Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Hazel Snow od zawsze była sama. Adoptowana jako niemowlę, wędrowała od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Nigdy nie miała swojego miejsca na ziemi, nie wiedziała, skąd pochodzi i kim tak naprawdę jest. Kiedy zatem dostała trzy olśniewająco piękne magiczne sukienki i szansę, by spełnić swe najgłębsze życzenia, nie zastanawiała się długo. Wiedziała, że chce poznać matkę…
Przeniesiona w czasie osiemnastoletnia Hazel zaczyna wieść drugie, alternatywne życie – u boku matki, której dotąd nie znała. W ciągu niezwykłego, cudownego lata odnajduje dom, zakochuje się i zawiera całkowicie nieoczekiwaną przyjaźń. Czy jednak dążenie do odkrycia przeszłości na zawsze odmieni jej przyszłość?
Cykl: Życzenie, t. 2
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
BUKOWY 41 LAS
W pierwszej chwili chciała po prostu wyrzucić tę kopertę do śmieci, może nawet cisnąć ją do kubła na sam wierzch, żeby Roy zobaczył ją tam, nietkniętą. Zostawiał Hazel z zupełnie obcymi osobami nie raz, nie dwa. lecz trzy razy. Osiem różnych szkół, od Santa Cruz po Santa Rosa. Siedem pożegnań z przyjaciółmi, których już nawet nie chciało się jej poznawać.
Jaka kartka mogłaby to wszystko zrekompensować?
Ale niepewność była nie do zniesienia. Wsunęła palec pod klapkę, oderwała cienki pasek papieru i wyciągnęła zawartość koperty.
Wcale nie ozdobną kartę z życzeniami, lecz biały, złożony podwójnie arkusz papieru.
Roy nie kupił jej urodzinowej kartki, gdzieżby. Obruszyła się na swój niedorzeczny pomysł. Na stół wypadła żółta kwadratowa karteczka samoprzylepna. Pochyliła się', by ją przeczytać. Poczuła skurcz w żołądku na widok pełnego zakrętasów pisma, które mogło należeć tylko do Wendy.
l/lIręczyć Hazel w dniu jej osiemnastych urodzin.
ALEXANDRA BULLEN
Przełożyła Beata Hrycak
B UKOWYftLAS
W"'
Q i ' ,
o ć. - - ,. ■ j Ą
Tytuł oryginału: Wishful Thinking
Copyright © 2011 by Alloy Entertainment Ali rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2011
Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2011
Published by arrangement with Rights People, London.
ISBN 978-83-62478-45-3
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Redakcja: Teresa Wilniewczyc Korekta: Urszula Włodarska, Lidia Szagdaj Redakcja techniczna: Adam Kolenda
Wydawca:
Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.
ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl
Wyłączny dystrybutor:
Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]
Druk i oprawa: Opolgraf S.A.
Pamięci moich babek[: Catherine Krokidas i Betty Bullen
zień, w którym Hazel Snow skończyła osiemnaście Ę M lat, rozpoczął się jak każdy inny.
Wr Czyli do bani.
W wypadku osoby urodzonej pod koniec grudnia było to w zasadzie do przewidzenia. Podczas gdy cały świat przesypiał świątecznego kaca i przytomniał w sam raz na czas, by zdążyć zaplanować sylwestra, Hazel przywykła do witania Nowego Roku w ciszy i samotności. Dla niej owo „witanie" oznaczało zwykle próbę niepoświęcania temu dniowi zbytniej uwagi oraz wykrzesania z siebie wystarczającego entuzjazmu, by mieć nadzieję, że nadchodzący rok będzie choć odrobinę mniej przygnębiający niż ten, który właśnie minął.
I tym razem nie było inaczej. Po trzykrotnym wyłączeniu budzika zwlokła się wreszcie z nierównego futonu, na którym sypiała od kilku miesięcy, i splotła nad głową wyprostowane, smukłe ramiona.
Futon miał jej służyć tymczasowo. Tak powiedział Roy, jej przyszywany ojczym, kiedy przywiózł ją z miasta do domu. Zawsze określał wszystko mianem tymczasowego, jak gdyby jego życie składało się z mnóstwa etapów i lada chwila także i ono miało przeminąć.
Tymczasem wypatrzony kiedyś na pchlim targu futon, któremu brakowało połowy listewek z imitacji drewna, wciąż tkwił w tym samym miejscu. Podobnie jak Hazel. Zawarła z Royem umowę, że skończy liceum w San Rafael, sennym miasteczku północnej Kalifornii, i będzie mieszkać w wynajmowanej tam przez niego suterenie, póki po uzyskaniu dyplomu nie zaoszczędzi pieniędzy na własne lokum. Mając przed sobą niecały semestr nauki oraz cierpiąc na nieustający ból karku od spania na powybrzuszanym w różnych miejscach materacu, z utęsknieniem wyczekiwała egzaminów końcowych.
Rozsunęła zasłony w zielono-białą kratkę, by wpuścić do środka szare światło poranka. Stary kaloryfer w rogu pokoju syczał i postukiwał, gdy wciągała na siebie ulubione sprane czarne dżinsy, o wciąż mokrych brzegach nogawek po wczorajszym brnięciu przez kałuże. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio obudziła się bez deszczu za oknem.
Umywszy zęby i podpiąwszy kilka zwisających przy twarzy kosmyków jasnych, sięgających ramion włosów, popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Rudawe odrosty były już widoczne, zanotowała sobie zatem w pamięci, żeby zgarnąć kolejne opakowanie farby Nice 'n Easy następnym razem, gdy będzie układała towar na półkach z produktami do pielęgnacji włosów w drogerii, w której pracowała. Na razie spędzała tam każdy dzień ferii świątecznych, co byłoby pewnie dołujące, gdyby miała inne propozycje.
I wtedy sobie przypomniała.
Czy w dniu osiemnastych urodzin nie powinna się poczuć jakoś szczególnie?
Wzrok Hazel powędrował do rogu kwadratowego lustra. Było tam zatknięte wyblakłe, zrobione polaroidem zdjęcie kobiety w żółtym fartuchu, z pucołowatym dzieckiem na ręku. Hazel nie miała innej fotografii z Wendy, szefową kuchni, która adoptowała ją jako noworodka, a wkrótce potem zginęła w pożarze własnej restauracji, która spaliła się doszczętnie. Hazel nie miała wtedy nawet roku i zupełnie nie pamiętała swojej matki adopcyjnej. Ale coś jej podpowiadało, że jej osiemnastka wyglądałaby inaczej, gdyby Wendy żyła.
Na dole Roy oglądał wydarzenia ligi koszykarskiej. Ściszył telewizor, gdy przeszła obok niego do kuchni. Miało to być zapewne czymś w rodzaju prezentu.
— Dzińdobry - mruknął, drapiąc się w szczękę porośniętą niechlujnym rudawym zarostem. Próbował zapuścić brodę od początku jesieni i bezustannie pytał ją, co o tym myśli. Było to niemal - choć nie do końca - śmieszne, jak bardzo ostatnimi czasy interesowała go jej opinia. W dotychczasowym życiu pod wspólnym dachem mogła nawet paradować po domu z tamburynami przyklejonymi do obu rąk i mrugającym na czole neonem, a on, permanentnie rozwalony na sofie, prawdopodobnie rzuciłby jej, co najwyżej, spojrzenie z ukosa.
— Dobry — odburknęła, wyciągnęła miseczkę zaklinowaną na drucianej suszarce do naczyń i przetarła ją zżar-tym przez mole rękawem. Wsypała płatki Cheerios i zjadła, stojąc jak zwykle przy kuchennym zlewie i wyglądając przez okno.
— Jak chcesz, mogę cię podwieźć do pracy — zaproponował z kanapy Roy, wyskrobując łyżką z dna miseczki ostatnią kropelkę mleka.
— Nie, dzięki - odparła machinalnie, odkręcając kran i nalewając wodę do papierowego kubeczka. Wypiła duszkiem, modląc się w duchu, by temat podrzucenia do pracy został zakończony. Roy twierdził, że nie pije od roku, zanim poprosił Hazel, by wróciła do domu, ona zaś widywała go od tamtej pory wyłącznie z butelką syropu na kaszel.
Nie znaczyło to jednak, że jest gotowa znów wsiąść z nim do samochodu.
- W porzo.
Roy mawiał „w porzo", kiedy nie wiedział, co powiedzieć. Czyli powtarzał ten zwrot dość często. Usłyszała skrzypnięcie sprężyn, gdy wstawał z kanapy, i poczuła, że snuje się w kuchni za jej plecami.
- Proszę - odezwał się niespodzianie. Odwróciła się i zobaczyła, jak kładzie na kuchennym stole szarą kopertę. Zaszurał nogami i ruszył w stronę drzwi, wcisnąwszy na głowę czapeczkę bejsbolową z logo Olbrzymów. Nad uszami sterczały mu kępki ciemnych, kręconych włosów, niczym wyciągające się ku słońcu bujne paprocie.
- Wszystkiego najlepszego, Hazel - rzucił do klamki, otwierając drzwi. Wilgotne, chłodne powietrze zaległo w kuchni jak ponury nastrój i nim Hazel zdążyła coś powiedzieć - gdyby w ogóle miała coś do powiedzenia — Roya już nie było.
Utkwiła wzrok w kopercie, jak gdyby spodziewała się, że przemówi albo odejdzie w siną dal. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio Roy pamiętał o jej urodzinach, a co dopiero uczcił je jakimś sentymentalnym gestem.
Wstawiła miseczkę do zlewu i usiadła przy stole, obracając kopertę w dłoniach. Była większa od standardowej i zupełnie gładka. Żadnego znaczka Hallmarku ani tandetnych rysuneczków jak na kopertach sprzedawanych w drogeriach. Przesunęła palec wzdłuż zaklejonego brzegu, oddech uwiązł jej w gardle. W pierwszej chwili chciała po prostu wyrzucić tę kopertę do śmieci, może nawet cis-nąć ją do kubła na sam wierzch, żeby Roy zobaczył ją tam, nietkniętą. Zostawiał Hazel z zupełnie obcymi osobami nie raz, nie dwa, lecz trzy razy. Osiem różnych szkół, od Santa Cruz po Santa Rosa. Siedem pożegnań z przyjaciółmi, których już nawet nie chciało się jej poznawać.
Jaka kartka mogłaby to wszystko zrekompensować?
Ale niepewność była nie do zniesienia. Wsunęła palec pod klapkę, oderwała cienki pasek papieru i wyciągnęła zawartość koperty.
Wcale nie ozdobną kartę z życzeniami, lecz biały, złożony podwójnie arkusz papieru.
Roy nie kupił jej urodzinowej kartki, gdzieżby. Obruszyła się na swój niedorzeczny pomysł. Na stół wypadła żółta kwadratowa karteczka samoprzylepna. Pochyliła się, by ją przeczytać. Poczuła skurcz w żołądku na widok pełnego zakrętasów pisma, które mogło należeć tylko do Wendy.
Wręczyć Hazel w dniu jej osiemnastych urodzin.
W uszach dziewczyny rozbrzmiewało odległe dzwonienie, gdy ostrożnie rozkładała i wygładzała ręką papier.
Był to oficjalny dokument napisany kanciastym drukiem, z podkreślonymi wierszami. Na górze strony widniał ozdobny nagłówek: AKT URODZENIA. Data: osiemnaście lat temu, ten sam co teraz dzień miesiąca. Szpital: St. Mary's, San Francisco. Pozostałe słowa rozmazały się, jakby były napisane w obcym języku. Wzrok Hazel ześliznął się na dół strony.
Dwa słowa, pytanie, które towarzyszyło jej każdego dnia i każdej nocy, mimo że już dawno przestała zadawać je na głos.
Matka. Biologiczna.
I dwa następne słowa, odpowiedź:
ROSANNA SCOTT.
1
2
3
4
9
10
11
12
13
14
15
16
17
19
21
22
23
24
25
29
31
32
33
34
PODZIĘKOWANIA
1
Trzy miesiące później A Nieczynne.
■ 11 Hazel stała za ciężkimi szklanymi drzwiami, mru-I w żąc oczy w zatęchłym mroku pomieszczenia, które wyglądało jak opuszczona pralnia chemiczna. Dziwnie się czuła w pracowni szwaczki. Bo przede wszystkim: kto to jest szwaczka? Słyszała o krawcach i projektantach mody, ale szwaczka? Słowo to kojarzyło się jej ze starszą pulchną kobietą w szerokiej spódnicy, z ustami pełnymi szpilek. Tymczasem ta szwaczka, ukryta w głębi zapyziałej pracowni, czytająca książkę w lakierowanej okładce, rozparta na starej, sfatygowanej sofie, nie była ani pulchna, ani stara. Wprost przeciwnie, była młoda, choć nie od razu dało się określić jej wiek - mogła mieć tyle lat co Hazel albo być trzydziestolatką o młodzieńczej urodzie - w każdym razie sprawiała wrażenie, jakby pilnie potrzebowała wrzucić coś na ząb.
A w dodatku ta wizytówka.
Minęły trzy miesiące, od kiedy Hazel poznała nazwisko swojej rodzonej matki, i niemal tyle samo od chwili, gdy wyszukiwarka Google odmieniła jej życie. Ponieważ wedle
Internetu „Rosanna Scott" nie tylko nadal mieszkała w San Francisco, ale była aktywnie działającą członkinią elitarnej grupy artystów-filantropów i miała akurat poprowadzić imprezę charytatywną w restauracji usytuowanej w Ferry Building, 26 marca, w niedzielę, o godzinie dziewiętnastej.
Hazel wiedziała, że właśnie tam spotka swoją matkę. Wiedziała, że musi tam pójść, jak gdyby decyzja zapadła już wcześniej za jej plecami. Z taką samą jasnością wiedziała, co na siebie włoży.
Nie dysponowała przecież szafą pełną ubrań. Miała jedną jedyną sukienkę, a i ona trafiła się jej fuksem. Wypatrzyła ją ponad rok temu w sklepie charytatywnym przy ekskluzywnej prywatnej szkole w Haight. Mieszkała wtedy przy Oak Street u przybranej rodziny, starszej pary Szwajcarów, którzy prowadzili hotelik dla podstarzałych hipisowatych typów artystowskich. Wracając do domu z nudnej szkoły publicznej, mijała liceum Golden Gate i często patrzyła przez bramę na modnie ubranych uczniów, taszczących laptopy, wsiadających i wysiadających z drogich samochodów.
Pewnego wiosennego dnia zauważyła szkolny sklepik charytatywny. Wcale nie weszła tam z zamiarem kupienia czegokolwiek. Ale ta sukienka sama ją znalazła, wyzierając spod sterty sfatygowanych butów w koszu z rzeczami za grosze. Była zdecydowanie bardziej kolorowa niż wszystko, co Hazel dotąd posiadała (głównie dlatego, że pozostałe jej ubrania miały nieodmiennie kolor czarny), nie wiedziała nawet, czy będzie na nią pasować. Ale coś w tej sukience nie pozwoliło jej przejść obok obojętnie.
A więc ją kupiła, przyniosła do domu, powiesiła w głębi szafy i prędko zapomniała o jej istnieniu. Kiedy Roy zabierał Hazel z powiotem do San Rafael, mało brakowało, a by ją zostawiła, lecz znów coś kazało jej spakować ją do torby. Nie potrafiła sobie wyobrazić żadnego pretekstu do włożenia tak eleganckiego, wymyślnego stroju, w dodatku całkowicie nie w swoim stylu, ale zaczął być dla niej z jakiegoś powodu ważny. Dlatego wrzuciła sukienkę na wierzch torby, zataszczyła do mieszkania Roya i wepchnęła ją na samo dno kolejnej szafy.
Postanowiwszy pójść na organizowaną przez Rosannę imprezę, wygrzebała sukienkę i powiesiła ją na drzwiach szafy, by móc się jej przyjrzeć. Teraz była bowiem czymś więcej niż zwykłym elementem garderoby. Stała się symbolem.
Od momentu poznania biologicznej matki z imienia i nazwiska w życiu Hazel właściwie niewiele się zmieniło: chodziła do szkoły, chodziła do pracy, unikała Roya, jeździła autobusem. Lecz w niej samej zaszła poważna zmiana. Była teraz inna. A sukienka stanowiła jedyną namacalną rzecz, która przypominała o tych zmianach. Zmianach, które odczuwała tylko Hazel.
Sukienka była śliczna — krótka, ale nie zanadto, w krzykliwe kolorowe kółka, z jedwabistej tkaniny, która w trakcie mierzenia przyprawiała Hazel o gęsią skórkę - lecz nie doskonała. Kupując ją, wiedziała o rozprutym szwie — właśnie z tego powodu kosztowała tak tanio. Jednak dopiero tego ranka, w dniu imprezy w Ferry Building, Hazel zdała sobie sprawę, że musi oddać sukienkę do zreperowania, jeśli podczas spotkania z matką wolałaby nie świecić piętna-stocentymetrową dziurą na boku.
Kiedy po raz pierwszy dostrzegła wizytówkę przypiętą agrafką do metki, uznała, że widnieje na niej nazwisko projektanta: MARIPOSA Z MISSION. Ale stojąc tego ranka przed szafą, uważniej przyjrzała się kartonikowi. Pod adresem napisano tylko jedno słowo: SZWACZKA.
Tak oto wylądowała w sobotnie popołudnie w Mission, zakurzonej pracowni, gdzie unosił się zapach kulek na mole, zastawionej maszynami do szycia i bezgłowymi manekinami, na domiar złego najwyraźniej...
- Nieczynne - powtórzyła dziewczyna na kanapie. -Przepraszam.
Ale głos nie brzmiał przepraszająco. Była w nim irytacja. I wtedy właśnie Hazel uświadomiła sobie, że to jej „osobliwe uczucie" było uzasadnione. Jechała tu czterema autobusami, za kilka godzin czekało ją spotkanie z jedyną osobą, o której poznaniu marzyła przez całe życie. Miała tylko jedną sukienkę, rozdartą na szwie z boku, z dziurą, przez którą wyzierała goła skóra, sukienkę, której rozpaczliwie była potrzebna naprawa. Tymczasem „szwaczka" siedząca przed nią na kanapie w otoczeniu maszyn do szycia, w pracowni zajmującej się naprawami krawieckimi, twierdzi, że zakład jest nieczynny!
Hazel miała ochotę wyć. No jasne, coś musiało stanąć na przeszkodzie. Poznanie nazwiska rodzonej matki może i gruntownie zmieniło Hazel od środka, lecz w świecie zewnętrznym wszystko pozostało dokładnie takie samo jak dawniej.
- Bosko! - prychnęła, podciągając na ramieniu czarną płócienną torbę. Jeszcze raz obrzuciła spojrzeniem dziwaczną i pustą pracownię. Interes raczej tu nie kwitł. - Wiesz co? - zaczęła mówić, a w ustach wzbierały gniewne słowa. — Przestrzeganie stałych godzin otwarcia może bardzo się przydać. To znaczy, jeśli w ogóle interesują cię jacyś klienci.
Odwróciła się na pięcie i pchnęła drzwi, lecz pasek torby zaczepił się o mosiężny haczyk i szarpnął Hazel do środka. Z torby wypadła sukienka, jaskrawe satynowe kręgi kontrastowały wesoło z zakurzonymi, poszarzałymi deskami podłogi.
Policzki Hazel oblały się rumieńcem. Bosko, pomyślała, schylając się po sukienkę. Po prostu fantastycznie.
- Zaczekaj! - Dwa postukujące drewniaki zmierzały do kucającej przy drzwiach Hazel. — Sukienka — rzekła dziewczyna, wskazując torbę długim, patykowatym palcem. - Mogę ją zobaczyć?
Hazel powolnym ruchem wyciągnęła sukienkę w stronę otwartej dłoni dziewczyny.
- Skąd ją masz? - zapytała szwaczka, wygładzając i rozkładając materiał.
- Kupiłam w Haight — odparła Hazel. — W sklepie charytatywnym. Należy chyba do szkoły. Spodobały mi się te kolory... - Przestąpiła z nogi na nogę i umilkła. Dlaczego tłumaczyła się ze swego gustu przed burkliwą dziewczyną o dziwacznej grzywce, która jeszcze przed chwilą była głównie zainteresowana pozbyciem się jej z pracowni?
Dziewczyna wpatrywała się w nią oczami, które wydawały się bardziej kocie niż ludzkie: były małe, świdrujące i niemal złociste.
- Na jaką okazję jej potrzebujesz? - spytała powoli.
- Wybieram się na imprezę charytatywną — wyjaśniła Hazel. — W restauracji zlokalizowanej wewnątrz Ferry Building. Nazywa się chyba The Slanted Door. — Wzięła głęboki oddech, nim dodała: - Mam dzisiaj poznać swoją matkę.
Po raz pierwszy powiedziała to na głos, a słowa te zdawały się wypełniać całą przestrzeń dookoła. Wbiła wzrok w czubki kraciastych tenisówek.
Dziewczyna milczała, Hazel wciąż czuła na sobie jej spojrzenie. W końcu odwróciła się, zaszurała drewniakami po podłodze i wolnym krokiem wróciła na kanapę. Wzięła ze sobą sukienkę.
- Mogłabyś przyjść za dwie godziny?
Hazel patrzyła na wąskie plecy dziewczyny, jej wygięty w łuk kręgosłup, który rysował się pod cienkim sweterkiem, gdy rozkładała sukienkę na poręczy dwuosobowej kanapy.
- Za dwie godziny? — powtórzyła. — Aha... to znaczy tak. Oczywiście. Na pewno?
Hazel czekała, aż dziewczyna się odwróci i coś odpowie. Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, położyła dłoń na klamce z obawy, by następne słowo nie skłoniło szwaczki do zmiany zdania.
— Hej! - usłyszała za plecami. Dziewczyna wciąż stała pochylona nad kanapą, tyłem do niej. - Jak masz na imię?
— Och, przepraszam - speszyła się Hazel. — Hazel.
— Miło cię poznać — rzekła dziewczyna, mocno akcentując każde słowo, jakby dzieliła się jakąś tajemnicą. - Ja nazywam się Posey. Do zobaczenia o trzeciej.
2
Pzisiaj poznam swoją matkę.zisiaj poznam swoją matkę.
Hazel siedziała na ławce w Dolores Park, popołudniowe słońce przygrzewało w plecy. Założyła nogę na nogę, nerwowo nią wymachując, w rękach ściskała miękką torbę i wielgachny kubek mrożonej kawy. Tylko w ten sposób mogła usiedzieć w miejscu, nieustannie powracając do jedynej myśli, na której skupiała się cała jej uwaga: Dzisiaj poznam swoją matkę.
A przynajmniej od tego rozpoczynał się tok myślenia. Podążał dalej stosunkowo prostą drogą, trafiając na przewidywalne progi spowalniające prędkość (A jeśli jej tam nie będzie? A jeśli nie zechce mnie poznać? A jeżeli jest okropna i wredna?), aż wreszcie zawracał do punktu wyjścia.
Dzisiaj poznam swoją matkę.
Wysączyła ostatni łyk kawy przez jeszcze nieroztopione kostki lodu i wrzuciła plastikowy kubek do stojącego obok kubła na posegregowane odpady. Nogi poniosły ją dalej, zanim w ogóle zdążyła się zorientować, dokąd idzie.
Przebiegła między dwoma pasami jezdni i ruszyła boczną uliczką, bezwiednie grzebiąc w torbie jedną ręką.
Palce dotknęły znajomego czarnego plastiku, a wtedy puls natychmiast się wyrównał.
Za każdym razem, gdy czuła się zdenerwowana, niespokojna czy spięta, sięgała po aparat fotograficzny, stary polaroid, który niegdyś należał do Wendy. Fotografowanie było dla niej nie tyle hobby, co fizyczną potrzebą. Czymś podobnym do wystawiania w nocy nóg spod kołdry, gdy nagle robi się za gorąco. Było podyktowane instynktem. Było czymś dla niej niezbędnym.
Na rogu Siedemnastej ulicy znajdowała się księgarnia z używanymi książkami, na zewnątrz wystawiono koślawą półkę z wyprzedawanymi tytułami. Hazel przeszła obok niej dwukrotnie, aż wreszcie przystanęła z boku. Kucnęła nisko przy krawężniku, przyłożyła do prawego oka kanciasty obiektyw i pstryknęła fotkę zniszczonym grzbietom książek.
— Wiesz co, ludzie zwykle wolą to, co w środku.
Spojrzała na wydłużony cień, przesuwający się obok na
chodniku. Najpierw rozpoznała buty, dopiero potem głos. Buty były wiązane i cudownie staroświeckie. Znała tylko jedną osobę, której noszenie tego typu obuwia mogło ujść płazem.
- Jasper... - rzekła z westchnieniem, opierając ręce na ziemi i podnosząc się do pionu. — Przestraszyłeś mnie.
Odwróciła się i ujrzała przed sobą Jaspera Greene'a z tym jego charakterystycznym uśmiechem amorka i rękami wciśniętymi w kieszenie spranych niebieskich dżinsów. Jasper był pierwszą osobą, z którą rozmawiała jesienią w nowej szkole. Należeli do grona zaledwie czworga uczniów, którzy zapisali się na roczny kurs fakultatywny mediów, i często przydzielano im wspólne projekty. Jasper zaliczał się do tych rzadko spotykanych indywidualistów, którzy w gruncie rzeczy nie pasują do żadnej grupy w szkole, i w rezultacie czuł się całkowicie swobodnie w rozmowie z każdym. Bez względu na to, czy któreś z nich zdawało sobie z tego sprawę, prawdopodobnie był dla Hazel ostatnimi czasy kimś najbardziej zbliżonym do przyjaciela.
- Kto? Ja? - sapnął, cofając się o krok. - To ty czaisz się tu jak paparazzi. Ty dałaś susa za drzewo, kiedy wysiadałem z autobusu!
Wzniosła oczy do nieba.
- Co tutaj robisz? - zapytała, wymachując nieostrym jeszcze zdjęciem. Wciąż czuła się rozedrgana i zastanawiała się, czy to nie rezultat wypicia kawy.
- Wózek z taco przy Harrison - wyjaśnił, wskazując ruchem głowy następną przecznicę. Odgarnął z twarzy ciemne, kręcone włosy, które opadły mu na oczy. — To mój niedzielny rytuał. A ty?
- Nic! - wypaliła Hazel. Może i Jasper był jedynym człowiekiem, którego znała wystarczająco dobrze, by pogadać z nim na ulicy, ale nie znaczyło to jeszcze, że ma ochotę mu się zwierzać. - Tak się tylko wałęsam.
- Co tam masz? — zapytał, pokazując fotografię, którą wciąż potrząsała w ręku. Hazel odwróciła zdjęcie i podniosła w górę ze wzruszeniem ramion. Było to zbliżenie przedstawiające trzy książki ustawione obok siebie grzbiet przy grzbiecie. Jej uwagę zwróciła mieszanina rozmaitych krojów pisma i wystrzępione krawędzie.
- Super! — uśmiechnął się Jasper. - Pani Lew miała co do ciebie absolutną rację.
-Jaką rację? - Wetknęła fotografię do kieszeni bluzy i ciaśniej otuliła się w pasie miękką tkaniną. Pani Lew była ich nauczycielką plastyki oraz osobą, która domagała się, aby Hazel od jesiennego semestru starała się o przyjęcie do szkoły plastycznej w Nowym Jorku. Hazel w końcu uległa, choć to pani Lew wypełniła niezbędne formularze, wysłała jej portfolio, a nawet wypisała czek na pokrycie opłaty wpisowej. Jej uczennica została przyjęta zaraz po feriach zimowych. Nauczycielka wpadła w ekstazę, natomiast Hazel udawała, że się cieszy, ale z miejsca wiedziała, że tam nie pojedzie. Nigdy nie wyjeżdżała poza granice Kalifornii, a co dopiero mówić o podróży przez cały kraj na drugie wybrzeże. Zresztą jaki sens miało pójście do szkoły plastycznej? To czysta głupota, nie wspominając już, że przy okazji astronomicznie droga. Zdjęcia robiła dla rozrywki i dobrego samopoczucia. Niepotrzebny był jej do tego dyplom. A tym bardziej spłacanie do końca życia pożyczek.
— Powiedziała, że jesteś najbardziej utalentowaną foto-grafką, jaką kiedykolwiek uczyła - wyjaśnił rzeczowo Jasper, patrząc Hazel prosto w oczy. - Mówiła, że widzisz inaczej niż wszyscy.
Przeszły ją ciarki. Za każdym razem, kiedy słyszała, jak inni rozmawiają na jej temat, doznawała szoku. Nie dlatego, że mówili miłe rzeczy, ale że w ogóle ją zauważali. Może przez to, że nieustannie się przeprowadzała albo dlatego, że niemal przez cały czas wyobrażała sobie, że jej życie wygląda zupełnie inaczej. Ze zna swoje korzenie, wie, kim byli jej rodzice, jak wyglądali, co robili. Hazel nie miała pojęcia, kim właściwie jest, więc jakim cudem inni mieliby to wiedzieć?
— Starałem się nie obrazić — mówił dalej z uśmiechem. — Na szczęście, jak wieść niesie, Nowy Jork to całkiem spore miasto. Myślisz, że wystarczy miejsca dla nas obojga?
Dostał się wcześniej na studia filmowe na Uniwersytecie Nowojorskim. Wspólnie pracowali nad krótkim filmem, który był jego przepustką na studia, a podczas kręcenia go przyznał, że zawsze chciał być lepszym fotografem. Hazel uważała, że fotosy, które robił na planie, są naprawdę dobre, ale milczała.
— A zresztą — westchnął teatralnie, jakby rozmowa z nią była nie lada wyzwaniem. Hazel nie rozumiała, dlaczego aż tak się stara. - Wybieram się właśnie do SOM^ obadać
tę nową wystawę w galerii - powiedział. - O ptakach, zdaje się. Albo o drzewach. Nie poszłabyś?
- Nie mogę — odparła, pocierając wierzchem tenisówki
0 półkę z książkami. - Prawdę mówiąc, powinnam się już zbierać.
Przechylił na bok głowę, strzecha ciemnych włosów rzuciła cień na jego twarz.
- Może później? Obok muzeum jest podobno naprawdę dobra tajska knajpka.
Zawsze opowiadał jej o najlepszym nowym tym albo absolutnie niedocenionym tamtym. Wyobrażała sobie, że jego dane muszą figurować na każdej liście adresowej
1 czytniku RSS w cybermieście, i nie potrafiła się połapać, czy faktycznie chciał spędzić z nią czas, czy po prostu popisać się liczbą czytanych blogów.
- Nie mogę — powtórzyła. - Mam już plany na dzisiejszy wieczór.
Kiwnął głową.
- Jasne. Okej! - Klasnął w dłonie i znów się uśmiechnął, jego usta wygięły się na kształt olbrzymiego serca otaczającego idealnie proste białe zęby. - A jutro?
Hazel spojrzała na zegarek, kawałek plastiku z cyfrowym wyświetlaczem, który wygrała w automacie w Santa Cruz. Czas odebrać sukienkę.
- Jutro? — powtórzyła jak echo, a do jej głosu wkradła się delikatna nutka zniecierpliwienia. — Jutro jest poniedziałek.
- Super! — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Na dobry początek tygodnia.
Otworzyła torbę i schowała aparat.
- Hazel - rzekł cicho.
- No? - powiedziała, wyciągając włosy spod paska torby. — Przepraszam, trochę się spieszę, muszę...
- Kiedyś musisz dać mi szansę — rzucił lekko, nie spuszczając z niej oczu.
Policzki Hazel w jednej chwili zapłonęły. Znów zerknęła na zegarek, lecz tym razem nie widziała nic oprócz zamazanego fragmentu skóry i plastiku.
- Dobra - powiedziała, poprawiając torbę i dając dyla.
- Okej? - zawołał za nią ze śmiechem. - A więc jutro? Założyła włosy za uszy i modliła się o szybką zmianę
świateł, żeby przejść na drugą stronę ulicy. Zmieniły się dopiero po trwającej całe wieki chwili. Wskakując na pasy, krzyknęła przez ramię.
— Dobra, wszystko jedno!
Jasper splótł nad głową dłonie, niczym bokser na ringu po wygranej walce.
— Umowa stoi! — zawołał. — Do jutra!
3
B t azel zamknęła się w kabinie toalety publicznej w Ferry Building i powiesiła na drzwiach nieotwarty * § pokrowiec na ubrania z pracowni Posey. Wpatrywała się w długi, ciemny kształt, usiłując podać powody, dla których do tej pory nie rozsunęła zamka. Wiedziała bowiem, że rozpięcie go musiałoby prowadzić do przymierzenia sukienki. Przymierzenie sukienki doprowadziłoby do jej włożenia, a skoro miałaby ją już na sobie, nie pozostawałoby nic innego, jak wyjść z kabiny i opuścić toaletę. Wiedziała, jak się to skończy. Jej matka jest w restauracji obok, dzieli je odległość mniejsza niż długość boiska futbolowego. A gdy już znajdzie się w jednym pomieszczeniu z matką - własną matką! — prawdopodobnie będzie musiała coś powiedzieć.
Najpierw jednak trzeba się ubrać.
Przeczesała palcami włosy, potargała kasztanowe od-rosty i ścisnęła dłońmi skronie. Przypomniała sobie rok spędzony u siostry Roya, Rae Ann, która mieszkała nad jeziorem na północy. Rae Ann postanowiła nauczyć ją^nurr^ kować i wykrzykiwała słowa zachęty, gdy H a z en^> ^
pomoście. Hazel zacisnęła palce stóp na kra^ęd^i ilejsk}
i obserwowała, jak zmieniają kolor z czerwonego na różowy i później biały. Nauczyła się pływać zaledwie kilka miesięcy wcześniej i nie potrafiła wyobrazić sobie nic gorszego niż skok na główkę w zimną, mętną wodę. Wszystko w niej krzyczało, żeby tego nie robić. Odwrócić się i odejść.
W końcu uległa i skoczyła. Zimna woda szczypała w skórę, przez kilka chwil z trudem próbowała łapać oddech. Ale w końcu się udało. Przeżyła.
Teraz zaczerpnęła powietrza i rozsunęła zamek grubej szarej folii, zanurzając następnie w pokrowcu obie ręce.
Od razu zorientowała się, że sukienka jest inna. Nie „inna" w sensie fantastycznie dokonanej przez Posey naprawy. „Inna", ponieważ była to sukienka całkowicie różna od tamtej.
Hazel usiadła na klapie sedesu. Usłyszała dziwny odgłos, jakby dyszenie albo rzężący chichot. Dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę, że się śmieje.
Posey wręczyła jej inną sukienkę! Jakżeby inaczej. Oczywiście teraz nie ma co na siebie włożyć. Oczywiście nie pozna swojej matki tego wieczoru.
Zalała ją fala ulgi. Podarowano jej wymówkę. Autentyczne usprawiedliwienie, coś, co znajdowało się całkowicie poza jej kontrolą.
Jednak fala szybko się rozbiła, a Hazel pokręciła głową.
Czy rzeczywiście? Jej matka, jej rodzona matka znajduje się w sąsiedniej sali, a ona ma się z nią nie spotkać? Z powodu czyjejś głupiej pomyłki?
Zerwała ubranie z wieszaka i wyskoczyła z dżinsów, zrzucając je na wykafelkowaną w szachownicę podłogę. Podciągnęła sukienkę na wysokość ramion, włożyła ręce w rękawy, wsunęła stopy w nijakie czarne balerinki, które wyszperała tydzień wcześniej w Goodwillu, i wypadła z kabiny.
W łazience nie było nikogo, na trzech ścianach znajdowały się lustra, które odbijały jej postać ze wszystkich stron. Stała przed rzędem porcelanowych umywalek, oddech uwiązl jej w piersi.
Odwróciła się.
Choć wiedziała, że przeczy to prawom optyki, musiała uznać, że oglądane w lustrze odbicie należy do kogoś innego.
Sukienka była olśniewająca. Teraz to dostrzegła. Połyskliwa, niebieskawozielona i krótka, podobnie jak tamta w koła. Ale zamiast kończyć się gwałtownie na wysokości kolan, rozszerzała się od bioder, nadając kształt jej bladym, lekko iksowatym nogom. Dekolt opadał swobodnie w luźnych fałdach, a krótkie i zwiewne kimonowe rękawki sprawiały, że patykowate zazwyczaj ramiona wydawały się foremne.
Ale bardziej od wyglądu zaskoczył ją sposób, w jaki sukienka układała się na jej ciele. Zwykle ubrania wisiały na niej smętnie. Ta sukienka wydawała się szyta na miarę, w niektórych miejscach ledwo dotykała skóry, w innych spowijała sylwetkę jak mgiełka.
Hazel okręciła się i patrzyła, jak sukienka wiruje. Czuła, jak usta rozciągają się jej w uśmiechu, i miała właśnie wykonać kolejny obrót, gdy usłyszała przytłumione głosy za drzwiami.
Rzuciła się do umywalki i odkręciła kran dokładnie w chwili, gdy drzwi otworzyły się na oścież. Obok niej przeszła drobna kobieta o gęstych blond włosach, ubrana w czerń od stóp do głów, kołysząc na biodrze małą dziewczynkę. Dziecko mogło mieć dwa lub trzy lata, delikatne włosy miało podpięte spinkami ozdobionymi stokrotkami z kryształków.
- Myć ręce! Myć ręce! - pokrzykiwała radośnie mała, klaszcząc w rączki i wyciągając do umywalki pulchne ramionka.
— Wiem, wiem, bąbelku! — zagruchała pieszczotliwie kobieta, szturchając łokciem kurek.
Hazel szorowała ręce pod strumieniem wody, starając się nie gapić. Jej wzrok padł na odbijający się w lustrze naszyjnik kobiety - prosty łańcuszek z fioletowym kamieniem albo muszlą pośrodku.
- Przechodzi teraz etap fascynacji wodą - wyjaśniła kobieta, nie podnosząc oczu, Hazel zaś zdała sobie sprawę, że słowa te są skierowane do niej. - Nie wiem, co w tym widzi.
- Co widzi, co widzi! - śpiewała dziewczynka, chlapiąc wodą. Kobieta przewróciła oczami i uśmiechnęła się do lustra, a wtedy Hazel błyskawicznie odwróciła głowę i zaczęła wymachiwać dłońmi pod automatem z papierowymi ręcznikami.
Zabrała z kabiny torbę i ruszyła do drzwi. Kątem oka widziała, jak kobieta kuca i osusza ręcznikiem maleńkie dziecięce rączki, szepcząc coś pieszczotliwie.
Zwykle tego rodzaju scenka budziła w niej chęć wyładowania na czymś frustracji. Bez żadnego ostrzeżenia jej myśli natychmiast płynęły ku przeszłości oraz tego wszystkiego, bez czego musiała się obejść. Do tych wszystkich chwil, kiedy samodzielnie wycierała ręce, do wszystkich zdrobniałych przezwisk, którymi nigdy jej nie określano. Krew zawrzała, żyły na skroniach zaczynały pulsować. Dlaczego ktoś inny miał wszystko to, czego jej poskąpiono?
Lecz tym razem było inaczej. Tego wieczoru uśmiechnęła się, gdy kobieta w czerni poprawiała dziewczynce spódnicę.
Wreszcie pozna swoją matkę.
4
# łazel stała przed elegancką, przeszkloną restaura-LJ cją The Slanted Door, czekając na jakiś znak. Nie * Ę bardzo wiedziała, jakiego znaku wypatruje. Może mojżeszowego rozstąpienia się mórz, rozdzielenia tłumu nadzianych ludzi i utworzenia przejścia z jednego końca sali na drugi. Może snopa światła skierowanego na jedną kobietę, stojącą samotnie z szeroko rozpostartymi ramionami w oczekiwaniu na uściśnięcie córki — córki, którą porzuciła, lecz o której nigdy nie zapomniała.
Zamiast tego ujrzała chmarę nieznajomych osób zgromadzonych w czterogwiazdkowej restauracji. Prawdę mówiąc, gdyby nie oprawiony w ramę afisz na drewnianej sztaludze przy drzwiach, mogliby być przypadkową grupą wytwornych gości, którzy wybrali się na niedzielną kolację.
Hazel po raz kolejny zerknęła na swoje odbicie w szybie, mieniące się na tafli szkła oczy odwzajemniły spojrzenie. Włosy, choć wciąż z odrostami, były proste i jedwabiste, i nawet potargana zwykle grzywka przynajmniej tym razem zachowywała się jak należy. Niebieskie oczy, które zawsze wydawały się jej osadzone zbyt blisko siebie, błyszczały i kontrastowały z jasnokremową cerą, a nos, na co dzień zbyt długi, ni stąd, ni zowąd prezentował się elegancko. Nie mogła tego pojąć, ale jakoś zmieniły się jej rysy. Była niemal ładna.
Uspokoiła drżące ręce, splatając je mocno na wysokości talii, zamrugała piekącymi powiekami i weszła do środka.
Salę wypełniał gwar przyciszonych rozmów, ludzie krążyli małymi grupkami wokół szykownych restauracyjnych boksów z brązowej skóry. Przy jednej ze ścian ustawiono bufet z przekąskami, na lśniących srebrnych tacach ułożono piętrowo pierożki i smażone w cieście owoce morza.
Odgarnęła włosy z twarzy i zbliżyła się do pustego stanowiska gospodyni wieczoru. Na afiszu wypisano nazwę fundacji dużą, grubą czcionką: SZTUKA DLA WSZYSTKICH. A poniżej kolorowa fotografia jej założycielki i szefowej, Rosanny Scott.
Było to portretowe zdjęcie kobiety o długich, gęstych, siwych włosach w niemal srebrnym odcieniu. Miała gładką skórę, błyszczące zielone oczy, uśmiech promienny, idealnie symetryczny.
Po raz pierwszy w życiu widziała zdjęcie swojej rodzonej matki, a pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy, brzmiała: „ładne zęby".
Wyciągnęła ręce i oparła je o czarną metalową ramę. Zaczynało jej się kręcić w głowie, wzięła kilka głębokich oddechów i rozejrzała się po sali.
Gdzież ona jest? Co będzie robiła, gdy Hazel wreszcie ją zauważy?
Przy barze zebrał się zwarty tłum ludzi. Hazel podeszła kilka kroków bliżej i dostrzegła w samym centrum zbiorowiska starszego mężczyznę. Był bezsprzecznie najswobod-niej ubraną osobą na sali, miał na sobie dżinsy i granatową koszulę. Szpakowate włosy wyglądały na nieuczesane, stał oparty łokciem o kontuar, zataczając kółka wetkniętą do szklanki słomką.
Hazel stała, przyciskając do boków sztywne ramiona, obok ustawionej pośrodku stołu dekoracji z wysokich białych lilii. Na drugim końcu bufetu jakaś starsza kobieta o krótko ostrzyżonych czarnych włosach kiwała głową, słuchając wysokiego śniadego mężczyzny z niejednolicie posiwiałą brodą.
- Jakie to okropne - mówił mężczyzna. — Wiedziałem, że choruje, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo poważnie.
Hazel skrzyżowała ramiona i odwróciła się, skrępowana podsłuchiwaniem tak osobistej rozmowy. Lecz para sunęła właśnie wzdłuż stołu w jej stronę, a piskliwego głosu kobiety nie sposób było ignorować.
-To wszystko zdarzyło się tak szybko... - westchnęła. — Wiesz, widziałam się z nią jeszcze w zeszłym miesiącu. Wyglądała pięknie, jak zawsze. Rosanna była taka silna.
Oddech uwiązł Hazel w gardle, serce ścisnęło w piersi.
Co się tak szybko zdarzyło? Czy ona powiedziała: „była"?
