Spiżowy gniew - Michał Gołkowski - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Wyobraź sobie, że nie możesz umrzeć.

Królestwa upadną, miasta zamienią się w proch. Wiatr zatrze imiona zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Przyjdą nowi ludzie, nowe nazwy, rzeczywistość zabrzmi obcymi językami.

A ty wciąż będziesz trwać, powracając za każdym razem.

Przeklęty za niewypowiedziane zbrodnie, czy może ponad miarę umiłowany przez bogów? Sam nie jesteś już pewien. Wiesz tylko, że zrobiłbyś wszystko, byleby przerwać ten krąg. Po raz ostatni zamknąć oczy – i nie musieć już nigdy ich otworzyć.

Pośród ogłuszającego bzyczenia much, w miękkim szeleście pełzających po twoim ciele larw, wśród coraz to kolejnych spazmów i skurczy powracającego do życia ciała, masz jedną jedyną rzecz, jakiej nie odebrał ci ani czas, ani bogowie.

Imię, które dźwigasz ze sobą niczym najcięższe brzemię przez bezkres czasu.

Zahred

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 567

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Pamięci mojej Babci,

Prolog

Na początku były larwy, pełzające wewnątrz nagiej czaszki.

Grube, oślizgłe, niemalże półprzezroczyste robaki poruszały się krótkimi, spazmatycznymi ruchami, kawałek po kawałku przesuwając się po pokrytym cieniutką warstewką skóry czerepie. Każdy z nich zostawiał po sobie ślad lepkiego śluzu, błyskawicznie schnącego i zastygającego w skwarze popołudnia.

Nad cuchnącym trupem kłębiły się setki, tysiące spasionych robacznic. Gorące od słońca, falujące powietrze pełne było bzyczącego szumu, nierównego, wznoszącego się i opadającego.

Co rusz któraś z much lądowała, przychylała odwłok i pracowicie składała coraz to nowe jajeczka w osłoniętych od palącego słońca zakamarkach odchodzącej od kości skóry.

Zdawało się, że ciało aż kurczy się i faluje, poruszane ruchami mięśni... Ale to tylko lśniące czarne żuki pieczołowicie ryły swoje korytarze w martwej tkance.

Pustynny ptak ścierwojad już od dłuższego czasu obserwował tę ucztę. Wcześniej z jakiegoś tylko sobie wiadomego powodu nie próbował podlatywać bliżej, ale teraz najwyraźniej zmienił zdanie: w okolicy nie było widać ludzi, porośnięte rzadkimi krzewami wydmy świeciły pustkami od horyzontu aż po horyzont.

Ptak zniżył lot, wciąż przyglądając się szaroburej, nierównej plamie leżącego pośród kamieni nagiego ciała.

W końcu zatrzepotał skrzydłami i wylądował, płosząc kilka żuków. Przechylił łeb, niepewnie podskoczył kawałek bliżej. Popatrzył na rojące się robactwo. Podsunął się jeszcze. Widział miękki, nieosłonięty skórą kawałek mięsa w pachwinie trupa. Trochę bliżej...

Pozbawiona skóry dłoń zadrgała spazmatycznie, szarpnęła się po ostrych kamieniach.

Padlinożerca odskoczył ze skrzekiem, poderwał się w powietrze i przefrunął na nieodległy kamień. Rudymentarna pamięć podpowiadała ptakowi: to się zdarzało. Mięso potrafiło jeszcze się poruszyć. Wtedy trzeba było odczekać.

Po jakimś czasie ścierwojad zeskoczył z głazu i zbliżył się ku soczystemu kęsowi na podudziu. Złapał dziobem, szarpnął – a wtedy trup się poruszył!

Zatrzepotały skrzydła, unosząc ptaka na bezpieczną odległość. Znajdzie inną, mniej nietypową zdobycz.

Larwy much kontynuowały swój taniec po ciele, nieświadome przebiegających po nim dreszczy i skurczów. Gdy rozwarły się pozbawione warg usta, kilka co odważniejszych owadów wleciało w czeluść przełyku, żeby to tam złożyć cenne zalążki młodych.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Długie cienie zaległy na wzgórzach, oświetlając wciąż stojące tu i ówdzie węgły budowli, wyciągając z pozornego chaosu kamieni zarysy prostokątnych fundamentów.

Wreszcie nadeszła noc w odcieniach głębokiego granatu.

Muchy odleciały, ale larwy niestrudzenie kontynuowały swą pracę. Przesuwały się po bielmach oczu, wiły w nagich, pozbawionych skóry zakamarkach małżowin usznych.

W dzwoniącej ciszy pustynnej nocy rozbrzmiał kaszlem spazm podrażnionych płuc. Potem drugi, gdy kurczące się gwałtownie tkanki próbowały wyrzucić z siebie rojące się robactwo, wykasłać na zewnątrz coś, co nie było częścią organizmu.

Księżyc bladł, przygasały gwiazdy. Na wschodzie pojawił się pasek różu, zwiastujący nadejście dnia.

W końcu znad widnokręgu wychynęło słońce, zalewając świat pierwszym, chłodnym światłem.

Gdy wrócił ptak padlinożerca, na miejscu ciała nie było nic. Tylko wirujące w powietrzu, wciąż kłębiące się wokół zapachu rozkładu muchy i kilkanaście pełzających po szybko nagrzewającym się piachu larw, skazanych na nieubłaganą śmierć.

I ślady powłóczących stóp. Nierówne. Chwiejne. Ciągnące się krzywymi liniami poprzez dziewicze wydmy.

Szedł.

Parł naprzód, nie do końca jeszcze wiedząc, co się dzieje. Czuł, że zaraz zrobi się gorąco; wiedział, że musi znaleźć schronienie, bo w przeciwnym razie palące promienie słońca wysuszą jego ciało na wiór.

Bose stopy, pozbawione skóry podeszew, kaleczyły się o ostre kamienie. W niespójną jeszcze tkankę wbijały się palące bólem ziarna piachu.

Zaciskał chwiejące się w miękkich dziąsłach zęby i szedł, próbując zamglonym wzrokiem odwodnionych oczu wypatrzyć jakikolwiek załom wśród skał. Nawis. Jamę. Cokolwiek, co da mu odrobinę cienia!...

W końcu skulił się, drżąc, pomiędzy dwoma wielkimi głazami. Widział, jak po dłoniach i nogach pełzają larwy; muchy też już odnalazły jego ślad, wirując ciemnym kłębem w powietrzu, wpełzając do uszu i nozdrzy.

Zamknął oczy, próbując wycofać umysł na dno świadomości. Przestać istnieć. Zniknąć.

Jedna jedyna myśl nie dawała mu tylko spokoju. Jedno jedyne słowo, które kołatało się i tłukło w klatce umysłu, nie do końca potrafiącego jeszcze poradzić sobie z połączeniem po raz kolejny tego, że „wtedy” wydarzyło się o tyle wcześniej niż „teraz”.

– Zahrrr... – zacharczał, ale gardło nie dało rady uformować koniecznych zgłosek.

Kiedy minął skwar dnia, a słońce zaczęło chować się za wydmami, ostrożnie wychynął ze swej kryjówki.

Zapadł zmierzch, wieczór; wreszcie nadeszła z początku rześka, a potem lodowato zimna pustynna noc. Rozgwieżdżone niebo skrzyło się miriadą świetlnych punkcików, jaśniejszych i mniej wyraźnych, mniejszych i większych. Wypatrzył w końcu Strażniczkę Południa, ruszył na jej azymut.

I tak nie miał celu, wyłącznie kierunek.

W głowie wirowały, rozbłyskiwały i zaraz gasły łańcuchy wspomnień. Twarze, imiona, miejsca. Wydarzenia i powiązania. Nazwy.

Zupełnie teraz nieistotne.

Szedł tak kilka dni, aż w końcu natrafił na innego człowieka.

Tamten musiał być wędrownym kupcem albo po prostu podróżnikiem. Może przemieszczał się z miasta do miasta, o ile jakieś w ogóle były w tej okolicy? Niewykluczone.

Spał zawinięty w dwa pledy przy dogasającym ognisku, z podłożoną pod głowę sakwą podróżną. Osiołek drzemał nieopodal, ale uniósł łeb i zastrzygł uszami, widząc wyłaniającą się z ciemności postać.

Przybysz cofnął się w mrok, idąc od kamienia do kamienia. Za mały... za duży... nie taki kształt... W końcu znalazł właściwy. Schylił się, ujął w dwie ręce i sapiąc ciężko, wrócił ku obozowisku.

Stanął nad oddychającym miarowo nieznajomym. Popatrzył chwilę na spokojną twarz śpiącego, na wygładzone przez sen rysy twarzy. Na poorane głębokimi zmarszczkami trudów życia czoło.

Wzniósł kamień nad głowę, a potem z całej siły opuścił, miażdżąc nieznajomemu czaszkę.

Rozdział I

Następca tronu, książę Tyrsen z rodu Argona, odgarnął z czoła kosmyk płowych włosów i spojrzał roztargnionym wzrokiem w okno. Westchnął ciężko, potrząsnął głową.

– Naprawdę, to nie jest najlepszy pomysł – odezwał się.

Sarsana uniosła pytająco wielkie orzechowe oczy, ani na chwilę nie przerywając swego zajęcia. Książę westchnął jeszcze raz i opadł w tył, na łoże, wyciągając ręce nad głową.

– Kiedy przyjedzie ambasador, to ja powinienem siedzieć po prawej stronie. Ojciec nie ma racji, ślepo trzymając się protokołu.

– Hmm-m?

– Dokładnie tak. Można, owszem, a nawet należy pokazać nasz szacunek dla Młodszego Królestwa. Ale nie posuwałbym się aż tak daleko, żeby dawać im do zrozumienia, że traktujemy Messembrię na równi. W końcu... Ach, nie tak mocno!

– Mhm.

Cmoknął z niezadowoleniem i podniósł się do pozycji siedzącej, żeby sięgnąć po puchar wina, śliski od osiadających na powierzchni złota kropelek wody. Upił łyk, odstawił znów na stolik. Przejechał ręką po ramieniu i szyi, wplótł palce we włosy dziewczyny, miarowo pracującej ustami na wysokości jego lędźwi.

Żałował, że nie usadowił się nieco bardziej w lewo, bo wtedy miałby w lustrze widok na idealny łuk jej pleców i pośladki, wypięte dwiema apetycznymi, sprężystymi półkulami... A tak musiał zadowolić się swoją wyobraźnią i pamięcią jej kształtów.

Jęknął przez zęby, czując zbliżającą się rozkosz, i docisnął jej głowę mocniej. Wiedział, że Sarsana długo tak nie wytrzyma, ale teraz liczyła się tylko jego przyjemność. Odpuścił, dopiero gdy ona boleśnie wbiła długie paznokcie w jego udo, dając znak, że zaczyna się dławić.

– Ufff... – książę sapnął z rozkoszą, podkulając nogi i uciekając od jej głodnych ust. – To było naprawdę świetne.

Sarsana jednym płynnym ruchem odsunęła się od niego, uklękła i podniosła. Pstryknęła palcami i wyciągnęła rękę, a gdy służący podał jej czyściutki ręcznik, delikatnie otarła kąciki ust. Uśmiechnęła się drapieżnie.

– Jeszcze. – Ruszyła ku Tyrsenowi, ale ten odczołgał się tylko dalej na łoże, pogroził jej palcem.

– Ani mi się waż! To tylko ty możesz tak bez przerwy. Ja potrzebuję chociaż chwili, żeby odzyskać siły.

Pokręciła głową, niezadowolona. Rozejrzała się po sali, w końcu, nie widząc nigdzie swego sekretarza, zawołała:

– Adeb!

Schylony, łysy Kurejszyta wyłonił się z jednego ze sklepionych przejść. Patrząc skupionym wzrokiem na czubki własnych sandałów, przedreptał przez salę i skłonił się nisko.

– Amirta?

– Przypomnij mi, Adeb, kiedy ruszamy na dzisiejszą przechadzkę po ogrodach.

– Po czwartym dzwonie, amirta.

– Dobrze. Wcześniej chcę jeszcze pójść do łaźni, więc sprowadź tego masażystę. Ach, i jeszcze jedno: podczas uczty książę Tyrsen będzie siedział po prawej stronie ambasadora, zaraz obok mnie.

Adeb zamrugał, ważąc właściwą odpowiedź.

Księżniczka Sarsana z rodu Argona potrafiła, owszem, być kapryśna i czasami nieprzewidywalna, ale pod płaszczykiem kobiecej zmienności skrywała też umysł zimny i ostry niczym kurejszycki sztylet. Przez parę lat służby w charakterze sekretarza nauczył się rozpoznawać jej humory.

Ale to? To było bezpośrednie naruszenie ustalonego porządku oficjalnego przyjęcia.

– Obawiam się, amirta, że Jego Cesarska Wysokość jest odmiennego zdania – zdecydował się w końcu na w miarę bezpieczną odpowiedź, ograniczoną do niepodlegających interpretacji faktów.

Księżniczka Sarsana parsknęła jak niezadowolona kotka. Rozłożyła ręce, pozwalając, żeby służący zaczęli układać i spinać na niej warstwy cienkiej, niemalże przezroczystej szaty.

– Ojciec pozwoli mi na wszystko, czego tylko będę chciała – powiedziała. Spojrzała na Adeba, potem bardzo wymownie na rozwalonego w pościeli brata.

Sekretarz schylił tylko głowę jeszcze niżej, zacisnął wargi.

– Tak, amirta.

Wiedział, ile znaczyło jej słowo w pałacu i całym Hatwarecie. A jeszcze biorąc pod uwagę naturę stosunków, jakie łączyły księżniczkę z jej bratem i następcą tronu, to sytuacja ta raczej nie miała się zmienić za jego, Adeba, życia.

W końcu służka zapięła na piersi Sarsany podwójny, skrzyżowany pas, zwisający złotymi ogniwami z ramion i idealnie podkreślający talię młodziutkiej księżniczki. Ta kiwnęła głową, poczekała, aż czarny Nubijczyk usłużnie poda jej złocone sandały.

– Niech szykują łaźnię – rzuciła jeszcze przez ramię, kierując się ku wyjściu z komnat księcia Tyrsena. Zerknęła na brata, posłała mu w powietrzu całusa. – A masażysta... niech przyjdzie ze swoim pomocnikiem, tym młodym. I dopilnuj, żeby porządnie ich wcześniej umyto i natarto oliwą!

– Tak, amirta.

Tyrsen patrzył na nią, jak wychodzi: idealnie gibka, zwiewna, piękna. Kiedy zamknęły się drzwi, dopił wino i zwlókł się z łoża.

– Przygotujcie mi kąpiel – warknął. – I przyślijcie mistrza ceremonii. Niech ktoś mi wreszcie wytłumaczy, kto w ogóle na tej uczcie będzie.

Słońce wyłoniło się znad horyzontu, oświetlając scenę: dwaj ludzie śpiący przy dogasającym ognisku.

Ciekawe było, że jeden z nich leżał, ubrany i przykryty pledem, na posłaniu – drugi zaś, nagi i pokryty ropiejącą, owrzodziałą skórą, skulił się na ziemi, wtulony w plecy tego pierwszego.

Wraz ze słońcem nadleciała pierwsza mucha. Przez chwilę pokrążyła nad dwoma mężczyznami. W końcu, wiedziona niezawodnym instynktem, usiadła na skroni leżącego bliżej ogniska. Pokręciła się chwilę, kilka razy wysunęła ssawkę, potem przeleciała na drugie ciało, pozornie tak samo zimne i martwe jak pierwsze.

Wkrótce nad oboma leżącymi kłębił się cały rój owadów. Spomiędzy kamieni wypełzły chrząszcze i żuki, które zaczęły pokrywać ciała ruchomym, lśniącym dywanem chityny.

Stojący do tej pory spokojnie juczny osiołek zastrzygł uszami. Zrobił niespokojny krok, potem drugi. Wreszcie odtruchtał od niepokojącego zjawiska, chowając się za wydmami: widział w swym żywocie niemało, ale to było ponad jego nerwy.

Robiło się coraz goręcej.

W końcu pod warstwą robactwa coś się poruszyło – jedno z ciał drgnęło, odsunęło się w tył. Nagi mężczyzna odepchnął zimnego już trupa człowieka z brodą, popatrzył na biegające po dłoniach insekty. Przekręcił się na plecy, podniósł i ukląkł, wystawiając twarz na promienie słońca.

A zatem żył.

Zajęczał i schował twarz w dłoniach. Trudno było powiedzieć, czy wstrząsające jego piersią spazmy były łkaniem ze szczęścia, czy raczej szlochem rozpaczy...

Odetchnął w końcu głęboko, otarł łzy. Rozejrzał się raz jeszcze, tym razem nieco już przytomniej.

Kamienista pustynia ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Większe i mniejsze wydmy, upstrzone głazami i wystającymi tu i ówdzie spod grubego piachu fragmentami wysmaganych wiatrem skał. Słońce prażyło niemiłosiernie, wisząc rozpalonym dyskiem pośrodku nieruchomego nieba o kolorze wypłowiałego lazuru.

Dopiero teraz spojrzał na ciało, objedzone niemalże do kości przez robactwo. Przeciągnął dłonią po swojej skórze, płatami tworzącej się na pokrytych cieniutkim nabłonkiem ramionach. Tu i ówdzie widać już było ciemniejsze plamy i linie, które z czasem miały połączyć się w rysunki tatuaży.

Nie zwracając uwagi na roje much, skrupulatnie przejrzał pakunki po zabitym. Nie było tego wiele: trochę rzeczy osobistych, kilkanaście monet, prymitywne posążki ni to bogów, ni duchów opiekuńczych albo przodków. Popakowane oddzielnie towary na handel. Najciekawsze było kilka glinianych tabliczek z nieznanym mu pismem.

Oraz szeroki sztylet w skórzanej pochwie.

Wysunął broń, obejrzał ostrze w świetle słońca. Nic szczególnego, chociaż chyba dosyć dobrej jakości. Zaostrzony spiż, prosta rękojeść z drewna w dwóch pierścieniach. Bez niepotrzebnych zdobień czy ornamentów. Zarazem broń, jak i narzędzie.

Tak jak lubił.

Rozebrał zabitego ze wszystkiego, otrzepał szatę z piachu i robactwa. Pokrywały ją teraz plamy krwi, która przesączała się przez błyskawicznie pożeraną skórę i tkanki, ale nie miało to aż takiego znaczenia. Wszystko to wyschnie i odpadnie w skwarze dnia, a on miał już się w co ubrać. Naciągnął też nieco przyduże buty, obwiązał się pasem z sakwami.

W końcu wykopał płytki dół. Zrzucił do niego ciało, przysypał piachem i kamieniami. Zabity nie był mu wrogiem, a on nie żywił wobec niego złych uczuć; tak się po prostu złożyło. Chociaż tyle szacunku mógł mu jeszcze okazać.

Zawahał się, ale w końcu wyjął z pochwy sztylet. Wziął do ręki płaski, podłużny kamień, wydrapał na nim pięć geometrycznych znaków. Położył na świeżo ubitej ziemi.

– Zahred – dał radę wyartykułować.

Ostrożnie pogryzając suszone owoce z zapasów nieznajomego i popijając lekko stęchłą wodą, ruszył dalej na południe.

Tak jak przypuszczał, pustynia nie rozciągała się daleko: samotny wędrowiec nie zapuściłby się tylko z jednym jucznym zwierzęciem i tak marnym zapasem wody nigdzie głębiej.

Spomiędzy kamieni pod nogami coraz częściej wyzierała trawa. Wiatr niósł zapach odległych jeszcze kwiatów i drzew.

Wkroczył wreszcie pomiędzy pola uprawne, poprzecinane chybotliwymi konstrukcjami rur nawadniających. Wkrótce znalazła się też ścieżynka, stopniowo rozszerzająca się w wąską, ale całkiem dobrze ubitą dróżkę.

Muchy nie dawały mu spokoju. Wchodziły do nosa. Pełzały po pęknięciach w skórze. Siadały na powiekach i ustach, łaziły i łaskotały po wrażliwej skórze, powoli wyłaniającej się spod ropiejących strupów.

Larwy przesuwały się pod ubraniem, zahaczając i trąc o odrastające na głowie włosy. Walczył z przemożną ochotą, żeby je strzepnąć, ale wiedział aż nadto dobrze: to na nic. Zamiast tego sam zatrzymywał się i podnosił te, które spadały. Układał na otwartej dłoni, patrzył chwilę, jak bezokie, białe i bezbronne pełzają w losowych kierunkach, kreśląc przedziwne wzory. W końcu brał troskliwie w dwa palce i sadzał sobie na ramionach bądź wrzucał po prostu za kołnierz.

Nie były mu przecież wrogami, a sprzymierzeńcami.

Potrzebował ich teraz. Lepiej, żeby zdążyły wykonać swą robotę, zanim on dotrze do większego miasta.

Bo prędzej czy później zawsze docierał do jakiegoś miasta.

Zatrzymał się na wzgórzu. Odruchowo skulił się, odsunął i przykucnął obok wielkiego głazu, żeby jego sylwetka nie była nazbyt widoczna w promieniach jaskrawo świecącego słońca.

Wioska przycupnęła pomiędzy wysokimi, rozłożystymi drzewami: kilkanaście chatynek z gliny, o płaskich dachach, niczym wysepka zieleni i kolorów wśród bezmiaru jałowych skał. Nie było nawet murów obronnych, czy chociażby palisady. Od strony pustyni nie przychodził przecież nikt. Sąsiadów zapewne albo znali, albo po prostu nie mieli.

Chociaż – mężczyzna z osiołkiem musiał dokądś przecież iść, i to drogą na skróty, przez piachy. Zatem w grę wchodziła inna opcja – był na dalekiej, spokojnej prowincji jakiegoś rozwiniętego i pewnego swej siły państwa.

Królestwa? Republiki? Imperium? Nie miało to znaczenia.

Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Zaczął przekradać się bliżej, klucząc pomiędzy ukwieconymi drzewami owocowymi i wysokimi łanami traw o jadalnych nasionach. W końcu wszedł w trzcinę, gęsto zarastającą brzegi rzeki, leniwie toczącej swój nurt po kamieniach.

Krystalicznie czysta woda o lekko turkusowym odcieniu spływała prosto z gór, których niższe zbocza widział już na widnokręgu. Pięć? Osiem dni drogi? Nie mówiło mu to nic, nie znał tych okolic. W tej chwili mógł być gdziekolwiek...

A potem rozważania o topografii krainy uleciały w jednej chwili, gdy wsunął stopę w lodowato zimny prąd. Poczuł, jak chłód przenika przez marnie jeszcze ukrwioną skórę, wwiercając się we wciąż słabe kości, zalewając szpik falą bólu. Mimo to odczucie było cudowne. Zarazem potwornie, paląco bolesne – i kojące.

Nachylił się, popatrzył na nierówne, falujące na powierzchni wody odbicie swej twarzy.

Gdyby nie pewność, że to on, to sam by się nie rozpoznał. Skóra widoczna była tylko fragmentami, wciąż cienka i pomarszczona, jak źle wyprawiony pergamin; nos przypominał dwie podłużne dziury, jak wycięte nożem. Uszy – nieledwie bezkształtne strzępy... Usta bardziej podobne do poprzecznej szramy w twarzy.

I tylko blizna na górnej wardze, już teraz widoczna. Jedyna rzecz, jaka w tej chwili upodabniała tę groteskową maskę do jego twarzy: lekko uniesiony kącik ust, wyraz wiecznie pogardliwego skrzywienia.

Patrzył sam na siebie i nie wiedział: czy gardzi sobą dlatego, że jest tym, czym jest? Czy może właśnie na odwrót?

– Zahred – szepnął.

Zaczerpnął wody dłonią i podniósł do ust, burząc odbicie. Kilkanaście larw nie utrzymało się na skórze, wirując, spadły w wodę. Od razu poniósł je wartki nurt, a z nadbrzeżnych zarośli wyskoczyły srebrzystymi smugami ryby, wietrzące łatwą zdobycz.

Zamarł. Odczekał chwilę w bezruchu, a potem błyskawicznie uderzył dwiema rękami pod wodę, wyciągnął na powierzchnię rybę. Wpił się zębami, wyrwał z wciąż trzepoczącego ciała kęs i zaczął przeżuwać, mrucząc z błogością.

Brodząc po kolana w rzeczce, podkradł się nieco bliżej wioski i przyczaił w cieniu na wpół zatopionego drzewa.

Widział stąd kręcących się pomiędzy zabudowaniami ludzi. Smagłe kobiety o uczernionych oczach i spracowanych dłoniach; ogorzałych mężczyzn obnoszących długie, zaplecione w potrójne warkocze brody. Biegające z krzykiem, bawiące się w sobie tylko znaną grę dzieci.

Jeden z chłopców podbiegł bliżej rzeki, przykucnął nad brzegiem. Zaczął przebierać kamyki, zapewne szukając pasującego do zabawy: płaskiego, podłużnego.

Zauważył go, zamarł.

Krótką chwilę patrzyli na siebie. On, skulony w korzeniach drzewa, pokraczny cień człowieka. I dziecko, nieświadome większości rzeczy z otaczającego spokojną wioskę, wielkiego świata. Już, już spiął się w sobie, zacisnął dłoń na rękojeści sztyletu: nie mógł ryzykować, że go ktoś odkryje, jeszcze nie teraz...

Od strony zabudowań rozległo się wołanie. Malec obrócił się, odkrzyknął coś. Poderwał i pobiegł z powrotem ku rówieśnikom.

Otoczona chmarą much postać postała tak jeszcze chwilę, a potem cofnęła się głębiej w nadrzeczną gęstwinę.

To jeszcze nie pora, żeby się ujawniać.

Nie teraz.

Nie tu.

Wrócił do wsi nocą, kiedy miał już pewność, że większość mieszkańców śpi.

Tylko w jednej z chat wciąż paliło się światło, na płaskim dachu migotała lampka kaganka. Słychać było odległy szmer rozmów. Młode małżeństwo i spóźnieni goście? Jakieś święto? A może po prostu zwykłe ludzkie spotkanie, bez szczególnej okazji.

Przekradł się w kierunku centrum osady, ku kwadratowej budowli spichlerza. Mimo że ciało nie słuchało się go jeszcze jak należy, to poruszał się z iście kocią zwinnością, nie robiąc najlżejszego nawet szmeru.

Idąc plecami do ściany budynku, doszedł do rogu, wyjrzał. Prześliznął się pod oknem, przebiegł dzielący go od ściany odcinek pustej przestrzeni, zamarł: nic, cisza. Nikt go nie widział. W końcu wywindował się po prawie pionowym murze na górę. Przyczaił się, nasłuchując: nikt nic nie zauważył, nikt nie usłyszał.

Uchylił klapę i wśliznął się do środka.

Pachniało owocami, kurzem i kozim serem. Widział w ciemnościach niewiele gorzej niż jakikolwiek nocny drapieżnik, więc nie wahał się ani chwili: zdjął z kija kilkanaście płatów suszonego mięsa, za pazuchę nasypał sobie parę garści suszonych moreli i dopełnił orzeszkami. Złapał w rękę gomółkę twardego jak deska sera o popękanej skórce.

Tak samo, jak wszedł, wydostał się na zewnątrz. Cała operacja trwała nie więcej niż czas potrzebny na uklęknięcie, szybką modlitwę do bogów i otrzepanie kolan z kurzu.

Zniknął w ciemnościach, niezauważony przez nikogo.

Na tarasie domku nadal pełgał ognik, ponad głosy rozmówców wybił się perlisty śmiech kobiety.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © by Michał Gołkowski Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-323-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Mariusz Kozik

Projekt okładkiSzymon Wójciak

Ilustracje Vladimir Nenov

Redakcja Agnieszka Pawlikowska

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka