Świątynia na bagnach - Michał Gołkowski - ebook
Opis

Rzucony wyrokiem kapryśnych bogów poza granice znanego sobie świata, Zahred tkwi pośród trzęsawisk i moczarów.

Nawet jego klątwa nie działa tu tak, jak powinna. Los splata ścieżki śmiertelnych tak, że odnajduje go tam – zawieszonego pomiędzy życiem a śmiercią – młody, niewinny chłopiec. Co może stać się z umysłem dziecka, widzącego na własne oczy, że nie wszystko na świecie poddane jest tym samym prawom? Co stanie się, kiedy zwyczaj zamieni się w obrządek, a nawyk stanie się świętym rytuałem?

Poznaj opowieść o zaufaniu i zdradzie, miłości i nienawiści oraz o zaślepieniu przekonaniami.

Opowieść o przelanej krwi, którą zmyć można tylko następną krwią. O bogu-człowieku, uwięzionym w pozłacanej klatce gmachu wzniesionego ku jego czci.

Z mętnej, czarnej wody wyłania się Świątynia na bagnach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 624

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ZAHRED Siedmioksiąg Grzechu

Spiżowy GniewBogowie PustyniBramy ze złota Tom 1. Świątynia na bagnach Tom 2. Złote miasto

Przyszliśmy z gór okrytych przez lód Z lasów i bagien owianych legend mgłą Wieczne słońce dawało nam moc W zmaganiach z naturą wspierało nasz krok.

Prolog

Drus! Druuus, gdzie znowu cię nosi?! Skaranie z tym dzieciakiem!... Drus!...

Głos niósł się pomiędzy drzewami, odbijał echem od potężnych pni i rezonował w pustych dziuplach. Kilka ptaków zerwało się z gniazd. Nawet pasące się kawałek dalej stado rogaczy uniosło łby, strzygąc uszami.

– Drus! – zawołał jeszcze raz mężczyzna, składając dłonie przy ustach.

Cisza. Tylko wiatr szumiał w koronach drzew. Ptaki znów podjęły swój świergot, przekrzykując się jedne przez drugie. Stojący pośrodku ledwie widocznej pomiędzy rozłożystymi paprociami ścieżynki Gert pokręcił głową, zamruczał ciężko i puknął nogą porzucony na ziemi tobołek. Sapnął, zawarczał w brodę:

– Skaranie.

Chłopak był po prostu nieznośny. Owszem – bystry jak mało który, robotny i posłuchany, ale poza tym... Żałował czasami, że wziął go ze sobą te trzy zimy wcześniej. Tak, przez ten czas polubił i pokochał jak swojego, ale czasami zastanawiał się, czy tamten ma aby równo pod sufitem. W jednej chwili szli po prostu, jak zawsze, od osady do osady z towarami na handel. On przodem, tamten z tyłu, jak należy. A w drugiej – pach! I dzieciaka nie ma, tylko zarośla się kołyszą. I szukaj go teraz, wołaj, chociażby gardło do krwi zedrzyj.

W końcu wróci. Zawsze wracał, przynajmniej do tej pory... Ale tutaj szli wąską groblą pośród mokradeł, rozlewających się po lewej i prawej zdradzieckimi sadzawkami grząskiej ziemi. Jeśli młody wdepnie w takie trzęsawisko, to...

Mężczyzna machnął ręką, podniósł z ziemi swój wór i tobołek chłopaka. Jeśli wdepnie, to trudno. Nie on pierwszy, nie on ostatni, a żyć trzeba. Przed wieczorem powinien dotrzeć do osady, przycupniętej na brzegu jeziora pośród bezkresu puszczy.

Powinien albo powinni – wolałby to drugie, ale też nie zamierzał roztrząsać tego, na co nie miał wpływu.

Zarzucił pakunek na plecy i ruszył dalej, podpierając się krótką włócznią.

Chłopiec biegł przez las. Paprocie biły go po ramionach, gałęzie chwytały za przydużą tunikę, bose nogi ślizgały się i zapadały w miękki mech, ale on na to nie zważał. Przesadzał zwalone pnie i skakał ponad wykrotami. Uchylał się i prześlizgiwał pod nisko wiszącymi konarami.

W końcu przystanął, zrobił dwa kroki w tył i oparł się plecami o drzewo.

Tak. Nigdy tu nie był. I miał wątpliwości, czy był tu ktokolwiek przed nim. Las był idealny, nietknięty stopą człowieka.

Chłopak zamknął oczy i wciągnął głęboko w płuca zapach unoszącej się w powietrzu, lekko dławiącej wilgoci. Dalej znajdowały się już moczary, a Drus wiedział, że nie powinien tam iść. Ziemia potrafiła tam rozstąpić się i złapać za nogę, która wtedy zapadała się głębiej i głębiej, aż w końcu po człowieku nie zostawało nic.

Widział rok temu, jak wrzucono w ten sposób do trzęsawiska człowieka – chyba był jeszcze żywy, ale spał, bo wcześniej dali mu do wypicia magiczny napój. Ubrali go ładnie, zanieśli nad czarną sadzawkę, położyli na brzegu, a ziemia po prostu go połknęła. Potem Gert tłumaczył mu, że tamten zapewnia wszystkim dobre szczęście na cały rok.

Gert był dla niego czymś w rodzaju ojca, starszego brata i opiekuna. Chodzili razem, razem jedli i spali, pomagali sobie – to znaczy Gert pomagał jemu, Drusowi – ale nie byli rodziną. Drus pamiętał, że miał kiedyś rodziców. Chyba jednak go nie lubili, skoro pewnego dnia przyszedł Gert, a oni oddali mu Drusa.

I dobrze. Drus nigdy nie lubił ludzi, a życie z Gertem było ciekawe. Przez większość czasu byli tylko we dwóch. Dużo chodzili. Widzieli wiele osad, z których potem ruszali dalej. Ale przede wszystkim bywali w nowych miejscach.

A to właśnie Drusowi najbardziej się podobało, to dawało mu radość.

Ruszył jeszcze głębiej w las, rozglądając się i nasłuchując. Czasami w takich momentach wydawało mu się, że w szeleście liści słychać słowa albo że trzask konarów drzew układa się w zrozumiałą tylko dla niego melodię... Że muchy bzyczące w pasmach światła, wpadającego w ciemny las przez korony drzew wysoko ponad głową, chcą mu coś powiedzieć. Że świat mówi własnym językiem.

Inni zdawali się tego nie zauważać. Dla nich drzewa były tylko czymś, co rosło i potem się przewracało, samo albo z pomocą ludzi. Muchy po prostu istniały, wiatr jedynie świszczał i wył nocami. W ich pojęciu świat był wyłącznie tym, co widać.

Drus natomiast czuł, że wszystko wokół jest częścią czegoś większego.

Słońce przeświecało pomiędzy liśćmi, kładąc się plamami światła na zielonym kobiercu z mchu i porostów. Jak okiem sięgnąć, wszystko składało się z pokrzywionych, wygiętych i przekoszonych kształtów drzew – dopiero wyrastających, ciągnących ku górze, nachylonych przez wiatr, opartych jedne o drugie... Leżących ogromnymi kolumnami, powoli zapadających w tę samą ziemię, na której wyrosną pokolenia ich następców.

Oczywiście las był pełen zwierząt, ale one Drusa nie interesowały. Widział je kątem oka, znał ich zwyczaje, w razie potrzeby potrafiłby część z nich upolować, część ominąć, a przed pozostałymi po prostu uciec. Ale on od zawsze czuł, że głęboko w lesie mieszka coś jeszcze.

Coś większego, co sprawia, że człowiek ma nocą wrażenie, że jest obserwowany.

Pod nogami zamlaskała woda. Drzewa były tutaj inne, porośnięte szerokimi talerzami blado białych, miejscami sinawych grzybów, z których sączyły się bursztynowe krople trującego soku; nagie korzenie wiły się i przeplatały niczym żmijowe sploty, to niknąc w brudnej wodzie, to wyłaniając się z niej.

Paprocie zniknęły, a na ich miejsce pojawiła się wysoka, rosnąca kępami trawa. Drus trzymał się tej trawy, skrupulatnie omijając te miejsca, gdzie przebłyskiwała pod nią woda. Widać już było fragmenty śliskiej, czarnej ziemi, za którą rozlewały się przykryte zielonym kobiercem rzęsy mętne kałuże. Niby niezbyt szerokie, a jednak on wiedział, że niektóre potrafią nie mieć dna.

Od zawsze zastanawiał się – jak głęboko sięgają i co jest na ich drugim końcu?

Stawiał bose stopy ostrożnie, macając przed sobą grunt. Wiedział, że odszedł już dość daleko, pewnie powinien zawracać... Ale coś wciąż pchało go coraz dalej i dalej, jak gdyby...

I wtedy zobaczył ciało.

W pierwszej chwili nie tyle zdziwił się czy wystraszył, ile poczuł zawód: to miało być tylko jego miejsce! Niezbadane, nieodkryte... a tutaj leżał trup. Nie to, że unosił się w wodzie, więc nie był to ktoś, kto utonął; po prostu leżał pod jednym z drzew, częściowo oparty o nie karkiem i głową. Więc kimkolwiek był, musiał...

...no właśnie, skąd się tu wziął?

Drus podszedł bliżej, wiedziony dziecięcą ciekawością. Było w tym na wpół rozłożonym ciele coś nietypowego. Innego od wielu trupów, trucheł i padlin, jakie widział przez te niewiele lat swojego życia. Owszem, unosiły się wokół niego muchy, pełzały larwy... Ale trawa pod spodem nie była poczerniała i zjedzona przez soki gnilne.

Przykucnął w bezpiecznej odległości, patrząc na objedzoną z mięsa czaszkę. Nie potrafił określić, co mu nie pasowało... Ale wrażenie było takie, jak gdyby po prostu brakowało kawałków samego ciała. Tutaj strzęp włosów trzymających się płata skóry, a tam znów naga, porowata kość.

Wygryzione przez dzikie zwierzęta? Nie, nie było przecież śladów kłów ani pazurów. Wyjedzone przez muchy? Też nie... Rozkładającym się trupom, tak ludzkim, jak i zwierzęcym, zazwyczaj właśnie brakowało kawałków, a larwy kłębiły się we wszelkich otworach, czy to naturalnych, czy znów zrobionych wbrew woli jeszcze żywego człowieka.

A to ciało bardziej przypominało mu... Przez chwilę szukał w swym jeszcze ograniczonym postrzeganiu świata właściwego odniesienia, ale potem uśmiechnął się, pokiwał głową: budowane przez leśne osy gniazdo! Już widoczne i nabierające zamierzonego kształtu, ale wciąż pozbawione zewnętrznej, gładkiej powierzchni.

Zawsze fascynowały go osy i pszczoły. Patrząc na nie, odnosił przemożne wrażenie, że są posłuszne jakiejś wyższej sile, jednemu wspólnemu głosowi, zmuszającemu je do tak skoordynowanej pracy... I to ten głos popycha je do ataku, gdy zakłócić ich mozolny trud.

Przyciągnął do siebie zakrzywiony kijek, zacisnął w ręku i z całej siły dźgnął trupa.

Zerwał się i odskoczył, kiedy ciało drgnęło. Tak, wiedział, że martwi są jeszcze trochę żywi, ale ten poruszył się, rzucił nogą! Drus odsunął się o krok, potem drugi, patrząc jak urzeczony na tkwiący pod żebrami trupa kij.

A potem martwy człowiek obrócił w jego stronę ogołoconą z ciała czaszkę i otworzył pozbawione warg usta.

Drus po prostu odwrócił się i rzucił biegiem przez las.

Gnał przed siebie, a serce łomotało w piersiach, ściskanych przez strach przed nienazwanym. Miał wrażenie, że coś jest za nim, razem z nim, jego śladem pędzi przez las, dogania, wyciąga łapy, aby chwycić go za włosy...

Obejrzał się, noga zaczepiła o konar. Przewrócił się jak długi, uderzył w coś głową, poderwał się i pobiegł dalej, nie zważając na zalewającą oko krew.

Wypadł na ścieżkę pomiędzy paprociami, okręcił się na pięcie i puścił śladem Gerta, którego tunika wciąż migała pomiędzy drzewami w oddali.

W końcu idący traktem mężczyzna zatrzymał się, słysząc tupot jego stóp i szelest rozgarnianych paproci. Poczekał, aż zdyszany Drus go dogoni, bez słowa pokręcił głową. Ujął chłopaka pod brodę, przyjrzał się jego twarzy.

– Hmpf. Mówiłem ci, żebyś uważał z tym bieganiem. – Poślinił kciuk, starł krew i krytycznie obejrzał rozcięty łuk brwiowy. – Niby nie głęboko, a krew wali... Daj, przyłożę liść, będzie mniej boleć.

– Gert! – sapnął chłopak. – Tam, na bagnach, widziałem...

Urwał, zawahał się. Nie był sam pewien do końca, co widział, ale jedno wiedział: to powinno pozostać jego.

Tylko jego.

– Co takiego? – zapytał mimochodem Gert, kręcąc głową: to trzeba będzie przewiązać albo i zaszyć!

– Nie, nic. Nic.

Leżał na posłaniu w chacie i nie mógł zasnąć.

Gert dawno już oddychał równo, pochrapując i przekręcając się z boku na bok. Gospodarz i jego żona zakończyli swoje wieczorne igraszki i też zasnęli. Dzieci spały już na wspólnym legowisku w kącie, od czasu do czasu mrucząc coś i wiercąc się z boku na bok.

I tylko Drusa nie imał się sen.

Patrzył w żarzące się resztką pomarańczu węgle paleniska i myślał. Dawno już przestał zastanawiać się nad tym, co konkretnie widział w lesie; wiedział, że w ten sposób i tak nie pozna odpowiedzi.

Ale przez jego głowę przewalały się tabuny innych myśli.

A jeśli śmierć wcale nie oznacza śmierci? Albo może jest coś więcej, nie tylko życie i jego koniec? Czy możliwe, że to, co dotąd uznawał za oczywiste, wcale takie nie jest?

Zasyczał, kiedy rozcięte czoło po raz kolejny odezwało się bólem, przejechał palcami po nierównych, grubych szwach. Gert musiał go naprawdę lubić, skoro zapłacił tutejszemu leczącemu, żeby ten tak dobrze opatrzył jego ranę.

Odlepił od ranki kawałek strupa, ostrożnie dotknął językiem.

Z osady nad jeziorem poszli jeszcze dalej, do stojących w lesie chat bartników i smolarzy. Tamci długo i zażarcie targowali się z Gertem, ale w końcu zdecydowali się oddać słój pełen słodkiego, złotego miodu w zamian za kilka kolorowych paciorków, które Gert odczepił od swojego naszyjnika, przy okazji wymieniając pełen czarnego, ale dziwnie lekkiego węgla wór na cały kij przesuszonych ryb i nazbierane po drodze zioła.

Drus był smutny, że Gert oddał im coś swojego. Starał się tego nie okazywać, ale tamten i tak musiał widzieć jego skwaszoną minę, bo na postoju sam otworzył słój i kazał mu nabrać palcami miodu.

– Bierz – powiedział. – To płynne słońce, daje siłę i radość. Oddaliśmy im coś, co nie przyda się nikomu, w zamian za tyle szczęścia.

Drus oblizał palce, mlasnął. Rzeczywiście, świat od razu nabrał innych, weselszych barw.

– Przydawało się tobie – powiedział.

– Nie, nie do końca. Ja to miałem, ale nie było mi do niczego potrzebne.

– A do czego ci miód?

Gert uśmiechnął się, stanął przed nim i odwiązał opatrunek. Umoczył palec w miodzie, maznął po ranie.

– Miód daje zdrowie i siłę, powiedziałem ci przecież. Leczy rany. Sprawia, że ciało się odbudowuje. Potrzebowałem go, żebyś ty był szczęśliwy i zdrowy.

– Ale... ale przecież w końcu go zjemy. Co wtedy?

– Część zjemy, tak. Część wymienimy i sprzedamy innym. Wtedy zostanie nam tylko ten słój, który też do czegoś się przyda... Ale nic nie przepada. Wszystko staje się czymś innym, i tak powinno być, bo dzięki temu znów będziesz zdrowy.

Chłopak zastanowił się.

– Miód staje się ciałem?

– Można tak powiedzieć. Nawet kiedy człowiek krwawi, to krew wsiąka w trawę, wyrasta z niej drzewo. Drzewo upada, zbierasz z niego gałęzie, które stają się ogniem i popiołem. Popiół wraca do ziemi, ogień ulatuje dymem, a potem wraca jako deszcz, który podlewa trawę.

Drus pokiwał głową, zatopiony we własnych myślach. Nie wiedział, jak o to zapytać ani jak powiedzieć... Ale po raz pierwszy miał wrażenie, że Gert może się mylić.

Nie wszystko na świecie podlegało prawom, o których mówił.

Minęło dobre parę tygodni, nim znów odwiedzili osadę nad brzegiem jeziora.

Drus nie powiedział Gertowi o tym, co znalazł na skraju bagien. Do tej pory mówił mu o wszystkim, dokładnie o wszystkim. O tym, co go bolało, co myślał, jak uważał, o wszystkich wątpliwościach... Zwierzał się z każdego przemyślenia.

Ale nie tym razem. Tamto ciało, tamto... TAMTEN... Nie miał nawet na to słowa, ale wiedział, że to jest tylko jego. Gert nie zrozumie albo spróbuje wytłumaczyć zbyt prostymi słowami. A tego tłumaczyć się nie powinno.

Szli znów ścieżką pomiędzy paprociami, po lewej i prawej mając podmokłe dolinki i rozlewiska. Gert jak zwykle przodem, Drus za nim... Tylko tym razem wyciągał głowę, wypatrywał miejsca. Gdzie to było?

Pamiętał rozłożysty buk, opleciony u dołu przez krzew z czarnymi jagodami, a obok niego zwaloną, pękniętą na pół sosnę. To musiało być gdzieś tutaj, jakoś...

Tu.

– Gert... – odezwał się Drus.

– Hmm?

– Gert, ja zaraz wrócę. Poczekasz na mnie?

Jego opiekun zatrzymał się, odwrócił. Uniósł brwi; chłopak po raz pierwszy zadawał mu takie pytanie. Teraz schodził rakiem ze ścieżki, chowając się w zieloną gęstwinę paproci.

– Drus, co...?

– Poczekaj! – krzyknął chłopiec, puszczając się biegiem.

– Zostaw tylko tobołek! – zawołał mu w ślad Gert, a potem po prostu machnął ręką: a, niech sobie biegnie.

Drus odbiegł kawałek, a potem zwolnił, przeszedł w marsz. Rozglądał się uważnie, próbując znaleźć te same drzewa, te same miejsca; skręcił, potem cofnął się po własnych śladach. Rozejrzał się. Tak, to było tutaj, to tędy szedł. I teraz powinno być to pierwsze jeziorko... Tak, tak! Nieco z boku, ale było tam, chociaż podchodził do niego z drugiej strony.

Zagłębiał się coraz bardziej w las, czując, jak coś ciśnie mu na piersi. Dosłownie jak gdyby czuł jakąś obecność, coś... coś jeszcze. Coś więcej niż tylko drzewa i zwierzęta, niż przeświecające przez żółknące korony drzew słońce i zasnute chmurami niebo.

W końcu dotarł na brzeg moczarów i ruszył w stronę, gdzie zdawało mu się, że wtedy znalazł dziwne ciało. Tobołek zawadzał i ciążył, ale Drus nie zwracał na to uwagi. Tym razem jego wycieczka nie była tylko przypadkiem.

Tak, to tam. To tamto drzewo. Już stąd widział unoszące się w powietrzu rojem muchy, niemalże słyszał niskie bzyczenie. Trup nadal tam był. Patyk tkwił tak, jak zostawił go Drus, wbity pod żebra...

Ale samo ciało zmieniło się.

Powoli, ostrożnie podszedł bliżej. Spodziewał się... spodziewał się, że z trupa niewiele już zostanie. Nie, inaczej: sam nie wiedział, czego konkretnie się spodziewał. Z jednej strony liczył na coś innego, dziwnego. Z drugiej miał świadomość, że przez ostatnie dwa miesiące leżące w bagnie ciało powinno w zasadzie zamienić się w niemalże objedzony z mięsa szkielet.

Tymczasem ono nie tylko się nie rozłożyło, ale wręcz wyglądało... lepiej. Pojawiło się kilka dodatkowych płatów skóry, wcześniej jak gdyby nadgryziona kość była już cała i zaczynały rysować się na niej żyłki naczyń krwionośnych.

Drusowi nie wydawało się to niemożliwe. Skoro proces zachodził w jedną stronę, to tutaj najwyraźniej przebiegał tak samo, ale... ale odwrotnie.

Natomiast samo nasunęło mu się na myśl określenie „cudowne”.

Stał tak i patrzył na trupa, który chyba jednak nie był trupem. Na ciało, które umarło, a teraz... teraz robiło coś zupełnie odwrotnego niż wszystkie inne. Na ciało, które zamiast znikać – pojawiało się.

Nie zastanawiał się nawet. Po prostu sięgnął do swojej sakwy, wyjął wyskrobany z dzbana po miodzie puc słodkiego, gęstego wosku, zawinięty w liście.

– Aby to, co porwane, znów stało się całe – szepnął, a potem rzucił go trupowi pod rękę.

Nie stało się nic. Ciało nie drgnęło, nie poruszyło się, nie sięgnęło po dar... Ale on miał poczucie, że zrobił właśnie to, co powinien. Że zachował się tak, jak należy.

Chciał już odejść, ale zawahał się. Było coś, co zrobił poprzednim razem... Coś, po czym to, co było martwe, ożyło.

Wziął kij, ale tym razem dłuższy. Ujął w dwie ręce, odetchnął głęboko. Zacisnął oczy.

– Żebyśmy byli zdrowi, ja i Gert! – wyrzucił z siebie, a potem z całej siły dźgnął trupa. Gałąź weszła miękko pomiędzy blade zwoje wnętrzności, zachrobotała o coś i utknęła – a ciało po raz kolejny poruszyło się, szarpnęło i rzuciło głową.

Drus zamarł w bezruchu. Ledwie zaznaczona cienką warstwą skóry powieka zatrzepotała i uchyliła się, odkrywając mlecznobiałą powierzchnię gałki ocznej... a spomiędzy pozbawionych warg ust wyrwał się najlżejszy szmer uciekającego z płuc powietrza.

Chłopak odwrócił się i pobiegł ile sił w nogach.

Nadeszła jesień, a wraz z nią słoty i mgły. Gert, jak to miał w zwyczaju, poprowadził ich w inne okolice, gdzie mieli większe szanse na spędzenie kolejnej zimy. Szli od osady do osady, od wioski do wioski, wymieniając, handlując, czasami żebrząc, czasami wręcz biorąc bez pytania... Ale gdziekolwiek byli, Drus zawsze wyruszał na samotną wędrówkę w las.

Nigdy nie mówił, dokąd chadza, a Gert nie pytał. Nawet nie wnikał, po co chłopak od czasu do czasu bierze ze sobą ogryzione kości, zioła albo chociażby kilka niedopalonych węgli z ogniska; ot, młody zawsze był inny. Drus jednak wiedział, po co chodzi. Zostawiał te dary w lesie pod drzewami, wiedząc, że w końcu wróci w tamto miejsce.

Zima była mroźna i długa. Śnieg pokrył wszystko grubym białym kobiercem, zmuszając ich do przytulenia się na obrzeżach jednego z większych siedlisk. Tam pomagali, w czym mogli i komu mogli, imając się każdej pracy: a to trzeba było naprawić strzechę, a to nanieść drewna na ogień, pomóc oprawić skóry, zastawić wnyki...

Gdy zaś nie było już czym handlować ani komu pomagać, Gert opowiadał.

Opowiadał o tym, co widział i czego nie widział, co słyszał i co po prostu wymyślił. Ludzie słuchali z rozdziawionymi ustami, nie mogąc się nadziwić: jaki wielki jest świat! Ci z równin chcieli słuchać o dolinach i wzniesieniach. Mieszkańcom głębokich lasów w głowach się nie mieściło, że istnieją jeziora. Z kolei urodzeni i wychowani nad rzekami dziwili się, że są miejsca, gdzie wodę trzeba czerpać ze studni.

A on mówił, mówił, mówił... I zawsze urywał opowieść tak, że coś pozostawało niedopowiedziane. Niedokończone, brakujące, jak ostatni kęs nazbyt małego pszennego placka. Tak więc zapraszano ich, by zostali na noc... i jeszcze jedną... i kolejną... I tak dalej.

Gert mówił, a Drus słuchał wraz z innymi. Słuchał – ale też czuł, że zaczyna nosić w sobie własną opowieść.

Dlatego też kiedy w końcu stopniały śniegi, a na polach pokazała się świeża trawa, zaczął namawiać swego opiekuna, aby jeszcze raz odwiedzili osadę nad jeziorem, do której idzie się przez ścieżkę pomiędzy bagnami.

– Co, miód ci się marzy? – śmiał się Gert. – Ech, niedźwiedziu mały! Na to trzeba zarobić, uzbierać, żeby było za co go kupić... A patrz, jak nam się brzuchy przez zimę zapadły!

Śmiał się i żartował, ale nie odmawiał. Tak więc od osady do osady, od chaty do chaty, szli w tamtym kierunku.

– Poczekaj na mnie!

Gert rozłożył ręce w geście niedowierzania, ale było już za późno: Drus pędził przez paprocie, ściskając w ręku zawiniątko, które tak pieczołowicie próbował przed nim ukrywać.

Rzecz jasna, nie do tego mu było, żeby grzebać chłopakowi po jego sakwie. Ot, zbierał coś po drodze, no to zbierał. Każdy miał jakiś swój czy to amulet, czy to talizman, coś noszonego na szczęście; może podpatrzył u kogoś po drodze i też chciał taki sobie zrobić? W końcu tylko patrzeć, jak młodemu zacznie się sypać wąs. Najwyższa pora, żeby miał coś swojego.

Tymczasem Drus biegł przez las, czując, jak w piersi radośnie kołacze mu serce. Od samego początku wiosny zbierał dary i teraz cieszył się, że podzieli się nimi z... z tym, kto mieszkał na bagnach.

Wciągnął z sykiem powietrze: ciało leżało w tym samym miejscu! Owszem, dało się dostrzec, że przez zimę część skóry oblazła z czaszki, a tkanki jakby wyschły i skurczyły się, ale nadal tam było.

– To ja, Drus – powiedział półszeptem, wyciągając przed siebie zawiniątko. – Przyniosłem ci coś.

Uklęknął, odwinął wyprawioną skórkę wiewiórki. Wyjął ze środka kilka kamyków, które znalazł przy drodze, czaszkę pierwszego złapanego w sidła ptaka, trochę kostek ze szczególnie smacznych pieczeni... Podebrany z barci śpiących pszczół leśnych kawałek wosku, o który miał z Gertem taką straszną kłótnię. Przysunął się bliżej, ułożył to wszystko przy nogach trupa nie trupa.

– Obyśmy byli z Gertem zdrowi. Żebyśmy dali radę przechodzić kolejną wiosnę, i żeby latem nie było burz. I... – zawahał się – żeby potem przyszła jesień, a po niej zima. A ty nadal tu będziesz.

Ciało nie poruszyło się. Drus ułamał kawałek kijka, tym razem dźgnął je w ramię – nie stało się nic. Spróbował jeszcze raz, w brzuch, potem w głowę. Nadal nic.

Wrócił do Gerta niepocieszony. Tamten, jak to on, nie pytał, ale w końcu Drus odezwał się sam:

– Gert...?

– Hmm?

– Co jest największym darem, jaki można komuś dać?

– Krew – bez wahania odpowiedział tamten. – Swoją, kiedy walczysz za niego, albo cudzą, kiedy go bronisz. Matka daje krew dziecku, kiedy ono przychodzi na świat. Gdy umieramy, oddajemy krew ziemi.

Drus pokiwał głową, zatopiony w myślach.

Będzie musiał przynieść na bagna coś cenniejszego.

Ku jego radości wrócili do osady nad jeziorem jeszcze przed latem.

Drus po raz kolejny ruszył na swoją wyprawę, tym razem mając wręcz pewność: ON tam będzie. Wszystko wokół się zmieniało, a on po prostu był.

Był. W tym samym miejscu pod drzewem. Wyglądał lepiej niż po zimie, ale znać było, że nie ma go tak dużo jak jesienią. Muchy kręciły się jakby żywiej, ciało w kilku miejscach narosło, znów widać było pasmo długich włosów i wypełniony białawą mazią pęcherz w oczodole.

– To ja, Drus – powiedział chłopak. – Przyszedłem, jak zwykle... I mam nadzieję, że tym razem mnie słyszysz. To dla ciebie.

Wyjął z sakwy kilka podebranych z gniazd jajek. W pierwszej chwili chciał je po prostu położyć, ale potem w każdym z nich zrobił patykiem dziurkę i wylał zawartość na ziemię. W ten sposób wiedział, że to... że zostały ofiarowane. Że już nikomu do niczego się nie przydadzą.

– Niech lato będzie ciepłe. Żebyśmy mieli co jeść, i niech Gerta nie boli kolano. Zrób tak... A ja następnym razem przyniosę ci coś więcej.

Wędrowali z Gertem to tu, to tam, nosząc towary, opowieści i czasami służąc za przewodników nielicznym podróżnym. Za każdym razem, gdy Drus przechodził ścieżką pomiędzy paprociami, zanosił coś istocie z bagien.

W końcu lato minęło, nadeszła jesień. Liście zaczęły żółknąć i spadać z drzew. Drus wiedział, co to znaczy: po raz kolejny ruszą w cieplejsze kraje, przeczekają zimę, a potem wrócą... Ale wiedział, że musi się pożegnać ze swoim Opiekunem.

Bo tak też zaczął nazywać istotę z bagien.

To, że wszystko im się układało, że Gert nie chorował, a on uczył się zakładać wnyki, na pewno miało coś wspólnego z tym dziwnym nie-trupem. W końcu przynosił mu dary i prosił o coś, a to potem się działo.

Więc musiało tak właśnie być, prawda?

Obserwujący Drusa mężczyzna nie pytał nawet, po co zastawiane dzień wcześniej sidła. Nie wnikał, kiedy chłopak zabronił mu zabijać zwierzynę. Nieszczególnie nawet się zdziwił, kiedy ten po raz kolejny zostawił go na ścieżce pomiędzy paprociami, a sam popędził przez las, trzymając schwytanego zająca.

Nad moczarami wisiała mgła, drzewa dosłownie oblepione były wilgocią. Krople skapywały z gałęzi, szemrały, uderzając o rozłożyste liście, rozbryzgiwały się na nagich korzeniach. Cały las zdawał się szeptać, nucić swoją melodię, w której idący Drus nadal słyszał słowa – ale tym razem wiedział, że te słowa skierowane są do niego. Wołają go. Prowadzą coraz głębiej.

Starał się oddychać jak najpłycej, jak gdyby sama jego obecność mogła zakłócić spokój tego miejsca. Z każdą wizytą uczucie niesamowitości narastało, jego odczucia i wspomnienia przeplatały się i nawarstwiały, rezonowały jedne z drugimi. W głowie pojawiały się myśli, których wcześniej nie było.

Zaczynał widzieć porządek w chaosie. Każde zwalone drzewo, każda górka mchu miały tutaj swoje znaczenie. Zrywające się z gniazd, pokrzykujące ptaki stanowiły rysujący się coraz wyraźniej wzór.

Nic nie było przypadkowe.

Wkroczył w biały, gęsty tuman. Ledwo słyszał własne kroki, opar otulał go szczelnie, kłębił się i wirował dziwnymi kształtami, wśród których zdawały się poruszać postaci ludzi i sylwetki niezwykłych zwierząt.

Powinien się bać, ale mimo to nie odczuwał strachu. Wiedział, że tutaj, na tym bagnie, nic go nie skrzywdzi. To było miejsce należące do Istoty, to Ona stanowiła tutaj prawa.

Dawca szczęścia. Ten, co sprawiał, że bogactwo nie opuszczało jego i Gerta. Wysłuchujący dobrych próśb, błogich słów.

Błogosławiący.

Szedł niemalże na pamięć, znając już dobrze drogę. W końcu stanął nad brzegiem ciemnej sadzawki. Po jej drugiej stronie wznosił się potężny dąb, pod którym leżało ciało.

– To znowu ja, Drus. Nie zapomniałem o tobie, widzisz? I wiem, że ty też pamiętasz o mnie. Dziękuję ci, że czuwasz nade mną i nad Gertem... I że dzięki tobie nauczyłem się zastawiać wnyki. Patrz, co mam!

Podniósł za słuchy schwytanego rano, półżywego ze strachu zająca. Zwierzak znów wierzgnął, chciał się wyrwać, ale chłopak złapał go za kark i za łebek, pewnym ruchem szarpnął. Chrupnęły kręgi, ciałko zwiotczało w dłoniach Drusa. Trzymając je wciąż w wyciągniętych rękach, podszedł bliżej, ułożył jeszcze ciepłą ofiarę u nóg istoty z lasu.

– To dla ciebie – powiedział, patrząc w zaciągnięte błoną oczodoły.

Sięgnął do paska, odczepił nożyk, który zrobił mu zimą Gert – ot, rozszczepiony kawałek drewna, wsadzony w szczelinę kawałek pośledniego żelaza, całość obwiązana świeżo zdartymi paskami skóry... Niby nic, ale Drus był z nożyka bardzo dumny, bo to znaczyło, że Gert przestaje uważać go za dziecko.

Zastanowił się chwilę, a potem naciął skórę tak, jak pokazywał mu Gert – na karku, potem niewprawnie dookoła, wzdłuż podbrzusza... Szło mu to z trudem, nożyk nie był zbyt ostry, ale Drus mimo to starał się bardzo, pomagając sobie palcami, częściowo rwąc tkanki. W końcu ściągnął skórę, rozłożył na mchu obok Istoty.

– To żeby Gert dobrze się czuł.

Rozciął podbrzusze, zaczął kawałek po kawałku wyjmować wnętrzności. Jelita, wątrobę, żołądek...

– Żeby nie brakło nam jedzenia zimą.

Płuca.

– To jak choroba ma przyjść, żeby poszła na kogo innego. Na tego, co nas nie wpuścił, jak padał deszcz!

Serce.

– A to... – zawahał się. – To ode mnie dla ciebie. Żebyś pamiętał o mnie tak, jak ja o tobie.

Popatrzył na uwalane krwią dłonie. Sam nie wiedział czemu, ale przejechał palcem po czole i po policzkach, zostawiając szkarłatne ślady, potem podniósł na wpół oprawione truchło i położył na ułamanej gałęzi ponad ciałem – tak, że czerwone krople skapywały na czaszkę Istoty. Ujął kolejny kijek, tym razem przyniesiony ze sobą, delikatnie wbił w lewą nogę, w miękkie, włókniste mięśnie.

Trup drgnął, ale Drus się nie wystraszył. Spodziewał się tego, miał na to nadzieję! Gert miał rację, że Istota potrzebowała krwi jako największego daru.

Czaszka przekręciła się ku niemu, powieki znów zadrgały, ledwo zauważalnie podniosła się pierś. A potem wraz z ulatującym spomiędzy poszarpanych warg powietrzem uniosło się jedno słowo:

– Zahred...

Opowieść pierwsza

Drus, poczekajże na mnie!... Skaranie z tobą, tak pędzisz!

Idący przodem młodzian obrócił się, machnął wesoło ręką do wyłaniającego się spomiędzy drzew, lekko już siwego towarzysza i zawołał:

– Piękny dzień, Gert! Spójrz, jesień w pełni... Grzyby tylko rwać, same w ręce się pchają!

Ten uśmiechnął się, pokręcił głową. Ledwie co prowadzał tego chłopaka za rękę, własnym ciałem osłaniał od zamieci śnieżnej, oddawał co lepsze kąski mięsa i sam plótł mu pierwsze łapcie z łyka... A teraz to tamten go łaja i jako pierwszy rusza w drogę.

Drus wyrósł pięknie, Gert zaś był z niego naprawdę dumny. Sprężysty chód, szerokie plecy, wąska kibić, kark jak u młodego byka. Oczywiście musiał się jeszcze sporo nauczyć. Nadal jego młodzieńcza siła i entuzjazm łatwo obracały się przeciwko niemu, a doświadczenie starszych bez trudu zapędzało w kozi róg jego pewność siebie, czy to w pracy, czy podczas zapasów... Ale jeszcze dwa, trzy lata i to on stanie się tym, który już zawsze będzie przewodził.

Drus zatrzymał się, rozłożył szeroko ręce, przymknął oczy i odchylił głowę. Pozwolił, żeby przesączające się przez korony drzew światło słońca prześlizgnęło mu się po twarzy, zagrało kolorowymi plamami po lnianej tunice, barwionej wywarem z rdestu i wierzby, musnęło spleciony z rzemieni pasek, przetykany białymi kulkami muszelek.

Kiedy idący wolniej Gert w końcu się z nim zrównał, Drus odetchnął głęboko i zapytał:

– Poczekasz?

– Poczekam, poczekam... Zawsze czekam przecież. A ty może mi kiedyś w końcu powiesz, co tam jest?

Drus zawahał się, w jego oczach błysnęło coś... Coś, co Gert czasami tam zauważał i nie wiedział, co o tym myśleć. Jakby głęboko w duszy skrywana tajemnica, coś bardzo, ale to bardzo osobistego.

– Kiedyś tak – odparł, zostawiając na ścieżce swój pakunek. – A teraz popilnuj... staruszku!

– Och, ty szczeniaku! – krzyknął Gert, chciał złapać tamtego za grzywę, ale Drus tylko wykręcił się, skoczył w paprocie i śmiejąc się głośno, pobiegł w las.

Wiekowe, porośnięte grubą warstwą mchu drzewa wznosiły się potężnymi kolumnami pni, dźwigających na sobie ciężar łączących się w jednolite sklepienie koron. Jeszcze niedawno zielone liście barwiły się już odcieniami rudości, brązu i żółci, przez co rozciągający się wysoko ponad głową Drusa kobierzec skrzył się tuzinami kolorów, niczym najpiękniej barwiona szata.

Uwielbiał las jesienią. Całym sobą chłonął tę porę, kiedy lato już zaczynało chylić się ku końcowi, a noce robiły się chłodne, ale jeszcze nie nadeszły słoty i przenikliwy ziąb zbliżającej się zimy. Wtedy najbardziej i najmocniej czuł, że świat wokół niego żyje, że cały podporządkowany jest tym samym prawom młodości, dorastania i nieuniknionej starości.

Cały – z wyjątkiem niezmiennie trwającej na mokradłach Istoty.

Wyszedł spomiędzy gęstych zarośli, spojrzał na przebijające się przez listowie słońce i skręcił nieco w prawo. Znał tu każdy zakątek.

Jako że było jeszcze dość ciepło, a charakterystycznie zgięte wpół drzewo na wprost nie zmieniło koloru w pełni, wybrał ścieżkę wczesnej jesieni, prowadzącą obok wystającego z ziemi omszałego głazu.

Przez te lata, kiedy przychodził na bagna, odnalazł właściwą drogę na każdą porę roku, dnia i nocy. Wiosną szedł od lewej strony, pomiędzy zdradliwymi czarnymi jeziorkami pełnymi mętnej wody, gdzie kwitły żółte kwiaty na długich łodygach.

Latem wybierał trasę na wprost, pomiędzy dwoma rozchylonymi na boki dębami, które w jego umyśle symbolizowały porę przejścia, połowę mijającego roku.

Jesienią, tak jak teraz, zmierzał skrajem trzęsawiska, gdzie krzewiły się gęste jarzębiny, a dalej, na stoku pagórka, rosły w szerokich kręgach białawe grzyby; podejście było wtedy trudniejsze, ale widział przed sobą już z daleka rozłożyste konary prastarego dębu i wychodził z drugiej strony drzewa, za którym spoczywał jego Opiekun.

Zimą natomiast ruszał okrężną drogą, ostrożnie stąpając po warstewce lodu na kałużach i trzymając się ośnieżonych gałęzi na wpół uschłych buków.

Wszystko miało swoje miejsce. Każda droga, nieważne, jak bardzo okrężna, prowadziła w miejsce, które Drus zaczął uznawać za centrum swojego świata i czcić.

Zatrzymał się przy nasadzonej na rosochaty kij czaszce jelonka, którego upolowali z Gertem trzy lata temu. Skrzyżował ramiona na piersiach i pochylił głowę na znak szacunku: wkraczał na świętą ziemię, gdzie każdy krok miał swoje znaczenie.

Zrozumiał to rok temu, kiedy pomylił drogi. Niewiele później skręcił kostkę, Gerta podrapał ryś, na którego legowisko nieopatrznie weszli pod rosochatą sosną, a zagrodę jednego z ich zaprzyjaźnionych gospodarzy zaatakowali rabusie. Drus od razu wiedział, że to wszystko jego wina, że to on nieopatrznie zawinił przeciwko Istocie... Ale nie mógł o tym nikomu powiedzieć!

Gert oczywiście zauważył od razu, że jego podopieczny czymś się gryzie, że coś go trapi. Próbował wypytywać Drusa, ale ten milczał jak zaklęty, myśląc tylko o tym, jak może przebłagać Istotę.

Powoli docierało do niego, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na jego barkach. Aż bał się myśleć, co mogłoby się stać, gdyby miał tam przypadkiem trafić ktoś niewiedzący, jak należy się zachować, co robić, jakich słów używać! A przecież mokradła były całkiem niedaleko od ścieżki, łączącej dwie osady po grobli między jeziorami. Mógł tam trafić, zabłądzić ktokolwiek.

Mimo to Istotę znalazł właśnie on, Drus. I nie mogło to być dziełem przypadku.

To właśnie jego wybrała na swego sługę, obrońcę i powiernika.

Teren opadał, po obydwu stronach dróżki przebłyskiwała już woda. Rozpięte pomiędzy wysokimi trawami pajęczyny lśniły od kropel wilgoci, gdzieś wysoko kwilił jakiś niewidoczny wśród listowia ptak. W powietrzu wisiała delikatna mgiełka, na której promienie słońca kreśliły długie, lśniące stożki pomarańczowego blasku.

Stanął na skraju trzęsawiska. Powtykane w ziemię kije z zawiązanymi wymyślnymi węzłami z kory wyznaczały pierwszy z trzech kręgów, jakie zbudował dla swojego Opiekuna. Drugi składał się z układanych w misterne kopczyki resztek ofiar, skorup glinianych garnków i wszystkiego, co tylko Drus dał radę znieść w ramach podarków. Trzeci wyznaczały czaszki upolowanych zwierząt, pozbawione mięsa kości wisiały zaś w powiązanych łykiem długich pękach na suchych gałęziach drzew.

A tam, u stóp ogromnego dębu, leżał On.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Michał Gołkowski COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2019

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-438-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Mariusz Kozik

PROJEKT OKŁADKI Szymon Wójciak

ILUSTRACJE Vladimir Nenov

REDAKCJA Agnieszka Pawlikowska

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ [email protected]

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow