Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Przed przeprowadzką do Stanów Josephine była całkiem zwyczajną nastolatką. W nowej szkole zaprzyjaźnia się z grupką popularnych dziewczyn, a Jake Matthews, najprzystojniejszy chłopak, nagle zwraca na nią uwagę. Ale kiedy wybiera ją na swoją partnerkę do gry Siedem Minut w Niebie, nie jest to ani w połowie tak cudowne, jak Josephine sobie wyobrażała! Musi dokonać wyboru: czy pocałować Jake a i zdobyć popularność, czy też odepchnąć go i zaryzykować utratę nowych przyjacióła W tym momencie Josephine dzieli się na dwie osoby. W jednej chwili jest Josie Gwiazdą &&ndash, dziewczyną Jake a należącą do towarzyskiej elity. W drugiej &&ndash, Jo Kujonką &&ndash, pogardzaną przez Gwiazdy, samotną i zwyczajną. Czy te dwie połówki kiedykolwiek się spotkająa
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 319
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
,52- •
G^^A/i OZ-5^
Koleia^k,'
Kochaj ^
ę/)f-
USf\
KZ-^AZ-i
i bM T^1
Zmienił mnie pocałunek
DRUGA BAZA
TRZECIA BAZA
rm miiY
Zmienił mnie pocałunek
o
cO
O
O'
Zmienił mnie ^
'•pocałunek
Tytuł oryginału angielskiego Split by a Kiss
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia", Warszawa 2009
Copyright © Luisa Plaja, 2008
Translation copyright © 2009 by Krystyna Chodorowska
Cover copyright © Louise Wilkinson
Published by arrangement with Random House Children's Books, one part of the Random House Group Ltd.
Zmienił mnie
63 pocałunek
& <3
Nasza Księgarnia
Ludziom, którzy pomogli mi wydostać się z lodowiska
PIERWSZA BAZA
i)t>o^ostsw, o/)Q prz-erWS
Nie uwierzycie mi, gdy wam powiem, co teraz robię. Siedzę właśnie w komodzie i miziam się z najfajniejszym i najprzystojniejszym facetem w całej szkole. To bardzo duża szkoła. Tak naprawdę całujemy się, nie miziamy, i siedzimy w szafie, nie w komodzie. Oni nie mówią tutaj „miziać" ani „komoda" - gdybym to powiedziała głośno, ludzie śmialiby się ze mnie i twierdziliby, że to jakieś trefne brytyjskie określenia. Tyle że nie użyliby słowa „trefne". To równie trefne brytyjskie określenie. Aha, jeszcze szybka porada - nigdy nie mówcie przy nich głośno „pomidor i bazylia" - będą się z was śmiać przez cały rok. Uwierzcie, wiem to z własnego doświadczenia.
Ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Najważniejsze jest to, że całuję się z Jakiem Matthewsem, najpopularniejszym chłopakiem w całej szkole. Może nawet na całym świecie.
A wiecie, co jest w tym najdziwniejsze? Ja wcale nie jestem popularna. W każdym razie jeszcze do niedawna nie byłam.
Opowiem wam, jak do tego doszło. Pamiętajcie - jeśli mogło się coś takiego przydarzyć mnie, może to spotkać i was. Oczywiście, nie mam tu na myśli pocałunku z Jakiem Matthewsem - ręce przy sobie! On jest mój. Ale na pewno znacie kogoś podobnego do niego. W każdej szkole jest ktoś taki.
Wszystkie te informacje na mój temat prawdopodobnie nie okażą się przydatne, gdy postanowicie wcielić w życie swój plan polegający na pocałowaniu najprzystojniejszego faceta w szkole, ale i tak wam je podam. Nazywam się Josephine Reilly i mieszkam z mamą. Mój tata zostawił ją, by poślubić głupią blondynkę o imieniu Kelly. Mam uroczą przyrodnią siostrę Lolly-Lauren, która ma trzy latka. Moja najlepsza przyjaciółka to Hailey.
Natomiast poniższe informacje SĄ bardzo przydatne.
Wasza mama musi wziąć udział w „drenażu mózgów". Może to spotkać też waszego tatę. Mojego niestety nie, ponieważ zostawił swoją genialną żonę dla blondynki Kelly, co najdobitniej świadczy o tym, że u niego nie byłoby czego drenować. Nieważne. Mama wzięła udział w „drenażu mózgów", co po prostu oznacza, że zaproponowano jej pracę w Stanach, bo jest superwybitną specjalistką. Nie ma to nic wspólnego z zombi. Zombi też są fajne, ale na swój sposób.
Druga rzecz. Musicie mówić z jakimś charakterystycznym akcentem, który sprawi, że wszyscy będą się na was gapić. Większość ludzi okazujących wam zainteresowanie powinna wołać: „Twój akcent jest boski!". Nie martwcie się, każdy akcent się nada. Spójrzcie na mnie - mam zwykły akcent charakterystyczny dla mieszkańców Pcimia Nudnego, w hrabstwie Cozanuda w Anglii, a zadziałało znakomicie. Można też udawać jakiś egzotyczny akcent, ale to bywa ryzykowne. Później przekonacie się, co mam na myśli.
A w końcu - jest to ostatni etap planu, dzięki któremu wasza oryginalna wymowa się przyda - musicie się przeprowadzić do Stanów Zjednoczonych Ameryki.
I to wszystko. Tylko tyle było trzeba, bym mogła zmienić się z Lady Kujonki w Gwiazdę Szkoły, która pocałowała Jake'a Matthewsa. Mądra mama, akcent, Stany.
Myślicie pewnie, że to nie może być takie proste. Kujon-kowate kaczątka nie zmieniają się w supermodne łabędzie, chyba że w bajkach. Widząc mnie teraz z Jakiem Matthew-sem, pewnie nie uwierzylibyście, że kiedyś mogłam być niepopularna.
Rozumiem was. Dlatego powiem wam jeszcze coś o sobie. Oceńcie sami.
W mgnieniu oka - czasem zupełnie bez żadnego powodu -Jo Kujonka potrafiła cytować z pamięci dialogi z serialu Bujfy: Postrach wampirów. Mam wszystkie odcinki Bujfy na DVD. Regularnie brałam udział w dyskusjach o serialu na specjalnych forach i czatach.
To nie wszystko. Miałam również imponującą wiedzę na temat filmów telewizyjnych. Wiecie, o czym mówię - chodzi mi o te filmy, w których wszyscy dużo płaczą i muszą rozwiązywać trudne problemy, wszystko oparte na faktach. No dobrze - wciąż mam tę wiedzę (i DVD z Bujfy), ale teraz zwykle zachowuję ją dla siebie.
Powiem więcej. Moja garderoba składała się wyłącznie z rzeczy znalezionych w ciuchlandach. Kupowałam tam z konieczności, nie w ramach źle pojętego szpanu (wiecie - czasem człowiek wygląda tak obciachowo, że to aż fajne). Często wyglądałam po prostu strasznie. Sama to przyznaję.
Nie robiłam sobie makijażu, i to nie tylko z powodu braku pieniędzy. Mogłam przecież poprosić Kelly, żeby mi dała swoje stare kosmetyki. Mogłam też zaglądać do Sephory i używać testerów. Ale nie uważałam, żeby kobiety koniecznie musiały się malować. Uważałam, że to „poniżające" przerabiać twarz tak, aby nosiła „permanentne oznaki podniecenia seksualnego". Wyczytałam to w jednym z czasopism mamy. Cytowałam później ten fragment, rozmawiając z miłośniczkami makijażu z naszej szkoły, które Hailey i ja nazywamy Delicjami. Oczywiście, robiłam tak z powodu swoich przekonań, nie dlatego, że za każdym razem, gdy próbowałam się pomalować, większość makijażu lądowała w moim lunchu, który potem nie smakował zbyt dobrze.
Czy teraz już mi wierzycie? Tak myślałam. Właśnie tak bardzo byłam niepopularna. Totalnie, absolutnie, zupełnie niepopularna.
Nie martwcie się, nie zmieniłam się całkowicie. Jo Kujonka ciągle gdzieś tu jest. Ale na imprezie ujawniła się moja druga osobowość, Josie Gwiazda. I jest to zabawa dla dwojga w ciasnej szafie. I imprezuję teraz z... przepraszam - CAŁUJĘ Jake'a Matthewsa.
Mój strój wyjściowy składa się również z makijażu. Jestem pewna, że mój partner ma teraz na sobie sporo szminki.
Dawna Josephine prawdopodobnie powiedziałaby, że zachowanie Jake'a Matthewsa jest równie „poniżające" jak makijaż. Jake należy do tych facetów, którzy są tak powalająco przystojni, że nigdy nie muszą się starać - po prostu pstrykają palcami i dziewczyny same biegną do nich na wyścigi. Oczywiście, gdybym nadal wyglądała tak jak dawniej, Jake'owi
Matthewsowi w ogóle nie przyszłoby do głowy, by pstryknąć na mnie palcami.
Opowiem wam teraz, jak do tego doszło.
Któregoś dnia mama przyszła do mnie i oznajmiła, że zaproponowano jej pracę w Stanach. Usiadła na brzegu mojego łóżka, bawiąc się drewnianymi koralikami, i powiedziała, że to w Bostonie, więc zapytałam: „W Lincolnshire?". Nie mogłam uwierzyć, kiedy odpowiedziała mi: „Nie, w Massachusetts". Ciekawe, czy kiedykolwiek nauczę się poprawnie pisać tę nazwę. Chyba jest o tym jakiś wierszyk? A może o Missisipi?
Mama twierdzi, że to dla niej wielka szansa. Jest informatykiem i niewiele osób w branży potrafi to, co ona, więc w końcu łowcy głów zwrócili na nią uwagę (widzicie - znowu zom-bi!). I zaproponowano jej pracę. W Stanach. Chyba już o tym mówiłam, prawda? Ale to bardzo ważne.
Prawdopodobnie podpisałaby umowę na czas określony, mniej więcej na rok, i nie musiałabym z nią jechać. Ale mogła złożyć dla mnie podanie o wizę. Zwłaszcza że właśnie zdałam okropnie trudne testy gimnazjalne i nic nie trzymało mnie w Anglii. Do matury zostało mi jeszcze mnóstwo czasu. Przedmioty, które sobie wybrałam - historia, angielski i geografia - są dość nieciekawe w porównaniu z przedmiotami, których można się uczyć w Stanach, na przykład wstępem do psychologii albo zaawansowaną trygonometrią, i nawet stara dobra matma wygląda fajniej, jeśli można na nią mówić „mata".
Mogłam też zostać i zamieszkać z tatą i Kelly, chociaż mama martwiła się, że będzie za mną tęsknić. Przedyskutowała to z tatą, który powiedział, że dostanę nawet własny pokój, żebym nie musiała mieszkać razem z Lolly. Mogłam pójść do Liceum Pcimonudnego razem z Hailey.
Mama cały czas powtarza, że jest jej naprawdę głupio stawiać mnie przed takim wyborem. Zresztą jeszcze nie wysłała podania o wizę - może powinna zrezygnować z tej pracy? Nie chce krzyżować moich planów. Przecież pamięta, jak to jest, kiedy twoje życie wywraca się do góry nogami, gdy masz piętnaście lat. Nigdy nie wybaczyła dziadkowi, że zostawił babcię, kiedy ona zdawała do liceum.
Muszę się opanować. Nie mogę zdradzić zbyt wiele entuzjazmu. Mama mogłaby nabrać podejrzeń i zacząć się zastanawiać, dlaczego tak mi na tym wyjeździe zależy. Może mnie nie zabrać.
Zastanówmy się. Czy warto zamienić na Amerykę moje obecne życie w Anglii, gdzie jestem na samym dole hierarchii, nie mam chłopaka, nienawidzę szkoły, a w Pcimiu Nudnym nie mam nic do roboty? Zostawić miasteczko, w którym jestem uważana za dziwaka, odkąd skończyłam pięć lat i powiedziałam wszystkim w przedszkolu, że jestem krewną Batmana? (Do tej pory czasem przezywają mnie Batmanką i nie brzmi to miło).
Trochę się obawiam, że w Ameryce będą się ze mnie śmiać, bo jestem Angielką. To może być nawet gorsze od tej historii z Batmanem.
- Czy będą mnie przezywać cytryniarką? - pytam. Pamiętam to z lekcji historii w zeszłym roku. W dziewiętnastym wieku angielscy żeglarze często żuli cytrynę, żeby nie dostać szkorbutu, dlatego Amerykanie zaczęli nazywać wszystkich Anglików cytryniarzami.
Ale mama tylko się śmieje.
- Jo-Jo, nikt już nie używa tego słowa. Nie martw się. Po prostu bądź sobą. Jestem pewna, że cię wszyscy polubią.
Ale co z ludźmi, którzy lubią mnie teraz? Czy będzie mi brakowało usypiających, pełnych życiowych mądrości kazań taty? Lepkich pocałunków Lolly? Za Kelly raczej tęsknić nie będę, więc to akurat nie problem. Ale czy moja kumpela Hai-ley nie zapomni o mnie przez ten rok? Może znajdzie sobie w tym czasie chłopaka, którego kandydatury nie zdołam zlustrować i zatwierdzić?
Mama przypomina mi, że przecież istnieją e-maile i telefony. I odwiedziny. Przecież nie jedziemy na koniec świata. Zawsze będę mogła lustrować potencjalnych chłopaków Hailey przez internet. Lolly może składać lepkie buziaki na słuchawce, co ma tę dodatkową zaletę, że zdenerwuje Kelly, która zaraz rzuci się dezynfekować aparat.
Jestem pewna, że gdyby Hailey dostała taką szansę, prawdopodobnie nie wahałaby się ani chwili, więc nie powinnam czuć się winna. Wiem o tym, bo ciągle naśladuje amerykański akcent i udaje, że jest amerykańską aktorką serialową. Uwielbia amerykańskich aktorów, a Boston przynajmniej leży na tym samym kontynencie, co Hollywood.
A zatem, czy jestem gotowa zamienić bycie Batmanką na życie, które oglądałam w tylu programach i filmach? Wypełnione szkolnymi balami i imprezami piżamowymi, i banana Splitami?
- Wiesz, mamo - mówię - myślę, że wszystko się jakoś ułoży. To znaczy, na pewno będzie mi brakowało szkoły - bardzo się staram, żeby nie parsknąć śmiechem - ale chyba jakoś to przeżyję. Poza tym chciałabym być z tobą. Muszę cię wspierać.
Oho. Chyba przesadziłam ze „szkołą" i „muszę cię wspierać". Mama patrzy na mnie podejrzliwie.
- I wiesz, zawsze chciałam się przekonać, jak wygląda amerykańska szkoła. Myślisz, że chodzi tam dużo sportowców, którzy zabierają wredne cheerleaderki na tańce?
Przez chwilę wyobrażam sobie, że jestem popularną uczennicą z gładkimi, lśniącymi włosami i idę na bal maturalny z kapitanem drużyny futbolowej.
Mama uśmiecha się i przytula mnie mocno, ponieważ zna mnie na wylot i tak naprawdę wie, że cieszę się z tej podróży tak samo jak ona.
- Dobre z ciebie dziecko - mówi, używając kwestii powtarzającej się w ośmiu na dziesięć filmów telewizyjnych, które oglądamy zawsze wtedy, gdy któraś z nas jest nieszczęśliwa albo chora.
Uśmiecham się i odpowiadam, trzymając się tej samej konwencji:
- Koooocham cię, m-mamo!
Obejmujemy się i przez chwilę udajemy, że płaczemy.
Potem następuje kilka bardzo ciężkich tygodni. Czekamy na wizę, dużo się martwimy, a także pakujemy bagaże i panikujemy.
Pożegnanie z Hailey jest trudniejsze, niż myślałam. Przychodzi do mnie przed wyjazdem, żeby dać mi prezent urodzinowy, który odwijam od razu na progu. W paczce znajduję nasze wspólne zdjęcie z wakacji oprawione w ramkę. Hailey zrobiła je swoim nowym telefonem. Wygląda jak odbicie w ogromnej łyżce. Obie mamy szerokie uśmiechy na zdeformowanych twarzach, mój nos wygląda na jeszcze większy niż zwykle, a piękne kasztanowe włosy mojej przyjaciółki ledwie zmieściły się w kadrze. Za to moje wronie gniazdo jest doskonale widoczne - jeden z loków zasłania nawet oko Hailey.
Patrzę na fotografię i przez chwilę czuję lęk, że kiedy wyjadę, już nigdy nie będzie między nami tak jak dawniej.
- Będę mailować co pięć minut - mówię przez ściśnięte gardło.
- Jasne, że nie. Będziesz się za dobrze bawić - odpowiada Hailey i mruga do mnie. Ona nigdy nie płacze. Jest twarda i bardzo się tym szczyci. Starsi ludzie na przystankach mówili do niej „chłopcze", dopóki w zeszłym roku nie urosły jej piersi. Teraz tylko zaciskają usta, widząc jej bluzę z kapturem i sportowe trampki.
- Nie martw się o mnie - dodaje. - Dam sobie radę. Mam swój klub sportowy. A w przyszłym semestrze może zacznę zadawać się z Delicjami. O mój Boże, w Claire's Accessories jest promocja - dwie pary sztucznych rzęs w cenie jednej!
- Hailey! Ani mi się waż zmieniać!
- To ty się zmienisz, Batmanko. Pewnie przed końcem tego tygodnia zapomnisz, jak się chodzi na własnych nogach. Wiesz, tam wszyscy jeżdżą 3apiochodami. Spacerują tylko po centrach handlowych.
- Nie będę tak robić.
- Jasne, że nie. Będziesz leżeć na leżaku koło basenu i gapić się na przystojnych facetów w kąpielówkach. - Hailey uśmiecha się złośliwie. Szczerze mówiąc, ta sama myśl przyszła mi do głowy.
- Czy nie mogłabym jakoś przeszmuglować cię w walizce? - chlipię.
- Po prostu jedź. Zobaczysz, spodoba ci się. Prześlij mi przystojnego ratownika.
Hailey macha mi na pożegnanie, odwraca się i biegnie do domu, nowe trampki dodają jej krokom lekkości. Nie mogę uwierzyć, że nie zobaczymy się przez kilka miesięcy.
Kiedy tata i Lolly-Lauren przychodzą się pożegnać, zaczynam otwarcie płakać. Pochlipuję już w chwili, gdy stają w drzwiach, a gdy wychodzą, zalewam się łzami.
- Cześć, Lolly-Lol - łkam i przytulam ją mocno, a moje łzy kapią na jej markowy podkoszulek. Kelly patrzy na mnie tak, jakbym zrobiła to specjalnie.
- Cześć, Jo-Jo - Lolly wyślizguje się z mojego uścisku i wspina na kanapę. - Patrz, jak skaczę!
- Pięknie skaczesz - mruczę.
Potem moczę łzami ramię taty, który obejmuje mnie sztywno i mówi:
- Pamiętaj, żeby regularnie sprawdzać kurs wymiany. Dolar nie jest wcale tak słaby, jak się wydaje. I myj zęby przynajmniej dwa razy dziennie.
Szlochając, przyrzekam, że będę robić obie te rzeczy. Potem daję Kelly szybkiego całusa w policzek. Moje łzy trochę przysychają.
Tata obiecuje, że przyjadą nas odwiedzić przed Bożym Narodzeniem, czyli już za kilka miesięcy. Ale równie dobrze mogłoby to być za kilka lat. Lolly będzie miała już za sobą pierwszy semestr w przedszkolu. Urośnie i zmądrzeje. Może nawet nauczy się wymawiać porządnie całe swoje imię.
Kelly dodaje, że chętnie wybierze się na zakupy do Nowego Jorku. Nie mówię jej, że z Bostonu bardzo trudno zrobić sobie jednodniową wycieczkę do Nowego Jorku. To nie jest właściwy moment, żeby znów pokłócić się z tatą z powodu nieokazywania Kelly szacunku.
Mama zjawia się, gdy wielkie pożegnanie dobiega końca. Kiwa tacie głową i mówi:
- Do zobaczenia przed świętami. Wybaczcie, ale mam na głowie dużo pakowania.
Myślę sobie, że ten wyjazd bardzo się mamie przyda. Dotykam zdjęcia od Hailey, znajdującego się w mojej kieszeni wraz z garścią na wpół roztopionych słodyczy, które dała mi Lolly, żebym miała co zjeść w „samocie".
Będę za nimi tęsknić, ale nie mogę się już doczekać wyjazdu.
kjejscie /}Q <oo,sko
Za chwilę dojdziemy do sedna - to znaczy do Jake'a Mat-thewsa. Najpierw jednak musicie dowiedzieć się jeszcze paru rzeczy.
Mieszkam na przedmieściach Bostonu, w miejscowości Milltown, w stanie Mass (potrafię bez trudu napisać Mass). W Stanach Zjednoczonych.
Nasza dzielnica w niczym nie przypomina takiej Ameryki, jaką widziałam w filmach, i niewykluczone, że będę musiała pozwać do sądu paru producentów filmowych. Słyszałam, że to tutaj popularne zajęcie. Jest tu mało wysokich apartamen-towców i, wbrew temu, co wróżyła Hailey, wcale nie mieszkam na pięćdziesiątym piętrze. Dobrze, że nie zapakowałam swojego teleskopu. (To żart! Nie jestem aż takim kujonem! Poza tym i tak był zepsuty. To też żart! Nie mam teleskopu. Już nie).
Wprowadziłyśmy się do dużego, drewnianego domu z dachem wyłożonym dachówką, w którym na każdym piętrze znajduje się osobne mieszkanie (tutaj mówią na to „apartament"). Nazywają to domem trójrodzinnym. Mieszkamy na pierwszym piętrze. Mamy najlepszy prysznic, jaki w życiu widziałam, ale poza tym nic nie działa jak należy i nawet drzwi się nie domykają. Cały lokal przypomina łazienkę z własnym mieszkaniem. Przeżyłyśmy z mamą dwa dni w hotelu, w panice i luksusie, zanim udało nam się znaleźć to miejsce. Mama zajmowała się panikowaniem, a ja luksusem. W hotelu mieli przepyszne donaty.
Mama wydała tyle pieniędzy na depozyty, różne opłaty i donaty, że przez trzy dni musiałyśmy spać na podłodze, zanim przyszły pieniądze z Anglii i mogłyśmy kupić łóżka. Potrzebowałyśmy też mnóstwa rzeczy do domu, więc wybrałyśmy się do sklepu z używanymi rzeczami przy Walnut Street, który jest wielki i zupełnie fantastyczny. Kupiłam tam nawet trochę ciuchów do szkoły.
A skoro już mowa o szkole - opowiem, jak minął mój pierwszy dzień.
Otóż - jesteśmy w Stanach dopiero od kilku dni (przyleciałyśmy w moje urodziny - dostałam dodatkowe pięć godzin na świętowanie!) i leżę na podłodze, o czwartej nad ranem, wciąż nie mogąc zasnąć, cała jestem obolała od spędzania nocy w ten sposób. Ale w końcu mam szesnaście lat! Wstawanie do szkoły to nie problem, nawet jeśli lekcje zaczynają się tu absurdalnie wcześnie, nie mówiąc o tym, że wciąż jest sierpień.
Moje liceum mieści się w wielkim budynku, trochę podobnym do fabryki. Wszyscy nazywają go Młynem, chociaż nie wiem dlaczego, bo wcale go nie przypomina, chyba że jest jakiś młyn, który wygląda jak duża szkoła. Znajduje się on w samym centrum miasta, całkiem blisko naszego apartamentu w Milltown, więc wygląda na to, że nie będę jeździć autobusem do szkoły. Hailey wprawdzie tyle gadała o amerykańskiej kulturze samochodów, ale jak do tej pory wszędzie chodziłam na piechotę.
Mama jest zawiedziona, że nie będę miała okazji krzyczeć: „Cześć, mamo, już przyjechał szkolny AUTOBUS!", szkoda, bo tyle razy ćwiczyłyśmy to przed wyjazdem. Zresztą i tak nie miałabym okazji żegnać się w ten sposób, bo mama wychodzi do nowej wypasionej pracy w firmie Drenaż Mózgów Inc. bardzo wcześnie rano. Chyba tam też nie uznają urlopów dla pracowników, bo po zakończeniu Wielkiego Polowania na Mieszkanie nie może sobie już pozwolić na żadne zwolnienia. A zatem muszę chodzić do Młyna na piechotę.
Ale nie szkodzi. To zadanie jest łatwe.
Po chwili staję w cieniu olbrzymiego budynku z czerwonej cegły. I co teraz?
Wokół widzę grupki gadających, roześmianych uczniów, wyglądających całkiem normalnie. Gdyby tylko zabrać im kolorowe sweterki ze sklepu J.Crew, dając w zamian nudne granatowe mundurki, oraz sprawić, żeby paru wysokich osiłków wyglądało mniej przerażająco - byliby to mruej więcej ci sami ludzie, z którymi chodziłam do szkoły w Anglii.
Nieco z boku stoi dziwna dziewczyna. Ma wspaniałe, kruczoczarne włosy, zasłaniające większą część twarzy. Ubrana jest całkiem na czarno, a pomalowane na czerwono usta odcinają się ostro od bladej cery. Opiera się o filar, pochłonięta lekturą. Podchodzę i zerkam na okładkę - książka nosi tytuł: Podręcznik sztuk magicznych dla nastolatek. Dziewczyna nawija na palec pukiel włosów, przez co trochę przypomina mi Hailey. Co mam do stracenia? Szybko otwieram usta, zanim zdążę zmienić zdanie.
- Przepraszam, czy mogłabyś wskazać mi drogę do biura dyrektora Harwooda?
Dobra robota, Jo. Czyżbym specjalnie postanowiła zachowywać się jak sztywna Angielka? Nie mam pojęcia, dlaczego użyłam swojego najbardziej oficjalnego tonu, którym zwykle rozmawiam z nieznajomymi przez telefon. W porównaniu ze mną królowa angielska mówi jak ekspedientka z warzywniaka.
Wiedźmowata dziewczyna spogląda przez ramię na stojącego z tyłu chłopaka. Włosy sterczą mu na wszystkie strony, jakby właśnie wstał z łóżka. Obok niego stoi wysoka, czarna dziewczyna, zbudowana jak supermodelka. Nie wiedziałam, że to jej koledzy.
- Pierwsze piętro, a potem w lewo - mówi supermodelka. - Przyjechałaś na transfer?
Pozostali po prostu się na mnie gapią. To chyba mój akcent tak na nich działa. Przytakuję w milczeniu, żeby przypadkiem nie powiedzieć nic dziwnego. Oglądałam Buffy, więc wiem, że pytają, czy jestem z innej szkoły, a nie czy przyjechałam zrobić sobie prasowaną nalepkę na koszulkę.
Gdy odchodzę, słyszę, że jedno z nich mówi: „Jaka słodziutka! , a potem wybucha śmiechem, ale nie jestem pewna, kto to powiedział, i czy w ogóle miał na myśli mnie. Tym bardziej nie wiem, czy powinnam się z tego cieszyć.
Dziesięć minut później, po przejściu wielu schodów - okazuje się, że pierwsze piętro to u nich parter - docieram do biura dyrektora.
Asystent dyrektora Harwooda wręcza mi plan zajęć i każe wybrać lekcje nadobowiązkowe, tyle że on nazywa je fakultetami. Wybieram dużo przedmiotów związanych z matematyką, ponieważ chcę jak najczęściej mówić „mata". Potem informują mnie, że na podstawie mojego świadectwa z Anglii przyznają mi wyróżnienie. Przydzielają mi do pary inną wyróżnioną uczennicę, która jest bardzo grzeczna i poukładana. Przez cały ranek oprowadza mnie po szkole, paplając coś o „rodzinnej atmosferze". Zaczynam podejrzewać, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, jeśli tylko zdołam zrozumieć, o czym ona mówi, ale za chwilę grzeczna uczennica zaprowadza mnie na wielką stołówkę i znika, rzucając szybkie:
- Do zobaczenia!
Jestem sama! Nie znam tu nikogo i ja też czuję się nikim! Ogarnia mnie przerażenie!
Wtedy znów dostrzegam czarnowłosą dziewczynę. Tym razem ewidentnie jest sama, wciąż zaczytana w książce o magii. To musi być naprawdę debra książka. Może kiedyś poproszę, żeby mi ją pożyczyła. Jest pierwszą osobą, do której odezwałam się z własnej woli. W tej chwili mam wrażenie, że to niemal moja najlepsza kumpela.
- Przepraszam - mówię - czy to krzesło jest wolne?
Tym razem dziewczyna nawet nie podnosi wzroku.
- Idź sobie - oznajmia spokojnym, obojętnym tonem i posyła mi wiązankę przekleństw, z których nie wszystkie rozumiem, chyba niektóre są po hiszpańsku. Ale wszystkie brzmią obraźliwie. - Cytryniarko - dorzuca na końcu.
No proszę! Myślałam, że nikt już tak nie mówi. Trzeba mieć moje szczęście, żeby trafić na tę jedyną osobę w Stanach, która wciąż używa tego słowa.
Nie zrobiłam nic złego! Jestem tu nowa! Przepraszam, że żyję! W końcu nie mówię nic, bo wszystkie te odzywki wydają mi się żałosne. I kiedy tak stoję, obmyślając jakąś ciętą odpowiedź, dostrzegam grupkę ślicznych dziewczyn. Wyglądają olśniewająco, są modnie ubrane i idą prosto w moją stronę!
Widziałam je już wcześniej w różnych filmach. Jest to grupka najpopularniejszych uczennic, spacerujących w zwolnionym tempie korytarzami szkoły, tak że ich lśniące włosy falują w powietrzu. Wydają mi się dobrze znane i mam ochotę się uśmiechnąć. Ale wtedy przypominam sobie, że takie dziewczyny nigdy nie zwracają uwagi na kujonki, chyba że chcą im dokuczyć.
Oho. Dlaczego stają przede mną?
- Cześć. Jestem Chelsea - mówi najwyższa blondynka i uśmiecha się promiennie. - A to są Kristy, Chris i reszta -dodaje. Kristy i Chris stoją po jej obu stronach. Nie wiem, która jest która. Przypominają dwie brzydkie siostry Kopciuszka, tyle że mają grubszą warstwę tapety. Noszą taki sam strój jak Chelsea, jakby wszystkie trzy umówiły się, co dziś założą. „Reszta" to dwie dziewczyny: jedna ma śmieszną minę, a druga jest zupełnie zwyczajna.
Szybko obmyślam parę kąśliwych uwag. Nie mogę pozwolić, żeby pomiatały mną już pierwszego dnia. Z drugiej strony, nie bardzo wiem, do czego jeszcze mogłabym się nadawać. To wszystko jest naprawdę męczące.
Chelsea kładzie mi rękę na ramieniu i szepcze głośno:
- Wiem, że jesteś tu nowa, ale i tak nie mogę uwierzyć, że rozmawiasz z Rachel Glassman! - a następnie odrzuca lśniące blond włosy w kierunku brunetki.
- Spadaj! - mówi spokojnie Rachel, wciąż nie podnosząc głowy znad książki.
Chelsea mruży oczy, ale Rachel na nią nie patrzy.
Trzymając cały czas moje ramię, Chelsea odciąga mnie od stolika. Odczuwam coś w rodzaju smutku. Rachel była wprawdzie trochę niegrzeczna, ale wiedźmy i tak wydają mi się mniej straszne od królowych mody. Chelsea przeraża mnie, nawet gdy po prostu stoi obok i nic nie mówi.
Ale, hej! Dostałam niepowtarzalną szansę, by zrobić dobre pierwsze wrażenie. Zawsze chciałam być kimś innym. Czas narodzić się na nowo. To nie może być trudne.
Później zaczyna się przesłuchanie. Moje rozmówczynie nie dają mi praktycznie czasu na zastanowienie. To gorsze niż najtrudniejszy egzamin świata!
brzydka siostra nr 1: - Do której chodzisz klasy? My jesteśmy w pierwszej.
ja: - Ja właśnie...
brzydka siostra nr 2: - Jak masz na imię?
ja: - Josephine Reilly. Przyjaciele mówią do mrue Jo, ale...
chelsea: - Skąd pochodzisz, Josie? Masz superakcent!
ja: Eee, z Anglii, to znaczy...
śmieszna dziewczyna: Z Anglii! Ekstra! Mój kuzyn Brad mieszka w Londynie. Może go znasz?
siostra nr 1: - Tori, ale jesteś głupia! Dlaczego tu przyjechałaś, Josie?
ja: - Um, eee... moja mama dostała tu pracę. Przy autostradzie 128...
śmieszna dziewczyna, pewnie tori: Hej, widziałaś może księcia Karola? Tata byłby zachwycony! A może księcia Harry'ego? On jest taki superprzystojny.
ja: Eee... nie.
zwykła dziewczyna: Tori, uspokój się! Masz chłopaka, Josie?
siostra nr 1: - Wszystkie mamy chłopaków oprócz Any. Ja chodzę z Carlem, Chris z Anthonym, Chelsea z Bryce'em, a Tori z Gregiem. Ale Johnny Wells już niedługo umówi się z Aną. Totalnie!
ja: Eee...
zwykła dziewczyna, pewnie ana: Zamknij się, Kristy! Ale chciałabym, żeby to zrobił.
siostra nr 1, pewnie kristy: Ty się zamknij! To przecież oczywiste. Umówi się z nią, prawda, Chris? Totalnie.
siostra nr 2, pewnie Chris: - Jak się nazywa twój chłopak?
ana: - Właśnie, powiedz nam.
ja: - Um... Książę. To znaczy, eee, William.
kristy: Co?
tori: Powiedziała: William. Pewnie jest przystojny. Tęskni za tobą? Jasne, że tak. Chyba przyjedzie do ciebie w odwiedziny?
chelsea. Chodźcie, laski, czas coś zjeść. Idziesz z nami, Josie, pokażemy ci jedyny stolik, przy którym warto usiąść. Chris, przynieś mi jabłko, dobrze?
Chris: - Jasne, Chelsea. Jakie chcesz? Mam ci je nawosko-wać i wypolerować?
No dobrze, tak naprawdę Chris nie powiedziała tego ostatniego zdania. Ale wyglądała tak, jakby zamierzała.
Tak właśnie przebiegała moja pierwsza rozmowa z najpopularniejszymi pierwszoklasistkami w Młynie. Nie było źle, pomijając fakt, że wymyśliłam sobie chłopaka o imieniu William. Widzicie, umiem się dostosować! Mogę być jedną z nich.
Siadam razem z popularnymi dziewczynami i świetnie pasuję do ich grupki. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Pod koniec lunchu Chelsea pyta:
- Wybierasz się do Tori na imprezę, Josie? Jest w niedzielę wieczorem. Chris, powiedz jej.
Zapada kłopotliwa cisza. Jest to najwyraźniej bardzo ważne wydarzenie. Ana wygląda na zaskoczoną. Kristy na zniesma-czoną. Chris jest pod wrażeniem, a Tori wcale się nie złości, że Chelsea z własnej inicjatywy zaprasza kogoś na jej imprezę.
- Kiedy starzy Tori wydają przyjęcie, to robią taką akcję - wyjaśnia posłusznie Chris - pozwalają nam robić imprezę w piwnicy, pod warunkiem, że nie wchodzimy na górę.
Tori przytakuje. Oficjalnie jest gospodynią, ale zachowuje się tak, jakby cała ta zabawa wcale jej nie dotyczyła. Może jej rola ogranicza się jedynie do zapewnienia lokalu.
- Będą tam wszyscy chłopcy z naszej szkoły - dodaje Chris.
- Nawet Jake Matthews. Aktualnie jest wolny.
- On tak, ale ty nie - ucina Chelsea. - Poza tym Josie nawet nie wie, kto to jest.
Kristy spogląda na mnie miażdżącym wzrokiem. Opuszczam ramiona, próbując stać się niewidzialną. Gdybym tylko miała jaśniejsze włosy i bardziej markowe ciuchy! Chciałabym być taka jak one.
- Josie! Jake Matthews to najprzystojniejszy, najfantastyczniejszy facet w całym Młynie - mówi Kristy. Potem wzdycha i na chwilę twarz jej łagodnieje. Złośliwy grymas znika z jej twarzy na samo wspomnienie tego niezwykłego chłopaka.
Naprawdę musi być niezły. Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam.
Chelsea ziewa, ale mam wrażenie, że również trochę się rozmarzyła na wspomnienie Jake'a Matthewsa.
- Słuchaj, Josie, cokolwiek się stanie, musisz przyjść na tę imprezę. A teraz chodźmy już.
Wstaje z krzesła, znów odrzuca włosy do tyłu i wolnym krokiem wymaszerowuje ze stołówki. Kristy i Chris idą przy niej, noga w nogę. Ana i Tori pospiesznie biegną ich śladem. Nie jestem pewna, co mam robić, ale Tori zawraca, podbiega do mnie i szepcze:
- Chodź, Josie!
Przez głowę przelatuje mi mnóstwo myśli, w rodzaju: „Na pomoc! Nie mam co na siebie włożyć! Zorientują się, że nie posiadam modnych ciuchów! Ratunku!".
I wtedy Tori przychodzi mi z pomocą.
- Chcesz zajrzeć do mnie po szkole? - pyta. - Tak cię wystroję, że zobaczysz. Mogę pożyczyć ci jakieś ubrania.___^
Lubię tę dziewczynę.
Po szkole idziemy do Tori. Jej dom w niczym nie przypomina mojego „trójrodzinnego". Spokojnie zmieściłoby się w nim nawet pięć rodzin, ale mieszka tam tylko jedna.
- Szybko, chodźmy teraz do pokoju - mówi Tori, gdy wchodzimy do ogromnego holu wielkości całego mojego mieszkania. Wszystkie ściany są obwieszone fotografiami. Na początku sądziłam, że to zdjęcia Tori i jej rodzeństwa, jednak gdy się im przyjrzałam, dostrzegłam starsze, znajome twarze. Są tam zdjęcia królowej - przynajmniej dziesięć z nich przedstawia ją w różnych kostiumach, w charakterystycznej pozie, z poważnym półuśmiechem. W głębi korytarza wisi ogromny portret. Dopiero po chwili rozpoznaję tę parę - to książę Karol i Camil-la Parker-Bowles. Oboje mają zielone kalosze i stroje do konnej jazdy.
Tori drży z niecierpliwości.
- Chodź na górę - mówi i zaczyna wspinać po wielkich schodach, które wyglądają tak, jakby były żywcem przeniesione z pałacu Buckingham.
- Kochanie, czy przyszły już ceramiczne pieski kupione na ebayu? - W korytarzu rozbrzmiewa nagle tubalny męski głos.
- Chodź, szybko! - Tori gorączkowo ciągnie mnie za sobą, ale jest już za późno. Drzwi po lewej stronie otwierają się gwałtownie i staje w nich szeroko uśmiechnięty mężczyzna w twee-dowej marynarce.
- Ach, to ty, Victorio. Myślałem, że to twoja matka. Jak było w szkole? Widzę, że masz nową koleżankę. Nie przypomina tych zagłodzonych ofiar mody, które zwykle przyprowadzasz.
- Taaaatooo - jęczy Tori.
- Dzień dobry. Nazywam się Jo... Josie - mówię szybko. Sama już nie wiem, jak się nazywam. A potem, może dlatego, że tata Tori patrzy na mnie tak, jakbym była jakimś zjawiskiem, dodaję:
- Przyjechałam z Anglii.
Tori spogląda na mnie z przerażeniem.
- O, nie - mruczy pod nosem.
- Dobry Boże! Jesteś Brytyjką! Dobry Boże! Wyśmienicie! Czy w Anglii używacie słowa „wyśmienicie"? Powinniście. To fenomenalne słowo. Chyba znacie określenie „fenomenalny"? Dobry Boże, Tori, dlaczego nie powiedziałaś mi, że masz przyjaciółkę z Anglii! To wyśmienicie, fenomenalnie, eee, fantastycznie! Fantastyczna wiadomość!
Biedna Tori - nigdy w życiu nie widziałam bardziej kłopotliwego ojca. Mój własny, który czasem zanudzał Hailey na śmierć opowieściami na temat prawa podatkowego, prezentuje się przy nim zupełnie normalnie.
- Taaatooo. Proszę cię, daj spokój! - Tori wygląda tak, jakby chciała się zapaść pod ziemię.
- Może Josie miałaby ochotę na herbatę? Brad, kuzyn Tori, mieszka w Londynie. Twierdzi, że to prawda, co mówią - podobno wy, Brytyjczycy, pijecie herbatę bez przerwy. Niestety, nie potrafił udzielić mi odpowiedzi na kilka pytań. Josie, może ty mi pomożesz?
Przytakuję, chociaż Tori kręci głową i tęsknie spogląda w kierunku schodów.
- Gdzie książęta zwykle kupują ubrania?
- Słucham? - pytam. Sama nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego.
- Harry i William. Czy ich krawiec ma jakąś stronę w in-ternecie? Chciałbym zamówić u niego garnitur na osiemnaste urodziny dla swojego syna.
- Tato, Josie i ja musimy odrobić lekcje.
- Bardzo mi przykro, ale nie wiem - mruczę.
- Dobry Boże. Masz wspaniały akcent. - Tata Tori patrzy na mnie z podziwem. - Victorio, muszę przekazać twojej matce tę znakomitą wiadomość. Josie, mam do ciebie jeszcze tyle pytań. Chciałbym dowiedzieć się jeszcze czegoś na temat zamku Windsor... Jak zapewne wiesz, nasza rodzina również nosi nazwisko Windsor. Tak, właśnie tak...
- Mama jest pewnie przy basenie. Możesz iść pomówić z nią teraz.
- Wyśmienity pomysł, Victorio. Do zobaczenia, Josie.
Tori odprowadza go ponurym wzrokiem, ale kiedy zaczynam się śmiać, ona też wybucha śmiechem i chichoczemy przez całą drogę na górę.
Tori otwiera szafę i zaczyna przesuwać wieszaki na ogromnej szynie.
- Zobaczysz, zanim się obejrzysz, zamienimy twój angielski szyk na amerykański szyk - zapewnia.
Pochlebia mi, że uznaje mój wygląd za „szykowny", więc nie protestuję. Ale wiem, że jej pomoc będzie mi potrzebna jeszcze długo, i czuję się z nią na tyle dobrze, by o tym wspomnieć. Tori mówi, że jeśli chcę, może pożyczyć mi wiele ciuchów i butów. Mamy drobny problem z rozmiarami - początkowo odnoszę wrażenie, że moja nowa koleżanka nosi ubrania dla dzieci, ale potem okazuje się, że większość jej rzeczy leży na mnie dobrze, po prostu są bardziej dopasowane. Trudno mi się połapać w amerykańskiej numeracji obuwia. Metodą prób i błędów ustalamy, że większość butów też na mnie pasuje.
W ciągu następnej godziny poddaję się metamorfozie. Wyznaję, że dotąd zwykle zjadałam makijaż i nigdy w życiu nie nosiłam szpilek. Tori mówi, że może pożyczyć mi parę bale-rinek i pokazuje kilka sztuczek, dzięki którym można się oduczyć podjadania szminki.
Oddaję się całkowicie w ręce specjalisty. Tori przynosi prostownicę do włosów i moje nieznające moresu pukle wreszcie zostają ujarzmione.
Potem woła swojego starszego brata, który jest w klasie maturalnej, i prosi go o ocenę mojego wyglądu z męskiego punktu widzenia. Tori każe mi się przebierać w szafie i wychodzić z niej w regularnych odstępach, żeby Albie mógł należycie ocenić różne stroje.
- Albie śpiewa i gra na gitarze w kapeli rockowej. Ma kompletnego świra na punkcie muzyki - mówi Tori z przyganą w głosie. - Ale należy też do drużyny hokejowej razem z Jakiem Matthewsem, a fajne dziewczyny ze starszych klas na niego lecą, więc jego zdanie trochę się liczy.
Chłopak uśmiecha się wesoło.
Moim zdaniem nie wygląda na świra. Przypomina trochę tego aktora Jake'a Gyllenhalla - ma krótko ostrzyżone, ciemne włosy i szare, głębokie oczy, w których można zatonąć. Jest całkiem figurny, ale nie mogę tego powiedzieć Tori, ponieważ jest jej bratem. Poza tym ona prawdopodobnie nie wie, co oznacza słowo „figurny".
Najpierw trochę się krępuję pokazywać Albiemu w swoich nowych „wcieleniach", ale potem zaczynamy rozmawiać i powoli się odprężam. Brat Tori ma głęboki, melodyjny głos i co jakiś czas powtarza: „Tak trzymać", „Dobra jest!" i „Wyglądasz słodko", jakby grał w jakimś amerykańskim filmie. Mogłabym tego słuchać całą noc.
Niestety, po skomentowaniu kilku tysięcy prezentacji Albie patrzy na zegarek i mówi:
- Słuchaj, siostra, muszę już iść - i kieruje się w stronę drzwi.
- Znów idziesz do pani Cook? - pyta Tori. - Nie możesz zostać jeszcze chwilę? To ważne.
Albie naciska klamkę.
- Nie, naprawdę muszę lecieć - mówi. - Słuchaj, Josie, wyglądasz świetnie, niezależnie od tego, co włożysz i co Tori zrobi z twoją twarzą.
I to koniec naszej zabawy.
Po wyjściu Albiego Tori wyjawia mi, że on zazwyczaj w ogóle nie zwraca uwagi na dziewczyny, nawet gdy wieszają mu się na szyi, błagając o randkę, więc za tę ostatnią uwagę należy mi się piątka z plusem.
A zatem przy pomocy Tori już drugiego dnia szkoły zmieniam się w popularną dziewczynę. Oto nadchodzę - z nowym stylem i starym akcentem.
iaJ ekstVQkLQ5,e
Pamiętacie, co mówiłam na temat akcentu? Odkryłam, że mogę mówić dowolne bzdury, ponieważ tak naprawdę nikt nie zwraca uwagi na sens moich słów. Wszyscy słuchają tylko tego, jak mówię. I kochają mnie za to.
Wszyscy poza Kristy. Ona zawsze z zainteresowaniem mi się przysłuchuje i strasznie mnie to denerwuje.
- Opowiedz mi o Williamie - prosi mnie w środę podczas lunchu. Ma taki wyraz twarzy, jakby coś podejrzewała, ale skąd może wiedzieć, że go wymyśliłam? Odpowiadam na wszystkie pytania, najszybciej, jak potrafię. Na szczęście po chwili przechodzi w pobliżu jakaś uczennica w niezupełnie markowych ciuchach i Kristy natychmiast koncentruje na niej całą uwagę, wykrzykując: „O mój Boże!" i „SPÓJRZCIE na nią!".
Kiedy w czwartek rano Kristy znów zagaduje mnie o Williama, dochodzę do wniosku, że muszę z nim szybko zerwać. Sprawia same kłopoty. Postanowiłam więc, że zaczniemy się od siebie oddalać. To smutne, ale tak bywa ze związkami na odległość.
Przez cały ranek chodzę smutna, aż w końcu dziewczyny zaciągają mnie do damskiej toalety... przepraszam, ubikacji, na babską pogawędkę. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś podobnego. Mam na myśli tę pogawędkę, nie toaletę. Taka pogawędka to świetna rzecz. Toaleta plasuje się gdzieś na samym dole skali mierzącej czystość szkolnych pomieszczeń.
Chelsea chyba też tak uważa, bo marszczy nos - tak mały, że prawie niewidoczny - i daje jakiś znak Chris. Dziewczyna sięga do torebki, wyjmuje szmatkę i płyn do czyszczenia i ściera ze ściany jakieś graffiti. Chelsea kiwa z zadowoleniem głową i znów zwraca się do mnie:
- Powiedz nam, co się stało, Josie.
- Chodzi o Williama... Ja... tak bardzo za nim tęsknię -szepczę i wydobywam z siebie cichy, dziewczęcy szloch.
Dziewczyny otaczają mnie ciasno, przytulają i pocieszają, a ja płaczę, rozmazując tusz Tori po twarzy (po mojej twarzy!). Łatwo jest wycisnąć tych parę łez, wystarczy, że pomyślę o Lolly i o swoim starym domu przy ulicy Normalnej w Pcimiu Nudnym. Jakaś część mnie - Jo Kujonka - naprawdę tęskni za domem. Natomiast Josie Gwiazda uwielbia znajdować się w świetle reflektorów. W cytrynowożółtym świetle.
- Chyba się rozstaniemy - dodaję, pociągając nosem.
- Coś ty, Josie! Na pewno wszystko się jakoś ułoży - zapewnia Tori, trochę zbyt gorliwie. Przez cały tydzień usiłowałam unikać jej pokrzepiających uwag.
-Nie.
- Pogodzicie się.
- Nie. Nie.
- A właśnie że tak. Totalnie. Prawda, dziewczyny?
Nie mam już siły się spierać. Daję za wygraną i oddaję się przyjemności słuchania kojących pocieszeń. Nawet Chelsea wydaje kilka współczujących pomruków. Czuję się cudownie. Pociągam nosem i pozwalam się niańczyć aż do końca przerwy.
Podczas lunchu po raz pierwszy spotykam Jake'a Matthew-sa. Gdy kieruje się w stronę naszego stolika, wokół słychać szmer. Dziewczyny szepczą jego imię i otwarcie się na niego gapią.
- Hej - mówi Jake i pochyla się nad Chelsea, na sekundę naprężając bicepsy.
Dziewczyny aż wzdychają z podziwu.
- Co słychać, Kukułko?
Spoglądam na Tori.
- Kukułko? - pytam bezgłośnie.
- Jake Matthews tak ją nazywa. Chelsea ma na nazwisko Cook - szepcze Tori, nie odrywając wzroku od Jake a Mat-thewsa. - Znają się od dzieciństwa.
Dochodzę do wniosku, że raczej nie są parą, ponieważ Jake podczas swej rozmowy z Chelsea cały czas patrzy na mnie.
Na mnie!
Uciekam wzrokiem w różne strony, ponieważ nie mam pojęcia, co zrobić. Uśmiechnąć się? Spojrzeć mu w oczy? Ma niezwykłe oczy. Jedno jest niebieskie, a drugie brązowe. I przygląda mi się. Te OCZY!
Potem uśmiecha się do mnie. Co za uśmiech! Teraz już rozumiem, dlaczego Chelsea, Kristy i cała reszta tak go uwielbiają. To po prostu ich męski odpowiednik. Ma jasne włosy i jest idealny w każdym calu. Więcej niż idealny.
Spogląda na mnie jeszcze raz i rzuca:
- Do zobaczenia.
W milczeniu odprowadzam go wzrokiem. Jake ma naprawdę wspaniałą sylwetkę. Mięśnie wprost grają mu pod skórą. Jest figurny, w każdym tego słowa znaczeniu.
Wow. Tydzień temu zaczęłam naukę w amerykańskim liceum i nadal żyję. Więcej - zdołałam się zaprzyjaźnić z najpopularniejszymi dziewczynami, najprzystojniejszy chłopak w szkole daje mi znać, że mu się podobam, a do tego jestem zaproszona na imprezę. To więcej niż Batmanka mogłaby kiedykolwiek wyśnić.
Gdy idziemy do klasy, Tori opisuje mi strój, który zamierza włożyć na imprezę. Kiedyś uważałam takie rozmowy za piekielnie nudne, ale teraz odkrywam, że można się z nich dowiedzieć czegoś interesującego. Okazuje się, że istnieją rodzaje dekoltów, o których nie miałam zielonego pojęcia. Nawet nazwy kolorów, wymienianych przez Tori, brzmią egzotycznie. Na przykład, co to jest „ciemna śliwka"? Albo „przydymiony róż"? W świecie gwiazd istnieje cała gama odcieni, o których nigdy nie słyszałam.
Zatrzymujemy się przy szafce Chelsea.
Chelsea marszczy brwi i nagle zdaję sobie sprawę, że uśmiecham się bez powodu. Natychmiast robię marsową minę. Zapomniałam - popularne dziewczyny nie powinny rozdawać swych uśmiechów na prawo i lewo.
Przez chwilę stoimy w ciszy, z powagą przyglądając się, jak Chelsea wyjmuje z szafki podręczniki. Mija nas grupka młodszych uczennic, które, przechodząc, spoglądają z podziwem na Chelsea. Hm, zerkają z podziwem również w moją stronę. Wow. Jeszcze nigdy nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. To mi się podoba.
Nagle Kristy wciąga ze świstem powietrze.
- Och, uwaga. Wiedźmowe pokraki na dziesiątej.
Chelsea ziewa.
- Kristy, nikt już nie używa takich określeń - mówi, mimo wszystko spoglądając we wskazanym kierunku. Odwracam się wraz z pozostałymi dziewczynami.
Na dziesiątej nie ma nikogo, ale gdzieś na wpół do dwunastej dostrzegam czarnowłosą dziewczynę. Obok niej stoi modelka i potargany chłopak, którego widziałam pierwszego dnia. Mam wrażenie, że wszyscy troje chodzą ze mną do klasy, ale nie jestem pewna. Podczas lekcji byłam zbyt zajęta obmyślaniem tego, co powiem moim nowym koleżankom w trakcie lunchu. Nie zwracałam uwagi na innych uczniów.
Potargany chłopak szczerzy do mnie zęby w zaraźliwym uśmiechu, a jego oczy migoczą wesoło. Wygląda na fajnego gościa. Odpowiadam uśmiechem.
- O mój Boże, Josie uśmiecha się do tego psychola! - oznajmia z przerażeniem Kristy.
Szybko poważnieję.
Rachel też mnie dostrzegła.
- Hej, cytryniarko! - woła. - Spójrz na siebie! Niezły z ciebie klon!
Potargany chłopak mówi coś do niej szybko i kładzie jej rękę na ramieniu, ale Rachel ją strąca. Po chwili podchodzi do nas ich wysoka koleżanka.
- Hej, nowa - zwraca się do mnie. Jej głos brzmi czysto i dumnie. - Lepiej się z nimi nie zadawać. - Wygląda, jakby mówiła szczerze. - Uwierz mi.
O co jej chodzi? Popularne dziewczyny zaadoptowały mnie od pierwszego dnia szkoły. CHCĘ się z nimi zadawać. A zresztą, jaki mam wybór? Przecież nie zaprzyjaźnię się z modelką i z tamtą dwójką - Rachel powiedziała przecież wyraźnie, co sądzi na mój temat.
- O MOJ BOŻE - mówi Kristy i bierze się pod boki.
- Kendis, wiesz, że nie jesteś tu mile widziana. Trzymaj się z ofermami, pozostań tam, gdzie twoje miejsce - mówi Chelsea i macha niedbale dłonią.
Wysoka dziewczyna - Kendis - mruży oczy.
- Są dużo więcej warci niż ty, Chelsea - odpowiada.
- Właśnie - dodaje Rachel. -1 lepiej pilnuj tego gościa, którego uważasz za swojego faceta! Słyszałam, że kręcił się wokół pierwszoklasistek w poszukiwaniu świeżej krwi.
Rachel i Chelsea przez chwilę mierzą się spojrzeniami i już zaczynam się zastanawiać, jak ta rozmowa potoczy się dalej, ale wtedy zjawia się jakiś chłopak i obejmuje ją od tyłu w pasie.
- Bryce! - piszczy Chelsea. Wije się w jego uścisku, a on całuje ją w szyję.
Rachel i potargany chłopak odciągają od nas Kendis, ale słyszę, jak czarnowłosa syczy:
- Jeszcze pożałujesz, cytryniarko.
Jestem trochę oszołomiona.
- O co im poszło? - pytam cicho.
- Nie powinnaś tego wiedzieć, Josie - mówi kategorycznym tonem Kristy, ale wygląda tak, jakby chciała mi wszystko opowiedzieć. Nagle zastyga bez ruchu. Czuję zapach dymu i mięty i odwracam się gwałtownie.
Jake Matthews stoi tak blisko mnie, że ledwie mogę oddychać. Wszystkie dziewczyny się na nas gapią, nie licząc Chelsea, która właśnie całuje się z Bryce'em.
- Hej - mówi Jake tak lekkim tonem, jakby w ogóle nie zauważył, jak na mnie działa. Na nas wszystkie.
- Hej - odpowiadam słabym głosem.
- Wybierasz się na imprezę w niedzielę?
Przytakuję.
- Fajnie. To do zobaczenia na miejscu.
Jake odchodzi kołyszącym krokiem. Kristy patrzy na mnie z otwartymi ustami.
Tori szarpie mnie za ramię.
- O Boże, Josie! Podobasz mu się, podobasz mu się!
Bryce skubie zębami ucho Chelsea. Szepcze do niej coś,
a ona się śmieje. Potem Bryce woła:
- Hej, czekaj! - i biegnie za Jakiem Matthewsem.
- Do klasy - oznajmia Chelsea i wszystkie grzecznie ruszamy jej śladem.
Aż do dnia przyjęcia żyję pogrążona w marzeniach, bezustannie powtarzając sobie: „Podobam mu się. Podobam mu się".
?O(A)T~mecz-u
Jest niedziela i właśnie zaczyna się moja pierwsza amerykańska impreza.
