Złote miasto - Michał Gołkowski - ebook
lub
Opis

Trzy wężowe łodzie pełne wojowników z mroźnej, niegościnnej północy suną przez nurty wielkich rzek, aby dotrzeć ku słonecznym, piaszczystym brzegom południa. Złote miasto, powtarzają wszyscy szeptem! To tam, nad wodami mitycznego morza po drugiej stronie świata, wznosi się potężny gród, w którym z pewnością mieszkają bogowie.

Ale ponad dachami Złotego Miasta gromadzą się ciemne chmury. Inne imperium, o wiele młodsze i bardziej głodne chwały, ostrzy sobie zęby, mogące bez trudu skruszyć wiekowe mury.

Zbliża się oblężenie tak wielkie, że o podobnym nawet pieśniarze nie śmieli marzyć. Od wschodu nadciąga burza, a wraz z nią bitwa, która odmienić może losy całego świata.

Przez skowyt wichru w olinowaniu, w trzasku przecinającej niebo błyskawicy i huku przetaczającego się ponad spienionymi falami gromu, słychać tylko jedno imię.

Zahred.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 620

Popularność


ZAHRED Siedmioksiąg Grzechu

Spiżowy GniewBogowie PustyniBramy ze złota Tom 1. Świątynia na bagnach Tom 2. Złote miasto

Wicher niesie nas ku chwale, złotu, srebru, miedzi, biada temu zaś, co spokojnym życiem bredzi!

Α – alfaczyli rozdział pierwszy

Zahred przydepnął szyję trupa, nachylił się i pociągnął za stylisko topora.

Mlasnęło, zachrzęściła kość; żeleźce niechętnie wyzwoliło się z rozrąbanej na pół czaszki, ciągnąc za sobą biało-szkarłatny strzęp.

– Który następny? – zapytał, prostując się i drugą ręką wyciągając z pochwy miecz.

Kilka dziesiątków par oczu patrzyło na niego w osłupieniu.

Ledwie widoczne spod wąsów i bród, poorane zmarszczkami, wysmagane wiatrem twarze krzywiły się w przemieszanym ze złością zdumieniu: ale jak to możliwe?

Ich jarl, pod którym tyle lat pływali na łupieżcze wyprawy, zginął?

Tak po prostu, nawet nie skrzyżowawszy broni z tym przybłędą?

– Który?! – ryknął Zahred, podchodząc bliżej. Wyciągnął przed siebie zakrwawiony topór, do którego przykleiło się kilka pasm włosów, pokazał na jednego z wojowników. – Ty! Ty, chodź tutaj, w tej chwili!

Tamten tylko podniósł wyżej tarczę, wciągnął głowę w ramiona. Na jego obliczu malowała się z trudem powstrzymywana agresja, ale widać było, że nie wystąpi z szeregu, jeśli go do tego nie zmusić.

Zahred przeszedł się wzdłuż szyku, pchnął styliskiem w kolejną tarczę.

– To może ty?! Albo ty?! – Obrócił się do innego wojownika, który niemalże zrobił krok w tył z wrażenia. – Boicie się, że skończycie jak on?!

Odsunął się parę kroków, demonstracyjnie wbił miecz w zmarznięty piach.

– Może teraz? Nie? Jeszcze brak wam odwagi? To może...

Odrzucił topór, rozłożył ręce, pokazując, że nie ma broni. Jeden z brodaczy warknął coś, splunął na ziemię i już zrobił krok ku niemu, ale stojąca zaraz obok kobieta chwyciła go za ramię.

– Ingvar! – Pokręciła głową.

Zahred stał tak jeszcze chwilę, ale żaden poza tym się nie poruszył.

Tylko fale szumiały, rozbijając się o przybrzeżne mielizny. Zimny, porywisty wiatr szarpał nie do końca zwiniętymi żaglami stojących na mieliźnie łodzi.

Mira podeszła do niego i ustawiła się zaraz obok, trzymając dłoń na rękojeści swego mieczyka.

Starała się ani nie robić gwałtownych ruchów – jakkolwiek nie miało to znaczenia, zważywszy na leżącego za nimi na piachu trupa – ani nie pokazać, że się boi.

A bała się bardzo. Oni tylko we dwoje, tamtych była chyba setka... I nie mogła zrozumieć, czemu jeszcze nie atakowali.

– Co teraz? – powiedziała półgębkiem.

– Nie mam pojęcia. – Zahred uśmiechnął się kwaśno. – Albo nas zabiją, choć nie powinni, albo...

– Albo?

Kobieta, która powstrzymała wojownika przed rzuceniem wyzwania Zahredowi, spotkała się wzrokiem ze stojącym dalej w szyku mężczyzną.

Rzuciła do niego kilka słów w gardłowym, szorstkim języku, ten potrząsnął głową i odpowiedział coś.

Ona zapytała, on wzruszył ramionami. Odrzucił tarczę w piach, wyszedł z linii, trzymając topór żeleźcem w dół; kobieta ruszyła zaraz za nim, jakkolwiek wyraźnie niezadowolona.

– Dowódcy łodzi, widzisz? – powiedział Zahred do Miry. – Idą do nas porozmawiać, więc raczej nie zabiją.

– Ale łodzie są trzy, prawda? Więc gdzie jest trzeci?

– Tu. – Pokazał na leżącego na piachu trupa.

Tamci dwoje podeszli jeszcze kilka kroków, stanęli. Mężczyzna demonstracyjnie podrzucił w ręku topór, wsunął za pas. Kobieta nieco niechętnie schowała długi jednosieczny miecz-nóż.

Wojownik pokazał na zabitego, powiedział coś. Potem zrobił ku Zahredowi pytający gest głową.

– Schowaj miecz – powiedział Zahred do Miry.

– Ale...

– Schowaj, powiedziałem.

Wsunęła broń do skórzanej pochwy.

– A ty nie?

– Ja nie. Ja nie muszę, a nawet nie powinienem.

Mężczyzna powtórzył pytanie.

Zahred po prostu ruszył przed siebie, wyminął ich, nawet nie zwalniając, doszedł do szyku tarcz, który otworzył się przed nim.

Wojownicy obrócili się, patrząc: co też zrobi ten dziwny oberwaniec, który jednym ruchem pozbawił życia ich dotychczasowego jarla?

Wszedł w wodę, nogi od razu zakłuły zimnem. Uśmiechnął się do siebie: słona woda, fale, morze! Nie to morze, do którego przywykł, ale powrót na południe zaczynał być w tej chwili nie kwestią „jeśli”, ale „kiedy” i „jak”.

Brnąc po kolana w falach, dotarł do najbliższej łodzi, chwycił za niską burtę i wywindował się na pokład. Stojący tam ludzie odsunęli się, patrząc na niego uważnie.

Zahred pogładził burtę, uśmiechnął się. Piękna, naprawdę piękna robota!

Niski, smukły, długi okręt, na jakieś dwadzieścia wioseł z każdej strony, nawet teraz tańczył i pracował na falach.

Długie ławki przeznaczone dla wioślarzy, rozpięte na całej szerokości łodzi.

Prosty ster z rumplem po prawej stronie, nie tyle przyczepiony do burty, ile zaczepiony na niej. W razie konieczności łódź mogła pewnie płynąć i tyłem... Ciekawe.

Przeszedł dalej, dotknął żagla: interesujące, bo materiał wyglądał na coś o wiele grubszego niż len... Wełna, zgrzebna wełna! Materiał był ciężki, ale też zapewne nie chłonął wody. Sprytne.

Zwrócił uwagę na konstrukcję masztu, ewidentnie ruchomego i wyjmowanego z jarzma pośrodku łodzi.

Zajrzał do jednej ze skrzyń przy burcie: śpiwory z natłuszczonej skóry, futrem do środka, idealne do spędzania nocy na pokładzie nawet zimą.

To nie byli jacyś byle łupieżcy, ale w pełni przygotowana wyprawa ludzi, dla których pływanie po morzu musiało być podstawowym sposobem przemieszczania się.

I naprawdę, ale to naprawdę zaczynali wyglądać bardzo obiecująco.

Siedzący przy sterze brodaty starszy mężczyzna wstał ze swej ławeczki, skłonił mu się; Zahred odwzajemnił gest, rozglądając się jednocześnie... Tak, tutaj: doczepione do burty sieci, w których składowali narzędzia.

Stojący na plaży wojownicy patrzyli, jak wytatuowany człowiek zeskakuje z powrotem w wodę, a potem brnie ku brzegowi z zarzuconą na ramię łopatą.

Przeszedł pomiędzy nimi, schylił się, złapał zabitego za wycięcie tuniki i pociągnął po piachu.

Dopiero wtedy zareagowali: załomotały i zaklekotały rzucane na piach tarcze oraz broń, na wyścigi skoczyli ku niemu. Chwycili trupa pod ręce i nogi, podnieśli na ramionach i podążyli za Zahredem, obok którego już truchtała nie do końca nadążająca za biegiem wydarzeń Mira.

Ogniska trzaskały i strzelały, sypiąc iskrami w noc. Potężni, brodaci wojownicy siedzieli wokół, zawinięci w płaszcze i futra. Łapczywie ogryzali gnaty świeżo ściągniętej z rusztu zwierzyny, oblizywali ości upieczonych w żarze ryb i popijali lekko zatęchłe już piwo ze skórzanych bukłaków.

Wyglądało na to, że zaakceptowali dwoje przybyszów. Od czasu do czasu porozumiewali się między sobą w gardłowym, szorstkim języku, a potem znów milkli, patrząc podejrzliwie spode łba.

Tutaj, w dolince na porośniętych sosnowym lasem wydmach, wiatr od morza nie dawał się aż tak we znaki, ale nadal było zimno. Każdy wyciągał ręce ku zbawiennemu ciepłu, niechętnie odchodząc poza zasięg światła – ale najwyraźniej taki był obyczaj.

– Chodź, teraz my. – Zahred szturchnął Mirę.

Ta westchnęła niezadowolona, przetarła zaspane oczy.

– A już tak mi było dobrzeee... Musimy?

– Nie, ale powinniśmy. No chodź, zaraz wrócimy.

Westchnęła, ale podniosła się razem z nim.

Odeszli kawałek w bok, po drodze mijając wracających już ku ogniskom wojowników. Ci zamruczeli coś, któryś skinął głową: widać, że gest był dobrze postrzegany.

Stanęli przy świeżo usypanej pomiędzy drzewami mogile, na której piętrzyły się znoszone od wieczora mniejsze i większe kamienie. Pomiędzy nimi widać było kawałki jedzenia, nie do końca oczyszczone z mięsa kości, plamy i zacieki ścinającego się na mrozie piwa... Ktoś nawet położył na szczycie kurhanu topór, inny zawiesił na ostrzu sznurek koralików z kości.

– Po co to robimy? – zapytała Mira, trzęsąc się z zimna. – Przecież byliśmy tu już trzy razy.

– Robimy, bo tak robią inni. Może to trwa całą noc albo i cały dzień jeszcze? Nie wiem. Oddajemy cześć poległemu wodzowi.

– No tak, ale... Ale to nawet nie to, że go nie znałeś. Przecież to ty go zabiłeś.

– Dokładnie tak.

– Więc dlaczego masz okazywać mu szacunek?

Zahred uśmiechnął się do własnych myśli, objął ją i skłonił się tak, żeby na pewno widzieli to wszyscy, którzy mogli na niego w tej chwili patrzeć.

– Bo teraz to ja jestem nim – powiedział.

Fale szumiały o zmarznięty brzeg, od morza wiał zimny wiatr, szarpiący połami płaszczy. Załogi w większości czekały już na okrętach, przygotowanych do drogi; ostatni wojownicy wracali jeszcze z lasku na wydmach, gdzie spoczął w grobie kształtu łodzi ich poprzedni jarl.

Nowy – dziwny, krępy, wytatuowany człowiek o ciemnej skórze – tłumaczył im teraz, dokąd mają dalej się udać.

Albo w każdym razie próbował.

– Tu jest wybrzeże. – Zahred nakreślił na piachu linię. – Tutaj łodzie. Łodzie!

Pokazał kijkiem na stojące przy brzegu okręty. Siedzący w kucki wojownicy popatrzyli, zamruczeli i pokiwali twierdząco głowami.

– Tutaj, na północ od nas, powinna wpadać do morza duża rzeka. O, mniej więcej tak, ze wschodu. Zgadza się?

Jeden z brodaczy pokiwał głową na boki, nie do końca zgadzając się z przedstawionym. Wyciągnął rękę, spojrzał na Zahreda pytająco, a kiedy ten skinął, starł fragment rysunku i nakreślił jeszcze raz, ale wyciągając linię brzegu bardziej na górze.

– Bardziej na północ zatem – uśmiechnął się Zahred, potem pokazał kierunek ręką. – Północ. Północ!

– Norður. – Tamten pokiwał głową.

– Norður. A tam południe. Południe?

– Suður.

– Suður, niech będzie. I w końcu zarówno ja, jak i wy będziemy na ten suður ruszać. Jeszcze nie teraz, ale ruszymy, zapewniam was... Bo przecież szukacie łupów, tak?

Popatrzyli na niego, nie rozumiejąc. On uśmiechnął się, pokazał jednemu z nich: chodź bliżej! Ten podszedł, uśmiechając się radośnie, jak człowiek wyciągnięty do zabawy, której nie zna.

Zahred pokazał na migi: ty nie masz broni, ja mam! Ten pokiwał głową, rozłożył ręce i umarł wyjątkowo spektakularnie, dźgnięty nieistniejącym mieczem. Zahred zabrał mu wyimaginowane kosztowności, wsunął sobie za pazuchę, rozejrzał się: co jeszcze?

Brodacz z łodzi podniósł palec, pokiwał głową. Zrobił gest otwierania drzwi do chaty, pokazał stół. Podniósł miskę, włożył coś do ust. Wychylił kubek piwa.

Pozostali pokiwali: o tak, tak! Któryś zameczał jak koza, potem zagdakał. Kilku zaśmiało się, inny też zameczał i pokazał koledze niewybredny gest kopulacji. Tamten poczerwieniał, zacisnął usta, sięgnął po nóż...

– Spokój! – huknął na nich Zahred. Ucichli od razu, on znów pokazał na rysunek w piachu. – Zatem szukacie nie tylko bogactwa, ale i żywności. Albo może przede wszystkim tej ostatniej. No, powiem wam, że tam, dokąd pływacie, nie ma ani jednego, ani drugiego... A co z drugą rzeką?

Przeciągnął kijem po piachu, żłobiąc jeszcze jedną bruzdę. Wojownicy zmarszczyli brwi, brodacz rozłożył ręce: nie miał pojęcia, o czym mowa.

– Tu jest jeszcze jedna rzeka. Jedna tu, o... A druga tutaj. Z tego, co mówili ludzie, o wiele większa. Bo tutaj... – puknął w okolice, z których dopiero co wydostali się z Mirą – bieda. Bieda.

Nie zrozumieli, więc pokazał na swoje porwane ciuchy, na schodzone buty i samodziałową koszulę. Któryś z ludzi dodał coś od siebie, pokazał na tkwiący za pasem topór. Zaśmiali się lekko nerwowo.

– No, może nie wszyscy jak ja, ale fakt: więcej topora niż złota. A wam chodzi o łupy... Popłyniemy w tę rzekę. – Raz jeszcze podkreślił rysunek, pokazał kierunek: zachód. – Ktoś się nie zgadza? Ktoś ma z tym problem? No to postanowione, cieszę się bardzo.

Narada dobiegła końca, wojownicy rozeszli się ku czekającym na nich towarzyszom.

– Hrodlav – mruknął do siebie Zahred. – Thyrni. Tamten to Karli... Torleif, Ulfhvatr...

– Co robisz? – zagadnęła go Mira, zakutana w zabrany z rzeczy zabitego jarla wełniany płaszcz.

– Uczę się imion. I tobie też radzę, bo spędzimy z tymi ludźmi sporo czasu. Dogadałaś się jakoś z ich kobietami?

Spojrzała ku stojącym nieopodal wojowniczkom. Jedna z nich uśmiechnęła się zapraszająco, niemalże ciepło.

– One... Wiesz co, one nie są do końca ich. Raczej swoje własne.

– Nieistotne. Dogadałaś się?

– No jak, jak nie znam języka? – mruknęła Mira.

– Też nie znam, a potrafię.

– Ty... ty pewnie robiłeś to już nie wiedzieć ile razy, i teraz...

– I teraz mam w głowie cmentarzysko niepotrzebnych rzeczy. – Zahred przytulił ją, ucałował w czoło. – A ty świeży, chętny umysł.

– Nie tylko umysł... – mruknęła zaczepnie.

Przyciągnął ją mocniej, ruszyli ku szykującym się do odpłynięcia łodziom.

– Co o nim myślisz?

Torleif oderwał się na chwilę od zwijania liny, popatrzył na idących plażą wytatuowanego mężczyznę i drobną przy nim, atletyczną dziewczynę.

– Zabił jarla Freylava. I to zabił, nawet do niego nie podchodząc. Co myślę? Myśleć to sobie mogę, ale stanąć przeciwko niemu nie zamierzam.

Ingvar prychnął, przysiadł na burcie.

– To przecież jakiś przybłęda znikąd. I co, tak po prostu pozwolimy, żeby nam mówił, dokąd mamy płynąć? A jeśli wciągnie nas w pułapkę?

– Pułapkę – powtórzył Torleif. – Ty czasem słuchasz sam siebie? Przecież ten człowiek sam jest chodzącą pułapką! Myślisz, że potrzebowałby kogoś więcej, żeby nas położyć jednego po drugim?

– Jeśli nic nie zrobimy, to się nie dowiemy. Gdzie zgubiłeś jajca, Torleif?

– Wciągnęły mi się do brzucha mniej więcej w tym momencie, kiedy Freylav upadł na piach z rozłupaną głową. I chyba twoje też, skoro tak odważnie wystąpiłeś przeciwko temu przybłędzie znikąd – odgryzł się Torleif. – Brak ci męstwa, żeby iść z nim na pojedynek, i szukasz towarzystwa dla swojej głupoty? No więc mnie też.

– Przyznajesz się do tchórzostwa? Tego się po tobie nie spodziewałem.

– A ja się nie spodziewałem, że ktoś tak po prostu zaciuka Freylava i nawet nie dostanie przy tym zadyszki. Do myślenia się przyznaję, a ty lepiej słuchaj Thyrni.

Ingvar splunął w wodę, przeszedł po pokładzie i zajął się ładowaniem swoich rzeczy do skrzyń.

Kiedy łodzie w końcu odbiły od plaży, a rozwinięte żagle wydęły się w podmuchu zimnego wiatru, Zahred poczuł, jak serce rośnie mu w piersiach.

Tak! Nareszcie się udało. Wyrwał się z tej przeklętej krainy, w dodatku znów był na morzu. Załogi zdawały się doskonale zgrane, ludzie rozumieli się nierzadko bez słów. Okręty pruły fale, dosłownie ślizgając się po powierzchni zimnego morza o kolorze ołowiu.

Ptaki krzyczały, unosząc się wokół masztów.

Brzeg szybko oddalał się od nich, drzewa przesuwały się w bok.

Łodzie błyskawicznie nabierały prędkości, pozornie bez wysiłku tnąc biegnące ku lądowi spienione fale.

Zahred popatrzył z uznaniem na równą pracę wioślarzy, przeciągnął dłonią po burcie i poklepał deski.

– Piękna łódź – zwrócił się do siedzącego obok sternika. Ten kiwnął głową, uśmiechnął się.

– Snekkar.

– Snekkar?

Tamten pokazał na długość pokładu, na wzniesiony na stewie dziobowej łeb zębatej bestii. Zrobił dłonią zygzakowaty ruch, zasyczał i dziabnął Zahreda dwoma palcami w udo.

– Snek, snekkar – powtórzył.

– Ach, wężowa łódź. Trafne. Pięknie chwyta wiatr.

– Mhm. Karli. – Brodacz puknął się w piersi. – Zeherd?

– Zahred.

– Zahred. Jarl Zahred. Meyra?

– Mira – poprawiła go wywołana, siedząca na ławce razem z jedną z kobiet. – Zahred, słuchaj, one chyba są tutaj wojowniczkami! Jeśli dobrze rozumiem, co mi tłumaczy... – zawahała się – Frida?

Kobieta skinęła głową.

– ...one tutaj walczą razem z mężczyznami! – dokończyła Mira.

Przez chwilę patrzyła na Zahreda, jakby spodziewając się określonej reakcji.

– Tak – odparł.

– I co, tylko tyle?!

– Tak.

– Ale to przecież...!

– Mira, każda kraina ma swoje obyczaje. Tutaj nie ma różnicy pomiędzy jednymi a drugimi ani w boju, ani w pracy, ani... – Zawahał się, patrząc na jedną z kobiet, akurat załatwiającą za burtę większą potrzebę. – Ani czasami w wyglądzie.

– No ale to przecież... Czekaj, a jakie będą nasze obyczaje w takim razie?

Uśmiechnął się, wstał i przeszedł na dziób.

– Jakie tylko chcemy! – rzucił przez ramię.

Snekkary powoli sunęły pod prąd leniwie toczącej swe wody rzeki. Kra chrzęściła i szurała, ocierając się o niskie burty; lód nabudowywał się na dziobie, wznosząc się coraz wyżej i dalej kruchą taflą, która potem odrywała się i spadała w zimny, gęsty nurt.

Wojownicy wiosłowali, popatrując jednocześnie po nieznanych brzegach. Ogołocona z liści roślinność kłębiła się istnym gąszczem czarno-brązowych gałęzi, pomiędzy którymi od czasu do czasu dało się wypatrzyć prowadzącą ku wodopojowi ścieżkę dzikich zwierząt.

Tak jak przewidział Zahred, znaleźli ujście rzeki bez trudu – ogromna, rozległa delta była nie do przeoczenia.

Co ciekawe, załoganci wyglądali na szczerze zdumionych: musieli nigdy nie pływać w tę stronę! Raptem dzień drogi i okazywało się, że już odkrywali całkowicie nieznane szlaki i ziemie.

Na razie jednak widzieli tylko kilka małych osad rybackich, przycupniętych na brzegach zatok. Niskie, prymitywne chatki zbudowane z ledwie ociosanych bali drewna, a nierzadko z trzciny zlepionej gliną i błotem. Byle jak sklecone pomosty albo dłubanki po prostu wyciągane na brzeg. Nierówno wiązane z różnych rodzajów sznurka sieci, rozwieszone na kołkach, suszące się wiklinowe saki i więcierze.

Na widok każdej z takich wioseczek wojownicy podnosili radosne okrzyki, chwytali za broń: atakujmy! Gotowi byli już, tu i teraz dobijać do brzegu. On jednak za każdym razem wstrzymywał ich: nie. Płyniemy dalej.

Warczeli i kręcili głowami, niezadowoleni. Zahred cierpliwie pokazywał na chatki, robił rękoma gest: małe! Tam, dalej: duże!

Gdyby dowodził nimi poprzedni jarl, nie wahaliby się ani chwili.

Ale ten dziwny człowiek z jakiegoś powodu wywoływał wśród nich może niechętny, ale szacunek i posłuch. Za plecami narzekali, utyskiwali i sarkali, nierzadko mówiąc: dlaczego tolerujemy przybłędę?! Czy nie lepiej, żeby rządził ktoś spośród nas?

Ale gdy tylko Zahred na nich spoglądał, milkli od razu.

– To magia – powiedział w pewnej chwili Asmund, od samego początku bacznie obserwujący stojącego na dziobie Zahreda.

– Głupiś! – ofuknął go Stenvidr. – To nie czarownik przecież. Po prostu był tam wcześniej i wie, dokąd płyniemy.

– A ja mówię ci, Stenvidrze, że to magia. Popatrz na niego: on nie ma pojęcia, ani gdzie jest, ani dokąd zmierza... A mimo to udaje mu się. Nie walczy, a jednak zabija. Nie zna języka, a dowodzi. To co to innego?

Stenvidr mruknął coś i stuknął wiosłem o burtę, żeby odlepić od niego lodową narośl.

– Widziałeś jego rany? – Asmund nachylił się do towarzysza, zniżył głos.

– Widziałem, no i co? Poza tym czego szepczesz? I tak nas nie rozumie.

– Nie wiesz, czy... – Asmund zachłysnął się słowami i urwał, kiedy Zahred obrócił się i spojrzał wprost na niego. Na szczęście potem wrócił do obserwowania wody, pokazując Karlemu, którędy ten ma prowadzić łódź, a wtedy Asmund zaszeptał gorączkowo: – Widzisz? Widzisz sam, Stenvidrze! Przyjrzyj się jego ranom, gdy staniemy przy brzegu. Zobacz, kiedy jego kobieta będzie zmieniać opatrunki!

– No i co mam niby zobaczyć, hę?

– Przyjrzyj się.

Zahred nawet nie drgnął, kiedy Mira odlepiła pokryte leczniczą papką liście i delikatnie przetarła mokrą szmatką otwartą ranę. Obejrzał się przez ramię, jak gdyby mając nadzieję, że zdoła zobaczyć, co ma na plecach.

– Szyj – rzucił krótko.

– Ale...

– Szyj, powiedziałem.

– Ale... ja nie umiem...

– Nie umiesz szyć? Nie mogę, no... Co z ciebie za kobieta!

Zacisnęła usta, już gotowa odpłacić mu pięknym za nadobne, ale on uśmiechnął się tylko, pokręcił głową.

– No już, nie złość się. Po prostu zamknij ranę. Nie musi wyglądać dobrze.

Westchnęła ciężko, przełożyła grubą nić przez żelazną igłę. Przez chwilę zastanawiała się, czy podejść tak, czy siak, w końcu ostrożnie wbiła ostrze przez skórę i wyciągnęła z drugiej strony.

– Boli? – zapytała, kiedy Zahred syknął.

– Zimno.

– Igła? Czekaj, to może potrzymam między palcami, żeby...

– Mira, zimno! Jest zima, a ja jestem bez koszuli. Szyj mnie szybciej.

– A – zreflektowała się. – No już, czekaj.

Kilku wojowników zaglądało jej przez ramię. Wcześniej, kiedy zorientowali się, że nowy jarl będzie potrzebował takiej pomocy, jeden z nich nawet zaoferował się, że może to zrobić, ale Zahred odmówił. „Mira” – powtarzał krótko.

Szwy były nierówne, nitka plątała się i zaczepiała o mięso. Zahred wzdychał, cierpliwie tłumaczył jej, co i jak ma robić, żeby jak najlepiej zebrać krawędzie rany. Ona irytowała się, szarpała, ciągnęła... Szło jej jak po grudzie, a mimo to właśnie ona miała to robić.

– Nie ufa nam – mruknął Ingvar.

– Może i słusznie – wzruszyła ramionami dowodząca trzecią łodzią Thyrni. – Ciekawe, gdzie tak oberwał... Ona też jeszcze sponiewierana nieźle.

– Żałujesz jej?

Spojrzała na niego znacząco.

– To kobieta – powiedziała twardo. – I teraz jest jedną z nas.

– Nawet nie wiesz, czy umie walczyć. Szyć na pewno nie potrafi...

– Żebyś ty walczył tak dobrze, jak mielesz ozorem o innych, to sam byś już dawno był jarlem.

– Może jakbyś mnie nie powstrzymała, to byłbym nim teraz.

– Może. – Wzruszyła ramionami. – A może zamiast jednego musielibyśmy wykopać dwa groby.

Mira zakończyła nitkę, odgryzła zębami i oddała Fridzie igłę. Zahred wciągnął koszulę, tunikę, płaszcz, przypasał miecz.

– Widziałeś? – Asmund puknął Stenvidra.

– No, zaszyła go. I co?

– Czyli nie widziałeś... Nic, nic.

Stenvidr wzruszył ramionami, odszedł.

Asmund zaś był pewien dwóch rzeczy. Po pierwsze, widział w życiu wiele ran... I po dwóch, trzech dniach brzegi powinny być zaognione, mogło być widać ropę i kleiste strupy. A tutaj nie było nic. Dosłownie nic! Jakby rana przestała krwawić i tyle.

Zupełnie jak wtedy, gdy cięło się martwe mięso.

A drugą rzeczą były uwijające się głębiej w ciele dziwnego, wytatuowanego człowieka robaki, które jego kobieta, zamiast wyjąć, po prostu zaszyła w środku.

W końcu minęli leżący na wzniesieniu nad samym brzegiem warowny gród. Ludzie po raz kolejny chcieli skierować okręty do brzegu, ale Zahred przykazał: płyniemy dalej!

Nie wszyscy chcieli się zgodzić.

Wywiązała się najpierw jednostronna pyskówka, potem kilku wioślarzy wstało, protestując: jak długo mamy jeszcze płynąć pod prąd zamarzającej rzeki?!

Najgłośniej gardłujący wojownik podsunął się do Zahreda, stojącego niewzruszenie na swoim miejscu na dziobie, zaczął wygrażać pięściami, pokazywać na miasto, na nich, na łódź.

– Może tak naprawdę to wcale nie o to ci chodzi! – wyrzucił z siebie wraz z kropelkami śliny. – I może pora, żeby ktoś to w końcu...

Ruch był tak szybki, że niemal niezauważalny. Dłoń jarla strzeliła naprzód, uderzyła na wysokości grdyki Eirika; ten chwycił się rękoma za szyję i rozwarł szeroko usta, jak człowiek próbujący zaczerpnąć tchu. Zatoczył się w tył, przewrócił o ławki, poleciał między towarzyszy.

Patrzyli, jak wybałuszone oczy zachodzą łzami, a twarz z czerwonej robi się najpierw pąsowa, a potem sinofioletowa. Nikt się nawet nie poruszył, nikt nie powiedział nic, gdy Eirik drapał i kopał, wił się i rzucał – aż w końcu znieruchomiał.

Zahred ze stoickim spokojem podszedł, wyciągnął ciało spomiędzy ławek. Chciał wyrzucić w wodę, ale dostrzegł spojrzenie kompana zabitego i najwyraźniej zmienił zdanie.

Zaczął metodycznie, spokojnymi ruchami rozbierać trupa. Odpiął mu pas z nożem, ściągnął płaszcz, tunikę, koszulę, buty, spodnie... Wreszcie zdjął z przedramienia bransoletę i wisiorek z szyi, a potem podniósł nagiego i po prostu cisnął za burtę.

W milczeniu patrzyli, jak ich niedawny towarzysz zapada się w lodowaty nurt. Zahred położył sakiewkę i zdobiony pas na ławie obok kompana zabitego, zrzucił resztę rzeczy po trupie na dziób łodzi.

– To było... drastyczne. – Mira podeszła do niego.

– Szkoda sprzętu. – Wzruszył ramionami. – A to przyda się innym.

– Nie wezmą po trupie...

Schylił się, podniósł i narzucił Mirze na ramiona jeszcze jeden płaszcz. Spiął zapinką z brązu.

– Wezmą. Niedługo dobijemy do brzegu, zatrzymamy się na wieczór i wrócimy do tej osady. Zobaczysz, że nie zostanie po tej kupce rzeczy nic.

Miał rację.

Blady świt ledwie podniósł się ponad przyprószoną śniegiem okolicą, kiedy trzydziestu wojowników wyszło z lasu otaczającego pola wokół wciśniętej między rzekę a warowny gród osady.

Nie wołali, nie wznosili okrzyków, jak zwykli to robić. Po prostu wyłonili się spomiędzy drzew, a potem truchtem ruszyli ku najbliższym zabudowaniom, niczym uderzające na śpiącą owczarnię wilki.

Wpadli między chaty, wyważając drzwi kopniakami. Rozległy się przerażone krzyki zaskoczonych ludzi, ciszę poranka rozdarło wołanie: na pomoc, ratunku! Jesteśmy atakowani!... Zaraz potem zabrzęczał oręż, kiedy mężczyźni mimo wszystko spróbowali dać odpór napastnikom, broniąc swoich żon, dzieci i gospodarstw.

Nie mieli szans. Uzbrojeni w długie topory, rośli napastnicy rąbali bez chwili zastanowienia i cienia litości, plamiąc śnieg szkarłatem.

W końcu brama ukrytej za wałami osady rozwarła się, wypuszczając naprędce zebraną drużynę miejscowego kniazia. Grubo ponad sześć tuzinów wojów, skrywających się za długimi, owalnymi tarczami, z krzykiem rzuciło się na pomoc krajanom, nastawiając włócznie i wymachując krótkimi mieczami.

Napastnicy cofnęli się niemalże od razu, nawet nie próbując stawiać oporu. Widać nie spodziewali się, że drużyna kniazia uderzy na nich z taką siłą!

Rzucając broń i zakrywając plecy tarczami przed strzałami z murów, pierzchli w rozsypce ku ciemnej ścianie lasu.

Drużynnicy krzyknęli głośno, rzucając się w pościg: pomścimy zabitych!

Wpadli pomiędzy drzewa, biegnąc po śladach uciekinierów – i wtedy las dosłownie ożył.

Zaczajeni w zasadzce łupieżcy wyskoczyli spod zasp, odrzucając nagarnięty na tarcze śnieg. Zza pni nagle wychylili się łucznicy, rażący zaskoczonych kmieci celnie posłanymi grotami. Zbrojne w długie włócznie, półdzikie kobiety wypadły zza zarośli jałowca, wyjąc niczym upiory z głębin lasu. Ale najstraszniejszy był półnagi wojownik z malunkami na ramionach.

Zahred wpadł na ludzi z grodu jak basior pomiędzy szczeniaki. Pierwszego posłał od razu na ziemię z głową rozpłataną na dwoje uderzeniem topora; drugi zasłonił się tarczą, wychylił zza niej, gdy ostrze huknęło o deski – i zobaczył tylko zmierzający prosto ku jego twarzy sztych miecza. Bryznęła krew, nieszczęśnik zaskrzeczał, wypuszczając z ręki broń, chwycił się za wyłupione oko i upadł w śnieg.

– Drepa, hakk, rista! – wrzasnął dziko Torleif. – Rąb, tnij, dźgaj!

Któryś z miejscowych chciał pchnąć Mirę krótką włócznią, ale ona zbiła drzewce na bok swoim mieczem, okręciła się i cięła wysoko, odrąbując człowiekowi pół ucha i tnąc głęboko po kości żuchwy. Zasłoniła się tarczą przed kolejnym ciosem, pchnęła nisko, w nogę – kiedy trafiony przeciwnik opuścił zastawę, uderzyła od góry.

Dwa ciosy – jej i wojownika, który pojawił się dosłownie znikąd – trafiły tamtego w tej samej chwili, jednocześnie przerąbując obojczyk i twarz. Wróg runął na ziemię.

– Ej! On był mój! – krzyknęła Mira, ale wojownik tylko się zaśmiał, wyszczerzył do niej zęby i pobiegł dalej.

Któryś z obrońców gródka zadął w róg: do tyłu, wycofać się, jest ich zbyt wielu!...

Przetrzebieni, przerażeni, rzucili się w tył i zaczęli biec ku bramie. Stojący na stanowisku strażnik widział, że została ich ledwie garstka, może piętnastu, może dwudziestu... Reszta albo już leżała w lesie, albo jeszcze próbowała się bronić, okrążona i przyciśnięta przewagą liczebną napastników, dosłownie depczących wycofującym się bezładnie po piętach.

Przez chwilę wahał się: zamknąć bramę czy... Nie, nie! Poczeka, zdąży! Wpuści swoich, a potem zdąży zawrzeć wrota, nim tamci dobiegną.

Już pierwszy uciekinier, z twarzą zalaną krwią, dopadł do zbawiennej granicy wrót, krzycząc przeraźliwie. Już drugi, trzeci... Zdążą wszyscy!

Wartownik wytężył wzrok: dlaczego ci biegnący na końcu zasłaniali się owalnymi tarczami? Przecież powinni albo zarzucić je na plecy, albo w ogóle zostawić... Tymczasem pędzili długimi susami, wystawiając osłony pomalowane w znajome wzory i kolory przed sobą.

Przecież walczył z tymi ludźmi tak długo, znał ich.

Potrafił rozpoznać malowanie każdego.

Żaden z nich nie był tak wysoki.

A mimo to...

Krzyknął i naparł na skrzydło bramy, ale było za późno. Biegnący na samym przedzie człowiek odrzucił na bok niepotrzebną już tarczę, zamachnął się toporem i przerąbał wartownikowi głowę na pół.

Pozostali też wpadli w obręb wałów, od razu uderzając na strażników.

Ich kompani byli tuż-tuż.

Zahred zaryczał dziko, wbiegając w bramę wraz z innymi wojownikami.

To było to, to był ten moment.

Zatoczył toporem krąg, ciął kmiecia przez ramię, zawinął bronią i od razu uderzył od góry, rozrąbując obojczyk. Następny zdążył się zasłonić, ostrze topora ugrzęzło w tarczy, ale on po prostu szarpnął, pociągnął wraz z trzymającą ją ręką i chlasnął po przedramieniu, rżnąc mięśnie i ścięgna. Tamten zawył i wypuścił imak, a wtedy Zahred ciął go przez głowę, posłał na ziemię w agonii.

Wokół niego już walczyli, rzucali się do boju inni. Tak, byli skuteczni. Drapieżni. Głodni walki i zabijania, a on czuł głód ich trzewi od samego początku.

Ale ten dzień należał do niego, podobnie jak wiele, bardzo wiele podobnych przez lata historii.

Kopniakiem wyważył liche drzwi do chaty, uderzył od razu toporem, nawet nie patrząc kogo. Każdy, kto się ruszał, był wrogiem; tu nie było sojuszników, nie było przyjaciół. Krew była tak samo czerwona niezależnie od płci, wieku i języka, a ludzie nieodmiennie tak samo umierali.

Pozwolił sobie zatracić się w rzezi.

Dzika, wykrzywiona grymasem strachu i agresji twarz wychyliła się zza rantu tarczy, błysnął grot włóczni. On sparował pchnięcie, uderzył, ciął od dołu, uchylił się przed ostatnim, desperackim ciosem. Krótkim ruchem topora zahaczył wroga pod udo, pociągnął i wraził sztych miecza w odsłonięte podbrzusze.

Ramię zapiekło nagle, gdy stal ukąsiła głęboko, zostawiając szkarłatną pręgę. Palce zdrętwiały od razu, ale nie wypuścił miecza, tylko odbił ostrze przeciwnika, zakręcił toporem i uderzył z góry, niemalże odrąbując mu rękę w łokciu.

Ktoś zamachnął się, chciał cisnąć w Zahreda oszczepem – ale nie wiedzieć skąd nadleciał topór, zagrzebał mu się w piersiach.

– Zabić wszystkich! – ryknął Zahred, sam nie do końca pewien, w jakim języku.

Wokół niego niepodzielnie panowała rzeź.

Mira nie pamiętała z tamtego poranka wiele.

Była walka, tak. Była też krew, dużo krwi. Pamiętała, że w pewnej chwili dała się owładnąć bitewnemu uniesieniu...

...ale potem okazało się, że stoi sama pośrodku zdobytego grodu.

Wrogów nie było, już nie. Ostatniego zarąbała, dosłownie zarąbała przed chwilą, ale kolejny się nie zjawił.

Rozejrzała się, jak gdyby próbując zorientować się, co się w ogóle stało – zauważyła biegnącą ku niej na bosaka przerażoną kobietę w średnim wieku, ubraną tylko w długą samodziałową koszulę. Ręce wyciągały się w pustkę, w rozwartych przerażeniem oczach szkliły się łzy, skołtunione, rozwiane włosy tańczyły aureolą wokół twarzy.

– Szybko, do mnie! – zawołała Mira, machnęła ręką z mieczem. – Teraz...

Kobieta nagle krzyknęła i upadła w śnieg. Za nią pojawił się jeden z wojowników, który stanął nad leżącą, wzniósł topór, jakby zastanawiając się, czy trzeba poprawiać drugim ciosem... Zrezygnował, po prostu odszedł dalej.

Śnieg wokół leżącej nieruchomo kobiety w koszuli zaczął barwić się czerwienią.

Mira westchnęła spazmatycznie, zatoczyła się w tył. Byłaby upadła, ale ktoś ją podtrzymał pod ramię. Obejrzała się: Zahred.

– Tak to wygląda.

– Ale... to... – zająknęła się.

– Dokładnie tak to wygląda, Mira.

– Ta osada to mogłoby być Rundis! – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.

Zahred skinął głową.

– Tak. Ale nie jest. Jeśli chcemy biegać z wilkami, Mira, to musimy razem z nimi polować.

Przechodząca obok Thyrni spojrzała na nich z uznaniem. Podeszła do Miry, powiedziała coś w swoim języku i poklepała dziewczynę po ramieniu.

A potem zanurkowała do najbliższej chaty, gdzie już kłębili się szabrujący wszystko co popadnie wojownicy.

– Tyle wszystkiego! Spójrzcie, jestem królem ziarna! – zawołał Gudmund, nabierając dwie pełne garści złocistego zboża i obsypując nim twarz.

Siedzący obok niego Stubjarn trzepnął syna w potylicę, ale zaraz się zaśmiał, pociągnął jeszcze łyk znalezionego w spiżarni piwa. Odgryzł spory kęs świeżo upieczonego koźlęcia, przeżuł, połknął... Beknął sobie soczyście.

– Ot i co znaczy, jak ktoś dobrze pomyśli! – Pokazał synowi palcem na Zahreda. – Widziałeś, młody?

– No, widziałem, ojciec, byłem tam...

– Ja nie o tym! Patrz no, zastanów się! Jakby na tę osadę tutaj chcieć uderzać, to jak?

– No... – zastanowił się Gudmund, który miał złote ręce do ciesiołki i szkutnictwa, ale pomyślunek bardziej podobny do młotka. – Właśnie tak, jak żeśmy to zrobili!

– Bardzo słusznie, synku, bardzo słusznie. A jakbyś miał sam wymyślić?

– No to... to nie wiem, ojciec!

– Ha! I ja nie wiem, synek, powiem ci. Ile razy żeśmy pod takie miejsca podchodzili przecież, pamiętasz? Chociaż to lata temu było, ty nie możesz pamiętać – machnął ręką Stubjarn. – Jarl Freylav to i tak miał głowę na karku, chociaż jak widać, nie na wiele mu się zdała... Ale poprzedni jarl ilu ludzi wytracił, to aż myśleć żal!

– A teraz jesteśmy tu.

– A teraz jesteśmy tu! I ja ci mówię, synek: jeśli ten jarl Zahred nawet po naszemu nie gada, a taki plan wytłumaczył... to pomyśl, co będzie, jak się języka nauczy.

Gudmund pomyślał, aż zmarszczył czoło.

– Nie wiem, ojciec – przyznał.

– Ani ja nie wiem, synek! Ani ja. Ale jak patrzę na to, ile dobra żeśmy na tym jednym rajdzie zdobyli, to...

– ...to?

Szkutnik spojrzał na synka, pogładził wielkiego, dorosłego chłopa po głowie.

– To będzie coś, synek. To będzie coś.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Michał Gołkowski COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2019

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-445-2

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Mariusz Kozik

PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak

ILUSTRACJE Vladimir Nenov

MAPA NA WYKLEJCE Paweł Zaręba

REDAKCJA Agnieszka Pawlikowska

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow