Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najbardziej kontrowersyjna kwestia w badaniach nad chrześcijaństwem – czy Jezus zmartwychwstał w ciele? Do tej pory badacze, chcąc poprzeć swoje poglądy, koncentrowali się na prawdziwości relacji Nowego Testamentu o wydarzeniach, które miały miejsce po ukrzyżowaniu Jezusa.
Richard Swinburne w swojej książce stara się ustalić prawdę o Zmartwychwstaniu, co jednak wymaga według niego szerszego podejścia do natury Boga oraz do życia i nauczania Jezusa. Rozmyślania Swinburne’a z zakresu teologii naturalnej i świadectw historycznych oferują Czytelnikowi nowe i bardzo wnikliwe spojrzenie na największą tajemnicę chrześcijaństwa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2021
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W ciągu ostatnich trzynastu lat napisałem cztery książki poświęcone głównie kwestiom filozoficznym związanym ze specyficznie chrześcijańskimi doktrynami (w przeciwieństwie do ogólnych doktryn teistycznych).1 Moim zamiarem było przedstawienie tych doktryn (na przykład doktryny mówiącej, że Jezus był jednocześnie Bogiem i człowiekiem) w sposób zrozumiały, a jednocześnie zarysowanie wstępnego uprawdopodobnienia ich wiarygodności apriori. Zawsze jednak podkreślałem, że dla wykazania, iż doktryny chrześcijaństwa są bardziej prawdopodobne niż nie, potrzebne są jakieś dowody (choć nie musi ich być aż tak dużo) o szczegółowo historycznym charakterze na poparcie twierdzenia, że Jezus z Nazaretu prowadził określony rodzaj życia, wygłosił określone nauki, umarł na Krzyżu oraz zmartwychwstał w ciele pierwszego dnia Wielkanocy. W niniejszej książce postaram się przedstawić takie właśnie dowody, w szczególności dowody na Zmartwychwstanie, które – jeśli miało miejsce – stanowiłoby Boży podpis złożony pod nauczaniem Jezusa oraz ustanowionego przez Niego Kościoła.
W książce wykorzystałem materiały z dwóch wcześniejszych artykułów mojego autorstwa: Evidence for the Resurrection, w: S. T. Davies, D. Kendall i G. O’Collins, The Resurrection (Oxford University Press, 1997), oraz Evidence for the Incarnation, w: M. Meyer I C. Hughes, Jesus Then and Now (Trinity Press International, 2001). Dziękuję powyższym Wydawcom za zgodę na ich ponowne wykorzystanie.
Wielkie podziękowanie składam na ręce pani Chio Gladstone za cierpliwe przepisywanie kolejnych wersji książki. Jestem ogromnie wdzięczny profesorowi Christopherowi Tuckettowi (a także dwóm anonimowym recenzentom z Oxford University Press) za przeczytanie wcześniejszej wersji książki i opatrzenie jej niezwykle cennymi uwagami. Największe podziękowania składam profesorowi Chrisowi Rowlandowi, z którym miałem dwukrotnie okazję prowadzić zajęcia poświęcone Zmartwychwstaniu, a który wskazał mi pozycje, z jakimi powinienem się zapoznać w zakresie szczegółowych kwestii historycznych oraz przekazał mi wiele niezwykle cennych uwag odnośnie do poprzedniego szkicu całej książki, a także jeszcze wcześniejszych wersji jej niektórych części.
1Responsibility and Atonement, Clarendon Press, 1989; Revelation: From Metaphor to Analogy, Clarendon Press, 1992; The Christian God, Clarendon Press, 1994; oraz Providence and the Problem of Evil, Clarendon Press, 1998.
Wyjściowym celem niniejszej książki jest przyjrzenie się dowodom na zasadniczy, fizyczny element Zmartwychwstania1 Jezusa rozumianego w tradycyjnym sensie – tj. że Jezus był martwy przez trzydzieści sześć godzin, a następnie powrócił do życia w swoim ukrzyżowanym ciele (w którym posiadał następnie moce przekraczające ludzkie możliwości, np. był w stanie pojawiać się i znikać). Oczywiście Zmartwychwstanie jest tradycyjnie rozumiane jako wydarzenie o znaczeniu kosmicznym, nieskończenie przewyższającym ów zasadniczy fizyczny element. Jezus, który zmartwychwstał, jest Jezusem Chrystusem, Mesjaszem i Słowem Boga, drugą Osobą Trójcy. Jego Zmartwychwstanie stanowi przyjęcie przez Boga Ojca ofiary Jezusa na Krzyżu za grzechy świata oraz jest początkiem procesu odkupienia ludzkości i natury pod względem tak fizycznym, jak i duchowym.
Jednak Zmartwychwstanie ma – jak się tradycyjnie przyjmuje – to ogromne znaczenie jedynie ze względu na ów zasadniczy fizyczny element. Słowo Boga powstało z martwych tylko dlatego, że Jezus powstał z martwych jako człowiek (Słowo może zmartwychwstać jedynie qua człowiek); człowiek może zmartwychwstać w pełni tylko, jeśli zmartwychwstanie w stanie cielesnym (choć bowiem, jak sądzę, możemy istnieć bez ciała, to ono decyduje o pełni ludzkiego doświadczenia – taki jest tradycyjny pogląd chrześcijaństwa i judaizmu), a choć Jezus mógł powstać z martwych w stanie cielesnym, z całkowicie nowym ciałem, to zmartwychwstanie przemienionego starego ciała – w przeciwieństwie tylko do jego ponownego ożywienia stanowiłoby najdobitniejszy wyraz „zmartwychwstania”. Ojciec przyjmuje ofiarę Chrystusa, ożywiając to, co zostało ofiarowane, a tym samym ogłasza, że cierpienie i śmierć zostały przezwyciężone. Aby zapoczątkować odkupienie ludzkości i porządku naturalnego, musi przywrócić do życia ciało, które uległo zniszczeniu, nie tylko samą duszę. A jednocześnie składa swój podpis uwierzytelniający nauczanie i ofiarę Chrystusa, dokonując czegoś, co może dokonać jedynie Bóg – ingerując w działanie praw natury, za pomocą których kontroluje wszechświat. Bowiem przywrócenie do życia ciała, które było martwe przez trzydzieści sześć godzin, bez wątpienia stanowi naruszenie praw natury. Z tego względu zasadniczy fizyczny element Zmartwychwstania Jezusa uważany jest za bardzo ważną część chrześcijańskiego wyznania wiary. W dalszej części mówiąc o „Zmartwychwstaniu” będę miał na myśli po prostu ten zasadniczy fizyczny element.
Niniejsza książka bardzo różni się w tej kwestii od opracowań typowych badaczy Nowego Testamentu (tak radykalnych, jak i konserwatywnych), ponieważ jedynie jej ostatnia, trzecia część, odnosi się do tego rodzaju dowodów, jakie zwykle uważają oni za istotne dla tej kwestii, a mianowicie do tego, co Nowy Testament oraz inne wczesne dokumenty mówią na temat wydarzeń po śmierci Chrystusa. Moim zdaniem, trzeba uwzględnić znacznie szerszy materiał dowodowy. Na początek należy wziąć pod uwagę to, co nazywam „ogólnymi dowodami drugoplanowymi”, tj. dowody (dane) na to, czy istnieje Bóg, który byłby w stanie i co do którego jest prawdopodobne, że dokonałby ingerencji w historię ludzkości w pewien określony sposób. Nie będę w niniejszej książce odnosił się do tego, czy ogólnie dostępne dowody (niezwiązane bezpośrednio z tradycją chrześcijańską) przemawiają za tym, że istnieje Bóg w tradycyjnym sensie – wszechmogący, wszechwiedzący, doskonale wolny i doskonale dobry. Takimi dowodami są dowody z teologii naturalnej: że istnieje wszechświat, że niemal zawsze stosuje się on do prostych praw naturalnych, że prawa te oraz początkowy stan wszechświata miały taki charakter, że doprowadziły do wykształcenia ludzkiego ciała, że ciało to jest związane z duszą, że ludzie mają wiele możliwości pomagania sobie nawzajem oraz że istnieje powszechne doświadczenie religijne (a z drugiej strony tak ludzie, jak i zwierzęta doświadczają wiele cierpienia). Pisałem dużo o sile tych dowodów w innych książkach2. Tu przedstawię jedynie konsekwencje przyjęcia, że takie dowody w znacznym stopniu uprawdopodobniają lub nie uprawdopodobniają twierdzenia o istnieniu Boga. Jasne jest, że jeżeli istnieje wszechmogący Bóg, to istnieje Bóg, który jest w stanie dokonać cudu, takiego jak Zmartwychwstanie Jezusa. Będę twierdzić, że jeżeli dowody przemawiają przeciwko twierdzeniu, że taki Bóg istnieje, to wystąpienie takiego zdarzenia jak Zmartwychwstanie jest nieprawdopodobne. Jeżeli zaś dowody wskazują na to, że taki Bóg istnieje, to w pewnym stopniu stanowić to będzie uprawdopodobnienie wystąpienia takiego cudu, o ile Bóg ma powód do spowodowania takiego zdarzenia. Będę dowodził, że taki powód posiada.
Kolejną rzeczą, jaką należy rozważyć, jest to, czy jeżeli istnieje Bóg, który ma powód do dokonania takiego cudu, Jezus był tego rodzaju osobą, jaką Bóg miałby powód wskrzesić – a jest to kwestia przyjrzenia się temu, jakiego rodzaju życie Jezus prowadził i czego nauczał. Ocena tych dowodów stanowić będzie to, co nazwałem oceną uprzednich dowodów historycznych. Dowody dotyczące tego, jak Jezus żył i czego nauczał, są oczywiście przedmiotem szczegółowych analiz prowadzonych przez badaczy Nowego Testamentu, jednak zwykle nie uważają ich oni za istotne dla pytania o to, czy Zmartwychwstanie miało miejsce. Jest to poważny błąd. Będę bowiem argumentował, że Zmartwychwstanie wydarzyło się tylko, jeżeli sprawił je Bóg, a zatem należy zastanowić się, czy życie Jezusa jest życiem tego rodzaju, jakiego wskrzeszenia dokonałby Bóg. O tyle, o ile mamy powody uznać, że tak jest, na poparcie twierdzenia, że Jezus powstał z martwych będziemy potrzebować mniej szczegółowych dowodów w postaci tego, co mówią dokumenty – a co nazywam późniejszymi dowodami historycznymi – na temat tego, co wydarzyło się po Jego śmierci.
Badacze Nowego Testamentu chwalą się czasem, że swoje badania prowadzą bez odwoływania się do jakichkolwiek twierdzeń teologicznych. Jeśli rzeczywiście tak jest, to mogę to jedynie uznać za oznakę głębokiej nieracjonalności z ich strony. Wysoce nieracjonalne jest wysnuwanie wniosków bez uwzględnienia 95 procent istotnych dowodów (które obejmują istnienie wszechświata, obowiązywanie w nim praw naukowych itd. oraz tego, co mówią one na temat istnienia bądź nieistnienia Boga). Oczywiście nie byliby w stanie tak naprawdę tego zrobić, jeśli mają dojść do wniosków dotyczących tego, czy Zmartwychwstanie miało miejsce (albo czy miało miejsce Niepokalane Poczęcie bądź inne z mniejszych cudów przypisywanych Jezusowi). Nie dałoby się bowiem zadecydować, czy szczegółowe dowody historyczne są wystarczająco mocne, by wykazać, że wydarzenie takie jak Zmartwychwstanie miało miejsce, bez zajęcia jakiegoś stanowiska w kwestii tego, czy istnieje uprzedni powód do uznania, że takie zdarzenie mogło lub nie mogło mieć miejsca. Zwykle jest tak, że kontekst względów teologicznych – czy to przemawiających za, czy też przeciwko Zmartwychwstaniu – odgrywa niedocenianą rolę w rozstrzygnięciach dotyczących tego, czy dowody są wystarczająco mocne. Trzeba te względy wyłożyć na stół, jeżeli owe dowody mają zostać należycie ocenione.
Rozdział 1. poświęcony jest omówieniu rodzaju dowodów, jakie możemy posiadać na temat wydarzeń historycznych oraz rozwija tezę, że w przypadku zdarzeń o potencjalnie kosmicznym zdarzeniu konieczne jest uwzględnienie ogólnych dowodów drugoplanowych, jak również szczegółowych dowodów historycznych (tak uprzednich, jak i późniejszych). Skoro Zmartwychwstanie, jeżeli wydarzyło się tak jak się tradycyjnie przyjmuje, stanowiłoby naruszenie praw naturalnych, a zatem byłoby spowodowane przez jakiś nadprzyrodzony podmiot działający, taki jak Bóg, a więc stanowiłoby cud w przyjętym przeze mnie tradycyjnym sensie tego słowa, przyglądam się pokrótce argumentom Hume’a przeciwko możliwości istnienia dowodów przemawiających za takim wydarzeniem. Podkreślam także, w przeciwieństwie do bardziej radykalnych badaczy Nowego Testamentu, że – wobec braku dowodów przeciwnych – musimy przyjąć, że to, co wygląda na świadectwo jakiegoś historycznego wydarzenia rzeczywiście jest świadectwem historycznego wydarzenia; jest twierdzeniem, że jakieś historyczne wydarzenie miało miejsce. A wobec braku dowodów przeciwnych, świadectwu należy dać wiarę. Jeżeli ktoś mówi: „Widziałem, jak wydarzyło się to i owo”, powinniśmy przyjąć, że to i owo się wydarzyło, chyba że mamy konkretny powód uznać, że było inaczej.
W rozdziale 2. mowa będzie o powodach, jakie Bóg mógłby mieć dla dokonania wcielenia, to znaczy przyjęcia ludzkiego ciała i ludzkiej natury. Znaczenie tej kwestii zostanie omówione w rozdziale 3., w którym dowodzę, że jeżeli Bóg miałby rzeczywiście dokonać wcielenia, to powinien przeżyć swoje ziemskie życie w pewien określony sposób oraz że konieczne byłoby złożenie przez Niego podpisu pod tym życiem poprzez zwieńczenie go wydarzeniem, które (jeżeli miało miejsce) ewidentnie stanowiłoby cud – coś, co nazywam supercudem, takim jak Zmartwychwstanie. A zatem, Bóg ma powód do dokonania Zmartwychwstania, jeżeli jest to Zmartwychwstanie Wcielonego Boga, a twierdzę że o ile istnieją dowody na to, że ktoś rzeczywiście przeżył swoje życie w wymagany sposób, to byłoby ze strony Boga wprowadzeniem nas w błąd, gdyby wskrzesił taką osobę z martwych, a nie byłaby ona Wcielonym Bogiem. W rozdziale 3. twierdzę następnie, że (pomijając możliwy wyjątek, jakim jest przypadek Jezusa) cała historia ludzkości nie zna postaci religijnej – postać taką będę nazywać prorokiem – która byłaby poważnym kandydatem do zostania uznanym za osobę, która przeżyła swoje życie w wymagany sposób. Jeżeli zatem dowody przemawiają za twierdzeniem, że Jezus rzeczywiście przeżył swoje życie w taki właśnie sposób, to mamy podstawy do przyjęcia, że Jezus był Wcielonym Bogiem, a zatem, że Bóg powinien złożyć pod tym życiem podpis w postaci supercudu. Twierdzę następnie, że poza Jezusem nie istniał w całej historii ludzkości żaden znany prorok, którego życie zostałoby uwierzytelnione w ten sposób, w postaci supercudu. Zbieg okoliczności, w którym prorok, będący jedynym poważnym kandydatem do zostania uznanym za osobę, która przeżyła swoje życie we właściwy sposób, jest jednocześnie jedynym poważnym kandydatem do zostania uznanym za kogoś, kto posiada pod swoim życiem takie uwierzytelnienie, byłby nadzwyczaj mało prawdopodobny, o ile nie został spowodowany przez Boga. Bóg nie spowodowałby takiego zbiegu okoliczności, gdyby ów prorok nie był Wcielonym Bogiem. Rozdziały 1.–3. składają się na część I, zarysowując ramy argumentacji, zgodnie z którą, jeżeli istnieją dowody z teologii naturalnej przemawiające za twierdzeniem, że istnieje Bóg, niepotrzebne są zbyt szczegółowe dowody historyczne dla wykazania, że Zmartwychwstanie miało miejsce. Wystarczy wykazać, że na zwykłym gruncie historycznym Jezus jest poważnym kandydatem do zostania uznanym za osobę, która przeżyła swoje życie we właściwy sposób oraz która została wskrzeszona z martwych: że w Jezusie zachodzi ów unikalny zbieg znaczących dowodów historycznych.
Część II (rozdziały 4–8) przedstawia argumentację za tym, że szczegółowe dowody historyczne są tego rodzaju, iż nie jest zbyt nieprawdopodobne, by takich właśnie dowodów należało się spodziewać, jeżeli Jezus Chrystus przeżył swoje życie we właściwy sposób, a zatem, że zachodzi istotne prawdopodobieństwo, że Bóg mógł zechcieć wskrzesić tego człowieka z martwych. Wreszcie część III (rozdziały 9–12) poświęcona jest omówieniu późniejszych historycznych dowodów na to, co przekazali świadkowie po śmierci Chrystusa. Będę twierdził, że są dowody, których znalezienie nie jest zbyt nieprawdopodobne, jeśli Jezus rzeczywiście powstał z martwych. Jako że – z powodów, które nakreśliłem powyżej i które będę dalej doprecyzowywać – znacznie bardziej prawdopodobne jest, że Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa miało miejsce, jeżeli był On Wcielonym Bogiem, niż jeżeli Nim nie był oraz że znacznie bardziej prawdopodobne jest, że był On Wcielonym Bogiem, jeżeli został wskrzeszony z martwych, niż gdyby nie został. Moje rozważania na temat Zmartwychwstania Jezusa nierozerwalnie łączą się z rozważaniami na temat tego czy Jezus był Wcielonym Bogiem. Temat podjęty w niniejszej książce w sposób nieunikniony obejmuje Wcielenie. Wniosek odnośnie do jednej z tych kwestii prowadzi do wniosku odnośnie do drugiej. Stąd tytuł książki. Mój wniosek jest taki, że skoro ogólne dowody drugoplanowe sprawiają, że istnienie Boga jest co najmniej równie prawdopodobne co nieprawdopodobne, to jeśli dodać do nich szczegółowe dowody historyczne, całość materiału dowodowego sprawia, że prawdopodobne jest, że rzeczywiście istnieje Bóg, który dokonał wcielenia w Jezusie Chrystusie i powstał z martwych pierwszego dnia Wielkanocy.
Pisałem powyżej w sposób ogólnikowy o tym, że istnieje „znaczne prawdopodobieństwo” czegoś czy też o dowodach, które za czymś „przemawiają”. Aby przedstawić bardziej rygorystyczne uzasadnienie twierdzenia, że jest lub nie jest bardziej prawdopodobne niż nie, że Jezus był Bogiem Wcielonym, który powstał z martwych, konieczne jest przypisanie omawianym prawdopodobieństwom przybliżonych wartości, powiedzenie, że wynoszą one co najmniej jedną czwartą, lub nie więcej niż jedną dziesiątą, czy jakoś podobnie. Aby zaś pokazać, jak takie prawdopodobieństwa się sumują, potrzebujemy rachunku prawdopodobieństwa – matematycznego rachunku prawdopodobieństwa przyjętego jako sposób mierzenia wartości dowodowej. Dlatego w załączniku na końcu książki pokażę, w jaki sposób ów rachunek pozwala nam zestawić powyższe prawdopodobieństwa, aby w ten sposób uzyskać dość dokładny wynik odnośnie do tego, jak prawdopodobne jest, że Jezus był Wcielonym Bogiem, który powstał z martwych. Powodem, dla którego zamieszczam ten bardziej formalny sposób dowodzenia w załączniku, jest to, że niektórzy Czytelnicy mogliby poczuć się onieśmieleni przez wprowadzenie matematycznego prawdopodobieństwa do omówienia historycznego. Jednak, ponieważ te matematyczne wyliczenia są bardzo proste, mam nadzieję, że wielu Czytelników ów załącznik przeczyta.
Istnieje niezwykle obszerna współczesna literatura analizująca szczegółowe dowody historyczne na temat życia, śmierci i domniemanego Zmartwychwstania Jezusa. Aby zmieścić tę książkę w rozsądnej liczbie stron, wówczas gdy większość uczonych zgadza się co do jakiejś istotnej kwestii, którą ja sam również uznaję, często po prostu taką kwestię stwierdzam. Tam natomiast, gdzie dana kwestia nie jest zbyt powszechnie znana, odnoszę się do podręcznika lub komentarza, w którym można znaleźć dowody i argumenty na poparcie przyjętego poglądu. Czasami również dla wzmocnienia argumentacji, która została przedstawiona przez kogoś innego i którą ja sam uznaję, po prostu odnoszę się do książki, której autor tę argumentację przedstawia. Choć niniejsza książka zawiera, jak mniemam, szereg oryginalnych szczegółowych argumentów historycznych, jej głównym celem jest przedstawienie argumentów opracowanych przez innych w szerszych ramach, by w ten sposób nakreślić pełny obraz sytuacji.
1 W tłumaczeniu zachowano niekonwencjonalną pisownię wielkimi literami przyjętą przez autora dla wybranych terminów – (przyp. tłum.).
2 Zob. w szczególności The Existence of God, wyd. popr., Clarendon Press, 1991, oraz krótki artykuł Is There aGod?, Oxford University Press, 1996, oba mojego autorstwa.
Oceniając to, co wydarzyło się w określonym momencie w przeszłości, trzeba wziąć pod uwagę zarówno szczegółowe dowody historyczne, jak i ogólne dowody drugoplanowe. Szczegółowe dowody historyczne mogą być trojakiego rodzaju: nasze własne (domniemane) wspomnienia, świadectwo świadków oraz poszlaki materialne. Ogólne dowody drugoplanowe stanowić będą dowód na to, jakiego rodzaju rzeczy mogą się wydarzyć. Mogą to być dowody z obserwacji tego, co się działo w przypadkach podobnych do tych, które są przedmiotem badania, uzasadniając uogólnione twierdzenie o tym, co dzieje się zazwyczaj; mogą to być też dowody z obserwacji wielu różnych przypadków, z których część nie przypomina przypadku będącego przedmiotem badania. Stanowią one potwierdzenie określonej głębokiej teorii, która z kolei ma konsekwencje dla tego, czego można się spodziewać w danym przypadku.
Posłużę się tu przykładem z pracy detektywa. Detektyw prowadzący dochodzenie w sprawie obrabowanego sejfu może sam mieć odpowiednie wspomnienie. Mówiąc o „wspomnieniu” mam tu na myśli coś, co ściślej należałoby określić jako „domniemane wspomnienie własne”, a zatem coś, co podmiot uważa za swoje rzeczywiste wspomnienie zrobienia czegoś lub postrzeżenia czegoś. Być może detektyw jest przekonany, że widział jak Jones okrada sejf. Bardziej prawdopodobne jest, że istnieją zeznania innych świadków, którzy twierdzą, że widzieli jak Jones okrada sejf. Często też będą istnieć poszlaki materialne – odciski palców na sejfie, czy pieniądze ukryte w garażu Jonesa. Własne domniemane wspomnienia detektywa i zeznania świadków będą zapewne, co bardziej prawdopodobne, dotyczyć nie tyle tego, że widzieli jak sejf jest okradany, co innych zdarzeń, które z kolei dostarczą dowodów na to, kto okradł sejf.
To, że z braku dowodów przeciwnych wspomnieniom należy dać wiarę – to znaczy uznać, że uprawdopodabniają one to, czego dotyczą – jest podstawową zasadą a priori. Ktoś powie, że wspomnieniom można ufać tylko wtedy, gdy zostaną niezależnie potwierdzone. Jedną z rzeczy, które mogłyby potwierdzić dane wspomnienie, byłoby pewne uogólnienie na temat tego, jak działa świat wraz z aktualnym doświadczeniem postrzeżeniowym. Moje wspomnienie odłożenia książki na stół potwierdza fakt, iż widzę ją teraz na stole, oraz uogólnienie, zgodnie z którym książki zwykle leżą tam, gdzie się je położy. Dlaczego jednak miałbym uważać, że książki zwykle leżą tam, gdzie się je położy? Ponieważ zapewne pamiętam z własnego doświadczenia, że tak się właśnie zachowują lub też inni mi o tym powiedzieli. Ci inni muszą polegać na swoich wspomnieniach jako uzasadnieniu tego, co mi mówią. A nawet jeśli coś jest napisane w książce, polegam na swoich wspomnieniach odnośnie do tego, co oznaczają napisane w niej słowa, jak również tego, że większość rzeczy z mojego doświadczenia napisanych w książkach jest prawdą. Nie da się uciec od wniosku, że jeśli wspomnienia nie dostarczają wiarygodnych dowodów na to, co zrobiliśmy i czego doświadczyliśmy, nie ma jak posiąść o świecie żadnej wiedzy poza tym, co bezpośrednio postrzegamy, doświadczamy i robimy. Ktoś powie, że nie można się opierać na żadnym wspomnieniu, dopóki nie zostanie potwierdzone przez inne. Pomyślmy jednak, jak mało mielibyśmy wiedzy, gdybyśmy naprawdę tak myśleli. Wcale nie myślimy w ten sposób i musimy wyciągnąć konsekwencje z naszego zwykłego sposobu myślenia: że pamięci jako takiej, całej pamięci, należy ufać, o ile nie mamy konkretnych dowodów przeciwnych, wskazujących na to, że nie można się na niej opierać; np. że dane wspomnienie dotyczy sytuacji lub kwestii, w odniesieniu do których dana osoba lub wszyscy ludzie mają tendencję do błędnego postrzegania, lub że istnieją mocne niezależne dowody na to, że to, co dana osoba sądzi, że pamięta, nie miało miejsca. Takie konkretne dowody przeciwne będą ostatecznie opierać się na innych wspomnieniach (lub świadectwie innych; patrz poniżej), które są sprzeczne z danym wspomnieniem, a jednocześnie są mocniejsze lub liczniejsze.
Gdy ktoś nam o czymś mówi, istnieje pewne zwyczajne znaczenie, które wypowiadane przez niego zdania mają niezależnie od kontekstu wypowiedzi; a zatem konkretne znaczenie, które słowa tworzące zdanie mają niezależnie od kontekstu i które możemy nazwać ich znaczeniem „dosłownym”. Czasami może istnieć więcej niż jedno zwyczajne znaczenie zdania (a więc więcej niż jedno dosłowne znaczenie składających się na nie słów); zwykle jednak jest tylko jedno takie znaczenie. Należy przyjąć, że zdanie ma znaczenie zwyczajne, o ile kontekst nie wskazuje na to, że nie ma ono swego zwyczajnego znaczenia. Tak więc, „w tym pomieszczeniu jest zimniej niż zwykle” ma to zwyczajne znaczenie, że temperatura pomieszczenia (tego rodzaju, jaką mierzy się w stopniach Celsjusza) jest niższa niż zwykle. Jeśli nie wiadomo przez kogo, do kogo i w jakim pomieszczeniu to zdanie zostało wypowiedziane, należy przyjąć, że to zdanie ma właśnie takie znaczenie. Kontekst obejmuje kontekst literacki (sąsiednie zdania), kontekst społeczny (autor i zamierzony odbiorca), oraz kontekst kulturowy (szersza kultura, w której zdanie jest wypowiadane). Jednakże, każdy z tych kontekstów może wskazywać, że zdanie nie może być rozumiane w swoim zwyczajnym znaczeniu. Nie można przyjąć, że ma ono swoje zwyczajne znaczenie, jeśli kontekst literacki i społeczny wskazuje, że pozostawałoby wówczas całkowicie bez związku z rozmową lub implikowałoby coś oczywiście fałszywego (oczywiście zarówno dla mówcy, jak i słuchacza). Tak więc, jeśli w 2002 roku, patrząc z oddali na mojego szefa mówię do kolegów: „Idzie Stalin”, zdanie to nie może być rozumiane w swoim zwyczajnym znaczeniu, ponieważ dla wszystkich byłoby wówczas oczywiste, że w tym sensie jest fałszywe. Nie można także rozumieć go w jego zwyczajnym znaczeniu wtedy, gdy różne konteksty wzięte razem pokazują, że jest ono częścią dzieła w stylu, w którym w danej kulturze pisane były utwory fikcyjne bądź dzieła z innego gatunku, takiego jak alegoria, powieści apokaliptyczne lub historyczne. Kiedy kontekst wskazuje, że zdanie nie może być rozumiane w swoim zwyczajnym znaczeniu, istnieją pewne zasady określające, jak należy je rozumieć; tym jednak nie musimy się teraz zajmować.1
Jeśliby zaprzeczyć istnieniu zwyczajnego znaczenia i założyć, że nie da się stwierdzić, co dane zdanie oznacza bez poznania jego kontekstu, nigdy nie wiedzielibyśmy, co oznacza jakiekolwiek zdanie. Uwzględnienie szerszego kontekstu literackiego nie pomogłoby odkryć, co oznacza dane zdanie. Mogłoby to pomóc jedynie wówczas, gdybyśmy wiedzieli, co znaczą zdania tworzące ów kontekst literacki. Jeżeli zaś nie wiadomo co oznacza to pierwotne zdanie, skąd mielibyśmy wiedzieć co oznaczają wszystkie inne? Nie pomogłoby również, gdybyśmy wiedzieli przez kogo i do kogo zdanie zostało wypowiedziane. Byłoby to pomocne tylko wówczas, gdyby wiadomo było, że osoba ta zwykle wypowiada zdania mające pewnego rodzaju znaczenie, z czego następnie można byłoby wnioskować, że wypowiedzenie pierwotnego zdania w tym kontekście byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby miało ono określone znaczenie, niż gdyby miało znaczyć coś innego. Jeśli dane zdanie stanowi część dłuższego utworu literackiego napisanego przez kogoś, kto zwykle tworzy beletrystykę, prawdopodobnie miało być rozumiane jako beletrystyka. Nie dałoby się jednak określić gatunku zdań zwykle pisanych przez daną osobę, o ile nie dałoby się określić tego gatunku na innej podstawie niż to, kto jest jego autorem. Zatem, ogólnie rzecz biorąc, gdy nie wiemy nic o kontekście zdania, musimy oprzeć się na przypuszczeniu, że znaczy ono to i to, jeśli w ogóle mamy z języka zrozumieć cokolwiek.
Oczywiście, niekiedy zdanie może mieć dwa lub nawet więcej zwyczajnych znaczeń. Zwykle jest tak wówczas, gdy słowo (w sensie symbolu, który wymawia się i pisze w określony sposób) ma dwa zupełnie różne pochodzenia etymologiczne: w języku angielskim zdanie „The bank is just round the corner” ma dwa zwyczajne znaczenia2, ponieważ „bank” może oznaczać brzeg rzeki lub miejsce, w którym wpłaca się pieniądze. Jednak otaczający je kontekst pozwala szybko to rozróżnić, jeśli zawiera zdania, które same w sobie mają tylko jedno czy dwa zwyczajne znaczenia, tak że wypowiedzenie w tym kontekście tego pierwszego zdania ma sens tylko wówczas, gdy posiada ono pewne określone, a nie inne znaczenie. Gdyby natomiast możliwe było dowolne znaczenie, kontekst nigdy nie pozwoliłby go odróżnić.
To jedno jedyne zwyczajne znaczenie zdania, które stwierdza, że ktoś coś „widział” lub gdzieś „poszedł”, czy że pewien mężczyzna i pewna kobieta w określonym dniu zawarli małżeństwo, bądź które mówi coś innego na temat jakiegoś domniemanego przeszłego zdarzenia, jest jego znaczeniem historycznym. Osoba, która je wypowiada lub pisze oświadcza, że coś widziała lub gdzieś poszła, lub że zostało zawarte małżeństwo. To, że to znaczenie historyczne jest znaczeniem zwyczajnym wynika z faktu, że w każdej kulturze ludzie muszą bardzo często wypowiadać takie twierdzenia w trakcie zwykłych rozmów, którym towarzyszy bardzo niewiele oczywistego bezpośredniego kontekstu – na przykład, gdy nie stanowią one części dłuższej rozmowy lub obszernego dzieła literackiego. „Gdzie byłeś wczoraj?” i „Wczoraj pojechałem do Oksfordu” mogą stanowić jedyną wymianę zdań pomiędzy dwoma osobami w danej sytuacji. Gdyby było równie prawdopodobne, że zdania te dotyczą czyjegoś rozwoju duchowego lub intelektualnego na bezpośrednio wcześniejszym etapie („wczoraj”), jak to, że ich sensem jest ich znaczenie historyczne, nie dałoby się na co dzień niczego załatwić.
Obok zasady mówiącej, że o ile pozostałe czynniki się równoważą, należy ufać naszym wspomnieniom, jest to kolejna podstawowa zasada epistemologiczna, zgodnie z którą należy wierzyć w to, co inni mówią nam na temat tego, co zrobili lub zobaczyli – z braku dowodów przeciwnych. Zasadę tę nazywam zasadą świadectwa. Trzeba rozszerzyć ją w taki sposób, aby z braku dowodów przeciwnych zobowiązywała nas ona do przyjęcia, że jeśli ktoś mówi nam, że coś jest tak i tak (np. że Waszyngton jest stolicą Stanów Zjednoczonych), to informację tę powziął z własnego postrzegania lub też ze świadectwa innych osób. Bez tej zasady bardzo niewiele wiedzielibyśmy o świecie. Jasne jest przecież, że większość naszych przekonań na temat świata opiera się na tym, co inni twierdzą, że sami wiedzą z własnego postrzegania lub co, według nich, jest prawdą; przekonania z dziedziny geografii, historii i nauki oraz wszystko inne poza naszym własnym doświadczeniem opiera się na takich właśnie podstawach. Toczy się filozoficzny spór, w który nie ma potrzeby się teraz zagłębiać3, odnośnie do tego, czy — podobnie jak zasada wiarygodności wspomnień — zasada ta obowiązuje apriori, czy też jest to zasada, której prawdziwości dowodzi nasza ogólna wiedza o świecie, do jakiej dostęp mamy poprzez własną pamięć. Nie ulega jednak wątpliwości, że zasada świadectwa ma centralne znaczenie dla wszelkiej wiedzy o świecie, wykraczającej poza nasze bieżące i dotychczasowe doświadczenie. Jak mówiliśmy wyżej, mogą istnieć konkretne dowody na to, że pewni świadkowie lub też świadkowie znajdujący się w określonej sytuacji bądź konkretne zeznania konkretnego świadka są niewiarygodne. Jednak dowody te będą miały moc tylko przy założeniu, że większość pozostałych świadków jest wiarygodna. Wykazanie, że Smith jest świadkiem całkowicie niewiarygodnym w pewnych sprawach, jest możliwe tylko wtedy, gdy możemy oprzeć się na treści zeznań innych świadków na temat tego, co się wydarzyło. Ich wspólne zeznania można przeciwstawić zeznaniom pojedynczego świadka.
Podobnie jak konkretne dowody mogą same z siebie wykazać, że dana część zeznań jest niewiarygodna, mogą także istnieć dodatkowe konkretne dowody wskazujące na prawdziwość danej części zeznań (jak też dowody zaprzeczające wiarygodności tych dowodów). Zeznanie kilku świadków danego zdarzenia sprawia, że jest bardzo prawdopodobne, że to o czym zaświadczają jest prawdą – na tyle, na ile jest prawdopodobne, że są oni niezależnymi świadkami (to znaczy, że nie ma powodu, aby mówili to samo poza tym, że oni sami lub osoby będące ich źródłem informacji były świadkami tego, co wydarzyło się w danym czasie i miejscu). Zaś uroczyste stwierdzenie, że świadek „naprawdę” widział dane wydarzenie „na własne oczy” i zapewnia lub przysięga, że jego świadectwo jest prawdziwe, stanowi kolejny powód do uznania, że tak jest: pokazuje ono zarówno, że to, co uznajemy za świadectwo, rzeczywiście nim jest, jak i że nie zostało złożone przypadkowo. Z kolei zeznania jednego świadka w sprawie zeznań innego świadka (lub zeznania sugerujące, że pierwszy świadek opiera się na informacjach uzyskanych od innego świadka), który twierdzi, że widział jakieś wydarzenie, należy uznać za słabszy dowód na to, co rzekomo miało się wydarzyć, niż zeznania świadka, który twierdzi, że sam to wydarzenie widział.
Podczas gdy istnieją lub mogą istnieć powody apriori dla uznania wspomnień i zeznań za wiarygodne, to że poszlaki materialne dowodzą tego czy owego, podlega ustaleniu w drodze badań empirycznych. To, że odciski palców zgodne z liniami papilarnymi Jonesa stanowią (mocny) dowód na to, że Jones dotknął palcami miejsca, w którym się one znajdują, wynika z teorii, zgodnie z którą palce pozostawiają odciski unikalnie charakterystyczne dla ich właściciela, potwierdzonej w XIX wieku w oparciu o bardzo obszerny materiał dowodowy. Sam ten materiał dowodowy jest dla nas dostępny na podstawie (pisemnego lub ustnego) świadectwa tych, którzy go badali. To, że dany dowód materialny (a) dowodzi tego czy owego (b), podlega ustaleniu w drodze rozumowania indukcyjnego (tzn. jako coś, co wynika lub jest uprawdopodobnione przez teorię, którą z kolei uprawdopodabniają inne dowody). Trzeba wykazać, że a prawdopodobnie nie wydarzyłoby się, gdyby b nie miało miejsca, to zaś możliwe jest jedynie, pod warunkiem że a prawdopodobnie nie wydarzyłoby się, gdyby b, lub jakaś przyczyna b, nie spowodowało a. Aby zaś to wykazać, konieczna jest teoria mówiąca o tym, co jest przyczyną czego. Teorię, która coś wyjaśnia, uprawdopodobniają dane z obserwacji, o ile jest ona prosta oraz o ile istnieje wiele danych, z których wszystkie teoria ta przewiduje (tzn. których wystąpienie jest prawdopodobne w świetle tej teorii), oraz o ile żadna inna teoria nie jest prosta i nie każe nam spodziewać się tych właśnie danych (w świetle ewentualnych „dowodów drugoplanowych”, do których wkrótce przejdziemy).4 Ponadto, nie mogą występować żadne dane (wyjąwszy zastrzeżenie, o którym za chwilę), których niewystąpienia każe się nam ona spodziewać.
Domniemane wspomnienia, zeznania świadków oraz poszlaki materialne często stanowią dowód pewnych innych rzeczy, które z kolei stanowią dowód interesującej nas kwestii – na przykład tego, że Jones obrabował sejf. Raz jeszcze rzuca się tu w oczy wspomniany powyżej schemat wnioskowania indukcyjnego. Powiedzmy, że dwóch świadków zeznało, że Jones znajdował się w okolicy, w której dokonano kradzieży, w czasie gdy miała ona miejsce; kolejny świadek zeznał, że niedługo potem Jones chwalił się, że wygrał na loterii i ma do wydania dużą kwotę pieniędzy; zaś pracownicy loterii zeznają, że jego wygrana nie miała miejsca. Poszlaki mogą obejmować odciski palców Jonesa na sejfie. Wnioskujemy zatem, że Jones znajdował się we właściwej okolicy, później się chwalił, a wcześniej robił coś przy sejfie. Wnioski te trzeba przyjąć z braku dowodów przeciwnych, które wskazywałyby, że w tym przypadku świadków i odcisków palców nie można uznać za wiarygodne. Na podstawie innych poszlak – na przykład odkrycia dużej części ze skradzionych pieniędzy w garażu, do którego Jones posiada klucz – przechodzimy do skonstruowania teorii wyjaśniającej. Natychmiast narzuca nam się teoria, która każe nam się spodziewać wszystkich tych danych, podczas gdy w przeciwnym razie jednoczesne wystąpienie wszystkich tych danych byłoby niespodziewane – a mianowicie ta prosta teoria, że wszystkie te skutki wywołała jedna osoba. Inną teorią, która również kazałaby nam spodziewać się tych danych z równym prawdopodobieństwem, jest ta, że odciski palców zostały podłożone przez Smitha, pieniądze ukradzione przez Robinsona, który je podrzucił, by zostały następnie podjęte przez Browna i ukryte w garażu, do którego przez przypadek Jones posiada klucz, i tak dalej, aż do wyjaśnienia wszystkich pozostałych danych. Jednakże dane nie przemawiają za tą drugą teorią, ponieważ jest ona skomplikowana, podczas gdy pierwsza teoria jest prosta.
Wszystkie rozpatrywane dotychczas szczegółowe dane „historyczne” są dowodami przyczynowymi w tym sensie, że są to dane spowodowane tym, co wydarzyło się w miejscu i czasie istotnym dla naszego dochodzenia; dane te są skutkami, z których wnioskujemy wstecz do ich przyczyn (lub też do innych skutków ich przyczyn). Tak więc, gdyby Jones okradł sejf, zostawiłby na sejfie swoje odciski palców. Gdyby ktoś widział jak okrada sejf, byłoby to (jak przyjmujemy zgodnie z zasadą świadectwa) jednym z powodów dla których zeznaje, że widział jak okrada sejf. Tu jednak pojawiają się dowody drugoplanowe. Dowody drugoplanowe nie stanowią w nakreślonym tu sensie dowodów przyczynowych, mających znaczenie dla szczegółowej hipotezy historycznej; obejmują one szeroki materiał dowodowy przemawiający za (tzn. uprawdopodabniający) daną teorię lub teorie, mający pewne konsekwencje dla tego, jak prawdopodobne jest na innej podstawie, że zdarzenie tego rodzaju, jak to, które jest przedmiotem domniemania, mogło mieć miejsce. W naszym przykładzie obejmować one będą dowody na zachowanie Jonesa przy innych okazjach, uzasadniające teorię na temat jego charakteru, z której wynikałoby, że jest on lub nie jest osobą, która zwykle okrada sejfy.
Wszystkie tego rodzaju dowody mają znaczenie dla ustalenia, czy jakieś zdarzenie historyczne miało miejsce, zatem należy je ze sobą porównać; najciekawsze zaś konflikty dowodów, jeśli o nas chodzi, mają miejsce wówczas, gdy szczegółowe dowody historyczne wskazują na coś, co w świetle dowodów drugoplanowych jest bardzo mało prawdopodobne. Na przykład, przyjęta przez kogoś teoria fizyczna poparta szerokimi dowodami drugoplanowymi może sugerować, że gwiazdy nie eksplodują, a jednak ten ktoś widzi przez teleskop światła układające się we wzór, który mogły wywołać szczątki eksplodującej gwiazdy (supernowej) i dla którego nie ma innego prostego wyjaśnienia. Albo też weźmy starszy i bardziej szczegółowy przykład XVI-wiecznego duńskiego astronoma Tychona Brahe, który obserwował komety i mierzył ich odległość kątową od różnych gwiazd o różnych porach dnia i nocy przez cały rok. Dowody drugoplanowe w postaci wszystkich dotychczasowych obserwacji nieba, w szczególności ruchów słońca, księżyca i planet w stosunku do Ziemi i w stosunku do „gwiazd stałych”, wskazywały na słuszność arystotelesowsko-ptolemeuszowskiej teorii astronomicznej, zgodnie z którą obszary nieba poza Księżycem zajmowały sfery kryształowe, w których nie zachodziły żadne zmiany i które unosiły Słońce, Księżyc i planety wokół Ziemi. Z obserwacji Tychona wynikało, że komety zmieniają swoje położenie względem gwiazd i planet w ciągu roku w taki sposób, że jeżeli znajdują się w obszarze nieba położonym poza księżycem, a arystotelesowsko-ptolemeuszowska teoria jest słuszna, to musiałyby przebiegać przez sfery kryształowe – co, oczywiście, byłoby niemożliwe. Jeśli natomiast komety znajdowały się w regionie pomiędzy księżycem a Ziemią, powinny wykazywać paralaksę dobową, tzn. skoro Ziemia obraca się w ciągu doby (lub też alternatywnie, skoro wszystkie sfery kryształowe obracają się w ciągu doby wokół Ziemi), komety powinny zmieniać swoje pozorne położenie w ciągu nocy na tle gwiazd. Tycho Brahe posiadał bardzo dokładną aparaturę, dzięki której byłby w stanie wykryć paralaksę dobową. Zaobserwował jednak brak takiej paralaksy. Zatem, szczegółowe dowody historyczne w postaci względnego położenia komet w ciągu roku, przy jednoczesnym braku paralaksy dobowej, były takie, jakich należałoby się spodziewać, gdyby komety poruszały się w regionie poza Księżycem, w przeciwnym zaś razie nie mogłyby mieć miejsca.5 Jeżeli zachodzi konflikt dowodów historycznych z dotychczasową teorią, to albo dotychczasowa teoria jest fałszywa, bądź, w większym zawężeniu, zachodzi odosobniony wyjątek od niej, albo też dowody historyczne są mylące. Oczywiście, w tym przykładzie to dotychczasowa teoria ostatecznie okazała się błędna (w świetle nowej teorii popartej obszernymi nowymi dowodami, którymi uzupełniono dotychczasowe).
1 Obszerniejsze omówienie można znaleźć w mojej książce Revelation: From Metaphor to Analogy, Clarendon Press, 1992, część I.
2 „Bank jest tuż za rogiem” lub „Brzeg (rzeki) jest tuż za rogiem.” – (przyp. tłum.).
3 Omówienie tej kwestii można znaleźć w Epistermic Justificatian mojego autorstwa, Clarendon Press, 2001, s. 123–7.
4 Szczegółowe omówienie kryteriów, według których ocenia się, kiedy dowody uprawdopodabniają daną hipotezę, można znaleźć w tamże, rozdz. 4.
5 Dokładniejsze omówienie odkrycia Tychona oraz jego znaczenia można znaleźć np. w: S. Sambursky, The Physical World of the Greeks, Routledge & Kegan Paul, 1956, s. 218–220; oraz w: T.S. Kuhn, The Copernican Revolution, Random House, 1957, s. 206–209.
