Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zly - Leopold Tyrmand

Książka – legenda. Najpoczytniejszy kryminał napisany w czasach PRL-u. A tak naprawdę niezwykle inteligentnie opis Polski Ludowej, przebrany w strój ni to kryminału, ni to romansu, ni to westernu. Zaczyna się od tajemniczych napadów. Z tym, że wszyscy atakowani – to bandziory. Ludowa milicja staje na głowie, by dostać jedynego sprawiedliwego, szeryfa bez twarzy, który sprawia, że ludzie zaczynają się czuć bezpieczni. Podziemny światek Warszawy rusza na wojnę. Bohater ma tylko jeden znak rozpoznawczy, niezwykłe, świetliste spojrzenie. A dodatkowo w tle historia miłosna, której osią jest Marta Majewska, niechcący wciągnięta w przestępcze życie Warszawy.

Opinie o ebooku Zly - Leopold Tyrmand

Cytaty z ebooka Zly - Leopold Tyrmand

Wszyst­kie po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje oraz dia­lo­gi wy­stę­pu­ją­ce na kar­tach po­niż­szej opo­wie­ści są fik­cyj­ne i nie mają żad­nych kon­kret­nych od­po­wied­ni­ków w re­al­nym ży­ciu. Są zwy­kłym two­rem imaginacji
Uczynił typowy warszawski gest określający wymownie, za pomocą lekkiego uderzenia nasadą dłoni w czoło, jak wielkie znaczenie w życiu ma kartezjańska zasada „Myślę, więc jestem”, upowszechniona w Warszawie przy użyciu dewizy: „Czaszka pracuje”.

Fragment ebooka Zly - Leopold Tyrmand

Co­py­ri­ght © 2011, Mary El­len Tyr­mand

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw

ISBN: 978-83-7779-091-5

Ko­rek­ta: Bal­ta­zar

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Skład i ła­ma­nie: Ja­cek An­to­niuk

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­je­mu ro­dzin­ne­mu mia­stu– War­sza­wie

AU­TOR

Wszyst­kie po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje oraz dia­lo­gi wy­stę­pu­ją­ce na kar­tach po­niż­szej opo­wie­ści są fik­cyj­ne i nie mają żad­nych kon­kret­nych od­po­wied­ni­ków w re­al­nym ży­ciu. Są zwy­kłym two­rem ima­gi­na­cji.

Le­opold Tyr­mand

Oso­by, któ­re sty­ka­ły się bez­po­śred­nio lub po­śred­nio ze ZŁYM w po­cią­gach pod­miej­skich, tram­wa­jach, au­to­bu­sach, tro­lej­bu­sach, ba­rach mlecz­nych, knaj­pach, noc­nych lo­ka­lach, na dan­sin­gach, w re­stau­ra­cjach, za­kła­dach zbio­ro­we­go ży­wie­nia, bu­fe­tach sta­cyj­nych, ka­wiar­niach, na uli­cach War­sza­wy, pla­cach, skwer­kach, mo­stach, dwor­cach ko­le­jo­wych, przy­stan­kach tram­wa­jo­wych, tar­go­wi­skach, ba­za­rach, Ko­szy­kach, „ciu­chach”, przed ki­na­mi, sta­dio­na­mi spor­to­wy­mi, ap­te­ka­mi, śli­zgaw­ka­mi, w skle­pach, w do­mach to­wa­ro­wych, w warsz­ta­tach sa­mo­cho­do­wych, w ga­ra­żach i reszt­kach ruin, i wszę­dzie in­dziej:

Mar­ta Ma­jew­ska – se­kre­tar­ka

Wi­told Hal­ski – le­karz

Edwin Ko­lan­ko – dzien­ni­karz

Ju­liusz Ka­lo­dont – kio­skarz

Eu­ge­niusz Śmi­gło – szo­fer MPK

Fry­de­ryk Kom­pot – cu­kier­nik

Mi­chał Dziar­ski – po­rucz­nik MO

Jo­nasz Drob­niak – bu­chal­ter

Fi­lip Me­ry­nos – pre­zes spół­dziel­ni „Wo­re­czek”

Anie­la – słu­żą­ca

Ro­bert Kru­szy­na – były bok­ser

Al­bert Wil­ga – in­ży­nier

Je­rzy Me­te­or – hochsz­ta­pler

Oby­wa­tel Ku­dła­ty – herszt

Ku­buś Wi­rus – re­por­ter

Wie­sław Mech­ciń­ski – ło­buz

Lowa Zyl­bersz­tajn – dzia­łacz spor­to­wy

Olim­pia Szu­war – ko­bie­ta do­rod­na przed czter­dziest­ką

Jó­zef Siup­ka – ko­le­jarz

Ha­waj­ka – bu­fe­to­wa

Fran­ci­szek Życz­li­wy – ogrod­nik

An­to­ni Pa­jąk – li­sto­nosz

Sza­ja – drań

Me­fi­sto­fe­les Dziu­ra – fry­zjer

Roma Le­opard – par­kie­cia­ra, czy­li ko­ciak

Ze­non – ho­ke­ista

Edward Łom – bi­le­ter

Zo­fia Chwa­ła – sę­dzia

Jan Wcze­śniak – urzęd­nik

Ju­suf Ali Chas­sar – Egip­cja­nin

Ki­twa­szew­ski – me­cha­nik

Ma­cie­jak – star­szy sier­żant MO

Meto – ban­dzior

Izy­dor Tka­czyk – kra­wiec

Klu­siń­ski – wy­wia­dow­ca

Dok­tor Dzi­dzia­szew­ski – gi­ne­ko­log

Sio­stra Le­oka­dia – pie­lę­gniar­ka

Pa­ciuk – maj­ster

i wie­lu, wie­lu in­nych.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Je­stem ład­na – po­my­śla­ła Mar­ta Ma­jew­ska, uj­rzaw­szy się w lu­strze. Ap­te­ka mia­ła sta­re, wy­peł­nio­ne me­blo­wą po­li­tu­rą wnę­trze. Szu­flad­ki, wie­życz­ki z rżnię­te­go w bej­co­wa­nym drew­nie go­ty­ku, zma­to­wia­łe ze sta­ro­ści bo­aze­rie. I lu­stra; tro­chę wy­szczer­bio­ne, tro­chę zżół­kłe, za szkłem ga­blot w łu­ko­wych, niby ro­mań­skich opra­wach – wszę­dzie lu­stra. Chy­ba je­stem ład­na? – za­sta­na­wia­ła się Mar­ta, gdy skrę­co­ny w śli­mak, na­bi­ty ludź­mi ogo­nek wy­pchnął ją tuż przed ladę, za któ­rą były lu­stra. – To bzdu­ra – po­wie­dzia­ła nie­mal szep­tem – jaka tam ład­na? Przy­jem­na i tyle. Zno­śna. W lu­strze wi­dać było nie­wy­so­ką po­stać, szczu­płą twarz z za­dar­tym no­skiem, ciem­no­blond wło­sy, któ­rych nie­re­gu­lar­nie a mod­nie roz­rzu­co­ne ko­smy­ki wy­my­ka­ły się spod zgrab­ne­go czar­ne­go be­re­tu. Mam za duże usta i za ja­sne brwi. Głu­pia! O czym my­śli. Mimo woli uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc rów­ne, bia­łe zęby, i wte­dy twarz jej na­bra­ła ja­kiejś ja­snej, tkli­wej we­so­ło­ści, ja­kie­goś uj­mu­ją­ce­go cie­pła. Ory­gi­nal­na – oto wła­ści­we – sło­wo – za­kon­klu­do­wa­ła z sa­tys­fak­cją – nie ład­na, żad­na tam pięk­ność, ale ory­gi­nal­na… – Za­raz też do­da­ła: – Nie­wiel­ka sztu­ka być ory­gi­nal­ną w tym tłu­mie za­gry­pio­nych, kasz­lą­cych, za­ka­ta­rzo­nych, oku­ta­nych w chust­ki i sza­li­ki klien­tów ap­te­ki.

Ko­lej­ka przed­sta­wia­ła wi­dok przy­gnę­bia­ją­cy. Ta po­go­da… – my­śla­ła Mar­ta z naj­wyż­szą nie­chę­cią. Za okna­mi za­ci­nał deszcz ze śnie­giem, plac Trzech Krzy­ży to­nął w bło­cie, w mi­go­tli­wym, męt­nym świe­tle roz­chy­bo­ta­nych wy­so­ko lamp, otu­lo­nych brud­nym we­lo­nem sło­ty. Co chwi­la ktoś mo­kry, pa­ru­ją­cy wil­go­cią i zim­nem, wci­skał się do cie­płej, prze­peł­nio­nej ap­te­ki. Por­ce­la­no­we sło­iki z czar­ny­mi skró­ta­mi ła­ciń­skich nazw, rów­ne ema­lio­wa­ne ta­blicz­ki na szu­flad­kach bu­dzi­ły sym­pa­tię i za­ufa­nie. Tu była po­moc prze­ciw wi­chrom i gry­pom, prze­ciw doj­mu­ją­ce­mu zim­nu i przej­mu­ją­cej dresz­czem wil­go­ci. – Her­ba ru­tae… – prze­czy­ta­ła ci­chut­ko Mar­ta. Znów się uśmiech­nę­ła. – Ma­gia ap­te­ki… Ta­jem­ni­cze ła­ciń­skie sło­wa, ozna­cza­ją­ce zwy­kłą tra­wę… Za­czę­ła czy­tać przy­szpi­lo­ne plu­skiew­ka­mi na­pi­sy: „Ci­ba­sol tyl­ko na re­cep­ty le­kar­skie” – ogła­sza­ła Na­czel­na Izba Ap­te­kar­ska; „Tu sprze­daż od­ręcz­na”. Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka po dru­giej stro­nie lady li­czy­ła bły­ska­wicz­nie ko­lu­mien­ki ma­łych cy­fe­rek na re­cep­tach. My­śli Mar­ty po­wę­dro­wa­ły do domu. Bied­na mama, tak ją w nocy bo­la­ło… – To wy­cze­ki­wa­nie w nie­koń­czą­cym się ogon­ku nu­ży­ło. – Tyle dziś do ro­bo­ty, a chcia­ła­bym się spo­tkać jesz­cze z Ze­no­nem.

Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka au­to­ma­tycz­nym ru­chem wy­ję­ła Mar­cie re­cep­tę z ręki. – Bi­la­mi­du nie ma. Eks­trakt z czar­nej rzod­kwi wy­co­fa­ny z le­ko­spi­su… – po­wie­dzia­ła szyb­ko, po czym otwo­rzy­ła ja­kiś sko­ro­widz i cze­goś szu­ka­ła. – To… może jest coś za­stęp­cze­go? – bąk­nę­ła Mar­ta za­sko­czo­na. – Jest. Iso­chol za­miast bi­la­mi­du. I sok z dziu­raw­ca albo cho­le­sol. Ale musi pani przy­nieść nową re­cep­tę albo za­pła­cić peł­ną cenę. – Co za pech! – rze­kła ci­cho Mar­ta. – Ci le­ka­rze – sark­nę­ła ja­kaś ko­bie­ta w opa­tu­lo­nym sza­li­kiem ka­pe­lu­szu, tuż za Mar­tą – za­pi­su­ją le­kar­stwa, któ­rych nie ma w ap­te­kach… – Pro­szę pani… – za­czę­ła Mar­ta, ale nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Sta­nął jej w gło­wie cały ko­ło­wrót od nowa: zwol­nie­nie z pra­cy dla mat­ki, skie­ro­wa­nie do ośrod­ka zdro­wia, cze­ka­nie go­dzi­na­mi na le­ka­rza re­jo­no­we­go, nie­uda­na rand­ka z Ze­no­nem. Na wy­kup spe­cy­fi­ków bez re­cep­ty nie star­czy mi z pew­no­ścią pie­nię­dzy. – Tyle za­cho­du… – szep­nę­ła zno­wu, po czym do­da­ła gło­śniej:

– Ile to bę­dzie kosz­to­wać bez re­cep­ty, pro­szę pani? – Far­ma­ceut­ka wy­mie­ni­ła cenę. Z tyłu ko­lej­ki ktoś po­wie­dział cał­kiem gło­śno: – Co tak dłu­go? Nie moż­na tak dłu­go za­ła­twiać jed­nej oso­by… – Pro­szę pani, mama… – za­czę­ła Mar­ta. Ze zmę­czo­nej twa­rzy, spod si­wych, schlud­nie upię­tych wło­sów spoj­rza­ły na nią prze­lot­nie by­stre oczy far­ma­ceut­ki. – To dla pani? – spy­ta­ła. – Nie – rze­kła szyb­ko Mar­ta – dla mo­jej mat­ki. Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy. – Far­ma­ceut­ka zde­cy­do­wa­nym ru­chem ołów­ka prze­kre­śli­ła na­zwy le­ków na re­cep­cie i wpi­sa­ła nowe, po czym wy­pi­sa­ła kwit ka­so­wy. Mar­ta uśmiech­nę­ła się z wdzięcz­no­ścią. Coś na kształt uśmie­chu roz­luź­ni­ło sku­pio­ną twarz far­ma­ceut­ki. Po­wie­dzia­ła: – Kto na­stęp­ny, pro­szę… – Tak już było, że uśmiech Mar­ty bu­dził uśmiech na twa­rzach in­nych lu­dzi na za­sa­dzie ja­kie­goś cza­ro­dziej­skie­go me­cha­ni­zmu.

Za­mknę­ła za sobą drzwi ap­te­ki i sta­ła przez chwi­lę na pro­gu. Wi­cher, śnieg, deszcz, bło­to, mżą­ce, nie­pew­ne świa­tło, gę­sta maź lu­to­we­go wie­czo­ru, w któ­rej lu­dzie bie­gną szyb­ko, ucie­ka­jąc przed tym, co jest w po­wie­trzu, tło­czą się do tram­wa­jów, spie­szą się, nie pa­trząc na ni­ko­go. Dłu­gi rząd sku­lo­nych po­sta­ci drep­tał w błot­ni­stej pap­ce tro­tu­aru, cze­ka­jąc na 113, nie­co da­lej taki sam sze­reg wy­pa­try­wał nie­cier­pli­wie żo­li­bor­skie­go au­to­bu­su. Mar­ta szyb­kim kro­kiem, prze­cho­dzą­cym nie­mal w bieg, ru­szy­ła w stro­nę Wiej­skiej.

Kie­dy i jak to się sta­ło, tego nie po­tra­fi­ła­by w pierw­szej chwi­li po­wie­dzieć. W tej sa­mej se­kun­dzie oczy wy­peł­ni­ły jej się łza­mi i gry­zą­cy żal za­lał jej ser­ce. Tyle tru­du, tyle sta­rań, ta­kie po­trzeb­ne, ta­kie strasz­nie po­trzeb­ne… – kłu­ły szpil­ki bez­sil­nej go­ry­czy. Oby­dwa fla­ko­ny le­ża­ły roz­bi­te na bru­ku; z jed­ne­go są­czył się płyn, z dru­gie­go wy­sy­pa­ły się i zmie­sza­ły z bło­tem ta­blet­ki.

To była pierw­sza re­ak­cja. Na­stęp­ną była wście­kłość, a chwi­lę po­tem prze­ra­że­nie.

– Spo­koj­nie, ko­cha­na… Złość pięk­no­ści szko­dzi… – se­ple­nił wy­so­ki wy­ro­stek, za­ta­cza­ją­cy się z lek­ka. Miał tłu­ste blond wło­sy, spo­co­ną twarz i roz­pię­tą na szyi bar­cha­no­wą ko­szu­lę. To on gwał­tow­nym ru­chem wy­trą­cił jej fla­ko­ny z ręki. Przy­pa­dek, za­czep­ka czy nie­uwa­ga, któ­rej win­na jest po­go­da, bło­to, po­śpiech? Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – fa­cet był pi­ja­ny. I nie był sam. Obok za­śmie­wał się ni­ski, gru­zło­wa­ty chło­pak w let­nim płasz­czu.

– Zwa­rio­wał pan!… Jak pan cho­dzi?… Pro­szę się od­su­nąć!… – za­wo­ła­ła Mar­ta. Wy­so­ki usi­ło­wał ją ob­jąć.

– Po co ten krzyk, ko­le­żan­ko?… Po­zbie­ra się, oczy­ści… he, he, he! – za­śmie­wał się gru­zło­wa­ty, wgnia­ta­jąc bu­tem ta­blet­ki w brud­no­czar­ną maź.

Z po­bli­skie­go ogon­ka do 116 za­czę­li się od­wra­cać lu­dzie. Paru prze­chod­niów przy­sta­nę­ło w pew­nej od­le­gło­ści.

– Co pan zro­bił z le­kar­stwem?!… Mi­li­cja!… – za­czę­ła krzy­czeć Mar­ta. Żal, złość i oba­wa dy­go­ta­ły w jej gło­sie. Czu­ła woń nie­my­te­go cia­ła i brud­ne­go ubra­nia na­pie­ra­ją­ce­go na nią wy­rost­ka.

Od od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o trzy kro­ki kio­sku „Ru­chu” ode­rwa­ła się ja­kaś po­stać. Był bez czap­ki, no­sił wel­we­to­wą, roz­pię­tą kurt­kę. Jed­nym sko­kiem do­padł do wy­so­kie­go i Mar­ty. Wo­kół nich na­ra­stał tłum nie­pew­ny, ciem­ny, nie­wy­raź­ny jak po­go­da.

– Mie­tek! Gub się! Po co ten ha­łas… – Pchnął wy­so­kie­go w bok, po czym szyb­kim, bez­czel­nym ge­stem ujął Mar­tę za pod­bró­dek i bru­tal­nie po­de­rwał jej gło­wę do góry.

– Sio­stro! – rzu­cił przez zęby. – Sio­strzycz­ko… Uwa­żaj, jak cho­dzisz… Sły­szysz!… Nie ła­duj się na spo­koj­nych lu­dzi, bo bę­dziesz pła­kać!… A te­raz…

– No, tak… – do­dał szyb­ko ni­ski gru­zło­wa­ty – wpa­ko­wa­ła się na ko­le­gę jak tor­pe­da i ma żal…

– Sam wi­dzia­łem – rzu­cił ktoś z tłu­mu, zbie­ra­ją­ce­go się bli­żej wo­ko­ło – ta pani bie­gła jak sza­lo­na…

– Wia­do­mo – tłum oży­wił się – mło­dy chło­pak za­ba­wił się… trze­ba mu dać dro­gę…

– Nie­praw­da! – za­grzmia­ło na­raz z boku.

Z kio­sku wy­chy­la­ła się czer­stwa twarz, zdob­na w siwy, su­mia­sty wąs i uwień­czo­na pięk­ną ma­cie­jów­ką z lśnią­cym dasz­kiem.

– Nie­praw­da, pro­szę pań­stwa! Ten ło­buz wi­nien! Wszyst­ko do­brze wi­dzia­łem! Za­cze­piał, szcze­niak, wy­trą­cił tej pani!… Ja bym cie­bie, dra­niu… – Z okien­ka wy­nu­rzy­ła się su­cha, ko­ści­sta pięść, gro­żą­ca wy­so­kie­mu wy­rost­ko­wi.

– Dzia­dziu – rzekł ni­ski, opie­ra­ją­cy się łok­cia­mi o kiosk – za­mknij japę, do­brze?…

– Co te­raz bę­dzie?! – za­wo­ła­ła Mar­ta.

Głos się jej ła­mał, nie mo­gła ode­rwać oczu od spo­nie­wie­ra­nych le­karstw.

– Oje­jej… Żeby tacy chłop­cy! Jak to moż­na… – po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło ja­kaś ko­bie­ci­na w chu­st­ce.

– A pani co? – szarp­nął się ku niej ten w wel­we­to­wej kurt­ce. – Do domu! Ka­le­so­ny prać! Już…

Na­gle zwi­nął się nie­ocze­ki­wa­nie, gwizd­nął prze­szy­wa­ją­co przez zęby, pchnął z ca­łej siły Mar­tę na kiosk, roz­trą­cił pierw­szych z brze­gu i krzyk­nął:

– Chło­pa­ki! Cho­du!…

To, co na­stą­pi­ło te­raz, było ro­dza­jem snu, sen ten prze­śni­ło kil­ka­na­ście osób w cią­gu ułam­ka se­kun­dy. Kie­dy prze­tar­li oczy – było już po wszyst­kim. W bło­cie tro­tu­aru le­żał wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce, krwa­wiąc ob­fi­cie. Mały gru­zło­wa­ty klę­czał pod kio­skiem, trzy­ma­jąc się obu­rącz za gło­wę. Pod­no­sił się po­wo­li, spoj­rzał błęd­nym wzro­kiem cięż­ko po­bi­te­go czło­wie­ka, za­to­czył się, spiął wszyst­kie siły i za­czął ucie­kać w stro­nę ko­ścio­ła św. Alek­san­dra. Pi­ja­ny znikł gdzieś bez śla­du. Tłum ock­nął się, za­ko­ły­sał, za­czę­to wo­łać ze wszyst­kich stron: – Po­go­to­wie! Mi­li­cja! Czło­wiek ran­ny!… – Ktoś po­mógł pod­nieść się Mar­cie, któ­ra od­dy­cha­ła cięż­ko. Od stro­ny Wiej­skiej bie­gło dwóch mi­li­cjan­tów.

W dy­żur­ce po­go­to­wia za­brzmiał te­le­fon. Sio­stra pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– Tak. Po­go­to­wie. Któ­ry ko­mi­sa­riat? Trzy­nast­ka. Do­brze. Za­raz spraw­dzę, pro­szę po­ło­żyć słu­chaw­kę.

Roz­łą­czy­ła się, spoj­rza­ła na ta­bli­cę z wy­ka­zem ko­mi­sa­ria­tów i wy­krę­ci­ła nu­mer. Po­ło­ży­ła słu­chaw­kę, pod­nio­sła dru­gą.

– Am­bu­la­to­rium? Tu dy­żur. Wzy­wa trzy­na­sty ko­mi­sa­riat. Ma u sie­bie ran­ne­go czło­wie­ka. Kto je­dzie? Dok­tor Hal­ski. Do­sko­na­le.

Z oszklo­nej ka­bi­ny dy­żur­ki wi­dać było hol i ko­ry­ta­rze. Sio­stra dy­żur­na na­ci­snę­ła dzwo­nek. Z po­ko­ju szo­fe­rów wy­sko­czył ktoś i wy­padł na dzie­dzi­niec, po czym roz­legł się szum za­pusz­cza­ne­go mo­to­ru. W głę­bi ko­ry­ta­rza uka­za­ła się wy­so­ka, szczu­pła po­stać w bia­łym ki­tlu pod samą szy­ję i w na­rzu­co­nym na ra­mio­na płasz­czu. Obok szła otu­lo­na w ko­żuch pie­lę­gniar­ka. Le­karz uśmiech­nął się do sio­stry dy­żur­nej. – Psia po­go­da – po­wie­dział i do­dał: – Sio­stro, pro­szę mnie szyb­ko po­łą­czyć z re­dak­cją „Expres­su Wie­czor­ne­go”. – Sio­stra dy­żur­na wy­krę­ci­ła nu­mer i po­da­ła le­ka­rzo­wi słu­chaw­kę.

– Re­dak­cja „Expres­su”? Czy mógł­bym mó­wić z re­dak­to­rem Ko­lan­ko? Dzię­ku­ję.

Krót­ką chwi­lę cze­kał, bęb­niąc smu­kły­mi pal­ca­mi po szy­bie. W słu­chaw­ce ode­zwał się sym­pa­tycz­ny mę­ski głos:

– Tu Ko­lan­ko. Słu­cham.

– Dok­tor Hal­ski. Do­bry wie­czór, pa­nie re­dak­to­rze. Dzwo­nię zgod­nie z przy­rze­cze­niem. Pro­szę za­raz przy­je­chać do trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu. Na Wiej­ską.

– Wspa­nia­le. A więc są­dzi pan, że… znów?

– Nie wiem nic na pew­no. W każ­dym ra­zie ja­kaś bój­ka ulicz­na i bar­dzo cięż­kie po­bi­cie czy na­wet go­rzej, już tam jadę.

– Dzię­ku­ję. Je­stem za dzie­sięć mi­nut na miej­scu.

Dok­tor Hal­ski po­ło­żył słu­chaw­kę. Uśmiech­nął się raz jesz­cze do sio­stry dy­żur­nej. – Może coś sio­strze przy­wieźć z mia­sta? – spy­tał. – Mamy jesz­cze całą noc przed sobą… – Miał miłą, mło­dą twarz i spo­koj­ne oczy. – Dzię­ku­ję – od­par­ła sio­stra dy­żur­na – ni­cze­go nie po­trze­bu­ję. Po­wo­dze­nia. – Dok­tor Hal­ski spoj­rzał na wiel­ki, elek­trycz­ny ze­gar: była siód­ma dwa­dzie­ścia.

Wsiadł szyb­ko do ni­skiej, sza­rej sko­dy z żół­tym krzy­żem na drzwicz­kach. Mały wóz wy­pry­snął w za­snu­tą desz­czo­wą za­mie­cią Hożą, prze­ciął Mar­szał­kow­ską. Szo­fer włą­czył sy­re­nę, prze­chod­nie za­czę­li przy­sta­wać, oglą­dać się.

Na­wet naj­sło­necz­niej­szy opty­mi­sta nie na­zwa­ła­by trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu miej­scem ra­do­snym. Spra­wiał ra­czej wra­że­nie po­nu­re, na co skła­da się tak­że fakt, że mie­ścił się na par­te­rze sta­rej, moc­no nad­szarp­nię­tej przez woj­nę ka­mie­ni­cy, w po­ko­jach wy­so­kich i ciem­nych, któ­rym na­wet co­dzien­ne ma­lo­wa­nie nie ode­bra­ło­by brud­no­sza­rej at­mos­fe­ry wie­ją­cej z odra­pa­nych ścian.

Dok­tor Hal­ski wszedł pew­nym kro­kiem i od razu skie­ro­wał się do smut­nej ław­ki, na któ­rej spo­czy­wał kształt ludz­ki na­kry­ty wel­we­to­wą kurt­ką. To samo – po­my­ślał szyb­ko – iden­tycz­nie to samo. Spraw­nie od­gar­nął zmię­ty, mo­kry sza­lik, nie­chluj­ną, lep­ką od krwi chust­kę do nosa i pro­wi­zo­rycz­nie za­ło­żo­ny opa­tru­nek z waty. Szyb­ki­mi pal­ca­mi ob­szu­kał kość szczę­ko­wą: była nie­na­ru­szo­na. Przy drzwiach po­wstał szmer, sto­ją­cy przy nich mi­li­cjant usi­ło­wał za­trzy­mać ja­kie­goś pana w zsu­nię­tym na tył gło­wy ka­pe­lu­szu. Pan ten po­wie­dział: – Pra­sa… – i oka­zał coś mi­li­cjan­to­wi, któ­ry usu­nął się z przej­ścia. Dok­tor Hal­ski po­wie­dział: – Sio­stro, su­ro­wi­cę prze­ciw­tęż­co­wą. Gazę, ban­da­że… – Pie­lę­gniar­ka już mia­ła w ręku wy­go­to­wa­ną strzy­kaw­kę, nie­zmier­nie szyb­ko i ce­lo­wo wyj­mo­wa­ła przy­bo­ry z tor­by. Gdy Hal­ski pod­niósł peł­ną strzy­kaw­kę, wzrok jego padł na twarz le­żą­ce­go. Wśród smug wy­tar­tej krwi i si­nia­ków tkwi­ły czuj­ne, przy­tom­ne oczy. Hal­ski po­chy­lił się nad ob­na­żo­nym ra­mie­niem i po­czuł wy­raź­ną woń al­ko­ho­lu w od­de­chu ran­ne­go. Wszyst­ko tak samo, wszyst­ko się zga­dza… – po­my­ślał i wbił igłę. Pie­lę­gniar­ka prze­my­wa­ła dol­ną szczę­kę wodą utle­nio­ną. Hal­ski szyb­ko i bez­li­to­śnie zde­zyn­fe­ko­wał ranę, ran­ny skur­czył się z bólu i za­wo­łał: – Auuu!… – Pie­lę­gniar­ka po­sy­pa­ła so­wi­cie su­lia­mi­don, krew zmie­sza­ła się z żół­tym prosz­kiem.

Do Hal­skie­go pod­szedł mło­dy sier­żant mi­li­cji o twar­dej, nie­ogo­lo­nej twa­rzy, w na­rzu­co­nym na ple­cy sza­ro­nie­bie­skim wa­cia­ku, i dzien­ni­karz. Dzien­ni­karz był moc­no zbu­do­wa­ny, za­gię­te w dół ron­do mod­ne­go ka­pe­lu­sza wi­sia­ło mu nad czo­łem. Po­wie­dział:

– No i co?

– To samo – rzekł Hal­ski.

– Co… To samo? – spy­tał sier­żant.

– Nie­zwy­kle sil­ne ude­rze­nie w szczę­kę, tak zwa­ny up­per-cut w ję­zy­ku pię­ściar­skim, cios pod­bród­ko­wy. W do­dat­ku wzmoc­nio­ny czymś me­ta­lo­wym, ma­łym ka­ste­tem albo du­żym pier­ścion­kiem. Oczy­wi­ście, po­szar­pa­ne żyły w po­bli­żu tęt­ni­cy szyj­nej i prze­ły­ku, oko­li­ca bar­dzo de­li­kat­na, ukrwio­na, stąd bar­dzo ob­fi­ty krwo­tok. Ale nic groź­ne­go; w grun­cie rze­czy kość cała, prze­łyk nie uszko­dzo­ny.

– A więc to samo? – spy­tał raz jesz­cze dzien­ni­karz.

– Bez wąt­pie­nia – rzekł Hal­ski. – Co pan na to?

– Nic nie ro­zu­miem – ob­ru­szył się sier­żant. – O czym pa­no­wie mó­wią?

– Za­raz – rzekł dzien­ni­karz, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sier­żan­ta. – Za­raz, niech pan po­my­śli….

– Pa­nie – prze­rwał sier­żant. – Kto pan w ogó­le jest?

– Oto moja le­gi­ty­ma­cja – po­dał mu dzien­ni­karz. – Pa­nie dok­to­rze, to wte­dy…

– Re­dak­tor Edwin Ko­lan­ko – czy­tał sier­żant. – Kie­row­nik dzia­łu miej­skie­go „Expres­su Wie­czor­ne­go”… – Ze służ­bo­we­go na­wy­ku spoj­rzał na fo­to­gra­fię, po czym prze­niósł wzrok na żywą oso­bę. Ta sama mę­ska, ener­gicz­na twarz, ja­sne oczy i ja­kiś cień po­błaż­li­wej iro­nii w ką­ci­ku ust, co mo­gło zna­mio­no­wać do­broć, tro­chę nie­prze­wi­dzia­ne­go nie­do­łę­stwa lub nie­co bier­ny scep­ty­cyzm.

– Oczy­wi­ście. I to jest naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce. – Dok­tor za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– A więc ta­kie samo ude­rze­nie, taka sama rana? – Dzien­ni­karz spoj­rzał na ran­ne­go. Skądś znam tę twarz… – po­my­ślał.

– Na­le­ży stąd wno­sić, że fa­cet ma świet­ną zna­jo­mość bok­su i coś twar­de­go w ręku. Czyż nie? – Hal­ski uśmiech­nął się z lek­ką drwi­ną.

– Jaki fa­cet? Co za fa­cet? Więc to, że biła za każ­dym ra­zem ta sama ręka, przyj­mu­je pan jako pew­nik? – Dzien­ni­karz szu­kał po kie­sze­niach. Wy­cią­gnął men­to­lo­we, po­czę­sto­wał sier­żan­ta i we­tknął pa­pie­ro­sa w usta ran­ne­go. – Chy­ba mu nie za­szko­dzi? To te zdro­wot­ne… – rzekł do Hal­skie­go. Le­karz ski­nął przy­zwa­la­ją­co i przy­tknął za­pał­kę. Ran­ny za­cią­gnął się chci­wie.

– Tak jest – po­wie­dział Hal­ski.

– Idź­my da­lej. Twier­dzi pan, że ranę po­wo­du­je ro­dzaj ka­ste­tu, a może pier­ścio­nek. Sko­ro wie­my, że pier­ścion­ki nosi się na le­wym ręku…

– …wte­dy bio­rąc pod uwa­gę siłę cio­su – uśmiech­nął się Hal­ski – doj­dzie­my do wnio­sku, że fa­cet jest albo mań­ku­tem, albo żo­na­ty, czy­li nosi pier­ścio­nek na pra­wej dło­ni. Ko­cha­ny re­dak­to­rze, nie tędy dro­ga. Wy­da­je mi się, że me­to­da in­duk­cyj­na w sty­lu nie­za­po­mnia­ne­go Sher­loc­ka Hol­me­sa na nic tu się nie przy­da. To jest war­szaw­ska spra­wa, jak są­dzę: tu na­le­ży szu­kać wy­ja­śnień w pro­ble­mach i tra­dy­cjach na­sze­go mia­sta, w jego na­stro­jach i ko­lo­ry­cie. Sta­ra, kla­sycz­na, de­tek­tyw­na szko­ła za­wo­dzi w ta­kich wy­pad­kach, gubi się w ja­skra­wo­ściach war­szaw­skich sy­tu­acji i war­szaw­skich tem­pe­ra­men­tów.

– O czym pa­no­wie mó­wią, jak pra­gnę zdro­wia? – zde­ner­wo­wał się na do­bre sier­żant. Oczy ran­ne­go bie­ga­ły nie­spo­koj­nie, z naj­wyż­szą uwa­gą.

– Bar­dzo oby­wa­te­la ka­pi­ta­na prze­pra­szam – ode­zwał się ja­kiś głos. Hal­ski, dzien­ni­karz i sier­żant od­wró­ci­li się. Przy ba­rie­rze prze­ci­na­ją­cej po­kój na dwie czę­ści sta­ło trzech męż­czyzn, obok sie­dzia­ła na krze­śle dziew­czy­na. Kil­ku mi­li­cjan­tów tkwi­ło pod ścia­na­mi. – Niech oby­wa­tel ka­pi­tan ze­chce mnie zwol­nić – mó­wił do sier­żan­ta je­den z męż­czyzn, krę­py, w pal­cie z wą­ziut­kim, fu­trza­nym koł­nie­rzem, z tecz­ką pod pa­chą. Sier­żant prze­szedł na dru­gą stro­nę ba­rie­ry i przy­brał po­sta­wę urzę­do­wą. – Za­raz spo­rzą­dzę pro­to­kół – po­wie­dział, sia­da­jąc za biur­kiem. – Oby­wa­te­lu dok­to­rze – zwró­cił się do Hal­skie­go – czy po­szko­do­wa­ny może ze­zna­wać? – Oczy­wi­ście – rzekł Hal­ski. – No, wstań pan. – Ujął ran­ne­go de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo za ra­mię. – Nic już panu nie jest, praw­da? – Jaki tam po­szko­do­wa­ny? – mruk­nął gło­śno sta­ry czło­wiek z si­wym wą­sem, w ma­cie­jów­ce, sto­ją­cy przy ba­rie­rze.

Ran­ny dźwi­gnął się, usiadł, pod­trzy­my­wa­ny przez pie­lę­gniar­kę, nie­pew­nie wstał. Był wy­so­ki i sil­ny, miał na so­bie ta­nią, zmię­tą, gra­na­to­wą dwu­rzę­dów­kę, pod nią brud­ny, zie­lo­ny pu­lo­wer pod szy­ję, z wy­ło­żo­ny­mi ro­ga­mi koł­nie­rzy­ka nie­mi­ło­sier­nie brud­nej, on­giś nie­bie­skiej ko­szu­li. Wy­glą­dał naj­wy­żej na dwa­dzie­ścia lat. Po­chy­lił się ku za­bło­co­ne­mu bu­to­wi z tan­det­nej na­miast­ki za­mszu, z prze­sad­nym ran­tem na no­sku, za­wią­zał sznu­ro­wa­dło. Skąd ja znam tę twarz? – po­my­ślał znów dzien­ni­karz. – Gdzie mi mi­gnę­ła? Ma ład­ne zie­lo­ne oczy, ale ja­kieś krzy­we, złe. Ile ta­kich twa­rzy prze­su­wa się co­dzien­nie przez dwor­ce pod­miej­skie, domy to­wa­ro­we, czwar­to­rzęd­ne ja­dło­daj­nie… – Po­zwo­li­cie, oby­wa­te­lu sier­żan­cie – rzekł dzien­ni­karz – że zo­sta­nie­my z dok­to­rem przy prze­słu­cha­niu? – Pro­szę bar­dzo – rzekł sier­żant, ale nie spra­wiał wra­że­nia zbyt­nio za­do­wo­lo­ne­go.

– Ja nic nie wi­dzia­łem – mó­wił po po­da­niu na­zwi­ska i ad­re­su krę­py z koł­nie­rzem, na któ­ry nie star­czy­ło fu­tra – ja mam żonę i dzie­ci i je­stem strasz­nie zmę­czo­ny. Wie pan, oby­wa­te­lu sier­żan­cie, cały dzień w biu­rze. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su, ci pań­stwo za­czę­li się kłó­cić, pod­sze­dłem bli­żej. A po­tem się wszyst­ko ja­koś skłę­bi­ło, ten deszcz ze śnie­giem, pro­sto w oczy… i już ten pan le­żał na zie­mi. Zda­je się, że go ktoś kop­nął jesz­cze kil­ka razy, ale kto, to nie wiem, nie wi­dzia­łem… – Mo­że­cie iść do domu, oby­wa­te­lu – rzekł sier­żant, pi­sząc szyb­ko. – Na­stęp­ny. Kto na­stęp­ny?

– To było olśnie­wa­ją­ce – za­czął mło­dy czło­wiek w oku­la­rach, zbli­ża­jąc się do ba­rie­ry. – Na­zy­wam się Mar­czak Ana­tol, je­stem stu­den­tem po­li­tech­ni­ki, miesz­kam na Żo­li­bo­rzu. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su. Wi­dzia­łem, jak ta pani zo­sta­ła za­cze­pio­na w or­dy­nar­ny spo­sób przez trzech dra­bów. Wy­glą­da­li na pi­ja­nych, jed­nym z nich jest ten oto, dwaj ucie­kli. Gdy ten prze­szedł do rę­ko­czy­nów, na­gle w sam śro­dek ktoś wsko­czył, ja­kiś cień, nie­uchwyt­ny, nie­okre­ślo­ny – wszyst­ko sko­tło­wa­ło się bły­ska­wicz­nie i po chwi­li ten drab le­żał na bru­ku, a dru­gi klę­czał na zie­mi, trzy­ma­jąc się obu­rącz, o tak… za gło­wę. Cio­sów nie zdo­ła­łem za­uwa­żyć, wszyst­ko sta­ło się tak na­gle, wy­da­je mi się tyl­ko, że ów cień był nie­wy­so­kie­go wzro­stu i za­nim roz­pły­nął się w ciem­no­ściach, kop­nął jesz­cze kil­ka razy le­żą­ce­go w gło­wę i w brzuch. Wte­dy pod­niósł się strasz­ny krzyk. To wszyst­ko. Olśnie­wa­ją­ce, czyż nie? Z ta­ki­mi nie moż­na in­a­czej… – Dzię­ku­ję – po­wie­dział sier­żant – jest pan wol­ny. – Pro­szę pani – zwró­cił się mło­dzie­niec w oku­la­rach do Mar­ty – pro­szę so­bie za­pi­sać moje na­zwi­sko. Je­stem za­wsze go­tów świad­czyć na pani rzecz w są­dzie. Mar­czak Ana­tol, Ko­zie­tul­skie­go czte­ry. Trze­ba raz na za­wsze skoń­czyć z tym ło­bu­zer­stwem.

Do ba­rie­ry pod­szedł sta­ry czło­wiek w ma­cie­jów­ce. Była to wspa­nia­ła ma­cie­jów­ka, czy­ściut­ka, ciem­no­nie­bie­ska, z ma­łym, lśnią­cym la­kie­rem dasz­kiem. Ta ma­cie­jów­ka do­sko­na­le pa­so­wa­ła do ru­mia­nej, usia­nej drob­niut­ki­mi żył­ka­mi krwi­sto­ści twa­rzy z si­wym, su­mia­stym wą­sem. Sta­rzec trzy­mał się pro­sto, la­ską, któ­rą miał w ręku, ra­czej wy­ma­chi­wał, niż się pod­pie­rał.

– Na­zwi­sko i imię? – spy­tał sier­żant.

– Ka­lo­dont Ju­liusz.

– Jak?

Dzien­ni­karz, Hal­ski i sier­żant jak na ko­men­dę spoj­rze­li na star­ca.

– Prze­cież mó­wię: Ju­liusz Ka­lo­dont.

– Oby­wa­te­lu… – twarz sier­żan­ta zła­god­nia­ła w zma­ga­niu z roz­ba­wie­niem. Za­raz jed­nak spo­waż­nia­ła aż do opry­skli­wo­ści. – Nie żar­tu­je­cie chy­ba z tym?… – Uczy­nił gest, jak­by so­bie czy­ścił zęby.

– Jak pan może, pa­nie re­wi­ro­wy… – rzekł sta­rzec z wy­rzu­tem, roz­pi­na­jąc zno­szo­ny, lecz czy­ściut­ki pal­tot. – Oto mój do­wód.

Hal­ski i dzien­ni­karz nie wy­trzy­ma­li i prze­chy­li­li się przez ba­rie­rę. W do­wo­dzie wid­nia­ło czar­no na bia­łym: Ju­liusz Ka­lo­dont.

– Zgo­da, oby­wa­te­lu Ka­lo­dont – rzekł sier­żant z re­zy­gna­cją. – Co da­lej?

– Da­lej to, że ja bym z nich pasy darł, z tych chu­li­ga­nów, ło­trów, włó­czy­ki­jów!… Do tego do­szło, że ko­bie­ta nie może przejść uli­cą o siód­mej wie­czór, pa­nie re­wi­ro­wy. I to gdzie? Na pla­cu Trzech Krzy­ży. Ja je­stem ko­mi­san­tem „Ru­chu”, mam kiosk koło In­sty­tu­tu Głu­cho­nie­mych. Ten drań… – Ka­lo­dont wska­zał trzę­są­cą się la­ską na fa­ce­ta w wel­we­to­wej kurt­ce, któ­ry znów usiadł, oparł się cięż­ko o ścia­nę i pa­lił reszt­kę sta­re­go spor­ta – ten pod­szedł do mnie po pa­pie­ro­sy, a jego ko­leż­ka rzu­cił się na tę pa­nią. Wy­trą­cił jej le­kar­stwa z ręki, wszyst­ko po­szło w bło­to… Ja wi­dzia­łem, wszyst­ko wi­dzia­łem… Ten tu sko­czył do tej pani i ude­rzył ją, o tak, ude­rzył, pchnął z ca­łej siły, aż ścia­na w kio­sku jęk­nę­ła. A po­tem…

– Co po­tem?! – za­wo­łał Hal­ski.

– Po­tem z tłu­mu wy­stą­pił ogrom­ny, pięk­ny pan, sam wi­dzia­łem, jak Boga ko­cham, wspa­nia­ły czło­wiek, z grzy­wą jak u lwa… Jed­nym za­ma­chem ra­mie­nia po­wa­lił tych wszyst­kich gów­nia­rzy i…

– Niech ja do­sta­nę tego lwa w ręce… – mruk­nął sier­żant ze zło­ścią.

– I co! Wła­śnie, co?… – rzu­cił Hal­ski.

– Tego to ja nie wiem. Znikł tak, jak się zja­wił. Nie wiem, gdzie znikł. Ale do­brze im tak, tym śmie­cia­rzom, chu­li­ga­ni, psia ich mać!… – Tu sta­ru­szek wy­ko­nał gest la­ską, zna­mio­nu­ją­cy na­ra­sta­ją­ce­go w nim du­cha boju.

– Spo­kój – rzekł sier­żant. – Może pan już iść. To, co pan mówi, nie wno­si nic no­we­go.

– Jak to… nic no­we­go?… Ze­chce pan przy­jąć do wia­do­mo­ści, pa­nie re­wi­ro­wy, ja zo­sta­ję. Ta pani może mnie jesz­cze po­trze­bo­wać… – Ka­lo­dont skło­nił się ry­cer­sko w stro­nę Mar­ty.

– Po­zwo­li pani – rzekł sier­żant grzecz­nie do Mar­ty. Mar­ta wsta­ła i po­de­szła. Wy­glą­da­ła smut­no i źle, zmę­czo­na i zde­ner­wo­wa­na. Jaka świet­na!… – po­my­ślał szyb­ko dzien­ni­karz i zdjął ka­pe­lusz. Bied­na… – za­sta­no­wił się dok­tor Hal­ski. Uśmiech­nął się do Mar­ty i nie­ocze­ki­wa­nie dla sie­bie po­stą­pił krok na­przód w jej stro­nę.

– Pro­szę pana – rze­kła Mar­ta do sier­żan­ta – mnie się to wszyst­ko wy­da­je ja­kimś nie­po­ro­zu­mie­niem. Rze­czy­wi­ście, ci mło­dzi lu­dzie za­cho­wa­li się w sto­sun­ku do mnie agre­syw­nie, wręcz or­dy­nar­nie. Ale ja nie wiem… może to ten deszcz ze śnie­giem, ta wi­chu­ra, być może, że bie­głam zbyt szyb­ko i po­trą­ci­łam ko­goś nie­umyśl­nie. Je­stem go­to­wa przy­znać się i prze­pro­sić, ale nie w tym rzecz. Bie­głam do domu, do cho­rej mat­ki, nio­sąc le­kar­stwa, któ­rych zdo­by­cie kosz­to­wa­ło mnie mnó­stwo tru­du. Rzecz w tym, że utra­ci­łam te le­kar­stwa, ja do­praw­dy nie wiem, z czy­jej winy, może z mo­jej…

– Z czy­jej winy?! – huk­nął Ka­lo­dont. – Z winy tych par­szyw­ców, pa­nie re­wi­ro­wy! Za­cze­piać się za­chcia­ło, ła­pać za… Ja bym ich na rok cza­su każ­de­go!…

– Pani na­zwi­sko? – spy­tał su­cho, lecz uprzej­mie sier­żant.

– Ma­jew­ska, Mar­ta Ma­jew­ska. Lat dwa­dzie­ścia czte­ry. Je­stem se­kre­tar­ką w dy­rek­cji Mu­zeum Na­ro­do­we­go.

– No, tak – rzekł sier­żant – to są dla mnie spra­wy dru­go­rzęd­ne. W za­sa­dzie była pani świad­kiem po­ra­nie­nia tego czło­wie­ka. Co pani może o tym po­wie­dzieć?

– Nie­wie­le. Ra­czej nic. Ten pan pchnął mnie sil­nie na kiosk, stra­ci­łam na chwi­lę od­dech i wte­dy to wszyst­ko się roz­pę­ta­ło. Gdy po se­kun­dzie wró­ci­łam do sie­bie, było już po wszyst­kim i ten pan le­żał na tro­tu­arze. Może… tyl­ko…

– Co ta­kie­go? Pro­szę mó­wić.

– Nie wiem, to mo­gło być przy­wi­dze­nie, efekt na­pię­tych ner­wów, ta po­go­da… Nie chcę się wy­dać dzie­cin­na, śmiesz­na…

– Niech pani po­wie – rzekł ła­god­nie Hal­ski. Mar­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i uj­rza­ła szczu­płą, chło­pię­cą twarz i błę­kit­ne, spo­koj­ne oczy.

– Wie pan – rze­kła Mar­ta do Hal­skie­go – w pew­nym mo­men­cie wy­da­ło mi się, jak­by z tego błot­ni­ste­go, bu­re­go pół­mro­ku, z desz­czu, mgły, śnie­gu, z tej ko­tło­wa­ni­ny sza­rych po­sta­ci wpi­ły się we mnie ja­kieś oczy. Te­raz przy­po­mi­nam je so­bie do­kład­niej… Były prze­raź­li­wie ja­sne, ja­rzą­ce się, jak­by same biał­ka bez źre­nic, a tak in­ten­syw­nie, aż do bólu, wbi­te we mnie, prze­świe­tlo­ne ja­kąś nie­ludz­ką mocą i pa­sją… Strasz­ne!…

Pie­lę­gniar­ka po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie, mi­li­cjan­ci zbli­ży­li się do Mar­ty, po ple­cach dzien­ni­ka­rza prze­biegł dreszcz, Ka­lo­dont po­czuł się dziw­nie nie­swo­jo, wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce za­marł z pa­pie­ro­sem na wpół wznie­sio­nym do ust. Sier­żant chrząk­nął, Mar­ta ukry­ła twarz w dło­niach. Hal­ski pod­szedł do Mar­ty i rzekł:

– Pro­szę się uspo­ko­ić… Co to jest?… – do­dał z lek­ką oba­wą. Na skro­ni Mar­ty wid­nia­ło cie­niut­kie pa­sem­ko krwi. Hal­ski zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdjął jej be­ret z gło­wy i od­gar­nął wło­sy ze skro­ni. Świe­ża woń tych wło­sów prze­nik­nę­ła mu do świa­do­mo­ści. Ślicz­na jest… – po­my­ślał wła­śnie te­raz, taka zmę­czo­na, zde­ner­wo­wa­na, a prze­cież ślicz­na… – Sio­stro – po­wie­dział – pro­szę o ja­kiś an­ty­sep­tyk i pla­ster. – Ska­le­czy­ła się pani – po­wie­dział do Mar­ty. – To głup­stwo – rze­kła Mar­ta – na­wet nie czu­ję. – Na pew­no o kant kio­sku – za­wo­łał Ka­lo­dont – ach, ty dra­niu!… – Pod­su­nął się z la­ską ku wy­rost­ko­wi. – Czy ja mogę już iść? – spy­ta­ła Mar­ta sier­żan­ta. – Oczy­wi­ście – od­parł – pro­to­kół mam spo­rzą­dzo­ny. Gdy­by ze­chcia­ła pani zło­żyć skar­gę do Ko­mi­sji Orze­ka­ją­cej Sto­łecz­nej Rady Na­ro­do­wej, to pro­szę się do nas zgło­sić.

Mar­ta, Ka­lo­dont, Hal­ski i dzien­ni­karz za­czę­li się zbie­rać ku wyj­ściu. Sier­żant rzekł:

– Pa­nie dok­to­rze, pro­sił­bym pana o po­zo­sta­nie jesz­cze przez parę mi­nut.

Dzien­ni­karz po­wie­dział do Mar­ty: – Czy po­zwo­li się pani od­wieźć do domu? – Dzię­ku­ję – od­par­ła Mar­ta – miesz­kam o trzy kro­ki stąd, na Ko­nop­nic­kiej. – A może na­pi­ła­by się pani fi­li­żan­kę go­rą­cej kawy po tych przej­ściach? – Dzię­ku­ję rów­nież. Mu­szę być za­raz w domu. Moja mama cze­ka na mnie, cho­ra i z pew­no­ścią bar­dzo już nie­spo­koj­na. – Hal­ski uśmiech­nął się. – Co jest ma­mie? – spy­tał. – Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy – od­par­ła Mar­ta. – Pro­szę mi po­dać swój ad­res. Nie mam przy so­bie re­cept, ale jesz­cze dziś wie­czo­rem do­star­czę pani ich tyle, ile środ­ków prze­ciw do­le­gli­wo­ściom wą­tro­by zna współ­cze­sna me­dy­cy­na, łącz­nie z ho­me­opa­tią, zie­lar­stwem i lecz­nic­twem ty­be­tań­skim – rzekł Hal­ski. Mar­ta uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy, co spo­wo­do­wa­ło, że w po­ko­ju uśmiech­nę­li się wszy­scy. – Dzię­ku­ję – rze­kła z pro­sto­tą i po­da­ła ad­res. Blon­dy­ni o zło­ci­stym od­cie­niu wło­sów i skó­ry, jak dok­tor, mają na­tu­ral­ną prze­wa­gę nad ru­da­wy­mi blon­dy­na­mi, do ja­kich na­le­żę. Po­nad­to na mej twa­rzy z pew­no­ścią znać skłon­no­ści do al­ko­ho­lo­we­go obrzę­ku; cze­go w żad­nej mie­rze nie moż­na rzec o ob­li­czu dok­to­ra… – za­sę­pił się w du­chu dzien­ni­karz i z go­ry­czą po­pa­trzył na Mar­tę. Ale za­raz po jej wyj­ściu prze­stał o niej my­śleć.

– No, a te­raz ty, sy­necz­ku… – rzekł sier­żant, wsta­jąc, i po­pra­wił pas – co po­wiesz? Wy­ro­stek zbli­żył się do ba­rie­ry. Przez chwi­lę pa­trzył zim­no i lek­ce­wa­żą­co na sier­żan­ta, po czym rzekł, wol­no ce­dząc sło­wa:

– Nic… Do­sta­łem w mor­dę i je­stem po­szko­do­wa­ny. To wy­star­czy. Sier­żant po­czer­wie­niał lek­ko. Opa­no­wał się i spy­tał:

– Imię i na­zwi­sko?

– Mech­ciń­ski Wie­sław.

– Ad­res?

– Mie­dzia­na dwa.

– Pra­cu­je­cie gdzie?

– W warsz­ta­tach na Ka­rol­ko­wej.

– Do­wo­dy.

– Za­po­mnia­łem w domu.

– Do­wo­dy. Le­gi­ty­ma­cję z pra­cy – po­wtó­rzył fleg­ma­tycz­nie sier­żant. Wy­ro­stek za­czął grze­bać po kie­sze­niach i wy­cią­gnął ja­kiś strzęp pa­pie­ru.

– Co wy mi tu da­je­cie! – głos sier­żan­ta za­drgał pa­sją, twarz mu spur­pu­ro­wia­ła – świa­dec­two szcze­pie­nia ty­fu­su sprzed dwóch lat?… Słu­chaj­cie, jak mi na­tych­miast nie oka­że­cie cze­goś, to przez trzy ty­go­dnie się stąd nie ru­szy­cie! Aż do roz­pra­wy za włó­czę­go­stwo…

Wy­ro­stek wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­jął po­strzę­pio­ny, ce­ra­to­wy port­fel, z któ­re­go do­był po­świad­cze­nie za­mel­do­wa­nia. Sier­żant spoj­rzał i rzekł ze złym uśmie­chem:

– Ach ty… Ma­cie szczę­ście, że… Dla­cze­go kła­mie­cie? Prze­cież miesz­ka­cie na Pra­dze, na Ka­wę­czyń­skiej?

– To te­raz… – uśmiech­nął się krzy­wo wy­ro­stek – ale przed­tem na Mie­dzia­nej… Sier­żant pi­sał coś, po chwi­li rzekł:

– Je­śli chce­cie zło­żyć skar­gę o po­bi­cie, to tu, do nas. Was, za za­cho­wa­nie się na uli­cy i usi­ło­wa­nie wpro­wa­dze­nia wła­dzy w błąd, po­cią­gnie­my do od­po­wie­dzial­no­ści. A te­raz… wy­no­sić się, ty… po­szko­do­wa­ny…

Wy­ro­stek na­rzu­cił kurt­kę i wy­szedł. Sto­ją­ce­mu przy drzwiach mi­li­cjan­to­wi zło­wro­go za­bły­sły oczy i za­trzę­sły się ręce. – Po­szko­do­wa­ny… – syk­nął – ja bym cię po­szko­do­wał, gdy­by nie moje ubran­ko… mnie nie wol­no…

Sier­żant zwró­cił się do Hal­skie­go i dzien­ni­ka­rza: – Może pa­no­wie ze mną po­zwo­lą. – Prze­pro­wa­dził ich do ma­łe­go po­ko­ju. Sta­nę­li wo­kół biur­ka. – No więc, pa­nie dok­to­rze – za­czął sier­żant – o czym pa­no­wie tak za­gad­ko­wo roz­ma­wia­li? – Hal­ski za­pa­lił pa­pie­ro­sa i otu­lił się płasz­czem. – Wi­dzi pan, pa­nie sier­żan­cie – rzekł – ja cały ty­dzień je­stem na noc­nym dy­żu­rze. Za cho­re­go ko­le­gę. I jeż­dżę. Po raz pierw­szy do Rem­ber­to­wa, przed trze­ma dnia­mi na Gro­chów, przed dwo­ma do kina „Ocho­ta”, przed­wczo­raj na dwo­rzec w Pod­ko­wie Le­śnej, wczo­raj do domu to­wa­ro­we­go na Słu­żew­cu. Za każ­dym ra­zem za­sta­ję ko­goś po­wa­lo­ne­go pio­ru­nu­ją­cym up­per-cu­tem w szczę­kę, ze zma­sa­kro­wa­nym pod­bród­kiem, sko­pa­ne­go bez­li­to­śnie. Za każ­dym ra­zem nikt ze świad­ków zaj­ścia nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło, kie­dy i jak, kto był spraw­cą. Wszy­scy bre­dzą o ja­kimś cie­niu, szyb­kim jak bły­ska­wi­ca, nie­uchwyt­nym jak mgnie­nie oka, o bły­sku cio­su, pię­ści, o ja­kimś kształ­cie za­ma­za­nym, nie­wy­raź­nym, pie­kiel­nie zwin­nym. Raz mó­wią o mo­car­nej po­sta­ci, in­nym ra­zem o kimś nie­wiel­kie­go wzro­stu, nic nie moż­na z tego po­jąć, uchwy­cić, ująć, spre­cy­zo­wać, kto to jest, ja­kim cho­ciaż może być?… Nie wie się nic, nic i nic… Jed­no jest tyl­ko pew­ne: za każ­dym ra­zem na zie­mi po­zo­sta­je cia­ło po­szko­do­wa­ne­go, a tym po­szko­do­wa­nym jest nie­zmien­nie ktoś w sty­lu pań­skie­go dzi­siej­sze­go klien­ta. A więc za­wsze na­past­nik, za­wsze pro­wo­ku­ją­cy, za­wsze ło­buz po­zo­sta­je na pla­cu jako bez­wład­na, nie­przy­tom­na, ska­to­wa­na ofia­ra. A kto wie, czy z cza­sem nie za­czną zo­sta­wać zwło­ki… – Hal­ski za­cią­gnął się moc­no pa­pie­ro­sem. Sier­żant tarł czo­ło. – Po­ra­chun­ki? – po­wie­dział. – Na to naj­bar­dziej wy­glą­da, krwa­we sądy mę­tów wiel­ko­miej­skich… – Czyż­by? – rzekł scep­tycz­nie dzien­ni­karz. – Pro­szę się za­sta­no­wić, sier­żan­cie, że tu nie wcho­dzi w grę ja­kiś je­den, kon­kret­nie umiej­sco­wio­ny wy­pa­dek, lecz se­ria czy­nów, złą­czo­nych ze sobą oko­licz­no­ścia­mi i me­to­dą. Sze­ro­kość ska­li i wa­run­ki, w któ­rych się to wszyst­ko dzie­je, wska­zu­ją ra­czej… – Dzien­ni­karz za­wa­hał się. – Na co wska­zu­ją? – rzekł ostro sier­żant. – Ja nie chcę ni­cze­go su­ge­ro­wać – po­wie­dział wol­no Hal­ski. – Mamy za­le­d­wie pew­ne dane, ob­ser­wa­cje, przy­pusz­cze­nia, ale mnie wy­da­je się, że mamy do czy­nie­nia z… ja­kąś zor­ga­ni­zo­wa­ną ak­cją… Zresz­tą, nie wiem… To, co po­wie­dzia­łem, może być nie­zwy­kle myl­ne, po­cho­dzą­ce z mych upodo­bań do spraw cie­ka­wych i nie­co­dzien­nych… Wie pan, ta­kie fan­ta­zje… – Sier­żant wy­da­wał się to­nąć w my­ślach. – A dzi­siaj? Co było dzi­siaj? – rzekł jak­by sam do sie­bie. – Wła­śnie, co wie­my po dzi­siej­szym? – pod­chwy­cił dzien­ni­karz. – Stu­dent po­li­tech­ni­ki mó­wił o kimś ma­łe­go wzro­stu, pan Ka­lo­dont – o kimś ogrom­nym. Po­nad­to, że ma grzy­wę lwa. No i oczy. Świe­tli­ste, ja­rzą­ce się, bia­łe oczy, prze­ra­ża­ją­ce oczy – oczy mor­der­cy lub świę­te­go, czyż nie? A więc coś no­we­go – rzekł Hal­ski – oczy, wzrost, lwia grzy­wa, to wszyst­ko są nowe ele­men­ty. – Nic no­we­go – uśmiech­nął się kpią­co dzien­ni­karz – w grun­cie rze­czy nic no­we­go, bo jaki wzrost? Ja­kie oczy, a zwłasz­cza czy­je? Już od ty­go­dnia, gdy dok­tor Hal­ski opo­wie­dział mi przy ka­wiar­nia­nym sto­li­ku o swych pierw­szych spo­strze­że­niach i my­ślach, wie­my cią­gle to samo, czy­li pra­wie tyle co nic… – W po­rząd­ku – rzekł sier­żant. – Dzię­ku­ję pa­nom.

Gdy wy­szli, pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu i na­krę­cił nu­mer Ko­men­dy Głów­nej MO.

– Ja­kiś list do cie­bie, Mar­to.

Szczu­pła, star­sza pani po­de­szła do ozdob­nej ko­mo­dy i wy­ję­ła spod wa­zo­ni­ka pro­sto­ką­cik ko­per­ty. Mar­ta zdej­mo­wa­ła płaszcz. Jak zwy­kle pierw­sze ru­chy Mar­ty w miesz­ka­niu mia­ły głę­bo­ki sens go­spo­dar­ski – tu coś po­pra­wić, tam coś prze­su­nąć, ów­dzie coś prze­sta­wić. Ta­kie ge­sty są naj­czę­ściej dzie­dzicz­ne, z cze­go moż­na wno­sić, że ob­da­rzy­ła ją nimi pani Ma­jew­ska, zaś samą teo­rię po­twier­dza­ła­by w tym wy­pad­ku pro­sta ob­ser­wa­cja: małe, jed­no­po­ko­jo­we miesz­kan­ko lśni­ło schlud­no­ścią i uro­kiem. Było tu dużo sprzę­tów stło­czo­nych przy­mu­so­wo na cia­snej prze­strze­ni, lecz z pie­czo­ło­wi­tym na­my­słem, okra­szo­nych ze sma­kiem do­bra­ny­mi przed­mio­ta­mi.

Mar­ta otwo­rzy­ła ko­per­tę i prze­czy­ta­ła:

Sza­now­na Pani!

Uprzej­mie dzię­ku­ję za po­dzię­ko­wa­nia. Je­stem nie­zmier­nie cie­kaw Pani sa­mo­po­czu­cia, my­ślę jed­nak, że nie jest ono aż tak po­trze­bu­ją­ce po­mo­cy, aby te­le­fo­no­wać do Po­go­to­wia. Sam nie wiem, czy się z tego cie­szyć, czy smu­cić? Pra­gnę Pani tak­że do­nieść, że zo­sta­ły od­kry­te re­we­la­cyj­ne środ­ki na do­le­gli­wo­ści wą­tro­by.

Łą­czę ser­decz­ny uścisk dło­ni – Wi­told Hal­ski

Mar­ta zmru­ży­ła oczy. Cie­szy­ła ją po­wścią­gli­wość i tak­tow­ny hu­mor tych zdań, ma­sku­ją­cy z za­mie­rzo­ną na­iw­no­ścią coś, co po­do­ba­ło się Mar­cie naj­wię­cej. Od spre­cy­zo­wa­nia owe­go cze­goś była w tej chwi­li jak naj­da­lej, nie­mniej tak bli­sko, jak każ­da ko­bie­ta w ta­kiej sy­tu­acji. Lek­ki po­wiew nie­po­ko­ju prze­pły­nął obok jej ser­ca. Wie­dzia­ła przez chwi­lę z nie­omyl­ną pew­no­ścią, że za mo­ment po­wie ja­kieś sło­wa, od któ­rych się wszyst­ko za­cznie, że nie jest w sta­nie wy­po­wie­dzieć tych słów, że nie może się przed nimi bro­nić ani ucie­kać, gdyż nie wie, ja­kie one są. Po­my­śla­ła o Ze­no­nie, chcia­ła spy­tać, czy nie zo­sta­wił dla niej żad­nej kart­ki. Już for­mu­ło­wa­ła myśl, gdy na­raz, sama nie wie­dząc dla­cze­go, naj­zu­peł­niej mi­mo­wol­nie rze­kła:

– Jak się dziś czu­jesz, mamo?

I na­tych­miast za­gry­zła war­gi. Zro­zu­mia­ła. Te­raz było to nie­od­wra­cal­ne. Jak prze­zna­cze­nie w grec­kich tra­ge­diach… – pró­bo­wa­ła za­kpić z wła­snych my­śli. Prze­zna­cze­nie zwa­li­ło się po­mię­dzy sto­ją­cą na sto­le fi­li­żan­kę her­ba­ty i roz­ło­żo­ny nu­mer „Prze­kro­ju”, wprost w miły, żół­ta­wy krąg sto­ją­cej na pół­ce lam­py. Prze­zna­cze­nie ki­wa­ło na nią ko­lo­ro­wym jak neon pal­cem za okien­ną fi­ran­ką.

– A wiesz, że nie naj­le­piej – pani Ma­jew­ska zdję­ła oku­la­ry i odło­ży­ła ro­bót­kę – przez parę dni mia­łam względ­ny spo­kój po tych le­kar­stwach, dzi­siaj w biu­rze znów ćmi­ło…

– Po­dob­no zo­sta­ło wy­na­le­zio­ne nowe le­kar­stwo na cier­pie­nia wą­tro­by – Mar­ta w za­my­śle­niu po­de­szła do okna – boję się tyl­ko, czy nie ma ono przy­pad­kiem ubocz­ne­go dzia­ła­nia… Do­wie­dzia­łam się o nim do­pie­ro dziś…

– Co tam le­kar­stwa… Lu­dziom w moim wie­ku na­le­ży po pro­stu zmie­niać wą­tro­bę na nową, a sta­rą od­da­wać do ka­pi­tal­ne­go re­mon­tu, jak mó­wią szo­fe­rzy.

– A gdy­by jed­nak?… Coś no­we­go… Wie mama, dzi­siej­sza me­dy­cy­na…

– Ko­cha­nie, ja za­ży­ję wszyst­ko, co mi przy­nie­siesz. Nie wiem, czy zda­jesz so­bie spra­wę z do­kucz­li­wo­ści tego ćmie­nia. Je­stem go­to­wa na wszel­kie dzia­ła­nia ubocz­ne, byle tyl­ko po­mo­gło.

Ale ja nie je­stem go­to­wa – szep­nę­ła do sie­bie Mar­ta i od­wró­ci­ła się do mat­ki. Sta­ła tak, smu­kła, zgrab­na, drob­na na tle kre­to­no­wej fi­ran­ki. – Sęk w tym, iż to dzia­ła­nie ubocz­ne do­ty­czy nie bez­po­śred­nio cho­re­go, ma­tecz­ko… Ale nie zwra­caj na mnie uwa­gi.

Wie­czór był zim­ny, lecz przy­jem­ny. Przy­jem­nie było iść do­brze zna­ny­mi, lu­bia­ny­mi uli­ca­mi, Mar­ta lu­bi­ła nie­re­gu­lar­nie roz­rzu­co­ne wil­le na Fra­sca­ti, sze­ro­ki frag­ment skar­py nad Cen­tral­nym Par­kiem, sta­ry, bie­lo­ny bu­dy­nek daw­ne­go se­na­tu, wresz­cie hoj­ną, bo­ga­tą pro­sto­tę za­ło­że­nia sej­mo­we­go po­śród roz­le­głych traw­ni­ków i kunsz­tow­nych la­tarń. Zna­ła tu­tej­sze za­ka­mar­ki i przej­ścia. Było tu czy­sto, spo­koj­nie, za­cisz­nie. Skrę­ci­ła z Wiej­skiej w prze­świ­ty gma­chu Sej­mu, mi­nę­ła Mi­ni­ster­stwo Go­spo­dar­ki Ko­mu­nal­nej i ze­szła Ła­zien­kow­ską w dół. Wy­twor­na za­cisz­ność dziel­ni­cy sej­mo­wej zmie­nia­ła swój cha­rak­ter – ze­wsząd roz­cią­ga­ły się te­re­ny obiek­tów spor­to­wych, po­prze­ci­na­ne że­la­zny­mi ogro­dze­nia­mi, siat­ko­wy­mi lub z gru­bych prę­tów. Park So­bie­skie­go, w głę­bi My­śli­wiec­kiej – try­bu­ny kor­tów te­ni­so­wych, bo­iska i spię­trzo­ny han­gar kry­tych try­bun sta­dio­nu Woj­ska Pol­skie­go, da­lej ciem­ny ma­syw pły­wal­ni – wszyst­ko to, sło­necz­ne i zie­lo­ne la­tem, czy­ni­ło ra­czej od­strę­cza­ją­ce wra­że­nie w zi­mo­wy wie­czór. Pu­ste, ciem­ne prze­strze­nie, roz­pły­wa­ją­ce się w pół­mro­ku kon­tu­ry, sze­ro­kie, nie­oży­wio­ne uli­ce i jezd­nie, ci­sza sła­bo uczęsz­cza­nej pe­ry­fe­rii, roz­ry­wa­na od cza­su do cza­su po­szu­mem prze­jeż­dża­ją­cych tro­lej­bu­sów – wszyst­ko to nie wzbu­dza­ło za­ufa­nia. W sa­mym środ­ku tego kra­jo­bra­zu tkwi­ły ru­iny ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Mi­ja­jąc ru­iny, Mar­ta po­my­śla­ła już zu­peł­nie kon­kret­nie, że jest tu cał­kiem nie­przy­jem­nie. Ner­wy – do­da­ła w my­śli – po pro­stu po­zo­sta­ło­ści zaj­ścia sprzed paru dni. Ten ko­ściół za dnia nie wzbu­dzał w niej, jak w każ­dym oswo­jo­nym z ru­ina­mi war­sza­wia­ku, żad­nych re­flek­sji. Te­raz wy­glą­dał groź­nie. Przy­sta­nę­ła mimo woli, za­fa­scy­no­wa­na. Spoj­rza­ła w górę: z wzno­szą­cych się do wy­so­ko­ści pół­pię­tra stop­ni le­cia­ły w ciem­ność ol­brzy­mie, joń­skie ko­lum­ny, pod­trzy­mu­ją­ce po­tęż­ny, cięż­ki tym­pa­non. Ta upior­na ko­lum­na­da nie mia­ła żad­ne­go opar­cia, żad­ne­go za­ple­cza; roz­łu­pa­na przed dzie­się­ciu laty bom­bą świą­ty­nia le­ża­ła w gru­zach. Nic, tyl­ko żło­bio­ne, gi­gan­tycz­ne słu­py i strzę­py ścian. Jak to się trzy­ma przez tyle lat? Taki war­szaw­ski Par­te­non, bez dal­sze­go cią­gu za ko­lum­na­dą fa­sa­dy. Nie dar­mo w ze­szłym roku ukoń­czy­ła hi­sto­rię sztu­ki.

Za ko­ścio­łem cią­gnę­ła się re­mi­za tro­lej­bu­so­wa. Ci­che, ciem­ne tro­lej­bu­sy sta­ły w rów­nych rzę­dach jak śpią­ce hi­po­po­ta­my. Za­raz za re­mi­zą roz­bły­sły ko­ły­szą­ce się świa­tła, z głę­bi du­że­go pla­cu do­bie­ga­ły dźwię­ki wal­ca Łyż­wia­rze, roz­sie­wa­ne przez we­so­ły, choć schry­pły ad­ap­ter. Przed du­żym pło­tem z de­sek sta­ły grup­ki mło­dzie­ży. Mar­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

W War­sza­wie ła­pie się ży­cie na go­rą­co. Pręż­ność tego mia­sta zdu­mie­wa, w pew­nych wy­pad­kach de­mo­lu­je, w in­nych jest uciąż­li­wa i dez­or­ga­ni­zu­ją­ca, jesz­cze w in­nych uszczę­śli­wia swą dy­na­mi­ką i każe opty­mi­stycz­nie wie­rzyć w przy­szłość. W War­sza­wie na­wet lo­do­wi­sko chwy­ta się na go­rą­co, jesz­cze nie­osty­głe z prac przy­go­to­waw­czych, jesz­cze nie­do­pie­czo­ne, pro­sto z rąk ro­bot­ni­ków i tech­ni­ków. Cóż z tego, że nie ma try­bun, że ban­dy toru są pro­wi­zo­rycz­ne, a szat­nie z dyk­ty i tek­tu­ry? Jest lód, wi­szą ni­sko lam­py, roz­le­ga się walc Łyż­wia­rze, jest więc i mło­dzież. Tłu­my mło­dzie­ży na róż­nych ro­dza­jach ły­żew, na przy­krę­ca­nych, przy­pi­na­nych pa­ska­mi i przy­twier­dzo­nych do spe­cjal­nych bu­tów. Na tur­fach, śnie­gór­kach, ha­li­fak­sach, ho­ke­jach, pan­cze­nach. Jest ra­dość, krzyk, śmiech, są gwiz­dy, awan­tu­ry, go­ni­twy, prze­chwał­ki, flir­ty, po­pi­sy, sprzecz­ki. Otwar­te zo­sta­ło nowe sztucz­ne lo­do­wi­sko – a więc je­ste­śmy i my, łyż­wia­rze, i jest nas mnó­stwo! Spe­cjal­ne urzą­dze­nia jesz­cze nie są go­to­we, jesz­cze się je wy­kań­cza, to do­pie­ro po­czą­tek ro­bót – nie szko­dzi, to nic nie prze­szka­dza, wy­koń­czy się, a my się tym­cza­sem po­śli­zga­my! Skoń­czył się walc Łyż­wia­rze, da­wać Róże po­łu­dnia! Od nie­pa­mięt­nych lat te dwa wal­ce sta­no­wią o war­szaw­skiej śli­zgaw­ce, są jej hym­nem. Strzeż­cie się nie mieć tych płyt na no­wym lo­do­wi­sku!…

– Maj­ka! – za­wo­łał mło­dy czło­wiek, otu­lo­ny płasz­czem, pod któ­rym wid­niał zie­lo­no-czar­ny dres ho­ke­jo­wy z em­ble­ma­tem war­szaw­skie­go AZS. – Co się z tobą dzie­je? Nie mogę się cie­bie do­cze­kać…

– Jak się masz, Ze­non!… – Mar­ta wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła Ze­no­na w po­li­czek. – Mój chłop­cze, nie­któ­rzy lu­dzie cięż­ko pra­cu­ją, nie mó­wiąc już o obo­wiąz­kach do­mo­wych wzo­ro­wej cór­ki.

– Żad­na pra­ca nie hań­bi. – Ze­non uśmiech­nął się. – Chodź, za­grze­jesz się nie­co w na­szej szat­ni. Jak się czu­je mama?

Był to bar­dzo ład­ny chło­piec, ten Ze­non. Ho­ke­jo­wy, nie­kształt­ny rynsz­tu­nek nie mógł za­trzeć sil­nej gib­ko­ści jego po­sta­ci, sze­ro­ko­ści klat­ki pier­sio­wej, dłu­go­ści nóg. Na mo­car­nie skle­pio­nej, śnia­dej szyi osa­dzo­na była pięk­na gło­wa mło­de­go gla­dia­to­ra o czar­nych, jak­by rzeź­bio­nych wło­sach i ciem­nych oczach. Był bar­dzo wy­so­ki, be­ret Mar­ty się­gał mu za­le­d­wie do ra­mie­nia.

– Z tre­nin­gu chy­ba nici – po­wie­dział. – Ba­ła­gan na tym no­wym lo­do­wi­sku… Znów wpu­ści­li pu­blicz­ność. Nie­po­trzeb­nie że­śmy się roz­bie­ra­li.

– Prze­bierz się. Pój­dzie­my tro­chę „Pod Ku­ran­ty”. Od wie­ków nie sie­dzia­łam w ka­wiar­ni.

– To znów nie jest ta­kie pro­ste. Jest cały pierw­szy i dru­gi skład i ci z kie­row­nic­twa sek­cji. Ma być ja­kaś od­pra­wa. Nie mogę. Maj­ka, zro­zum, chcę już w tym roku za­ła­twić raz na za­wsze dy­plom. Że­byś ty wie­dzia­ła, jak oni te­raz na AWF-ie pa­trzą na udział w ży­ciu sek­cji… Aż strach…

– Daj spo­kój. Taka gwiaz­da jak ty, że­byś się z tym li­czył – rze­kła Mar­ta z le­ciut­ką iro­nią.

– Wiesz… na eg­za­mi­nie nie­trud­no zga­sić naj­więk­szą gwiaz­dę – rzekł Ze­non, lecz wi­dać było, że nie za­mie­rza pro­te­sto­wać prze­ciw swej war­to­ści.

Prze­szli szat­nię ogól­ną, peł­ną dzie­ciar­ni i wa­la­ją­cych się ga­zet, brud­nych od ob­cie­ra­nia ły­żew. Ze­non otwo­rzył drzwicz­ki prze­pie­rze­nia dzie­lą­ce­go ba­rak na pół. Sta­ły tu szaf­ki na sprzęt opa­trzo­ne ty­sią­cem na­pi­sów, czę­sto­kroć moc­no nie­przy­stoj­nych. Cia­sna prze­strzeń mię­dzy szaf­ka­mi wy­peł­nio­na była róż­no­ko­lo­ro­wy­mi dre­sa­mi za­wod­ni­ków, sztu­ca­mi, na­go­len­ni­ka­mi, pan­ce­rza­mi ze skó­ry, bu­ta­mi, łyż­wa­mi, ki­ja­mi ho­ke­jo­wy­mi. W tym ga­li­ma­tia­sie przed­mio­tów śmia­ły się, ga­da­ły, ły­ska­ły zdro­wy­mi zę­ba­mi mło­de, zu­chwa­łe twa­rze. Mar­ta nie była tu nie­zna­na.

– Ser­wus, Maj­ka! – za­wo­łał ja­kiś mło­dy ol­brzym o bar­dzo opa­lo­nej twa­rzy. – Czo­łem, An­tek! – rzu­ci­ła Mar­ta – ja­kiś ty opa­lo­ny! – A co? W de­chę, nie? Wczo­raj wró­ci­łem z Za­ko­pa­ne­go… Mó­wię ci, po­go­da typu baj­ka, na me­dal. – Cześć, Mar­ta, jak się masz? – sły­sza­ła z tyłu i z bo­ków. – Przyjdź w nie­dzie­lę splu­nąć na krą­żek… Gra­my z ja­ki­miś ła­cha­mi z Kra­ko­wa. Wsta­wi­my im bań­ki, zo­ba­czysz. Ze­non gra jak sza­tan, jak ty je­steś. – Będę! – śmia­ła się Mar­ta – ale to nie­wie­le wam po­mo­że. – Są­dzisz, że nam do­su­ną, blon­dy­necz­ko?… Wy­rzuć te my­śli, mel­du­ję ci, za­ła­twi­my ich sześć koło. – Ze­non usiadł i sznu­ro­wał buty, gdy wstał na łyż­wach, był ogrom­ny. – Maj­ka – spy­tał An­tek – jaka jest róż­ni­ca po­mię­dzy ko­niem a ko­nia­kiem? – Nie wiem. – Taka jak mię­dzy ru­mem a ru­ma­kiem! Do­bre, co? – Mar­ta ro­ze­śmia­ła się, wszy­scy się śmia­li, trud­no tu było nie śmiać się, ja­kiś kult śmie­chu wi­siał w gę­stym od dymu pa­pie­ro­so­we­go po­wie­trzu. Dow­cip był re­li­gią tych mło­dych lu­dzi, nade wszyst­ko w świe­cie ce­ni­li dow­cip, dla dow­ci­pu go­to­wi byli uczy­nić wszyst­ko, na­wet krzyw­dę, na­wet głup­stwo. Jak­że Ze­non tu przy­na­le­ży… Du­szą i cia­łem – po­my­śla­ła Mar­ta. We wzro­ku Mar­ty, spo­glą­da­ją­cej na po­pra­wia­ją­ce­go bo­dicz­ki Ze­no­na, mi­go­ta­ła tkli­wość, to praw­da, ale taka tkli­wość, ja­kiej męż­czyź­ni bar­dzo nie lu­bią, czu­łość ko­bie­ty, któ­ra jesz­cze ko­cha, ale już wie, że są rze­czy, o ja­kich jej chło­piec nie ma i nie może mieć po­ję­cia.

Do szat­ni wszedł bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. – Pa­no­wie – po­wie­dział – skocz­cie któ­ry na lo­do­wi­sko, bo tam ja­kieś hi­sto­rie. Zno­wu roz­ra­bia­ją. Ze­non, je­steś na łyż­wach. – Ze­non pod­niósł się, wło­żył płaszcz na ekwi­pu­nek i rzekł: – Chodź, Maj­ka, po­sto­imy tro­chę na po­wie­trzu. Nie jest za zim­no.

Mar­ta lu­bi­ła wi­dok roz­jeż­dżo­ne­go, su­ną­ce­go tłu­mu. Chrzęst ły­żew, ko­lo­ro­we zyg­za­ki, usmar­ka­ne z wy­sił­ku, mro­zu i ra­do­ści twa­rzycz­ki dzie­ci – mo­gła na to pa­trzeć go­dzi­na­mi. I ro­zu­mia­ła się na rze­czy, trzy zimy spę­dzo­ne z Ze­no­nem dały jej wie­dzę o pra­wach, za­sadz­kach i ta­jem­nych zna­kach tego świat­ka, o tym, co się dzie­je na lo­go­gry­fie – prze­su­wan­ce lo­do­wi­ska. Umia­ła do­strzec bu­tel­kę po wód­ce pod ław­ką i błysk łyż­wy przy ło­bu­zer­skim pod­ci­na­niu ja­dą­cych spo­koj­nie dziew­cząt, orien­to­wa­ła się w tech­ni­ce ho­ke­jo­we­go fau­lu, w na­stro­jach śli­zgaw­ki o każ­dej po­rze dnia. Od razu też do­strze­gła, co wią­że po­zor­nie nie­zwią­za­ne ze sobą po­sta­cie uwi­ja­ją­ce się wśród tłu­mu. Gru­pa kil­ku­na­stu wy­rost­ków, co naj­wy­żej szes­na­sto­let­nich, łą­czy­ła się w po­tęż­ne­go węża, któ­re­go dy­na­mi­ka pędu roz­trą­ca­ła łyż­wia­rzy, prze­wra­ca­ła, za­gar­nia­ła w swą or­bi­tę usu­wa­ją­ce się nie­zręcz­nie dziew­czę­ta. Na cze­le je­chał nie­du­ży, lecz krę­py fa­cet w dwu­rzę­do­wym, ciem­nym gar­ni­tu­rze o kan­cia­stych, wy­pcha­nych ra­mio­nach; na szyi miał brud­no­bia­ły sza­lik z ta­niut­kie­go je­dwa­biu, na gło­wie – okrą­głą, kra­cia­stą cy­kli­stów­kę, ster­czą­cą wy­so­ko, z prze­sad­nym fa­so­nem na cie­mie­niu. Je­chał szyb­ko i pew­nie, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, prze­kła­dał z wpra­wą, kie­dy zbli­żył się, wi­dać było kro­sto­wa­tą twarz o gru­bym, za­dar­tym no­sie. – Te opry­chów­ki to oni wy­py­cha­ją ga­ze­ta­mi – rzekł Ze­non z uśmie­chem, wska­zu­jąc na kra­cia­stą czap­kę – daje to ulu­bio­ny fa­son, a za­ra­zem sta­no­wi pew­ną ochro­nę przed ude­rze­niem. – W uśmie­chu Ze­no­na była wzgar­dli­wa apro­ba­ta dla chło­pa­ka, wi­dział w nim coś za­baw­ne­go. – Strój od­po­wied­ni na nie­dziel­ne imie­ni­ny u szwa­gra – rze­kła Mar­ta, lecz nie po­par­ła słów uśmie­chem. W pew­nej chwi­li roz­pę­dzo­ny wąż przy­siadł w tak zwa­nym pi­sto­le­cie i pruł z wiel­ką szyb­ko­ścią, na­je­żo­ny wy­sta­wio­ny­mi do przo­du łyż­wa­mi, przez lo­do­wi­sko, gwał­cąc wszel­kie pra­wi­dła ru­chu. Roz­legł się krzyk, chłop­cy szyb­ko pod­nie­śli się i roz­pierz­chli, na lo­dzie le­ża­ła mała dziew­czyn­ka, usi­łu­ją­ca się po­dźwi­gnąć. Ze­non jed­nym za­ma­chem dłu­gich nóg prze­sa­dził ban­dę i w cią­gu se­kun­dy zna­lazł się przy dziew­czyn­ce; wziął ją na ręce i ostro przy­ha­mo­wał na­prze­ciw Mar­ty. – Co ci się sta­ło? – spy­tał, sa­dza­jąc dziew­czyn­kę na ban­dzie. Duże łzy błysz­cza­ły w brą­zo­wych jak pię­cio­gro­szów­ki oczach. Wska­za­ła na pra­wą łyd­kę: przedar­te ba­weł­nia­ne spodnie i po­szar­pa­na skar­pet­ka od­sła­nia­ły spo­re za­dra­pa­nie. – Łyż­wą! Ta­kie ło­bu­zy! – Usta dziew­czyn­ki ścią­gnę­ły się znów w bo­le­sną pod­ków­kę. Mar­ta wy­ję­ła jej z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę. – Do we­se­la się za­goi – po­wie­dzia­ła we­so­ło – a spodnie ju­tro za­ce­ru­jesz. Swo­ją dro­gą… – zwró­ci­ła się gwał­tow­nie do Ze­no­na i umil­kła. Ze­non spo­glą­dał z ja­kimś upodo­ba­niem na lo­do­wi­sko, na któ­rym mło­dzień­cy w opry­chów­kach zna­leź­li nową za­ba­wę. Ty­po­wa­li jed­ną z wi­szą­cych nad ta­flą lo­do­wą lamp me­czo­wych, roz­pę­dza­li się i mio­ta­li ka­mie­nia­mi w górę. Trzy pró­by wy­pa­dły mi­zer­nie, ale za czwar­tym ra­zem pę­ka­ty fa­cet w wi­zy­to­wej dwu­rzę­dow­ce wy­ce­lo­wał. Huk zbi­te­go szkła i pę­ka­ją­cej wie­lo­wa­to­wej ża­rów­ki, spło­szo­ny krzyk śli­zga­ją­cych się, od­pry­ski szkła na lo­dzie – na­gła re­duk­cja oświe­tle­nia. Coś na­wa­li­ło w ca­łym prze­wo­dzie i kil­ka wiel­kich lamp zga­sło. Na lo­do­wi­sku po­wstał ruch, ry­ce­rze pół­mro­ku roz­po­czę­li go­rącz­ko­we uwi­ja­nie się. Wte­dy wła­śnie Mar­ta po­czu­ła na­głe, przy­śpie­szo­ne bi­cie ser­ca. Nie, to chy­ba złu­dze­nie, prze­cież to nie­moż­li­we, aby to były te same świe­tli­ste, ja­rzą­ce się nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem, prze­raź­li­wie bia­łe oczy?…

Z szat­ni klu­bo­wej wy­pa­dło kil­ku za­wod­ni­ków i bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. Ze­non pruł peł­nym ga­zem w tłum. Pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce je­chał ostro, ale nie mógł się rów­nać z ho­ke­istą. Ze­non po­chy­lił się w po­śli­zgu ka­na­dyj­ki, oto­czył go zgrzy­tli­wym wi­ra­żem i zła­pał za ra­mię. – Wol­ne­go, ko­le­go! – rzekł twar­do. – Co te­raz bę­dzie? – Wy­ro­stek spoj­rzał w twarz Ze­no­na; był dużo niż­szy i mimo wy­raź­nej krzep­ko­ści na pew­no słab­szy, ale w jego per­ka­tej twa­rzy i zim­nych, obe­lży­wych oczach Ze­non do­strzegł coś, co ka­za­ło mu pu­ścić ra­mię: była w tych oczach go­to­wość na wszyst­ko, aż do koń­ca. – To przez nie­uwa­gę, pa­nie kie­row­ni­ku – rzekł z fał­szy­wym uśmie­chem, roz­sze­rza­ją­cym mu gru­be usta na całą twarz – ja prze­pra­szam, to nie­ostroż­nie… Ge­nial­ne – po­my­ślał Ze­non – ale hu­mor u tych ko­za­ków… Wy­da­ło mu się to na­raz do­sko­na­łym dow­ci­pem i nie mógł po­wstrzy­mać uśmie­chu, co wy­ro­stek od razu pod­chwy­cił. – Pa­nie kie­row­ni­ku, ja za­raz panu kie­row­ni­ko­wi od­pa­lę pięć­dzie­sią­ta­ka… Za tę lam­pę, do­bra? Tyl­ko po­zbie­ram od dru­hów, psia ich dola. – Rze­czy­wi­ście, dru­ho­wie sku­pi­li się już cia­sno wo­kół nich, Ze­non le­d­wie się obej­rzał, gdy oto­czo­ny był przez spo­co­ne twa­rze, brud­ne sza­li­ki, ze­psu­te zęby, zio­ną­ce wód­ką od­de­chy i spoj­rze­nia. – Żeby mi za­raz, sły­szysz, do kasy lo­do­wi­ska… – rzekł gło­śno i ro­ze­pchnął moc­no na­pie­ra­ją­cych. – Za­raz, za­raz… – za­wo­łał pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce i wa­ta­ha roz­je­cha­ła się na wszyst­kie stro­ny.

Ze­non pod­je­chał do Mar­ty, przy któ­rej sta­li za­wod­ni­cy. – Co się sta­ło? – spy­tał An­tek. – Ge­nial­ne – rzekł Ze­non – wiesz, Maj­ka, co ten ban­dzior po­wie­dział: „To przez nie­uwa­gę”. Tak po­wie­dział. Mają ri­po­sty, co? – An­tek i kil­ku in­nych ro­ze­śmie­li się, Mar­ta dy­go­ta­ła. – No i co? – rzu­ci­ła gwał­tow­nie. – Co te­raz z nim zro­bi­cie? – Nic – od­parł Ze­non nie­fra­so­bli­wie. – Co mu zro­bisz? Za lam­pę nie za­pła­ci, bo dro­ga, mi­li­cja da­le­ko, bić się z nim nie będę. Ty się na tym nie znasz. Maj­ka, to wład­cy Czer­nia­kow­skiej uli­cy, ten krę­py w opry­chów­ce to po­strach Czer­nia­ko­wa. – Chłop­cy – rzekł męż­czy­zna w ko­żu­chu – ła­duj­cie się na lód, opróż­nia­my przed cza­sem lo­do­wi­sko z pu­blicz­no­ści. Idę nadać przez me­ga­fon. – Zwar­ta gru­pa ho­ke­istów wjeż­dża­ła na ta­flę. – Zro­zum, Maj­ka – rzekł nie­pew­nie Ze­non, gdy zo­sta­li sami – gdy­bym go miał gdzieś w neu­tral­nym miej­scu, to zro­bił­bym z nie­go mar­mo­la­dę, ale tu oni mnie zna­ją… Dziś dam mu po uchu, ju­tro wie­czo­rem będę wy­cho­dził sam z tre­nin­gu i kil­ka­na­ście ce­gieł za­pra­wi mnie, nie wia­do­mo skąd, kie­dy i jak, w łeb… Już ja to znam. – Mar­cie sta­nę­ła przed ocza­mi smu­kła po­stać w bia­łym, le­kar­skim ki­tlu. Co ma do tego dok­tor Hal­ski? – po­my­śla­ła szyb­ko, zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­na. – Ro­zu­miem… – rze­kła Mar­ta i Ze­non po­czuł się na­raz, jak­by na tym świe­cie nig­dy nie zo­stał po­wie­dzia­ny ża­den dow­cip. W tej chwi­li z pół­mro­ku lo­do­wi­ska, z chrzę­stu ły­żew wbi­ły się w Mar­tę na uła­mek se­kun­dy bia­łe źre­ni­ce i zga­sły. Sta­ło się to tak na­gle i tak na pew­no, że Mar­ta za­drża­ła, prze­szy­ta dresz­czem. To od­błysk lo­do­wej ta­fli, o, to wła­śnie to – szep­nę­ła w du­chu, wie­dząc do­brze, że tak nie jest.

W naj­ciem­niej­szym rogu lo­do­wi­ska pę­ka­ty w opry­chów­ce przy­ha­mo­wał przed ja­kimś ho­len­dru­ją­cym, ni­skim pa­nem w pum­pach. Gdy pan w pum­pach prze­su­wał się obok, chwy­cił go gwał­tow­nie za rękę, wy­trą­ca­jąc go z rów­no­wa­gi wprost w kar­ko­łom­ny pi­ru­et. – Ta­tu­siu – rzekł pę­ka­ty – po­życz pięć­dzie­siąt zło­tych… – Pa­nie! – krzyk­nął pan w pum­pach – puść, bo za­wo­łam!… – Wię­cej nie zdą­żył już po­wie­dzieć. Ja­dą­cy na peł­nym ga­zie chło­pak w swe­trze z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem pod­ciął go z peł­ne­go roz­pę­du. Po­czuł jesz­cze kil­ka ude­rzeń łyż­wa­mi w ple­cy i sil­ne szarp­nię­cie za tyl­ną kie­szeń spodni. – Ra­tun­ku! Mi­li­cja! – roz­darł się. – Ciiii­cho! – syk­nął pę­ka­ty i prze­je­chał mu wol­ną łyż­wą po twa­rzy. – Re­bia­ta! Do domu! – rzu­cił i wszy­scy roz­pry­snę­li się na boki. Wszyst­ko ra­zem trwa­ło se­kun­dy i pan w pum­pach, za­nim ob­tarł krew z po­licz­ka, nie wie­dział na­wet do­brze, co się sta­ło.

Te­raz na lo­do­wi­sku po­wsta­ło strasz­li­we za­mie­sza­nie, w któ­rym po­tęż­ny głos z me­ga­fo­nu, ob­wiesz­cza­ją­cy: „Pu­blicz­ność pro­szo­na jest o opusz­cze­nie lo­do­wi­ska”, wzma­gał zu­peł­ny cha­os. Mar­ta po­wie­dzia­ła: – Ze­non, prze­bierz się, od­pro­wa­dzisz mnie do domu, do­brze? – A tre­ning?

– Opu­ścisz tre­ning, pro­szę cię, ja mam do­syć tych awan­tur. – Do­brze, Maj­ka, za­cze­kaj. Prze­cież nic ta­kie­go się w grun­cie rze­czy nie sta­ło…

Wśród wą­do­łów i roz­ko­pów pod przy­szłe try­bu­ny, roz­cią­ga­ją­cych się w za­mar­z­łej gli­nie za lo­do­wi­skiem, sta­ło sześć ciem­nych po­sta­ci. Pa­no­wał tu już zu­peł­ny mrok, roz­bły­sły je­dy­nie gwiaz­da­mi lu­to­wej nocy. Jed­na z po­sta­ci, nie­wy­so­ka, pę­ka­ta, kan­cia­sta, mó­wi­ła, tłam­sząc coś w pal­cach:

– Sto sie­dem­dzie­siąt i do­ku­men­ty. Łap­ciuch, masz tu pięć­dzie­sią­ta­ka, idź do kasy, po­łóż i po­wiedz, że to za lam­pę. Tak trze­ba.

– Idź sam, ko­zak się zna­lazł, co in­nych po­sy­łasz, jak ta­kiś dżen­tel­men – od­parł wy­so­ki, łam­li­wy cień.

– Wont, ty łach­ma­nia­rzu, ja ci po­ka­żę, głu­pi szczy­lu… Wo­lisz, żeby cię prze­trą­ci­li od razu, jak ju­tro przyj­dziesz? Gdzie ta­kich ba­ra­nów zbie­ra­ją? Nie ka­pu­jesz, że z nimi trze­ba być do­brze, gów­nia­rzu?… Sam za­ła­twię, wszyst­ko mu­szę za was…

Pę­ka­ta po­stać wy­ję­ła pie­nią­dze z port­fe­la i scho­wa­ła do kie­sze­ni. Port­fel wy­rzu­ci­ła da­le­ko za sie­bie, w ciem­ność. Le­d­wie do­tknął zie­mi, gdy pod­nio­sła go ja­kaś pie­czo­ło­wi­ta ręka.

– Pięć­dzie­sią­tak dla mnie, resz­ta do po­dzia­łu – rzekł pę­ka­ty, kła­dąc ręce do kie­sze­ni. – Albo le­piej masz, Sta­siek, i skocz po ben­zy­nę. Kup parę ogór­ków, ka­pu­jesz…

Kie­dy i skąd wpa­da po­mię­dzy sześć po­sta­ci grom, tego nie wie nig­dy żad­na z sze­ściu za­in­te­re­so­wa­nych osób. Poza tym grom nie jest nig­dy czymś mięk­kim, to zaś, co zna­la­zło się na­raz na skost­nia­łej gli­nie po­mię­dzy sze­ściu sil­ny­mi, zwin­ny­mi i go­to­wy­mi na wszyst­ko ludź­mi, było na tyle mięk­kie, by nie spra­wiać żad­ne­go ha­ła­su, a na tyle gra­ni­to­wo twar­de, by uczy­nić rzecz nie­by­wa­łą – ściąć pięć spo­śród sze­ściu po­sta­ci z nóg. Szó­sta w tej sa­mej se­kun­dzie rzu­co­na zo­sta­ła po­tęż­nym cio­sem w brzuch na usy­pi­sko zlo­do­wa­cia­łej gli­ny. Przez kil­ka chwil ko­tło­wał się dzi­wacz­ny, strasz­ny bój w zu­peł­nych ciem­no­ściach i w zu­peł­nym mil­cze­niu, gdy się jed­nak nic nie wie, kie­dy i skąd pa­da­ją bły­ska­wicz­ne kop­nię­cia w usta i w pod­brzu­sze, w szy­ję i w ser­ce – wte­dy lu­dzie za­czy­na­ją kasz­leć, krztu­sić się bó­lem i stra­chem, char­czeć. – Moje oko! Gło­wa, o Jezu! Gło­wa!? Uuuuch! Mor­du­ją! Aaaaaa! – Wte­dy też, rzu­co­na z siłą pa­ro­we­go mło­ta, pę­ka­ta po­stać otwo­rzy­ła z ję­kiem oczy i to sta­ło się przy­czy­ną jej zu­peł­nej klę­ski. Na­prze­ciw jej oczu pło­nę­ły w ciem­no­ściach inne oczy, tak prze­ra­ża­ją­co bia­łe, że pod po­sta­cią pę­ka­tą i kan­cia­stą zdrę­twia­ły ko­la­na; jej szes­na­sto­let­nią du­szą, nie­zna­ją­cą do­tąd, co to oba­wa, owład­nę­ło na­gle dzi­kie prze­ra­że­nie. Ma­ca­jąc jak śle­py przed sobą, prze­wra­ca­jąc się na czwo­ra­kach po gli­nia­stym na­sy­pie, ra­niąc so­bie ręce i pa­da­jąc na czo­ło, czło­wiek, któ­ry nie bał się w swym krót­kim ży­ciu ani krwi, ani noża, za­czął, po­ty­ka­jąc się, ucie­kać przed ocza­mi. Ja­kaś dziw­na gro­za rzu­ca­ła jego ser­cem. Bie­gnąc co­raz szyb­ciej przez zna­ne so­bie pa­gó­ry, do­padł do wła­sno­ręcz­nie wy­cię­tej nie­gdyś dziu­ry w dru­cia­nym ogro­dze­niu, prze­gra­mo­lił się na dru­gą stro­nę i zna­lazł się na ty­łach re­mi­zy tro­lej­bu­so­wej. Tu po­czuł się pew­nie, ode­tchnął głę­bo­ko, otarł usta i zbli­żył rękę do smu­gi świa­tła z la­tar­ni ulicz­nej. – Krew! – szep­nął – co to było?… – I na­gle po­czuł, że nie jest sam. Nic nie wi­dział ani nie sły­szał, lecz coś ka­za­ło mu ucie­kać. Jak alar­mo­wy sy­gnał in­stynk­tu do­szła do jego świa­do­mo­ści pew­ność, że tuż za nim czai się nie­wi­dzial­ne, nie­zna­ne coś, któ­re nie woła, nie gro­zi, nie pyta, ni­cze­go nie żąda, tyl­ko nisz­czy, uni­ce­stwia. Lecz co nisz­czy, dla­cze­go?… Nad tym nie pró­bo­wał na­wet się za­sta­no­wić, gdyż mu­siał ucie­kać – biec co sił w zmal­tre­to­wa­nych no­gach, ła­piąc z tru­dem wy­du­szo­ny z pier­si pie­kiel­nym ude­rze­niem od­dech. Dy­sząc cięż­ko, prze­sa­dził ka­mie­nie i płot dzie­lą­cy re­mi­zę od uli­cy. Na myśl mu na­wet nie przy­szło, by się bro­nić, zła­pać w bie­gu ka­mień, przy­jąć wal­kę w tych za­ka­mar­kach, dziu­rach, pło­tach, śmie­ciach, któ­re znał jak wła­sną kie­szeń, w któ­rych tyle razy on in­nych… Wy­padł w prze­smyk po­mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi i ru­ina­mi ko­ścio­ła. Nie sły­szał, lecz czuł po­goń. Jego świsz­czą­cy od­dech ka­zał przy­sta­nąć idą­cym po dru­giej stro­nie uli­cy Ze­no­no­wi i Mar­cie. Wi­dzie­li, jak ciem­na po­stać, wy­prze­dza­ją­ca ich da­le­ko, wbie­gła chwiej­nie na stop­nie por­ta­lu, a za nią – coś jak­by cień, za­tar­ta syl­we­ta, za któ­rą nie moż­na było rę­czyć, czy na­le­ży do rze­czy­wi­sto­ści. Ciem­na po­stać za­wa­ha­ła się przez mgnie­nie oka, ser­ce tłu­kło w niej obłęd­nie, gdy mi­nąw­szy ko­lum­na­dę, zna­la­zła się w upior­nej na­wie. Ale nie było wy­bo­ru. Nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak sa­mo­bój­czy skok w ciem­ność – zdru­zgo­ta­na pod­ło­ga nawy ury­wa­ła się bo­wiem na­gle jak szcze­li­na prze­pa­ści – w dole roz­cią­ga­ła się ciem­na kruch­ta, na­je­żo­na roz­bi­tym mu­rem, po­trza­ska­ny­mi prę­ta­mi żel­be­to­wych zbro­jeń, fan­ta­stycz­ną ko­ron­ką po­szar­pa­nych mu­rów, za­rdze­wia­ły­mi szta­ba­mi i że­la­zny­mi szy­na­mi. Ale w dole był ra­tu­nek. Ciem­na po­stać wie­dzia­ła do­brze, że wśród cien­kich ko­lu­mie­nek kruch­ty, wśród zwa­łów po­tłu­czo­nej ce­gły ukry­te są że­la­zne drzwi sta­re­go prze­ciw­lot­ni­cze­go schro­nu pro­wa­dzą­ce­go do pod­ziem­nych od­mę­tów nie­zna­nych ni­ko­mu prócz kil­ku lu­dzi. Tyl­ko tam wi­dział ra­tu­nek i sko­czył de­spe­rac­ko w dół, na roz­dzie­ra­ją­ce ko­ści ce­gły. Nie zdą­żył się unieść na ro­ze­dr­ga­nych, za­krwa­wio­nych ra­mio­nach, gdy wy­czuł ra­czej, niż usły­szał spa­da­ją­cy obok nie­go z ko­cią mięk­ko­ścią cień. Ostat­kiem sił rzu­cił się mię­dzy ko­lum­ny kruch­ty, ku że­la­zne­mu za­wo­ro­wi.

Wte­dy wła­śnie Mar­ta i Ze­non po­sły­sze­li strasz­ny, roz­pacz­li­wy krzyk, ludz­kie wy­cie, od któ­re­go za­mar­ły im ser­ca. – Aaaaar­rhhh!… – chry­pia­ło w ru­inach ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Prze­bie­gli ku scho­dom por­ta­lu, Ze­non sta­wiał już nogę na stop­niu, gdy Mar­ta szep­nę­ła z trwo­gą: – Nie! Pro­szę cię, Ze­non, nie… – W mo­men­tach dra­ma­tycz­nych Ze­non nie był tchó­rzem, ale już po chwi­li, gdy krzyk się nie po­wtó­rzył, po­czuł wiel­ką wdzięcz­ność dla Mar­ty, że my­śli o nim. – Ja­kieś po­ra­chun­ki wład­ców Czer­nia­ko­wa… – rzekł z uśmie­chem.

Zdej­mu­jąc nogę ze stop­nia, strą­cił ja­kiś mięk­ki przed­miot. Po­chy­lił się. Była to kra­cia­sta, wy­pcha­na ga­ze­ta­mi opry­chów­ka, od ja­kich roi się w War­sza­wie.

– Po­patrz, nie mó­wi­łem – rzekł do Mar­ty, dum­ny z traf­no­ści swe­go ro­zu­mo­wa­nia.

Mar­ta wpa­try­wa­ła się w czap­kę roz­sze­rzo­ny­mi z prze­ra­że­nia oczy­ma. Wy­da­ło jej się na­gle, przez uła­mek se­kun­dy, że coś zro­zu­mia­ła.

2

– Kuba! Ku­ba­aa!

Ko­lan­ko wy­chy­lił się z drzwi na ko­ry­tarz, za­wisł nie­mal na rę­kach.

– Ku­ba­aa! Gdzież on jest, ten…

Na scho­dach roz­legł się ło­skot o da­le­kim po­kre­wień­stwie z gór­ską la­wi­ną. Na koń­cu ko­ry­ta­rza uka­za­ła się kul­ka cze­goś, szyb­ko ro­sną­ca w oczach, któ­ra na kil­ka me­trów przed Ko­lan­ką za­czę­ła ha­mo­wać na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Z brył­ki cia­ła, ubra­nia i ru­chu wy­ło­nił się cały uśmiech­nię­ty Ku­buś.

– Je­stem, pa­nie re­dak­to­rze. O co cho­dzi?

Ko­lan­ko jed­nym ru­chem wcią­gnął go do po­ko­ju i za­mknął drzwi. Po­kój re­dak­cji miej­skiej „Expres­su Wie­czor­ne­go” mógł­by z po­wo­dze­niem słu­żyć za prze­cud­ną wi­zję kla­sycz­ne­go włó­czę­gi: ta­kie ilo­ści sta­rych ga­zet i pa­pie­rów od­na­leźć moż­na je­dy­nie w ci­chych ma­rze­niach zmę­czo­nych tram­pów o łóż­kach i koł­drach. Na ścia­nie wi­sia­ły: ka­ry­ka­tu­ra Ko­lan­ki, roz­kład jaz­dy po­cią­gów pod­miej­skich sprzed trzech lat, plan Sa­skiej Kępy i go­dło pań­stwo­we.

– Ty pa­ca­nie nie­my­ty… – rzekł Ko­lan­ko z gorz­kim wy­rzu­tem. Ku­buś przy­brał po­sta­wę obron­ną.

– Już nie będę, pa­nie re­dak­to­rze – rzekł na wszel­ki wy­pa­dek, co­fa­jąc się – klnę się na czy­stą, nie­win­ną mi­łość, jaką ży­wię dla pana re­dak­to­ra… Tyl­ko – co się sta­ło?

– Chłop­czy­ku – po­wie­dział Ko­lan­ko ze sło­dy­czą w gło­sie – chłop­czy­ku, sia­daj. Po­patrz, wy­ho­do­wa­łem cię na wła­snej pier­si. Jako nie­let­nie pa­cho­lę igra­łeś bez­tro­sko w cie­niu mej po­tęż­nej opie­ki, fi­glu­jąc swa­wol­nie wśród no­wi­nek z ma­ga­zy­nów odzie­żo­wych, wśród spa­cer­ków po sto­li­cy, wśród wie­ści o no­wych li­niach tram­wa­jo­wych i o no­wa­lij­kach w skle­pach wa­rzyw­nych. Ha­sa­łeś jak roz­kosz­ne źre­bię po roz­ło­gach trze­ciej ko­lum­ny, miej­skiej ko­lum­ny na­sze­go chwa­leb­ne­go or­ga­nu. I co?… Tak mi się od­wdzię­czasz? Ta­kie jest two­je przy­wią­za­nie do tego, któ­ry cię wy­kar­mił mle­kiem z drze­wa wia­do­mo­ści do­bre­go i złe­go?

Okrą­gła, dwu­dzie­sto­dwu­let­nia i pie­go­wa­ta twarz Ku­bu­sia wy­ra­ża­ła ból i roz­pacz. Wi­dać było, iż jest do głę­bi wstrzą­śnię­ty.

– Pa­nie re­dak­to­rze – za­wo­łał – niech pan tak nie mówi! Nie wol­no panu! Prze­cież wie pan, że je­stem jak opo­ka za pa­nem re­dak­to­rem, że może pan za­wsze i uf­nie wes­przeć na mnie swe znu­żo­ne cia­ło… Że je­stem dla pana go­tów na wszyst­ko, na naj­wyż­szą ofia­rę, je­stem go­tów na… niech się dzie­je, co chce!… na­tych­miast sko­czyć po pa­pie­ro­sy, na­wet – tu Ku­buś za­krył oczy dło­nią i zwie­sił w strasz­nej męce gło­wę – na­wet przy­nieść her­ba­tę!

– Za­milcz – po­wie­dział Ko­lan­ko, tłu­miąc jaw­nie wzru­sze­nie – niech przyj­dę do sie­bie… Już do­brze… Czy­ta­łeś dzi­siej­sze „Ży­cie”?

– Nie – od­parł Kuba nie­fra­so­bli­wie. – Nie zwy­kłem czy­tać od sa­me­go rana tych mar­nych świst­ków kon­ku­ren­cyj­ne­go pa­pie­ru. O tej po­rze czy­tu­ję wy­łącz­nie to, co sam na­pi­sa­łem po­przed­nie­go dnia. A w ogó­le – w gło­sie Ku­bu­sia za­brzmia­ła wzgar­da – dzi­wię się panu, że pan, taki in­te­li­gent­ny czło­wiek, tra­ci czas o po­ran­ku na czy­ta­nie tej… ga­ze­ty.

– Za­mknij dziób! – wark­nął Ko­lan­ko. – Masz, czy­taj.

Po­dał Ku­bu­sio­wi świe­żą płach­tę po­ran­ne­go wy­da­nia „Ży­cia War­sza­wy”. Ku­buś wziął dzien­nik w dwa pal­ce, z osten­ta­cyj­ną od­ra­zą, w mia­rę jed­nak czy­ta­nia za­kre­ślo­nej czer­wo­nym ołów­kiem wzmian­ki twarz mu się wy­dłu­ża­ła, z okrą­głej sta­ła się owal­na, a z owal­nej po­cią­gła, dłu­ga i bar­dzo zmar­twio­na.

– No… i co ty na to? – Ko­lan­ko wziął się pod boki, chło­sta­jąc go wzro­kiem peł­nym szy­der­stwa. – As re­por­ta­żu „Expres­su Wie­czor­ne­go”, re­por­ter iskra, re­por­ter wid­mo, czło­wiek, dla któ­re­go nie ma drzwi za­mknię­tych, dzien­ni­karz, u któ­re­go w le­wej kie­sze­ni spodni bije puls War­sza­wy… Oczy i uszy sto­li­cy… Ma­gik pra­sy po­po­łu­dnio­wej, wo­bec któ­re­go naj­tward­si dy­rek­to­rzy do­mów to­wa­ro­wych pło­nią się jak za­sro­ma­ne dzie­wecz­ki, zwie­rza­ją się z ta­jem­nic no­we­go asor­ty­men­tu bie­li­zny dla le­ci­wych go­spo­dyń i je­dzą z ręki jak ptasz­ki… Jed­nym sło­wem: Kuba Wi­rus! I ten oto Ja­kub Wi­rus do­wia­du­je się o czymś ta­kim z ma­leń­kiej za­ja­wy na pią­tej ko­lum­nie „Ży­cia”. He, he, he…

Śmiech ten za­dźwię­czał w uszach Ku­bu­sia jak dzwon po­grze­bo­wy. Opu­ścił rękę z ga­ze­tą ni­czym czło­wiek ugo­dzo­ny śmier­tel­nie w samo ser­ce, spu­ścił gło­wę i rzekł gło­sem na­brzmia­łym cier­pie­niem:

– Tak… To ko­niec… Wi­docz­nie ze­sta­rza­łem się. Czas mi się wy­co­fać, od­dać miej­sce młod­szym, pójść do ad­mi­ni­stra­cji na wy­god­ny fo­te­lik z gu­mo­wą po­dusz­ką i spę­dzić na nim resz­tę mych dni… Niech młod­si ru­szą w świę­ty bój o no­wi­ny z Ko­szy­ków i po wy­wia­dy z pia­ska­rza­mi pra­cu­ją­cy­mi w zno­ju nad re­gu­la­cją Wi­sły… Mój kres nad­szedł. Oko moje stra­ci­ło blask i so­ko­lą by­strość, moja ręka za­gu­bi­ła nie­chyb­ną pew­ność. Ha, cóż! Po­zo­sta­ją ci­che du­ma­nia przy klu­bo­wym sto­li­ku na uli­cy Fok­sal i rzew­ne wspo­mnie­nia z dni chwa­ły.

Na­gle ze­rwał się jak opa­rzo­ny.

– Pa­nie re­dak­to­rze! Jak pra­gnę ca­ło­wać wi­śnio­we usta tej no­wej bru­net­ki z kol­por­ta­żu, co nam się obu po­do­ba – oni nie mo­gli otrzy­mać tej wia­do­mo­ści z po­go­to­wia! Po­go­to­wie mam ob­sta­wio­ne jak zło­to i nie­moż­li­wo­ścią jest, żeby ten… – tu Ku­buś blu­znął sło­wem strasz­li­wie dys­kre­dy­tu­ją­cym oma­wia­ną oso­bę – nie za­wia­do­mił mnie o czymś ta­kim… Ja nie wiem, ale… niech ja będę ostat­ni śmie­ciarz, a nie Wi­rus, je­śli w cią­gu dwóch go­dzin pan re­dak­tor nie bę­dzie miał…

– Spo­koj­nie, smar­ka­czu – Ko­lan­ko przy­brał ton men­tor­ski – wi­dzisz prze­cież, że nie jest po­da­ne ani kie­dy, ani kto udzie­lił po­mo­cy temu fa­ce­to­wi. Nie pi­sze, czy za­bra­no go do szpi­ta­la, czy mi­li­cja pro­wa­dzi do­cho­dze­nie. Nic prócz tego, że zna­le­zio­no ta­kie­go po­bi­te­go w ru­inach ko­ścio­ła przy uli­cy Ła­zien­kow­skiej. I tyle. Chy­ba bę­dziesz mu­siał udać się do ko­le­gów z „Ży­cia War­sza­wy”, je­śli się chcesz cze­goś do­wie­dzieć…

– Co? Tam? Nig­dy! – za­wo­łał Ku­buś dra­ma­tycz­nie. – Moja noga tam nie stąp­nie po kra­niec dni mo­ich, u tych… psz­cze­la­rzy! Chy­ba że będą mie­li dla mnie ja­kieś pie­nią­dze… – do­dał ci­szej, na stro­nie, po czym znów wzniósł głos do po­przed­nie­go re­je­stru: – A pan, pa­nie re­dak­to­rze, zbyt szyb­ko i zbyt wcze­śnie stra­cił wia­rę we mnie…

To rze­kł­szy, znikł jak wy­ssa­ny z po­ko­ju przez nie­wi­dzial­ny elek­tro­luks. Dla­cze­go psz­cze­la­rze? – zdzi­wił się Ko­lan­ko. – To po­zo­sta­nie na za­wsze ta­jem­ni­cą barw­no­ści sty­lu Ku­bu­sia Wi­ru­sa. Ale ja­kaś traf­ność w tym jest… – Uśmiech­nął się do sie­bie. Na­wet nie zdą­ży­łem mu dać tego Ki­scha – po­my­ślał, wyj­mu­jąc z szu­fla­dy świe­żo ku­pio­ną książ­kę. Je­śli bo­wiem trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nie ser­ce re­dak­to­ra Edwi­na Ko­lan­ki biło dla ko­goś na obec­nym eta­pie jego ży­cia, tym kimś był tyl­ko Ku­buś Wi­rus.

Kie­dy sie­dem lat temu zja­wił się w re­dak­cji pięt­na­sto­let­ni chło­pak o zsi­nia­łych z zim­na war­gach, w nie­zdar­nym ubra­niu zszy­tym z ame­ry­kań­skich ko­ców woj­sko­wych, Ko­lan­ko od razu nim się za­in­te­re­so­wał. Dzi­wi­ło go sa­me­go to za­in­te­re­so­wa­nie; prze­wa­la­ły się na­ten­czas nad War­sza­wą pierw­sze zimy od­bu­do­wy, peł­ne udręk zdru­zgo­ta­ne­go przez woj­nę mia­sta. Przez te zimy War­sza­wa prze­bi­ja­ła się jak przez mor­der­czy ogień wiel­kiej bi­twy o ży­cie: w szla­mie, w bło­cie, w gru­zach, w nie­opa­la­nych no­rach za­miast miesz­kań, w któ­rych obi­te dyk­tą okna sym­bo­li­zo­wa­ły dom. Uczu­cia tward­nia­ły, dzie­ci śpią­ce w bra­mach zruj­no­wa­nych ka­mie­nic lub w błot­ni­stym śnie­gu uli­cy nie czy­ni­ły na ni­kim wra­że­nia. Ko­lan­ko na­le­żał ra­czej do lu­dzi moc­nych, to zna­czy od­por­nych, to zna­czy, czę­sto­kroć, nie­zbyt wraż­li­wych. A prze­cież od sa­me­go po­cząt­ku doj­rzał w oczach Ku­bu­sia coś, co wznie­ci­ło w nim cie­płą li­tość. Ku­buś był sie­ro­tą, ro­dzi­ców stra­cił w cza­sie woj­ny. Miał ja­kieś ciot­ki czy stry­jów na Zie­miach Za­chod­nich, ale ro­dzi­na sta­no­wi­ła dla Ku­bu­sia rzecz dru­go­rzęd­ną. Rze­czą pierw­szo­rzęd­ną była War­sza­wa. Ja­kie in­stynk­ty i umi­ło­wa­nia de­cy­do­wa­ły o tym w du­szy pięt­na­sto­let­nie­go chłop­ca, tego trud­no jest dojść, Ku­buś orzekł, że tu jest jego miej­sce, jego ser­ce, jego przy­szłość. I zo­stał. Za­cze­pił się w re­dak­cji nowo po­wsta­łe­go „Expres­su Wie­czor­ne­go”, bie­gał na po­sył­ki; do kli­szar­ni, do dru­kar­ni, po od­bit­ki szczot­ko­we, po pa­pie­ro­sy, po buł­ki, po piwo. Z cza­sem stał się nie­zbęd­ny, lu­bi­li go wszy­scy za to, że nie spra­wiał ni­ko­mu kło­po­tu, był spryt­ny, ob­rot­ny, dow­cip­ny, uczyn­ny, bar­dzo war­szaw­ski, ga­ze­ciar­ski, dziec­ko „Expres­su”. Nig­dy nie na­przy­krzał się, nig­dy od ni­ko­go ni­cze­go nie po­trze­bo­wał, za­wsze był go­tów do uprzej­mo­ści i przy­sług, co naj­waż­niej­sze: ni­ko­go nie obar­czał tro­ską o sie­bie i nikt so­bie gło­wy nie za­przą­tał tym, czy Ku­buś śpi i gdzie Ku­buś śpi, czy Ku­buś je i co Ku­buś je. Taka krzep­ka sa­mo­dziel­ność bu­dzi po­wszech­ną sym­pa­tię. Ale to wszyst­ko. W wal­czą­cej o swój dzień na­stęp­ny War­sza­wie lu­dzie byli nie­by­wa­le za­ję­ci; ob­da­rza­li chęt­nie sym­pa­tią, w wy­pad­kach na­głych – do­raź­ną po­mo­cą. Na cie­płą, pod­trzy­mu­ją­cą, tro­skli­wą przy­jaźń, taką wła­śnie, jaka Ku­bu­sio­wi była po­trzeb­na, nikt nie miał cza­su. Nikt z wy­jąt­kiem Ko­lan­ki. Za to Ko­lan­ko miał opo­ry. Ko­lan­ko był tro­chę scep­ty­kiem, tro­chę man­ty­ką, tro­chę ego­istą i tro­chę cwa­nia­kiem – taki cha­rak­ter, wy­trzę­sio­ny moc­no w ostat­niej woj­nie, nie sta­no­wi ży­znej gle­by, na któ­rej za­kwi­ta za­zwy­czaj opie­kuń­cza przy­jaźń dla kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Skoń­czy­ło­by się tedy na nie­wy­raź­nych sym­pa­tiach i przy­chyl­no­ściach, gdy­by nie Ku­buś. Al­bo­wiem na za­sa­dzie trud­no wy­tłu­ma­czal­nych re­wan­żów Ku­buś po­ko­chał Ko­lan­kę. Nie miał po­cząt­ko­wo po temu żad­nych spe­cjal­nych po­wo­dów: to inni re­dak­to­rzy przy­no­si­li mu cie­płe skar­pet­ki, pusz­ki kon­serw z gu­la­szem wie­przo­wym, ob­da­ro­wy­wa­li go bi­le­ta­mi do kin i na me­cze. Na­to­miast Ko­lan­ko z nim roz­ma­wiał. Każ­dą wol­ną chwi­lę Kuba spę­dzał przy biur­ku Ko­lan­ki, wśli­zgi­wał się do po­ko­ju, w któ­rym pra­co­wał Ko­lan­ko, czy­ha­jąc łap­czy­wie na mo­men­ty, gdy roz­ja­zgo­ta­ny te­le­fo­na­mi i ło­sko­tem ma­szyn do pi­sa­nia po­kój pu­sto­szał i cichł. I znów trud­no po­wie­dzieć, by roz­mo­wy te były dla Ko­lan­ki fi­lan­tro­pią: nic z tych rze­czy – roz­mo­wy te pa­sjo­no­wa­ły Ko­lan­kę, wiecz­nie chci­we­go ko­lo­rów ży­cia re­por­te­ra, dzien­ni­ka­rza do szpi­ku ko­ści, ko­cha­ją­ce­go za­chłan­nie at­mos­fe­rę, styl i bar­wę prze­ży­wa­nej chwi­li, na­stro­jów mia­sta, ję­zy­ka war­szaw­skiej uli­cy. Któż mógł le­piej opo­wia­dać mu o ba­za­rach i pla­cach, o ogród­kach i pla­żach, o pie­kar­niach i skle­pi­kach, o tram­wa­jach i knaj­pach niż Kuba Wi­rus, pięt­na­sto­let­ni czło­wiek, dla któ­re­go ży­cie na bru­ku dźwi­ga­ją­ce­go się z gru­zów i nę­dzy mia­sta nie mia­ło ta­jem­nic? A Kuba czuł wy­śmie­ni­cie, że to, co mówi, to, co opo­wia­da z ta­kim wkła­dem sił w traf­ność for­mu­ło­wa­nia, zo­sta­je zro­zu­mia­ne i do­ce­nio­ne, że ten, któ­ry słu­cha, słu­cha nie z uprzej­mo­ści, lecz z pa­lą­ce­go, chci­we­go za­in­te­re­so­wa­nia nim, Kubą, że je­den je­dy­ny czło­wiek na świe­cie po­tra­fi w peł­ni go zro­zu­mieć i spra­wie­dli­wie oce­nić nie­uchwyt­ną głę­bię, mą­drość, do­sad­ność, atrak­cyj­ność, cały gorz­ki, rynsz­to­ko­wy, kna­jac­ki urok i ostry jak brzy­twa hu­mor jego war­szaw­skiej, ulicz­nej gad­ki. Tym czło­wie­kiem był Ko­lan­ko i Ku­buś ko­chał go za to. Kie­dyś w cza­sie tych nie­koń­czą­cych się roz­mów, pa­trząc w pło­ną­ce po­licz­ki i ru­chli­we piw­ne oczy Ku­bu­sia, Ko­lan­ko do­strzegł w oczach tych coś wię­cej niż za­baw­ną, by­strą ko­za­ke­rię i ło­bu­zer­ski spryt: spod gru­bej war­stwy uku­te­go w ża­rze do­świad­czeń prze­ko­na­nia o nik­czem­no­ści i nę­dzy świa­ta wy­zie­rał ja­sny, mło­dzień­czy opty­mizm, gdzieś na dnie tych oczu nie­śmia­ło po­ły­ski­wa­ły ukry­te zło­ża uczci­wo­ści i lo­jal­no­ści. Tego sa­me­go dnia Ko­lan­ko wszedł do księ­gar­ni i ku­pił parę ksią­żek: był wśród nich Prus i Jack Lon­don, Że­rom­ski i Dic­kens. Da­lej wy­pad­ki po­to­czy­ły się re­we­la­cyj­nie, choć bez zbyt­niej re­kla­my. Nikt w re­dak­cji nie zda­wał so­bie na­wet spra­wy z tego, kie­dy Ku­buś zdał ma­tu­rę i za­czął pra­co­wać w dzia­le miej­skim jako re­por­ter. Nikt prócz Ko­lan­ki. Za­nim kto­kol­wiek zdo­łał się zo­rien­to­wać w tym, co się sta­ło, Ku­buś za­czął ro­snąć w sła­wę. Nie­spo­ży­ta ener­gia, dy­na­mi­ka i za­pał, sprzę­gnię­te z cel­no­ścią ob­ser­wa­cji i dow­ci­pu, ta­lent do­strze­ga­nia sen­sa­cji w fak­cie po­ja­wie­nia się w sprze­da­ży no­we­go typu mar­ga­ry­ny i prze­dziw­na umie­jęt­ność za­war­cia ca­łe­go po­ema­tu o tym zja­wi­sku w dwusz­pal­to­wej not­ce na trzy­dzie­ści wier­szy – ta­kie za­le­ty wzno­si­ły Ku­bu­sia bły­ska­wicz­nie w górę. Już nie­ba­wem za­czę­to o nim mó­wić jako o asie dzia­łu miej­skie­go, wraz z ro­sną­cą wiel­ko­miej­sko­ścią od­bu­do­wy­wa­nej War­sza­wy rósł Kuba jako gwiaz­da wiel­ko­miej­skie­go re­por­ta­żu. Za­czął no­sić do­bre ma­ry­nar­ki, ba­jecz­nie ko­lo­ro­we musz­ki u koł­nie­rzy­ka ko­szu­li i by­wać w Klu­bie Dzien­ni­ka­rzy, gdzie od sto­li­ków po­ka­zy­wa­no go na­wet pal­ca­mi, mó­wiąc: – To ten Wi­rus z „Expres­su”… – Wte­dy też na­stą­pił pierw­szy wiel­ki kon­flikt po­mię­dzy nim a re­dak­cją, któ­rej ko­le­gium uwa­ża­ło się za ro­dzaj ko­lek­tyw­nej ma­cie­rzy Ku­bu­sia. Po­sta­no­wio­no mia­no­wi­cie, że zo­sta­nie on za­pi­sa­ny na wyż­sze stu­dia dzien­ni­kar­skie, i wte­dy Kuba po­wie­dział twar­do: – Nie! – po czym wy­ja­śnił swe sta­no­wi­sko, mó­wiąc ob­ra­zo­wo i cha­otycz­nie, że re­dak­cja jest dlań tym, czym czy­sta woda dla ryby, któ­ra do­tąd zmu­szo­na była pły­wać w ba­jo­rze, że w ga­ze­cie zna­lazł swe naj­istot­niej­sze po­wo­ła­nie, że ga­ze­ta daje mu ży­cie i na­ukę za­ra­zem, co­dzien­ne do­sko­na­le­nie się w tym, co on, Kuba Wi­rus, uwa­ża za naj­cen­niej­sze i naj­waż­niej­sze, i naj­bar­dziej uko­cha­ne, że on jest dzien­ni­ka­rzem z naj­głęb­szych fi­brów du­szy, że był już chy­ba dzien­ni­ka­rzem w ło­nie mat­ki, a w każ­dym ra­zie na pew­no dzien­ni­ka­rzem po­zo­sta­nie aż do ostat­nie­go od­de­chu, że wresz­cie – tu Ku­buś wró­cił do swych ich­tio­lo­gicz­nych me­ta­for – oni, to zna­czy ci z ko­le­gium, chcą wrzu­cić jego, rybę rzecz­ną, do oce­anu nauk eko­no­micz­no-so­cjal­nych, na co on, Ku­buś, ty­po­wa ryba je­zio­ro­wo-miej­ska, nie ma ani ocho­ty, ani od­por­no­ści, przy­najm­niej na ra­zie, i że trze­ba cze­kać, aż jemu sa­me­mu przyj­dzie na to ocho­ta, aby się po­głę­bić i za­pra­gnąć pi­sa­nia kry­tyk z „Za­chę­ty” czy Mu­zeum Na­ro­do­we­go w miej­sce no­wi­nek z rzeź­ni miej­skiej. Na ko­niec w oku Ku­bu­sia bły­sło coś na kształt łzy, kie­dy mó­wił, że oni mogą go zmu­sić do opusz­cze­nia re­dak­cji, ale nie zmu­szą go do de­cy­zji sprzecz­nej z jego naj­do­kład­niej prze­my­śla­ny­mi pla­na­mi ży­cio­wy­mi, po czym do­dał, przy­bie­ra­jąc po­sta­wę czło­wie­ka świa­do­me­go swej war­to­ści, że jak­kol­wiek myśl ta spra­wia mu nie­zno­śny ból, to jed­nak są­dzi, iż znaj­dą się w War­sza­wie re­dak­cje rade go na­tych­miast za­trud­nić. Tak he­ro­icz­na po­sta­wa w wal­ce o pra­wo do sta­no­wie­nia o swym lo­sie oraz ła­du­nek wzru­sze­nia w sło­wach Ku­bu­sia nie mo­gły nie wpły­nąć na sta­no­wi­sko ko­le­gium, co uwi­docz­ni­ło się w ogól­nym roz­czu­le­niu. Wy­cho­dząc z tego ze­bra­nia, gdy zna­leź­li się sami, Ku­buś rzekł do Ko­lan­ki: – Moim ce­lem jest zo­stać ta­kim sa­mym dzien­ni­ka­rzem jak pan… – Wte­dy Ko­lan­ko po raz pierw­szy w ży­ciu po­czuł się, jak­by miał syna. Zro­zu­miał, że od lat jest przy nim ktoś, komu bę­dzie mógł coś zo­sta­wić, prze­ka­zać, któ­ry po nim po­nie­sie coś da­lej, w przy­szłość.

Mi­ja­jąc „Po­lo­nię”, Ko­lan­ko pchnął lek­ko Ku­bu­sia w drzwi. Wy­pi­li trzy ćwiart­ki wód­ki, po czym dłu­go sie­dzie­li, mil­cząc, a w mil­cze­niu tym było mnó­stwo wza­jem­nych uczuć i za­do­wo­le­nia. Pierw­szy raz pili ra­zem al­ko­hol. Ta chwi­la wy­ma­ga­ła bo­wiem wiel­kiej doj­rza­ło­ści i głę­bo­kie­go, obo­pól­ne­go zro­zu­mie­nia.