Znów ta miłość - Doris Lessing - ebook

Znów ta miłość ebook

Doris Lessing

0,0

Opis

[PK]

Znów ta miłość. Upragniona, ale niemożliwa. Wzniosła i śmieszna. Chora.
Anglia, rok 1989. W teatrze Zielony Ptak trwają próby. Powstaje sztuka na kanwie pamiętników Julie Vairon, pięknej malarki i kompozytorki, zmarłej tragicznie przed pierwszą wojną światową. W ferworze przygotowań do premiery dyrektorka teatru, sześćdziesięciopięcioletnia Sara Durham, nieoczekiwanie zakochuje się w młodym ekscentrycznym aktorze. Czy Bill, który mógłby być jej synem, darzy ją szczerym uczuciem? A może tylko wciąż odgrywa swoją rolę? Fatalne zauroczenie jest jak choroba. Na szczęście Sara szybko się odkochuje - i zaraz angażuje się w nowy związek, znów z mężczyzną młodszym o całe pokolenie. Oparcie znajduje w przyjaźni ze Stephenem, głównym sponsorem przedsięwzięcia. Stephen jednak też ulega szaleństwu miłości - jest zakochany w Julie, choć może ją znać tylko z jej pamiętników, autoportretów i kompozycji. Granicząca z obłędem fascynacja pogrąża go w głębokiej depresji.
Czy to przypadek, że Sara i Stephen zainteresowali się tragiczną historią Julie Vairon? Co łączy tych ludzi z różnych światów i epok? Okazuje się, że niepokojąco wiele.

[opis okładkowy]

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Biblioteka Publiczna w Swarzędzu

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 501

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DORIS LESSING

DDRIS LESSING

- A jak on ją widzi?

Wspomnienia, których Sara nie dopuszczała do siebi

- No tak, bardzo zabawne. Kupa śmiechu, ten facet.

- Perwersja - burknął Stephen. - Zatrzymał się po

Szli spacerem w stronę domu. Sara opowiadała Ben

- Co ty robisz? - spytał Hal.

DORIS LESSING

Znów ta miłość

a W serii ukazały się:

David Albahari Mamidło

Attila Bartis Spokój

Samuel Beckett Sen o kobietach pięknych i takich sobie Thomas Bernhard Wymazywanie

Javier Cereas Żołnierze spod Salaminy Eileen Chang Miłość jak połę bitwy

Michel Faber Bliźnięta Fahrenheit • Jabłko • Pod skórą • Szkarłatny płatek i biały

Jonathan Safran Foer Strasznie głośno, niesamowicie blisko • Wszystko jest iluminacją

David Gilbert Normalsi

Jan Guillou Zło Enrique de Heriz Kłamstwa Christopher Hope Kochankowie mojej matki

Michel Houellebecq Cząstki elementarne • Możliwość wyspy • Platforma • Poszerzenie pola walki

Daniel Kehlmann Beerholm przedstawia

Imre Kertesz Los utracony

Michaił Kononow Goła pionierka Laszló Krasznahorkai Melancholia sprzeciwu • Szatańskie tango

Doris Lessing Lato przed zmierzchem • Przed zstąpieniem do piekieł

Kareł van Loon Ojciec i ojciec

James Meek Ludowy akt miłości

Harry Mulisch Odkrycie nieba • Procedura Per Petterson Kradnąc konie

Wiktor Pielewin Empire V • Generation ,P’ • Kryształowy świat • Mały palec Buddy • Omon Ra i inne opowieści • Święta księga wilkołaka • Zycie owadów

W.G. Sebald Austerlitz • Pierścienie Saturna • Wyjechali Zeruya Shalev Mąż i żona ■ Po rozstaniu • Zycie miłosne Władimir Sorokin 23000 • Bro • Dzień oprycznika • Lód Jachym Topol Nocna praca • Siostra ■ Strefa cyrkowa Mo Yan Kraina wódki • Obfite piersi, pełne biodra Juli Zeh Instynkt gry • Orły i anioły

DDRIS LESSING

- A jak on ją widzi?

Wspomnienia, których Sara nie dopuszczała do siebi

- No tak, bardzo zabawne. Kupa śmiechu, ten facet.

- Perwersja - burknął Stephen. - Zatrzymał się po

Szli spacerem w stronę domu. Sara opowiadała Ben

- Co ty robisz? - spytał Hal.

DDRIS LESSING

Znów ta miłość

Przełożyła

Jolanta Kozak

Publikacja dofinansowana ze środków Unii Europejskiej w ramach Programu Kultura (2007-2013).

Program „Kultura"

Tytuł oryginału: Love, Again Copyright © Doris Lessing, 1995, 1996

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I

Warszawa 2009

Jedna prześliczną miała twarz, Dwie albo trzy miały czar, Lecz czar i twarz na marne, Bo trawa górskich łąk Zachowa tylko wklęsły ślad Po śpiącej sarnie.

W.B. Yeats, Memory

Zakochuję się znów, Wcale nie chciałam...

Wyglądało to na rupieciarnię, cichą i duszną o ciepłym zmierzchu, lecz nagle cień drgnął i ktoś wyłonił się z niego, rozsunął story i pootwierał na oścież okna. Kobieta, która to zrobiła, skierowała się oto energicznie ku drzwiom i wyszła, pozostawiając je otwarte. Odsłonięty tym sposobem pokój był bez wątpienia zagracony. Pod jedną ścianą stały wszystkie dowody ewolucji technicznej - faks, kserokopiarka, komputer, telefony - za to resztę pomieszczenia łatwo było wziąć za rekwizytornię teatralną, ze złotego koloru popiersiem rzymskiej ma-trony, zdecydowanie nadludzkich rozmiarów, maskami, karminową aksamitną kotarą, plakatami i stertami partytur, a ściślej mówiąc, kserokopii wiernie naśladujących pożółkłe, butwiejące oryginały.

Na ścianie nad komputerem wisiała duża reprodukcja obrazu Cezanne’a Tłusty wtorek, też mocno tknięta zębem czasu: ktoś rozdarł ją na pół, a następnie skleił taśmą klejącą.

Kobieta w pokoju obok krzątała się energicznie: słychać było odgłosy przesuwania sprzętów. Po chwili weszła z powrotem, stanęła i rozejrzała się.

Kobieta niemłoda, chociaż jej żwawe ruchy, gdy była na wpół skryta w cieniu, mogły świadczyć o młodości. Kobieta w pewnym wieku, jak to mówią Francuzi,

a nawet nieco starsza, ubrana nie wyjściowo, lecz po domowemu, w stare spodnie i koszulę.

Kobieta czujna, energiczna, lecz wyraźnie niezadowolona z tego, co przed sobą widzi. Otrząsnęła się jednak z niemiłego wrażenia i podeszła do komputera; usiadła, wyciągnęła rękę i włączyła magnetofon. W jednej chwili pokój wypełnił się głosem Contessy Die, głosem sprzed ośmiu stuleci (a raczej głosem zdolnym przekonać słuchacza, że oto śpiewa Contessa), zawodzącym ponadczasowy lament:

Muszę śpiewać, czy tego chcę, czy nie:

Tak wielki czuję ból z powodu tego, którego przyjaciółką

się mienię,

Gdyż kocham go mocniej niż cokolwiek na świecie...

Kobieta współczesna, siedząca przy klawiaturze komputera z dłońmi uniesionymi w gotowości do ataku na klawisze, świadoma była poczucia wyższości wobec tej siostry z dawnych czasów, więcej: poczucia pogardy. Nie pochwalała tego w sobie. Czyżby stawała się nietoleran-cyjna?

Wczoraj Mary zadzwoniła z teatru z wiadomością, że Patrick jest w emocjonalnej rozsypce, bo znów się zakochał - a ona odpowiedziała na to cierpkim komentarzem.

- Dajże spokój, Saro - skarciła ją Mary.

Sara przyznała jej słuszność i roześmiała się.

Z pewnym jednak zaniepokojeniem. W życiu zdaje się bowiem obowiązywać zasada, że to, czym pogardzamy, prędzej czy później dopadnie nas samych i będziemy musieli to przeżyć. Zeżreć własne wymiociny - tak, Sara wiedziała już o tym dość dobrze. W przeszłości zakono-towała sobie: Wystrzegaj się potępiania bliźnich, albo miej się na baczności.

Contessa Die zanadto ją rozstrajała, więc Sara wyłączyła lament.

Cisza. Siedziała, oddychając ciszą. Zbyt silnie reagowała na tę muzykę średniowiecznych trubadurów i truwe-rów. Od wielu dni nie słuchała właściwie niczego innego; chłonęła klimat odpowiedni do tematu, na który miała pisać. Nie tylko Contessa, ale i Bernard de Ventadorn, i Pierre Vidal, i Giraut de Bornelh, i inni współcześni im śpiewacy wprawiali ją w stan... była niespokojna i rozgorączkowana. Czy zdarzyło się wcześniej, żeby muzyka aż tak na nią podziałała? Chyba nie. Chociaż... Kiedyś całymi miesiącami, dzień i noc, słuchała jazzu, zwłaszcza bluesa. Ale to było po śmierci męża, wtedy muzyka karmiła ją melancholią. Nie mogła sobie tylko przypomnieć... tak, tak, najpierw pogrążyła się w żałobie, a dopiero potem dobrała muzykę do nastroju. Tym razem jednak było zgoła inaczej.

Nietrudne miała zadanie na ten wieczór. Jej teksty do programu utrzymane były w przesadnie sztywnym tonie: to dlatego że pisząc, zawsze bała się, aby temat zbytnio jej nie oczarował. A już była oczarowana zmysłowym głosem Contessy - czy też raczej młodej kobiety, Alicii de la Haye.

Właściwie nie musiała pisać tych notek akurat teraz. Przyjęła przecież zasadę, że nie pracuje wieczorami w domu; zasadę, której od niedawna się sprzeniewierzała. Mówiąc wprost: nie przestrzegała własnych zaleceń dotyczących zachowania równowagi ducha i umysłu.

Wsłuchiwała się w ciszę. Zaćwierkał wróbel.

Pomyślała: rzucę okiem na ten prowansalski wiersz w przekładzie Pounda, to przecież żadna robota.

Na biurku piętrzyły się słowniki, encyklopedie i teczki z wycinkami, a regały z boku sięgały sufitu. Przy komputerze leżała otwarta książka.

Starzeć się z wdziękiem... wskazówki są jasne. Rzec można, że instrukcje tkwią w nas, wypisane sympatycznym atramentem, który z wolna staje się czytelny, w miarę jak ujawnia go życie. Potem trzeba tylko wypowiedzieć właściwe słowo. Ogólnie rzecz biorąc, starzy mają się nieźle. Duma to rzecz pierwszorzędna, a niezbędne postawy i stoicyzm przychodzą starym z łatwością, gdyż młodzi nie wiedzą - jest to przed nimi zakryte - że ciało więdnie wokół niezmienionej istoty. Starzy porozumiewają się ironicznymi półsłówkami, niczym duchy na balu, widzialne dla siebie nawzajem, lecz nie dla gości, których ekscesy i kabotyńskie pozy obserwują z życzliwym uśmiechem, wspominając.

Pod tym ciągiem szacownych, gładkich zdań podpisałaby się większość starszych ludzi, z poczuciem, że opisani zostali nie tylko właściwie, ale i godnie.

Tak, zgadzam się z tym, pomyślała Sara. Sara Durham. Solidne, rozsądne miano dla rozsądnej kobiety.

Książkę, w której znalazła te zdania, wygrzebała na stoisku bukinisty; był to pamiętnik damy z towarzystwa, słynnej niegdyś piękności, pisany przez nią w podeszłym wieku, a opublikowany, gdy dobijała setki, dwadzieścia lat temu. Ciekawe, pomyślała Sara, że sięgnęłam właśnie po tę książkę. Dawniej nawet by nie otworzyła książki napisanej przez starca; uznałaby, że taka książka nie ma z nią nic wspólnego. A jednak czy jest coś dziwniejszego niż to, że książki współgrające z naszym stanem ducha lub stadium życia same wpadają nam w ręce?

Odsunęła tę książkę, stwierdziła, że wiersze Pounda mogą poczekać, i postanowiła, że spędzi wieczór absolutnie wolny od czyichkolwiek wymagań. Wieczór kwietniowy; jeszcze było widno. W pokoju panował spokój, nadzwyczajny spokój, i było w nim, tak jak i w pozostałych trzech pokojach, trzydzieści lat wspomnień. Pokoje długo zamieszkane potrafią przypominać zaśmiecone plaże; nieraz trudno odgadnąć, skąd pochodzi ten czy ów naniesiony falą szczątek.

Wiedziała doskonale, skąd się wzięły wszystkie graty teatralne: z której sztuki, albo od którego aktora. Ale na parapecie stała misa kolorowych kamyków uzbieranych w okolicach prowansalskiej wioski, gdzie spacerowała z dwójką swoich dzieci, które miały wówczas dwanaście i trzynaście lat. Jak się ta wioska nazywała? Jeździła w te okolice kilkakrotnie i zawsze przywoziła do domu uzbierane tam kamyki. Sznury korali we wszystkich odcieniach czerwieni rozpięte były wachlarzowato na tablicy zajmującej sporą część ściany. Dlaczego je zachowała? Pod ścianami piętrzyły się stosy książek o teatrze; niektórych nie otwierała od lat. No i ten plakat, reprodukcja Tłustego wtorku. Przeżyła kilkadziesiąt lat oko w oko z wyzywająco seksownym młodzieńcem o niedostępnej minie, w stroju arlekina w czerwono-czarne romby. Przypominał jej syna - no tak, ale dawno temu, bo teraz George był naukowcem prawie już w średnim wieku. Ilekroć zdarzyło jej się spojrzeć na plakat (bo nikt, bądźmy szczerzy, nie przygląda się stale temu, co ma na ścianach), wpatrywała się w nieśmiałego młodzieńca o ciemnych, myślących oczach, w przyciasnym kostiumie Pierrota. Jej córka zażądała takiego kostiumu jako piętnastolatka, a ona - matka Cathie - wiedziała dobrze, że to mis. Jestem taka jak on. Chcę się przebrać. Nie chcę być niepewna siebie, chcę być jak ten Arlekin, który wie, jaki jest piękny. Teraz Cathie - kobieta sukcesu, z dziećmi, pracą zawodową i przyzwoitym mężem - nie miała w sobie ani cienia niepewności.

Sara widziała w tym plakacie portrety własnych dzieci i była tego świadoma. Dlaczego go trzymała? Rodzice często hołubią w sekrecie fotografie swoich pociech nie-uwieczniające ich w obecnym wieku, i nie zawsze są to rozbrajające podobizny z niemowlęctwa.

Powinna się pozbyć tych wszystkich śmieci... i oto nagle wyprostowała się, a potem wstała i zaczęła krążyć po pokoju. Nie pierwszy raz naszła ją ta myśl. Już wiele lat temu rozejrzała się po tym wnętrzu, pełnym rzeczy, które zagnieździły się tutaj z tego czy innego powodu, i pomyślała: muszę się pozbyć tego wszystkiego.

Plakat został, bo przyniosła go do domu jej córka, Cathie. Nie miał nic wspólnego z nią, Sarą. Co właściwie mogła tu nazwać swoim? Książki, encyklopedie: warsztat pracy. A reszta mieszkania? Obchód inwentarza sprzed lat, dziś powtórzony, poprowadził ją szlakiem słoi pełnych muszelek uzbieranych kilkadziesiąt lat temu przez dzieci, do szafy wciąż mieszczącej ich stare ubrania, do korkowej tablicy z poprzypinanymi pocztówkami od znajomych pozdrawiających z wakacji. Jej ubrania? Czy mogła uznać je za swoje, bo sama je wybierała? Owszem, tak, ale pod dyktando mody.

Owego wieczoru przed laty doszła do deprymującego wniosku, że bardzo niewiele rzeczy w tych czterech przestronnych pokojach znalazło się tam z racji jej świadomego wyboru. Z wyboru dokonanego przez tę część jej samej, którą uważała za swoje ja. I wtedy postanowiła, że przejdzie po pokojach i wszystko to powyrzuca... no, prawie wszystko: bo oto coś, co zostałoby, nawet gdyby cała reszta wylądowała w koszu. Prawdziwe zdjęcie, które bierze siebie serio. Sympatyczny mężczyzna, lekko zatroskany, a może zmęczony? - siateczka drobnych zmarszczek wokół szczerych, przyjaznych niebieskich oczu, ślady siwizny w jasnych włosach (których jedwabistość ona do dziś czuje między palcami), być może pierwszy zwiastun zawału serca, który miał go uśmiercić tak młodo, w czterdziestym roku życia. Siedział, obejmując ramionami dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, lat osiem i dziewięć. Wszyscy troje uśmiechali się do Sary. Zdjęcie oprawione było w srebrną ramkę, secesyjną, nie w jej guście, ale był to prezent od męża, który wcześniej dostał ją od swojej matki. Czy powinna wyrzucić tę ramkę tylko dlatego, że nigdy jej się nie podobała?

Dlaczego nie przeprowadziła wtedy wielkiej czystki inwentarza? Bo była zbyt zajęta. Zapewne jakąś nową sztuką. Zawsze ciężko pracowała.

Zatrzymała się przed lustrem. Zobaczyła przystojną panią, na oko w średnim wieku, o nienagannej figurze. Jej włosy, zawsze zaczesane gładko w kok, dla wygody - nie znosiła fryzjerów - w paszporcie określono jako jasne, ale miały raczej barwę matowożółtą, jak zaniedbany mosiądz. Czy nie powinna już mieć przynajmniej paru siwych? A jednak nie: ten odcień włosów rzadko siwieje, przynajmniej do późnej starości. Obdarzone nim osoby za młodu tęsknią czasem za wyrazistszym kolorem i farbują włosy, z latami jednak uczą się doceniać dar natury - i wtedy właśnie bywają pomawiane o farbowanie. Nieczęsto spoglądała w lustro; nie przejmowała się zbytnio swoim wyglądem. Bo i po co? Przeważnie brano ją za kobietę dwadzieścia lat młodszą, niż to wskazywała metryka. W drugim lustrze, widocznym przez otwarte drzwi sypialni, wyglądała jeszcze młodziej. Zobaczyła to, gdy odwróciła głowę. Plecy miała proste, emanujące wi-talnością. Chirurg, który kurował jej kręgosłup, od pewnego czasu dający się we znaki, spytał, czy była kiedyś tancerką. Dwa lustra wisiały na wprost siebie, bo kilkadziesiąt lat temu jej mąż stwierdził: „Saro, te pokoje są za ciemne. Nie moglibyśmy wprowadzić do nich więcej światła?” Ściany, wtedy pomalowane na śnieżnobiało, straciły blask, a białe niegdyś zasłony stały się ciemno-kremowe. W słoneczne dni wnętrze wypełniało się światłem, cieniami i ruchomymi refleksami, tworząc scenę tajemniczych sugestii i możliwości. W dni pochmurne w lustrach odbijały się meble, zatopione w nieruchomej poświacie niczym w wodzie. Lubiła te pokoje, nie wyobrażała sobie większego nieszczęścia niż konieczność opuszczenia ich. Ktoś mógłby się krzywić, że są zapuszczone. Na przykład jej brat - ale ona jego dom uważała za przesadnie wymuskany. Tutaj od lat nic się nie zmieniało. Pokoje przygasały łagodnie w stan akceptacji: akceptacji tego, że Sara jest wiecznie zajęta, że w głębi serca mało dba o ich wygląd, że lata gromadzą się tu w postaci pamiątek, książek i zdjęć, kart pocztowych i rekwizytów teatralnych.

Trzeba by usunąć te wszystkie śmieci... Na ścianie jej sypialni wisiał cały zbiór fotografii. Niektóre przedstawiały babkę i dziadka Sary w Indiach, upozowanych i sztywnych, czyniących swą powinność, ale umieściła przy nich wycięte z czasopisma zdjęcie panienki ubranej według mody z roku, w którym Sara Anstruther poślubiła swojego narzeczonego, obiecującego adepta kolonialnej dyplomacji. Panienka z pisma nie była babką Sary Durham, lecz wszystkie inne fotografie babki, której Sara nigdy nie poznała, uwieczniały ją jako młodą matronę, ze spokojną pewnością stawiającą czoło światu, podczas gdy ta nieśmiała, wystraszona obca panienka - Sara Durham była o tym przekonana - znacznie lepiej oddawała rzeczywistość. Osiemnastoletnia dziewczyna wyjeżdża sama do kraju, o którym nic nie wie, aby poślubić ledwo znanego sobie młodego człowieka i zostać memsahib... w tamtych latach to było na porządku dziennym, ale mimo wszystko - co za odwaga.

Zycie Sary Durham nie obfitowało w tak dramatyczne decyzje. Jej standardowa biografia, z rodzaju tych, które znajduje się na skrzydełkach książek lub w programach teatralnych, wyglądałaby następująco:

Sara Durham urodziła się w roku 1924, w Colchester. Jej jedyny brat ukończył studia medyczne. Uczęszczała do kilku renomowanych szkół żeńskich. Na uniwersytecie studiowała język francuski i włoski, a następnie odbyła roczne studia muzyczne na Uniwersytecie Montpellier, gdzie mieszkała u ciotki, której mąż był Francuzem. Podczas wojny pracowała w Londynie jako szofer sił Wolnych Francuzów. W roku 1946 wyszła za mąż za Alana Durhama; mieli dwoje dzieci. W wieku trzydziestu kilku lat owdowiała. Pozostała w Londynie wraz z dziećmi.

Zrównoważona, rozsądna kobieta... to prawda, że śmierć Alana unieszczęśliwiła ją na pewien czas, ale to minęło. Tak przynajmniej sobie teraz wmawia, świadomie rezygnując z wspominania tamtych czasów. Pamięć hi-pokrytka... łaskawa pamięć pozwoliła jej się upomnieć o spokojne życie.

Wróciła do gabinetu i jeszcze raz przeczytała modelowy ustęp w książce, ten rozpoczynający się od słów: „Starzeć się z wdziękiem...” Zamykał on rozdział, a następny rozdział zaczynał się tak: „W podróży do Indii najbardziej lubiłam wczesne poranki, zanim nastał upał dnia i trzeba było chować się do domu. Gdy odrzuciłam oświadczyny Ruperta, powodem, jak teraz myślę, był raczej upał niż on sam. Nie kochałam go, chociaż wtedy tego nie wiedziałam. Nie poznałam jeszcze, co to znaczy być zakochaną.”

Po raz trzeci przeczytała: „Starzeć się z wdziękiem...”, dochodząc do końca rozdziału. Wystarczy. Miała sześćdziesiąt pięć lat i coraz częściej przekonywała swoje młodsze koleżanki, że starość to fraszka, a nawet przyjemność, bo, owszem, traci się to i owo, ale przychodzą przyjemności, których istnienia młodzi nawet nie podejrzewają, i człowiek często łapie się na myśli, jaka też będzie kolejna niespodzianka. Mówiła tak w dobrej wierze, a obserwując emocjonalną szarpaninę pań nawet o dziesięć lat młodszych od siebie, wzdragała się w duchu na myśl o możliwości przeżycia wszystkiego jeszcze raz - z miłością włącznie. Skoro mowa o miłości - uprzytomniła sobie, że ostatni raz była zakochana dwadzieścia lat temu, ona, która kiedyś zakochiwała się z łatwością, a nawet - bądźmy szczerzy - z entuzjazmem. Nie uwierzyłaby, że może się jeszcze zakochać. To także powtarzała ze spokojną pewnością, nie bacząc na twarde prawo, które stanowi, że trzeba samemu przecierpieć to, czym się pogardziło.

Nie, nie usiądzie do pracy... uprzytomniła sobie, że jednym z powodów tego zdecydowanego „nie” dla wieczoru spędzonego przy pracy, która ją zajmowała cały dzień, był jej - trudno, nazwijmy rzecz po imieniu - lęk przed tą muzyką. Te lamenty z przeszłości były jak narkotyk. Czy rzeczywiście jazz działał na nią tak samo jak teraz Contessa Die, Bernard, Pierre i Giraut? Nie mówiąc o kobiecie, którą Sara ostatnio się zajmowała - Julie Vairon: jej pożółkłe partytury leżały w stertach na stole. Nie, nie ufała muzyce. Znalazła się z tej racji w niezłym towarzystwie, gdyż wielu ludzi mądrych i wielkich było zdania, że muzyka to wątpliwa przyjaciółka. Sara zawsze słuchała muzyki w duchu: Nie dasz mi rady, niech ci się nie zdaje!

Nie: żadnej pracy i żadnej muzyki. Rozpierała ją energia; mogłaby... wspiąć się na szczyt góry albo przejść dwadzieścia mil. Tymczasem sprzątała pokój, który zdecydowanie się tego domagał. Może by tak odkurzyć... właściwie czemu nie wszystkie pokoje? Potem kuchnia. Łazienka. O północy mieszkanie lśniło czystością. Ktoś mógłby pomyśleć, że właścicielka chlubi się opinią wzorowej gospodyni. A ona zatrudniała raz na tydzień sprzątaczkę, i to wszystko.

Chyba nie denerwowała się przed spotkaniem - przewidzianym na jutro - ze Stephenem Ellingtonem-Smi-them, żartobliwie zwanym w firmie Naszym Aniołem. Nigdy dotąd nie emocjonowała się tego rodzaju spotkaniami. Bądź co bądź, jej zawodową rolą było spotykanie i dopieszczanie mecenasów, dobrodziejów i aniołów; robiła to stale.

Wspomnienia dzieliły życie Sary na dwie epoki, dwa różne krajobrazy, jeden słoneczny i beztroski, drugi pełen wysiłku i przeszkód. (A przecież wojna i wszystkie jej niepokoje mieściły się jakoś w tym pierwszym, słonecznym obszarze. Jak to możliwe? I liczne kłopoty finansowe rodziny? Bzdury, błahostki w porównaniu z tym, co nastąpiło potem.) Śmierć męża - to był początek obecnej Sary Durham, biednej i nieszczęśliwej. Jej rodzice nie byli zbyt zamożni. Nie miała ubezpieczenia. Właściwie nie było jej stać na mieszkanie, które zajmowała, ale postanowiła w nim zostać, żeby zapewnić jaką taką ciągłość i tak już dotkniętym traumą dzieciom. Zarabiała na siebie i na nie, chwytając się przeróżnych, marnie opłacanych dorywczych zleceń gazet i czasopism, wydawnictw i teatrów, zwłaszcza jednego teatru, Zielonego Ptaka, który był podówczas zaledwie grupką entuzjastów wystawiających sztuki z małą obsadą gdzie się dało, czasami nawet w pubach. W latach siedemdziesiątych działało wiele takich dzielnych, małych trup, walczących o przetrwanie. Sara przetłumaczyła dla nich pewną włoską sztukę, do której wystawienia rzekomo mieli prawa, lecz okazało się, że byli w błędzie i musieli wycofać rzecz z repertuaru - dla zapełnienia luki w repertuarze Sara zaadaptowała fragmenty powieści, układające się w ciąg obrazków z życia współczesnego. Spektakl odniósł sukces, a ona nagle stała się jedną z głównych animatorek teatru: najpierw oznaczało to całodzienną obecność, dobieranie obsady i reżyserię, a po jakimś czasie - stałą pensję. Teatr także się ustabilizował. Sara była jedną z czterech osób, które podjęły ryzykowną decyzję o długoterminowym wynajmie lokalu. Pozostałą trójkę uważała za swoich najlepszych przyjaciół, bo przecież tylko z najlepszymi przyjaciółmi można spędzać całe dnie i większość wieczorów. Przez dziesięć lat balansowali na krawędzi przetrwania i oto nagle, pięć lat temu, ich sztuka weszła na prestiżowe deski West Endu, spodobała się i wyglądało na to, że nigdy nie zejdzie z afisza. Zielony Ptak cieszył się teraz renomą jednego z najlepszych teatrów fringe’owych; na jego premiery przychodzili krytycy. Sara zaś z nędznie opłacanej amatorki kręcącej się po obrzeżach prawdziwego teatru wybiła się na znaną osobistość światka sceny, jako wpływowa dyrektorka Zielonego Ptaka, a niekiedy także reżyserka spektakli. W istocie wszystko robili we czwórkę, tak jak na początku. Sukces uczynił ich, jak to zwykle bywa, obiektem środowiskowej zawiści - mówiono o nich, oczywiście, Banda Czworga. Zmiany dokonywały się przez lata, a Sara nigdy nie domagała się szczególnego uznania. W głębi duszy dziwiła się czasem, że żmudna praca i - rzecz jasna - łut szczęścia przyniosły aż takie owoce; nie miała, jak się jeszcze okaże, skłonności do samouwielbienia, nie była nawet specjalnie ambitna.

Kim byli współpracownicy, z którymi tyle ją łączyło? Mary Ford, niegdyś śliczna, filigranowa, o wielkich, marzycielskich niebieskich oczach i ruchliwej, upartej twarzyczce, przemieniła się z biegiem lat w solidną, spokojną profesjonalistkę około czterdziestki. W teatrze jej głównym zajęciem była reklama i promocja. Roy Strether, też fachowiec pierwszej klasy, był formalnie inspicjentem. Solidny, na pozór flegmatyczny, nigdy nie tracił zimnej krwi, nawet w najgorszym kryzysie. Sam o sobie mówił żartem, że wygląda jak zawodowy piłkarz, który zszedł na psy. Był gruby i niechlujny, a do tego łamagowaty. Koledzy pamiętali go z młodych lat jako typowego kontestatora lat sześćdziesiątych, który na życie zarabiał - jak wiele późniejszych sław - malowaniem mieszkań. Ostatnim z tej czwórki stałego personelu był Patrick Steele. Dowcipkowali sobie, nawet w jego obecności, że na całe szczęście oni troje są tak nudno przytomni i rzetelni, bo Patrick Steele był nieprzewidywalny, egzaltowany i chimeryczny; szczupły chłopak (pozostał chłopcem, gdy ich odmieniły lata) o ptasiej urodzie, czarnych jak jedwabiste skrzydło włosach i smolistych, płomiennych oczach. Jako homoseksualista ostatnio żył w ciągłym strachu. Bał się iść na badania, twierdząc, że jeśli jest nosicielem HIV, to nie chce o tym wiedzieć - na wszelki wypadek zachowywał się odpowiedzialnie i nikogo nie narażał. Płakał często, gdyż życie uczuciowe nie szczędziło mu łez. Był geniuszem, czarodziejem: potrafił stworzyć blask księżyca, jezioro, górę z samego światła, srebrnej folii i cieni. Inne teatry próbowały go podkupić, ale na darmo, gdyż czwórkę przyjaciół łączyła wiara w to, że ich zespolone talenty znaczą więcej niż znaczyłyby osobno. Patrick był równie wszechstronny jak pozostała trójka. Jego libretto do musicalu odniosło taki sukces, że żartowali sobie: jeszcze jedno takie, a Patrick wzbije się na skrzydłach sławy i zniknie im z oczu.

Takie były ich wizerunki publiczne, ich image - tak postrzegano ich na zewnątrz, gdy tymczasem oni sami siedzieli na codziennej naradzie w ciasnym kantorku, przyrównywanym przez nich nieraz do kokpitu albo maszynowni. Mieli tam typowy zestaw eleganckich urządzeń elektronicznych, przestarzałych niemal już w momencie instalacji, a do tego stare krzesła i stoliki, których jakoś nie umieli się pozbyć.

Czworo ludzi, pobudzanych do działania profesjonalizmem i sukcesem. Każde z nich nosiło w sobie zaplecze zwane życiem osobistym, w tym układzie praktycznie nieoddzielone od życia zawodowego.

Mary nie wyszła za mąż - nie związała się z żadnym mężczyzną - ponieważ musiała opiekować się matką, chorą na stwardnienie rozsiane i kompletnie niesamodzielną. Gdy czasem nie udało się załatwić opiekunki, siedząca na wózku starsza pani o rozdygotanych rękach zajmowała miejsce w przejściu między rzędami widowni i przyglądała się próbom.

Roy Strether był żonaty i miał jedno dziecko. Małżeństwo nie należało do udanych. Niekiedy malec zajmował podczas prób fotel obok ojca i zbierał pochwały od wszystkich za wzorowe sprawowanie. Gdy się zmęczył albo znudził, przesiadał się na kolana starszej pani, zachwyconej, że jednak do czegoś może się przydać.

Sara uwikłała się w obowiązki na własne życzenie. Od dziesięciu lat jej zasoby emocjonalne służyły wcale nie dzieciom i wnukom, którzy wiedli udane życie na innych kontynentach (w Indiach i w Ameryce), lecz najmłodszej bratanicy, Joyce. Hal i Annę mieli trzy córki; dwie starsze - zwyczajne, jak dzieci innych ludzi. Za to z Joyce były problemy od urodzenia. Czemu? Kto to wie? Była wrzeszczącym niemowlęciem, nieznośnym przedszkolakiem, niesympatyczną dziewczynką. Kiedy pierwszy raz poszła do szkoły, natychmiast się rozchorowała i musiała wrócić do domu. Nie znosiła szkoły i dzieci. Ponieważ oboje jej rodzice byli lekarzami, diagnoz nigdy nie brakowało. Opasłe historie choroby Joyce znajdowały się w kilku różnych szpitalach. Psychiatra zalecił pozostawienie dziewczynki w domu. Rodzice zwrócili się o pomoc do Sary i odtąd Joyce całe dnie spędzała u ciotki, w dawnym pokoju dzieci. Sara podówczas pracowała przeważnie w domu, a nawet gdy mu-siała wyjść na spotkanie, Joyce z wielką chęcią zostawała sama. Co robiła? Nic. Piła herbatę za herbatą, oglądała telewizję, czasem telefonowała, wykręcając przypadkowe numery, aż trafiła na kogoś, komu chciało się z nią pogadać - potrafiła wtedy paplać przez godzinę lub dwie bez przerwy. Rachunki za telefon były niebotyczne, a Hal i Annę nie zaoferowali się ich pokryć.

Joyce wpadła w anoreksję i znów wylądowała w szpitalu. Tam przywrócono ją do stanu „stabilnego” i odesłano z powrotem do ciotki. Sara protestowała, że to nie fair, że nie może już dłużej zajmować się Joyce. Hal odpowiedział jej na to z typową dla niego wystudiowaną życzliwością, że Sarze musi być miło mieć Joyce przy sobie, gdy jej własne dzieci mieszkają tak daleko. Fakt, że ilekroć nieśmiała, cierpiąca Pierrotka, teraz mieszkająca w Kalifornii szczęśliwa matka dwójki dzieci, albo wyzywająco piękny chłopiec, teraz biolog morski i ojciec dwóch synów, przyjeżdżali z dzieciarnią w odwiedziny do babci, Joyce przeprowadzała się do domu rodziców i nie było na ten temat żadnej dyskusji. Gdy Joyce skończyła piętnaście, szesnaście, siedemnaście lat, jej zły stan psychiczny zmienił się w fatalny. Próby samobójcze, kryzysy, wołania o pomoc. To Sara woziła ją do szpitala i rozmawiała z lekarzami - naturalnie, uprzedzonymi o całej sprawie przez rodziców Joyce. Zawsze wzywano ciocię Sarę. W domu Joyce nie wstawała z łóżka. Sara walczyła z nią i często popadała w przykry stan właściwy osobom biorącym na siebie psychiczny ciężar tych, co - jak mówimy - nie radzą sobie z codziennością. Chwilami czuła, że sama zaraz położy się do łóżka i nie wstanie. Ale koledzy podtrzymywali ją na duchu. I nagle wszystko się zmieniło. Jedna z osób konwersujących z Joyce przez telefon, dziewczyna, zaproponowała spotkanie. Po paru dniach Sara zadzwoniła do brata, żeby powiedzieć mu, że Joyce zniknęła, ale to do nich, rodziców, należy teraz podjęcie stosownych decyzji. Gdy Hal odparł na to, że jego zdaniem Joyce ją - Sarę - uważa za faktyczną matkę („Ty jesteś jej faktyczną matką, Saro, nie możesz tego nie widzieć”), Sara odpaliła, że bardzo jej przykro, ale swoje już zrobiła. Oczywiście, że to nie był koniec. Strasznie martwiła się o Joyce; martwienie się o Joyce było zawsze stratą czasu. Obejrzawszy w telewizji program o ludziach z półświatka, poszła na policję. Dali jej adres kawiarni na King’s Cross. Imię Joyce było znane tamtejszym narkomanom, dilerom i prostytutkom. Sara ponownie zadzwoniła do brata, który powiedział krótko: „Jest dorosła, odpowiada za siebie”, po czym dodał, z właściwą sobie kpiarską złośliwością, jakby było to dla niego oczywiste, że skoro sam lubuje się w sarkazmach, to i jego rozmówca musi kochać ten styl: „Już od dawna chcieliśmy ci coś powiedzieć. Zadbaj o siebie. Na początek mogłabyś ufarbować włosy”.

Odkładając na później farbowanie włosów, Sara udała się do psychiatry, u którego najczęściej szukała pomocy dla Joyce, i usłyszała od niego, że ucieczkę Joyce w szeroki świat można interpretować jako wejście w etap dojrzałości. Ciekawa koncepcja, że o rozwój niezrównoważonej psychicznie dziewczyny lepiej zadbają narkomani, dilerzy i prostytutki niż dom i rodzina. Lecz ona, Sara, nic już więcej nie mogła zrobić. Postanowiła przynajmniej zająć się własnym życiem. Nie, nie spodziewała się, że od razu będzie jej lżej bez nieustannego stresu i szarpaniny z Joyce. W końcu jednak jakoś się pozbierała. Obejrzała się dokładnie w przykurzonych lustrach, włączywszy wszystkie lampy. Nie jest źle - doszła do wniosku. Zobaczyła się jako przystojną matronę w średnim wieku. Fryzjerka poprawiła jej uczesanie: gładka głowa prezentowała się dobrze z najdroższymi ubraniami, jakie Sara sprawiła sobie po raz pierwszy od lat. Koledzy w teatrze prawili jej komplementy. Dali jej też do zrozumienia, że pozwalała się wykorzystywać i najwyższy czas położyć temu kres.

Zresztą cały zespół potrzebował teraz niepodzielnej energii. Pracowali nad najambitniejszym jak dotąd spektaklem. Jeszcze rok temu Julie Vairon figurowała na liście propozycji, a dziś była wielką koprodukcją, finansowaną przez Amerykanów, Francuzów i Anglików. Wiedzieli, że trzeba będzie zatrudnić więcej osób, rozbudować zespół

- jednak odkładali to na później. Wszyscy czuli, że jest coś niepokojącego w tym nieposkromionym rozmachu Julie Vairon. a Mary Ford nawet głośno wyraziła wątpliwość, czy w ogóle braliby się do Julie, gdyby zdawali sobie sprawę, w jakie się pakują zamieszanie, na co Patrick zauważył, że problemem jest nie Julie Vairon, lecz Julie Vairon; stwierdził to z kapryśnym samozadowoleniem, które - dzięki sekretnemu poczuciu współuczestnictwa

- odbiera się jak pochlebstwo.

W latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, na Martynice, piękna dziewczyna - ćwierćkrwi Murzynka, tak jak Józefina Napoleona - zafascynowała młodego francuskiego oficera. Od tego zaczynała się sztuka - czy też „show”, jak głosiły potem plakaty - Julie Vairon. Bohaterka była córką Mulatki i jej kochanka, syna białego plantatora. Odziedziczywszy plantację, młody człowiek ożenił się stosownie, z panną co prawda ubogą, lecz Francuzką i arystokratką - niemniej jednak pozostał opiekunem Sylvie Vairon, a chodziły plotki, że i kimś więcej. Zgodził się kształcić dziewczynkę, przynajmniej w takim zakresie, w jakim kształcone były córki bogatego sąsiada, również właściciela ziemskiego. Być może gryzło go sumienie, chociaż powiadano także, że jest wyznawcą oświeconych idei, którym dał wyraz tylko w tej jednej jedynej dziedzinie: edukacji Julie. Dziewczynka pobierała lekcje muzyki i rysunku oraz czytała lektury zadane przez preceptorów, którzy lekcje z nią wciskali między bardziej sformalizowane zajęcia z bogatymi dziewczynkami w majątku oddalonym o pięć mil. Preceptorami byli egzaltowani młodzieńcy, szczerze żałujący, że nie urodzili się w dobie Rewolucji, albo przynajmniej wojen napoleońskich - zupełnie tak, jak nasza dzisiejsza młodzież, która ma pretensje do losu o to, że urodziła się za późno na Paryż 1968. „Przecież rok sześćdziesiąty ósmy skończył się klapą” - mógłby zaoponować przytomnie ktoś starszy, na co otrzymałby wzgardliwe spojrzenie i odpowiedź: „No i co z tego! Ale jakie to musiało być emocjonujące!”

Jedna z bogatych panienek, śmielsza niż siostry, postanowiła zaspokoić swoją ciekawość co do tajemniczej Julie i w sekrecie wybrała się do domku w lesie, gdzie Julie mieszkała z matką. Przechwalała się później swoim wyczynem, który dowiódł odważnego lekceważenia konwencji i pomnożył już krążące plotki. Dla Julie odwiedziny te były bezcenne, gdyż wcześniej nie miała się do kogo przyrównywać. Dowiedziała się, że przerasta inteligencją panienki z dobrego domu - ta, która ją odwiedziła, uchodziła za najmądrzejszą - lecz zarazem uświadomiła sobie własne upośledzenie społeczne, edukowano ją bowiem ponad stan i przyszłe możliwości. Zrozumiała też, dlaczego preceptorzy tak palili się do udzielania jej lekcji. Możliwe, że wszyscy się w niej pod-kochiwali, ale przede wszystkim była kimś, z kim mogli porozmawiać.

O sobie samej z tych czasów napisała niespełna dziesięć lat później: W tej ładnej główce kłębiła się istna olla podrida niezbornych idei. Jednak zazdroszczę tamtej dziewczynie niewinności. Czytała Encyklopedystów, szanowała Woltera, za to Rousseau, tak pociągający dla wszystkich zwolenników prawa naturalnego, był jej raczej obcy. Umiała dyskutować (i ustawicznie ćwiczyła ten dar z preceptorami) o działaniach i wypowiedziach koryfeuszy triumfalnego stadium Rewolucji, jakby ją osobiście przeżyła. Równie wiele wiedziała o bohaterach amerykańskiej wojny o niepodległość. Uwielbiała Toma Paine’a, przepadała za Benjaminem Franklinem, była przekonana, że ona i Jefferson byli dla siebie stworzeni. Gdyby była starsza, bez wahania wsiadłaby na statek do Ameryki, aby tam pielęgnować ofiary wojny domowej. Tymczasem jednak żyła na plantacji bananowej swego ojca, jako nie całkiem białe (cerę miała oliwkową, jak południowcy z Francji czy Italii) dziecko ciemnoskórej kobiety, w której domu pośród tropikalnej puszczy tabuny młodych oficerów, śmiertelnie znudzonych piękną wyspą, na której nic się nie działo, szukały rozrywki, tańca, jadła i napoju, a także rozkoszy śpiewu pięknej Julie. Młodziutki oficer Paul Imbert zakochał się w dziewczynie. Ubóstwiał ją - czy jednak wystarczająco, aby się oświadczyć, albo przynajmniej zabrać ją ze sobą do Francji? Zapewne nie, skoro Julie, nie bacząc na przeszkody, namówiła go do wspólnej ucieczki. Rodzice Paula Imberta byli szacownymi mieszczanami z okolic Marsylii; jego ojciec urzędował w magistracie. Odmówili przyjęcia Julie w swoim domu. Paul znalazł dla niej kamienną chatkę w romantycznej pagórkowatej okolicy i odwiedzał tam lubą codziennie przez rok, jeżdżąc do niej konno wśród wonnych sosen, topól i oliwek. Po roku rodzice użyli swoich wpływów, armia darowała Paulowi młodzieńczy wybryk i wysłano go na placówkę do Indochin Francuskich. Julie została sama w lesie, bez środków utrzymania. Urzędnik magistracki posłał jej pieniądze. Ujrzał ją kiedyś z daleka spacerującą z jego synem. Zazdrościł Paulowi. Ale nie dlatego posłał pieniądze. Paul, ze stosowną skruchą, przyznał się ojcu, że Julie jest w ciąży. Przez pewien czas wydawało jej się, że tak właśnie jest. Zostawiwszy sobie parę franków, żeby nie umrzeć z głodu, resztę pieniędzy odesłała ojcu Paula, tłumacząc w liście, że istotnie była w ciąży, lecz natura pospieszyła jej z pomocą - jej i im wszystkim. W ten sposób zaapelowała do poczucia odpowiedzialności adresata. Dziękowała mu za troskę i prosiła o pomoc w znalezieniu posady w mieszczańskich domach najbliższego miasteczka, Belles Rivieres. Pisała, że umie dobrze rysować i malować akwarele - oleje, niestety, są dla niej zbyt kosztowne. Gra też na fortepianie. I śpiewa. „Ufam, że w tych umiejętnościach nie ustępuję preceptorom zatrudnionym w tutejszej okolicy”. Prosiła tym samym o coś znacznie więcej niż szczodra suma, którą ojciec Paula jej zaoferował. Cała okolica wiedziała już o ślicznotce o wątpliwej proweniencji, która próbowała usidlić syna jednej z najzacniejszych rodzin, a teraz mieszkała sama w lesie, jak jakiś dzikus. Ojciec jej kochanka zastanawiał się długo. Zapewne nie odpowiedziałby na list Julie, gdyby nie zobaczył jej wtedy z Paulem. Wybrał się do niej z wizytą - przyjęła go rezolutna, dowcipna, urocza młoda dama o niezrównanych manierach. Krótko mówiąc, zakochał się w niej, jak każdy. Niezdolny już odmówić, obiecał, że porozmawia w jej sprawie z paroma sąsiadami, w zamian jednak zażądał, aby Julie już nigdy więcej nie szukała kontaktu z kimkolwiek z jego rodziny. Odpowiedziała z porywczym uniesieniem, którego szczerość nie budziła wątpliwości: „Sądziłam, monsieur, że to się rozumie samo przez się”.

Przez cztery lata uczyła córki lekarza, dwóch prawników, trzech aptekarzy i zamożnego sklepikarza. Wszyscy chlebodawcy namawiali ją usilnie, aby przeprowadziła się do miasteczka, „gdzie będzie panienka miała większe wygody”. Ale to dla nich samych niewygodna była myśl, że ta osóbka, tak świetnie ułożona i wykształcona, mieszka samotnie o dobre trzy mile od Belles Rivieres. Odmawiała z wdziękiem, lecz kategorycznie, opowiadając im o wielkich puszczach Martyniki, o kwiatach, motylach i bajecznie barwnych ptakach, wśród których przechadza się całkiem sama. Przekonywała, że nie umiałaby być szczęśliwa, mieszkając przy miejskiej ulicy - choć w istocie marzyła o ulicach Paryża i zastanawiała się, jak do nich dotrzeć, nie narażając swojej i tak już kruchej reputacji. Wiedziała, że jeśli ma spróbować szczęścia w wielkim mieście, to tylko teraz, dopóki jest młoda i ładna; jednak wciąż po nocach śnił jej się Paul. Niemal od początku rozumiała, że musi go stracić, było też dla niej jasne, że gdy Paul wróci z wojska, to nie do niej. Upierając się przy życiu wolnym, ale samotnym, dawała jednak wszystkim do zrozumienia, że na niego czeka - i na pewno wszyscy, ojciec, matka, siostry, donosili Paulowi o tym w listach. To zaś nie mogło go wzruszyć, lecz przeciwnie - musiało odstręczyć od niej, jak podpowiadał jej instynkt i stara ludowa mądrość przekazana przez matkę. A jednak nie umiała wyjechać. Wolność! Swoboda! - wołała nieraz sama do siebie, wałęsając się po lesie.

Jak wówczas wyglądała? Jakie widziała przed sobą perspektywy? Jak postrzegali ją zacni ludzie, których córkom udzielała lekcji? Jak ona ich postrzegała? Wiemy to. Wiemy dokładnie. Przez całe życie rysowała autoportrety, nie z powodu braku innych modeli, lecz z pasji odkrywania własnej prawdziwej, ukrytej natury; mamy dziś termin naukowy dla takich poszukiwań. Pisała też pamiętnik od czasu przyjazdu do Francji. I zostawiła muzykę, która powiedziałaby nam wszystko, nawet bez pamiętników. Z dokumentów tych wyłania się obraz kobiety nie tylko inteligentnej i atrakcyjnej, ale też niepokojącej i wyzywającej nawet wtedy, gdy nie miała takich zamiarów; kobiety, która całe życie karmiła zawistne języki, w której stale kochali się mężczyźni, chociaż nie oczekiwała od nich miłości i nie próbowała ich uwodzić. Na posadach w porządnych domach zachowywała się wzorowo, jednak wiedziała, że wystarczy najdrobniejszy błąd, aby zatrzaśnięto przed nią drzwi. Stąpała po niepewnym gruncie, gdyż poza wszystkim miała urok osobisty, ów obosieczny dar, budzący oczekiwania większe niż jest w stanie spełnić. Bez wątpienia rozczarowywała swoje młodociane uczennice, które nazywały ją najlepszą przyjaciółką i wychwalały przed rodzicami, w duchu licząc jednak na coś więcej niż rozsądne rady. „Czy naprawdę chciałabyś być taka jak ja?” - zagadywała łagodnie rozpieszczoną pannicę, szukającą jej wsparcia w niewinnym buncie. „Rób tak, jak ci każą rodzice, a kiedy wyjdziesz za mąż, będziesz postępowała po swojemu”. Tę maksymę zapożyczyła z listów Stendhala do siostry.

W pamiętniku zapisała, że woli być sobą, „wyrzutkiem”, niż którąkolwiek z tych uprzywilejowanych panien.

Jako dwudziestopięciolatka wspięła się o kilka szczebli na drabinie społecznej. Została nauczycielką dwóch córek hrabiego Rostanda. Rostandowie byli pierwszą rodziną w okolicy. Mieszkali w wielkim, starym chateau i dwa razy w tygodniu przysyłali po nią powóz. Zaczęła wówczas dawać lekcje nie tylko za dnia, ale i wieczorami; przed epoką powozu zapowiadała chlebodawcom z miasta, że może uczyć tylko w dzień, ze względu na daleką drogę w tę i z powrotem do leśnej chatki. Wywoływało to uszczypliwe komentarze. Wszyscy wiedzieli przecież, że nocami spaceruje sama po lesie. I mimo to bała się wracać po ciemku z miasta? A jej tańce wśród skał, przy wtórze tamburynu, czy też czegoś na kształt tamburynu - prymitywnego instrumentu, pochodzącego zapewne z prymitywnego kraju, który był jej ojczyzną? I to tańce nago - byli tacy, co podobno ją widzieli.

Czy rzeczywiście tańczyła nago po lesie? Nie wspomina o tym w pamiętniku - ale też na początku notowała w nim tylko suche fakty; dopiero z czasem wpisy rozwijają się w obszerniejszy komentarz do jej życia. Zachował się natomiast rysunek przedstawiający kobietę tańczącą w otoczeniu drzew i skał. Przy pełni księżyca. Nagą. Rysunek ten jest tak niepodobny do całej reszty jej autoportretów, że szokuje. Ciekawie było obserwować reakcję tego czy owego wielbiciela Julie, któremu dano do przejrzenia plik jej szkiców. Twarz nagle tężała, oddech wiązł w gardle, a potem - śmiech. Śmiech wywołany szokiem. Czy jednak szok nie bywa często objawem na wpół spodziewanego odkrycia? Drzwi otwierają się (niekiedy dosłownie), ukazując scenę piękną lub ohydną, budzącą zachwyt lub wzburzenie - lecz w każdym razie stanowiącą odwrotną stronę dobrze oświetlonego, uła-dzonego świata, który znamy: oto prawda. Dlaczego jednak Julie nigdy nie wspomniała o tańcu w pamiętniku? Może tańczyła tak tylko raz, i przeraziła się sama siebie? Taki taniec to rzecz mocno ryzykowna. Wiedziała, że ludzie ją podglądają. Z pewnością śledzili ją żandarmi, lecz gdyby nawet któryś zerknął do środka przez okno jej domku, pozbawione zasłon i okiennic - nie znosiła poczucia zamknięcia - ujrzałby młodą damę o salonowych manierach, stojącą przy sztalugach, grającą na harfie lub piszącą coś przy stoliku pod lampą oliwną, której blask padał na otwarty kajet, skromnie upierścienioną dłoń trzymającą pióro, twarz, pukle czarnych włosów i gors gładkiej sukni zapiętej pod szyję i wykończonej maleńkim białym kołnierzykiem.

Żandarmi donieśliby też swoim zwierzchnikom, że w domku panny Julie znajduje się wiele książek. Jednak gdyby sprawdzili dokładnie, na przykład pod jej nieobecność, gdy bawiła w mieście, nie znaleźliby w jej bibliotece niczego nieprzyzwoitego ani wywrotowego. Chociaż Julie nadal, z zasady, wielbiła rewolucje - inaczej uważałaby, że sprzeniewierzyła się sobie - jej księgozbiór stanowił dietę raczej zrównoważoną. Montaigne sąsiadował tu z Madame Roland, Madame de Sevigne z Emilem. Kla-rysa - powieść, która wywarła tak przemożny wpływ na

literaturę europejską - leżała razem z Wyznaniami Rousseau, a Wiktor Hugo, Maupassant, Balzac i Zola nie mieli nic przeciwko sąsiedztwu Woltera. Przy łóżku - małym, wąskim, z jedną poduszką - piętrzyły się dowody duchowego zawłaszczania tego regionu Francji, w którym Julie się znalazła: czytała, co tylko mogła z miejscowej literatury; zakochała się w dawnych poetach prowansalskich, którzy wraz ze współczesnym jej prowansalskim poetą Mistralem zajmowali miejsce na nocnym stoliku, przy małym emaliowanym niebieskim lichtarzu ze skromną białą świecą.

Uczona młoda dama, sawantka, jak mawiano o niej po cichu, powtarzając i bardziej pikantne plotki; skoro jednak chateau posyłał po nią powóz - który czekać mu-siał dobrą milę od jej domu, i to już na polnej drodze - to znaczyło, że Rostandowie nie wiedzą nic o nocnych wybrykach Julie, albo nie przejmują się nimi, traktując ją jak równą sobie, czego wyraźnie się domagała.

Ich najmłodszy syn, Remy, wkrótce zakochał się w pannie na śmierć i życie. Jeśli Paul był ucieleśnieniem bohatera romantycznego - przystojnym, kruczowłosym, porywczym i namiętnym - to Remy ucieleśniał miłość dojrzałą: trzeźwość, cierpliwość, uwagę i ten subtelny, kąśliwy dowcip, za którym kobiety przepadają, uważając go za oznakę powagi i doświadczenia.

Na początku kochała go wstrzemięźliwie, walcząc z rozsądkiem, lecz szybko porzuciła ostrożność i dała się całkowicie pochłonąć miłości, tak jak z Paulem na Martynice. Powóz nie czekał już na nią na końcu drogi, gdyż przestała dawać lekcje w chateau, za to młody człowiek odwiedzał ją regularnie w leśnym domku, zatrzymując się tam nieraz na kilka dni. Rodzina, przekonana, że to mu przejdzie, czekała cierpliwie. Błagał o pozwolenie na małżeństwo z Julie. I jej marzył się ślub z ukochanym, chociaż zdrowy rozsądek podpowiadał: nie myśl o tym. Miesiąc za miesiącem - w sumie trzy lata - trwało ich szczęście, udręka, rozpacz, uniesienia i upadki. Julie nadal uczyła w mieście, chociaż Remy namawiał ją usilnie, by przeszła na jego utrzymanie. Obywatele przymykali oczy na paskudne plotki dzięki temu, że rodzina panicza zachowała spokój, a młodzi byli dyskretni. Nigdy nie widziano ich razem. A panienka była przecież świetną nauczycielką. I niedrogo liczyła sobie za lekcje.

Tym razem Julie zaszła w ciążę. Uszczęśliwieni kochankowie snuli marzenia o wspólnym życiu z maleństwem. Dziecko urodziło się zdrowe, lecz wkrótce zmarło na jakąś błahą chorobę, jak wiele dzieci w tamtych czasach. Młodzi rodzice byli zrozpaczeni; na domiar złego dotarły do nich plotki z miasta - już nie tylko niemiłe, ale groźne. Potępienie Julie, długo skrywane z uwagi na jej pewność siebie, talenty i możnych protektorów, przybrało teraz formę oskarżenia: mówiono, że zabiła dziecko. Podawano nawet dokładnie, gdzie i jak. Pół mili od jej domu rzeka spadała z urwiska kaskadą do głębokiego, lodowatego basenu. Śmierć dziecka wyczerpała cierpliwość rodziny. Remy’emu polecono wstąpić do wojska. Miał dwadzieścia trzy lata. Julie - dwadzieścia osiem. Ich rozstanie było rozdzierającą sceną: długo trwali w bezruchu, jakby ich zmroził niewidzialny lód. Poprzysięgli sobie, że nigdy nie przestaną się kochać, i w jakimś sensie dotrzymali słowa.

Ona, odkąd ciąża stała się widoczna, nie uczyła już w mieście. Z zaoszczędzonych pieniędzy, i z tego, co Remy mógł zostawić jej na odchodnym, utrzymywała się jeszcze przez rok. Gdy pomału wróciła do siebie, a jej dziennik ukazuje nam, jak bolesny był to proces, powtórzyła posunięcie sprzed lat. W liście zaczynającym się od słów: „Nie ma istoty bardziej bezradnej i nieszczęśliwej niż młoda kobieta bez rodziny i bez protektora...”, poprosiła hrabiego Rostanda o znalezienie jej pracy jako kopistki partytur. Hrabia uczynił to. Wiedział, że Julie ma doskonałe kwalifikacje do wszelkich zajęć związanych z muzyką. Rodzina Rostandów była muzykalna. Podczas uroczystości grywali w ich salonach sławni artyści i amatorzy, niejednokrotnie brzmiała tam też muzyka Julie, czasem w jej własnym wykonaniu. Dziwna to była muzyka - ale pochodziła przecież z egzotycznej wyspy. Rodzina wiedziała, że Julie jest kompozytorką z prawdziwego zdarzenia i tworzy poważną muzykę.

Latami żyła sama na uboczu, chwytając się różnych zajęć. Kopiowała partytury, niekiedy komponowała na zamówienie okolicznościowe utwory. Śpiewała też na szacownych publicznych festynach i festiwalach, odrzucając przezornie wszystkie zaproszenia, które mogłyby nadszarpnąć jej reputację. Rysowała i malowała, pastelami i akwarelami, uwieczniając malownicze krajobrazy, wśród których żyła, tworząc studia ptaków i innych zwierząt. Jej obrazy sprzedawała miejska drukarnia. Nigdy nie dorobiła się majątku, ale i nie klepała biedy. W pamiętniku odnotowywała regularne subwencje przesyłane jej przez Rostandów, zapewne na życzenie Remy’ego.

Czy była samotna? Tak, zawsze. Nie potrafiła zapomnieć o Remym, on też jej nie zapomniał. Od czasu do czasu pisali do siebie długie listy. W trzy lata po zesłaniu do armii, w rejon Francuskiej Afryki Równikowej, Remy przyjechał na przepustkę i odwiedził wówczas Julie, jednak spotkanie to tak ich oboje poruszyło, że postanowili nigdy więcej się nie widzieć. Remy był już wtedy zaręczony z panną z odpowiedniej rodziny.

Ta romantyczna historia, jak czytelnik z pewnością dawno już zauważył, nie jest w żadnym razie niezwykła. Piękne młode kobiety, pozbawione wsparcia rodziny i upośledzone - w tym przypadku podwójnie, z racji nieprawego pochodzenia i koloru skóry - zwykle miewają takie właśnie biografie. W bogatych częściach świata. A w biednych krajach Trzeciego Świata w szczególności. Nawet i w Drugim Świecie (lecz gdzie to jest?) ubogie ładne dziewczyny mierzą marzenia na zamiary jedynie w sercu, nigdy w głowie.

Głowa Julie z pewnością nie była słabsza niż jej serce. Dowodem jej pamiętnik. I autoportrety. Nie zapominajmy też o muzyce. Podczas gdy banalna historia Julie posuwała się naprzód, jej umysł - na nieszczęście - trwał ponad zdarzeniami; to tak jakby Jane Austen przepisywała Jane Eyre albo Stendhal coś z twórczości George Sand. Lektura dzienników Julie wprawia w zakłopotanie, czujemy bowiem, że wystarczająco nacierpiałaby się z racji swoich nieszczęść i samotności, bez dodatkowego balastu trzeźwej samooceny. To pewne, że kochała Paula, że uwielbiała Remy’ego - a jednak porywy serca opisywała tak, jak zapracowany lekarz diagnozujący nieuleczalną chorobę. Nie bagatelizowała jej symptomów - przeciwnie: przypisywała im całą wagę i znaczenie, które miały w jej życiu.

W pięć lat po utracie Remy’ego przyjęła oświadczyny pięćdziesięcioletniego Philippe’a Angersa, właściciela drukarni, w której sprzedawano jej obrazy. Był to zamożny wdowiec, z dorosłymi już dziećmi. Lubiła go.

W pamiętniku zanotowała, że rozmowy z Philippe’em Angersem są najlepszą rzeczą w jej życiu, zaraz po muzyce. Odwiedzał ją w domu, jawnie; jego koń, a czasami powóz, czekał wtedy pod sosnami i dębami burgundz-kimi na końcu traktu. Spacerowała z nim po ogrodzie publicznym w Belles Rivieres. Spędzili razem cały dzień na festynie w Nicei. W ten sposób Philippe Angers pokazywał światu, że akceptuje Julie i jej styl życia, i że zamierza związać się z nią bez względu na opinię publiczną. Ludzie zresztą byli teraz zadowoleni, że ta samowolna, niepokojąca osóbka zostanie wreszcie obłaskawiona.

Notowała: Bardzo go lubię, a jego propozycja jest ze wszech miar sensowna. Tylko dlaczego nie ma w niej przekonania? Sama zdziwiła się słowu „przekonanie”, tak interesująco obecnemu w tym kontekście. Paul był przekonujący, a co dopiero Remy. Co jednak znaczyło właściwie to słowo, którego sama użyła?

Przez długi trzeźwy rok Julie i właściciel drukarni planowali swój ślub. Jego dzieci poznały ją i chyba zaaprobowały. Syn Robert był rolnikiem. Julie opisuje w dzienniku wspólny posiłek z drukarzem i Robertem. W nim mogłabym się zakochać - wyznaje. - Az pewnością on we mnie. Zrozumieliśmy to od pierwszego wejrzenia. 0 tak, w tym byłoby przekonanie! Dajmy jednak spokój. On mieszka z żoną i czwórką dzieci pod Beziers. Zapewne nigdy więcej się nie zobaczymy.

O przyszłym małżonku wzmiankuje regularnie, zawsze spokojnie, rozważnie, rzec można: z szacunkiem. Lecz oto opis wyobrażenia życia małżeńskiego. Zbudzę się przy nim w tym wygodnym łożu, gdy pokojówka wejdzie napalić w piecu. Tak jak kiedyś budziła się jego żona. Potem go pocałuję i wstanę zrobić kawę, bo łubi moją kawę.

Potem pocałuję go, zanim zejdzie na dół do drukarni. Potem wydam połecenia służącej. I wreszcie będę mogła przejść do pokoju, który wyznaczył na mój własny i wziąć się do malowania. Ołejami, jeśli zechcę. Pod tym względem będę mogła sobie pozwołić na wszystko. On zazwyczaj nie wraca na południowy posiłek, więc i ja nie będę jadła; przejdę się raczej do parku i pogawędzę z tutejszymi obywatełami, którzy bardzo już chcą mi wybaczyć Potem pogram chwiłę na fortepianie ałbo na flecie. On nie słyszał muzyki, jaką ostatnio komponuję. Chyba by mu się nie spodobała. Kochany Phiłippe, ma takie dobre serce. Ze łzami w oczach patrzył na psa, gdy nam się rozchorował. Wróci na kolację i razem zjemy zupę. Lubi moje zupy, i w ogóle moją kuchnię. Opowie mi swój dzień. Jego praca jest ciekawa. Potem porozmawiamy o tym, co doniosły gazety. Często będziemy się spierać. On nie ma krzty sympatii dla Napoleona! Kładzie się wcześnie. To będzie najtrudniejsze: dać się zamknąć w domu na całą noc.

Ani razu nie pada słowo o korzyściach finansowych. A przecież była całkiem sama na świecie. Jej matka zginęła podczas trzęsienia ziemi spowodowanego wybuchem wulkanu Montagne Pelee, gdy odwiedzała siostrę w pobliskim Saint Pierre, które zostało całkowicie zniszczone przez kataklizm. Nic nie wiadomo o tym, aby Julie kiedykolwiek poprosiła o pomoc ojca.

Na tydzień przed dniem, w którym burmistrz, stary przyjaciel Philippe’a, miał udzielić im ślubu w ratuszu, Julie utopiła się w basenie, w którym rzekomo utopiła swoje dziecko. Nikt nie wierzył, że zrobiła to celowo. Bo i czemu, skoro właśnie teraz wszystkie jej problemy zostały rozwiązane? Niemożliwe też, że poślizgnęła się i wpadła do wody, jak uznała policja. Nonsens! - przecież całymi latami skakała po lasach jak kozica. Nie, na pewno została zamordowana, zapewne przez zawiedzionego kochanka, o którym nikt nie wiedział. Żyjąc samotnie z dala od przyzwoitych ludzi, sama prosiła się o takie nieszczęście.

Złożono stosowne kondolencje obywatelowi, który stracił ukochaną, nikt bowiem nie wątpił w jego szczere dla niej uwielbienie, lecz w opinii powszechnej wyszło mu to tylko na dobre. Żandarmi pozbierali papiery Julii, jej rysunki, obrazy i sporo partytur, a nie wiedząc za bardzo, co z nimi począć, wrzucili wszystko do wielkiego kufra, który spoczął następnie w piwnicy regionalnego muzeum. Dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku potomkowie Remy’ego wyszperali w rodzinnych papierach zapisy kilku utworów Julie Vairon, muzyka im się spodobała, przypomnieli sobie o kufrze w muzeum, znaleźli w nim dużo więcej nut i doprowadzili do wykonania kilku kompozycji na letnim festiwalu muzycznym. Tam właśnie usłyszał je Anglik Stephen Ellington-Smith. Jak orientują się melomani, Julie Vairon szybko zyskała sławę niezwykłej, oryginalnej kompozytorki swoich czasów, a dziś niektórzy wręcz mówią o niej: wielka.

A przecież była nie tylko kompozytorką. Podziwia ją cały świat artystyczny. „Niezbyt obszerna, lecz wyrazista twórczość niszowa” - tak ocenia się ją obecnie. Zdaniem niektórych Julie Vairon zaistniała dzięki swoim pamiętnikom. Ich fragmenty ukazały się zarówno we Francji, jak i w Anglii, zbierając natychmiast pochlebne recenzje: utrafiły w gust naszych czasów. We Francji ukazało się wydanie trzytomowe, a w Wielkiej Brytanii jednotomowe (skrót całości). Krytycy brytyjscy zgodzili się z opinią francuskich kolegów, że dzieło Julie Vairon zasługuje na to, by stanąć na półce obok Madame de Sevigne. Jednak niektórym szkodzi nadmiar talentów. Byłoby chyba lepiej dla Julie, gdyby miała tylko jeden skromny, subtelny, bezpretensjonalny talencik, tak odpowiedni dla kobiety. Co doprowadza nas do feministek, które w jej sprawie nie mogą dojść do zgody. Jedne uważają ją za ar-chetypiczną wręcz ofiarę męskiego szowinizmu, inne zaś utożsamiają się z jej niezależnością. W kwestii muzyki, jak wyraził się jeden z krytyków, „problem z Julie Vairon polega na tym, że nie daje się jej zaszufladkować”. Łatwo powiedzieć, że dzisiaj brzmi współcześnie, ale rzecz w tym, że komponowała muzykę nienależącą do swoich czasów. Pochodziła, co stale się podkreśla, z Karaibów, a więc tamtejszą muzykę, głośną i niepokojącą, miała we krwi. Nie zapomina się o tej „krwi”, która dziś jest zaletą, ale wtedy nie była. Nic dziwnego, że nie są to rytmy europejskie. Ale także i nie afrykańskie. Na domiar złego twórczość muzyczna Julie dzieli się na dwie wyraziste fazy. Pierwszą nietrudno zrozumieć, chociaż zagadką jest, skąd się wzięła: najbliżej jej do muzyki truwerów i trubadurów z dwunastego, trzynastego i czternastego wieku. Tyle że za czasów Julie nie istniały jeszcze nagrania muzyki renesansowej na instrumentach z epoki, odtwarzane z mało czytelnych manuskryptów. Dziś znane są sposoby ożywiania muzyki dawnej. Pewien nurt arabskiej tradycji muzycznej nie zmienił się praktycznie przez stulecia po dotarciu do Hiszpanii, skąd przeniknął do południowej Francji, inspirując tamtejszych śpiewaków i muzyków, którzy wędrowali od zamku do zamku, od dworu do dworu, grając na instrumentach będących przodkami naszych współczesnych. Jednak w muzyce rekonstruowanej, wnioskowanej ze słuchu, przynajmniej częścią pierwotnej inspiracji jest interpretacja wykonawcy. Słowa Contessy Die pozostały te same, ale jak właściwie ona je śpiewała? Czy Julie natknęła się gdzieś na stare manuskrypty tej muzyki? W życiu zdarzają się wszak rzeczy najdziwniejsze. A więc gdzie? Czyżby rodzina Rostandów była w posiadaniu starodawnych partytur? Szkopuł tej ciekawej teorii - w myśl której słynny ród, rozmiłowany w kulcie przodków i muzyce, tak lekce sobie ważył skarby z przeszłości, że nie dostrzegł ich wpływu na Julie - tkwi w tym, że Julie Vairon komponowała w stylu trubadurów jeszcze przed poznaniem Rostandów: jej pieśni z tego okresu karmią się żałobą po stracie Paula. Można snuć nieszkodliwe spekulacje, że w jednym z domów szacownych mieszczańskich rodzin, których córki uczyła Julie, znajdował się prastary kufer pełen... czemu nie? Spróbujmy jednak odpowiedzieć na pytanie, jaką drogą ten śpiew mógł dotrzeć do młodej kobiety żyjącej w leśnej samotni. Co ona tam słyszała, czego słuchała? Z pewnością szumu i plusku wody, cykania cykad i świerszczy, pohukiwania sów i lelków, cienkich pisków sokoła z wysokiej skały i okolicznych wiatrów nieustannie świszczących wśród pagórków, między którymi wędrowali niegdyś trubadurzy ze swoją osobliwą muzyką. Ich duchy, jak utrzymuje garstka dziwaków, nawiedzały Julie podczas długich, samotnych wieczornych godzin komponowania pieśni. Pewien wykonawca wplótł jej pieśni w koncert muzyki truwerów i trubadurów, wprawiając w podziw publiczność, gdyż istotnie Julie mogłaby należeć do tamtej epoki. To była „pierwsza faza” jej twórczości, trudna do wyjaśnienia, lecz łatwa do słuchania. „Faza druga” była inna, chociaż przez krótki czas oba rodzaje muzyki współistniały, niezbyt zgodnie, w jej twórczości. Oliwa i woda. W nowej fazie nie ma nic afrykańskiego. Długie rytmy ciągną się płynnie, z rzadka okraszone prymitywnym tematem, jeśli pod tym określeniem rozumiemy motyw tańca, poruszenia fizycznego. Jest to jednak zawsze jeden z kilku motywów przewijających się tu i ówdzie, na kształt głosów w muzyce późnośredniowiecznej, układających się w schematy, w których żaden z głosów nie jest dominujący. Bezosobowość. Może to właśnie jest niepokojące. Muzyka Julie z okresu „trubadurskiego” żali się otwarcie, lecz formalnie, w granicach formy (niczym fado, czy choćby blues), która w każdym momencie stawia tamy skardze istoty ludzkiej żebrzącej o współczucie, o pocieszenie - o miłość. Jej późna muzyka, chłodna i krystaliczna, mogłaby być dziełem anioła, jak się wyraził pewien francuski krytyk - na co drugi mu odpowiedział: Nie, diabła.

Trudno jest, gdy się słucha tej późnej muzyki, połączyć ją z tym, co Julie pisała o sobie w pamiętniku, albo z jej autoportretami. Na krótko przed tym, nim rzuciła się do wody, bo planowanemu małżeństwu z rozsądku „brak było przekonania”, namalowała pastelami swój portret wielokrotny - satyryczne echo wieńca cherubinków i aniołków z kartek pocztowych. W lewej górnej części obrazu widnieje urocze, delikatne niemowlę, patrzące inteligentnymi czarnymi oczkami wprost na oglądającego - a więc, pamiętajmy o tym, na Julie, gdy to malowała. Dalej - śliczna dziewczynka w białej muślinowej sukience, z różowymi kokardami w niesfornych czarnych lokach i z uśmiechem, który uwodzi widza, a zarazem z niego kpi. Następnie - podlotek; to jedyna postać, która nie patrzy wprost z obrazu. Na wpół odwrócona, z dumnym profilem, przypomina młode orlątko. Nie ma w niej nic przymilnego; całe szczęście, że nie musimy patrzeć jej w oczy, domagające się z pewnością silnych reakcji i współczucia. U dołu - girlanda konwencjonalnych liści, stanowiąca przeciwwagę dla zawiązanej na kokardę białej wstęgi biegnącej górą. W prawym dolnym rogu, równolegle do profilu orlątka, widzimy młodą kobietę w apogeum życiowych osiągnięć: przypomina poniekąd księżną Alby z obrazu Goi, z tym że jest ładniejsza: ma czarne loki, żwawą młodzieńczą sylwetkę i czarne, śmiałe, rozbawione oczy, w które nie da się nie patrzeć. Na poziomie podlotka, niczym uzupełnienie tej postaci lub komentarz do niej, widnieje uśmiechająca się z rezerwą kobieta po trzydziestce, przystojna i opanowana, niewy-różniająca się niczym poza myślącym spojrzeniem, które przykuwa wzrok i w końcu zmusza do pytania: Słucham, co właściwie chcesz mi powiedzieć? Czarna linia odgranicza ten ostatni portret od następnych dwóch, obrazujących dwa stadia życia, z których autorka zrezygnowała. Pulchna dama w średnim wieku siedzi z założonymi rękami, oczy ma spuszczone. Cała energia wizerunku skupia się w żółtym szalu na siwych włosach: mogłaby to być każda pięćdziesięciopięcioletnia matrona. Stara kobieta jest po prostu starą kobietą. Brak jej indywidualności, jak gdyby Julie nie potrafiła wyobrazić sobie siebie starej, albo szkoda jej było na to czasu. Nakreśliwszy wymowną czarną linię, wyszła z domu w las, a potem stała - jak długo? - na krawędzi rzecznej kaskady, aż skoczyła do basenu z najeżonym kamieniami dnem.

Działo się to tuż przed pierwszą wojną światową, która tak błyskawicznie i drastycznie odmieniła styl życia kobiet. A gdyby Julia nie skoczyła wtedy do wody? Gdyby postanowiła żyć?

Przed samobójstwem uporządkowała swoje obrazy, rękopisy muzyczne i pamiętniki w schludne pliki. Niczego chyba nie zniszczyła, jakby robiła to z myślą: „Bierzcie wszystko albo nic”. Zostawiła też list adresowany do policji, ze wskazówkami, gdzie szukać jej ciała.

Niepamięć o niej trwała trzy ćwierci wieku. Aż do letniego recitalu w Belles Rivieres, gdy po raz pierwszy wykonano jej utwory. Wkrótce potem dzieła Julie Vairon włączono do wystawy paryskich artystek, którą z powodzeniem pokazano także w Londynie. Nakręcono o niej dokumentalny film telewizyjny. Napisano też romantyczną biografię - jej autor albo nie czytał pamiętników Julie, albo się nimi nie przejął.

W tym właśnie okresie do opowieści wkracza Sara Dur-ham. Przeczytała angielską wersję pamiętników, uznała ją za niezadowalającą, zamówiła francuski oryginał z Paryża - i postać Julie porwała ją do tego stopnia, że zaczęła pisać szkic sztuki, zanim omówiła rzecz z trójką swoich współpracowników. Okazali się nie mniej niż ona zaintrygowani. Na koniec żadne nie pamiętało już, kto rzucił pomysł wykorzystania w spektaklu muzyki Julie; twórcze dyskusje takich zespołów mają zawsze wartość większą niż prosta suma ich części. Mogli gadać o Julie bez końca. Zawojowała Zielonego Ptaka. Sara napisała nowy szkic dramatu, z muzyką. Zainscenizowali go dla potencjalnych sponsorów i Julie Vairon od razu zaczęła nabierać rozmachu. Potem pojawiła się druga sztuka, autorstwa Stephena Ellingtona-Smitha, który tak znacznie przyczynił się do „odkrycia”, a następnie „promocji” Julie Vairon, że ochrzczono go „Aniołem Julie”.

Wszyscy po kolei przeczytali nowy dramat, utrzymany w stylu romantycznym, żeby nie rzec sentymentalnym, i pewnie machnęliby na niego ręką, gdyby nie Patrick, który zażądał nadzwyczajnego zebrania. Uczestniczyli w nim: Sara, Mary Ford, Roy Strether i Patrick Steele

- Czwórka Założycielska - a także Sonia Rogers, rudowłosa i pełna energii, którą właśnie „wypróbowywali”. Wciąż podkreślali, że Sonia jest u nich na próbę, chociaż było już oczywiste, że przylgnęła do zespołu - to dlatego, że stara gwardia nie chciała przyjąć do wiadomości, że pewna epoka ich działań już się zakończyła. Dlaczego Sonia? Czemu nie ktokolwiek inny z entuzjastów kręcących się ustawicznie koło teatru, skłonnych pracować za darmo albo za symboliczną zapłatę? Cóż, dlatego że Sonia była stale pod ręką. Prawdę mówiąc, była wszędzie. „Kopnij kamień, a óna pod nim siedzi” - żartował Patrick. Przyszła do nich jako „dochodząca” i od razu stała się niezbędna. Prosta sprawa. Uczestniczyła w zebraniu, bo wpadła właśnie po coś do teatru - więc ją zaprosili. Przycupnęła na szafce z aktami, jakby gotowa była odfrunąć na pierwsze cierpkie słowo.

Patrick wypalił od razu z grubej rury:

- Co wam się nie podoba w sztuce tego Stephena Jak-mu-tam? Trzeba ją trochę poskracać i będzie w porządku.

- Była biedna, lecz uczciwa, zhańbił ją bogaty pan...

- zanuciła Mary.

- Przepraszam: dwóch bogatych panów - uściślił Roy.

- Patricku, w dzisiejszych czasach sztuka z kobietą w roli ofiary nie przejdzie; koniec kropka - podsumowała Sara.

Patrick odezwał się, jak to często on, tonem osoby osaczonej, zdradzonej, odizolowanej:

- Ale dlaczego nie? Przecież ona taka była. Jak biedna Judy. Jak biedna Marilyn.

- Zgadzam się z Sarą - powiedziała Sonia. - Nie możemy robić sztuki o Judy. Ani o Marilyn. To ofiary i nic poza tym. Ten temat teraz nie chodzi.

Nastąpiła znacząca pauza, z gatunku tych, w których ważą się racje i siły. Sonia przemówiła głosem autorytetu. Powiedziała „my”. A więc nie uważa się już za „dochodzącą”, ani „na próbę”. No tak - myślała Czwórka Założycielska. Stało się. Musimy przyjąć to do wiadomości.

Każde z osobna znało myśli pozostałych. Jakżeby inaczej? Nie musieli nawet wymieniać spojrzeń ani znaczących min. Poczuli się - zostali zmuszeni poczuć się

- wyblakli, wyleniali, passe. Przed nimi siedziała ta Sonia, promienna i wyczesana jak młoda lwica, i nagle ujrzeli siebie jej oczami.

- Zgadzam się w zupełności - rzekła w końcu Mary, chwilowo biorąc na siebie odpowiedzialność. I spojrzała na dziewczynę tak, że dała ona wyraz swemu zadowoleniu: roześmiała się triumfalnie i potrząsnęła ognistą głową.

- Dzisiaj nikt nie wystawiłby opery o Madame Butterfly.

- Wszyscy chodzą na Madame Butterfly - zaoponował Patrick.

- Wszyscy? - powtórzyła Sonia, tonem dającym do zrozumienia, że to kwestia polityczna.

- No a Miss Saigonł - bronił się Patrick. - Czytałem scenariusz.

- O czym to jest? - spytała Sonia.

- O tym samym co Madame Butterfly - odparł Patrick.

- Spróbuj mnie teraz przekonać, Saro Durham.

- To jest musical - orzekła Sara. - Nie dla naszej publiczności.

- Niesmaczne - skwitowała Sonia. - Jesteś pewien, Patricku?

- Absolutnie.

Patrick dalej walczył o swoje.

- A ta sztuka o Zimbabwe? Nie pamiętam, żeby ktokolwiek chciał ją przerabiać na musical.

Sztuka o Zimbabwe, autorstwa czarnych feministek, opowiadała o dziewczynie ze wsi, która marzy o życiu w mieście, jak każdy w Zimbabwe, ale w mieście panuje bezrobocie. Ciotka z Harare odmawia przyjęcia jej pod swój dach, tłumacząc się przepełnionym domem. Odmowa ta wywołuje we wsi oburzenie, gdyż gwałci tradycyjne prawo, nakazujące, aby członek rodziny, któremu się poszczęściło, wziął na utrzymanie ubogiego krewnego, gdy ten go prosi. Ale ciotka odpowiada: mam już w domu dwadzieścia osób, dzieci, rodziców, i wszystkich muszę sama wyżywić. Jest pielęgniarką. Młoda bohaterka wpada w oko miejscowemu bogaczowi, właścicielowi firmy transportowej. Zachodzi w ciążę. Zabija dziecko. Wszyscy o tym wiedzą, ale prawo jej nie ściga. Zosta-je nielegalną prostytutką. Sama siebie wcale za taką nie uważa: „Tym razem on na pewno pokocha mnie i poślubi”. Rodzi drugie dziecko, które podrzuca pod drzwi misji katolickiej. Choruje na AIDS. Umiera.

- Widziałam to - powiedziała Sonia. - Niezłe.

- Ale tylko dlatego, że bohaterka jest czarna? - zagadnął Patrick, i roześmiał się głośno, widząc, że sprowadził dyskusję na polityczne pole minowe.

- Dajcie spokój - powiedziała Mary. - Będziemy tu siedzieli całą noc.

- Racja - przyznał Patrick, zadowolony, że dopiął swego.

- Już zrobiło się późno - zauważył Roy, swoim zwyczajem podsumowując sytuację. Spokojny, niedźwiedziowa-ty, niewzruszony, był urodzonym arbitrem. - Ustaliliśmy już przecież, że dajemy sztukę Sary.

- Ale - nie ustępowała Sonia - moim zdaniem powinniśmy przynajmniej pamiętać, że to jest historia dziewcząt na całym świecie. Tu i teraz. Setek tysięcy. Milionów.

- Jest naprawdę późno - powtórzył Roy.

- Nie wydaje mi się - wtrąciła Mary - żeby Francuzi lecieli na ten temat tylko dlatego, że jest to wyciskacz łez. Dla nich to nie jest łzawa historyjka. Wczoraj rozmawiałam przez telefon z Jean-Pierre’em o reklamie: on twierdzi, że Julie wyprzedziła swoje czasy.

- Naturalnie - przytaknęła Sara.

- Jean-Pierre mówi, że oni postrzegają ją jako intelektualistkę, przynależną do tradycji francuskich sawantek.

- Innymi słowy - rzekł Roy, wstając i tym samym kończąc zebranie - nie powinniśmy w ogóle prowadzić tej rozmowy.

- A co na to sponsorzy amerykańscy? - spytał bojowo Patrick. - Na co oni się zgadzają? Założę się, że nie na francuską sawantkę.

- Kupili naszą propozycję w całości.

-Jedno wam powiem - oświadczył Patrick. - Gdyby-ście wystawili sztukę tego Stephena Jak-mu-tam, wszyscy na widowni szlochaliby jak bobry.

Mary i Roy gnali już na dół po schodach, wyśpiewując „Była biedna, lecz uczciwa...” Patrick faktycznie miał łzy w oczach.

- Biedaku! - użaliła się nad nim Sara i przytuliła go. Często musieli go tak uspokajać: „Dobrze już, dobrze”. Patrick żalił się, a oni mu matkowali, powtarzając: „Po-płacz sobie, popłacz, tak to jest, jak się chodzi z sercem na wierzchu”. Trwało to już od lat. Ale teraz zaszła zmiana... Sonia na pewno nie będzie go rozpieszczać. Rzuciła mu z dołu schodów krytyczne spojrzenie, bo Patrick - zawsze wystrojony, nawet do przesady - wyglądał tego dnia jak żuk, w błyszczącym zielonym żakiecie, z czarnymi włosami pozlepianymi w kolce. Za to Sonia miała na sobie ostatni krzyk mody: czarne bojówki, podkoszulek moro z demobilu, czarne koronkowe bolerko kupione gdzieś na pchlim targu, glany, wiktoriański naszyjnik obrożę nabijany dżetami, mnóstwo pierścionków i kolczyków. Fryzura a la lata dwudzieste: włosy na karku przycięte w wąski szpic, a z przodu dwa zawijasy, przypominające uszy spaniela. Fryzura Soni rzadko jednak pozostawała ta sama przez dłużej niż dzień lub dwa. Patricka drażnił jej styl. Zdarzało się, że krytykował ją histerycznym tonem za brak elegancji.

- Robienie z siebie pajaca jest w złym guście, kochana. Na co Sonia odpowiadała:

- I kto to mówi?

Sara nie kładła się w ogóle w nocy przed spotkaniem ze Stephenem Ellingtonem-Smithem. Po pierwsze, dopiero o trzeciej nad ranem skończyła sprzątać. Potem postanowiła, że jednak napisze noty do programu. Na koniec przerzuciła raz jeszcze pamiętnik Julie, przygotowując się do spodziewanej batalii z Aniołem Julie.

- Proszę zauważyć - perswadowała mu w duchu - że Julie nigdy nie postrzegała siebie jako ofiary. Uważała się za osobę mającą wybór. Do roku 1902, w którym zmarła jej matka, mogła wrócić na Martynikę. Matka przecież pisała jej w listach, że powita ją z radością w każdej chwili. Zachował się nawet dość niemądry list od jej przyrodniego brata, z żarcikami na temat ich wzajemnego związku - list po sztubacku obraźliwy. Brat pisał, że ojciec zlecił mu „opiekę” nad Julie. Nie odpowiedziała na ten list. Zastanawiała się, czy nie powinna zostać prostytutką - nie zapominajmy, że były to czasy les grandes horizontales. Uznała jednak, że nie kuszą jej luksusy, stanowiące wymóg dla ladacznicy z wyższych sfer. Oferowano jej pracę szansonistki w marsylskim nocnym klubie, lecz doszła do wniosku, że to zbyt absorbujące emocjonalnie, a poza tym nie miałaby czasu na swoją muzykę i malowanie. Zresztą nie cierpiała prowincjonalnych miasteczek. Pojawiła się szansa wyjazdu do Paryża, w roli śpiewaczki objazdowej trupy. Ale nie o takim Paryżu marzyła. W pamiętniku pisze: Gdyby Remy zaprosił mnie do Paryża i zamieszkał tam ze mną... żyłibyśmy sobie skromnie i mielibyśmy prawdziwy ch przyjaciół... To podkreślenie, moim zdaniem, mówi wszystko. Julie pisze dalej: Oczywiście, to nie wchodzi w rachubę, chociaż widziałam go z żoną na festynie. To jasne, że się nie kochają. Zaproponowano jej posadę guwernantki w domu sędziego w Awinionie; sędzia był wdowcem. Kilku mężczyzn chciało umieścić ją w Nicei albo w Marsylii jako swoją metresę. Odnotowywała skrupulatnie te propozycje, jakby pisała: Dzisiaj było gorąco, albo: Dzisiaj było chłodno. Bardzo łatwo byłoby pokazać Julie poprzez to, co odrzuciła. A co wybrała? Kamienną chatkę w lesie. „Oborę”, jak mawiali z pogardą szacowni obywatele. Wybrała samotność, malowanie, rysowanie i komponowanie oraz obyczaj cowieczorne-go komentowania swoich działań na piśmie. Zgadzam się, że niełatwo jest zrobić z tego porywający dramat. Niełatwo, gdy przyjmiemy formę, którą pan proponuje. Akt pierwszy: Paul. Akt drugi: Remy. Akt trzeci: Philippe. Wiem, wytknie mi pan, że napisała: Nie umiałabym chyba porzucić tego domku, gdzie wszystko mówi mi o miłości. To jak z George Sand. Lecz proszę zauważyć, że zaraz potem dodaje: Mieszkam tutaj dokładnie tak samo, jak kiedyś mieszkała w swoim domku moja matka. Różni nas to, że ona całe życie była utrzymanką. Jednego mężczyzny - mojego ojca. Zawsze go kochała i nigdy nie miała wyboru. Nie mogła opuścić jego majątku, gdyż wówczas pozostałoby jej tylko jedno źródło utrzymania: zostać burdełmamą. Jakie miała zdolności? Umiała gotować. Umiała się ubrać. Znała się na kwiatach i ziołach. Zapewne znała się też na miłości, łecz o tym nigdy nie rozmawiałyśmy, to jest - o miłości fizycznej, ponieważ matka wychowywała mnie na prawdziwą damę i nie chciała, żebym poznała prawdę o niej (co samo w sobie wzrusza mnie wprost do łez, bo jakże inaczej mogłabym pojąć siebie, to czym jestem, jak nie przez zrozumienie jej?). Szczerze się jednak obawiam, że gdybyśmy kiedyś usiadły pogadać jak kobieta z kobietą, usłyszałabym od niej: Mieszkam w tym domu, bo wszystko, co jest w nim i wokół niego, przypomina mi o miłości. A w tej miłości mieściłyby się wspomnienia cieni starych drzew na ścianach i w lustrze sałonu, i na suficie sypialni; i wieczna wilgoć, i ciężka woń kwiatów pośród zmytej rosą zieleni, i zapach jakby mokrej zwierzęcej sierści, który przenikał cały dom, kiedy padało. Lecz faktem jest, że moja matka nie mogła porzucić swojego domu i życia, nawet gdyby chciała, ja natomiast mogę stąd odejść w każdej chwili. I gdzie pan tu widzi ofiarę?

Niepokój Sary nie brał się na pewno z obawy o finansowe konsekwencje odrzucenia sztuki Ellingtona-Smitha, gdyż ten zaznaczył w liście: „Rozumie się samo przez się, że odrzucenie przez Państwa mojej skromnej próbki dramaturgicznej nie będzie miało żadnego wpływu na wsparcie, którego udzielam.”

Siedział już przy stoliku w restauracji, na szczęście żadnej z najmodniejszych w ostatnich czasach. Sala była przestronna, ciemnawa, staroświecka i cicha. On na pierwszy rzut oka miał urodę szlachetnego ziemianina. Zbliżając się do stolika, Sara uświadomiła sobie ciekawą rzecz: że kiedy wróci do teatru i Mary Ford spyta ją: „Jaki on jest?”, a ona odpowie: „Jak dziedzic starej daty”, Mary natychmiast będzie wiedziała, o co chodzi. Rodzice Sary i rodzice Mary Ford, dziadkowie Sary i dziadkowie Mary Ford, mieliby kłopot z „umiejscowieniem” wielu współczesnych mieszkańców Wielkiej Brytanii, ale Stephena Ellingtona-Smitha sklasyfikowaliby natychmiast. Mężczyzna około pięćdziesiątki, postawny, lecz nie tęgi. Z racji swojej postury zajmował dużo miejsca, lecz czynił to z wielkopańską galanterią. Twarz jasna, szczera; zielone oczy z jasnymi rzęsami; włosy niegdyś blond, posiwiałe. Strój, jakiego należałoby się spodziewać: Sara odruchowo zaczęła konotować w pamięci szczegóły mogące przydać się, gdy trzeba będzie stworzyć na scenie postać dziedzica. Doszła do wniosku, że istotą tego stroju jest to, że czyni niewidocznym dżentelmena polującego na jelenie. Subtelna brązowawo-żółta kratka marynarki odgrywała tę samą rolę co paski u zebry: zlewała się z tłem.

Patrzył na nią, gdy się zbliżała, wstał, odsunął dla niej krzesło. Lustrował ją czujnie, ale bez nieufności. Poczuła, że mu się podoba - na ogół podobała się ludziom.

- A więc to pani - powiedział. - Przyznam, że mi ulżyło. Chociaż sam nie wiem, czego się spodziewałem.

I zaraz potem, zanim zdążyli dobrze usiąść, dodał:

- Chciałbym jasno powiedzieć, że nie będę miał państwu za złe, jeśli odrzucicie moją sztukę. Nie jestem dramaturgiem. Napisałem to z potrzeby serca.

Mówił tonem człowieka stawiającego sprawę jasno -oto mamy przed sobą problem. Ona zaś przypomniała sobie rozmowę w teatrze. Mary zauważyła:

- Poza wszystkim, to ciekawa historia. Gość zajmuje się Julie, w taki czy inny sposób, od dobrych dziesięciu lat. Co on z tego ma?

No właśnie. Z jakiego powodu ten człowiek, „typowy amator sztuki w dawnym stylu” - jak scharakteryzował go urzędnik Rady ds. Sztuki, wskazując go jako potencjalnego mecenasa - zajmuje się od dziesięciu albo więcej lat kontrowersyjną Francuzką? Prawdziwy powód musiał być irracjonalny i dziwaczny, jak to często bywa w ludzkich działaniach, lecz na ogół nie mówi się o tym, albo nawet tego nie zauważa. To właśnie insynuowała Mary Ford. Więcej niż insynuowała.

-Jeśli mamy mieć z nim problemy - dodała po chwili - to lepiej od samego początku wyłożyć kawę na ławę.

- Jakie problemy masz na myśli? - spytała Sara, gdyż wysoko ceniła intuicję Mary.

- No, nie wiem... - I zaśpiewała na melodię popularnej piosenki Who Is Sylvia\ „Kim jest Julia, kto to jest...”

Zaczęli rozmowę od spraw praktycznych. Punkt pierwszy: pierwsza przeszkoda na drodze sukcesu Julie Vairon. Sztukę miał wystawić w Londynie teatr Zielony Ptak, jako jedną z trzech pozycji repertuaru na sezon letni. Całkiem przypadkowo Jean-Pierre le Brun, urzędnik z Belles Rivieres, dowiedział się od rodziny Rostandów, która z entuzjazmem wspierała przedsięwzięcie, że szykuje się premiera - i przyleciał do Londynu, aby zaprotestować. Dlaczego nie skonsultowano się z Belles Rivieres? Prawdę mówiąc, Czwórka Założycielska nawet o tym nie pomyślała: sztuka nie wydawała im się dość ambitna na to, by angażować Francuzów. Poza tym, Belles Rivieres nie miało swojego teatru. A tekst Julie Vairon istniał tylko w wersji angielskiej. Jean-Pierre przyznał uczciwie, że Anglicy pierwsi dostrzegli potencjał Julie, i zapewnił, że nikt nie zamierza im odbierać tego honoru. Nie chodziło o odebranie Zielonemu Ptakowi prawa do wystawienia sztuki. Na tym etapie było to zresztą prawie niemożliwe. Jean-Pierre czuł się jednak głęboko urażony pominięciem Belles Rivieres w całym przedsięwzięciu. Co wobec tego można zrobić? Oczywiście, dać zgodę na wystawienie angielskiej wersji we Francji. Przykra prawda jest taka, że jeśli sztuka przyciągnie turystów, to znaczna ich większość mówić będzie po angielsku, a nie po francusku. W tamtej okolicy osiedliło się zresztą sporo Anglików... wzruszył ramionami, pozostawiając ich domysłom, co sądzi o całej sprawie.