Zona 2 - Michał Gołkowski - ebook

Zona 2 ebook

Michał Gołkowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Obiecywał sobie, że już nigdy więcej. Że tamten raz był naprawdę ostatni. Nadchodzi jednak moment, że tęsknota jest zbyt wielka. Trzeba ponownie zostawić za sobą Dużą Ziemię i wkroczyć w czarnobylską Zonę. Bo nic innego nie ma znaczenia, kiedy człowiek usłyszy Zew. Nadeszła pora ostatniej przygody…

Czyżby?

Człowiek może opuścić Zonę, Zona z człowieka nie wyjdzie nigdy.

Jeśli nie pójdziesz za wołaniem, ono znajdzie Cię w tu i teraz. I przekształci Twoje życie w koszmar. Koszmar, którego tak naprawdę pragniesz i o którym śnisz każdej nocy.

Pode mną przesuwają się tabuny stworów bez oczu, pokracznych kreatur ulepionych z plasteliny ciała przez upośledzonego Stwórcę, gnanych w ślepym pędzie dzikiego gonu naprzód, byłe dalej od pałającej ponad widnokręgiem krwawej zorzy pożaru.

Wszystko zalewa pełgająca, falująca i tętniąca łuna, pulsująca ponad widocznym w oddali ciemnym masywem bodącego w niebo rurą komina Sarkofagu.

Sarkofagu, z którego bije w niebo słup oślepiająco białego światła.

Chcę oderwać od tego wzrok, ale nie mogę.

I wiem, że Ona mnie widzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 1181

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Karta tytułowa

Ciało obce

 

Dziękujemy Ci, o Monolicie, że uczyniłeś znanymi nam przebiegłe plany wrogów Twoich.Niech światło Twoje spływa na dusze dzielnych żołnierzy w Twojej służbie, którzy życie poświęcili szerzeniu woli Twojej.

 

Prolog

…eskalacji napięcia na granicy. Doniesienia medialne mówią o koncentracji wojsk w rejonach przygranicznych, jakkolwiek odnośne ministerstwa stanowczo zaprzeczają, jakoby…

…obrony uciskanej mniejszości rosyjskojęzycznej. Nasilające się akty otwartej wrogości ze strony reżimu w Kijowie wywołują coraz większe zaniepokojenie…

…to przecież niedorzeczne. Nawet oni nie są na tyle nierozsądni, żeby coś takiego zrobić. To zwykły blef, a poza tym…

…Rosja nigdzie się nie kończy. Ona się dopiero zaczyna.

 

Słyszę, jak Ona mnie wzywa.

Kursor na ekranie pojawia się i znika, pulsując niczym żyła widoczna pod skórą wielkiego organizmu, ucieleśniającego całą naszą ludzką noosferę.

Radio, telewizja, gazety, roczniki statystyczne, negocjacje prezydentów i premierów, wizyty królów, rozmowy zwykłych ludzi, plotki, fakty, wyliczenia statystyczne – wszystko to jest teraz jednością, scalone we wspólnym obiegu informacji.

Siedzę i patrzę tępo w mżący przygaszoną bielą ekran laptopa, na którym urwana w połowie myśl zapisana w niedokończonym dokumencie jest niczym milcząca wymówka. Jawne świadectwo narastającego rozziewu pomiędzy tym, co robić powinienem, o czym wiem, że jest cholernie ważne i istotne – a tym, co robić bym chciał.

Do czego rwie się serce, do czego płacze dusza, do czego ciągnie całe moje jestestwo.

Przez dłuższą chwilę zastanawiam się, czy sięgnąć do szuflady po proszki. Mam ich jeszcze kilka, zjadliwie błękitnych w śliskiej otoczce i koszmarnie gorzkich jako nierówno kruszący się pył pomiędzy zębami; termin przydatności minął dwa lata temu, ale nadal tam są, ot tak, na wszelki wypadek.

Moja prywatna polisa ubezpieczeniowa przeciwko remisjom trudnej przeszłości.

Sięgam nawet ku szufladzie, ale ręka zatrzymuje się w połowie drogi.

Nie.

Nie potrzebuję tego, nie jest tak źle.

Poradzę sobie.

„To już raczej element pańskiej osobowości, nie jej zaburzenia” – powiedział mi kiedyś terapeuta.

Dlatego tylko przymykam oczy i robię kilka głębokich oddechów, usiłując uspokoić rozszalałe, dudniące echem w skroniach serce.

Tyle razy sam to sobie powtarzałem. Tyle razy mówili mi to znajomi, przyjaciele. Współpracownicy. Najbliżsi. „Nie siedź późno w noc, bo potem w dzień do niczego się nie nadajesz”. „Włącz sobie jakąś milszą muzykę, a nie te smętne rzępolenia z gitarą”. „Poranek od wieczora mądrzejszy”. „Kiedy rozum śpi, budzą się demony”. „Samotność ci nie służy”.

A mimo to z uporem maniaka siedzę po nocach sam.

Pracuję.

Czytam książki.

Oglądam stare filmy, na które nie miałbym czasu w dzień.

Sklejam modele pokracznych maszyn wojennych z epok, które nikogo dziś nie obchodzą, i ustawiam je wśród makiet domków, żeby potem patrzeć, jak profesjonalnie pokrywają się równomierną warstewką kurzu na podświetlonych półkach.

Wiem, że nie powinienem, że nie robi mi to dobrze w głowę, że jest jakimś tam elementem zachowań aspołecznych i docelowo destrukcyjnych. A mimo wszystko robię to, bo… bo inaczej nie potrafię.

I przeważnie jest mi z tym dobrze, spokojnie, cicho i przyjemnie.

Ale dziś jest jeden z tych gorszych dni.

Z ciężkim westchnieniem przymykam klapkę laptopa, zostawiając niedopisany raport z działalności fundacji za ubiegły rok. Niby czasu jeszcze mnóstwo, żeby to złożyć, bo dopiero luty się kończy, ale mam tak, że jak coś nie jest zrobione od razu, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wisi nade mną niczym mityczny miecz Damoklesa.

Gaszę stojącą na biurku lampkę, wyłączam boczne oświetlenie, starając się nie skrzypieć panelami w korytarzu, przekradam się do łazienki.

Elektryczna szczoteczka, mydło o zapachu lawendy, miękki ręcznik pachnący kwiatowym płynem do płukania i jestem czyściutki, gotowy na oddanie się w objęcia królującej już na dworze nocy.

Zaglądam jeszcze do pokoju małej, wsłuchuję się w równy, spokojny oddech śpiącej trzylatki. Mimowolnie uśmiecham się, patrząc na zawinięty w kołdrę tłumoczek, leżący w łóżeczku, nad którym gonią się po ścianie wymalowane misie, żyrafy i inne motylki: ech, piękna rzecz, taka niewinność…

Delikatnie popycham drzwi do naszej sypialni, pachnącej słodko-ciężkawym zapachem snu. Po omacku, doskonale znając odległości, podchodzę do łóżka i wczołguję się pod nagrzaną kołdrę.

Wtulam się w pachnący bezpieczeństwem bok mojej drugiej, zdecydowanie lepszej połówki, przymykam oczy.

A tam, za zasłoną snów, czeka już na mnie Ona.

…wizyta przywódców w stolicy. Prezydent przyjął delegacje krajów partnerskich, zaś podczas rozmów dwustronnych padły deklaracje…

…na tak zwanej, za państwa przeproszeniem, arenie międzynarodowej! Trudno przecież oczekiwać, żeby takiego rodzaju działania miały być przez nas pozostawione bez adekwatnej odpowiedzi! Dwie, może trzy atomówki i od razu zrozumieją, że z nami nie należy…

…kolektywnego, że tak powiem, Zachodu! Zgnilizna moralna! Upadek wartości! Operacje zmiany płci na życzenie, homoseksualiści, naziści, sataniści! Obrona tradycyjnego modelu rodziny jest dziś koniecznością dziejową, w przeciwnym razie…

…asymetryczną odpowiedź zbrojną.

– Myślisz, że zaatakują?

Podnoszę wzrok znad umowy współpracy z think-tankiem analitycznym z Berlina, patrzę na siedzącego naprzeciwko Maksyma. Potrząsam głową.

– Że co?

– No, czy nas zaatakują. To wszystko, co mówią w mediach o eskalacji… Pidary, że Ruscy, w sensie.

– Ach. Nie, nie sądzę. Są głupi, ale nie aż tak.

– Brat mojego kolegi dostał wczoraj wezwanie do mobilizacji. Podobno kazali mu zostawić telefon w domu, żeby nie można było namierzyć sygnału. A znajomy z Kijowa mówił, że Amerykanie zaczęli ewakuację swojej ambasady…

Ściągam okulary, które noszę do czytania od ubiegłego roku, ściskam palcami nasadę nosa. Maksym zamyka się od razu: zbyt dobrze zna ten gest, kiedy ja próbuję zebrać myśli i wyartykułować je w sposób, który nikogo nie obrazi.

Głęboki oddech, drugi, trzeci.

Z tyłu głowy nadal przelatują mi wyliczenia kosztów współpracy, ceny biletów lotniczych i utrzymania naszej skromnej delegacji na Zachodzie.

Kurwa, nie stać nas na to. Nie stać nas, ale i tak musimy to zrobić.

Jak to w życiu.

Spoglądam na Maksyma, próbując przywołać na twarz wyraz statecznego spokoju i jednocześnie wznieść się na wyżyny lingwistyczne z moim wciąż kulejącym ukraińskim.

– Nie będzie żadnej wojny, Maks. Ruscy postraszą, pogadają swoje, a potem odpuszczą. Za dużo mają do stracenia, jeszcze się gospodarczo po covidzie nie podnieśli…

– Myślisz?

Widzę w jego oczach błysk nadziei. On chce, żebym tak myślał, żebym go przekonał.

– Jestem pewien. Jeszcze tydzień, może dwa, a potem zaczną deeskalować napięcie. Putin dogada się z Bidenem, zgłoszą go do pokojowego Nobla i jeszcze będzie udawał, że zażegnał kryzys.

– Putin-fiutin… – warczy Maksym, którego brat od trzech lat walczy w Donbasie.

– Nie musisz człowieka lubić ani szanować, ale nie warto go od razu zamykać w wariatkowie. Nie będzie żadnej wojny, Maks. A tymczasem… – Patrzę na wyświetlacz telefonu. – Dobra, klepnij to i podpisz, niech to Tatiana proceduje dalej.

– A ty?

Wstaję, ściągam z oparcia obrotowego krzesła marynarkę.

– A ja, mój drogi, muszę odebrać dzieciaka z przedszkola.

…rejonach dyslokacji wojsk. Ministerstwo Spraw Zagranicznych stanowczo zaprzecza tym doniesieniom, oskarżając media o sianie propagandy i podgrzewanie temperatury. Społeczność międzynarodowa…

…dzisiejszej dyskusji w Werchownej Radzie. Doszło do ożywionej wymiany argumentów, podczas której szczególnie mocno wybrzmiało stanowisko deputowanego z Iwano-Frankiwska, który…

…obrony uzasadnionych interesów naszej Ojczyzny! Dość tej antyrosyjskiej, nazistowsko-reakcyjnej propagandy z ust tak zwanego narodu, który rości sobie prawo do terytoriów od wieków należących do Wielkiej Rusi! Wystarczy palcem im pogrozić, a od razu…

– …jak sądzisz?

– Tak – odpowiadam zupełnie machinalnie.

Ogrom pomyłki dociera do mnie dosłownie ułamek sekundy później, kiedy mózg rejestruje to, co przekazują mu oczy: Nastię z mocno sceptyczną teraz miną, podnoszącą w rękach dwa pudełka rzeczy. Dwa różne pudełka zupełnie różnych rzeczy, jak za wszelką cenę starają się przekonać mnie krzykliwe kolory i rzekomo sugestywne obrazki.

– Misza… – Potrząsa głową.

Pokazuję na pudełko po mojej lewej:

– Ten.

– Droższy? Na pewno nas na to stać? Wiesz, tu jest prawie dziesięć procent różnicy w cenie…

Po cholerę w takim razie mnie pytasz? – przelatuje mi przez głowę myśl w rodzimej mowie Mickiewicza i Norwida, ale zamiast tego zginam kark do drugiego – w zasadzie już trzeciego! – języka.

– Stać nas, nie będziemy na codziennych produktach oszczędzać. Fundacja się niedługo rozkręci, mamy już kilku potencjalnych darczyńców. Bierz ten lepszy.

– Miszka, ale na pewno?

– Na pewno. Nie chcę, żeby coś tak mało istotnego, jak…

Siedząca do tej pory spokojnie w wózku na zakupy mała zaczyna kwękać, wyciąga rączki do czegoś, co zobaczyła na półce: „Daj, mama, daaaaj to, daj!”.

Nastia wrzuca opakowanie do koszyka, przykuca przy niej i zaczyna tłumaczyć coś pozornie spokojnym tonem; ja nawet nie zawracam sobie gitary próbą dokończenia zdania, bo i tak wiem, że mnie nie usłyszy: kobietom coś się robi ze słuchem, jak pojawia się dziecko.

Mam tylko nadzieję, że mija to w miarę dorastania latorośli, bo jak nie…

Wzdycham ciężko, od serca.

Bo jak nie, to nie.

Sam też mam swoje dziwactwa, zdarza mi się wyłączać, błądzić myślami.

Wracać do tej, do której obiecałem, że nigdy nie wrócę.

…zaawansowane systemy naprowadzania i kierowania ogniem. Współpraca ma zaowocować otwarciem w Charkowie linii produkcyjnej, która…

…pomóc, nie zaszkodzić! Popatrzcie na Krym przecież, jak tam się ludziom lepiej żyje! A tak to co? Nie pamiętała o nich stolica, jak i o nas nie pamięta! I to się odbije czkawką, bo…

…niekonstytucyjnego reżimu w Kijowie. Po krwawym przejęciu władzy w dwa tysiące czternastym roku, ukraińska junta konsekwentnie realizuje swoją nieludzką politykę ciemiężenia własnego ludu i uciskania mniejszości rosyjskojęzycznej. Dlatego nie ustaniemy w wysiłkach tak długo, jak…

…dzieło Boże, walcząc przeciwko armiom Antychrysta! Tęczowa zaraza z Zachodu podpełza pod mury wielkiej, świętej Rusi, ale my damy odpór tym pomiotom piekła i wspólnie, pod przewodem naszego Prezydenta, po raz kolejny złamiemy kark faszyzmu, tym razem…

…zamienić w radioaktywny popiół. Odpowiedź jest jednoznaczna: zastosuje. Konflikt z Zachodem na Ukrainie narasta tak bardzo, że dla Rosji jest to już kwestia życia i śmierci. I teraz nie pozostanie nam nic innego, jak tylko użyć siły.

– To co, Nastka? Spać?

Patrzy na mnie wyraźnie zdziwiona. Podnosi tyłek z kanapy, nachyla się ku mnie i przykłada dłoń do czoła. Zagląda uważnie w twarz.

– Ty co, chory? Źle się czujesz, chcesz coś na noc? – pyta zupełnie bez podtekstów.

Prycham, trochę rozbawiony, potrząsam głową. Wyłączam pilotem odbiornik sygnału cyfrowego, drugim gaszę telewizor, trzecim wieżę wzmacniacza. Wzruszam ramionami.

– Nie, jakoś tak… Po prostu pomyślałem, że może dziś się razem położymy. Wiem, że siedzę ostatnio po nocach, i jakoś tak…

Uśmiecha się ciepło, potem widzę w jej oczach ten błysk.

TEN błysk.

– No cóż… – Przeciąga się niczym rozleniwiona kotka. – Ja w sumie to wolę cię w dzień, w porze obiadowej, ale może być i wieczór. Mała już śpi, więc…

Pozwalam sobie na uśmiech.

– Więc?

Podnosi się, odchodzi ku łazience, kręcąc biodrami.

– …więc będę czekać na ciebie w sypialni – rzuca przez ramię, już ściągając sweter.

Wzdycham sobie, tym razem tak od serca, z zadowoleniem.

Życie jednak jest dobre.

Czuję, jak Ona mnie wzywa.

Wiem, że śpię – ale sen jest rzeczywisty, niczym jawa.

Unoszę się ponad bezkresem jałowego stepu na skrzydłach radioaktywnego wichru, wirując w tumanach śmiercionośnego, czarnego pyłu.

Przepływam pomiędzy wyziębionymi monolitami martwych od dziesięcioleci bloków, gdzie w mieszkaniach dziś rezydują tylko cienie dawnych właścicieli, a nocami wycie upiorów niesie się po obłażących z farby klatkach schodowych.

Sunę centymetry ponad spękanym, ledwie widocznym spod warstw butwiejących liści asfaltem opustoszałych ulic, po których nigdy nie przejedzie już szkolny autobus.

Pode mną przesuwają się tabuny stworów bez oczu, pokracznych kreatur ulepionych z cielesnej plasteliny przez upośledzonego Stwórcę, gnanych w ślepym pędzie dzikiego gonu naprzód, byle dalej od pałającej ponad widnokręgiem krwawej zorzy pożaru.

Wszystko zalewa pełgająca, falująca i tętniąca łuna, pulsująca ponad widocznym w oddali ciemnym masywem Sarkofagu bodącego w niebo rurą komina.

Sarkofagu, z którego bije w niebo słup oślepiająco białego światła.

Chcę oderwać od tego wzrok, ale nie mogę.

I wiem, że Ona mnie widzi.

Budzę się z gwałtownym wzdrygnięciem całego ciała.

Dyszę ciężko, czując, jak wali mi serce.

Oczy wbite w sufit nie mogą złapać ostrości.

To sen, to tylko sen, powtarzam sobie.

Jeden z wielu podobnych koszmarów, które od czasu do czasu nawiedzają mnie falami, gdy mózg z takiego czy innego powodu nie radzi sobie z procesowaniem traumy, pozostałej jeszcze z dawnego życia.

Ale teraz nie jestem TAM, tylko tutaj.

W domu.

W bezpiecznym miejscu, obok osoby, która jest moją kotwicą w normalnym świecie.

Przez chwilę nasłuchuję: może znów się małej coś przyśniło i zapłakała przez sen? Ale nie, tym razem to nie to. Poza tym teraz już nie trzeba do niej chodzić: jak czegoś chce, to sama potrafi przydreptać, bezceremonialnie obudzić i powiedzieć, że ma ochotę na… cokolwiek.

No dobra, to jednak nie dziecko, a więc problem jest we mnie.

Ostrożnie, po cichu wstaję z łóżka, żeby nie zbudzić śpiącej na boku Nastii, i ruszam przez ciemny, cichy dom.

Drzwi na korytarz, dwa schodki w dół, salon, ominięcie ścianki działowej – ręka zupełnie odruchowo, na czystej pamięci mięśniowej zgarnia szklankę z blatu, podstawia pod dyspenser filtrowanej wody, wbudowany w lodówkę.

Nie dzieje się nic.

Nie zapala się światełko, nie ma charakterystycznego kliknięcia i delikatnego poszumu silniczka, tłoczącego wodę przez dyszę wylewki.

Odsuwam się o krok: nie palą się też diody, wyświetlacz nie pokazuje temperatury.

No tak, kolejna przerwa w dostawie prądu, jak to na prowincji nocą. Zdarza się. Pewnie znów złamana gałąź spadła na druty albo na którejś podstacji, pamiętającej jeszcze słusznie minione sowieckie czasy, wywaliło bezpiecznik. Do rana naprawią.

Przechodzę tę parę kroków do zlewu, nalewam sobie kranówki. Przeżyję. Jak ktoś tyle lat pił filtrowaną gruntówkę, to przecież…

I wtedy coś rozbłyskuje za oknem.

Tam, daleko poza drzewami, na południu i na wschodzie, w kierunku, gdzie jest Kijów.

Kijów, który z tej odległości parudziesięciu kilometrów zawsze widać jako lekko jaśniejszy wycinek nieba na widnokręgu – szczególnie teraz, późną zimą, kiedy nie ma liści na drzewach.

Ale tej nocy nie ma łuny świateł miasta. Jest tylko ciemność. Absolutna, czarna, nieprzenikniona ciemność.

I kolejny daleki rozbłysk.

I jeszcze jeden.

A potem dotacza się do mnie odbite echo dalekiego odgłosu: „puk”. Jakby gdzieś, het, daleko, ktoś odpalił fajerwerk.

Kran pluje, charczy nierównym strumieniem, woda się kończy. Zostaje tylko gulgoczący syk pustki w rurach.

Ja jednak nawet tego nie zauważam, bo docierają do mnie kolejne odgłosy: „puk, puk-puk”. Słyszę, jak niosą się dalekie, rwące trzaski, przylatujące ku mnie przez dzielące nas kilometry z opóźnieniem… I kolejne rozbłyski spadających z czarnego nieba gwiazd tam, gdzie powinien świecić się Kijów.

Nagle robi mi się gorąco, potem zimno.

Obracam się na pięcie, żeby od razu, teraz, już, w tej chwili rzucić się do sypialni, zgarnąć małą, potem obudzić Nastkę, robię pierwszy krok – i zamieram niczym słup soli.

Ponieważ widzę TO.

Przede mną unosi się w powietrzu pulsująca, opalizująca sfera, zawieszona nad podłogą pośrodku mojego salonu.

Niczym kropla krystalicznie czystej wody w stanie nieważkości – przelewająca się, pozbawiona jednej ustalonej formy, mrowiąca zmarszczkami, ale wciąż powracająca do stanu równowagi idealnej.

To musi być sen. Nie ma możliwości, żeby to nie był sen.

Stoję na bosaka, w samej piżamie, trzymam w ręku do połowy napełnioną szklankę i patrzę na rosnącą w salonie kroplę wody.

Kropla skrzy się i pobłyskuje, po jej powierzchni przebiegają pajączki wyładowań elektrycznych, mieni się krawędziach kolorami tęczy… Jest piękna i straszna zarazem, a ja czuję, jak coś mnie ku niej ciągnie.

Wbrew własnej woli podnoszę nogę i robię krok, potem drugi w kierunku kuli.

Ręce same wyciągają się ku niej, podobnie zresztą jak poła rozchełstanej góry od piżamy. Kryształki żyrandola nad kanapą pobrzękują ledwie dosłyszalnie, delikatnie skrzypi i trzeszczy łańcuch. Po blacie stołu w salonie zaczynają sunąć podkładki pod talerze…

…a ja nagle uświadamiam sobie, że to nie sen.

Robię jedyne, co przychodzi mi do głowy – rzucam się w tył.

Robię to dosłownie w tej samej chwili, gdy powierzchnia sfery styka się z trzepoczącą serwetką, która wyrwała się z uchwytu na stole.

Huk i trzask są potworne, dosłownie ogłuszające. Uszy wypełnia mi wysoki, świdrujący pisk, lecę na plecy, teraz dla odmiany pchnięty niczym gigantyczną, niewidzialną dłonią – uderzam o szafkę, wpadam na stacjonarny blender, jakieś talerze i miski lecą na ziemię.

Osuwam się na podłogę, zakrywając tylko głowę rękami.

Gdy otwieram oczy, wokół mnie szaleje istne pandemonium.

Wszystko – dosłownie wszystko, co nie było przytwierdzone do ścian, sufitu i posadzki, wiruje właśnie w jakimś obłąkanym powietrznym tańcu! Talerze, książki, papiery, sztućce, kawałki drewna, fragmenty tynku, potłuczone szkło… Jedno z krzeseł dryfuje obok mnie majestatycznie, zahacza po drodze o stojący na kuchence garnek i pociąga go za sobą do oberka, widzę, jak kielich blendera dygocze w uchwycie, a szuflady dosłownie trzęsą się w prowadnicach.

Odczołguję się byle dalej, pełznąc na brzuchu po zasłanej odłamkami szkła podłodze, czując, jak wiatr szarpie mi nogawki piżamy i targa włosami.

Pomieszczenie napełniają błyski wyładowań, wicher wzmaga się, kaskadą odłamków sypie się któreś okno – fragmenty potłuczonej szyby od razu zostają wessane przez rozkręcający się huragan, który wciąga w siebie coraz więcej i więcej materiału, nabierając obrotów i wirując coraz szybciej, aż…

Uderzenie wciska mnie w szafki, dosłownie wgniata do środka przez drzwiczki z płyty wiórowej – i chyba tylko to ratuje mi życie, kiedy gruz, żelastwo i szkło uderzają w bok mebla. Metalowa gałka od karnisza niczym kula karabinowa przebija ściankę mebla i przelatuje obok mojej głowy, nóż wbija się w drewno, a ostrze wychodzi kawałek od mego oka.

Leżę tak jeszcze chwilę w moim meblowym ukryciu, kuląc się i czekając, co będzie dalej, co jeszcze się wydarzy – ale grawitacyjny huragan już się uspokoił.

Powoli, ostrożnie, niczym przerażone zwierzę wyczołguję się z powrotem do tego, co jeszcze przed momentem było moją kuchnią.

Kuchnia, najkrócej mówiąc, zniknęła.

Była, a teraz jej nie ma – przepadła razem ze sporą częścią ściany nośnej domu, fragmentem poddasza i samego dachu.

Zadzieram głowę, widzę pokój na górze, w którym planowaliśmy zrobić kiedyś miejsce dla młodej, jak ta już podrośnie. Teraz wygląda to, jakby ktoś wziął do ręki jeden z moich domków z makiety, odgryzł kawałek i wypluł, rozrzucając po okolicy.

Stoję w rozchełstanej piżamie na skraju tego, co było moim domem, a teraz jest półrumowiskiem, na którego brzegu przelewa się i kręci wciąż lekko pobłyskująca, ale teraz spokojniejsza, zdecydowanie wolniej wirująca kula falującego powietrza.

Ale wcale nie to wszystko przeraża mnie w tej sytuacji najbardziej. Bo naprawdę, ale to naprawdę straszne jest to, że dopiero teraz jestem w stanie nazwać uczucie, które wyrwało mnie ze snu w środku nocy.

Jak wtedy, kiedy lecąc samolotem, człowiek budzi się nie wiedzieć czemu i czuje, że coś jest nie w porządku. Że coś się stało. Niby to samo wnętrze, ci sami ludzie, spokojne oświetlenie boczne – ale coś istotnego się zmieniło w otoczeniu. Coś, co powoduje, że masz ochotę przełknąć ślinę, żeby przestały boleć uszy… Bo zmieniło się ciśnienie.

I świat jest niby taki sam, a jednak gdzieś niezauważenie dla nas samych przekroczyliśmy granicę pomiędzy „tutaj” i „tam”.

A ja doskonale wiem, co oznacza słowo „tam”.

TAM.

Po plecach aż przebiega mi dreszcz – i to nie tylko dlatego, że temperatura oscyluje w granicach zera, mój dom właśnie utracił spójność powłok izolacyjnych, a ja na dobrą sprawę stoję na dworze w piżamie.

Nagle uświadamiam sobie, że człowiek nade wszystko powinien uważać, czego sobie życzy – szczególnie wykonując pewien określony, dość wąsko wyspecjalizowany zawód.

Zaś ponowne spotkania po latach, kiedy twoja niegdysiejsza wielka miłość bez zapowiedzi odwiedza cię w domu, gdzie zdążyłeś zadomowić się z niedawno założoną rodziną, są zdecydowanie przereklamowane.

Przełykam ślinę, czując, jak w piersi trzepocze mi absolutnie spanikowane serce, tłoczące w żyły adrenalinę, która właśnie napełnia skronie poszumem na pograniczu ekscytacji i przerażenia.

Sfera nagle pęcznieje i strzela gwałtownym, krótkim wyładowaniem, rozrzucając wokoło najbliżej leżące śmieci. Odskakuję instynktownie, znów przypadam do ziemi, kiedy deszcz poszatkowanych na konfetti książek opada powoli w zimnym powietrzu… Śmieci. Te „śmieci” to przecież kawałki mojego domu, mojego życia.

A mimo to teraz, gdy kulę się na podłodze jak zaszczute zwierzę, są dla mnie bezwartościowe. Nie mają żadnego znaczenia. W niczym mi nie pomogą.

Chyba że…

Potrząsam głową, próbując odegnać natrętne, nibyinteligentne myśli i pozornie cięte komentarze do otaczającej rzeczywistości, którymi przerażony umysł usiłuje zająć moją uwagę akurat teraz, kiedy potrzebuję jej w całości i na zawołanie.

Powoli, nie robiąc gwałtownych ruchów, schylam się i podnoszę z ziemi pierwszy lepszy kawałek gruzu.

Skoro huraganowa sfera jest tam, w salonie za mną – to raczej nie ona oderwała z mojego domu ścianę frontową wraz ze sporą częścią dachu.

Więc jest tu coś jeszcze.

Coś, czego raczej wolałbym przypadkiem nie aktywować.

Dlatego rzucam gruz w miejsce, w którym jeszcze kilka minut temu stał stół, teraz wciągnięty i przemielony na szczapy. Kawałek cegły z doklejoną plamką tynku odbija się od pękniętej płytki posadzki, toczy jeszcze kawałek i zamiera.

– Czysto… – szepczę sam do siebie drżącym głosem.

Nie wierzę, że dałem radę przejść tędy wcześniej, jeszcze kiedy na poły śpiący szedłem po wodę.

W głowie huczy i wiruje huragan myśli, przez które ledwie słyszę świst wichru, huk i łomot niosące się z zewnątrz, krzyki ludzi… Gdzieś za mną, pośród domów osiedla, coś eksploduje kulą ognia, lecą z brzękiem szyby z okien, wyje alarm samochodowy.

„Czysto”.

Tak proste słowo, a jednak niosące ze sobą taki ładunek emocjonalny.

Wywlekające na powierzchnię wszystkie te wspomnienia, które od kilku lat starałem się zepchnąć na dno podświadomości.

Podnoszę do twarzy rękę, która wygląda jak należąca do kogoś innego. Trzęsie się jak liść osiki, a mimo to jest moja, moja, nie czyjaś obca, tylko moja! Obracam ją, zginam i prostuję palce, żeby sprawdzić, czy ciało słucha rozkazów mózgu.

Rzygać mi się chce.

Gardło aż zaciska się skurczem, ślina sama napływa do ust, czuję to charakterystyczne uczucie w głębi brzucha.

Przełykam nerwowo ślinę raz, drugi, trzeci, kolejny.

Tak, zdecydowanie mi się chce.

Zdecydowanie.

Opieram się o blat szafki i rzucam profesjonalnego, taktycznego rzyga prosto w pustą misę zlewu, za którą kiedyś była ściana, a teraz jest tylko pustka, w której ktoś wymalował jaskrawymi farbami pejzaż lokalnej apokalipsy na osiedlu domków jednorodzinnych.

Osłupiały, oszołomiony i z pewnością kontuzjowany patrzę na najbliższą okolicę, która teraz zamieniła się w przedsionek piekła.

Stojące na podjazdach i na ulicy samochody wyją i migają światłami, ale nawet skowyt alarmów ginie w ryku gigantycznej fontanny ognia, która zamienia właśnie dom dwie działki od nas w płonącą pochodnię.

Kawałek wyasfaltowanej drogi wygląda, jakby ktoś docisnął plastelinę odwróconą szklaną miską – zupełnie przezroczystą, a mimo to zostawiającą idealnie obły ślad we wszystkich po kolei warstwach – od popękanych płyt chodnika, przez asfalt, podsypkę pod nim, aż do rur kanalizacji i wodociągu, których zawartość rozlewa się teraz po obrzeżu niewidocznej sfery nierównymi kałużami i strugami zacieków.

Garaż sąsiadów z naprzeciwka właśnie ulega stopniowemu demontażowi, kawałek po kawałku zasysany przez pulsujący na wysokości pierwszego piętra kłąb zwiniętego drutu, metalu i żelbetu, wyrywający po kolei cegły z obłożonego klinkierem komina.

Tam, po prawej, cały rząd drzew jakby ktoś obciął jednym chlaśnięciem ogromnego noża: korony kończą się idealnie wzdłuż ukośnej płaszczyzny, której przedłużenie rysuje się poprzeczną kreską na najbliższym domu.

Aż kulę się odruchowo, gdy na jednej z posesji przy równoległej uliczce z hukiem eksploduje przydomowy zbiornik gazu, podnosząc się ognistą kulą w czarne niebo.

Powoli wraca mi słuch, więc prócz pisku w uszach i modulowanego skowytu alarmów zaczynam słyszeć inne rzeczy: świst wciąganego przez sferę w salonie powietrza, ryk gejzeru ognia na dworze, trzask i huk niosący się gdzieś z zewnątrz… Przerażone głosy ludzi, dochodzące zewsząd krzyki, płacz i odbijające się echem żałosne nawoływanie.

– …sąsiedzie! Sąsiedzieeee! – drze się ktoś na ulicy.

Nadal zmagając się z torsjami i trzymając się zlewu, ryzykuję szybkie zerknięcie w bok: to ten irytujący gość, co mieszka po skosie od nas. Stoi pod moją furtką, twarz ma zakrwawioną i chyba coś nie tak z ręką. Stoi i szarpie za klamkę, mimo że całe dwie sekcje płotu obok po prostu zniknęły, a bramę wygięło w obwarzanek.

Zauważa, że go widzę, macha do mnie gorączkowo, coś woła… Słyszę przez huk ognia i trzask anomalii co drugie słowo, coś o telefonie, o policji, wojsku…

– N-nie! – wołam przez ściśnięte, pełne palącej żółci gardło, macham ręką. – Nie działa nic! Do domu proszę wrócić. Do domu!

On krzyczy coś jeszcze, ale potem odrywa się od furtki, najwyraźniej zamierza iść do tych naprzeciwko. Musi być w szoku – dopiero teraz widzę, że puchową kurtkę narzucił wprost na podkoszulek, jest w kapciach…

– Do domu pan idzie! Do siebie wraca!

On odwraca się, coś krzyczy, macha ręką, jakby chciał pokazać, że nieważne.

– Nie tędy! Nie…! – usiłuję przekrzyczeć wszystko wokół.

Mężczyzna robi jeszcze dwa kroki, a potem staje jak wryty i prostuje się, jakby ktoś podłączył go do prądu.

Widzę, jak coś unosi go nad ziemię, a potem składa wpół, jak scyzoryk – najpierw w przód, tak że głowa dotyka do kolan, a potem w tył, przez plecy. I jeszcze raz w tę i we w tę… Jak na tych filmikach z Pakistanu i Chin, gdzie człowieka wkręca w maszynę do nawijania folii strecz albo zaczepia o wał korbowy – niby są tam w środku, w nas, ścięgna i kości, ale przy odpowiednio przyłożonej sile człowiek jest jak z gumy.

Patrzę wbrew własnej woli, z jakąś chorą fascynacją, jak człowiek zamienia się w figurkę origami.

Coś dosłownie wypłaszcza go, rozciąga na boki i składa wedle idealnie wytyczonych linii. Facet krzyczy, przynajmniej z początku, potem jest jeszcze chrzęst kości i ciała, ale w końcu zamienia się w coś, co wygląda bardziej jak zabugowana grafika z gry komputerowej, traci pozory realności i nie wywołuje już nawet przerażenia.

Mój umysł może wypierać i racjonalizować to, co się dzieje, ale organizm aż nadto dobrze wie, co się właśnie stało – więc kolejna fala torsji zgina mnie wpół, gdy żołądek usiłuje wyrzucić z siebie resztki treści.

Kaszlę, chrypię, rzężę i zanoszę się głuchymi beknięciami tak długo, aż w końcu nie zostaje we mnie nic.

Potem osuwam się bez sił na podłogę, spocony jak mysz, targany niekontrolowanymi dreszczami.

Jest mi zimno.

Po prostu zimno, bo skoro mój dom przestał w rozumieniu grzewczo-izolacyjnym być układem zamkniętym, to temperatura musi oscylować w okolicach zera, jak to w nocy pod koniec lutego.

Najbardziej mam ochotę skulić się, zamknąć oczy i udawać, że mnie zwyczajnie nie ma. Trzymać się desperackiej nadziei, że to wszystko się jakoś ułoży, wyjaśni, naprostuje samo…

Ale wiem, że tak się po prostu nie stanie.

Kolejny wysoki, przenikliwy krzyk.

Ktoś idzie, albo może biegnie, krzycząc rozdzierająco, ile tylko sił w płucach, jakby stało mu się coś potwornego – a potem ostry, suchy trzask i błękitny rozbłysk wyładowania elektrycznego.

Krzyk urywa się i już nie rozbrzmiewa ponownie.

Odkasłuję, odcharkuję, spluwam resztkami żółci na płytki podłogi.

Nie stanie się, nie ułoży się, nie wyjaśni się, nie naprostuje się.

Mogę tu leżeć, czekając pasywnie na śmierć – albo spróbować przeżyć.

I może uratować kogoś jeszcze.

Dlatego gramolę się z ziemi, podnoszę to, co akurat mi wpadnie pod rękę: zgięty widelec, kawałek talerzyka, fragment cegły z zaprawą murarską. Staję na chwiejnych nogach i niezgrabnie rzucam przed siebie pierwszy nibyznacznik.

– Czysto… – szepczę drżącymi wargami.

Krok, krok, jeszcze jeden.

Rzucam kolejny znacznik: czysto.

Robię te następne kilka kroków, które teoretycznie przynajmniej nie powinny mnie zabić.

Ciskam przed siebie kawałki gruzu, metalu i drewna, które dopiero co były tworzywem dla przestrzeni mojego życia.

Wytyczam bezpieczną trasę przez to, co powinno być – ale już nie jest – normalnym pomieszczeniem normalnego domu.

Jeden z kamyków odbija się od szafki, odskakuje w bok i toczy się dalej: pac-pac-pac… Zamieram w pół kroku, patrząc, jak on nie przestaje podskakiwać, przyspiesza coraz bardziej, aż w końcu wiruje jak fryga i wystrzeliwuje gdzieś w górę, porwany przez ten sam bąbel, który musiał pożreć front mojego domu.

Następny rzucam bardziej w lewo – ten z kolei zaczyna ściągać do siebie minihuragan zniszczenia w salonie, który zdążył już złapać w siebie trochę śmiecia i teraz jest raczej w wersji „midi”, zmierzając powoli ku „maxi”.

Tędy nie przejdę, nawet nie będę próbować. No dobrze, to cofamy się do kuchni i dookoła, wokół ścianki z wyciągiem…

– Misza! Misza, ty gdzie?! Miszaaa!

– Taaatuuuuś! – drze się drugi, o wiele wyższy i bardziej dojmujący głosik. – Ja chcę tatuuusiaaaa…!

Zaciskam oczy, potrząsam głową: nie. Nie teraz.

Słyszałem te wołania już wcześniej, ale nie dopuszczałem ich do siebie.

Nie stać mnie na myślenie teraz o kimkolwiek innym, bo zaraz i sam zginę, i nikomu nie pomogę.

Tutaj muszę w pierwszej kolejności myśleć przede wszystkim o sobie.

TUTAJ.

Jest zimno, tak zimno, że aż grabieją mi dłonie i zaczynają szczękać zęby, a mimo to czuję, jak po plecach leci mi strużkami pot.

Kawałek po kawałku, jak saper na polu minowym omijam przekrzywioną kuchenkę, przesuwam się wzdłuż ściany salonu… Przechodzę w trzech długich, pokracznych krokach ponad przewróconym regałem z książkami.

Anomalia wiruje dosłownie na wyciągnięcie ręki ode mnie, kręci zawieszonym w powietrzu śmieciem i kurzem. Nie rzucam niczym, żeby jej przypadkiem nie aktywować, idę tylko z wyciągniętą przed sobą rozczapierzoną dłonią, próbując wyczuć prądy powietrza.

Coś z hukiem i trzaskiem wybucha na poddaszu, tynk sypie się z sufitu, gniazdka elektryczne strzelają iskrami, ale to bez znaczenia.

Schodki do części sypialnej są już na wyciągnięcie ręki.

– Nastia… Dura! – wołam. – Durka, jesteście tam?! Durkaaa…!

Chwila ciszy, w której aż nadto wyraźnie słyszę stłumiony, zawodzący szloch dziecka.

– Misza, tutaj! Ja z małą, w jej sypialni…

– Tatuś! Tatuś, ja chcę do tatusia…!

– Nie ruszaj się, Dura! Ani kroku, nie idźcie nigdzie… Ja już do was…! – krzyczę, czując, jak zaczyna brakować mi głosu.

– Taaataaa…!

– Już do was idę, kwiatuszku! Tatuś zaraz przyjdzie!

Jestem już przy schodkach, ale coś mi się nie podoba pod sufitem. Nie wiem co, ale coś tam błyszczy, i tynk jakoś dziwnie zaczyna się wzdymać, jakby purchlem… nie było tego, na pewno nie było jeszcze chwilę temu.

Przesuwam się bokiem, nie spuszczając dziwnego tworu z oka, a potem przechodzę obok łazienki. Nie otwieram nawet drzwi, bo słyszę, jak coś tam bąbluje i przelewa się niczym gotująca smoła… Zjadliwy, zielonkawy blask sączy się przez szczelinę wentylacyjną.

Mój dom, nasz dom jest teraz przedsionkiem piekła, a ja muszę przez niego przejść cały i zdrowy – jak rzadko kiedy, nie dla siebie, a dla innych.

Słyszę, jak mała zawodzi, a Nastia coś jej śpiewa łamiącym się głosem.

Spycham to na dno świadomości, szorując plecami po ścianie, docieram do drzwi.

– Dura! – wołam.

– Misz!

– Tata! Do taty, do tatyyyyy…! Taataaaaa…! – drze się mała.

– Dura, czekajcie na mnie! Ja po ubrania najpierw do garderoby pójdę, bo zimno… Drzwi wam zamknę, ścianę całą wyrwało w kuchni!

– Co?!

– Taaaatuuuuuś! Ta…ta…a…a…! – Mała ewidentnie wpada w kolejny atak histerii.

– Ścianę wyrwało! – powtarzam przez zaciśnięte nagle gardło. – Czekajcie na mnie, zaraz u was będę…

– Ale co się stało?!

Zerkam w korytarzyk do salonu, gdzie „karuzela” zaczyna nabierać właśnie obrotów, wciągając w siebie resztę mojego księgozbioru i pościąganych z półek modeli oraz makiet.

Zamykam oczy, biorę głęboki wdech.

Wiem, co powiedzieć.

– Zona się stała.

Nastia patrzy na mnie wielkimi oczami, nadal nie rozumiejąc, co usiłuję jej powiedzieć.

Siedzimy na łóżku, przykryci wszystkimi kołdrami, kocami i narzutami, jakie tylko udało mi się wyciągnąć z szafy, ubrani w ciepłe, narciarskie spodnie i zimowe kurtki, w czapkach i rękawiczkach, żeby zminimalizować utratę ciepła.

Mała uspokoiła się już trochę, przysnęła w końcu niespokojnym snem, wtulona pomiędzy nas dwoje. Czuję, jak rzuca się przez sen… Na szczęście ma raptem trzy latka, więc raczej nie będzie tego pamiętać. Zatrze się jej to w umyśle, ugładzi: ot, tatusia nie było, tatuś przyszedł, wszystko w porządku.

Taką mam przynajmniej nadzieję.

Coś buczy miarowo i dudni basem na piętrze, sufit skrzypi i osypuje się drobnym pyłem, gdy nieznana anomalia ciśnie na żelbet.

Ściany nośne domu jęczą i trzeszczą, poddawane oddziaływaniu sił, o których nie śniło się naukowcom.

Na dworze, od którego dzieli nas raptem kilkanaście centymetrów cegieł i styropianu, rozgrywają się jakieś dantejskie sceny.

Ciemność nocy co chwila przecinają rozbłyski wyładowań „elektr” i rzygające strumieniami ognia „żarniki”; światło łamie się i rozszczepia w polach grawitacyjnych „karuzel” i „koncentratów”, wpada przez okna tańczącymi na ścianach refleksami we wszystkich kolorach tęczy.

Szyba jednego z okien jest pęknięta, więc czuję, jak po karku liże mnie powiew chłodniejszego powietrza. Sypialnia jest relatywnie niewielka, a ja upchałem pod drzwi tyle koców i swetrów, ile tylko dałem radę, więc nie tracimy ciepła tak szybko – ale wraz z zimnem do środka przez okno docierają dźwięki.

Dźwięki, które nawet u mnie wywołują dreszcze.

Ktoś krzyczy przerażająco, robiąc przerwy tylko po to, żeby zaczerpnąć tchu. Wrzask niesie się po ulicy, odbija echem od domków… A tamten krzyczy dalej, po prostu wyrzucając z płuc powietrze.

Jakiś kwadrans temu ktoś szedł ulicą, nawołując i wzywając sąsiadów. Nie wiem – żeby w czymś pomogli? Żeby sprawdzić, czy da radę się u kogoś schronić? A może tak po prostu, usiłując się upewnić, że nie jest jedyną osobą, jaka pozostała przy życiu?

Kawałek od nas, pewnie ze trzy ulice dalej, ktoś strzelał. Pojedynczymi, bezładnie, raptem kilka razy, więc chyba pistolet… Potem gruchnął charakterystyczny wystrzał ze śrutówki, ale tylko jeden.

Słyszałem, jak gdzieś jechał samochód, zawodząc piłowanym na zbyt wysokich obrotach silnikiem. Zbliżał się, wyjąc coraz donośniej, potem przemknął obok i ucichł w oddali, przepadł bez śladu.

Od czasu do czasu coś wybucha, a wtedy ściany drżą, szyby brzęczą w oknach. Nasłuchuję tylko spadających na resztki dachu odłamków, próbując zrozumieć: blisko? Daleko?

Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Nie tutaj, nie w Zonie.

– Ale… ale jak to, Zona?

Już otwieram usta, żeby po raz kolejny spróbować wytłumaczyć jej to samo, wyjaśnić oczywiste, zakomunikować to, co jest widoczne jak na dłoni.

Zauważam jednak, że tynk na ścianie, którą Nastia ma kawałek za sobą, powoli pokrywa się stopniowo rosnącym wykwitem, jak gdyby sączyła się w niego ropa albo przepalony, rozwarstwiający się olej silnikowy. Ona jeszcze tego nie widzi, a ja nie zamierzam teraz zwracać na to uwagi. I tak jest dziewczyna wystarczająco przerażona.

Natomiast dociera do mnie z przeraźliwą, lodowatą jasnością: na pewno nie będziemy mogli tutaj zostać na dłużej.

– Nie mam pojęcia, Durka. Mówiłem ci: nie wiem. Ale wiem, co to jest… I ty też przecież wiesz.

Nastia potrząsa głową, odruchowo przytula małą. Nadal nie może się pogodzić z oczywistym. Niedobrze.

– Miszka, ale to przecież bez sensu! Ona jest tam, za Kordonem…

– Już nie. Teraz jest tutaj, a my jesteśmy na Jej terenie.

– Myślisz, że była Emisja?

Co ja mam jej powiedzieć?

„Nie, na pewno nie”? To będzie przecież jawne kłamstwo.

„Tak, to była Emisja”? Co z kolei nie będzie prawdą, bo Emisje nie sięgają tak daleko i nie zostawiają aż tak trwałych efektów, nie tworzą anomalii.

Ech, głupi, głupi. Tyle lat powtarzałem w kółko, że Zona nie trzyma się reguł, że nie ma swoich zasad, że nie da się Jej zmierzyć, zważyć ani ograniczyć… A teraz sam próbuję do Niej przykładać zwykłe, ludzkie, quasirozumowe instrumenty poznawcze.

Wzdycham ciężko, ukradkiem zerkając na rozrastającą się plamę na ścianie.

– Nie wiem – mówię zgodnie z prawdą. – Ale wiem, że Ona najwyraźniej tutaj przyszła. Może…

Nie kończę zdania, bo myśl pobiegła w zdecydowanie złym kierunku. „Może upomniała się o to, co do Niej należy” – byłem już gotów powiedzieć.

Drugą opcją było „może przyszła po to, czego nie dostała kiedyś” – w sensie, że po nią.

– Może…? – Nastia spogląda na mnie.

Potrząsam tylko głową.

– Nie ma „może”, Durka.

– Nie mów tak na mnie! – zaperza się nagle.

Mała porusza się niespokojnie, kwęka przez sen, więc Nastia szepcze coś uspokajająco, gładzi córkę po główce… Zauważam, że z ust leci jej para, więc jednak temperatura spada szybciej, niż się spodziewałem. Niedobrze.

– Nie mów tak na mnie – powtarza już ciszej, półszeptem, ale nie mniej dobitnie. – Mówiłam ci tyle razy, że nie lubię tej głupiej ksywy. Ona poza tym została tam, po tamtej stronie, a tutaj…

Urywa, bo chyba widzi, jak mimo woli smutno się uśmiecham.

– Tutaj teraz jest Zona – szepczę, delikatnie gładząc ją po policzku dłonią w rękawiczce. – Więc teraz ty jesteś Durka, ja Miszka, a mała…

– Mała jest Mała.

– Niech będzie, że Mała – zgadzam się. – I skoro już to ustaliliśmy, to nie możemy tutaj dłużej zostać.

Znów widzę w jej oczach przerażenie. Zupełnie jak wtedy, kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, gdzieś pod Komaryniem, całe lata temu… Wtedy też nie chciała uwierzyć, trzeba było jej tłumaczyć, przekonywać. Musiała się na własnej skórze przekonać.

A tutaj nie ma już tylko własnej skóry, bo pomiędzy nami leży ciepłym, równo dyszącym tobołkiem trzyletni dzieciak.

– Misza… – zaczyna.

– Durka, nie. Nie możemy zostać. Tutaj jest niebezpiecznie, rodzą się kolejne anomalie. Popatrz sama. – Pokazuję na ścianę za nią. – Musimy się wydostać, wyprowadzić stąd Małą.

– Ale… ale to przecież jest nasz dom!

W jej głosie pobrzmiewają płaczliwe nutki. Zamiast zrobić coś, nie wiem, normalnego – pocieszyć ją? przytulić? okazać śladową empatię? – ja po prostu rozglądam się po ścianach, suficie. Wolną ręką pokazuję na to wszystko, wydymam usta pogardliwie.

– To? Nie. To w najlepszym razie po prostu „dom”, Durka. Ale tu jest Zona, tu nic nie jest ani moje, ani twoje, ani już na pewno nie nasze.

Przez chwilę mam wrażenie, że albo się rozpłacze, albo strzeli mnie w twarz, ale ona zaskakuje mnie po raz kolejny: po prostu krótko, zdawkowo kiwa głową.

Widzę, że nagle się zmieniła, coś przeskoczyło jej w głowie. Poprawia się na łóżku, odgarnia z czoła włosy. Patrzy wprost na mnie.

– To co dalej?

Wzdycham ciężko, odsuwam się kawałek, żeby wyjrzeć za okno.

– Już jasno się powoli robi, świt blisko. Poczekamy, żeby nie iść po ciemku… Akurat się zbierzemy, wszystko się poprzesuwa.

– Co?

Zaciskam pięści, ale zachowuję spokój, przynajmniej ten zewnętrzny. Nie bez kozery nadałem jej w Zonie właśnie taką, a nie inną ksywę.

– Anomalie się przesuwają o świcie. Pamiętasz? Czy mam ci od początku robić podstawowe szkolenie?

– Aaa… No faktycznie. Było takie coś.

– No właśnie. Ubierz małą ciepło, weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

– …a ty?

O kurde, bałem się tego momentu.

– A ja wykopię to, co pogrzebałem – odpowiadam po prostu.

 

Rozdział 1

Jak to: wyrzuciłaś?!

Łapię się za głowę gestem, który w innych warunkach mógłby być uznany za niepotrzebnie melodramatyczny.

Tutaj, po tym, jak przeszedłem kilkadziesiąt kroków pomiędzy anomaliami, które powyrastały na terenie mojego własnego domu, jest jednak zupełnie uzasadniony.

W normalnych warunkach zejście do piwnicy to pestka.

Jak nie ma prądu, a ktoś boi się, że w ciemności mieszkają potwory, to jest to przygoda.

Natomiast kiedy dodać do tego, że całość odbywa się jeszcze w Zonie – to przygoda zamienia się w istną wyprawę, i to taką, z której można nie wrócić.

Ja wróciłem. Przeszedłem przez korytarz, dotarłem do schodów. Ryzykując życie, zszedłem na dół, przedarłem się do kotłowni. Pod strumieniem „żarnika” przeczołgałem się do skrytki w rogu… I wróciłem z pustymi rękami.

I teraz usiłuję dowiedzieć się, co się w ogóle odjebało.

– Nastia, czyś ty zwariowała?! Wyrzuciłaś moje rzeczy? Ale jak to?!

– Taaa-tuuuś, nie krzycz na maaa-mę! Rodzice, rodziiceee, nie kłóćcie się-ę-ę…! – zawodzi Mała, wyłącznie potęgując całościowy rozpierdol emocjonalny.

Nastia nie okazuje skruchy. Bierze się pod boki, rzuca mi iście piorunujące spojrzenie.

– Normalnie! Co ty, myślałeś, że ja nie wiem, gdzie ty swoje brudy pierzesz i chowasz?

– Ale tam była broń, szpej…!

– Rooo-dziiii-ceee…!

– Bój się Boga w Trójcy jedynego, dziecko małe w domu, a w piwnicy broń schowana?! I co, ty myślałeś, że ja to będę jak pierwsza lepsza utrzymanka mafijnego bossa tolerowała?! Że pod moim bokiem, w moim domu, coś takiego ma być schowane?! I to jeszcze tak po gałganiarsku, na łapu-capu, jakbym za jakiegoś obsranego amatora wyszła!

– Kurwa, kurwa, kurwa mać! Kobieto, przecież to było… Jezu, chuju, kurwa mać! Strzelba, amunicja, wykrywacz, pojemnik… Hola, że co? Coś ty powiedziała? – Nagle bystrzeję, kiedy ta ostatnia uwaga dociera z opóźnieniem. – Że za kogo wyszłaś?

– Za amatora jakiegoś, badylarza z rynku, byle przemytniczynę z bożej łaski! I nie klnij przy dziecku!

– Maaaamaaa…! Taaaataaaa…!

– Nie klnę przecież! Ale ty mnie nie wkurwiaj, bo…!

– Ja?! Ja ciebie?! Ty mnie raczej nie wkurwiaj, badziewiarzu, bandyto za dwie kopiejki, amatorze! Nie wstyd ci? Pod jedną warstwą płytek, w dodatku położonych na kartongips, taki schowek robić! A jakby to policja znalazła, a jakby specnaz wszedł?! Tfu!

– Ja ci dam tfu! Ja ci dam, ja ci…! – Podnoszę pięść w geście bezsilnej wściekłości.

Nie na nią, tak po prostu, przed siebie.

Błąd.

Zapomniałem.

Nie powinienem był.

Jej twarz błyskawicznie ciemnieje, nozdrza rozdymają się.

Poniewczasie przypominam sobie nasze trudne, bolesne rozmowy o specyfice dzieciństwa i dorastania w Ukrainie po rozpadzie ZSRR.

– No co? No co „ty mi”?! Co, uderzysz mnie może jeszcze? I dziecko też?! Patrz, coś narobił, jak się mała drze… No już, córeczko kochana, spokojnie, nie krzycz, nie płacz, mama cię obroni. Obroni cię, nawet jak ojciec cię zostawi…

Robię krok w tył, obracam się na pięcie wokół własnej osi, biorę kilka głębokich wdechów.

Jebana, głupia cipa. Że akurat teraz, w tej chwili musiało to z niej wyleźć. Cały pierdolony, zaściankowy, patologiczno-przemocowy Wschód, na którym się każdy pieprzony konflikt w rodzinie załatwia krzykiem, siłą fizyczną i rozgrywaniem dziecka.

Dobra, Misza, uspokój się. Jak nie ty, to ona też nie.

Uspokój się.

Uspokój się, człowieku, bo to się zaraz wymknie spod kontroli.

Jest wiele złych miejsc na kłótnie małżeńskie, ale Zona jest chyba najgorszym z możliwych.

Mała drze się jak obdzierana ze skóry.

Kurwa.

Kłócimy się przy dziecku, kłócimy się w najgłupszy możliwy sposób, w najgłupszym z możliwych momentów.

Przyklękam przy łóżku, ujmuję jej dłoń, całuję. Ona w pierwszej chwili wyrywa mi rękę, ale ja twardo ujmuję ją znowu… Mała, na całe szczęście, zupełnie odruchowo wiesza mi się na szyi, więc zyskuję chociaż minimalne przełożenie emocjonalne.

Tak, jestem wyrachowanym chujem, że w takiej chwili o tym myślę w ten sposób. Może kiedyś spłonę za to w piekle, nie wiem – ale najpierw wyprowadzę moją rodzinę z tego piekła na ziemi.

– Kocham was obie. Przepraszam. Nigdy nie podniósłbym na ciebie ręki, Durka…

– Nie mów tak na mnie! – warczy, znów mi się wyrywając.

– A jak mam, kurwa, mówić?! – znów eksploduję wściekłością, zrywam się z kolan. Mała wydziera się po raz kolejny, szarpie mnie za włosy, kopie nóżkami. – Tu jest Zona, nie będę do ciebie, debilko, po imieniu mówić, bo Ona usłyszy! Durą byłaś, Durą zostałaś, żeby ze schowków broń i szpej wyrzucać…!

– A ty nie lepszy wcale! Kartongips i pojedyncza płytka… I co, i co? – Wykrzywia się pogardliwie-szyderczą miną. – Jeszcze zanim małą urodziłam, to wyciągnęłam to gówno i do kontenera remontowego wyrzuciłam! A ty myślałeś, że ja nie wiem, co ty w piwnicy wieczorami robisz. Ha, ha-ha-ha! No nie mogę… Aaa-ha-ha…!

– I czego rżysz, głupia babo?! – Rozłożyłbym ręce, ale przecież trzymam Małą; czuję, jak wściekłość ustępuje zwykłej, rozżalonej desperacji.

– Aaha-ha-ha, aa-ha-haa…! Ha, he-he, hi-hi-hi, oj… – Nastia teatralnym gestem ociera jakąś miniłzę z kącika oka, znów krzywi się złym grymasem. – Śmieję się, bo taki z ciebie wielki stalker, taki sprytny i przebiegły, a przez trzy lata żeś nawet nie zauważył, że ja to wyciągnęłam! Nic, rozumiesz? Nic a nic! Nawet się nie zorientowałeś, a ja tam fugę między płytkami na ślinę wygładzałam, potem brudną gąbką od naczyń tarłam, żebyś nie zauważył… I nie zauważyłeś! Tyle warta twoja robota, tyle warte twoje stalkerstwo wielkie!

Ostatnie jej słowa aż brzmią echem w pękniętej szybie okna, nikną gdzieś w ciszy powoli pożeranego przez anomalie domu.

Nie wiem, co powiedzieć.

Nie wiem, jak miałbym zareagować.

Skończyły mi się riposty.

Nagle, w tej jednej chwili, cała złość ulatuje ze mnie, ulatnia się jak spirytus rozlany na rozgrzany beton.

Po prostu stoję tak, patrząc na Nastię tępo. Mała też ścichła, chyba wyczerpana płaczem, tylko nadal kwili i pociąga noskiem, ale słychać przede wszystkim trzask i jęk ścian, zgrzyt wyginanego żelbetu… Plama na ścianie wzdęła się czarnym purchlem tynku, spod którego zaczyna sączyć się kroplami lekko fosforyzujący płyn.

Mrugam raz i drugi, potem po prostu kiwam głową.

– Masz rację.

– Co „mam rację”?! Nie będziesz mi tutaj mówił, co ja mam, a co nie, bo ja sama… Zaraz, że co? – reflektuje się Nastia, przechodząc na teatralny szept.

Ostrożnie odkładam Małą do łóżka, wspólnie przykrywamy ją kocami i kołdrami. Odsuwamy się na bok, żeby przynajmniej jej nie obudzić.

– Masz rację, Durka: gówno ze mnie, nie stalker. Chujową skrytkę zrobiłem, a ty miałaś rację, że z naszego domu to wywaliłaś. A wiesz dlaczego?

Mruży oczy, patrzy na mnie, jakby przeczuwając zasadzkę.

– Dlaczego? – pyta ostrożnie.

– Bo teraz wiem, że to nie moja wina, że Zona tu przyszła. A miałem taką myśl od razu: a może to przeze mnie albo przez ciebie? Może Ona upomniała się o to, co powinno było tam zostać, przy Kordonie? A teraz widzę, że jednak nie. Więc słusznie zrobiłaś, ty rację miałaś, a ja się myliłem. Jak skrytkę znalazłaś?

– Mam swoje sposoby! – parska.

– Nie pierdziel, Durka. Jak znalazłaś?

Prycha z niezadowoleniem, wydyma usta. Przez chwilę sapie coś pod nosem, odwraca wzrok… W końcu rzuca, nawet nie patrząc na mnie:

– Wiadro z wodą mi się wywróciło, jak zmywałam na dole. I patrzę, a w tamtym rogu pod płytki podcieka… To jedną obruszałam i zdjęłam, a potem już poszło.

Kiwam głową z pewnym niechętnym uznaniem.

– Zuch dziewczyna. No dobrze, to nie będzie broni, nie będzie detektora ani całej masy innych rzeczy, które…

– A kto ci powiedział, że ja detektor wyrzuciłam? – Uśmiecha się przekornie.

Głupieję zupełnie. Ona znów prycha, macha na mnie pogardliwie wolną ręką, odwraca się, żeby zupełnie niepotrzebnie poprawić kołdrę Małej, która pojękuje coś przez sen. Klasyczne pokazanie, kto tu ma rzekomo dominować: ja bezpodstawnie się irytuję o pierdoły, a ona jest tą rozsądną, co dba o dobrostan dziecka.

– Durka, nie rób sobie ze mnie…

– Ja sobie twój detektor wzięłam, głupolu. Wzięłam, schowałam. Leży w walizce na stryszku.

– Kurwa, po co?! – syczę, znów łapię się za głowę.

Nastia ucieka wzrokiem w bok, tym razem zawstydzona.

– Bo chciałam się Wierce i Natalii pochwalić. Bo one mi nie wierzyły, że my się w Zonie spotkaliśmy.

Z wrażenia aż potrząsam głową, przeciągam dłonią po twarzy.

– Ja jebię. Wypaplałaś tym dwóm durnym piczom, że byliśmy w Zonie?

– Oj tam, nie to, że od razu wypaplałam. Za kogo mnie masz? Tak się w rozmowie poukładało jakoś, a one zaczęły ze mnie drwić, że się tylko przechwalam… No więc im go pokazałam.

– Czekaj, zaraz, chwilę: poszłaś wtedy na dół, umyłaś podłogę, przypadkiem przewróciłaś wiadro, w wyniku tego znalazłaś skrytkę, wyjęłaś z niej rzeczy, część od razu wyrzuciłaś, a detektor im zaniosłaś do salonu?

– No nie, nie do końca. Detektor już wcześniej sobie zostawiłam, a z nimi rozmawiałam… no, w zeszłym roku. Miszka, ale czy to ważne? Naprawdę? – Teraz to ona rozkłada ręce, potrząsa głową.

Ja jednak już poczułem krew i teraz nie odpuszczę.

– Durka, po cholerę zostawiłaś detektor?! To znaczy cieszę się, ale kurwa, dlaczego?

Spogląda wprost na mnie, a ja wiem, że dostanę prawdą między oczy.

– Bo ładny był! – wypala.

Przez chwilę na nią patrzę, autentycznie nie wiedząc, co powiedzieć. Potem nachylam się, przytulam ją.

– Potencjał konfliktu wyczerpany? – szepczę jej we włosy.

Ona kiwa tylko, pewnie przełykając łzy. Ot, taki nasz urok, że o byle co się potrafimy zapalić… Ale szybko to się przerabia, a potem już jest dobrze.

Tylko żeby nie przy dziecku, poprzysięgam sobie solennie.

– Miszka, ja nie wiedziałam, że… że to się kiedyś jeszcze…

– Ćśśś. Nie wiedziałaś, bo nie mogłaś. Dobrze zrobiłaś w sumie. Która walizka?

– Ta fioletowa, ta, co na snowboard braliśmy…

– Wiem która. Ubierz Małą do końca, sama też załóż coś wygodnego. Wracam i ruszamy.

– Ale… dokąd?

O kurde, tego pytania się naprawdę, ale to naprawdę bałem. Co ja mam jej powiedzieć?

– W kierunku Kijowa, byle dalej od CzAES – mówię tyle, ile sam wiem, że jest prawdą. – Poczekaj na mnie jeszcze chwilę, zaraz wrócę.

Już wychodzę z sypialni na to, co zostało z korytarza, kiedy dogania mnie jej głos:

– …Miszka?

– Hm?

– Wróć.

– Wrócę – rzucam tylko przez ramię, przymykając drzwi.

Przynajmniej mam taką, kurwa, nadzieję.

Piękne są poranki w Zonie.

Wstające słońce świeci prawie równolegle do ziemi, rzucając długie cienie, które krzywią się i zaginają tam, gdzie wiszą w powietrzu „grawikoncentraty”, „wyżymaczki” i „trampoliny”.

Wilgotna ziemia oddaje parą, unoszącą się długimi pasmami mgły, dryfującej powoli w prądach powietrza, nagrzewanego nieustannie przez anomalie termiczne.

Wszystko skrzy się, lśni i błyszczy pełnym spektrum kolorów widzialnych dla ludzkiego oka.

To są te krótkie chwile, kiedy jest cicho, naprawdę cicho, bo drapieżniki i mutanty zawsze chowają się w bezpieczne leża, przeczuwając nadejście zmiany położenia anomalii w okolicach świtu. Wyjdą znów na żer przed południem, więc to najlepszy moment, żeby wyruszyć na rajd.

Tak, Zona o poranku jest naprawdę przepiękna… no chyba że człowiek wychodzi właśnie z resztek tego, co pozostało po budynku, który do niedawna określał jeszcze mianem domu.

Idę jako pierwszy, gęsto rzucając przed siebie zabranymi z warsztatu w piwnicy mutrami z dowiązanymi kawałkami bandaży z domowej apteczki.

Na ubraniu zapiąłem sobie na szybko zmontowaną kamizelkę nibytaktyczną, skleconą z tego, co się dało znaleźć: trochę podstawowych przyborów medycznych, porządny scyzoryk z multitoolem, nowoczesny dozymetr, wygrzebany w składziku licznik Geigera ze słuchawką, latarka z wymiennymi nakładkami kolorowych filtrów, zapas bateryjek… I cała, cała masa innego szmelcu.

Na ramionach niosę plecak, w nim żelazne racje żywności, woda mineralna w butelkach, zestaw witamin i mikroelementów w tabletkach, papier toaletowy, mokre chusteczki…

…zupki i słoiczki z przecierami dla małej, kocyk do usypiania, ulubiona przytulanka, książeczka, ubranko jedno, drugie, trzecie, buciki zapasowe, to, tamto, sramto, pierdamto. Mówiłem, że za dużo tego, ale się Durka uparła, że ona woli ograniczyć swój bagaż, a dla małej rzeczy zabrać.

No więc w efekcie targamy i dla małej, i nasze. Klasyka. Ale i tak nie to jest najlepsze.

Najlepsze jest to, że w ręku trzymam… Nie no, aż mnie samego śmiech ogarnia, ale w ręku trzymam taktyczną włócznię do polowania na dziki.

Serio. Dostałem coś takiego od znajomych na czterdzieste urodziny, bo niby tak się bronią interesuję i się znam, to pewnie mi się spodoba. Gówno z tego prawdopodobnie straszne, jak to ze wszystkiego, co „taktyczne” zresztą, więc wisiało do tej pory na ścianie nad kominkiem, żeby nie było, że prezent mi się nie podobał.

No i tak na wyjściu teraz na nią spojrzałem i myślę: biorę! Niech się amerykański szajs ze sklepu wysyłkowego do czegoś chociaż przyda.

No więc idę jak ten paleolityczny łowca, co to dopiero wyszedł ze swojej pieczary i boi się, że za każdym rogiem może czaić się tygrys szablozębny albo inny włochaty mamut czy podobny diplodok. Za mną idzie moja paleolityczna kobieta, niosąca w tobołku na plecach zawinięte w ciepłe futra i skóry dziecko, gwarantujące podtrzymanie ciągłości gatunku, gdy…

– …Misza!

Absurdalna wizja pryska. Obracam się, od razu gotów do skoku.

– Co, co się dzieje?!

– Poczekaj na nas! Ja nie umiem tak szybko…

„Szybko”. Przeszedłem może z pięćdziesiąt metrów, ale faktycznie, ona została z tyłu… No cóż, widać, że dobrze ją przeszkoliłem wtedy, te lata temu.

Ganię się od razu w myślach: do cholery, ona ma swoją podręczną torbę na ramieniu, zamiast plecaka niesie wycieczkowe nosidło, a w nim targa dzieciaka, którego przecież na własnych dwóch przez Zonę nie puścimy. Nie dziwota, że idzie jeszcze ostrożniej ode mnie. Czekam cierpliwie, pozwalając jej, żeby dogoniła mnie własnym tempem.

– …tatuś! – Mała macha do mnie rączką.

– Nadieńka, trzymaj się mamy! – Składam ręce przy ustach, jak kto głupi wołając do dzieciaka po imieniu, czego zdecydowanie nie powinienem robić. – Mamy się trzymaj… To zabawa taka jest, trzymaj się mamy!

– Łiii!

– Nadijka, spokojnie, nie rzucaj mi się! – ofukuje ją Nastia.

Patrzę, jak kawałek po kawałku pokonuje dzielącą nas odległość. Rzuca mutry jedną po drugiej, ostrożnie robi kroki, co chwila zerka na ekranik detektora anomalii… Dobrze idzie, nie spiesząc się, rozsądnie.

– Zuch dziewczyna – chwalę ją, jak tylko podejdzie, po czym dodaję: – I będę szedł wolniej, przepraszam. Nie nawykłem…

Uśmiecha się ledwie dostrzegalnie.

– Pamiętam: samotny wilk, jednoosobowa wataha, te rzeczy. Jak trasa przed nami?

– Pfff…

Patrzę w uliczkę, która jeszcze wczoraj była dla mnie terenem znanym, lubianym i bezpiecznym, a dziś – no cóż, dziś jest istnym polem śmierci.

Dom po naszej lewej stronie, zawsze taki zadbany, czysty i porządny, jest już tylko wypaloną skorupą z zapadniętym dachem. Pogorzelisko wciąż się dopala, od czasu do czasu powyginana blacha i osypujący się gruz aktywują przyczajony gdzieś na wysokości piętra „żarnik”, który strzela strumieniem ognia, wybijającym aż ponad zwieńczenia ścian.

Z kolei następny „osobniak”, w którym do tej pory mieszkało sympatyczne starsze małżeństwo, wygląda jak mimochodem kopnięte przez krnąbrnego dzieciaka mrowisko – cały bok ma wyrwany, rozwłóczony i rozrzucony po okolicy, rosnące obok drzewa połamało jak zapałki.

Tymczasem u sąsiadów przez płot wszystko jest w pozornym porządku… Ale widzę, że firanka w sypialni, zawsze nieskazitelnie biała, ma na sobie rozbryzg – tak, jakby w pomieszczeniu pękł balon z czerwoną farbą. Taki duży balon, na oko sześciolitrowy… Albo nawet dwa.

Dima i Ania.

Tak mieli na imiona sąsiedzi. Dwa tygodnie temu u nich byliśmy na posiadówce. Sympatyczni, bez zadęcia tacy, przyzwoici bardzo… Zwyczajni ludzie, a mimo to przecież na swój sposób charakterystyczni. Dima był hydraulikiem, pomagał mi piec zakładać, zawsze jak coś robiłem, to przyszedł do płotu, zapytał, czy pomóc. Nigdy w zamian nic nie chciał.

A ja patrzę na to okno, za którym wisi zabryzgana firanka, i wiem, po prostu wiem, że ani Dimy, ani jego Anki już nie ma.

Kolejny dom, który mijamy, ma wytłuczone okna, drzwi wejściowe są otwarte na oścież, podobnie zresztą jak garaż, teraz pusty… Więc zdołali uruchomić samochód i przynajmniej kawałek ujechać.

Z kolei następny jest w połowie normalny, stoi jak gdyby nigdy nic, światło się pali przed wejściem – a za to druga połowa domu jest dosłownie rozłożona na części pierwsze. Każda cegła wisi osobno od reszty, pomiędzy nimi kable elektryki rozdzielone na izolację i miedziane druty, rury od wody, grzejniki… Wisi to sobie tak w powietrzu i lekko faluje. Jakby ktoś z kolorowego papieru wykleił dom na przezroczystym baloniku, a potem ten balonik za bardzo nadmuchał i kawałki się porozjeżdżały.

Omijam szerokim łukiem miejsce, gdzie nocą działało „origami”, trudne do przeoczenia z racji tego, co leży na asfalcie. Anomalia zapewne albo się przesunęła, albo w ogóle zniknęła po świcie, ale… No właśnie, „ale”.

Chyba głupi bym musiał być, żeby z własnej woli iść przez miejsce, gdzie ktoś zginął dosłownie na moich oczach.

Przypominam sobie TAMTĄ scenę i aż się wzdrygam.

Odwykłem od śmierci.

– Mama, a co to jest…? – dobiega mnie z tyłu.

– To nic, kochanie. To tylko śmieci jakieś.

– Nie, mama. Nie śmieci. To jest kotek.

Aż się obracam, wstrząśnięty.

– …co?

– Kotek, co wpadł pod samochód. Widziałam takiego już. To jest kotek?

– Tak, kochanie, to kotek… – pospiesznie przytakuje Nastia, patrząc na mnie porozumiewawczo.

– Kotek – daję radę wykrztusić.

Kotek.

Nie wiem czemu, ale dopiero ta trywializacja śmierci mnie naprawdę przeraża.

Przecież w Zonie zawsze rzeczy nazywa się po imieniu, mówi się, jak jest. I teraz, kiedy dla dobra dziecka trzeba to wszystko ubierać w inne określenia, w pozornie niegroźne słowa – robi się to naprawdę przerażające.

Bo jak, no, kurwa, jak?! Jak wytłumaczyć trzylatce to, co się dzieje wokoło?! Co powiedzieć?!

Wszędzie poniewierają się ubrania, kawałki plastikowych torebek, opakowania, kartki i przeróżne okruchy zwykłego, ludzkiego życia, powyciągane i powyrywane przez anomalie z bezpieczeństwa do niedawna spokojnych domów.

Na kasztanie przed nami wisi trup w koszuli nocnej, więc zapewne kobieta. Ktoś, kogo znaliśmy? Może sąsiadka spod ósemki?

Teraz nie ma to znaczenia.

– Misza… – słyszę z tyłu głos Nastii.

– Widzę. Nie przejmuj się, ona już nie żyje.

– Kto nie żyje? – wcina się Mała.

– Nikt, kochanie. Tatuś się pomylił.

– Misza!

– Tak, wiem, mój błąd. Pójdziemy teraz lewą stroną, a potem…

– Misza, ale tam ktoś jest.

Zamieram od razu, obracam się ku niej, potem patrzę we wskazanym kierunku.

– …gdzie?!

– Tam, pomiędzy domem a garażem.

Nie widzę.

Stoję kilka kroków dalej, więc ściana domu już mi zasłania widok. Po minie Nastii da się poznać, że jest przerażona, wpatruje się wielkimi oczami w to, cokolwiek tam jest… A ja czuję, jak jej strach udziela się mnie.

Jestem już niemalże gotów zrobić krok w tył, cofnąć się do niej, ale w ostatniej chwili myślę sobie: nie. Nie, nie ma bata, nie zrobię czegoś tak durnego. Nie chodzi się w Zonie z powrotem tą samą drogą, nie chodzi się i tyle.

– Rusza się? Idzie na nas? Człowiek? Mutant? – rzucam pytaniami w przestrzeń.

– N-nie… stoi tylko…

Mam już na końcu języka kolejne pytanie, ale w tym momencie Nadijka podnosi rączkę i macha w tę stronę, gdzie patrzy Nastia.

Aż mi po plecach zimny dreszcz przebiega. Gest jest tak zwykły, tak prosty i ludzki, a zarazem tak w tym kontekście i miejscu przerażający, że…

– O, nie ma pana! – kwituje mała, rozkładając małe rączki. – Widzisz, mama? Nie ma!

– Jak to nie ma? Zniknął? Poszedł sobie? – syczę.

Nastia robi wielkie oczy, potrząsa tylko głową bezradnie.

Kurwaaa… Kurwa, kurwa mać. To może być najgorszy, najtrudniejszy rajd mojego życia. Nie dość, że jestem tutaj z kimś, to jeszcze ten ktoś jest tutaj z kimś.

A ja nie potrafię, zwyczajnie nie potrafię przełączyć się na klasyczne myślenie stalkera: że każdy sobie rzepkę skrobie, że najwyżej zdechnie, że każdy jest tu sam.

Bo ja nie jestem tutaj sam.

– Dura… Durka, hej! Chodź tu do mnie, bliżej! – Macham na nie ręką.

Podchodzi bliżej, jak głupia patrząc nie pod nogi, tylko tam, pomiędzy budynki. No nie no, wykończy mnie to, na serce tu pierdolnę… Nie doszliśmy jeszcze nawet do skrzyżowania, a ja już jestem mokry pod kurtką.

W ogóle jest ciepło, zdecydowanie cieplej, niż było wieczorem. Powinna być późna zima, jeszcze nocą temperatura była w okolicach zera, a teraz jest pewnie z pięć–osiem stopni. Widać, że Zona przyniosła ze sobą też własną pogodę… Słońce dopiero wstało, a już zdążyło schować się za szarą powłoczką rozwłóczonych chmur.

Tam, po drugiej stronie ulicy, jest sklep, do którego chodziłem w sobotę rano po świeży, jeszcze ciepły chleb. „Dzień dobry, co podać?” – zawsze pytała obsługująca tam rumiana Kława Wiktorowna. Sklep jest cały, w zakratowanym oknie jeszcze wisi stroik ze świąt. Wygląda to, jakby wszystko było w porządku.

Ale ja wiem, czuję, że nie jest, bo być nie może.

– Mama, ja chcę słodką bułeczkę…

– Kochanie, sklep u pani Kławy jest zamknięty. Widzisz? Zamknięte jest, nie działa.

– Ale ja chcę… – kaprysi Mała.

Wymieniamy z Durą spojrzenia, ja wzruszam ramionami: nic nie zrobisz, z dupy jej bułeczki z dżemem teraz nie wyciągnę.

Boże, żebym ja miał takie problemy. Żeby świat był tak prosty, jak potrzeby trzylatki…! A tutaj stojący za sklepikiem nieduży domek, w którym mieszkała ekspedientka, jakby ktoś przydepnął wielkim butem. Dwie boczne ściany zostały, a środka nie ma, wszystko wprasowane w ziemię. I pies na podwórku siedzi i wyje.

Wyje, wyje, zadarłszy łeb wysoko ku niebu. Długo, żałośnie, przeciągle. Szkoda mi kundla, no ale co zrobię? Nic nie zrobię przecież.

Muszę swoją rodzinę przede wszystkim uratować.

Licznik Geigera odzywa się trzaskiem, więc od razu się cofam: co to, gorąca plama? Najwyraźniej. Sprawdzam jedną, drugą trasę, w końcu pokazuję Durce: idziemy bokiem, przez podwórko.

Zerkam po drodze na dozymetr, żeby sprawdzić, czy nie za dużo przyjąłem: o dziwo, najwyraźniej nie. Promieniowanie jest jeszcze w bezpiecznych widełkach, mimo że tło mamy lekko podwyższone.

No cóż, teraz będę musiał zwracać na to uwagę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jako pierwszy idę przez podwórko, rozglądając się uważnie dokoła. Tam wiruje sobie anomalia, tutaj jakieś dziwne, na pewno nie naturalne zagłębienie terenu… Dobra, przejdziemy tyłem za domem, a potem…

– Rodziceee, a ja mogę zostać u Nikoli na obiad?

Aż się potykam o własne nogi z wrażenia, prawie że upadam. Obracam się, patrzę wielkimi oczami na Nastię; ona zamyka otwarte ze zdumienia usta, jako pierwsza łączy kropki:

– Misza… Tutaj przecież mieszkają Mielnyczukowie.

– Kto?

– Mielnyczukowie. Aliona i ten, no, jak mu tam… Pawło!

Rozkładam tylko bezradnie ręce.

– Rodzice Nikoli? – podpowiada Dura, robiąc minę taką, jakbym miał wiedzieć, o kim mówi.

– Że kogo?

– Mama, mama! Ja chcę do Nikoli!

– Nikoli, z naszej grupy w przedszkolu! Tej, co u niej Mała była na urodzinach? Przecież ją odprowadzaliśmy!

– Aha.

– Mamaaa, do Nikoliiii…!

Nagle łapie mnie jakaś irracjonalna złość.

Mam ochotę wydrzeć się na nią, na nie obydwie, że nie będzie żadnej Nikoli, nie będzie żadnych pierdolonych Mielnyczuków, że to wszystko jest w tej chwili tak bardzo, kurwa, nieistotne, że ci ludzie najpewniej już nie żyją…!

Ale zamiast tego po prostu zaciskam zęby, obracam się do nich plecami i rzucam przed siebie kawałkiem metalowego złomu: czysto, można iść dalej.

Cały świat, jaki jeszcze wczoraj znaliśmy, szlag trafił i po prostu trzeba się z tym pogodzić. Tu może i był świat, ale teraz jest Zona, to nie miejsce na złe emocje i pochopne słowa.

Wychodzimy znów na ulicę, prowadzę je dalej i przez skrzyżowanie, na którym dopala się wrak samochodu. Nastia zagaduje Małą, próbując odciągnąć jej uwagę od widocznego za kierownicą zwęglonego ciała na resztkach fotela… Kto to był? Dokąd jechał, po co? Nigdy się nie dowiemy.

Mijamy to, co zostało po naszym lokalnym oddzialiku poczty, ruszamy dalej. Jeden, drugi dom… Obchodzimy łukiem rozwłóczone po chodniku krwawe strzępy ciał.

Anomalia po prawej podnosi z ziemi wysoki, spiralny słup kurzu, śmieci i pokruszonych liści tylko po to, żeby po chwili rozwiać się w nicość. Nic, ani śladu po niej i tylko opadający powoli ku ziemi pył pozwala się domyślać, że coś tu było.

Idziemy dalej.

Tam, po prawej, widzę fragment łąki. Po prostu łąki na czyimś podwórku: płot z blachy, który od pewnego momentu puszcza pędy i pąki, rozrasta się w bujne zarośla żywopłotu. Te dwa drzewa splecione koronami to musiała być brama wjazdowa, a skłębiona kępa perzu i powoju to zapewne stojący na podjeździe samochód.

– Misza… – słyszę szept Durki.

Zauważyła to sekundę wcześniej, ale teraz i ja widzę: obok zielonej kępy wznoszą się też trzy inne, nieco mniejsze, smuklejsze i wyższe… Splecione z pnączy i pozwijanych gałązek, niczym trzy chochoły o kształtach do złudzenia przypominających ludzkie.

Im dłużej patrzę, tym bardziej mózg wypełnia puste przestrzenie i dopisuje sobie brakujące elementy. Widzę ruch, dynamikę… Niemalże pośpiech, gdy trzy postacie zdążają od wciąż otwartych drzwi domu w kierunku tego, co mogłoby być pojazdem.

Trzy postacie.

Dwie większe. Pomiędzy nimi jedna mniejsza.

Odwracam wzrok, ale widok i tak pozostaje wypalony pod powiekami.

Mutra, kilka kroków, rozejrzeć się, podnieść, rzucić dalej.

Jesteśmy już spory kawałek od domu. Kilometr? Półtora? Chyba nie więcej, ale ja czuję się, jakbyśmy szli cały dzień. Jakże zupełnie inaczej odczuwa się odległość, kiedy każdy krok może być ostatnim!

A jednak idziemy.

Zaczynam chyba powoli widzieć, zauważać, wyczuwać pewną metodę w tym szaleństwie, dostrzegać określony wzorzec nienawiści, jak Zona potraktowała świeżo podbite terytoria, gdzie rozrzuciła anomalie… To jak ten moment, kiedy patrzy się odpowiednio długo na obraz i widzi pociągnięcia pędzla tworzącego go artysty.

Nie jest źle. Zaczynam nawet wierzyć, że może nam się udać, że jakoś damy radę.

Tyle tylko, że mam takie dziwne wrażenie, jakby od czasu do czasu ktoś się na mnie gapił. Może to kwestia odwyknięcia od Zony? Nie wiem, może mam już zwidy czy jak to nazwać.

Nagle podnoszę głowę, nastawiam uszu: zdawało mi się czy słyszałem głosy?

Nie, nie przesłyszałem się. Gdzieś tam są ludzie, słyszę co najmniej dwie osoby, rozmawiające podniesionymi głosami. Wcina się w to jakiś trzeci, zdecydowanie bardziej zdenerwowany, agresywny.

Wymieniamy z Nastią spojrzenia. Ona też to słyszy, pokazuje kierunek: tam!

Faktycznie, to dolatuje gdzieś od strony nowszej części osiedla, dobudowanej już do starszych domków, za którymi ciągnęła się nasza uliczka. Znów dwa głosy, wyraźnie przekrzykujące się, a potem…

A potem pada strzał. Pojedynczy, suchy wystrzał odbija się echem od ścian domków.

Zaraz za nim w niebo uderza dziki, na poły obłąkańczy śmiech, najbardziej przypominający poszczekiwanie hieny.

Chwilę później ponad dachy wybija się czyjś wysoki, niemniej agresywny wrzask, w którym pobrzmiewa czysto atawistyczna radość, jaką daje człowiekowi świadomość tego, że właśnie bezkarnie przyczynił się do krzywdy innej istoty żywej.

Brzęk tłuczonego szkła, trzask pękającego drewna.

Potem, może dwa oddechy po tym, wyraźny odgłos wybijanego okna i czegoś, co roztrzaskuje się o kostkę brukową przed domem.

Kolejny wybuch śmiechu, przenikliwy gwizd, okrzyk: „No już, jazda z kurwami!”.

Nie muszę patrzeć na Nastię, żeby zobaczyć, jaką ma teraz minę.

Wraz z anomaliami i pogodą Zona najwyraźniej przyniosła tutaj jeden z typowych dla niej gatunków inwazyjnych: szabrowników.

Trudno w to uwierzyć, że zawsze, nieodmiennie, niezależnie od wszystkiego znajdą się osobnicy, dla których szansa szybkiego wzbogacenia się będzie pierwszym i najważniejszym celem. Nieważne, czy mamy protesty rolników w Paryżu, demonstracje po śmierci czarnoskórego w USA, czy zamach bombowy na Bliskim Wschodzie – zawsze prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto skorzysta z okazji i zacznie plądrować sklepy.

Czy dziwi mnie to tutaj, w Ukrainie? Nie. W najmniejszym stopniu.

Przecież w każdym serialu o apokalipsie zombi jest ten moment, kiedy pojawiają się uzbrojone bandy, które terroryzują okoliczną ludność, rabują, gwałcą i bezkarnie mordują.

Tyle tylko, że te apokalipsy z jakiegoś powodu przeważnie odbywają się w krajach raczej bardziej niż mniej cywilizowanych, więc lokalny watażka i jego bezlitośni siepacze rzadko kiedy mają swój grupowy debiut przed trzecim, może czwartym sezonem.

Tymczasem tutaj, na terenie byłego bloku sowieckiego? Od lat mam wrażenie, że we wszystkich byłych republikach związkowych ci właśnie ludzie, ci potencjalni szabrownicy, socjopatyczni gwałciciele i uzbrojeni mordercy są w stanie ciągłego pogotowia. Oni dosłownie są nieustannie w blokach startowych. Siedzą w domu z bronią na kolanach i tylko czekają, aż zgaśnie światło i padnie łączność.

Nagle pomysł zabrania ze ściany włóczni na dziki nie wydaje się aż tak idiotyczny jak jeszcze jakiś czas temu.

– Kurrr… – mielę w ustach przekleństwo.

Przecież nie będę wydawał otwartej bitwy komuś, kto ma broń palną. Rozglądam się w lewo, w prawo – Nastia pokazuje na podwórko przed nami: tam!

Głupi pomysł, ale w sumie lepszy taki niż żaden.