Opowiadania podzielone są na trzy cykle: „Opowieści o ludziach żywych”, „Przejście” i „Opowieści o ludziach martwych”. Nieco egzystencjalne rozważania - z dystansem i humorem traktują o różnych aspektach istnienia i nieistnienia (tytułowy Znikomat to maszyna do "znikania" czyli wymazywania egzystencji). Bohaterowie - ludzie żywi, zwykle ekscentrycy uwikłani w szarą codzienność, poszukują sensu życia w rozmaitych aspektach, także poprzez realizację się w nauce i sztuce.
"Przejście" ukazuje kilka "niebanalnych" możliwości zakończenia egzystencji, zaś ostatnia część traktuje o "życiu pozagrobowym".
Głównym zamysłem zbioru jest wykorzystanie techniki zwierciadeł, krótkie "migawki" z życia różnych bohaterów, zmienny punkt narracji i osoba narratora (szczyt został osiągnięty w utworze "Pasażerowie", gdzie kontinuum narracyjne prowadzone jest przez trzy różne podmioty). Ten sposób wyłania się barwny etap ludzkiej drogi w nieuniknionym kierunku z życia ku śmierci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 155
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opowieść o pani Stasi
Pani Stasia była trochę samotna. Ale nie była zgorzkniała ani trochę.
„To pewnie dlatego, że tak lubię ciasteczka. I sześć łyżeczek cukru do cappuccino. Co najmniej sześć" – tłumaczyła, odpowiadając na komplementy.
Chciałaby robić coś pożytecznego, ale coś przyjemnego jednocześnie. Energii jej nie brakowało.
Pani Stasia właściwie wiodła bardzo prosty tryb życia i wystarczały jej proste przyjemności: zielona ławeczka w wiosennym parku albo łabędzie, które można dokarmiać zimą. Chętnie też gawędziła z sąsiadkami w kolejce do lekarza albo w drodze powrotnej z kościoła. Popołudniami oglądała ulubioną telenowelę o miłości, a przed snem rozwiązywała krzyżówkę w „Życie Pani Domu Na Gorąco".
Nikt by pewnie nie podejrzewał... (bo i o cóż, ludzie kochani, podejrzewać biedulkę – panią Stasię...?), dlatego właśnie nikt nie podejrzewał nawet, że miała pani Stasia swoje marzenie; niezbyt wyrafinowane czy przesadnie wydumane, ale dość nieosiągalne, by od wielu lat pozostawało niezrealizowane.
Otóż marzyła się pani Stasi własna cukierenka: urocza mała cukierenka, niekoniecznie na Brackiej czy Gołębiej; jest jeszcze wystarczająca ilość uroczych uliczek w naszym mieście, mimo iż nie wszystkie trafiły do twórczości lokalnych poetów. W tej swojej cukierence podawałaby ciasteczka własnego wypieku, owsiane z czekoladą albo z orzechami, rogaliki z makiem n adziewane marmoladą i rurki z kremem migdałowym, bo taki jest przecież najlepszy. I nie dziwiłaby się nic a nic gdyby ktoś zażyczył sobie sześciu kostek cukru do cappuccino, albo nawet więcej.
Ale pani Stasia była polską emerytką, która całe życie przepracowała za okienkiem na poczcie, takim samym, w jakim teraz co miesiąc odbiera szczuplutką emeryturę. (Szczerze mówiąc pani Stasia wciąż dziwiła się bardzo i zastanawiała się już od dłuższego czasu, jak emerytura może być aż tak szczupła. Tak szczupłe nie są nawet supermodelki. Żeby być tak szczupłym, trzeba by od urodzenia przez całe życie unikać choćby okruszynki ciasteczka, czy choćby jednej tylko rodzyneczki.)
Dlatego tylko w chwilach niekontrolowanego rozmarzenia przed telewizorem, oglądając telenowelę o miłości, pani Stasia haftowała w kwiatki bialutkie obrusy i robiła koronkowe serwetki, które tak pięknie by się komponowały z różowymi ścianami wyśnionej cukierni.
Dalej chodziła do kościoła i na pocztę, a po drodze łapała się na tym, że ogląda lokale do wynajęcia i stoi zadumana nad tym, jak by to ona rozstawiła stoliki, a jak krzesełka gdyby to od niej zależało.
Raz zapatrzyła się tak bardzo, że nie zauważyła, że pędzący z naprzeciwka samochód sunie prosto na nią i nie ma szans by zahamować w porę. Zresztą było zbyt ciemno, a on jechał bez świateł, bo kto by po pijanemu myślał o światłach...
Połamane nogi bolały ją bardzo.
„Żadne, ale to żadne pieniądze nie byłyby w stanie mi wynagrodzić tego bólu" – myślała leżąc na asfalcie i zastanawiała się, po co właściwie płacić przez całe życie składkę na ubezpieczenie, skoro takiego bólu i tak nie da się przeliczyć na żadne pieniądze świata. Kątem oka zauważyła, że kierowca wytacza się z auta i na jej widok natychmiast nabiera fasonu. Gdy się nachylił usłyszała:
– Proszę pani, czy pani mnie słyszy? Proszę pani, nikt nie może się o tym dowiedzieć! – szeptał gorączkowo. – Inaczej ja będę zgubiony! Ja pani zapłacę dużo pieniędzy, ja mam pieniądze, ale niech pani o tym nikomu nie mówi, rozumie pani?
– A czy kupi mi pan cukiernię? – zapytała pani Stasia tracąc przytomność, ale jeszcze zdążyła usłyszeć odpowiedź:
– Ja pani i dziesięć cukierni mogę kupić, a ściany złotem obkładać, ale niech tylko pani nikomu o tym nie...
Ból w złamanych nogach przypominał pani Stasi, że wszystkie wydarzenia ostatniego wieczoru nie były tylko snem. Lekarz, który otrzymał informację, że jego pacjentka przewróciła się na lodzie i w ten sposób połamała nogi, przekonywał, że to nawet zdrowo w jej wieku, bo nadmiar wapnia zamiast odkładać się na powierzchni kości i żył, (przypominając, że naukowcy odkryli kiedyś licho wie po co, taką chorobę jak osteoporoza), idzie na odbudowę uszkodzonych tkanek, co jest dla nas istnym wybawieniem. Lekarz opowiadał o swych pacjentkach po pięćdziesiątce, które całymi stadami wykupują turnusy w górach, mimo, a może właśnie dlatego, że nigdy wcześniej nie jeździły na nartach. Przecież to wszystko po to tylko by zaznać dobrodziejstwa połamania swych kości dla własnego zdrowia.
Pani Stasia chętnie oddałaby komuś swoje połamane nogi w zamian za parę zdrowych, tylko że, jak na ironię, nikt jej takiej wymiany nie zaproponował.
Pieniędzy od miłego pana pijanego kierowcy nie starczyło co prawda na dziesięć cukierni o ścianach obkładanych złotem, ale za to wcale nie zabrakło na zakup i całkiem przyzwoite wyposażenie jednej uroczej i nie najmniejszej wcale, cukierenki, której szyld wieścił złotymi zgłoskami iż jest to:
„CUKIERNIA STASI".
Pani Stasia wprost nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Co chwilę przecierała, i tak już lśniące jak gwiazdozbiór Oriona, porcelanowe filiżanki ze złotą obwódką, poprawiała obrusy, serwetki i niezapominajki w maleńkich wazonikach na każdym stole. Ukradkiem zerkała na szczęście młodych zako chanych par albo na młode mamy, zaciągnięte tu przez swoje jasnowłose pociechy, które akurat teraz, w tej chwili muszą zjeść lody albo rurkę z kremem bo inaczej rozbeczą się na cały regulator.
Pewnego razu przyszli też do niej dwaj mili eleganccy panowie. Tacy panowie w czarnych płaszczach nigdy dotąd do niej nie przychodzili, ale skoro już przyszli to chętnie podałaby im kawę i ewentualnie precelka, gdyby też sobie zażyczyli.
Tylko, że oni wcale nie przyszli tu na kawę ani na precelki. Przyszli i od razu zapytali, co ją łączy z niemiecką policją polityczną.
– Ale nic, panowie, skądże!? Ja i polityka?! I to jeszcze u Niemców?! Nigdy w życiu!!! – zdziwiła się.
– Proszę nie udawać niemądrej, przecież na szyldzie jest wyraźnie:
„CUKIERNIA STASI"...
– Stasi, proszę miłych panów, Stasi, nie STASI, bo to ja jestem Stasia...
– To tylko pretekst. Podejrzewamy, że odbywają się tu zebrania zwolenników Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności, a może nawet – schadzki sympatyków nazizmu. Jak pani weszła w posiadanie tego lokalu?
Pani Stasia nie umiała i nie mogła sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego panowie w długich czarnych płaszczach zabrali ją bardzo daleko od jej cukierenki i jeszcze długo była przesłuchiwana przez pewnego niemiłego pana w przyciasnym pokoiku, pełnym gęstego dymu od papierosów.
Za kilka lat pani Stasia wyjdzie z więzienia. Ściany celi wcale nie są różowe i nie ma tu stolika z białym obrusem i wazonikiem niezapominajek. Zresztą i tak by się nie zmieścił między pryczą a betonową ścianą...
Przez żołądek do mózgu
Zawarta w zjadanej wątrobie kobalamina rozleniwia wątrobę drapieżnika, wnikając z przewodu pokarmowego bezpośrednio do krwi. Rysio nic sobie z tego robił, a raczej – robił sobie wszystkie posiłki. Nie będzie się przecież żywił wyłącznie smażoną cebulą. Poza tym, jego własna wątroba miała też inne obowiązki, więc chyba na brak zajęcia nie mogła narzekać. Cały jego organizm skupiony był na jednym, potężnym zadaniu. Medytował w równym stopniu opuszkiem dużego palca u lewej stopy, co kłębuszkami nerkowymi. Mózgu też używał oczywiście, a jakże.
Odsunął wylizaną patelnię i wstał z krzesła, omal go nie przewracając. Kiedyś korzystał z talerzy, ale się skończyły. Nie miał czasu na ich zmywanie, a że nienawidzi widoku brudnych naczyń, po prostu je rozbijał. Patelni też nie miał czasu umyć, ale była zbyt twarda. Jedynie podłoga w kuchni się wgięła. Z braku innej koncepcji zaniósł ją jak zwykle, do zlewu, skąd wyciągnie ją dopiero jutro, w stanie niezmienionym.
A teraz najważniejsze: w oborze, która już dawno zapomniał krowią fizjonomię, urządził sobie pracownię. Nagromadził tam rozmaitego żelastwa, tak na wszelki wypadek, wychodząc z założenia, że wynalazek wiekopomny, czyli taki, jaki on skonstruuje, musi być potężny, czyli monumentalny. To oznaczało, że szczytem jego marzeń jest niebotyczna, toporna kupa ekskluzywnie nitowanego, albo nawet żeliwnego – złomu. Miał już za sobą wstępny okres sporządzania skrajnie różnych projektów po kilka razy dziennie, i rezygnacji z nich po pierwszym przytłuczeniu młotkiem dowolnego palca. Realizował właśnie dwudziesty siódmy z kolei projekt, jak zawsze wciąż jeszcze przekonany, że to już ten właściwy. To go tak zaabsorbowało, że nie usłyszał nawet traktoru, który wjeżdżając w zachodnią ścianę jego pracowni, przy okazji starannie ją roztrzaskał. Zauważył zmianę dopiero późno w nocy, gdy wychodząc okazało się, że wcale nie musiał korzystać z drzwi. Nieszczególnie się zmartwił. Wiedział, że gdy tylko ukończy swój wynalazek, wszystko będzie inaczej, a winowajca sam się przyzna. By być dyskretnym wandal musiałby w ogóle nie myśleć, (co chociaż się zdarza, zdarza się niezwykle rzadko), bowiem Rysio pracował nad maszyną do odgadywania myśli.
Tymczasem zamknął drzwi swego jedynego pokoju, który w razie potrzeby był również kuchnią i miejscem przechowywania nocnika, po czym z hukiem podobnym do nadciągającej nawałnicy, ułożył się na barłogu. Czynności higienicznych zaniechał już dawno temu. Zabierały zbyt dużo czasu, a ich efekty były nikłe i krótkotrwałe w odniesieniu do wiekopomności wynalazku, któremu właśnie się poświęcał. Około południa wstał i udał się do sąsiadki po przydziałową porcję wątróbki wieprzowej. Przywitała go z otwartymi ramionami tak, jak się spodziewał. Znowu zepsuł się jej telewizor. Rysio miał tam dożywotnią metę, więc przychodził codziennie po świeże podroby w zamian za cotygodniową naprawę telewizora. Często nawiązywał sąsiedzkie pogawędki, wrzucając przy tym niekiedy przez szparę w obudowie odbiornika, kawałek drutu, gwarantujący rychłe zwarcie. Wystarczyło już tylko schylić się po cebulkę wracając na skróty przez ogródek sąsiadki, a potem wyciągnąć patelnię ze zlewu i usmażyć wieprzowy gruczoł pozostałym na patelni starym, zjełczałym oleju. Oddawałby się konsumpcji równie pilnie, gdyby miał do czynienia z dowolną częścią wynalazku, nad którym pracuje. Zorientowałby się w niewygodzie sytuacji dopiero wówczas, gdyby po powrocie do przerwanego zajęcia stwierdził brak zjedzonej części. Tym razem stwierdził jednak coś innego: obecność sześciu nietoperzy wiszących wewnątrz jego maszyny. Po chwili zastanowienia ocenił je jako nieprzydatne, po czym rozpędził na cztery wiatry. To wszystko przez nieszczelną ścianę. Ale kto by się tym zajmował na chwilę przed ostatecznym zabiegiem, powołującym do życia dzieło przełomowe dla historii ludzkości. Z zewnątrz, co prawda, nie wyglądało ono na jakiekolwiek dzieło, no, może na specyficzne rękodzieło. Widać było tylko dwa ogromne metalowe walce, podobne do trzymetrowej wysokości pralek wirnikowych. Brakowało im tylko proporcjonalnych wężyków do wylewania wody i napisów: "Frania" lub: "Światowid". Ale o to Rysio nie zadbał. Co było wewnątrz walców nawet sam Rysio nie był w stanie wyjaśnić, gdyż prykując tam różnej barwy i długości kabelki i złączki działał w stanie głębokiej ekstazy, co uniemożliwiało mu jakiekolwiek przemowy. Oprzytomniawszy zaś wzbraniał się przed udzielaniem jakichkolwiek wyjaśnień, tłumacząc, że w obecnym stanie nie potrafimówić dość ekstatycznie o rzeczach, które takiego właśnie podejścia wymagają. Minął zatem kolejny dzień ostatecznych wykończeń, które miały polegać na dokręceniu dosłownie trzech zluzowanych śrubek. Nie zostały one nawet dotknięte, a mimo to Rysio ani przez chwilę nie cierpiał bezczynności. Przecież natchnienie towarzyszy twórcy do samego końca procesu tworzenia. Opuścił pracownię, jak zwykle, ze świętym przeświadczeniem, że dzień jutrzejszy odsłoni potęgę jego wynalazku. Tworzył go przecież już od sześciu lat bez przerwy, a z przerwą – od szesnastu. W ten sposób uregulował sobie życie, które kręciło się wokół jednej tylko nadrzędnej wartości. Zawsze o tej samej porze spał, naprawiał telewizor sąsiadki, jadł ciągle to samo, z wyjątkiem zimy, gdy nie mógł znaleźć cebuli w ogródku sąsiadki. Dlatego trochę się zaniepokoił, gdy kolejnego poranka zamiast wątróbki otrzymał od sąsiadki móżdżek cielęcy z oświadczeniem, że sąsiadka zmienia działalność i już nie hoduje wieprzy. Mózg dał się usmażyć tak, jak przeciętnie kłopotliwa wątroba, nawet jeszcze łatwiej. Więcej różnic Rysio nie zauważył. Był zbyt pochłonięty powagą chwili. Oto już za moment, tuż po posiłku, urzeczywistni się definitywny efekt wieloletniego trudu. Dokręci ostatnie śrubki i stanie w blasku swego dzieła, rękodzieła, czy też dzieła rąk swoich, jak kto woli. W każdym razie, zwycięży; może nawet się wykąpie. To by było pierwszy raz od ponad pięciu lat... nie, wtedy po raz ostatni się golił, a kiedy ostatnio się kąpał, tego nawet już nie pamiętał.
Odłożył śrubokręt i zawołał sąsiadkę. Musiał przecież wypróbować swój wynalazek. Oprócz dziwnych zawirowań w żołądku czuł jeszcze dumę.
– No to się pan ładnie postarał, panie sąsiedzie – przyznała zapatrzona w kupę żelastwa najwyższej jakości. – I mówisz pan, panie sąsiedzie, że to będzie myśli ludzkie odgadywało. No, ciekawa jestem... Ale też się pan napracował co nie miara, tyle lat, a dopiero dzisiaj całe to zmęczenie na panu widać, ale oj, jeszcze jak widać! Jeszcze wczoraj rumiany pan sąsiad był, a dzisiaj blady jak, nie przymierzając, móżdżek cielęcy...
– Ależ nie, pani sąsiadko, wszystko w porządku – uśmiechnął się, na przekór latającym przed oczami świetlikom. Miał wrażenie, że wylatują z jego żołądka, bo czuł tam coś w rodzaju młynka. Po omacku odnalazł włącznik maszyny, wcisnął go i ostatkiem sił zdążył wyjaśnić: teraz trzeba tylko podłączyć się do tego gniazda, drugi koniec przewodu ma bezpośrednie połączenie z receptorami w moim mózgu...
Potem zalała go zupełna ciemność. Słyszał jeszcze pracę masywnej aparatury i wkrótce z mroku wyłonił się triumfalny pochód kół zębatych, które zaczęły wirować w szalonym tempie, zgrabnie wykrawając wątroby ze stada kąpiących się błotnistym bajorze, wieprzy. Okazało się wtedy, że wszystkie one wyglądają niczym jego sąsiadka. Po chwili zobaczył ją również stojącą nad brzegiem bajora, pełnego jej własnych wątróbek. Odgrażała się w kierunku nadciągającego stada kół zębatych, z których jedno przetoczyło się przez jej czerep odcinając część owłosioną i pozwalając wyfrunąć jasnobeżowym fałdom mózgu. Rozpoznał Rysio i siebie, siedzącego nad wielkim talerzem parujących wątróbek i usiłującego schwytać unoszący się ponad nim mózg...
– Ratunku!!! Ludzie! Morderca! Bandyta! Kanibal!
Nikt by może nie uwierzył w zasadność tak śmiałego oskarżenia, jednakże sąsiadka dysponowała wydrukowanym zapisem myśli Rysia, sporządzonym przez, przezornie wyposażoną w taką funkcję, maszynę. Rysia oskarżono, aresztowano i ukarano.
Co prawda pierwsze postępowanie z powództwa sąsiadki szybko umorzono, dowiedziono bowiem, iż oskarżony nie miał wpływu na przebieg swoich myśli, zaś ich treść była efektem ogólnego rozstroju zmęczonego organizmu, nieprzyzwyczajonego do nagłej i tak drastycznej zmiany w odżywianiu. Właściwe oskarżenie wniósł jednak Rząd Państwa i na jego podstawie zapadł wyrok. Uzasadniono bowiem, że wynalazek Ryszarda w razie jego powszechnego użycia, wprowadziłby całkowitą jawność – zjawisko niebezpieczne i niepożądane tak w polityce, jak i w życiu społecznym, rodzinnym i wszystkich pozostałych dziedzinach życia obywateli, państwa i świata. Na tej podstawie maszyna do odgadywania myśli, jak i jej twórca, zostali zniszczeni raz na zawsze wraz z wszelkimi projektami, które mogłyby służyć do ich odtworzenia.
Terapia
Terapia dowolna: bioenergetyczna, psychiatryczna, konwencjonalna, niekonwencjonalna, czy inna, jest przede wszystkim skuteczna. Nie należy wstydzić się faktu, że jest ona potrzebna wszystkim, bo to świadczy pozytywnie choćby o psychoanalitykach; ich trudna, pełna poświęceń praca jest wówczas doceniania, a oni sami – wciąż potrzebni. I niech nas nie zrazi konieczność poniesienia takich, a nie innych kosztów. Przecież to, co naprawdę cenne nie może być całkiem za darmo, a każdy z nas doskonale zdaje sobie chyba sprawę, że zdrowie jest najważniejsze, a zdrowie psychiczne w szczególności warte jest każdej ceny. Nie dajmy się zwieść obiegowej opinii, że jak nie boli, to nie ma choroby. Choroba zawsze się znajdzie, trzeba ją tylko do pacjenta odpowiednio dopasować... to znaczy... zbadać jego predyspozycje zdrowotne, skłonności genetyczne i zdiagnozować rodzaj przypadłości, by właściwie dobrać strategię leczenia.
W tym celu pacjent, powiedzmy, że pan Roch Ursynowski, którego znamy z Warszawy, uroczyście wkracza na teren światłego medyka, z zamiarem całkowitego poddania się jego woli. Na samym początku jaśnieje obszerny korytarz, gładki i czysty, specjalnie tak pomyślany, by już od progu wywołać cały ciąg pozytywnych skojarzeń. Pan Ursynowski zawiesił kurtkę lub płaszcz na wieszaku lśniącym srebrzystym metalem lub emanującym przytulnym drewnem; wszystko w zależności od tego czy pan Roch jest zwolennikiem surowej nowoczesności czy tradycjonalizmu. W każdym razie bardzo mu się tu podobało i przychodził tak często, jak tylko pozwalał mu na to stan zdrowia. Już po kilku minutach nogi ugięły się pod nim na tyle, że poczuł się gotowy, by ułożyć się na miękkim łożu terapeutycznym. Zapewniono go, że kuracja będzie skuteczna niezależnie od tego, czy pacjent uwierzy w jej działanie, czy też nie i dlatego lepiej jest uwierzyć, leży to w interesie samego pacjenta, gdyż żadne reklamacje nie będą uwzględniane, a o zwrocie kosztów leczenia mowy być nie może. W końcu terapeuta napracował się bardzo niezależnie od efektów terapii. Ale któż by myślał o pieniądzach, kiedy to skuteczność, a nie cena terapii jest jej najważniejszą cechą.
Pan Ursynowski wybrał metodę niekonwencjonalną, chociaż mógł wybrać każdą inną, równie skuteczną metodę terapeutyczną. Położono mu na dłoniach dwa przezroczyste kamienie, dołożono zielony na czoło i po jednym czerwonym na klatkę piersiową i pępek.
– Czuje pan mrowienie w palcach? – zapytał terapeuta.
– Aha...
– U nóg też?
– Aha...
– Teraz może pan poczuć promieniujące bóle w miejscach dawnych urazów...
– Aha...
Istotnie, pan Ursynowski poczuł nagły rwący ból w nodze, którą jedenaście lat temu straszliwie potłukł spadając z roweru podczas studenckiego rajdu przez Mazowsze na Żuławy Wiślane.
– Proszę się nie obawiać, za kilka dni, no, może kilka tygodni, ból znacznie zelżeje i może nawet całkowicie ustąpi – uspokajał terapeuta ciepłym, balsamicznym głosem. – Teraz niech się pan rozluźni i pomyśli o czymś przyjemnym. Proszę głęboko oddychać przez nos. Gdyby pan poczuł duszności, zawroty głowy z uderzeniami gorąca, szumy w uszach, mroczki przed oczami albo mdłości, proszę na to nie zwracać najmniejszej uwagi.
Wie pan przecież doskonale, że najpierw musi być gorzej, żeby później mogło być lepiej.
Zgodnie z zapowiedzią, pan Ursynowski stwierdził u siebie wszystkie wymienione objawy, a ostatni z nich był tak silny, iż doprowadził do torsji, które targnęły nim w kierunku nerkowatego naczynia, zgrabnie podstawionego przez ponętną asystentkę terapeuty. Niestety, mimo to, nie udało się oszczędzić jedwabnego krawata, ale za to młodziutka asystentka z nerką w dłoni uśmiechała się tak sympatycznie...
– Niech się pan nie martwi, nie ma powodów do obaw – uspokajał go terapeuta i pan Roch się uspokoił. – Wypierze pan sobie.
Gdy już zdjęto z niego wszystkie kamienie, kolorowe i bezbarwne, wprawna ręka terapeuty, uzbrojona w misternie wygięty metalowy instrument, zaczęła przemierzać jego czoło w poszukiwaniu trzeciego oka. Gdy już je zlokalizowano, otworzono je na całą szerokość, celem uzyskania optymalnych zdolności percepcyjnych. Co prawda wskutek tego zabiegu obraz, postrzegany przez dwoje pozostałych oczu, nieco się rozmył i zamazał, ale za to trzecie oko działało bez zarzutu. Były powody do radości.
Po zakończeniu tej, jakże owocnej, odprężającej i przede wszystkim – skutecznej kuracji, asystentka pomogła panu Ursynowskiemu wstać z łoża i wyjść z gabinetu. Wciąż trzymając się za brzuch, drugą ręką podpierając się o ścianę, dzielnie pokonał odległość od drzwi do wieszaka, dzierżącego jego okrycie wierzchnie. Potem wskazano mu automat telefoniczny, z którego zamówił taksówkę, aby zabrała jego oraz rower, na którym przyjechał do kliniki. Nie mógł przecież jeszcze tak bardzo nadwątlać, z takim trudem odzyskanego, zdrowia. Na odchodnym terapeuta polecił mu zażywać dużo witaminek i odpoczynku, najlepiej wziąć półroczny urlop celem podreperowania zdrowia i od razu położyć się do łóżka. Pod łóżkiem zaś należy rozsypać po kilka garści specjalnych kolorowych kamieni, które można zakupić po promocyjnej cenie na miejscu, od terapeuty. Zapowiedział, iż jest nadzieja, oczywiście o ile pacjent zastosuje się do poleceń terapeuty, że nawet w błyskawicznym tempie sześciu miesięcy uda mu się znacznie zniwelować szumy w uszach, uderzenia gorąca, mroczki przed oczami, mdłości i nawracające duszności. Wte dy będzie można mówić o nadspodziewanym sukcesie terapii. Zawrotów głowy nie da się zmniejszyć, ani tym bardziej całkowicie usunąć, ale co to za przeszkoda dla tak zdrowego mężczyzny jak pan Roch Ursynowski, który dzięki skutecznej terapii odzyskał w końcu pełnię zdrowia psychicznego. Pomiędzy rzadkimi napadami furii, szału, płaczliwością i regularnymi próbami samobójczymi, pan Roch charakteryzuje się zdecydowaną równowagą psychiczną, jest absolutnie spokojny, rozluźniony i oddycha głęboko przez nos.
Jeśli mimo tak wyraźnych dowodów na skuteczność terapii, wśród was nadal znajduję się choćby jeden szkaradny sceptyk, który aż do tej pory śmie wątpić w naoczne dowody skuteczności terapii psychologicznej, polecam by osobiście zajrzał on do pana Rocha Ursynowskiego do Warszawy, i na własne oczy ujrzał żywy przykład powodzenia tychże kuracji. Pan Ursynowski jest modelowym przykładem rozsądnego pacjenta, który właściwie współpracuje z terapeutą, realizuje jego zalecenia, stosuje regularne, intensywne terapie psychologiczne i dlatego właśnie uzyskuje zaskakująco dobre efekty zdrowotne. Z każdym dniem czuje się coraz lepiej, już niedługo spodziewana jest poprawa tak znaczna, że może nawet zacznie on samodzielnie wstawać z łóżka na siusiu.
Ależ nie, nie trzeba, nie dziękujcie terapeutom! To prawda, że ich szlachetność jest niezwykła, a oni sami – wspaniali, ale zważcie sami, że przecież oni właśnie po to są, aby ludzie czuli się lepiej!
F216
Nie ma większej różnicy pomiędzy poszczególnymi porami roku. Nie ma w zasadzie żadnej różnicy. Można spędzić wśród takiego ekosystemu całe wieki poruszając się efektywnie w kieracie codziennych zajęć. Tak, tak można! A ponieważ można, to właśnie się to powszechnie praktykuje, i – jak widać – z zadowalającymi rezultatami, bo początkowe założenia planu zawsze doczekają swej realizacji. Regularne rysy architektoniczne, stonowane odcienie szarości, nieocenione możliwości progresywne...!
Facet we flanelowej koszuli wyszedł po papierosy. Przeprowadził zatem zamierzone i uporządkowane działanie. Przemierzył trasę od swego mieszkania do kiosku, zaopatrzył się w prostokątne pudełeczko i z wykresem drogi powrotnej w głowie zmienił zwrot marszu na przeciwny.
Faktem jest jednak, że człowiek nie stanowi optymalnie doskonałej maszynerii i dlatego, choć nikt tego nie przewidział, zdarzyć się mogła awaria. Facet gwałtownie stanął i nie był w stanie się zresetować. Za każdym razem, gdy próbował, napotykał na opór w trzewiach, słyszał zgrzyty pod czaszką i czuł swędzenie w oczodołach, które po coraz usilniej powtarzanej operacji, zaczęło być odczuwalne jako nieprzyjemne drapanie. Zaniechał działania i zboczył z trasy w kierunku północno-zachodnim przekraczając granicę kwadratu F216. W tym miejscu, równo z nią przebiegała linia krawężnika. Cofnął się i usiadł na niej, wyciągając przed siebie stopy obute w brązowe skórzane kapcie. Podmuch szybko przemieszczających się wzdłuż szosy pojazdów osiadał brudnym tumanem na odsłoniętej skórze nóg. Coraz bardziej go to śmieszyło, szczególnie gdy zaczął rysować palcem na tej powierzchni kontrastowo jasne znaki. Choć było to zupełnie irracjonalne, czuł się jak świeżo naoliwiony. Wszystkie części wciąż jeszcze działały płynnie i tylko czasem ocierały się o nieuzasadnionego znaczenia, słowa: „Dzidek czeka w domu", tak, jak koła zębate zahaczają o skrawek materiału albo papieru, który przypadkiem dostał się między tryby. Zazwyczaj nie zatrzymuje to aparatury, ale przez ciągłe wystrzępianie likwiduje po kawałku rozproszone ciało obce. Stało się tak i w tym przypadku. Kanciasty śmiech przechodził burzliwie po brzuścach mięśni coraz bardziej chropowatymi spazmami, których fale nadciągały nieprzerwanie utrzymując na twarzy awaryjnie jaskrawą czerwień. Usterka była poważna i nie kwalifikowała się do samonaprawienia, dlatego objawy kliniczne wystąpiły od razu na zewnątrz nie ujawniając się na etapie autodiagnozy. Świetlistość awaryjnego szkarłatu zbladła do poziomu zaledwie ostrzegawczej żółci, a później do zupełnie niegroźnej zieleni. Śmiech dzwoniący jak gong krztusił się w gardle wciągając na chwilę do środka głowy wytrzeszczone z wysiłku, nabiegłe płynami ustrojowymi oczy. Zmienił się u swego schyłku w drewnianą grzechotkę, terkoczącą uderzeniami tłuściutkiej rączki małego dziecka o krawężnik, na którym siedział. Gdy uderzenia stały się zbyt silne, grzechotka rozprysła się na zupełnie wolne i wrzaskliwe drobinki chrypy, które otoczyły gardło ciasną obrożą, nie dopuszczając ani kropli powietrza. Faktura przedniej strony głowy upodobniła się do nieregularnie pomarszczonej kory topoli, chociaż kolorem przypominała raczej jej liście. Facet był uszkodzony, a teraz – już doszczętnie zepsuty. Pewnie zaniedbał kiedyś w przeszłości okresową kontrolę techniczną i wskutek tego byle zakłócenie pociągnęło za sobą nienaprawialną awarię, uniemożliwiającą mu wykonanie planu. Rozsypał się w trakcie jego realizacji.
Oczywiście ktoś musiał go zastąpić. Dzidek, choć zbyt młody, by samodzielnie zakupić papierosy, miał jednakże sprawny system nawigacyjny, więc po upływie przepisowego czasu oczekiwania, wyruszył w teren przemierzając trasę od środka kwadratu F216 po jego przekątnej. Serią udanych zabiegów technicznych zdobył papierosy, dokonał oględzin okolicy i zlokalizował na granicy kwadratu niesprawnego osobnika, przypominającego zarysem sylwetki jego poprzednika.
– Uszkodzony! – zarejestrował i nakierował się na trasę powrotną, by w terminie sfinalizować rozpoczęty plan.
Człowiek
Co jest prawdziwe? Czy biała wełna obłoków, czy jej zabrudzona forma, przypominająca raczej niedbale ciśnięte na niebo grudki błota, oderwane bezpośrednio od podeszwy schodzonego obuwia? – Tak, tak, wiadomo, tak czysta jak i brudna wełna powoduje alergie skórne, a rzadkie, dalekie obłoki są zbudowane tak z jednej, jak i z drugiej. Gdyby dotrzeć do nich zupełnie bliziutko, nie zobaczyłoby się nic, a kilka kroków dalej znalazłoby się w samym środku atmosferycznej pustki, z szarą albo białą watoliną, otulającą samiutkie jej granice. Ale nie można zobaczyć z bliska ani watoliny, ani wełny, tak czystej, jak i brudnej. Chcąc do nich podejść bliżej, by znaleźć choćby ślad ich namacalności, wyszedłbyś na zewnątrz i znalazł się w punkcie wyjścia i nawet nie wiedział, gdzie byłeś. To już wszystko: jedno wielkie niebieskie oszukaństwo! A tęcza? Tyle już razy była chwytana w dziecięce dłonie, a ciągle jeszcze istnieje i może dalej symbolizować... to, co symbolizuje. Jest, bo spływała potem po dłoniach strugami zwykłej deszczowej wody, kompletnie prześwietlonej słońcem, które potem wysuszało ją na nocny wiatr, zupełnie szary. Zaiste jest to szczyt straconych złudzeń powtarzających się z bolesną regularnością. Nigdy jednak nie jesteśmy dość rozczarowani, by odmówić sobie tego biegu z bijącym szybciej sercem, ku pustemu horyzontowi. Stajemy się coraz bardziej nieszczęśliwi, ale nigdy dość nieszczęśliwi; a swoje poprzednie położenie rozumiemy dopiero po kolejnym kroku w dół. Czyżby już tylko samo słońce? Ale jest już za późno. Dobiegliśmy do pustego horyzontu po tęczy i straciliśmy słońce, któremu pozwoliliśmy zajść daleko za naszymi plecami.
Na szczęście fizycznie zupełnie nie widać rozterek, jakie targają człowiekiem narażając go na wstyd przed samym sobą i często – utratę jedynej twarzy. A jakże posiada ją: różową od mrozu albo zdrowo opaloną latem, nierzadko ozdobioną dowolną ilością podbródków. Wykonuje tą twarzą częste uśmiechy, bo tylko w ten sposób może udowodnić czystość swoich zamiarów oraz zdrowie psychiczne i mieć święty spokój na jakiś czas. Rzuca więc te uśmiechy na prawo i lewo przyczyniając się do wzrostu poziomu szczęśliwości wśród ludzkiej społeczności, bo uśmiechnięty ma znaczyć: szczęśliwy i zdrowy na umyśle. Żadnego zagrożenia depresją. Nie trzeba się obawiać, że ktoś uśmiechnięty obarczy cię swoim i problemami i będzie wymagał od ciebie, żebyś go wysłuchał. Dlatego wszyscy muszą się uśmiechać, bo tak jest ładniej, estetyczniej i bezpieczniej.
Skrzeczenie budzika; człowiek wystawił spod kołdry swe odziane w podkoszulek i slipki, ciało i nie otwierając oczu (bo na razie nie było takiej potrzeby), pospiesznie namacał na krześle stosik ubrań. Wybrał kilka sztuk na chybił – trafił i użył ich by odizolować się od otoczenia. Dojmujące zimno atmosfery w pokoju przestało pchać się do jego świadomości odgrodzone ekranem wełnianego swetra, który w zamian za swą protekcję wgryzał się włochacie w skórę człowieka w poszukiwaniu krwi. Znajdował ją tylko czasami, raczej rzadko, o czym świadczą wbudowane regularnie, czerwone elementy w deseniu swetra.
Jak codziennie o tej porze, sweter na grzbiecie znalazł się w kuchni, gdzie uczestniczył wpierw w potyczkach z czajnikiem elektrycznym, a potem w procesie obróbki termicznej jaj i namaślania chleba. Po napełnieniu człowiek udał się do łazienki, gdzie wyszczerzył się względem lustra i próbował wskórać coś za pomocą garści syntetycznych włókienek na plastikowym patyczku. Zanim osiągnął jakikolwiek rezultat spłukał pianę, którą przez cały ten czas toczył z ust i udał się do przedpokoju, by oddać się z pasją sznurowaniu obuwia. Szczęśliwie zakończywszy i tę czynność, przewiesił płaszcz z wieszaka na siebie i ze skórzanym tobołkiem w ręku zamknął od drugiej strony drzwi wejściowe na klucz, który następnie wrzucił do kieszeni i najwyraźniej o tym zapomniał. Nie mogąc już wejść z powrotem zszedł schodami w dół i nagle znalazł się na ulicy. Nie tracąc rezonu ruszył przed siebie. Błąkał się dość długo i namiętnie bez celu, aż w końcu trafił do swego miejsca pracy. By wtopić się w tło zaczął robić to, co inni, którzy byli tam już wcześniej. Coraz szybciej i szybciej, jakby na całym świecie istniał tylko ten mały kawałek przestrzeni, jedna kudłata głowa, jedna para rąk i nóg. A czas umykał na oślep bez opamiętania, aż w pewnym momencie się urwał. Nikogo to wcale nie zdziwiło. Wszyscy wyhamowali z rękami i nogami zawieszonymi w powietrzu nad połowicznie zakończonymi zadaniami, które nagle całkiem przestały być ważne. Trzymane w rękach przedmioty często z brzękiem, poddały się prawu grawitacji. W szatni zapanowało chwilowe przeludnienie, ale nie była to tendencja stała, bo właśnie stamtąd wiodła najwłaściwsza droga ucieczki na ulicę. Człowiek zaopatrzył się w swoje okrycie wierzchnie i również znalazł się na tym szlaku. Płynął z prądem poprzez nierozwikłane meandry i szubieniczne krzyże ulic, ocierał się o kolczaste parki i kościoły ostrowieżyczne, zastępował drogę tramwajom. Gdzieś na skraju szlaku bank wypluł z trzaskiem dwóch osobników ubranych w czarne kominiarki, więc zapewne kominiarzy. Człowiek niespodziewanie został pochwycony grubym ramieniem jednego z nich za szyję i podparty pod skroń pistoletem. Rozejrzał się wokół. Na krawężnik najechał policyjny radiowóz, a na chodniku stali nawet dziennikarze. Uśmiechnął się szeroko do kamery, bo przecież musi wyglądać ładnie w telewizji. Co by sobie inni ludzie o nim pomyśleli, gdyby się teraz nie uśmiechnął? Gdyby tak zlekceważył telewizję, straciłby szacunek wszystkich sąsiadek z bloku, które też nie lubią oglądać smutnych ludzi na ekranie.
– Ani kroku dalej, bo go rozwalę!!! – krzyknął kominiarz.
Ciekawe, co będzie dalej? Bo przecież chyba się nie ściemni. A może to raczej Słońce się przybliży...?
Teraz już człowiek uśmiechał się szczerze i bez wysiłku.
Co jest prawdziwe? Czy nieskazitelnie biała wełna obłoków, czy jej zabrudzona forma...?
Wszystko to jedno wielkie niebieskie oszukaństwo!!!
Pan Jan
Nareszcie noc zasłoniła nagie okno pana Jana. Wewnątrz piętrzyły się kończyny dawno i tragicznie okulawionych krzeseł, plastikowe butelki i połamane gałęzie. Gdzieniegdzie powiewały jeszcze strzępki starych gazet. (Okna były nieszczelne.)
Wszystko to, przeznaczone było do przepastnej paszczy pieca, w którym czasem nawet piekły się kartofle, o ile udało się je znaleźć.
Piec zachowywał się jak typowy bezstresowy wychowanek nowoczesnych, liberalnych rodziców, zatem był żarłoczny, wybredny i do tego jeszcze leniwy. Dlatego też mimo nieustannie składanych mu ofiar z wychudzonych, artretycznych, gangrenicznych, chromych, egzematycznych, powyginanych chorobą, czy w inny sposób kalekich mebli, nawet w jego najbliższym otoczeniu zazwyczaj panował arktyczny ziąb. Po odżywczo wilgotnych ścianach dziarsko pełzały ciemne, tłuste, poziomo segmentowane, fasolkowate istoty będące w stanie każdego obserwatora olśnić mnogością króciutkich, nieustannie poruszających się nóżek. Czasem zatrzymywały się przekroczywszy czwartą część wysokości ściany i po rozejrzeniu się w sytuacji za pomocą płynnych obrotów plastelinowego ciała, młócąc przy tym bez przerwy nieco dłuższymi i cieńszymi niż nóżki, wypustkami na ciele, obierały właściwy kierunek dalszej drogi. Na suficie pojawiały się naprawdę, niezwykle rzadko. Chyba wiedziały, że to przeszkadzałoby panu Janowi, ciągle zapatrzonemu w jego popękany tynk.
Wciśnięty w kąt na wiązce słomy pan Jan nie zwracał na to wszystko większej uwagi. Oparł łokcie na przykrytych szmatami kolanach (ostatnie spodnie podarły mu się doszczętnie już dawno temu), i wbił wzrok w smużkę ciepłego światła strzykającego zza uchylonych drzwiczek pieca. Prawie nie oddychał, tak bardzo starał się skulić, by zmieścić się w całości w tym wą tłym promyku. Ciepłe światło jest w stanie w zupełności zastąpić samo ciepło, oczywiście pod warunkiem, że człowiek cały się w nim zmieści.
Ci na górze pewnie już poszli spać, bo ucichły kroki na wysokich obcasach, mamrotanie telewizora i płacz dziecka. Co prawda już dawno kazali mu się stąd wynosić, ale chyba zapomnieli, a on siedzi tu tak cichutko, że nikt jeszcze nie był, aby go stąd fizycznie przegonić. Może nawet nie wiedzą, że jeszcze tu jest. Dlatego jest mu tutaj całkiem dobrze. Nie potrzeba hebanowych mebli, puchowych kołder ani nawet czystego ubrania, jeśli człowiek zna swoją wartość, a pan Jan znał ją doskonale i wiedział, że nie pomniejszy jej w żaden sposób fakt dzielenia wilgotnego mieszkania z milionem maleńkich, fasolkowatych żyjątek, wiecznie uwijających się przy nieustannie składanych jajach, których trzeba doglądać. One też o tym wiedziały i mimo pilności swych fasolkowatych spraw, poruszały się możliwie powoli, cicho i z godnością, tak, aby nie zakłócać pobytu pana Jana na Księżycu.
Bywał tam każdego wieczoru, przeważnie zostawał na całą noc i wcale nie uważał, aby pragnienie sycenia oczu jego czystą światłością czyniło zeń głupca, wręcz przeciwnie. Bladej powierzchni, po której stąpał nie tknęła nigdy ludzka stopa i pan Jan wiedział, że to się nigdy nie zmieni. To pozwoliło mu przypuszczać, że szczupły elegancik w skórzanych spodniach, czarnych lakierkach i marynarce, nie mógł być człowiekiem. Nagi tors przeświecający spod eleganckiej czerni ubrania, okrywały gęste brunatne zarośla przywodzące na myśl nadrzeczne szuwary. Z tą tylko różnicą, że w tych tutaj tonął złoty łańcuch, tak gruby, że z powodzeniem można by na nim uwiązać krowę. Elegancik stawiał stopy lekko lecz zdecydowanie, jak prawdziwy przywódca. Pan Jan nawet nie zorientował się, kiedy ujrzał przed sobą jego marmurową twarz, obramowaną lśniącą czernią włosów oraz cienkim paseczkiem zarostu na brodzie i powyżej ust. Żarłoczne oczy zdawały się składać z samych tylko źrenic, wielkich i niezgłębionych, chłonących wszystko, pazernie i do ostatka.
– Pan jest tutaj od dawna? – zapytał miękkim tenorem, ujawniając przy tym niewielki ubytek w uzębieniu po lewej stronie tam, gdzie powinien być kieł.
– Odkąd tylko pamiętam, a pamięć mam dobrą – odparł pan Jan i sam zdziwił się usłyszawszy szlachetne brzmienie swego głosu. Tutaj był on z upełnie inny: czysty, dźwięczny i stanowczy, bez cienia chrypy czy kaszlu. Wypływał nie z gardła, a z jakiejś najintymniejszej głębi trzewiów, dlatego był zupełnie lekki, niczym śpiew huraganu. Już wcześniej zauważył, że tutaj nie męczy się tak przy chodzeniu i, że zamiast porwanych łachów ma na sobie wytworny kontusz, ale dotychczas nie miał okazji podziwiać własnego głosu. Przebywał tu przecież w absolutnej samotności, a nie miał w zwyczaju nigdy konwersować sam ze sobą.
– Czy pan się ukrywa? Pan wie, że w tym miejscu nie wolno nikomu przebywać? – drążył elegancik wbijając wzrok w oczy pana Jana, jakby chciał w ten sposób wyssać cały jego mózg wraz z zawartością. – Pan uciekł, prawda?
– Właściwie, można by tak powiedzieć – odparł pan Jan niedbale. Nie bał się dziwnego jegomościa. Był przecież na swoim umiłowanym Księżycu.
– Ach tak, w takim razie pan pójdzie za mną! –zdecydowanym głosem zagrzmiał jegomość wyciągając w kierunku pana Jana prawie przezroczystą, przypominającą raczej preparat biologiczny niż rękę, prawicę.
Pan Jan już miał jej dotknąć, ale powstrzymał się na widok niepokojących, ciemnokrwistych drobinek gęsto pokrywających całą powierzchnię wyciągniętego przedramienia.
– No, panie Twardowski, żywiej! – Niecierpliwie potrząsnął ręką jegomość. – Wszyscy już tam na pana czekają. Od dawna. Pan, który wytrzymał kilka wieków tutaj, nie powinien się już właściwie obawiać niczego. Mam nadzieję, że nie uraziłem Waszmości zbytnim pośpiechem, ale proszę mi wierzyć, że nie ma chwili do stracenia. Oczywiście wszędzie poznam oblicze tak nobliwe jak Waszmości, więc proszę nie myśleć, iż nie wiem jak zachować się w stosunku do szlachcica. Oczywiście czasy trochę się zmieniły, wyszło się z wprawy, ale myślę, że osoba tak szlachetnej krwi, jak pan jest wstanie zrozumieć moje trudności i wybaczyć brak należytej galanterii...
„Szlachcic Sarmata Twardowski, no, no, wiedziałem że jest we mnie coś szlachetnego, ale czyżby aż tak? Ha! Pewnie, że tak! Sam diabeł by mi to przyznał!" – myślał sobie pan Jan z dumą podając dłoń nieznajomemu, który istotnie zdawał się prezentować jakoś diabelsko, co tym bardziej pochlebiało panu Janowi. Umiłowany przez niego Księżyc umknął mu spod stóp w zawrotnym tempie, a siła odrzutu rozwiała mu poły kontusza.
„Zaraz, zaraz... pan Twardowski, kontusz... ja? ...diabeł? ...przecież... Przecież my lecimy do... Przecież on mnie ciągnie do...!!!" – ocknął się zrozpaczony pan Jan, ale było już za późno. Chciał uciekać, wytłumaczyć się, że to nie on, że to wszystko jakaś straszliwa pomyłka, ale... honor szlachecki mu nie pozwalał.
Na miejsce tak dobrze znanych, przyjaźnie blado oświetlonych wzgórz księżycowych wtoczyła się absolutna ciemność, poprzetykana tylko luźnymi chmurami w nieskończoności odcieni brunatnej barwy. Ich wilgotne brzegi ocierały się o ciało pana Jana i rozlewały się na powierzchni kontusza lodowatą kałużą. Chciał otrzeć z czoła drobne i twarde jak gorczyca kropelki potu i zrobiłby to, gdyby tylko był w stanie unieść rękę do wysokości głowy.
– Czuje pan ten zapach? – zapytał diabeł z nagła przyspieszając. – Jest swojsko, prawda? To zapach pana nowego domu. Już niedaleko!
W okienku, wystrzyżonym w ścianie prawie u sufitu, noc się przerzedzała, jakby niespodziewanie zachorowała, blednąc coraz bardziej, aż do całkowitego zniknięcia. Piec odsapnął pustą, zgłodniałą i zziębniętą paszczęką, a poziomo segmentowane fasolki zdawały się bardziej nerwowo biegać po ścianie w górę i w dół i jakoś dłużej zatrzymywać się niekiedy w połowie drogi. Młóciły czółkami i przytakiwały z przekonaniem, że z tego miejsca już nikt nikogo nie wyrzuci.
Wielki Dzień
To dziś jest ten wielki dzień. Szyba w oknie zaparowała, dalej jest chłodno, ale za to śnieg już wczoraj do reszty stopniał i jest sucho. To dobrze. Przyjdzie dużo ludzi. Oni nie lubią śniegu ani błota. Zniszczyliby sobie buty i pochlapaliby ubrania.
Mnie już wczoraj wyszorowali zimną wodą, oskrobali ostrożnie i pięknie ubrali. Co się przy tym nawyrzekali, nazłorzeczyli, nadenerwowali, że w ślubny surdut się nie mogłem zmieścić. Grubas!? Też coś! Czy człowiek musi do końca życia ważyć 62 kg? Wtedy nazywano by mnie chuderlakiem...
W końcu moja biedna Adela dosztukowała po trochu materiału z obu boków i całkiem sporo z tyłu. Wystarczyło, żeby mnie wcisnąć. Nic przecież nie będzie widać i tak. W końcu będę leżał cały czas na plecach, i w dodatku dokładnie obłożony kwiatami...
Zaczyna się. Ktoś po mnie przyszedł. Przykryli mnie i wynieśli do kościoła.
Zeszła się tu połowa miasteczka. Cieszę się. A ja leżę na samym środku nawy głównej i wszyscy mnie oglądają. Niektórzy witają się ze mną, żegnają, pozdrawiają. Nigdy jeszcze nie byli tak wylewni, serdeczni, więc tym bardziej mi miło. Ja też was pozdrawiam, kochani!!!
Przyszli sąsiedzi, rodzina i mała Haneczka, która jeszcze nie rozumie, dlaczego dziadzia leży w kościele.
O! Nawet te stare wieloryby z mojej orkiestry dętej też przylazły, a jakże!
Tak, właśnie, bracia moi – nos na kwintę! To mógł być każdy z was. Razem chodziliśmy do szkoły, razem na zabawy do remizy, potem razem na próby orkiestry, na rybki, na meczyk albo szachy...
Mnie już nic złego stać się nie może, wyleczyłem się ze wszystkiego, ale wy dalej chodzicie grać marsze i oglądać piłeczkę. Uważajcie na siebie, chłopaki!
Podszedł ksiądz z dziesięcioletnim ministrantem, żeby oczadzić mnie palonymi ziołami. Puściłem do młodego oczko, ale chyba nie zauważył...
O! I pan doktor z panem burmistrzem! I pan sędzia! I pan dyrektor! Ciekawe jak oni wyglądaliby w swoich ślubnych garniturach...
Zaczęło się. Ksiądz rozpoczął nabożeństwo.
No i wreszcie już wiem jak to jest, gdy wszyscy muszą wstawać, klękać nawet, a ja nie stoję, nie siedzę nawet, a leżę sobie wygodnie rozparty na poduszkach i to jeszcze kwiatkami ozdobiony.
A to co? – Aha, przystawili mi krzesełko, a na nim koszyk i wrzucają po trochu pieniążków. Dzięki, dzięki, ale to nie dla mnie wcale! To dla księdza, żeby jeszcze kiedyś mszę za mnie odprawił. Ciekawe, jak to wyglądać będzie...
No, panie burmistrzu, uśmiech! Co by ludzie powiedzieli, gdyby wrzucił pan mniej?!
Za to mnie ksiądz raz jeszcze okadził i zaśpiewał z organistą: Anielskiorszak niech twą duszę przyjmie...
Ładnie. Podobało mi się jak śpiewali. Potem opłacone przez rodzinę służby zakryły mnie i przystukały wieczko małymi gwoździkami. To dobrze, bo deszcz już zaczął padać i nie chciałem zmoknąć. Ponieśli mnie z kościoła krzywo nieco na początku, bo nierówno leżałem, ale zanim weszli na chodnik, już wyrównali. Reszta za nimi taszczyła wieńce kwiatów. Każdy swój. Mały ministrant na przedzie niósł ogromny metalowy krzyż. Dzielny chłopak. To Wojtek od sąsiadów. Ksiądz znowu coś śpiewał, ale nie słyszałem co, bo samochody jeździły zbyt głośno. Usłyszałem cośkolwiek dopiero na miejscu, gdy moja orkiestra zagrała jakąś pieśń żałobną. Wolałbym, żeby mi zagrali Emblema Bagleya. Przecież wiedzieli, że to mój ulubiony marsz i mogliby go dla mnie zagrać po drodze. Na pewno byłoby przyjemniej posłuchać. Weselej. Jurek dusił się na klarnecie. Ledwie piskał. Nie widziałem twarzy Janka, ale i tak wiem, że chował za czarą trąbki czerwone z wysiłku policzki...
Ksiądz pochlapał mnie jeszcze wodą święconą, a potem rodzina przysypywała tę kałużę łopatkami piasku: najpierw Adela, potem mój syn, córka, brat i siostry, a w końcu i dalsza rodzina.
Kiedy za łopaty chwycili opłaceni pracownicy, ludzie z tyłu zaczęli się rozchodzić. Najbliższa rodzina została by na wierzchu ułożyć ogromny kopiec z kwiatów. Prawie nic nie było przez niego widać. Ale za to był piękny. Olbrzymi klomb.
Adela płakała córce w kołnierz. Siostry stały w drugim rzędzie, obie milczące i nieruchome z przygryzionymi wargami. Jak dwa identyczne kamienne posągi. Brata gryzły własne myśli. Patrząc na mnie już widział siebie. Tylko rok jest ode mnie młodszy. Bał się.
Syn nie myślał o niczym. Na pewno. Za godzinę musi odprowadzić Haneczkę do jej matki. Już zaczął się spieszyć. Dyskretnie zwrócił siostrze uwagę, że robi się zimno i trzeba zabrać matkę, żeby się nie przeziębiła. Adeli przypomniał, że goście czekają na stypę, a do mnie będzie sobie mogła przychodzić, kiedy tylko będzie miała na to ochotę. Dwadzieścia sekund później widziałem ich już tyłem.
Deszcz. Nie szkodzi. Teraz może sobie padać, ile sobie chce. Ważne, że wcześniej było sucho. Było pięknie. Wiatr się zerwał. Strasznie tu zimno. I tak cichutko. Dlaczego tu jest ciemno?! Dokąd wszyscy odeszli???!!!
Katarzyna
Obłe ciało czerwia wślizgnęło się w pustą przestrzeń w nagim dziąśle Katarzyny tam, gdzie powinna być górna czwórka. Była to prawdopodobnie pięciodniowa larwa jakiejś muchówki, która potrzebowała spokojnego, wilgotnego miejsca na wegetację.
– Ojej! – wykrzyknęłaby Katarzyna. – Myślałam, że nikt nie zauważy tego ubytku! Specjalnie nigdy nie uśmiechałam się szczególnie szeroko, żeby nie było widać. Przyjaciele też nigdy nie zwrócili mi na to uwagi. Może nie chcieli mi robić przykrości, a może nie było to dla nich istotne. A może tylko obgadywali mnie za plecami... – zmarszczyłaby gniewnie brwi Katarzyna. - A może rzeczywiście nic nie zauważyli. A ta przebrzydła muchówka musiała to akurat wytropić! Przebrzydła muchówka!
Potem Katarzyna mogłaby opowiedzieć nieco o swoim dotychczasowym życiu, nie było tego dużo: szkoła, koleżanki, dyskoteki, chłopcy, trochę nauki i dużo słuchania polskiego rocka, nocne szaleństwa i kace na drugi dzień, plany na przyszłość...
– Właśnie, plany na przyszłość... – poskrobałaby się w głowę Katarzyna starannie wypielęgnowanym paznokciem. – Jakie ja miałam plany na przyszłość? Zwyczajne! A jakie można by mieć plany: szkoła średnia, studia, potem praca, zjawiłby się jakiś narzeczony, ślub, dziecko... Jak każdy. – powiedziałaby może.
A może powiedziałaby coś innego. Może wcale nie myślała o własnej przyszłości, pochłonięta aktualną sytuacją domową. Może opowiedziałaby o matce, siostrze, o ojczymie, który ją nachalnie nagabywał i o pociągu, pod który zamierzała się rzucić, żeby przerwać to piekło.
– Teraz przynajmniej nie muszę się martwić o przestrzeganie diety – powiedziałaby Katarzyna patrząc na swój zapadnięty brzuch i cieniutkie koń czyny. – A może to jednak przesada – zawahałaby się. – Skóra i kości... ale... gdzie ta skóra??? – zaczęłaby się nerwowo zastanawiać Katarzyna, lecz w rzeczywistości wcale się nad tym nie zastanawiała.
Aby się nad czymś zastanawiać, aby w ogóle o czymkolwiek myśleć, należy przede wszystkim mieć mózg, i to w relatywnie dobrym stanie. Tymczasem mózg Katarzyny, do tej pory jeszcze jakoś był przykrywany przez czaszkę i kępkę włosów, które się od niej oddzieliły po tym, jak zniszczeniu uległa skóra głowy. Jednak czerw, który zagnieździł się w miejscu po górnej czwórce zaczął torować przejście w górę. W krótkim czasie mózgiem Katarzyny zainteresowały się też inne pełzające gatunki, które do tej pory pracowicie czyściły dolny odcinek rozkładającego się już od sześciu lat szkieletu Katarzyny, spoczywającego pod grubą, marmurową płytą, ozdobioną masywnym niczym koło od wozu, wieńcem z czerwonych gerberów.
Ot, i cała historia.
Podstawowym i najbardziej widocznym poświęceniem w pracy psychoanalityka jest niemożność położenia się do snu, podczas gdy pacjent, nie dość, że leży na leżance, to jeszcze częstokroć przysypia, a psychoanalityk musi być całkowicie rozbudzony, a do tego jeszcze słuchać wywodów pacjenta i obmyślać najbardziej dochodową diagnozę. A to przecież bardzo męczące.
