40,00 zł
To jedna z najgłośniejszych powieści Abe Kōbō, wydana w Japonii w 1967 roku, przetłumaczony na język angielski dwa lata później. Nigdy wcześniej nie ukazała się w Polsce. Opowiada o anonimowym detektywie, wynajętym przez piękną klientkę w celu znalezienia wskazówek związanych ze zniknięciem jej męża. W trakcie śledztwa główny bohater otrzymuje tytułową (zniszczoną) mapę, która rzekomo ma mu pomóc, ale ostatecznie okazuje się bardziej metaforą wskazówek, którymi należy się kierować w życiu.
Zniszczona mapa jest przykładem artystycznej powieści detektywistycznej, poruszającej takie tematy jak urbanizacja, alienacja, zamęt semiotyczny i zawodność narracji poprzez klasyczne elementy gatunku noir. Książkę tę uważa się za prekursorską względem Trylogii nowojorskiej Paula Austera czy Przygody z owcą Harukiego Murakamiego. Filmowa adaptacja tej historii została stworzona przez Hiroshiego Teshigaharę w 1968 roku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału
燃えつきた地図(Moetsukita chizu)
Redaktor prowadzący
Paweł Orzeł
Okładka i ilustracja
Anna Sztwiertnia
(na podstawie: Kuniyoshi Utagawa, Takiyasha the Witch and the Skeleton Spectre, 1844)
Redakcja
Kamil Kowalski
Korekta
Magdalena Janiszewska-Pyter
© 1967 Kobo Abe
Polish translation rights arranged with the Estate of Kobo Abe
through Japan UNI Agency, Inc., Tokyo
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2026
© Copyright for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
e-mail: [email protected]
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-8442-018-8
Wciskam sprzęgło i wrzucam niższy bieg. Ta stroma droga stanowi duże wyzwanie dla małego samochodu o mocy dwudziestu koni mechanicznych. Zamiast asfaltu pokrywa ją chropowata betonowa nawierzchnia mająca pewnie zapobiegać poślizgom, bo co dziesięć centymetrów wyżłobiono w niej wąskie rowki. Nie są one chyba zbyt przydatne dla pieszych. Początkowo nierówną powierzchnię betonu wypełniły teraz kurz, kawałki opon i inne śmieci, co powoduje, że stała się gładka i w deszczowe dni zapewne trudno byłoby po niej iść w starych butach na gumowej podeszwie. Chyba wybrano taką nawierzchnię z myślą o samochodach. Takie rowki mogą niezwykle ułatwiać jazdę, bo pewnie skutecznie odprowadzają wodę z topniejącego śniegu czy deszczu ze śniegiem do rynsztoków po obu stronach.
Mimo tej specjalnej nawierzchni jest tu jednak niewiele samochodów. Wzdłuż drogi nie ma chodnika, więc kilka kobiet z koszykami na zakupy idzie, zajmując całą szerokość jezdni. Gadają jedna przez drugą. Lekko naciskam klakson i przejeżdżam między nimi. Jednocześnie odruchowo naciskam hamulec. Zza zakrętu nagle wyłania się przykucnięty chłopiec na wrotkach i mnie mija, udając dźwięki syreny alarmowej.
Po lewej stronie wznosi się wysoki mur oporowy zbudowany na stromej skarpie z kamieni, po prawej prowizorycznie wyglądająca niska barierka, a za nią za rynsztokiem prawie pionowa skalna ściana. Widzę śmiertelnie bladą twarz chłopca, który przewrócił się na barierkę i teraz jakby ją obejmuje. Mnie też serce podeszło do gardła i wali jak młot. Zaczynam odkręcać okno, chcąc ochrzanić chłopca, ale kulę się pod krytycznymi spojrzeniami kobiet. Lepiej dać temu spokój. Jeśli je zirytuję, może się okazać, że będę ponosił odpowiedzialność za to, że dzieciak się lekko poobcierał, a to będzie poważna sprawa. W takiej sytuacji nie ma nic groźniejszego niż grupa fałszywych świadków. Tutaj przynajmniej przez pewien czas muszę pozostać bez zarzutu.
Dodaję gazu. Samochód z trudem rusza, czuć zapach spalonej gumy. Niebawem docieram do zakrętu. Kolorowy obraz kobiet z przesadną troską otaczających chłopca, który rzekomo o włos uniknął śmierci, choć nie spadł mu włos z głowy, nie mówiąc o ranach czy złamaniach – obraz ten znika ze wstecznego lusterka, a zastępuje go biel nieba, jak na ekranie telewizora, gdy zakończono nadawanie programu na dany dzień. Droga staje się płaska, w jednym miejscu ją poszerzono, wykuwając w skale miejsce na pętlę autobusową. Jest tam ławka pod daszkiem chroniącym od deszczu, budka telefoniczna, przestrzeń ogrodzona ceglanym murkiem, gdzie może latem rosną kwiatki, stoi nawet poidełko. Dalej droga znów zaczyna się stromo wznosić, choć skarpa nie jest długa. Nieco wcześniej stoi żółta tablica głosząca: „Zakaz wjazdu na osiedle bez pozwolenia”. Ignoruję tę zdającą się groźnie szczerzyć kły solidną tablicę z napisem wykonanym na pewno przez profesjonalnego malarza i zdecydowanie wjeżdżam po skarpie.
Widok zmienia się w jednej chwili. Pociągnięte bielą niebo, biała droga zdaje się wieść prosto do niego. Na oko ma jakieś dziesięć metrów szerokości. Po obu stronach ciągną się chodniki, lecz są oddzielone pasami wyschniętej trawy ogrodzonymi płotkami sięgającymi kolan. Trawa powysychała nierównomiernie, co zdaje się dziwnie zachwiewać perspektywę. Choć po obu stronach stoi po sześć trzypiętrowych bloków z sześcioma mieszkaniami na każdym piętrze, ma się złudzenie, że patrzy się jedynie na model osiedla i że budynki ciągną się w nieskończoność. Fronty domów pomalowano na biało, boczne ściany kryje zaś warstwa ciemnej zieleni. Taki dobór kolorów podkreśla być może geometryczny charakter całości. Zdaje się, że osiedle rozpostarło skrzydła po dwóch stronach tej stanowiącej oś drogi. Odnosi się wrażenie, że budynki są szerokie, ale pozbawione większej głębi. Może to efekt światła. Przez to, że co drugi jest nieco cofnięty, wyglądają po lewej i prawej jak białe ściany podtrzymujące mleczną kopułę nieba.
W czerwonym wózku, przy którym nie ma nikogo dorosłego, płacze przenikliwym głosem niemowlę z prześcieradłem na buzi. Chłopiec na rowerze z jakiegoś lekkiego stopu z błyszczącą przerzutką ma policzki zaróżowione od zimna. Przejeżdża obok ze sztucznie brzmiącym głośnym śmiechem. Na dobrą sprawę przechodzi tędy całkiem dużo osób, ale w tym nieostro wyglądającym krajobrazie to raczej ludzie wyglądają na wytwory wyobraźni, choć gdyby tu długo mieszkać, pewnie odniosłoby się dokładnie przeciwne wrażenie. Pejzaż staje się coraz dalszy, nieomal przezroczysty, jakby przestawał istnieć, i jak na odbitce robionej z negatywu wyłania się jedynie moja własna postać. To już coś, jeśli człowiek potrafi sam siebie rozpoznać. Osiedle przypomina rzędy takich samych przegródek, w których umieszczono dokładnie takie same życia – każde jak portret rodzinny w szklanej ramie okna.
Strona Wschodnia nr 3, mieszkanie 12. „Strona Wschodnia” oznacza budynki po prawej stronie drogi, „nr 3” to trzeci kolejny budynek, a do „mieszkania 12” wchodzi się na piętro schodami po lewej. Na trawnikach między chodnikami prowadzącymi do budynków stoją napisy: „Wstęp wzbroniony” i „Zakaz parkowania”, ale ignoruję je i zatrzymuję samochód przed blokiem. Mam przy sobie niewielki czarny neseser z zestawem przyrządów. Ma czterdzieści na pięćdziesiąt centymetrów i niecałe dwadzieścia centymetrów grubości. Jest twardy i gładki, więc może w razie potrzeby zastąpić biurko, a do tego w rączce ukryty jest mikrofon i przycisk umożliwiający włączenie nagrywania – poza tym nie ma w nim nic szczególnego. No może poza faktem, że zrobiono go ze skaju, który wygląda na stary i jest całkiem poharatany. Rogi osłonięto później przesadnie lśniącymi złotymi okuciami. Jego dobrą stroną jest to, że wygląda na walizeczkę komiwojażera. Bywa, że ten jego wygląd bardzo mi pomaga, ale zdarza się też, że staje się przeszkodą.
Nagle w twarz uderza mnie powiew jak garść okruchów lodu. Przekładam neseser do ręki po stronie zawietrznej, przecinam chodnik i wchodzę do ciemnego prostokątnego budynku przez wejście osłonięte jedynie niewielkim daszkiem. Dźwięk moich kroków brzmi jak odgłos rzuconej przez kogoś pustej puszki, która spadając, uderzała o schody. Osiem skrzynek pocztowych w dwóch rzędach. Na jednej białą farbą namalowano „12”, a pod spodem przylepiono taśmą klejącą kawałek papieru z nazwiskiem „Nemuro” napisanym odręcznie niewielkimi literami. Powoli wchodząc po schodach, próbuję się psychicznie przygotować na to, by, gdy tylko zrozumiem oczekiwania klientki, wypełnić wskazaną rolę zgodnie z jej żądaniami. Nasza praca polega na tym, żeby zachowywać się tak, jakby wszystko było z góry wiadome, choć nie istnieją ustalone zasady postępowania dla każdej sprawy.
Jasne metalowe drzwi otoczone pociemniałą zieloną ramą. Biały przycisk dzwonka z popękanego plastiku. Brzeg kawałka materiału zasłaniającego wizjer, znajdujący się mniej więcej na wysokości oczu, lekko się unosi, słychać dźwięk zdejmowanego łańcucha, obraca się gałka i drzwi otwierają się ciężko i powoli, jakby ważyły tonę. Czuć lekki zapach palonego oleju. Może na moje przyjście włączono niedawno piecyk. Drzwi otwierają się najpierw pod kątem jakichś dwudziestu, potem sześćdziesięciu stopni. Ktoś za nimi cofa się o krok i trzyma przed sobą zaciśnięte dłonie. Nie widzę wyraźnie, bo w pomieszczeniu panuje mrok, ale to kobieta, i to młodsza, niż się spodziewałem. Jest drobna, ma długą szyję i wydaje się wiotka. Gdyby było trochę ciemniej, mógłbym ją wziąć za dziecko.
Podaję jej wizytówkę i przedstawiam się skromnie, jak przedstawiciel jakiegoś banku. Oczywiście nigdy nie widziałem pracownika banku w takiej sytuacji, ale chodzi mi o taką przepełnioną pewnością siebie grzeczność osoby, która nie ma absolutnie nic na sumieniu. Nie jest to zachowanie na pokaz mające ją uspokoić. Przyszedłem tu na jej zlecenie, nie próbuję jej nic na siłę sprzedać. Jest to najlepszy sposób na zachowanie pewnego dystansu między sobą a klientem. W tym fachu zawsze jesteśmy traktowani podejrzliwie. Nie ma potrzeby skradać się jak wąż do kogoś, kto nie przepada za wężami.
Kobieta mówi zachrypniętym głosem, niemal szepcze. Nie robi tego ze zdenerwowania, chyba ma po prostu taki głos. Brzmi to też, jakby ssała cukierek, bo mówi dość niewyraźnie. Powoduje to, że się odprężam. W tym mrocznym przedpokoju unosi się kurtyna i rozpoczynają się moje mroczne działania.
Zaraz po lewej znajduje się niewielka kuchnia połączona z jadalnią. Dalszą część oddziela gruba zasłona – to salon, a zarazem pokój dzienny. Po prawej stronie od wejścia jest chyba sypialnia. Przy wejściu do salonu stoi cylindryczny piecyk olejowy, w którym drży krąg niebieskich płomieni. Pośrodku okrągły stół. Jest przykryty długą, sięgającą podłogi ceratą we wzór koronki. Połowę ściany po lewej zajmuje regał z książkami, a drugą połowę okno. Na ścianie naprzeciw wisi wycięta pewnie z jakiegoś czasopisma litografia Picassa. Przedstawia kobietę patrzącą jednocześnie w lewo i ku górze. Biorąc pod uwagę, że wsadzono ją w ramkę, być może jest ważna dla właścicieli. Zaraz obok zdjęcia litografii znajduje się trzykrotnie od niej większy rysunek silnika samochodu Formuły 1 oddany w perspektywie. Od jednej części silnika biegnie linia, na której czerwonym długopisem coś dopisano. Przy oknie po lewej zainstalowano trójkątną półkę na telefon. W przeciwnym kącie przy ścianie sąsiedniego pokoju stoi wzmacniacz stereofoniczny, od razu widać, że domowej roboty. Głośniki przymocowano na ścianach nad nim pod kątem prostym w stosunku do siebie w odległości trzech metrów. Chyba przez to nawzajem niwelują swoje dźwięki i psują efekt stereo. Kobieta wskazuje mi krzesło stojące tyłem do wzmacniacza. Tłumaczy, że mieszka sama, zamierza chyba iść zrobić herbatę. Odsuwa kotarę prowadzącą do kuchni i znika. Dzięki ruchowi powietrza przestaje śmierdzieć olejem, ale za to pozostaje po niej zapach kosmetyków.
Gdy znika za kotarą, nagle słabnie, zamazuje się wrażenie, które po sobie zostawiła. Nie daje mi to spokoju. Jeszcze raz powoli wdycham powietrze i upewniam się, że nie czuję papierosów ani zapachu charakterystycznego dla mężczyzny, potem sam zapalam. Podnoszę brzeg sięgającej podłogi ceraty na stole i sprawdzam, że nie ma tam nic budzącego niepokój. Dziwna sprawa, że nie pamiętam, jak ta kobieta wygląda. To fakt, że zimą dni są krótkie i niebawem niebo za oknem zacznie zmieniać kolor, ale jeszcze za wcześnie na zapalanie światła. Kiedy wytężam wzrok, dostrzegam jeszcze leżącą pod półką z telefonem czarną nasadkę od długopisu. Z tego wynika, że mogłem się tej kobiecie dokładnie przyjrzeć. A przynajmniej kiedy zaprosiła mnie, żebym usiadł na krześle po drugiej stronie stołu, patrzyłem wprost na nią z odległości dwóch metrów. Dlatego jakoś nie trafia mi do przekonania, że nagle wspomnienie jej twarzy tak się zatarło. Już od czterech i pół roku pracuję w tym zawodzie. Weszło mi w nawyk nieświadome, instynktowne zapamiętywanie charakterystycznych cech spotykanych osób, tworzenie w myślach pamięciowych portretów i w miarę potrzeby przywoływanie ich w pamięci. Na przykład ten chłopiec na wrotkach trochę wcześniej był ubrany w kurtkę z szerokim, odwracalnym kołnierzykiem z granatowego filcu, szary wełniany szalik i płócienne buty. Miał oczy o opuszczonych kącikach, włosy sztywne i niezbyt gęste rosnące w prawie prostej linii nad czołem, skóra pod nosem była czerwona i podrażniona. Na szczęście droga wznosiła się tam stromo w górę i hamulce zadziałały, ale gdyby mój samochód miał dwa razy tyle koni mechanicznych, choćbym nie wiem jak skręcał kierownicę, nie zdążyłbym i pod koła dostałaby się prawa noga chłopca, którą wysunął, wyginając ciało na lewo, bo próbował uniknąć nadjeżdżającego auta. Dobrze by było, gdybym tylko zgruchotał mu łydkę, ponieważ jednak jechał na wrotkach, zostałby uniesiony w powietrze i kiedy jego ciało dotknęłoby kół, odrzucone impetem poszybowałoby w górę, aż uderzyłby głową prosto w barierkę. Nawet gdyby nie pękła mu czaszka, pewnie przynajmniej pękłyby mu kręgi szyjne. Oczy stanęłyby w słup, a z ust i uszu popłynęłaby pienista, oślepiająco czerwona krew. I oczywiście ja teraz nie byłbym tutaj…
Dźwięki filiżanek za kotarą… To nie jest jednak brzęk porcelany, a szkła. No przecież chyba o tej porze roku nie poda mi zimnego napoju! Czy też może zamierza zaproponować mi jakiś alkohol? Nie, to niemożliwe… Za chwilę ma tu dojść do trudnej do zniesienia żałosnej sceny, choć nie da się ocenić, jak żałosnej… Tak długo przygotowuje pewnie zwykłą zieloną herbatę, choć na pewno się niecierpliwi. Bardzo cicho się zachowuje. Słyszę monotonny dźwięk wody ciągle płynącej z kranu. Wiem, że jest jak pacjentka, która pragnie pocieszenia i nie tracąc ani chwili, powinna już zacząć gadać jak najęta, nie zważając na tę kotarę, bo chce, żeby ktoś wysłuchał jej żalów. Wtedy ja nie mógłbym się powstrzymać i odegrałbym swoją niewdzięczną rolę. Od razu bym jej przerwał i ostudził jej zapał, mówiąc o kosztach i tak dalej.
Kobieta, której nie mogę sobie przypomnieć. Jej twarz zniknęła jak w wyniku sztuczki magicznej dzięki jednemu poruszeniu zasłony. Czyżby była aż tak mało charakterystyczna? Potrafię jednak wymienić wszystkie najdrobniejsze szczegóły jej stroju. Przecież mogę sobie nawet wyobrazić kontur ciała kryjącego się pod tym ubraniem. Jest proporcjonalnie zbudowana i giętka. Skórę ma pewnie gładką, lecz niezbyt białą, zdaje mi się, że na plecach może mieć lekki puszek. Plecy są proste i mocno wgięte w talii. Jest znacznie bardziej dojrzała i kobieca, niż myślałem na początku, widząc ją w półmroku w wejściu. Jak na swój wiek ma nadal chłopięce ciało, piersi ani za duże, ani za małe, współgrają z ciałem, które doskonale pasowałoby do wymagającego gwałtownych ruchów tańca nowoczesnego. Ponieważ udaje mi się aż tak dużo sobie wyobrazić, postanawiam posunąć się jeszcze o krok i zastanowić, jaka twarz najbardziej pasowałaby do tego ciała…
Wyobraźnia podsuwa mi oblicze o mocno nakreślonym owalu, bogatej mimice, przyciągające uwagę. Próbuję ją sobie naszkicować w myślach, ale nie udaje mi się. Mam tylko obraz czegoś mało widocznego, niejasnego jak plamy na ścianie – może to piegi… Zostawmy na razie twarz, pamiętam jej włosy… Były ciemne i długie, lecz cienkie, takie, że pewnie trudno jest je czesać, osłaniały lewą stronę jasnego czoła… Czy to, że w świetle padającym z okna jej twarz zdawał się otaczać metaliczny blask, znaczyło, że wciera we włosy pomadę? Jasna twarz… Tak, szerokie, błyszczące czoło… Dochodzę tak daleko, a nadal nic nie wiem. Może specjalnie nie pozwala nic wyczytać ze swojej twarzy? Albo może w tym krótkim czasie jednocześnie gościło na niej kilka różnych wyrazów? I krył się za tym jakiś zamiar? A jeśli tak, to to zlecenie jest bardziej skomplikowane, niż myślałem, i wymaga ciągłej uwagi. Mijają już ze trzy minuty, od kiedy zniknęła w kuchni. Nagle zirytowany zapalam drugiego papierosa. Wstaję, obchodzę stół i zbliżam się do okna.
Szyby nie są duże, ale dzięki wąskim aluminiowym ramom nic nie zasłania widoku. Po drugiej stronie dziesięciometrowego chodnika wyłożonego betonowymi płytami wznosi się północna ściana bloku pod adresem Strona Wschodnia nr 2. W ciemnej gładkiej powierzchni nie ma okien, jedynie schody awaryjne. Zaraz w dole po lewej widać długi fragment szerokiej drogi, którą tu przyjechałem. Kiedy zbliżam twarz do szyby, dostrzegam też własny zaparkowany samochód. Przysuwam się do regału po lewej i wyglądam. Widać było, że szosa dochodzi po drugiej stronie do wzniesienia, lecz widok zagradza pod kątem trzydziestu stopni ten sąsiedni budynek i jego krawędź ogranicza pole widzenia chodnika. Nagle zaczynają nerwowo migać latarnie rtęciowe widoczne ukośnie na wysokości mojego samochodu. Pewnie czujnik mający je włączać i wyłączać popsuł się i stał się zbyt wrażliwy. Albo może już przyszła taka pora. Nieoczekiwanie jest teraz na ulicy znacznie więcej ludzi niż przedtem. I są to nie tylko kobiety wracające z zakupów, dostrzegam też wielu mężczyzn w drodze do domu po pracy. Może właśnie wysiedli z autobusu. Patrząc tak na nich z góry, uświadamiam sobie dogłębnie, że ludzie to zwierzęta chodzące na dwóch nogach. A raczej czuję, że nie „chodzą”, tylko walcząc z grawitacją, pracowicie transportują ciężkie worki pełne wnętrzności. Wszyscy wracają. Wracają do miejsca, z którego wyszli. Wychodzą po to, żeby wrócić. Jakby sam ten powrót był ich celem. Wyruszają rano, by kupić materiały na dalsze pogrubienie ścian domostw, w których mieszkają.
Lecz zdarza się, że ktoś, kto wyszedł, nie wraca…
– Czy czegoś się pani domyśla? Proszę mi od początku powiedzieć wszystko, co pani przychodzi do głowy.
– Nie mogę. Zupełnie nic mi nie przychodzi…
– Mogą być tylko luźne skojarzenia. Bez dowodów czy śladów.
– No to w takim razie… może tylko zapałki…
– Słucham?
– Pudełko zapałek z nadrukiem jakiejś kawiarni, w połowie puste… było w kieszeni jego płaszcza przeciwdeszczowego razem z gazetą sportową…
– Aha…
Patrzę na jej twarz, z której zniknął wszelki wyraz. To mnie zaskakuje i nie podoba mi się. Ta twarz, do której pasowałby blady uśmiech, wygląda jakby zadowolona ze zniknięcia męża, malują się na niej skromna równowaga i nieprzyjemny spokój. A może po pół roku smutku i rozpaczy sprężyna wprawiająca w ruch jej wolę już całkowicie się odkręciła, kobieta przeszła nawet etap rezygnacji i znalazła się na dnie, gdzie panuje zupełna obojętność. Może dawniej była piękna? Jej rysy wyglądały na lekko przesunięte ze swoich właściwych miejsc, jakbym patrzył na nią przez soczewkę ze źle nastawioną ostrością.
– Jeśli sądzi pani, że te zapałki mogą stanowić jakiś ślad…
– Niekoniecznie… Po prostu miał je w kieszeni płaszcza…
– W takim razie jeżeli podpisze pani to zlecenie, mogę od razu rozpocząć zbieranie informacji. Tak jak wyjaśniłem, to honorarium, które mi będzie pani płaciła raz w tygodniu, pokryje koszty dochodzenia. Jeżeli nie odnajdę małżonka w ciągu tygodnia, oczywiście nie otrzymam honorarium za udane zakończenie dochodzenia, ale nie zwrócę pani tych trzydziestu tysięcy jenów. Jeżeli będę miał dalej prowadzić dochodzenie, otrzymam kolejne trzydzieści tysięcy za następny tydzień. Poza tym będzie pani musiała zapłacić dodatkowe koszty…
– Tu mam podpisać, tak?
– Tylko proszę pamiętać, że z takimi niejasnymi informacjami nie ma jak prowadzić dochodzenia. To moja praca, więc przyjmę pieniądze, ale to przecież będzie jak wyrzucanie ich w błoto.
– No to co ja mam zrobić?
– Musi pani coś wiedzieć, coś bardziej konkretnego. Na przykład kogo mam śledzić albo gdzie zacząć szukać.
– Chciałabym, żeby było coś takiego… – mówi, lekko kręcąc głową i powoli popijając piwo, za które ja podziękowałem, bo przyjechałem samochodem. – Jak mogło do tego dojść? On miał tyle różnych perspektyw. Nikt nie rozumie, co się mogło stać.
– Perspektyw?
– W pracy…
– Ale prowadziła pani chyba jakieś poszukiwania? Minęło już przecież pół roku.
– Tak, mój młodszy brat szukał…
– A, ten pan, z którym rozmawiałem przez telefon? Mówił, że dzwoni w pani imieniu. Może będzie szybciej, jeśli jego bezpośrednio o to zapytam.
– Nie wiem, gdzie on teraz jest…
– Żartuje pani. Ktoś, kto poszukiwał osoby zaginionej, sam zaginął? To błędne koło.
– Brat nie zaginął. Zawsze do mnie dzwoni co trzy dni… Tak długo, jak do mnie dzwoni, jeszcze jest nadzieja. Nie męczą mnie takie straszne myśli… Nie mogę znieść tego, że nie wiem, dlaczego mąż to zrobił.
– Nie wygląda pani na bardzo przestraszoną.
– To dziwne… Może przywykłam do udawania silnej…
– Czyli zdała się pani na brata, a sama nie szukała?
– Ja czekałam. Dzień po dniu…
– Tylko pani czekała?
– Brat był przeciwny, żebym sama coś robiła, i nie chciałam na długo wychodzić z domu…
– Dlaczego?
– No bo co by było, gdyby pod moją nieobecność mężowi przyszła akurat ochota wstąpić do domu? Minęlibyśmy się…
– Ja pytam o to, dlaczego pani brat był przeciwny.
– A, tak…
Jej wyraz twarzy staje się coraz bardziej nieobecny i niejasny. Piegi pod jej oczami zaczynają przypominać woalkę ukrywającą jej marzenia, co do niej pasuje.
– Brat miał pewnie na ten temat różne przemyślenia. Ale w końcu sobie nie poradził… Ja też nie mogłam już tak dłużej czekać. Aż brat się poddał i postanowiliśmy się zwrócić do pana agencji.
– Czy pani ma dość mocną głowę?
Zatrzymała w powietrzu butelkę piwa, którego sobie machinalnie dolewała, i kiwnęła głową, nie odwracając się do mnie.
– Czasami od czasu zniknięcia męża… kiedy sama tak tylko czekam, mam sny na jawie… Taki dziwny sen, że za nim biegnę. A wtedy on pojawia się gdzieś za mną i zaczyna mnie tak łaskotać… Wiem, że to sen, tylko tak mnie to łaskocze, że śmieję się i śmieję, omal nie zwariuję… Taki dziwny sen.
– Może jednak lepiej, żebym się spotkał z pani bratem?
– Przekażę mu, kiedy zadzwoni następnym razem… Ale sama nie wiem… Może on nie bardzo będzie chciał się z panem spotkać.
– Dlaczego nie?
– Jakby to powiedzieć? Jakoś tak mi się wydaje, nie potrafię tego wyjaśnić…
– Proszę posłuchać. Mnie są potrzebne informacje. Rozumie pani, prawda? Nie zamierzam się wtrącać w życie pani brata. Chcę od niego tylko informacji. Nie ma sensu, żebym szukał od nowa tego, czego brat mógł się już dowiedzieć. Oczywiście, jeśli właśnie tego pani sobie życzy, to nie ma problemu.
– Powiem panu wszystko, co wiem. Ale co mam właściwie powiedzieć?
– To, czego się pani domyśla.
– Ojej, co ja mam zrobić? Skoro nic takiego nie ma, to co mam na to poradzić?
– Jakoś to będzie. – Poddaję się w końcu. – W takim razie proszę mi po kolei wyjaśnić, jak doszło do tej sytuacji.
– To bardzo prosta sprawa. Tak prosta… że aż się człowiek dziwi. Tam – mówi, wstając lekko. Podchodzi szybkim krokiem do okna i przyzywa mnie gestem. – Tam, widzi pan, prawda? Jakieś dziesięć kroków za tą latarnią, między chodnikiem a trawą jest mała studzienka odpływowa. Tam nagle zniknął… Dlaczego? Dlaczego w takim miejscu… Przecież to było całkiem niepotrzebne…
Ciemna droga… zbyt ciemna… Do niedawna jeszcze była zbyt biała i zdawała się łączyć z mlecznym niebem, a teraz jest na dnie doliny, opadła na dno nieba zabarwionego ulicznymi światłami. Odchodzę dziesięć kroków od tej latarni i trącam butem pokrywę studzienki. Dokładnie tam, gdzie Zaginiony podobno zniknął.
Kobiety wracające z zakupów na kolację, czerwony wózek i chłopcy na rowerach zniknęli już zamieceni szczotką ciemności. Pracownicy, którzy wrócili prosto do domu, też już znaleźli się w swoich przegródkach. Natomiast było jeszcze za wcześnie na tych, którzy zboczyli gdzieś z drogi. Zatrzymuję się w dolinie porzuconego niejasnego czasu, w miejscu, gdzie podobno zniknął Zaginiony.
Wiatr przewiewa między budynkami. Lodowate podmuchy uderzają w ostre kąty domów i cicho, niedosłyszalnie wyją. Choć niedosłyszalne, jęki tych olbrzymich organów przenikają mnie na wskroś. Włosy stają mi dęba, krew krzepnie, ta zakrzepła krew dociera do serca i zmienia się w czerwony worek lodu w kształcie serca właśnie. Zniszczony niezliczonymi stopami asfaltowy chodnik, biały punkt pośrodku trawnika to stara zepsuta piłka z gumy, którą ktoś wyrzucił. Popękane zwłoki ulicy już nie oddychają, choć latarnie oświetlają moje zakurzone buty, jakby je pozłociły. Czy z takiego miejsca można dotrzeć do innego, sensownego?
Oczywiście to było już pól roku temu, czyli w sierpniu, kiedy panował jeszcze letni skwar. Asfalt był pewnie lepki jak guma, a wokół latarni buzowały tysiące owadów. Trawnik był zieloną rzeką falującą lekko na wietrze, a zniszczona gumowa piłka spadła na jej dno. Człowiek przytupywał nie z powodu zimna, a dlatego, że z otworów studzienki wylatywały chmary komarów. Jeżeli Zaginiony zatrzymał się w takim miejscu… Nie, ostatnim razem przechodził tędy rano. I w dodatku wcześnie rano, gdy latarnie miały zamknięte oczy, owady drzemały w trawie, a ciemna dolina zdejmowała pelerynę i stawała się białym osiedlem na wzgórzu położonym bardzo blisko nieba. Czy też może tamtego dnia wiał silny wiatr z południowego zachodu? Był to jeden z tych rzadkich ranków, gdy widać błękitne niebo, a na sygnał pierwszego uderzenia serca miasta, które brzmi jak strzał z bata, w ciągu kolejnych najwyżej pięciu minut nieomal jednocześnie otwierano kilkaset przegródek i choć niepodobni do siebie, lecz nierozróżnialni ludzie idący do pracy wylewali się wielką falą na chodnik, jakby przerwała się jakaś tama. Był to czas życia.
– Tak, to prawda, są jak stado zaklętych szczurów… Zna pan tę bajkę? – pyta kobieta, rozkładając dłonie mające pokazać szerokość drogi. Oczy ma zamglone pewnie z powodu tego piwa, które sama wypiła. Patrzy na swoje dłonie, jakby je ze sobą porównując, a potem zaskoczona szepcze: – Jak ciemno. – Wstaje szybko i idzie zapalić światło, a stamtąd rusza w stronę kuchni i znika. Tym razem jednak mówi dalej zza kotary tym samym tonem: – I to nie tylko chodniki, na jezdni też tłok… Do tego nikt nie chce się spóźnić na autobus, więc wszyscy biegną… Aż w końcu gromadzą się pośrodku ulicy…
– Ale przy takim tłumie autobusy nie mogą przecież kursować według rozkładu?
– Nie, nie mogą – zgadza się, wracając z nową butelką piwa w dłoni. – I może dlatego, że nie kursują według rozkładu, wszyscy się tak do nich rzucają.
Stawia butelkę na stole i nagle odwraca się w stronę okna. Po zapaleniu światła w pokoju, na dworze zdaje się zupełnie ciemno. Litografia Picassa odbija się w szybie. Jakby czymś przestraszona, kobieta gwałtownym ruchem zasuwa zasłonę. Ten pokrywający teraz pół ściany cytrynowy materiał całkowicie zmienia atmosferę pokoju. Kolor zasłony też nie jest barwą świeżych cytryn, a takich, które zostały w sklepie niesprzedane, zaczęły wysychać i lekko się pomarszczyły. Pokój bez gospodarza, który wcześnie był jak zrzucona skorupka liniejącego owada, nagle nabiera życia dzięki tej żółci. Jakby mówi, że nie brakowało mu nie pana domu, po którym zaginął ślad, a jedynie tej barwy. Nagle na górnej półce regału ukazuje się pluszowy kot. Pod szkicem silnika Formuły 1 widać niski stolik, a na nim zaczętą robótkę na drutach – rękawiczki. Pokój, do którego pasuje żółć. Kobiecie do twarzy w tym kolorze. To jej pokój. Dopasowany jak strój do jej życia. Przechylam głowę z powątpiewaniem. Szósty papieros. A dla niej drugie piwo. Coś tu jest podejrzane.
Miejsce w odległości dziesięciu kroków od latarni w stronę wzgórz. Tam, gdzie na brzegu trawnika jest studzienka odpływowa. W tłumie prącym szybko ulicą Zaginiony idzie powoli brzegiem chodnika, unikając spieszących do pracy, głęboko nad czymś zamyślony… Nawet gdyby założyć, że ktoś z sąsiadów go wtedy dostrzegł i że był to rzeczywiście ostatni raz, gdy go widziano, jakie znaczenie miał ten fakt?
– Zamiast biec do autobusu, który nie kursował o czasie, może małżonek od początku zamierzał jechać metrem i szedł sobie spokojnie drogą w dół? To miałoby większy sens. Szczególnie, jeśli tamtego dnia rano był z kimś umówiony na stacji S. Gdyby jechał prosto do pracy, autobusem byłoby rzeczywiście wygodniej.
– A jednak zlekceważył to spotkanie.
– „Lekceważenie” sugeruje umyślne, planowe działanie.
– No to nie. Trzeba to inaczej ująć. Jak by to powiedzieć…?
– Mówiła pani, że jeszcze trzy dni wcześniej dojeżdżał do pracy samochodem.
– Tak, ale mówił, że coś się w nim zepsuło i oddał do warsztatu.
– A gdzie jest teraz ten samochód?
– Ano tak… Co się z nim mogło stać? – mówi. Jej szeroko otwarte oczy zdają się wyrażać szczere zdziwienie. – Pewnie mój brat wie…
– Znów brat? Ale niestety mówi pani, że nie mogę się z nim spotkać.
– To nie szkodzi… Mój brat już taki jest… To on pana znalazł. To był jego pomysł. Proszę mi uwierzyć… To taki człowiek. – Potem podniesionym głosem dodaje: – Nie, on nic nie zlekceważył… To pewne… Przecież jest na to dowód. Przypomniałam sobie. Tamtego dnia rano mąż wyszedł, ale za chwilę wrócił. Myślę, że to ważne. Zszedł po schodach, lecz po niecałej minucie… Chodziło o spinacz… Doszedł do wniosku, że lepiej część tych dokumentów, które miał przekazać na stacji S., oddzielić i spiąć…
– Już mi pani o tym mówiła.
– Ach tak?
Uśmiechnęła się lekko, między wargami ukazały się zęby, ale nie udało jej się ukryć strachu widocznego w oczach.
– Ja zawsze mówię do siebie… Przepraszam. Mam taki zwyczaj… Kiedy człowiek mówi sam do siebie, nikt mu nie zwraca uwagi, że się powtarza. To głupie z tym spinaczem… Sama wiele razy tak myślałam. Ale czy to, że po niego wrócił, nie dowodzi, że zamierzał iść na to umówione spotkanie? Wszyscy mnie pytają, więc weszło mi w nawyk, żeby to każdemu powtarzać.
– Wszyscy – to znaczy kto?
– Ci, do których się zwracam, mówiąc sama do siebie. To trochę żałosne z tym spinaczem. Może się nadaje do spinania dokumentów, ale żeby moje największe pragnienie zależało od jednego spinacza… Wiem o tym…
Idę powoli, zatrzymuję się, odwracam na pięcie i znów idę. Chodnik o poharatanej powierzchni. Trzydzieści dwa kroki od bloku nr 3. Gdy podnoszę głowę, widzę rząd rtęciowych latarni jak sztuczne oczy, które zapominają mrugać. Stoją jak zaklęte i przywołują paradę podczas jakiegoś święta, które nigdy nie ma nadejść. Prostokąty bladego światła w oknach wyglądają, jakby bardzo dawno zrezygnowały już z czekania na to święto i odwróciły plecami. Powiewy wiatru uderzają mnie w policzki jak mokre szmaty. Podnoszę kołnierz płaszcza i chodzę dalej.
Gdybym miał bez zastrzeżeń uwierzyć w jej nadzieję – czy w to, co mówi do siebie – na przestrzeni tych trzydziestu dwóch kroków na jej męża czyhało w ukryciu jakieś niezwykłe zdarzenie. Z jego powodu nie tylko zignorował to spotkanie na stacji S., ale odwrócił się plecami do świata i przeszedł przez jakąś szczelinę, by więcej nie powrócić.
– No dobrze. Jeżeli rozmawiamy o tym, co jest teoretycznie możliwe, to można sobie wyobrazić coś takiego. Na przykład – ale proszę się nie gniewać – czy jakiś szantażysta mógł wiedzieć coś niekorzystnego o pani mężu? Na przykład jakaś dawna dziewczyna? Albo dziecko, które z nim miała? Takie rzeczy się często zdarzają. Jakiś błąd z czasów młodości, który zamiast zostać zapomniany, nagle ożył i prześladuje jak duch. Nie ma w tym nic niezwykłego. Do tego był sierpień. To świetny okres na wizyty duchów, bo w połowie miesiąca wypada Święto Zmarłych. I to niekoniecznie musi być duch kobiety. Dawny wspólnik w jakiejś defraudacji, który ostatnio popadł w ruinę, też byłby świetnym kandydatem. Albo recydywista, którego wczoraj wypuścili z więzienia i przyszedł wyrównać rachunki. Nie przychodzi pani do głowy żaden zawodowy szantażysta, który siedział, bo mąż na niego doniósł? Oczywiście to mogła też być pułapka zastawiona przez kogoś zupełnie obcego. Ostatnio mamy coraz więcej przestępstw popełnianych przez białe kołnierzyki. Popularne są brutalne metody. Na przykład wykupuje się komuś ubezpieczenie na życie i wpisuje siebie jako beneficjenta, a potem brutalnie przejeżdża się go samochodem. Oczywiście w takim przypadku, jeżeli zwłoki nie zostaną odkryte i nie da się ustalić tożsamości, przestępca nie dostanie ani grosza. Więc to raczej nie pasuje do tej sytuacji. Ponieważ nie znamy wyników dochodzenia policji, powinniśmy na razie uznać, że mąż nie zginął w wypadku ani w podobnych okolicznościach. Jeśli został zamordowany, to leży gdzieś pewnie zatopiony w bloku cementu na dnie morza. Ale gdyby tak było, sprawa stałaby się trochę skomplikowana. Bo to by znaczyło, że wdał się w dość nieciekawe towarzystwo. Jakiś gang szmuglerów albo fałszerzy pieniędzy…
Kobieta przestaje pić piwo po wysączeniu drugiej szklanki do połowy. Nieruchomo wpatruje się w brudny osad powstający na ściankach szklanki po kolejno pękających bąbelkach piany. Czy się nad czymś zastanawia, jest zła, czy po prostu odpłynęła gdzieś myślami? Jej dolna warga jest lekko wysunięta. Jak u małego dziecka, które jeszcze nie chce zostać odstawione od piersi. Pochyla głowę i jej nos z niewidzialnymi teraz nozdrzami zdaje się lekko zadziorny.
– Trudniej będzie, jeśli to nie była jakaś organizacja przestępcza, a taki nikt, nieokreślony, jak rzucony gdzieś przy drodze niedopałek. Ktoś, kogo jakby coś opętało. Opowiem pani prawdziwą historię. Dyrektor oddziału pewnego banku uważany za konserwatywnego nawet wśród swoich konserwatywnych współpracowników, w dniu kiedy przeszedł na emeryturę, zabłądził przypadkiem na striptiz i z miejsca stracił głowę dla jednej z tancerek. Nie było w niej nic specjalnego, ale miała nawyk obgryzania paznokci i nie mogła się powstrzymać, nawet kiedy niby tańczyła na scenie, więc pewnie tak bardzo jej nie zależało albo była mało doświadczona. I właśnie to obgryzanie paznokci chwyciło za serce tego emerytowanego dyrektora oddziału banku. Przez trzy dni chodził oglądać ten show, a potem napisał do niej list. Czwartego dnia przekonał ją, żeby z nim poszła na kolację, a piątego nagła zmiana i skandal: zmusił ją do wspólnego samobójstwa w jej mieszkaniu. Żyletką z maszynki do golenia. Im ktoś bardziej konserwatywny, z tym większym hukiem rozsypuje się w proch, prawda?
Na twarzy kobiety nie widać żadnej zmiany. Znikająca piana w szklance. Widziana z boku powierzchnia tej piany przywodzi na myśl zrobione z samolotu zdjęcie dżungli. Na co ona może patrzeć? Nagle, może z powodu kąta padania światła, wydaje mi się, że na jej dolnej powiece pojawia się jakby świeżo nałożona emalia… Czy to łzy? Panikuję. Nie miałem zamiaru doprowadzać jej do płaczu.
– Moim zdaniem, tak jak pani mówi, ten spinacz może być dowodem, że mąż poważnie traktował kwestię tych dokumentów. Ale to, czy zamierzał je zgodnie z umową dostarczyć na stację S., to oddzielna kwestia. Oczywiście to też zależy od tego, co zawierały.
– Tego podobno nikt nie wie.
Ta odpowiedź pojawia się nieoczekiwanie, podskakując w powietrzu jak lekko odbita piłka. Lecz jej ton brzmi dokładnie tak samo jak przedtem. Potem milknie.
– Przecież dotyczyły jakichś spraw związanych z jego firmą?
– To pewnie nie było nic ważnego.
– Mnie są potrzebne fakty, a nie takie domysły. W kwestii tych dokumentów dowiem się jutro w jego firmie. Ale coś mi tu nie daje spokoju. To, że pani się niczego nie domyśla, to kwestia subiektywna i nie ma na to rady, natomiast nie daje mi spokoju to, że nie ma żadnych notatek, dziennika, wizytówek, notesu z adresami – żadnej takiej wskazówki. To dziwi, skoro mąż był takim skrupulatnym człowiekiem. W tym się kryje jakaś sprzeczność. Pani się niczego nie domyśla i twierdzi, że to było nieoczekiwane zniknięcie, ale sytuacja wskazuje na to, że było wręcz przeciwnie. Raczej należałoby powiedzieć, że mąż przed zniknięciem usunął wszystkie ślady.
– No jest też sprawa spinacza. Poza tym nie podjął żadnych pieniędzy z książeczki oszczędnościowej.
– A pani w kółko o tym spinaczu. A czy pani na pewno wie, że to nie było strategiczne działanie męża mające panią zmylić? No przecież mógł wrócić, bo chciał jeszcze raz się z panią pożegnać.
– A skądże! Kiedy ja szukałam dla niego spinacza, on glansował szczotką buty i gwizdał jakąś dziwną melodię.
– Jak to dziwną?
– Jakby taką melodyjkę z reklamy…
– To na nic. Może pani sama siebie oszukiwać, ale oszukiwanie mnie na nic się nie zda.
– Zaraz, może jednak coś mam… Może taki notes z numerami telefonów.
Po raz pierwszy lekko zdenerwowana odwraca się w stronę kąta pokoju, gdzie stoi telefon. Już ma zamiar obgryźć paznokieć kciuka, lecz zaciska palce w pięść i przysuwa ją do ust. Ukrywanie na nic się nie zdaje. Pewnie dlatego, że próbowała walczyć z tym złym nawykiem, pomalowała paznokcie grubą warstwą lakieru, ale na jego brzegu było białe odłupane miejsce. Kobieta uśmiecha się przepraszająco.
– Był notes z telefonami, tak?
– Kiedy pan o tym wspomniał, tak mi się zaczęło wydawać… Przesuwało się taki suwak do żądanej litery i naciskało, a wtedy otwierała się ta strona. Taki czarny, błyszczący… Mniej więcej tej wielkości… Zawsze leżał na tym stoliku…
– I nie widziała go pani od zniknięcia męża?
– Nie, jeśli go nie ma, to brat musiał zabrać. Nie mógł przecież bezczynnie pozwolić mi tak czekać. Szukał i sprawdzał, ale nie znalazł nic przydatnego, więc pewnie mi już go nie zwrócił. Gdyby to było coś takiego, ciągle by mi wpadało w oczy i nawet ja nie mogłabym spokojnie usiedzieć. Brat był temu przeciwny. Nie chciał, żebym zrobiła coś ryzykownego.
– Ryzykownego?
– W życiu jest potrzebna tylko jedna mapa. Brat ma zwyczaj tak mówić. Twierdzi, że świat to las, gąszcz pełen dzikich zwierząt i jadowitych węży. I wolno chodzić tylko w miejsca, do których wszyscy chodzą i które są na pewno bezpieczne…
– Zupełnie jakby mówił, żeby dezynfekować mydło przed myciem rąk.
– Tak, rzeczywiście… brat ma już taki charakter. Kiedy tu przychodzi, najpierw długo myje ręce, płucze usta – robi wokół wszystkiego wielkie zamieszanie.
– W każdym razie bardzo proszę teraz od razu do niego zadzwonić.
Nagle twarz kobiety pokrywa się szarym cieniem. A może raczej unosi się kurtyna, a spod niej ukazuje się prawdziwa barwa jej cery. Jej spojrzenie po raz pierwszy jakby się wyostrza. Palce leżących obok siebie dłoni cicho opierają się o stół i kobieta bezszelestnie wstaje, przechodzi za krzesłem, a że jest mało miejsca, w żółtej zasłonie powstaje płytka wnęka. Do twarzy jej w czerni. Jej zaokrąglone pośladki przeciwstawiają się grawitacji. Kobieta podnosi słuchawkę, wykręca numer, nie sprawdzając go w żadnym notesie, a potem palcami, którymi wykręcała, chwyta fałdę zasłony. Szczupłe palce, jakby pozbawione stawów. Chyba zawsze coś nimi chwyta. Może to nowy nawyk, który sobie wyrobiła, chcąc się powstrzymać przed obgryzaniem paznokci. Zasłona buja się łagodnie – kobieta musi być jednak trochę wstawiona. Ale żółty z czarnym przywodzą na myśl napis: „Uwaga! Niebezpieczeństwo”.
– To prawda – odzywa się niskim zachrypniętym głosem, jakby mówiła do kogoś, kogo przed sobą widziała. – Przywykłam do tego, że ciągle mówię do siebie. Jednak najlepiej zapytać bezpośrednio tego pana… Nawet ja na początku nie chciałam wierzyć… Zaraz po tym, jak mąż sobie tak beztrosko gwizdał… Ten pan mówił, że go to nieomal przestraszyło… To dziwne, że nikt nie odbiera… Może go nie ma…
– Do kogo pani dzwoni?
– Do osoby, która mieszka tu obok za nami.
– Do tego człowieka, który go widział jako ostatni? Niech pani da spokój. Na pewno już mu się sprzykrzyły te pani telefony. Poza tym ja nie o ten telefon prosiłem.
Gwałtownie odkłada słuchawkę, jakby przez pomyłkę chwyciła włochatą gąsienicę.
– To do kogo mam dzwonić?
– No do brata, to chyba wiadomo.
– Do niego nie mogę. Przecież…
– Ja potrzebuję dziesięciu, nawet dwudziestu map. Co mam zrobić z jednym zdjęciem i starym pudełkiem zapałek? W odróżnieniu od pani, moja praca polega na wyszukiwaniu ryzyka. Tak jest napisane w tym zleceniu, które pani złożyła. I że zobowiązuje się pani przekazać mi wszelkie potrzebne informacje. Nie uważam, że proszę o rzeczy niemożliwe.
– Brat wie, że nie ma nic, co mogłoby się panu przydać. Sam sprawdzał…
– Jest bardzo pewien siebie. To w takim razie, po co mnie w ogóle zatrudnił?
– Bo ja już nie mogłam dłużej czekać.
Oczywiście, trudno jest czekać. Mimo to czekam dalej. Idę, zatrzymuję się, odwracam na pięcie i znów idę. Co pewien czas przyjeżdża autobus, słyszę kroki niewielu osób, ale absolutnie nikogo nie widzę… Nie widzę nie tylko ludzi, nie dostrzegam też żadnej szczeliny, rozpadliny, magicznego kręgu, wejścia do jakiegoś podziemnego korytarza – nie znajduję ani śladu niczego w tym rodzaju. Widzę jedynie ciemną, zmęczoną czekaniem pustą perspektywę… A poza tym siekące jak bat powiewy lutowego wieczornego wiatru…
A do tego jest to najnudniejsza pora dnia, wczesny ranek, pół do ósmej. Pora jak woda destylowana, kiedy nie dzieje się nic ciekawego. Cóż niezwykłego mogło się przydarzyć kierownikowi działu z hurtowni paliw? Czy zrobili ze mnie idiotę czy też trafiłem na klientkę idiotkę? Tak czy inaczej, nie ma to znaczenia. Nie da się zobaczyć tego, czego nie widać. Jest to niemożliwe i nie mam zamiaru dalej próbować.
Widać już to, co chciałem zobaczyć. Skupię na tym wzrok. Ten blady prostokąt światła, żółte okno… Okno pokoju w mieszkaniu, w którym przed chwilą się z nią pożegnałem. Ta żółta zasłona starannie broni ją przed wtargnięciem ciemności i szydzi ze mnie marznącego na dworze. Ale w końcu ją zdradzisz. Ja poczekam. Będę czekał, aż nadejdzie ten czas.
Zbliża się odgłos pośpiesznych kroków, jakby ktoś szedł na piętach, a ja odrywam wzrok od żółtego okna. Nieśmiałe kroki kobiety, spóźniona niepewnie idzie na wysokich obcasach, pod pachą niesie papierową torbę. Nawet w ciemności nie da się ukryć białego płaszcza z futrzanym kołnierzem i futrem u wylotu rękawów. Udaje, że mnie nie widzi, ale nie uda jej się mnie oszukać. Połowa jej ciała jest zwrócona ku mnie, sztywna jak zbroja. Co by było, gdybym ją pociągnął na trawnik i powalił na ziemię? Na pewno upadłaby sztywno jak posąg, nie wydając głosu, i udawałaby, że zemdlała. Ten biały płaszcz za bardzo rzucałby się w oczy, więc może posypałbym ją suchą trawą. Kobieta nie poruszyłaby się nawet pogrzebana w suchej trawie. Pod tą trawą od razu zrobiłaby się naga, tylko ręce i nogi wystawałyby, otwarte zapraszająco. Powiałby wiatr i odsłonił jej twarz. A wtedy ta twarz nagle zmieniłaby się w twarz kobiety zza żółtej zasłony. Potem przyszedłby silniejszy powiew i odrzucił resztę trawy, lecz spod niej niespodziewanie ukazałaby się nie naga kobieta, a czarna jama. Akurat wtedy kobieta przechodzi pod latarnią, nagle się odwraca, zdaje się rosnąć na moich oczach, aż rozpływa się w ciemności. Ręce i nogi znikają, zostaje tylko bezdenna czarna dziura jak studnia.
Odnoszę wrażenie, że wsunąłem stopy w rozprute brzuchy zimnych ryb zamiast butów. Ale poczekam jeszcze pół godziny. Jeżeli moje przypuszczenia są słuszne… Nie może być inaczej, muszą być słuszne. Niebawem za tą zasłoną pojawi się cień pochylonej sylwetki tamtej kobiety. Będzie inaczej niż w przypadku tej posypanej suchą trawą. Wybór należy nie do mnie, a do niej.
Wcześniej się upewniłem, że krzesło przeszkadza w dostaniu się do telefonu, więc będzie musiała się pochylić. Cień będzie odwrócony bokiem do okna i z powodu oświetlenia czubek głowy pewnie zostanie odcięty. Zasłonę uszyto z dość grubego materiału, ale dość luźno utkanego, dlatego nie ma obawy, że nie będzie przez nią widać cienia. Jeżeli uda mi się ustalić, że dzwoniła, będzie to znaczyło, że było warto tu czekać nawet za cenę przemarznięcia. A zadzwoni na pewno do tego „brata”. To musi być dziwny facet. Życzliwy, inteligentny, oddany, nie ma stałego adresu, bo za głęboko wszystko przemyśliwuje. Działa w imieniu kobiety, jest dziwnym opiekunem, który nawet się nie pokazuje, podczas gdy ona w ważnych momentach śni na jawie, śmieje się do rozpuku łaskotana przez iluzorycznego męża, jest pochłonięta mówieniem do siebie i nadużywa alkoholu…
Nie, to nie ma znaczenia. Nie mam najmniejszego zamiaru szczegółowo badać, czy klientka mówi prawdę czy nie. To moja praca, więc jeśli tylko ktoś mi płaci, mogę słuchać, jak kłamie. Jeżeli w ogóle nie znam treści scenariusza, niełatwo mi odegrać rolę głupka. A raczej w przypadku roli głupka bardzo trudno jest wyczuć, w jakim stopniu go grać. No i w rachubę wchodzi też trochę kwestia szacunku do samego siebie. Mogę grać rolę głupka, ale nie zniosę tego, żeby mnie od początku jak głupka traktowano. Płacą mi trzydzieści tysięcy jenów i chciałbym, żeby nie spodziewano się ode mnie więcej, niż ta suma uzasadnia.
Stawiam teczkę na ziemi przy nogach, wkładam ręce do kieszeni płaszcza i rozcierając dłonie o własne boki, pilnie wpatruję się w okno z żółtą zasłoną. Taksówka wjeżdża z wielkim trudem pod górę z wyciem skrzyni biegów, potem rozcinając ciemność, szybko znika w głębi osiedla. Poczekam przynajmniej, aż wróci. Ale jeśli do tego czasu nie pojawi się ten cień na zasłonie… Nie, to niemożliwe. Ten niby brat jest za bardzo podejrzany. Dużo łatwiej i naturalniej jest złożyć z powrotem metalową łamigłówkę niż rozłożyć ją na kawałki.
Odgłos metalowych drzwi zatrzaśniętych gwałtownie gdzieś w oddali odbija się w rurach pod ziemią i niosąc się echem jak dudnienie ziemi, dociera do moich uszu. Skądś dobiega słaby skowyt psa. Muszę się wysikać. Zaczynam drżeć na całym ciele, dochodzę chyba do granicy wytrzymałości. Wydaje mi się, że zaczyna prószyć śnieg, ale to tylko złudzenie, bo za bardzo wytężam wzrok w ciemności. Zamykam oczy, a śnieg dalej zdaje się prószyć pod powiekami. Bardziej niż w ten śnieg trudno mi uwierzyć, że…
Taksówka wraca z zapalonym kogutem. To znaczy, że jest wolna. Zaraz, w co było mi trudno uwierzyć? Jest tyle rzeczy trudnych do uwierzenia, że sam już nie wiem, w co wątpiłem… Wygląda na to, że przemarzła mi umiejętność myślenia. W oknie z żółtą zasłoną żadnych zmian. Szklana kulka, którą przez pomyłkę włożyłem do ust, myśląc, że to drops. No, na szczęście nie próbowałem jej od razu rozgryźć. Sikam, trzęsąc się z zimna, podnoszę neseser i wracam do samochodu. Hałaśliwy odgłos zapalanego silnika. Gdyby sprawy się potoczyły, tak jak się spodziewałem, byłby to w uszach klientki dźwięk odniesionego sukcesu, ale teraz brzmi jedynie irytująco i przygnębiająco. Skoro jednak się upiera, że takie są fakty, mogę tylko zacząć od faktów.
Stare reklamowe pudełko zapałek i zdjęcie. Za dużo białych plam na sporządzenie mapy. Nie mam obowiązku ich wypełniać. Nie jestem strażnikiem prawa.
RAPORT
12 lutego, godz. 9.40. Poszedłem do miejsca, którego nazwę wydrukowano na pudełku zapałek. Jest oddalone od domu klientki o około dwudziestu minut piechotą. Z osiedla trzeba zejść w dół skarpą. Mijając po prawej stację metra, należy skręcić w ulicę, którą jeździ autobus w kierunku stacji S. Po lewej stronie znajduje się płatny odkryty parking, a po drugiej stronie ulicy zaraz na ukos widać szyld z napisem „Tsubasa”, czyli „kamelia”. Jest tak samo zaprojektowany jak napis na pudełku zapałek i litery mają taki sam kształt. To zupełnie zwyczajna kawiarnia, jest w niej osiemnaście krzeseł. Prócz właściciela jedna kelnerka, wiek około dwudziestu dwóch lat. Pulchna, o okrągłej twarzy, ma małe oczy, na czole ślady po trądziku, na nogach wzorzyste pończochy i chyba lubi krzykliwe ubrania, ale jest niezbyt atrakcyjna. Raczej nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Na drzwiach ogłoszenie: „Zatrudnimy kelnerkę”. Myśląc, że może jakaś odeszła w ciągu ostatnich kilku miesięcy, zapytałem o to właściciela. Powiedział, że nie. Po prostu potrzebna im druga kelnerka. Pokazałem obojgu zdjęcie zaginionego i opisałem jego cechy charakterystyczne. Nie pamiętali go i potwierdzili, że na pewno nie bywał tam regularnie.
(Koszt kawy: 80 jenów).
Dziś rano jestem skacowany. Dlatego, choć wypiłem dwie kawy, postanawiam prosić o zwrot tylko za jedną. To wcale nie znaczy, że ten raport na temat kawiarni „Tsubasa” nie został porządnie napisany. Stan zniszczenia tego pudełka zapałek, naddarta etykieta, lokalizacja kawiarni – bliska, ale niezbyt dogodna – to wszystko potwierdzało słowa właściciela, że Zaginiony nie był stałym klientem, toteż nie miałem nic więcej do dodania.
