Stalowe Szczury 3. Königsberg - Michał Gołkowski - ebook + audiobook
Opis

Königsberg – miasto tajemnic, intryg i romansów.

Lato 1917 roku –Teodor Grossmann, odznaczony Krzyżem Żelaznym bohater walk na froncie zachodnim, przybywa na zasłużony urlop do spokojnego Königsberga... Tak przynajmniej wygląda to w oficjalnych dokumentach, bo mężczyzna naprawdę nazywa się Fiodor Grigoriewicz Wielikow i jest doskonale zakonspirowanym rosyjskim szpiegiem.

Jego zadaniem jest odnalezienie Wunderwaffe, zagadkowej i rewolucyjnej broni, wspomnianej w ostatnim meldunku od zamordowanego agenta. Przed nim leży Königsberg – nieznane i uwodzicielskie miasto, oplecione siecią intryg, okutane mgłą niedopowiedzeń i zawieszone w kruchej równowadze wzajemnych układów.

Podwójny zegarek znaleziony w mieszkaniu denata nieubłaganie cyka, odmierzając uciekający czas.

Pociąg już zbliża się do stacji. Witamy w Königsbergu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 630

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 45 min

Lektor: Filip Kosior

Popularność


W cykluStalowe Szczury

„Błoto” „Chwała” „Königsberg”

Madame ich lieb’ Sie seit vielen Wochen wir haben manchmal auch davon gesprochen was nützt das alles mein Pech dabei ist das ach! ihr Herzchen leider nicht mehr frei ist

Kocham Cię czule, o piękna Pani Już ponad miesiąc mówię o uczuciu dla Niej Lecz me wyznania pech prześladuje Ach! serce Twoje inny wciąż zajmuje

Prolog

Lato 1915 roku, front Bzura–Rawka

Huk odległego wystrzału przetoczył się echem po całej okolicy, odbił od ściany lasu i wrócił głuchym pomrukiem, niczym grzmot nadciągającej burzy. Idący płytką transzeją Fiodor aż podskoczył, wpatrzył się z napięciem w zdradziecko czyste, błękitne niebo.

– Uwaga, nadlatuje! – krzyknął ile sił w płucach, jednocześnie zrywając się do biegu.

Czarna kropeczka, która dosłownie przed chwilą podniosła się ponad linię widnokręgu, teraz rosła w oczach. Ludzie w najbliższej okolicy zaczęli w pośpiechu opuszczać stanowiska: żołnierze wyskakiwali z płytkich ziemianek, gramolili się z okopów i odrzucając broń, biegli jak najdalej. Panika udzieliła się kilku dalszym posterunkom; Fiodor widział, jak ucieka załoga stojącej w pozornie bezpiecznej odległości haubicy. Nogi za pas wzięli też łącznościowcy z polowego bunkra.

Nie teraz, nie dziś! Dlaczego akurat to?! – pomyślał, pędząc przed siebie zygzakującym rowem na drugiej linii umocnień. Zaryzykował jeszcze jedno spojrzenie w górę – i aż sapnął z niedowierzania.

Latający kufer pędził wprost na niego.

Ryjąc obcasami wyschniętą na piach ziemię, Fiodor zahamował, zawrócił niemal w miejscu i popędził w drugą stronę. Widział kątem oka, jak stalowy, trzystupięciomilimetrowy walec zbliża się ku ich pozycjom, lecąc niespiesznie, niemalże leniwie przez gorące, lipcowe powietrze, więc postarał się jeszcze przyspieszyć kroku... Ale i tak wiedział, że nie zdąży.

Ziemia jęknęła, gdy dwustuosiemdziesięciokilogramowy pocisk zarył w glebie, podnosząc w górę czarno-bure tsunami darni, piachu i kamieni. Fiodor zdążył tylko zaczerpnąć powietrza, zacisnąć oczy i osłonić głowę rękami, gdy pędząca fala gruntu ścięła go z nóg i nakryła ciężkim całunem.

Zapadła absolutna cisza.

Ludzie w schronach siedzieli bez ruchu tak, jak wskoczyli w ukrycia – skuleni, zwinięci w sobie, z rękoma na głowach, nasuwając wojłokowe czapki jak najgłębiej na oczy i wtulając się w szorstkie bierwiona ziemianek. Pył i kurz powoli osiadał, dryfując w niosącym ze sobą letnią spiekotę zefirku.

– Bwahaaa! – Fiodor wyskoczył spod warstwy ziemi, poderwał się na nogi, zaczął desperackimi, psychotycznymi ruchami otrzepywać włosy i twarz, zrzucać brud z munduru. Potoczył dokoła błędnym wzrokiem, zaszlochał kilka razy spazmatycznie, w końcu krzyknął: – Niewybuch! Niewybuch, do cholery jasnej! Aaaaaa...!

Z okopów zaczynali nieśmiało wyglądać żołnierze, żegnając się trwożliwie od prawej do lewej i całując wysupłane spod lnianych koszul prawosławne krzyżyki.

– Niewybuch! Pustyszka, pustyszka, bratcy! – poniósł się po liniach radosny okrzyk. – Slawa tiebie, Gospodi!

Fiodor złapał za saperkę, szarpnięciem odpiął sprzączkę i popędził w kierunku zwałów burej ziemi – tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się wysunięte stanowisko cekaemu, a teraz było tylko rumowisko porozrzucanych belek i potrzaskanych dranic. Doskoczył do miękkiego, sypkiego gruntu, zaczął jak oszalały robić łopatką, potem rękami, rozrzucając dokoła siebie piach.

– Tu ludzi zasypało! Na pomoc! – Wyprostował się i zaraz znów pochylił, gdy natrafił na słabo poruszającą się nogę w mundurze.

Złapał za nią obiema rękami i zaczął ciągnąć, szarpać i znów kopać, kawałek po kawałku odsłaniając drugą nogę. Wokół niego nagle pojawiło się kilkanaście par rąk, zaczęły zgrzytać saperki, rozległy się głosy i nawoływania, ktoś przyniósł linę, zjawili się sanitariusze. Spod zawału, jednego po drugim, wyciągnięto zasypanych kaemistów, kaszlących, plujących ziemią, jęczących z bólu połamanych żeber – ale przynajmniej żywych!

Fiodor otarł pot z czoła, odsunął się, pozwalając innym przejąć pracę. Zataczając się i kulejąc, przeszedł ku miejscu, gdzie spadł pocisk, popatrzył na dno wystającego z ziemi walca i wyoraną w ziemi bruzdę wielkości niedużego okopu.

– Dawajcie tutaj desek, oblicujemy na szybko i kolejna transzeja będzie! – zawołał do pracujących ludzi, wskakując na gigantyczny pocisk. – Niech sobie Niemiec nie myśli, że jego przerośnięte zabawki mogą nas wystraszyć... Wiwat batiuszka Car!

– Wiwat Car! Niech mu Bóg błogosławi! – podniosły się okrzyki, ludzie zaczęli zrywać papachy i podrzucać ku górze. Niedawne przerażenie szybko zamieniało się w okopach wojny w euforię... jeśli tylko umiejętnie nim pokierować.

Fiodor odszukał w zwałach ziemi swoją czapkę, otrzepał. Wyciągnął manierkę, odszpuntował lekko trzęsącą się ręką: było blisko, niebezpiecznie i głupio blisko... I to jeszcze właśnie teraz!

– Jessauł Fiodor Grigoriewicz Wielikow? – zasalutował przed nim młodziutki posłaniec, jeszcze zupełnie dziecko.

– Ja... – sapnął Fiodor, płucząc usta podłą frontową gorzałką. Dopiero co zdążył usiąść, miał nadzieję, że chłopaczyna biegnie do kogoś innego. Że on będzie miał jeszcze chwilę spokoju pomiędzy niedoszłą, skrajnie idiotyczną śmiercią a rzuceniem się głową naprzód w wir nieznanego.

No cóż – nie tym razem, nie dziś.

– Wasze wysokobłagarodie, jesteście wzywani do sztabu generalnego! Polecono mi...

– Wiem, wiem. Już idę przecież. – Odcharknął, splunął na ziemię. Naciągnął na czoło brudną czapkę i ruszył w kierunku nadrzecznej skarpy, na której zielenił się otaczający podmiejski dworek ogród.

Szedł przez rozkrzewioną, zdziczałą zieleń, chciwie wdychając zapach kwiatów. Tam, na dole, był tylko piach, kurz i sucha trawa; tutaj Fiodorowi zdawało się, że znalazł się w zupełnie innym świecie, że Wojna została gdzieś daleko... A mimo to poprzez koronę wiekowej jabłoni widać było wciąż dymiący dach na klasztorze dominikanów i wypalone okna ratusza, kilka rosnących na skraju skarpy potężnych wiązów nosiło ślady niedawnego ostrzału z minomiotów, pomiędzy wijącymi się korzeniami powstawało kilka na chybcika wykopanych stanowisk strzeleckich.

Obrócił się i przysłonił oczy od słońca, patrząc na pozycje rozlokowanych po drugiej stronie rzeki Niemców. Bateria haubic dała akurat ognia, wykwitając białymi, niepozornymi chmurkami daleko za linią okopów nieprzyjaciela. Po chwili do jego uszu doleciała seria cichych, niepozornych i odległych puknięć, a kilka sekund później grad pocisków zapalających spadł na zabudowania drewnianego miasteczka.

Dym i płomienie pojawiły się niemal od razu, szybko rosnąc i przybierając na sile; artylerzyści musieli trafić prosto w stojące nieopodal głównego placu domki żydowskiej biedoty. Postawione z byle czego na sypkim, marnym gruncie rozległej „kurzawki”, drewniane chatynki jakimś cudem zdołały przetrwać cały ten czas, aż w końcu i na nie przyszedł koniec.

W odpowiedzi z ich brzegu odezwały się trzycalówki ustawione na wysokiej skarpie przy klasztorze, ale nawet nie chciało mu się patrzeć, czy uda im się cokolwiek zdziałać: pociski nieodmiennie nie donosiły, ledwo przelatując za drugą linię okopów wroga.

Przedzierając się głębiej przez ogród, carski oficer niespodziewanie wyszedł na dwóch kozaków, wysypujących w radośnie trzaskające ognisko całe skrzynie dokumentów z kancelarii. Papiery na chwilę przytłoczyły i zdusiły ogień, więc jeden z brodatych Ukraińców jak gdyby od niechcenia cisnął na górę przyniesioną z domu lampę naftową. Płomienie buchnęły z nową siłą i strzeliły ku górze, błyskawicznie spowijając stos.

Nie zwrócili nawet na Fiodora uwagi, przypalając papierosy-samoskrętki wyciągniętymi z ognia, ręcznie kaligrafowanymi kartami.

Zostawił po lewej stronie budowaną przez tyle długich tygodni banię, z której nikt nie miał już nigdy skorzystać. Westchnął do własnych myśli, wspominając tamten zimowy wieczór, gdy skrzyknęli co ładniejsze dziewczęta z okolicy, a potem pobiegli wszyscy nago przez zasypany śniegiem ogród, żeby wykąpać się w przeręblu... Szkoda, szkoda tego wszystkiego. Szkoda też tonącego w objęciach bluszczu dworku o pobielonych ścianach, szkoda mieszkających w nim kiedyś ludzi, którzy po przejściu frontu pewnie nie będą mieli nawet do czego wrócić.

Stanęli sztabem właśnie tutaj, bo był to najładniejszy dom w okolicy; do niejakiego chorążego Michaiła Jakowlewicza Kozłowskiego wysłano nawet list z osobistymi podziękowaniami za okazaną przez jego rodzinę gościnność.

A teraz wszystko to miał trafić szlag.

Fiodor wszedł na ocieniany przez potężną lipę drewniany ganek, schował się w pachnącą chłodem i lekko wilgotnym drewnem sień. Zastukał w drzwi po prawej, nie czekając na pozwolenie, nacisnął klamkę i wkroczył na pokoje.

Naczelny wódz sił zbrojnych i głównodowodzący frontem zachodnim, wielki kniaź Nikołaj Nikołajewicz Romanow stał pochylony nad rozłożoną na stole mapą, wpatrując się z natężeniem w wyrysowane na niej linie, jak gdyby samą siłą woli chciał zmienić ich bieg.

– Wasze Impieratorskoje Wysocziestwo! – Fiodor zasalutował i stuknął obcasami. – Jessauł Wielikow melduje się na rozkaz!

– Podejdźcie, podejdźcie, Fiodorze – mruknął wielki kniaź, nie podnosząc nawet wzroku.

– Czyli wycofujemy się? – Żołnierz stanął o krok za dowódcą, zaglądając mu przez ramię.

– Ano, wycofujemy... Przecież nie damy rady tu zostać.

– Jeżeli Wasze Wysocziestwo wyda rozkaz, to ludzie...

– Nie „ludzie”, Fiodorze – przerwał mu Nikołaj Nikołajewicz. – Ty na pewno, to wiem. Ale samym tobą nie wygramy tej wojny. Jeszcze nie dziś, w każdym razie.

Na chwilę zapadła cisza, w której słychać było tylko dudnienie niemieckich dział – coraz bliższe, coraz wyraźniejsze, z godziny na godzinę coraz bardziej natarczywe.

– Pamiętasz szczegóły swej misji, Fiodorze?

– Tak jest, Wasze Wysocziestwo!

– Dobrze. Tam jest już przygotowany dla ciebie mundur. Bądź tak dobry, przebierz się i wróć.

Wielikow wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie na drewnianym stojaku wisiały brudne, porwane spodnie i upstrzona burymi plamami koszula wraz z kompletem bielizny. Nie odczuwając ani obrzydzenia, ani niechęci, zdjął swój mundur, złożył go pieczołowicie w kostkę na stole, potem naciągnął cudze kalesony i koszulę. Jak obca skóra, pomyślał.

Wciągnął szare spodnie, przewiązał onuce, wzuł zupełnie inaczej układające się na nogach buty, na koniec nałożył na to również szarą, postrzępioną bluzę mundurową bez paska.

Wsunął na palec nieco przyduży sygnet z nieznanym herbem, przejrzał się w lustrze. Tylko ręce i twarz należały do niego. Reszta... reszta była obca.

Na razie.

– Wasze Wysocziestwo! – Wróciwszy do sali, zasalutował, strzelił obcasami. Nawet podkute buty wydawały inny dźwięk.

Wielki kniaź zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, porównał z trzymanym w ręku zdjęciem. Pozwolił sobie na lekko drwiący uśmieszek.

– Niemal jak w tym urodzony. W kieszeni znajdziesz nieśmiertelnik, nie zapomnij go założyć, żeby byli w stanie cię zidentyfikować.

– Zidentyfikować, Wasze Wysocziestwo? – Przełożył przez głowę rzemień, schował blaszkę pod koszulą. – Chyba dam sobie radę z moim niemieckim...

– Jak wiele jesteście w stanie zrobić i znieść dla Cara, Boga i Ojczyzny, Fiodorze Grigoriewiczu? – spoważniał nagle kniaź.

– Wszystko, Wasze Wysocziestwo! – Fiodor uśmiechnął się szelmowsko.

– To dobrze. – Wielki kniaź Nikołaj Nikołajewicz pokiwał głową, po czym wyciągnął z kabury rewolwer i strzelił mu w pierś.

Dosłownie kilka godzin później

– Naprzód, naprzód! Schnell!

Gefreiter Gerhard Keller wyskoczył zza zwalonego przez ogień artylerii drzewa i puścił się biegiem przez pas pustego terenu, oddzielający go od zbocza skarpy. Wokół huczała kanonada dział, świstały kule, na górze rwały się pociski moździerzy... Potknął się i upadł, gdy na prawo od niego fragment rzeczywistości eksplodował ogniem i dymem, zasypując go szarym, wciskającym się w nos i oczy deszczem ziemi.

– Osłaniajcie mnie! – krzyknął w płonnej nadziei, że ktokolwiek go usłyszy i wykona rozkaz, po czym poderwał się na nogi i pobiegł dalej.

Dopadł do wzniesienia, rzucił przodem karabin. Zaczął wdrapywać się na górę, chwytając rękami dosłownie wszystkiego, o co tylko dał radę zaczepić. Starał się nie myśleć, nie zastanawiać się, że ktoś może tam...

Nagle palące słońce zasłonił cień, ponad nim wyrosła sylwetka – niemal jednocześnie sucho trzasnął strzał i martwy Rosjanin osunął się po zboczu, wypuszczając z rąk karabin. Keller tylko podniósł rękę, dziękując któremuś z towarzyszy broni za uratowanie mu po raz kolejny życia. Uniósł z ziemi swego mauzera i od razu złożył się do strzału, wystawiając głowę ponad szczyt skarpy.

Ruch, sylwetka – strzał! Przykucnąć, przeładować broń, odskok dwa kroki w bok, podnieść się na nogach, policzek przyklejony do drewnianej kolby – strzał! W odpowiedzi zagdakał usadowiony w płytkim okopie karabin maszynowy, kosząc gałęzie i płatami zdzierając korę z drzewa za plecami Kellera. Gefreiter wtulił głowę w ramiona, czując, jak szczapy sypią mu się za kołnierz. Westchnął ciężko, odkręcił zawleczkę z ostatniego granatu, jaki zdołał donieść tak daleko.

– Oby było warto! – krzyknął, rzucając z szerokiego zamachu. Wirujący w powietrzu „tłuczek” poleciał ku stanowisku, a karabin od razu zamilkł – zauważyli! Zauważyli, więc miał szansę...

Absolutnie nie liczył na to, że na ślepo uda mu się wrzucić granat w wykop; wiedział jednak, że odruchy ludzkie są silniejsze od zdrowego rozsądku, każdy skuli się i schowa, widząc lecącą bombę.

Przeklinając się w myślach za to, że wcześniej nie doładował broni, wyskoczył zza skarpy i pobiegł prosto na celujący dokładnie w niego karabin.

Gdy granat detonował głuchym, szarym obłokiem trinitrotoluenu, Keller był już niemal przy stanowisku kaemu. W uszach zadzwoniło mu tysiąc dzwonów, pisk wypełnił całą głowę, a świat popłynął jak rozmazująca się na papierze farba wodna... Ale on już wymierzył broń i wystrzelił w pierwszego Rosjanina, kulącego się w wykopie.

Przeciwnik rozrzucił szeroko ręce i upadł na ziemię jak szmaciana lalka. Keller z rozpędu wleciał do okopu, uderzył ciałem o wyłożoną bierwionami ściankę tak, że aż pociemniało mu w oczach, zamachnął się i niezgrabnie przyłożył kolbą karabinu drugiemu z obsługi. Żołnierz krzyknął i odwrócił się, więc Gefreiter przerzucił broń i naparł na łoże całą swą masą, wbijając tamtemu bagnet w brzuch. Nieszczęśnik zagulgotał, dławiąc się własną krwią, ale w tej samej chwili na szturmującego Niemca wpadł trzeci z kaemistów.

Rycząc jak ranny tur, wielki, brodaty Rosjanin przewrócił go na ziemię. Zanim Keller miał szansę zrobić cokolwiek, tamten kopnął go ciężkim butem tak, że Gerhard aż usłyszał, jak trzeszczą mu żebra. W głowie zawirowało mu z bólu, jak przez mgłę zobaczył, że przeciwnik wyszarpuje zza pasa saperską łopatkę i wznosi ją nad głową.

Teraz pójdzie szybko, smutna myśl przemknęła Kellerowi przez głowę, a potem Rosjanin przewrócił się na twarz. Za nim, na skraju ziemianki, stał z dymiącym karabinem w rękach Karl z kompanii Gerharda.

– Niech mnie kule biją, Herr Gefreiter! – wykrzyknął, repetując broń. – Już myślałem, że...

Nie wiadomo jednak, co myślał starszy szeregowy Karl Richter, bo dokładnie wtedy ukrywający się za drzewami w głębi ogrodu rosyjski junkier przestrzelił mu z mosina szyję, kładąc trupem na miejscu.

Keller podniósł się na nogi, złapał za karabin i wyszarpnął bagnet z ciała siedzącego pod oszalowaną ścianką kaemisty, który wrzasnął przeraźliwie z bólu i chyba tym razem umarł na dobre. Gerhard wyciągnął z ładownicy łódeczkę, trzęsącymi się rękami wsunął w magazynek mauzera. Dobrze wyliczył, w komorze był już ostatni nabój!

Wychylił się z okopu z bronią przy oku, wycelował i płynnym ruchem ściągnął spust. Bluznął ogień, chowający się za krzakami chłopaczek w rosyjskim mundurze posłańca krzyknął wysokim głosem i upadł na ziemię.

Gefrejter przeładował, przycelował jeszcze raz, widząc ruch pomiędzy czereśniami, dał ognia. Kątem oka dostrzegł, że reszta jego oddziału już podciąga do pozycji, więc nie było sensu się wysuwać... jeszcze nie, niech podejdą bliżej po lewej... jeszcze nie... i...

– Für Kaiser, Gott und Vaterland! – zawołał, wyskakując z okopu.

– Preußen über alles!! – ryknęli nierównym chórem jego ludzie, zrywając się także do biegu i dając ognia ze wszystkiego, co tylko mieli pod ręką. Kilka ogników wystrzałów mignęło pomiędzy drzewami, ale Rosjanie podawali już tyły, cofając się w rozsypce i porzucając broń.

Keller biegł przez ogród, czując, jak smagają go po twarzy i łapią za mundur gałęzie; pomiędzy krzewami widać już było jaśniejące bielą ściany niedużego szlacheckiego dworku. Wtedy wyhamował, cofnął się ku dogasającym popiołom dostrzeżonego ogniska. Podniósł kawałek niedopalonej kartki, oczy mu błysnęły.

– Sztab! – krzyknął ile sił w płucach. – Tu był sztab! Nie niszczyć niczego w środku, brać jeńców...!

Po raz kolejny tego dnia sklął siebie w myślach: sam dopiero co zastrzelił tego dzieciaka, a przecież tamten na pewno mógłby coś powiedzieć! Szansa na to, że ktokolwiek z wrogów przeżyje ich dzisiejszy szturm, była, oględnie mówiąc, żadna: upojeni długo wyczekiwanym przełamaniem frontu ludzie strzelali, żeby zabić... Ale nie darowałby sobie, gdyby nie dopełnił formalności i nie wydał rozkazu.

Od strony domu huknęły wystrzały, więc czym prędzej ruszył w tamtą stronę, żeby w razie czego powstrzymywać rozpalonych ogniem walki żołnierzy. W samą porę: Wilbert podbiegał do każdego okna po kolei i strzelał na oślep do środka, Ruckhof i Andzejsky katowali kolbami karabinów jakiegoś Rosjanina, który zakrywał tylko głowę rękoma, leżąc na ziemi.

– Co ja powiedziałem! – Doskoczył do swych żołnierzy, szarpnięciem odciągnął Andzejskiego na bok, walnął Ruckhofa na odlew w pysk tak, że tamtemu zadzwoniły zęby. – Brać żywcem! Jeńcy potrzebni!

– Herr Gefreiter, nie słyszeliśmy żadnego... – Ruckhof chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Keller znów strzelił go z otwartej dłoni w twarz, aż tamten zatoczył się do tyłu.

– Nie niszczyć niczego! Żywcem brać! – huknął.

Wilbert wyczuł, co się święci, bo z miejsca ruszył na spotkanie nadciągającym od strony ogrodu żołnierzom, machając rękami: nie niszczyć, zachować! Zerkał przy tym kątem oka, czy aby Gefreiter widzi, jak gorliwie wykonuje jego rozkaz.

– Oportunistyczne świnie – mruknął Keller, uśmiechając się sam do siebie.

Z natury nie był skłonny do przemocy, ale wojna nauczyła go bardzo szybko, że same słowa nie dość głęboko zapadają ludziom w pamięć. Odczepił od karabinu wielki, niewygodny bagnet i ściskając go w ręku niczym tasak, podszedł do wejścia do dworku. Popchnął drzwi, które skrzypnęły niegłośno. Nikt do niego nie strzelił, w środku było cicho i pusto, więc zagłębił się w ciemną przestrzeń sieni.

Wewnątrz budynku panował chaos – widać było, że Rosjanie zbierali się w pośpiechu, wymuszonym tempem niemieckiego natarcia i przejścia przez rzekę.

Wszędzie poniewierały się papiery i przybory piśmiennicze, w otwartej kuchni wiatr przesuwał i rwał duże, pozwijane płaty sadzy, które pozostały po palonych na szybko mapach sztabowych. Na stole stało niedopite wino w kryształowej karafce i kilka posrebrzonych kubków. Nadgryziony kawałek chleba ze smalcem leżał tak, jak go ktoś zostawił, na rogu zdobionego kredensu.

Przeszedł dalej, ostrożnie zajrzał do pokoju obok, potem wrócił do salonu. Za oknami migały mu już sylwetki ludzi, obiegających dworek dookoła i pędzących w pościgu za uciekającymi Rosjanami; nieco dalej, przy ulicy, stał spokojnie zaprzężony do dwukołowej bryczki piękny kłusak, jak gdyby nigdy nic podszczypujący listki wystających ponad kamiennym płotkiem kwiatów.

Keller uśmiechnął się, widząc stojące pod ścianą pianino St. Goetze z odległego Petersburga. Nie mogąc się powstrzymać, stuknął w klawisz, potem drugi i trzeci; piękny instrument, aż dziw, że wytrzymał tak długo...

Obrócił się gwałtownie, słysząc – oddech? A może jęk? Ostatnie dźwięki pianina przebrzmiały i ucichły, a Keller uważnie wsłuchał się w ciszę. Stukając butami o modrzewiową podłogę, wyszedł przez podwójne drzwi do otwierającej się na ogródek przed domem świetlicy. Chyba mu się wydawało, ale...

Ostrożnie uchylił drzwi do ostatniego pokoju, zajrzał... Potem otworzył je szerzej, wpadł do środka, doskoczył do leżącej na deskach postaci w zalanym krwią mundurze.

– Sanitariusz! – wrzasnął ile sił w płucach. – Sanitariusza! Mamy tu rannego oficera!

– Ich bin...да я свой, не надо... wissen Sie... Ich brauch’ Hilfe... – mamrotał nieskładnie blady jak sama śmierć niemiecki oficer. Ręce miał skrępowane za plecami, widać było po śladzie krwi, że musiał się tu doczołgać albo przywleczono go do ciemnego pokoiku siłą.

Keller ostrożnie sięgnął nożem i przeciął więzy, na co tamten zareagował bolesnym jękiem. Przy każdym słowie i oddechu w płucach świszczało mu i rzęziło, stracił mnóstwo krwi, ale skoro przeżył tak długo, być może miał jeszcze szanse.

– Proszę nic nie mówić, już w porządku. – Gefrejter pokiwał głową, słysząc kroki nadbiegających sanitariuszy. – Jest pan wśród swoich.

Oczy rannego błysnęły, jego twarz ściągnęła się nieoczekiwanym grymasem, ale potem rozluźnił się, uśmiechnął słabo.

– Jest pan wśród swoich – powtórzył Keller.

Rozdział I

Rok 1917, Prusy Wschodnie

Zgrzytając i piszcząc hamulcami, sycząc i plując kłębami pary, pociąg wtoczył się na dworzec główny Königsberga. Po raz ostatni przeraźliwie jęknęły stalowe koła, skład szarpnął i zamarł w bezruchu. Tragarze podskoczyli ku wagonom, zaczęli otwierać drzwi i pomagać wysiadającym z przedziałów pasażerom pierwszej klasy.

Fahnenjunker Gerhard Keller przeciągnął się na peronie, złapał jeszcze ostatniego macha i wydmuchnął dym, który od razu uniósł delikatny zefirek. Ziewnął rozdzierająco. Rozleniwił się tak, siedząc na ławeczce w promieniach ciepłego, jarzącego się kojącą żółcią słońca i czekając na spóźniony jak zwykle ekspres z Berlina.

Wstał, zdusił cygaretkę w popielniczce i poprawił mundur, rozglądając się jednocześnie po tłumku wysypujących się z pociągu podróżnych. Kobiety w szerokich kapeluszach i bardziej praktycznych podróżnych czapeczkach, dżentelmeni o wypomadowanych wąsach, modnisie w surdutach, w spodniach o wąskich, przykrótkich nogawkach... Żołnierze w pikielhaubach, kilku żandarmów.

– Teodor! – zawołał, podnosząc rękę. – Hej, hej! Tutaj!

Stojący na peronie oficer drgnął, obejrzał się – a potem zauważył go, rozciągnął twarz w szczerym uśmiechu radości. Gestem podziękował już zabierającemu się do jego bagażu tragarzowi, złapał walizę i szybkim, sprężystym krokiem ruszył ku Kellerowi.

– Teodor... Herr Leutnant! – Keller zasalutował i strzelił obcasami tak, że aż obejrzało się na niego kilka dam.

– Herr Fahnenjunker... Gerhardzie. – Podporucznik Teodor Grossmann rozłożył szeroko ręce, objął dawno niewidzianego przyjaciela w kordialnym uścisku. – Uff...! Uważaj, żebra jeszcze bolą, a tobie siły nie brakuje.

Keller odsunął się o krok, otaksował Grossmanna uważnie i niedowierzająco pokręcił głową.

– Mój dobry Boże! Ponad rok, odkąd się widzieliśmy, a ty nic a nic się nie zmieniłeś!

– Wszyscy się zestarzeliśmy, Gerhardzie. Przybywa nam lat, blizn i przebytych mil.

– Front? – skrzywił się Keller. – Widzę, że i ty nareszcie dorobiłeś się swego Krzyża...

– Arras. – Grossmann kiwnął, jak gdyby ta odpowiedź wszystko wyjaśniała. – Wybacz, nie chcę o tym mówić.

– Rozumiem. Chodź, weźmiemy taksówkę i pokażę ci miasto!

– Zacznijmy może od koszar, jeśli pozwolisz. Jestem trochę zmęczony po podróży, nie spałem zbyt dobrze w pociągu.

– Naturalnie.

Wsiedli do wąskiego, niskiego automobilu, Keller podał kierowcy adres i ruszyli. Samochód podskakiwał i turkotał na kocich łbach, hamując i wymijając przebiegających przez ulice pieszych i kluczących bez jakiegokolwiek poszanowania zasad rowerzystów. Grossmann wychylił się przez okno, spojrzał w górę, na mijaną właśnie ścianę Zamku Królewskiego, zieleniącą się pysznym bluszczem.

– Pięknie tutaj u was. Chyba wreszcie raz w życiu wysłali mnie w jakieś rozsądne miejsce, co?

– Lepszego przydziału byś nie dostał, zapewniam cię!

Grossmann popatrzył na niego uważnie, cmoknął z dezaprobatą i pokręcił głową.

– Gerhard... Nie miałeś chyba z tym nic wspólnego, prawda?

– Absolutnie, nic a nic! – szelmowsko uśmiechnął się Keller. – Ale przyznasz sam, że chciałeś tu trafić?

– No wiesz, po tym, co napisałeś mi o tutejszych kobietach...

– Ty stary draniu! – roześmiał się Fahnenjunker, objął przyjaciela ramieniem, potrząsnął. – Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że tu jesteś.

– Ja też, Gerhardzie. Ja też.

Zajechali pod Defensionskaserne Kronprinz. Keller sięgnął do kieszeni po pieniądze, żeby rozliczyć się z taksówkarzem, ale Grossmann uprzedził go, podał kierowcy kilka monet.

– Dziękuję, reszty nie trzeba.

– Rozrzutny się zrobiłeś – mruknął Gerhard, gdy wysiedli i ruszyli ku budce wartownika. – Aż tak bardzo odkułeś się na awansach?

Teodor wzruszył ramionami.

– Jestem na urlopie, nie mam pojęcia, kiedy znów mnie wezwą na front. Kiedy mam te marne grosze wydać, jeśli nie teraz?

– Oj, nie zabraknie ci okazji, zobaczysz! – Keller parsknął śmiechem, wyciągnął przepustkę i podał wachmanowi; ten pobieżnie zerknął na dokumenty, zasalutował i ponownie wbił wzrok w pustkę.

Przeszli przez wewnętrzny dziedziniec koszar, potem ich kroki zadudniły po parkiecie korytarza budynku kancelaryjnego. Gerhard zastukał do drzwi sekretariatu, nacisnął klamkę.

– Ach, pan Fahnenjunker Keller. – Kancelista podniósł głowę. – Jak mogę panu pomóc w ten piękny dzień?

– Kapralu, jest tu ze mną podporucznik Grossmann, który dostał do nas przydział tyłowy na czas urlopu. Przydałoby się wydzielić jakąś kwaterę...

– Königsberg wita miłych gości, panie podporuczniku. Coś się znajdzie, oczywiście; mogę prosić o dokumenty?

Grossmann wręczył papiery urzędnikowi. Czekając, aż ten przestudiuje wszystkie wpisy i pieczęcie, oparł się o drewniany parapet i wyjrzał za okno. Kompania żołnierzy w pikielhaubach i pełnym regulaminowym oporządzeniu maszerowała przez plac defiladowy, nieco dalej kolejny oddział ćwiczył składanie się do salw w dwuszeregu: przedni rząd klęczący na jednym kolanie, tylny gotów dać ognia ponad głowami towarzyszy broni. Prychnął, pokręcił głową.

– Niedorzeczność...

– Oj, pan generał von Pappritz nie zgodziłby się z panem podporucznikiem – rzucił znad swych papierów kancelista.

– Słucham?

– Widzi pan, przywiązujemy tutaj w Königsbergu dość dużą wagę do kwestii dyscypliny. Słynny pruski dryl, rozumie pan podporucznik. Maszerowanie w nogę, zwroty wykonywane zwartą formacją i takie tam inne podręcznikowe manewry.

Grossmann popatrzył na skrobiącego coś w księgach kaprala. Otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, ale wychwycił spojrzenie Kellera i uśmiechnął się wyrozumiale: faktycznie, lepiej mieć w kancelarii gadatliwego sprzymierzeńca niż niepotrzebnego wroga. Westchnął tylko, pokręcił głową.

– Chciałbym ich zobaczyć, jak utrzymują ten szyk, kiedy pełznie na nich brytyjski Panzer.

– Musi pan wiedzieć, że nasz generał nie wierzy w czołgi, Herr Leutnant. Nie wierzy też w żarty i w posiadanie własnego zdania. Przez innych, rzecz jasna. – Kancelista przycisnął dokument suszką kołyskową i podał go Teodorowi. – Proszę, oto pański przydział kwaterunkowy.

– Dziękuję. Oznaczenia znajdę na budynkach?

– Zaprowadzę cię – zaoferował się Keller. – Dziękujemy, kapralu Scheyenbach.

Urzędnik kiwnął głową, puścił porozumiewawczo oko.

– Zawsze do usług, Herr Fahnenjunker!

Przeszli przez podwórzec, kierując się do północnego skrzydła budynku koszarowego. Zaciekawiony Grossmann rozglądał się dokoła, taksując wzrokiem dwupiętrowe budynki z czerwonej cegły i równiusieńko przystrzyżone rabatki na klombach. Przyglądał się też mijanym żołnierzom.

– Masz tu chyba dość dobre, hm... układy, nieprawdaż? – zwrócił się do Kellera, gdy wspinali się na piętro kazarmy numer sześć. – Moja przypadkowa alokacja na wcale nie krótki urlop, a teraz stosunki z tym kapralem, które też trudno uznać za służbowe.

– Arthur Scheyenbach to porządny młody człowiek... a że nasi rodzice znali się przed wojną, cóż poczniesz? Tutaj się urodziłem, to moje miasto. Staram się żyć dobrze ze wszystkimi, nikomu nie wadzić. – Keller rozłożył ręce.

– Pochwały godna postawa życiowa.

Stanęli przed drzwiami kwatery opatrzonej numerem sześć osiem, Keller przekręcił w klucz w zamku. Lokum nie było szczególnie duże – „przytulne” cisnęło się samo na usta – ale czyste i schludne: stół i dwa krzesła, pojedyncze łóżko, nieduża szafa, jakimś cudem zabłąkana kozetka, w rogu umywalnik z emaliowanymi naczyniami. Wystarczy.

– Rozpatrz się w tym wszystkim, zamelduj u dowodzącego garnizonem – poradził Keller. – Odpocznij trochę przede wszystkim, odetchnij świeżym powietrzem. Wpadnę po ciebie – no, jakoś tak koło szóstej.

– Planujesz coś szczególnego?

Gerhard wyszczerzył się w uśmiechu.

– Wypadałoby uczcić twój przyjazd, więc muszę pokazać ci miasto. Ze wszystkimi jego... atrakcjami. Zobaczysz, że mamy tu tego niemało.

– Dziękuję. – Leutnant Teodor Grossmann uścisnął rękę kolegi, poklepał go po plecach, po czym, gdy tamten odszedł, zamknął drzwi i szczęknął zasuwką.

Jessauł Fiodor Grigoriewicz Wielikow szczęknął zasuwką, odwrócił się tyłem do drzwi i odetchnął głęboko, z ulgą. Podszedł do okna, popatrzył już z innej perspektywy, niemalże innymi oczami na wewnętrzny dziedziniec. Zobaczył jeszcze, jak Keller zbiega po schodkach, a potem rusza swoją drogą. Zakonotował w myślach rozkład budynków, jednocześnie rozpinając niewygodne, cisnące haftki pod szyją. Prawie dwa lata w tym mundurze, a jeszcze się do tego nie przyzwyczaił!

Odpiął Krzyż Żelazny, chciał odrzucić na stół, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i ostrożnie, nawet z pewną czcią, odłożył zaszczytne odznaczenie. W końcu pamiętał, ilu żołnierzy z jego oddziału zginęło w tej akcji, gdy...

Nie! Potrząsnął głową, ścisnął skronie rękoma. Nie jego oddziału! To nie był JEGO oddział, to nie był ON!

Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, przeciągnął dłońmi po mundurze. Tylko ręce i twarz należały do niego. Reszta... reszta była naciągniętą maską, która ostatnio zaczynała przylegać tak szczelnie, że sam zaczynał się w tym gubić.

Zamknął oczy, odetchnął głęboko raz i drugi. Przeżegnał się szeroko, od prawej do lewej, po prawosławnemu.

Miał tu misję do wykonania.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT© BY Michał GołkowskiCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2016

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-210-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE I LOGOTYP SERII Dark Crayon

PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak

ILUSTRACJE Andrzej Łaski

REDAKCJA Michał Cetnarowski

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWOFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabryka