W dzisiejszych czasach histeria praktycznie nie istnieje.

Kolejnym fenomenem ludzkiej wyobraźni, który zaskoczył psychiatrów i psychologów około 70 lat temu (i zaskakuje do dziś), jest tzw. osobowość mnoga, występująca głównie w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych Ameryki, najczęściej u kobiet. Objawia się tym, że człowiek nagle, zupełnie poza świadomością, staje się kimś innym: podaje nieprawdziwe dane, ma inny wiek, iloraz inteligencji, preferencje seksualne, zapis EEG, a w przypadku kobiet – inny cykl miesiączkowy. Takich wcieleń w jednym człowieku jest nawet kilkanaście, a w najgłośniejszych, opisywanych w prasie medycznej przypadkach – ponad 20 (!)

Pacjentka (lub pacjent) z zaburzeniami tożsamości nie jest świadoma, że żyje równocześnie więcej niż jednym życiem, jej prawdziwa osobowość nie wie o istnieniu pozostałych. Często te wcielenia są skrajnie różne. Mają odrębne wspomnienia, życiorysy, a także upodobania, choroby i talenty.

W latach 50. ubiegłego stulecia, kiedy amerykańska psychiatria zaczęła analizować i opisywać pierwsze takie przypadki, policja odkrywała sekrety kilku tajemniczych zaginięć. Okazywało się bowiem, że w oddalonych od swoich domów miastach i stanach przebywały osoby od dawna uważane za zmarłe. Jedna z nich wróciła do męża i dwóch dorosłych córek po 19 latach. Zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, tymczasem wszyscy dookoła niej byli w szoku. Nie mogła zrozumieć zdziwienia rodziny i znajomych, ale też nie potrafiła pojąć, dlaczego jej córki tak szybko urosły i wyszły za mąż. Jeszcze rano były małe, chodziły do przedszkola, a teraz jechały do pracy. Lekarze podejrzewali schizofrenię, ale ostatecznie wykluczyli chorobę psychiczną. Niestety, kobieta nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie spędziła wszystkie te „zgubione” lata.

– Doktorze, na czym polega to zjawisko?

– Takie osoby doświadczyły w przeszłości silnego urazu psychicznego, głównie na tle seksualnym. Były gwałcone i maltretowane albo przeżyły tragiczną śmierć kogoś bliskiego. Po traumie ich psychika „uciekła” od realnego bytu, zepchnęła dramatyczne wydarzenia do nieświadomości i osoba zaczęła prowadzić zupełnie odrębne życie.

W Europie wielu lekarzy kwestionuje istnienie osobowości mnogiej, ale jest ona faktem. W Kanadzie i USA powstało wiele książek i filmów z bohaterami cierpiącymi na te zaburzenia, co nie pozostało bez wpływu na nowe przypadki. Zachowania postaci filmowych i literackich zostały przez część odbiorców nieświadomie skopiowane.

Mechanizm w mózgu włącza i wyłącza wspomnienia, także prawdziwe imię i nazwisko, dlatego osoby z osobowością mnogą podają inne dane.

– Posługiwanie się fałszywymi danymi to przecież oszustwo.

– Nie w tym przypadku, bo wszystko dzieje się poza świadomością i kontrolą, mamy do czynienia z automatyzmem, działaniem wbrew woli. Oni wcale nie chcą być kimś innym. Niczego nie udają, nie symulują. To mechanizmy obronne, ich psychika ucieka w inną osobowość. „Przecież ty jesteś Merlin z Chicago” – mówią kobiecie znajomi. „Nie, nie, ja jestem Kristin z Nowego Jorku” – zaprzecza faktom.

– Ale przecież to nie jest normalne. Taka osoba musi być chora.

– Tak, w międzynarodowej klasyfikacji chorób osobowość mnoga została określona jako jedno z zaburzeń psychicznych.

– Do czego można to zaburzenie porównać?

– Do ciąży urojonej, czyli stanu, gdy kobiecie rośnie brzuch, nabrzmiewają piersi, odczuwa zawroty głowy i wiele innych objawów, jakby spodziewała się dziecka. Teoretycznie wszystko się zgadza, z jednym wyjątkiem – ciąży nie ma.

W 1957 roku ukazał się film Trzy oblicza Ewy, oparty na prawdziwej historii 25-letniej Chris Sizemore – pierwszej pacjentki z osobowością mnogą zdiagnozowanej i opisanej przez amerykańskich lekarzy. Pięć lat wcześniej kobieta zgłosiła się do terapeuty, mówiąc, że znajduje w domu mnóstwo nowych rzeczy, których nie kupiła ani ona, ani jej mąż. Podczas sesji terapeutycznych okazało się, że żyją w niej dwie obce sobie istoty. Pierwsza to szczęśliwa mężatka, stateczna gospodyni domowa i świeżo upieczona matka zdrowej dziewczynki. Druga zaś to bezdzietna, rozrywkowa dziewczyna, która sporo pije, spędza czas na zakupach i nie ma męża. Ta druga traktowała partnera tej pierwszej jak zupełnie obcego człowieka. Z czasem okazało się, że w Chris Sizemore ukrywają się… 22 osobowości. Każda miała swój odrębny życiorys i pojawiała się znienacka. Jedna z nich chciała zabić jej niemowlę, i to był sygnał, aby zgłosić się do psychiatry.

Pierwsze zaburzenia zauważono u niej, gdy była jeszcze dzieckiem. Zachowywała się tak, jakby w jej ciele obecnych było kilka dziewczynek. Nikt z tym nic nie zrobił. Dopiero w dorosłym życiu przyszedł czas na leczenie. Okazało się, że kobieta nie cierpi na schizofrenię, co początkowo podejrzewano, lecz zaskakujące zaburzenia tożsamości. Laik nie widzi różnicy, ale jest ona oczywista – w przypadku schizofrenii chory jest świadomy, że „ktoś siedzi w jego głowie”, natomiast tutaj kobieta nie uświadamiała sobie innych postaci, które w niej żyły.

Rozpoczęła się wieloletnia terapia Chris Sizemore. Szukano przyczyn tej – niezwykłej w jej przypadku – ucieczki od prawdziwej osobowości. Odpowiedź kryła się w dzieciństwie pacjentki. Lekarze wydobyli z jej nieświadomości dramatyczne wspomnienia, od których wszystko się zaczęło.

Miała zaledwie kilka lat, gdy bawiąc się w tartaku, zobaczyła, jak piła tarczowa przecięła wpół jej wujka. Krótko potem znalazła na polu rozkładające się ludzkie zwłoki. Tego psychika dziecka już nie wytrzymała, tamte wydarzenia odmieniły ją na zawsze. Lekarze opisali stan kobiety jako zaburzenia dysocjacyjne i nazwali jej przypadek osobowością mnogą.

Dwadzieścia lat później media w USA rozpisywały się o 23-letnim kryminaliście, który po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych został uniewinniony od popełnionych przestępstw właśnie z powodu osobowości mnogiej. Nazywał się Billy Milligan. W 1977 roku aresztowano go za gwałt i napaść z bronią w ręku. Psychiatra odkrył w nim ponad 20 osobowości – mężczyzn i kobiet. Każda miała odrębne życie i nie podejrzewała „sąsiedztwa” kolejnych. Jedna z tych postaci dokonywała gwałtów, inna napadów, a pozostałe prowadziły uporządkowany żywot, z poszanowaniem prawa.

Chociaż prokuratorom i biegłym trudno było w to uwierzyć, to badania psychiatryczne potwierdziły istnienie w nim wielu osobowości. William Milligan był jako dziecko maltretowany przez ojczyma. Podobnie jak u Chris Sizemore, traumatyczne dzieciństwo spowodowało u niego późniejsze zaburzenia. Daniel Keyes we wstępie do swojej książki Człowiek o 24 twarzach napisał:

„W odróżnieniu od innych ludzi cierpiących na osobowość wieloraką, opisywanych w literaturze psychiatrycznej i popularnej, którzy początkowo zachowywali anonimowość, Milligan stał się kontrowersyjną osobą już od chwili, gdy został aresztowany i oskarżony.

Jego zdjęcia pojawiały się na pierwszych stronach gazet i okładkach czasopism. Wyniki badań przeprowadzanych przez psychiatrów omawiano w wieczornych programach informacyjnych, pojawiały się też one w tytułach prasowych na całym świecie.

Po raz pierwszy spotkałem go w Ośrodku Zdrowia Psychicznego w Athens w stanie Ohio wkrótce po tym, jak go tam umieszczono na polecenie sądu. Gdy poprosił mnie, żebym napisał historię jego życia, odpowiedziałem mu, że moją zgodę uzależniam od tego, czy dowiem się o nim więcej, niż opublikowano w mediach. Zapewnił mnie, że głębsze tajemnice dotyczące jego poszczególnych osobowości nigdy nie zostały nikomu ujawnione, nawet adwokatom i psychiatrom, którzy go badali. Pragnął, żeby świat zrozumiał jego chorobę.

Kiedy rozmawiałem z nim na osobności, podczas wizyt w szpitalu psychiatrycznym, bardzo różnił się od opanowanego człowieka, którego poznałem podczas naszego pierwszego spotkania. Mówił z wahaniem, kolana mu nerwowo drżały. Pamięć miał słabą, nie pamiętał długich okresów ze swojego życia, głos często mu drżał pod wpływem bolesnych wspomnień. Po daremnych próbach wydobycia z niego informacji na temat przeszłości doświadczeń byłem gotów zrezygnować.

Wtedy stało się coś zaskakującego.

Pewnego dnia w Billym Milliganie po raz pierwszy dokonała się całkowita integracja, ujawniła się nowa osoba, amalgamat wszystkich jego osobowości. Zintegrowany Milligan w sposób jasny i niemal doskonały przypomniał sobie wszystkie swoje wcielenia od chwili ich powstania. Wszystkie ich myśli, czyny, związki z innymi ludźmi, tragiczne doświadczenia i komiczne przygody”1.

Bohater książki Daniela Keyesa spędził w szpitalu psychiatrycznym 10 lat. Po wyjściu na wolność trafił na długie lata do domu opieki społecznej, gdzie zmarł w 2014 roku w wieku 59 lat.

Prasówka:

„Kolejny przypadek osobowości mnogiej: znany gracz futbolu amerykańskiego Herschel Walker w dzieciństwie miał problemy ze zbędną wagą. Wtedy to właśnie w tłuściutkim Herschelu zamieszkały dwie osobowości – «wojownik», który zdobywał sukcesy sportowe, i «bohater», który bawił się na imprezach. Dopiero po upływie wielu lat, zmęczony chaosem we własnej głowie, udał się do lekarzy.

29-letnia Karen Overhill z Chicago skarżyła się psychiatrze na bóle głowy, depresję, amnezję. Po jakimś czasie lekarz zrozumiał, że w jego pacjentce żyje 17 różnych osobowości. Wśród nich – 2-letnia Karen, czarnoskóry nastolatek Jensen i 34-letni ksiądz Holden. Każda miała własny głos, charakter, umiejętności, styl zachowania. Na przykład tylko jedna z osobowości umiała jeździć samochodem, dlatego wszystkie inne musiały cierpliwie czekać, gdy ona je gdzieś odwiezie. Niektóre z nich były leworęczne, inne praworęczne.

Okazało się, że w dzieciństwie ojciec i dziadek gwałcili Karen. Później oferowali ją za pieniądze innym mężczyznom. Aby jakoś poradzić sobie z tym horrorem, dziewczynka stworzyła wirtualnych przyjaciół, którzy pomagali jej poradzić sobie w trudnych sytuacjach.

Leczono ją ponad 20 lat, w końcu udało się zintegrować wszystkie osobowości w jedną.

Kim Noble – malarka z Wielkiej Brytanii, przez całe swoje życie cierpi na rozdwojenie jaźni. W jej głowie mieszka 20 osobowości – maleńki chłopak Diabalus, który zna język łaciński, dziewczynka Judy, która ma anoreksję, 12-letnia Ria, która odtwarza w głowie okropne sceny gwałtu. Każda osobowość może się pojawić w dowolnym momencie, zazwyczaj codziennie.

Lekarze obserwują kobietę już od kilku lat, ale na razie nie mogą jej pomóc. Malarka ma córkę, która przyzwyczaiła się do dziwnego zachowania swojej matki. Kim Noble nie wie, kim jest ojciec dziewczynki, nie pamięta okresu ciąży i porodu. Wszystkie jej osobowości dobrze traktują dziecko.

Z kolei Truddi Chase z Nowego Jorku miała koszmarne dzieciństwo, znęcali się nad nią matka i ojczym. Aby jakoś poradzić sobie z okrutną realnością, dziewczynka stworzyła w swojej głowie ogromną ilość nowych osobowości, które przechowywały różne wspomnienia. Truddi Chase zdobyła popularność po opublikowaniu swojej książki When Rabbit Howls i udziale w talk show Oprah Winfrey”.

(źródło: http://womanadvice.pl/10-najbardziej-znanychprzypadkow-rozdwojenia-osobowosci)

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Daniel Keyes, Człowiek o 24 twarzach. Billy Milligan – najcięższy przypadek rozszczepienia osobowości w dziejach, przeł. Anna Bartkowicz, Wielka Litera, Warszawa 2015. [wróć]

Text copyright © by Ewa Ornacka 2019

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2019

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Katarzyna Raźniewska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Krzysztof Rychter

Fotografia na okładce: Joel Filipe/Unsplash

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Zrozumieć zbrodnię, wyd. I, Poznań 2019)

ISBN 978-83-8062-687-4

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer