Znieczulenie - Kamil Wala-Szymański - ebook + książka

Znieczulenie ebook

Wala-Szymański Kamil

0,0

Opis

Oczy Krystiana nie pozwalają Radkowi o sobie zapomnieć. Psie oczy człowieka, którego uważał za brata. Ale przecież to nie on go zabił. Nie on... Chyba. Pogłębiająca się paranoja prowadzi zatwardziałego gangstera na kozetkę doktora Koprowicza.
Tymczasem w miejscu zwanym Barem, gdzie można zaopatrzyć się w każdy możliwy rodzaj narkotyków, nieustannie przybywa klientów. Jednym z nich jest Fis, niegdyś lokalna gwiazda boksu, teraz – hazardzista i sfrustrowany bankrut. Całe szczęście nad spokojem w mieście czuwa ostoja prawości – prokurator, przez półświatek zwany Prorokiem. Już wkrótce okaże się, że w tym szarym od błotnistego deszczu mieście żaden z nich nie może być pewien tego, co przyniesie przyszłość – szczególnie gdy jej kształt coraz bardziej rozmywa się w narkotycznych majakach…

Kamil Szymański agresywnym, wyrazistym językiem tworzy świat pozbawiony uczuć, jakby funkcjonował nakręcony ręką Golema. Mroczny świat „Znieczulenia” przeraża i fascynuje jak zło, które wyrwało się spod kontroli. Polecam!
Jan Peszek - aktor teatralny i filmowy, reżyser teatralny

Przyspieszona akcja serca, rozszerzone źrenice. Szybki oddech. Bladość wywołana odpływem krwi z powłoki ciała. Wspaniała podróż do niebezpiecznych fantazji skrywanych w mrocznych zakamarkach umysłowości. Zazdrość skłócana podnieceniem rozcieńczanym przerażeniem. Diagnoza? Wymagane natychmiastowe Znieczulenie.
Błażej Peszek - aktor teatralny i filmowy, reżyser teatralny

Opisanie ,,światka”, którego przeważnie unikamy, wcale nie jest łatwe. W tej książce dotykamy go prawie osobiście. Czujemy się, jak w filmie, jak na planie czegoś, co się dzieje obok nas. I nie dość, że wchodzimy w ten świat, to jeszcze wchodzimy w głowy bohaterów. Doświadczanie ich myśli i stanów, wręcz czasem niewerbalnych, jest ekscytujące i... przerażające.
Piotr Mosak - psycholog, terapeuta relacji międzyludzkich, wykładowca, trener


Kamil Szymański
Rocznik 1988. Pochodzi z Lubina, a obecnie mieszka w Warszawie. Jest reżyserem i scenarzystą, a także członkiem Gildii Scenarzystów Polskich. Często pracuje przy produkcji programów telewizyjnych. W 2015 roku debiutował na dużym ekranie bardzo realistycznym, więziennym filmem Git. Cztery lata później jego scenariusz Znieczulenie znalazł się w dziesiątce najlepszych tekstów festiwalu SCRIPT PRO. Pod wpływem namowy przyjaciół (a, że od dziecka pragnął wydać książkę, długo nie trzeba było go przekonywać) postanowił napisać powieść na podstawie swojego scenariusza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




OŁÓW DRYFUJE W POWIETRZU

RADEK, 28.12.2015

Strzał. Krew. Oczy. Patrzę w lewo. Stoi Krempy, co przed chwilą strzelał. Dyszy, jakby przebiegł maraton. Oczy ma mokre, nie wiem, od potu, zimna czy łez. Spoglądam na moje dłonie, są ujebane krwią, a przecież to nie ja zabiłem. On, nie ja.

Więc patrzę przed siebie, na Krystiana i widzę oczy zwrócone na mnie. Patrzą? Spoglądają, ale chyba nie widzą; są puste. Takie same, lecz puste. Powietrze śmierdzi żelazem. Żelazem, mokrym śniegiem i choinką. Chociaż choinką to akurat pachnie. A jego oczy odlatują jak duch świąt dwudziestego ósmego grudnia. Cóż za zbieg okoliczności. Więc patrzę w te oczy i nie wiem, czy widzę jeszcze Krystiana, czy już raczej to, co z niego zostaje. Spoglądam w lewo i nie wiem, czy widzę jeszcze Krempego, młodego chłopaka, który ledwo dołączył do grupy, czy już dorosłego faceta, zabójcę. Obok widzę dym z e-papierosa, bo skurwiel, o ironio, Rak, ma fabryczkę, alternatywny koncern tytoniowy, ale sam truć się nie będzie. Wracam wzrokiem na Krystiana, który wyciąga do mnie rękę, jakby na zgodę, choć oczy ma już mętne jak Bałtyk w lipcu. Palę papierosa, więc ręki mu nie podam, lewej nie wypada. Pada.

A był mi jak brat.

***

Kiedyś, lata temu, słonecznego dnia, oczy Krystiana skupione były na piłce. Zawsze był szybki. Może za szybki, może to go zgubiło. Wujek Robert na bramce z dwóch kamieni. Umowność tej bramki była zapowiedzią jego późniejszego życia. Dom, wówczas piękny, dziś, choć ten sam, pretensjonalny, wielki i niepotrzebny. Dookoła ogród, w którym my, a w ogrodzie pachnie malinami, truskawkami i agrestem, który tylko ja wpieprzałem. Uwielbiam agrest, chociaż wszyscy mówią, że za kwaśny.

Więc Krystian strzela, a jego wujo broni. Ja czekam, aż ten mi poda, ale ni chuja. Idzie sam. Idzie sam i strzela. Pudłuje, ale biegnie po piłkę, podaje sam do siebie, kiwa się sam ze sobą, a ja stoję, udając, że dobrze się bawię, podskakuję i krzyczę, aby podał, ale on biegnie i strzela. Jego matka, a moja przyszywana ciocia, krzyczy, że będą pili, więc nieprzyszywany wujek Robert, niesiony pragnieniem, odwraca wzrok za wódą. Gol. Chuja to wuja obchodzi. Wujo idzie pić, a Krystek skacze z radości. Wujek wychyla kieliszek ze wzrokiem dziecka, które pierwszy raz przyjmuje komunię świętą. Przymyka oczy i wydycha powietrze, jakby robił miejsce dla Ducha Świętego. Nigdy później nie widziałem człowieka, który piłby z takim namaszczeniem. Kilka lat później wujek Robert przestał pić, co było wielką stratą dla kultury pijackiej. Mógł nauczać całe pokolenia, jak należy spożywać ciepłą wódkę, zachowując przy tym godność, jednak zajął się nauczaniem boksu i w tym pokolenia faktycznie wychował. Teraz podbiega do niego młody Krystian, co chce przybić piątkę po pięknym meczu. Robert jednak pokazuje mu otwartą dłoń, co oznacza, przerwę w grze. Sięga po kolejny kieliszek. Wznosi wzrok ku górze, przymyka oczy, wydycha powietrze, robi miejsce dla Ducha Świętego. Wlewa w siebie ciepłą substancję. Otwiera oczy i wciąga powietrze nosem. Nie zapija. Nigdy. Spogląda na młodego Krystiana. Ten nadal trzyma wyciągniętą dłoń do przybicia piątki. Wuja Robert oznajmia, że to już. I wyciąga dłoń, i rusza nią, w stronę małej dłoni Krystianka, jednak ją mija. Psie oczy Krystiana momentalnie pokrywają się łzą, ale palec Roberta zostaje uniesiony do góry, a druga ręka wyciąga zza jego ucha szklaną kulkę, której błysk poraził moje oczy. Wręcza ją Krystkowi, co wywołuje uśmiech na twarzy, natomiast dziecięce oczy wciągają łzy z powrotem, jakby nigdy ich nie było. Ciotka niesie tort. Towarzystwo jest już raczej tatarowo-śledziowe, no ale w końcu to urodziny dzieciaka, więc tort być musi. Towarzystwo wstaje pokracznie, chwiejąc się już lekko, intonuje „Sto lat”. Podchodzę do tortu, jest piękny. Pachnie truskawkami, malinami z ogrodu i bitą śmietaną. Śmietaną, a nie jakimś roślinnym gównem. Oczy Krystiana jak zwykle wesołe, błękitne, niemalże uśmiechnięte; mają coś z oczu psa, co właśnie wszedł do rzeki w skwarny dzień i spogląda wesoło na swojego właściciela. Taki pogodny, ale jakby dumny z siebie. Krystian staje obok mnie, a ja słyszę, jak ślinianki mu pracują. Nie wiem, czy na myśl o smaku tortu, czy tak jego siedmioletni umysł analizuje technikę wydmuchania powietrza w stronę świeczek. Bierze wdech. Potem kolejny. I kolejny, jakby obowiązkiem było wziąć tyle wdechów, ile jest świeczek na torcie. Bierze wdech ostateczny.

Chuja. Nie będziesz lepszy ode mnie.

Pffffffff, dmucham najsilniej, jak potrafię. Świeczki zgasły. Oczy zgasły.

***

Oczy zgasły. Pada. Teraz ja zaczynam dyszeć, jakbym przebiegł co najmniej półmaraton. Bo jestem zawodowcem. Przełykam gorzką, papierosową ślinę, wciągam nosem zimne, topniejące powietrze i wydycham je skroplone, zmieszane z dymem tytoniowym. Odwracam od sceny głowę, bo oczy zaszły mi mgłą. Słyszę, jak Rak klika w telefon, tak jak starzy ludzie klikają w nowoczesne smartfony. Pokracznie. Pewnie potwierdza, że się dokonało. Poza tym bezruch. Krempy, co mogę sobie tylko wyobrażać, stoi sparaliżowany, jakby to on sztywniał, a nie jego ofiara. Odbieranie życia ma w sobie więcej pierwiastka boskiego niż dawanie. Jednak Krempy jak bóg się raczej nie czuje, w tym momencie raczej w ogóle go nie ma. Jest gdzieś w środku siebie i zastanawia się, czy na pewno to zrobił, bo może to wcale nie on, może to ktoś inny trzymał zimną broń wycelowaną w ofiarę, ktoś inny patrzył na nią zimnym wzrokiem, to nie mały Krempy, taki nowy, taki świeży, którego w zasadzie wcale tu nie ma. Tak sobie wyobrażam jego myśli zapierdalające od synapsy do synapsy. Chuj w to. Biorę macha. Zamykam oczy. Stało się. Dokonało się to, co musiało się dokonać. Czuję smak żelaza, nie wiem już, czy to z chujowych fajek marki Rak&company, czy zapachu krwi unoszącej się w powietrzu z roztrzaskanego mózgu Krystiana. Otwieram oczy, odrywam papierosa. Odrywam, bo skurwiel przylepił się czy przymarzł mi do wargi, a fragment mnie został już na zawsze na tym filtrze. Nosz kurwa mać. Rak jamy ustnej murowany. Oglądałem o tym program na Discovery. I wydycham, odwracam się i widzę to, co myślałem, że zobaczę. Oczy Krempego są niemalże tak martwe jak oczy Krystiana. Niemalże w podobnym bezruchu są ich ciała. Rak pisze SMS, pewnie zaraz połamie kartę, zje, pogryzie, cokolwiek. Pozbędzie się jej.

A ja nie mam pojęcia, co o tym myśleć.

29.12.2015

Oczy. Mam je, choć nie wiem, kiedy i jak je zamknąłem. Próbuję je otworzyć, jednak są zalepione ropą. Ciężko i boli, ale otwieram. Macam się po ciele, sprawdzam, czy mam wszystkie członki. Przez mgłę zalepionych powiek widzę jakieś pustkowia gorącej Argentyny, na których egzotyczne zwierzęta uganiają się za sobą, chcąc się zjeść lub kopulować, w zasadzie to bez różnicy. Niewiele to znaczy, zwłaszcza w mojej sytuacji. Parujące powietrze. Słyszę znajomy głos, nie matki, z pewnością, ale jakby podobny. Krystyna Czubówna przemawia tonem nauczycielskim, a ja próbuję rozkleić powiekę. Jestem u siebie, z pewnością to moje mieszkanie. Poza Argentyną, świecącą z telewizora, w pomieszczeniu jest ciemno. Mogłem jednak kupić tę choinkę, chociaż lampki oświetlałyby ten spierdolony grudzień. Tak, jestem u siebie. Podnoszę dłoń, by zdjąć kawałek wczoraj z dzisiejszego oka. Czuję swój oddech odbijający się od dłoni. Whisky, papierosy, jakieś rozlane piwo, ale to chyba nie ode mnie, tylko z pościeli, jeśli tak można nazwać koc i kurtkę. Śmierdzę.

Więc próbuję rozkleić powiekę, by wyraźniej spojrzeć na rzeczywistość. Rzeczywistość boli mnie z każdym ruchem coraz bardziej. Boli kurewsko i narastająco.

Spoglądam na dłonie i widzę krew.

Widzę krew, a czuję uderzenie, jakbym dostał kolcem w oko, jakby mózg przeszył mi ołów. Bełt. Zrywam się jak maratończyk na ostatnich metrach, biegnę, potykam się i błądzę, choć wiem, gdzie biegnę. Łykam wczorajsze sushi zmieszane z wódką, chujowym piwem i whisky, a ta mieszanka nie trafia do kibla od razu. Część ląduje na ścianie, część na podłodze, rozbryzgując się między palcami. Klęczę nad kiblem jak w kościele po kilku dzwonkach. Minę mam podobną, pokutniczą. Dyszę. Kolejna część wczorajszego wieczora opuszcza mój organizm. Trzęsę się, czuję ucisk w stopach, idzie. Chcę żeby poszło, może będzie lepiej, ale to nie chce wyjść. Idzie powoli i miarowo, a ja staram się łyknąć haust powietrza między kolejnymi częściami spowiedzi i robię rachunek sumienia.

Krystian, Krempy, krew, strzał, krew, bełt, krew, oczy, bełt. Dłonie. Trzęsę się i boli mnie w stopach. Bełt. Kładę dłonie na muszli, chociaż nigdy tego nie robię. Dyszę. Biorę haust gównianego powietrza, dziękując bogu, w którego nie wierzę, za każdy oddech. Odchylam głowę, a moje źrenice zostają porażone tak silnym blaskiem, jakbym rodził się na nowo. Żyję i będę żył. I klęczę jak idiota, modląc się do klozetu, i wznoszę ręce do twarzy. Krew. Odrzucam myśl o krwi na moich dłoniach, to pewnie fatamorgana, jak falujące powietrze w Argentynie Krystyny Czubówny. Wycieram ręce o koszulkę i wstaję, jakby nigdy nic. Jakbym nigdy nie wierzył w boga, którego symbolem jest cersanit. Myję dłonie i twarz w tej świątyni, a resztki wczoraj spływają spiralnym strumieniem. Sushi, whisky, browar. I krew. Spoglądam na brunatny wir. Wychodzę i sypię kreskę. Na pewno mi się poprawi.

AMBROŻY, 3.03.2016

Oczy Ambrożego skrywają się pod dość grubymi okularami, jakby nie do końca chciały zdradzić swą prawdziwą naturę. Skrywają się w odbiciach światła, załamujących się w profilowanych szkłach, i patrzą wprost w oczy Radka. Jednak oskarżony nie odwzajemnia spojrzenia. Jego oczy są puste i nie patrzą nigdzie, jakby były za mgłą.

– Panie prokuratorze?

– Tak, przepraszam.

– Możemy kontynuować uzasadnienie?

– Tak. Zatem, w dalszej części biegły z zakresu balistyki opisał wydarzenia w następujący sposób: Napastnik oddający strzał znajdował się przed pokrzywdzonym, w odległości około jednego metra, w pozycji stojącej. Wtedy oddano kolejno trzy strzały oznaczone odpowiednio numerami jeden, dwa i trzy. Po oddaniu pierwszego strzału przez napastnika, który zranił pokrzywdzonego w prawe ramię, Krystian Chajkin podparł się lewą dłonią o podłoże. Chwilę później napastnik oddał kolejny strzał, który ranił pokrzywdzonego w szyję. Po tym strzale Krystian Chajkin upadł na ziemię. Leżąc, podpierał się na lewym ręku i przedramieniu w taki sposób, że powierzchnia grzbietowa ręki lewej przylegała do klatki piersiowej, a łokciem ręki lewej przylegał do podłoża. W tym czasie, strzelający podszedł od strony prawej, przyłożył broń do głowy pokrzywdzonego i następnie oddał śmiertelny strzał.

DAMIAN, 20.09.2015

Oczy Damiana niemalże eksplodują, gdy chwyta pakunek wypełniony po brzegi talerzami, kubkami i inną kuchenną ceramiką. Ewka niesie już trzeci karton, no ale tamte są lekkie. Co prawda Ewka jest w ciąży, ale w trzecim miesiącu chyba może jeszcze targać ciężary, tak mu się wydaje. Więc Damian nie idzie, tylko kroczy przygnieciony ciężarem kartonu. Oczy parują mu krwią, a z ust nie znika grymas bólu, który próbuje przykryć buńczucznym uśmiechem. Uśmiechają się Dombek i Kamil, wyglądający zza małej szybki, która na pierwszy rzut przekrwionych oczu przypomina małą ladę szkolnego sklepiku. Damian rzuca spojrzenie w stronę wyszczerzonych sąsiadów, których powieki są mocno napuchnięte od konopnego dymu. Ewka zbiega z góry pewnym siebie krokiem kobiety, która doskonale wie, co robi, doskonale wie, gdzie jest, i doskonale zna tutejsze obyczaje. Wychodzi przez drewniane, brązowe drzwi, których niemalże każde dotknięcie kończy się bolesną drzazgą w dłoni, dlatego popycha je smukłą, wręcz chłopięcą nogą, odzianą mimo zimna w cienkie, obcisłe leginsy. Kamienica, do której prowadzą te drzwi, jest wyblakła i ciężko stwierdzić, jaki to kolor wyblakł. Golf dwójka rocznik 93. jest podobnego koloru, a z bagażnika tego Golfa Ewka wyciąga kolejny szarobrązowy karton.

– Dombek, ruszysz dupę, do chuja?

– Tata wie, że tak brzydko mówisz?

– Pierdol się.

Ewelina, na osiedlu zwana Ewką, cztery miesiące wcześniej, w nagrodę za ledwo zdaną maturę, pojechała na wakacje do ciotki na Mazury. W nagrodę, gdyż nikt w rodzinie, zwłaszcza owdowiały ojciec, nie spodziewał się tak spektakularnego sukcesu. Choć Ewelina nie jest głupią dziewczyną, ścieżki, którymi chadzała, rzadko prowadziły do szkoły. Jednak się udało. Więc pojechała na wakacje, a chcąc sama siebie nagrodzić, zakupiła od Dombka dziesięć gramów dobrej marihuany i pięć gramów przeciętnej amfetaminy. Na mazurskiej wsi uchodziła za królową baletu. Gdy w toalecie mazurskiej dyskoteki poznała śniadego księcia, zakochała się od razu. Jej niezbyt trzeźwy umysł widział w nim syna perskich rodów, gdy otrzeźwiał, zobaczył, że jest ogorzałym synem mazurskich rolników, jednak było za późno na refleksję. Jak wiadomo tabletka „dzień po” nie działa tydzień po, a gdy skończyły się używki, uleciało zauroczenie. Dziewczyna dostrzegła brud za paznokciami i braki w uzębieniu, jednak w jej łonie kiełkowało już jego persko-mazurskie nasienie. Ewelina, dziewczę roztropne, przemyślała sprawę i postanowiła pokochać przyszłego ojca. Pokochać miłością szczerą. Zadzwoniła więc do swego ojca, którego wiadomość o tym, iż będzie częścią perskiego książęcego rodu, szczególnie nie zszokowała. Poprosiła go o wsparcie, w zamian ojciec miał dostać pomocnika do swojego warsztatu, którego dach przyozdobiony był plastikowym, czerwonym ferrari. Jej ojciec zawsze chciał mieć syna. A taki syn to skarb. Do tego jeszcze wnuk.

– Nie denerwuj się, mała – mówi Dombek, klepiąc w ramię Kamila i idąc miękkim krokiem w stronę szarego golfa.

– To ten, co ci zalał formę?

Ewelina, nie zważając na zawartość pudła i nie szczędząc botków z niechlujnie wyszytym emblematem CC, kopie z całych sił w karton niesiony przez Kamila.

Kamil był wieloletnim adoratorem Eweliny, niestety ta nie była zainteresowana jego urokiem amanta z Hitlerjugend. Jej sercu zawsze bliższa była uroda bliskowschodnia. Serce młodego dilera krwawiło tym bardziej, że Ewka nie była zbyt wybredną kochanką. Złość swą dość regularnie wylewał w coraz bardziej sztywniejące prześcieradło, wspominając jej chłopięcą figurę, przyozdobioną małymi krągłymi pośladkami i kształtnymi, niewielkimi piersiami, których od najmłodszych nastoletnich lat nie była skora zbytnio ukrywać. Darzył ją uczuciem niespełnionym.

– Masz w domu lustro, cwelu? – rzuca chłodno Ewelina. Od tych słów chłodniejsze jest tylko jej spojrzenie.

– Kurwa, spokojnie. Żartowałem. – Karton niesiony przez Kamila krwawi bielizną Eweliny.

– Co się dzieje?

– Twoja dupa jak zwykle sieje ferment.

– Przestań pierdolić. Mordo – rzuca do Damiana – nie przejmuj się nim. Do dzisiaj wali gruchę, myśląc o Ewce. Miej wyjebane.

– Myślisz, że jestem głuchy? – krzyczy w głąb klatki schodowej Kamil.

– Liż mi jaja!

FIS, 2.10.2015

Oczy Fisa zogniskowane są na przestrzeń tak odległą, że gdyby tylko było to możliwe, dostrzegłby Morze Deszczów na księżycu. W uszach dudni mu rytmiczny, agresywny hip-hop, motywacyjny, jak gdyby tekst pisał sam Kołcz Majk. Kto ci ukradł marzenia, Fis? Kto ci, kurwa, ukradł marzenia?

A Fis kroczy dumnie w stronę ringu, jakby nikt nigdy marzeń mu nie ukradł. Na ramionach spoczywa mu jeszcze lekki, bo nieprzepocony ręcznik. Światła rażą jego oczy, lecz mimo to dostrzega kwadrat otoczony linami, a wrzask tłumu przebija się przez motywacyjne mantry rapera. „Jestem zwycięzcą, trup ściele się gęsto!”.

Gdyby mógł, uderzałby swą prawą zaciśniętą w rękawicy pięścią w lewą, otwartą dłoń, jednak nie może, bo jego prawa ręka zaciśnięta jest na kuli, która rekompensuje mu niedowład dolnej kończyny.

– Dzień dobry, trenerze – dobiega Fisa stłumiony przez słuchawki głos jego podopiecznych.

– Cześć, dzieciaki.

Fis wyjmuje słuchawki i podchodzi do parującej niewinnym, młodzieńczym potem grupy dwunastolatków. Większość z nich wykazuje oznaki ADHD, a druga część chce się nauczyć bić, by przestać być bitymi. Nad chłopakami góruje postać trenera Roberta.

– Jak tam? Wypocząłeś?

– No. I błagam, przestań tatusiować, jestem już dużym chłopcem.

– Dużym, ale głupim. Przestań się spóźniać i traktować mnie jak ojca. Chłopcy są rozgrzani, możesz zaczynać.

– Dobra, chłopaki. Janek, Patryk, do kwadratu. Reszta w pary i ćwiczymy proste.

Robert siada na ławce, wyciąga pognieciony zeszycik z Kaczorem Donaldem i przezroczysty długopis z niebieską skuwką, sprawdza obecność chłopców i weryfikuje ich płatności. Przez grube okulary patrzy na Fisa kuśtykającego energicznie wokół ringu, jak gdyby kula w niczym mu nie przeszkadzała. Jakby zapominał o tej trzeciej nodze. Patrzy z troską, bo wie, że to chwilowe, że za moment sobie przypomni, że już nie będzie wielkim bokserem. Przypomni sobie, że trenuje dzieciaki, co nie chcą być bite, że jego sen się nie spełni, a walka jego życia już się odbyła. I nie była to walka wymarzona.

Spod okularów Roberta, tuż pod lewym, zatroskanym okiem nieśmiało wyziera cynkówka.

***

Tuż po wyjściu z ZK wówczas trzydziestopięcioletni Robert, już bez specjalnych szans na zawodową karierę bokserską, postanawia udać się do pana prezydenta. Pan prezydent po krótkiej, acz treściwej rozmowie, przepełnionej wspomnieniami o wspólnych kolegach, zarówno tych sprzed odsiadki Roberta, jak i tych spod celi, postanawia, jako priorytet kultury miejskiej, stworzyć szkółkę bokserską. Obiecuje też nie szczędzić środków na ten cel, gdyż niechybnie mogłoby wyjść na jaw finansowanie jego kampanii sprzed pierwszej kadencji ze środków nie do końca legalnych, choć szlachetnych. Rafinowanych!

***

Nieśmiały Grześ Fisecki pełznie przez korytarz, najchętniej przykleiłby się do ścian lub wbił w nie szpony, by uniemożliwić matce pchanie go w nieznane.

Po tym miejscu spodziewa się wszystkiego, co najgorsze. Gdyby jego ojciec żył, pewnie właśnie on by go prowadził. Może by został, popatrzył, jak młody sobie radzi. Może czułby jego ojcowską troskę, może po przegranym sparingu Fis opadłby w jego silne ramiona. Może byłoby łatwiej. Jednak tak się nie stało, stał się wypadek i ojciec znikł, rozprysnął się na kawałki razem z karoserią. Pani Fisecka z kobiety twardej zmieniła się w kobietę tytanową, czasy były bowiem niełatwe, a sytuacja jeszcze trudniejsza. Dlatego emocje musiała zastąpić pragmatyzmem, one tylko by utrudniały konfrontację z rzeczywistością.

Ostentacyjnie tupiąc wysokimi obcasami i równie ostentacyjnie powiewając zwiewną dżersejową sukienką, pcha młodego Fisa, obejmując go jednocześnie ramieniem. Pcha go przez zatęchłe przepełnione młodzieńczym potem i zapachem sparciałej gumy powietrze. Młody Fis wzbrania się, jakby śmierdziało nie przepoconymi spodenkami, a rozkładającym się trupem. Wychylona zza drzwi ostra twarz Roberta przyozdobiona cynkówką nie pomaga. Nos przekrzywiony, tego się spodziewał, ciało dziwacznie chude i żylaste jak niedogotowana wołowina. Robert na zachętę wyciąga do chłopaka dłoń, odsłaniając skryty pod krótkim rękawkiem spranej błękitnej koszulki wytatuowany generalski stopień. Grześ Fisecki podaje mu chude ramionko, by odwzajemnić powitalny gest. Mała dłoń przelewa się przez żelazny uścisk Roberta, na którego kanciastej twarzy pojawia się coś na kształt uśmiechu.

Fis podnosi nieśmiały wzrok i zrzuca ramieniem ciężkie objęcie matki. Nie każdy powinien wiedzieć, że jest chłopcem do bicia. Klamka zapadła, musi być twardy.

Ma jedenaście lat.

W ciągu kilku kolejnych lat rośnie dwukrotnie i z wątłego chłopca staje się dynamicznym, odważnym i lekceważącym ryzyko podrostkiem. Później zaczyna odnosić małe sukcesy na lokalnej arenie.

***

Oczy wlepione ma w bladobrązowy sufit. Jutro odbędzie się sparing przed walką jego życia. Walką, która ma wprowadzić go w wielki sport i w wielkie pieniądze wielkiego sportu. Wie, że wygra, to sparing, wierzy w to. Musi tylko sprawdzić wszystko, czego nauczył się przez ostatnie miesiące, i przećwiczyć na frajerze. Worek, tak nazywał swojego przeciwnika, będzie się bronił, będzie skakał, bił i krzyczał.

Przed snem ogląda zestawienia najlepszych walk bokserskich na świecie, marząc, że kiedyś i jego nazwisko znajdzie się na okładce płyty The best of box. Wyłącza. Zamyka oczy i wizualizuje sobie walkę, powtarza taktykę. Adrenalina nie pozwala mu zasnąć. Wie, że musi się przespać, więc wstaje, idzie oddać mocz i choć wcale mu się nie chce, coś wyciska. Bierze dwie pigułki na sen. Idzie do łóżka, resztki moczu odznaczają się na bokserkach. Kładzie się, zmienia strony poduszek, upatrując w ich temperaturze przyczynę bezsenności. Prawy, prawy, lewy sierp, cofnij, prosty. Kręci się. Zasypia. Prostym zwala z szafki lampkę nocną. Zapomniał ją zgasić. Teraz przynajmniej będzie ciemno. Odwraca się, a prześcieradło jest coraz bardziej mokre. Znów zasypia. Chrapie, śni mu się, że walczy z Gwarowskim o awans. Budzą go własne chrapnięcia. Będzie niewyspany na sparingu. Chuj, i tak go rozjebie, to tylko sparing z Workiem. Więc odwraca znów poduszkę na zimną stronę, kołdrę bierze między nogi. Czuje chłodny wiatr zza okna. Pewnie znów nie zamknął luku na jachcie. Dzwoni bom. Zastanawia się, czy kotwica jest aby na pewno dobrze zarzucona, bo jeśli nie, znów obudzi się gdzieś w okolicach Meksyku. A tam nie ma lekko. Od razu zapytają, dlaczego ma kokainę, i dlaczego z nimi tego nie uzgodnił, że za dużo i że ma się opłacić, a przecież wszystko miał dogadane, że raz, na próbę, dostarcza, bo lepsza, bo wie, że sprawdzona, i że Don wie. I strzał niespodziewany, a on chowa głowę, a głowa spada z poduszki na mokre od potu prześcieradło. A przecież wcale nie spał. Więc znów się obraca i patrzy na zegarek, który jest bezwzględny i wskazuje, że już tylko trzy godziny snu. Jeśli sen w ogóle przyjdzie.

***

Właśnie spada. Spada i czuje, jakby treść pokarmowa miała za sobą pociągnąć resztę wnętrzności i razem z nimi wylecieć ustami. Czerń oplata go, przeraża, a jednocześnie fascynuje. Poczucie bezkresnej przestrzeni zakłóca dotyk; poznaje go, to dotyk matki, jej dłonie są zawsze zimne. Staje się to, czego nienawidzi – dolatuje do ziemi, bo ta nagle pojawia się w bezkresie, tak zawsze kończy się sen o spadaniu, ale nie uderza, tylko w sposób brutalny i nagły, choć spodziewany, zostaje wyrwany ze snu. Jakby miał uderzyć rozpędzonym samochodem w mur, ale zamiast tego budzi się po drugiej stronie, dotykając absolutu. Jakby poznał śmierć za życia.

– Budzik dzwoni od piętnastu minut.

Fis podnosi ciężkie powieki, ma wrażenie, że jest bardziej zmęczony niż wyspany. Mógł się nie kłaść. Zawsze tak jest, gdy nachodzi go ten sen, a nachodzi go zazwyczaj wtedy, gdy przed nim jest poważna walka. Parę wdechów, szybki trening twarzy (który polega na kilku błyskawicznych plaskaczach) i Fis stacza się na podłogę, wyprostowuje ręce i od razu przechodzi do pompek. Nic tak nie pobudza krążenia i perystaltyki jak pompki. Kawa, toaleta, śniadanie. Proteinowy szejk. Nic tak nie pobudza perystaltyki jak proteinowy szejk.

Matka o zimnych dłoniach chce go odwieźć, ale on woli się przejść. Pakuje rękawice, spodenki, koszulkę, ręcznik. SMS od Roberta: Wstałeś? Wstałem. Tego nie napisze, bo Robert nie jest jego ojcem. Po chwili przychodzi kolejny SMS: Twój Worek już przyszedł, rozjebiesz go w pierwszej rundzie. Dziękuję za brak presji – myśli, opłukując lepki, nocny pot z twarzy, i żałuje, że nie rozpierdolił się o ziemię we śnie.

Pół nagi wychodzi spod prysznica, a matka prawi mu komplementy, które Edypowi z pewnością by się spodobały. Stwierdza, że odwiezie go na sparing. Nie trzeba. Zakłada kurtkę z agresywnym psem na plecach i wychodzi, zagłuszając harmider świata głośnym rapem.

Wierzy, że to jest jego czas i to on rządzi. Bo tak jest, teraz rozpierdoli wszystkich, jest panem dzielnicy, jest panem miasta, niebawem będzie panem świata i przywdzieje koronę króla planety. I nigdy jej nie odda, nie odda jej do śmierci, a nawet do grobu ją weźmie, jak faraonowie brali ze sobą drogocenne przedmioty. Ma być najlepszy, będzie najlepszy, jest najlepszy. Nie idzie, a płynie i krzyczy o swej władzy, nie słysząc własnych słów, ale krzyczy, emanując swoim jestestwem.

Jakby mógł, to by świecił jak neon. Nie, on świeci, promieniuje, jak po wybuchu bomby atomowej, rozświetlając swoje miasto tak, że widać go z Morza Deszczów na księżycu.

Skręca w prawo i słyszy pisk opon. I spada w czerń, która go otula, a spadając modli się, żeby nie przelecieć na drugą stronę muru. Modli się o uderzenie w twardą ziemię.

***

– Lewy, lewy, odskok. Dajesz, kurwa. Mocno. Ręce, ręce, rozkołysz go. Szerzej łokcie, do tyłu, do tyłu. Kurwa, szerzej łokcie! Ja pierdolę, słuchasz mnie w ogóle? Napierdalaj go! Zniszcz skurwysyna! Co powiedziałem?! Lewy, lewy, odskok! Kurwa! Tył, tył, cofaj! Kurwa, masz coś w tym łbie? Napierdalaj, jak ci mówię, do tyłu to znaczy do tyłu!

Rodzice dzieciaka spoglądają po sobie z niepokojem, a Robert, siedząc obok nich, ze swoim zeszytem i przepraszającą miną tłumaczy, że tak wygląda świat boksu.

– Napierdalaj frajera. Teraz, kończ go! Skurwysyn ledwo dyszy!

Robert odkłada zeszyt, zatyka pogryzioną zatyczką długopis i rusza w stronę ringu, klaszcząc w dłonie, oznajmiając koniec treningu. Chłopcy ściągają rękawice, zbierają sprzęt i niosą go do zagraconego kantorka, a Robert ciągnie Fisa w kąt sali, jak najdalej od rodzicielskich oczu.

– Grzegorz, czy cię popierdoliło do reszty?

– Uuu, „Grzegorz”? Znaczy, że na ostro będzie. Pan Robercik się poważnie wkurwił.

– Jeszcze chcesz skakać? Kurwa, widzisz tych obsranych rodziców? Myślisz, że z czyich portfeli jest twoja pierdolona pensja?

– Pierdolę to.

– I słusznie! Możesz pracować dla idei. Bardzo szlachetnie.

– Pierdolę to! Pierdolę te jebane bachory, pierdolę ich obsranych rodziców. Nie będę marnował czasu na te beztalencia. Na ich tatusiów, mamusie, na lizanie ich po dupach dla tych marnych groszy. Kurwa, widzisz, żeby tu ktoś chciał trenować? Widzisz, żeby ktoś chciał być kimś? Nie. Mamusia z tatusiem prowadzają dzieci, bo to modne, bo to fajne, bo dziecko jest grube, kurwa, ja nie jestem Chodakowska! Ja jestem Fisecki rozumiesz? W prawym narożniku Grzegoooorz Fiiiiiis Fiseckiiiiiii. Wiesz, co to nazwisko znaczy? Wiesz, kurwa! Bo ty mnie stworzyłeś. A teraz mam biegać za jebanym dzieciakiem, żeby zmieścił się w portki z bazaru? Albo leszcza uczyć bronić się przed Bartkiem z szóstej be?

– Idź już. Tylko nie wracaj tym razem.

– Nie wrócę.

– Wrócisz, ale ja już cię tu nie chcę, rozumiesz… Wypierdalaj!

***

Z nieba pada błoto, przez co kamienice stają się jeszcze bardziej brunatne. Zza jednej z tych właśnie kamienic wynurza się barczysta, kulejąca sylwetka Fisa. Kilka lat temu błoto rozstępowałoby się przed jego promieniującym krokiem, dziś jakby gęstnieje tuż przed jego twarzą. Fis mruży oczy, ścierając maź z policzków. Mija jedną z bram i dostrzega zielony blask bijący z wnętrza. Ten blask dostrzega zmysłem powonienia.

– Czynne?

– Dla króla boksu zawsze. Ile?

Dombek podnosi chude ramiona do twarzy, próbując trzymać gardę. Jego dwa szybkie proste wzbudzają w Fisie mieszaninę politowania i zażenowania.

– Pięć zielonego i dwa kiełby.

– Się robi, szeryfie.

Podczas gdy Dombek dzieli zamówienie na porcje, Fis lustruje dilerskie mikroprzedsiębiorstwo, które w okolicy znane jest jako „Bar”. Taką nazwę forsowali chłopcy. Zdecydowanie łatwiej żyje się z myślą, że prowadzą „Bar”, a nie „melinę”.

A w „Barze” oprócz dzielącego towar Dombka na kanapie, z padem w dłoni, przysypia Kamil, a obok niego, na podartym fotelu, z szeroko otwartymi ustami i oczami wlepionymi w nicość zastygł Damian,

– A ten co, z policji?

– Nowy sąsiad, fagas Ewki.

– Żyje?

– Oczy ma otwarte. Ściągnął wiadro i go kosmici porwali.

– Żywa reklama waszego przedsiębiorstwa.

– „Jakość” naszą dewizą.

– Dzięki, mordo, na razie.

– Czekaj, zejdę z tobą na szluga.

Dombek podaje odmierzone zawiniątka Fisowi, w zamian otrzymując wyliczoną gotówkę, otwiera drzwi i schodzi razem z byłym bokserem po schodach, wyciągając papierosa. Fis spogląda na niego zdziwiony. Nie spodziewał się, że z tak czerwonymi oczami będzie w stanie skoordynować tak wiele skomplikowanych czynności.

Żegnają się. Dombek staje w bramie z odpalonym papierosem w ustach, a Fis oddala się, walcząc z błotem padającym z nieba. Jego szeroka sylwetka niknie w czerni miasta. Dombek odprowadza go wzrokiem dość markotnym. Z gorzkim grymasem na ustach, pokracznie udając bokserskie ruchy, czeka, aż niewyraźna postać o trzech nogach zniknie w błotnym deszczu. Tlący się kiep przypala mu palce. Wyrzuca nerwowo niedopałek i wtula się w ciepłe ramiona bramy.

A Fis idzie, otwiera drzwi, włącza telewizor, puszcza mocno już porysowaną płytę DVD z najlepszymi walkami bokserskimi, odpala blanta i płacze.

OŁÓW PRZESZYWA CZASZKĘ

PROROK, 15.12.2015

Można by długo debatować, czy sztuczna pompatyczność dorównuje wymuszonemu humorkowi na tej krępującej i nikogo niesatysfakcjonującej uroczystości. Wielka, oblana w latach osiemdziesiątych złotą farbą sala z dyndającym ogromnym żyrandolem. A pod tym żyrandolem starsi panowie odziani w garnitury prawie tak piękne, jak te agentów ubezpieczeniowych, prężą klatki, próbując udawać, że są one większe od ich piwnych brzuszków. Nieopodal stoją starsze panie odziane w sukienki, których kolory krzyczą tak głośno, że gdyby naprawdę umiały wydać z siebie głos, pękałyby kieliszki z szampanem, które damy trzymają w pomarszczonych dłoniach. Piękna to uroczystość.

Wśród wyprężonych mężczyzn stoi prokurator Ambroży. Jego gęste, mocne siwe włosy są elegancko zaczesane na bok. Tego wieczoru nie szczędził im brylantyny. Ubrany tym razem nie w togę, a w równie wspaniały, jak młodsi koledzy, garnitur. Jego oczy lśnią dumą, a blask przebija się przez okulary, które chronią Ambrożego przed wścibskim wzrokiem świata. Dumna jest też jego żona Laura, która szczerzy białe licówki. Ta duma miesza się z krępującą, podniosłą atmosferą tej uroczystości.

– Ambrożemu Małkowskiemu za szczególny wkład w bezpieczeństwo miasta i całego regionu. Panie prokuratorze, Ambroży, przyjacielu. Przyjmij, proszę, przede wszystkim moje serdeczne gratulacje. Po raz kolejny utwierdzasz nas, że jesteś właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. I choć już mógłbyś być na, jakże zasłużonej, emeryturze, strzeżesz nas! I obyś to robił jak najdłużej. Gotham ma Batmana, my mamy Ambrożego.

Złotą salę, wypełnioną zapachem nieznośnej mieszanki perfum, niepranych garniturów i lawendowej kulki na mole, zalewa fala wymuszonego śmiechu i lepkiej, kwaśnej żenady. Ambroży zasysa przez zęby powietrze, przełyka tę mieszaninę i przykleja sobie sztuczny uśmiech do twarzy W stronę prezydenta Bobrowskiego kroczy powoli, acz stanowczo, jednak dłoń do uścisku wyciąga za wcześnie, co powoduje u niego jeszcze większe zażenowanie.

– Przyjmij, proszę, oprócz gratulacji, dyplom oraz tę skromną nagrodę.

Ambroży w tej chwili postanawia nie być gorszym i dopasować się do swojego przedmówcy.

– Dziękuję bardzo, panie prezydencie, Władku, przyjacielu. Szczerość, nie mylić ze szczodrością, zawsze była twoją mocną stroną. Faktycznie nagroda jest skromna.

Ambroży zerka na publiczność jak domorosły stand-uper i weryfikuje, czy jego żart wyszedł. Panowie w przyciasnych garniturach rozluźniają się w śmiechu.

– A mówiąc już zupełnie szczerze, to bardzo budujące, że władza docenia nasze starania. Mówię nasze, bo nie byłbym tu, gdzie jestem, gdyby nie mój zespół. Takie wydarzenia są dla nas niesamowicie ważne i motywują nas do dalszej walki o bezpieczeństwo naszego miasta – bredzi Ambroży.

Tekst miał przygotowany, ale nadal nie może wyjść z podziwu, że takie bzdury przechodzą mu przez usta, bez drżenia kącików. Czas na kolejny żarcik; zgodnie z prawami dramaturgii. Ambroży zwraca się do kolegów:

– Panowie, jeśli tylko ta oto piękna dama – wskazuje na Laurę – nie skonfiskuje mi tej, jak pan prezydent był łaskaw zauważyć, skromnej nagrody, to zabieram was na piwo. A co mi tam, zaszaleję, na piwo i frytki!

Brawa, zdjęcia, kciuki w górę, uściski, dyplomy, sowietskoje igristoje, piosenka lokalnej gwiazdy Marietty, ciasto na chabrowej sukni, wiórki kokosowe między zębami.

RADEK, 30.12.2015

Lewe. Prawe. Znów lewe. Widzę mgłę z lepiącej się ropy, przez którą przebija blask niepotrzebnego odbiornika. Ciężar powiek broni mnie przed dotknięciem rzeczywistości. Jednak świat przebija się przez zasklepione ślepia, atakując światłem kanału przyrodniczego. Unoszę ciężką dłoń, jednak dłoń nie chce być w powietrzu i opada na pilot. Klik. Biją zdradzoną żonę. Klik. Żona bije zdradzonego. Klik. Pada. Klik. Susza. Klik. Śmierdzi. Klik. Pachnie. Klik. Klik. Klik. Szukają zwłok. Klik. On chce być nią. Klik. Ona płacze, bo jest brzydka. Klik. Klik. Klik. Szukają zwłok, szpaler obcych ludzi szuka faceta, bo chłop zaginął i należy go znaleźć. Zbyt ekspresyjna pani chce koniecznie znaleźć chłopaka o uroczym, błagalnym spojrzeniu. Ekspresyjna pani jest zaangażowana, jakby to jej syn zaginął.

Oko prawe przez mgłę dostrzega las. Kurwa, znam ten las. Szukamy Krystiana. Był chłopakiem wspaniałym i pogodnym, próbował wyjść na prostą. Przecież on musi żyć, był taki młody. Noga szuka podłogi i ją znajduje. Jest zimna, a ja się trzęsę, nie wiem, czy z tego zimna, bo czuję to zimno raczej z wewnątrz niż z zewnątrz. Trzęsę się w środku, ale to nie jest trzęsienie jak po alkoholu, po dragach też nie. Patrzę w ekran, na szperacze, które przeczesują te trawy i drzewa. Brzydki obraz lokalnej telewizji. Klik. Gotują ryż, gotują idealnie. Klik. Masują chińczyka. Klik. Dramat porzuconego dziecka. Poza region nie wyszło. Klik. Wracam, szukają. Klik. Klik. Klik. Szukają. Klik. Klik. Szukają. Klik.

Krew zostaje na rzadkich włosach moich rąk. Muszę się umyć. Telefon rozładowany. Idę pod prysznic. Szmer wody zlewa się ze szmerem kroków w śniegu. Nie znajdą chuja. Chujem był, chujem umarł. Choć był mi jak brat. Woda cieknie mi po twarzy, miękki szampon koi skórę głowy, ściekając mi do oczu. Zamykam je, od dziecka nie lubię, jak szczypie. Po chwili otwieram, bo czuję się zagrożony, a czerwona maź spływa mi po twarzy. Czerwona?! Haust powietrza i chlust wody w zakrwawione dłonie, trzaskam się wodą po twarzy. Jasno. Nie ma krwi. Podnoszę ciężką głowę, pozwalając się obmyć, czerpię powietrze spomiędzy kropli. Spadają mi w płuca warstwami miarowego oddechu. Spokojnie. Spokojnie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Miękkie krople koją zmęczoną skórę. Po to mam właśnie deszczownicę. Zamykam oczy. Słyszę, jak spływają szerokim odpływem i szukam w tym ukojenia. Woda obmywa ciało, spłukując resztki wczoraj, przedwczoraj, wieczności. Czuję, jak moje pory wydalają wszystkie substancje, które przyjąłem przez ostatnie dni. Jak moknę do środka. Lepiej nie będzie. Zestaw małego chemika spłynął przez odpływ. Szampon, odżywka, żel do ciała, balsam, kölnisch wasser no. 4711. Czuję ulgę.

Krew.

Sprawdzam dupę, bo do tego prowadzi pierwszy trop, ale żyłka jest w porządku. Wyskakuję, mocząc podłogę, ale krew kroczy za mną. Jest na podłodze i w odpływie. Biegnę goły przez pokój i przedpokój. Krew. Krystian. Krew. Szukają. Wdech.

GRUBY, CO GRUBY JUŻ NIE JEST

Oczom Sandry, która w tym lokalu rzadko nosiła na sobie coś poza bielizną, stroboskopy nie przeszkadzają. Może to kwestia przyzwyczajenia, a może sprawka proszku, który sprawił, że jej źrenice stały się niewielkie. Natomiast, za sprawą klimatyzacji, jej sutki są twarde i sterczące, co na Raka działa lepiej niż viagra. Sandra wije się na stole, Rak ślini się, wykonując podejrzane ruchy. Krempy czuje się VIP-em, bo siedzą w loży VIP. I nie przeszkadza im, że usiąść może tam każdy, wystarczy zapłacić. Są VIP i chuj. Gruby obserwuje towarzystwo ze znudzoną miną i chyba tylko on w tej chwili nie czuje się VIP. Jest znudzony, bo doskonale zna takie sytuacje, przeżył je już wielokrotnie i przestały go bawić. Wie, że Rak nie zauważy pięknego, choć uzyskanego za pomocą szkieł zielonego wzroku Sandry, za to przyciągnie ją do siebie i rozsypie kokainę na jej sztuczne piersi. Dzieje się tak kilka sekund później, a Gruby ma mieszane uczucia, bo nie wie, czy to on tak dobrze przewiduje rzeczywistość, czy to świat jest tak prosty i nudny.

Rak uwielbia wciągać kokainę z damskich piersi. Damskich, choć damy, z których piersi go wciągał, pochodzą raczej z rodów upadłych. On jednak nie baczy na jakość piersi, z których kosztuje dobrodziejstw kolumbijskich plantatorów. Małe, duże, żółte, białe, czarne, sztuczne, naturalne, nabrzmiałe, miękkie. Wszystko to nieważne. Ważne, żeby były w miarę młode, choć sam już do najmłodszych nie należy. Lat ma około sześćdziesiąt, a ksywę swą zawdzięcza kilku składowym swej nieprzeciętnej urody: przede wszystkim jego głowa uroniła ostatni włos dobre trzydzieści lat temu, brwi i rzęsy ma tak jasne, że niemal niewidoczne, a poza tym wyjątkowo różowy odcień skóry, która po najmniejszym kontakcie ze słońcem staje się czerwona.

Całe życie skazany był na płatny seks, a że do biednych nie należy, odbywanie stosunków zajmuje mu znaczną część doby.

– Idę się wyszczać – rzuca Rak, pocierając przegrodę nosową końcówką kciuka i palca wskazującego. – A pani idzie mi potrzymać. Ustami.

Sandrze oczy błyszczą na myśl o gotówce. Przełyka odrazę, popijając ją skradzionym ze stolika macallanem. Wijąca się na rurce Veronica obrzuca Sandrę mieszanką zazdrości i obrzydzenia. Pieniądz nie śmierdzi. Pieniądz nie.

– Dzwoniłeś do tej parówy? – zagaja Gruby, co już dawno gruby nie jest, ale ksywa to ksywa. Łatwiej zmienić nazwisko.

– Dzwoniłem, ale głucho. Może na psach się pruje – żartuje Koniec.