Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 100
Rok wydania: 1980
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZLOTY LIS NIBY GAJ
(D
102123
(D
POLSKIE OPOWIADANIA WSPÓŁCZESNE
Redaktor serii: Jacek Kajtoch
Jerzy Andrzejewski
ZŁOTY LIS NIBY. GAJ
Wydawnictwo Literackie Kraków
Zloty lis
Copyright by Jerzy Andrzejewski, Warszawa 1955 Niby gaj
Copyright by Jerzy Andrzejewski, Warszawa 1959
M
WiMBP Stupsk Centrals
&&•>- c-
102123
Projekt okładki i układ graficzny
Janusz Bruchnalski *
Ilustracja na okładce Zofia Darowska
Redaktor Marek Halawa
Redaktor techniczny Maria Banach
Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980 Wyd. I. Nakład 40 000 + 350 egz. Ark. wyd.' 3,5. Ark. druk. 6 Papier druk. mat. kl. III, 92 X 114 cm, 65 g Oddano do składania 4 XII 1979 Podpisano do druku 31 V 1980 Druk ukończono w listopadzie 19S0 Zam. nr 2063/80 Cena zł 10.— Drukarnia Wydawnicza, Kraków, ul. Wadowicka 8
ISBN 83-08-00479-2
ZŁOTY LIS
!
Łukaszowi Abgarowiczomi
Lis zjawił się zupełnie niespodziewanie pewnego październikowego wieczora, kiedy Łukasz był w mieszkaniu sam jeden. Ojca wezwano właśnie do jakiejś nagłej operacji, matka miała w szkole nauczycielską konferencję, a Grześ poszedł z kolegami do kina, na seans o ósmej.
Łukasz leżał już w łóżku i chociaż pomalutku ogarniała go senność, żal mu było zasnąć, ponieważ na dworze rozpadało się na dobre, więc w ciszy pokoju przyjemnie było nadsłuchiwać, jak za oknami, na mariensztackiej skarpie, wśród ciemności rozjaśnionych chybotliwymi poblaskami lamp, pluszcze deszcz, drzewa szumią i pogwizduje wiatr.
Łukasz zamierzał właśnie poprowadzić na dobranoc cichą, mruczaną rozmowę z niedalekim wiatrem, gdy nagle skrzypnęły drzwi prowadzące z korytarza i do pokoju wszedł lis. Łukasz natychmiast zapomniał o senności, nie poruszył się jednak, nawet oddech w sobie ściszył, aby nie spłoszyć niespodziewanego gościa. Zresztą lis wcale nie robił wrażenia skrępowanego lub zaniepokojonego. Przeciwnie, zachowywał się bardzo naturalnie. Zrazu stał przy drzwiach, bystro rozglądając się dokoła błyszczącymi ślepiami, wyraźnie było widać, że nieco uniósł spiczastą mordkę, jakby się chciał zaznajomić z zapachami nowego pomieszczenia, potem zaś leciutko, lecz całkiem śmiało, bezszelestnie stawiając ła-f py, posunął się na środek pokoju.
| Mimo mroku, jaki dokoła panował, Łukasz od razu się zorientował, że wieczorny gość jest niezwykle piękny. Był to przede wszystkim lis bardzo duży, lecz smukły i gibki, wspaniale rozrośnięty, o ślepiach połyskują-! cych w ciemnościach jak dwa rozżarzone węgielki, z wielką puszystą kitą, i co najbardziej zdumiewające: cały był złoty jakąś niezwykłą złocistością, miękką i jedwabistą, lśniącą w mroku zadziwiającym pobla-i skiem.j
Mimo pięciu lat Łukasz był chłopcem roztropnym i w tym momencie bynajmniej nie zamierzał zdradzić się ze swym zachwytem. A jednak stało się to, czego nie chciał, i naraz krótkie: „Ach!", bardzo donośnie zabrzmiało-w oiszy.
Usłyszawszy swój głos Łukasz zdrętwiał z przerażenia. „Koniec" — pomyślał z rozpaczą. I nie chcąc oglądać ucieczki lisa zacisnął powieki i dla pewności przy* słonił je dłońmi, A jednocześnie szeptał w myślach: „Och, lisie, mój najdroższy, kochany lisie, nie uciekaj ode mnie, proszę cię, zostań tutaj, dobrze? a ja ci przyrzekam, że cię będę bardzo, bardzo kochał i będę myślał o wszystkim, czego ci trzeba, zawsze będę twoim pomaganiem, proszę cię, tylko nie odchodź..."
Ciszy nie mącił najmniejszy szelest i Łukasz z całej sdły przyciskając piąstkami powieki słyszał tylko przyśpieszony łomot własnego serca. Gdy odważył się na koniec otworzyć oczy, nie uwierzył zrazu własnemu szczęściu: lis nie uciekł, wciąż stał na środku pokoju, dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdował się był przed wiadomym okrzykiem. Łeb tylko w tej chwili obrócił ku Łukaszowi, dzięki czemu oba jego ślepia wydawały sięS.jeszcze większe, bardziej ogniste i błyszczące.
Łukasz nie wytrzymał i usiadł na łóżku,
— Och, lisie! — szepnąL
Wówczas lis skinął przyjaźnie głową, wyraźnie się przy tym do Łukasza uśmiechnął, po czym kołysząc puszystą, złotą kitą skierował się w stronę stojącej w głębi pokoju szafy. Tam, wspiąwszy się na przednie łapy, otworzył drzwi i bezszelestnie wsunął się do śród-* ka. Przez sekundę złotawa poświata rozjaśniała wnętrze szafy, następnie drzwi zamknęły się równie bezgłośnie, jak przed chwilą się otworzyły, i w pokoju znów się stało ciemno.
Łukasz nie bardzo zdawał sobie sprawę, jak długo tego wieczora leżał bezsennie, wsłuchany w ciągle zbyt pośpieszne tik-tak swego serca.. W każdym razie sporo czasu musiało upłynąć od pojawienia się li9a, ponieważ nie spał jeszcze i wtedy, gdy do pokoju wszedł Grześ, głośno, po swojemu, stukając narciarskimi butami.'
Zapaliwszy górne światło Grześ od razu zauważył, że Łukasz nie śpi,-
— Nie śpisz? — spytał. — Dlaczego? Już po dzie-< siątej.
Łukasz instynktownie wyczuł, że w obecnej sytuaqi nie należy swoich oozu wydawać na jakiekolwiek spojrzenie z zewnątrz. Któż wie, czy swoim wyrazem nie zdradziłyby natychmiast obecności lisa? Szybko je więc zamknął.
— Śpię — mruknął.
Grześ usiadł na tapczanie i zabrał się do rozsznuro-wywania butów.;
— Jak to śpisz? — oburzył się. — Przecież widzę. — Przecież widzę, że nie śpisz. I jeszcze kłamiesz.
W normalnych warunkach Łukasz, dotknięty w ten sposob na honorze, z miejsca podjąłby przeciw bratu działania obronno-zaczepne. Ponieważ jednak wszelka taktyka podobnej akcji bezwarunkowo wymagała otwartych oczu, zrezygnował z walki i udał, że to, co zostało powiedziane, w ogóle nie odnosi się do jego osoby.
I być możer Grześ, zajęty rozplątywaniem sznurowadeł, zrezygnowałby z dalszego śledztwa, gdyby w korytarzu, przy którym mieściła się łazienka, nie rozległy się kroki matki.
— Mamo! — zawołał natychmiast Grześ.
Oczywiście matka zajrzała do pokoju. Była jeszcze
w płaszczu, musiała dopiero co wrócić do domu.
— Co się stało? — spytała. — Czego tak krzyczysz?
— Łukasz nie śpi — wyjaśnił Grześ.
Gdy matka podeszła do łóżka Łukasza, Grześ, już bez butów, też się tam znalazł.
— Musi mieć gorączkę — powiedział. — Popatrz, jakie ma czerwone uszy.
Matka przyglądała się chwilę Łukaszowi, potem dotknęła dłonią jego czoła.
— Gorące? — spytał Grześ ściągając przez głowę sweter.
Matce nie wydało się, żeby czoło Łukasza było szczególnie ciepłe. '
— Ale uszy ma czerwone — powiedział Grześ.
Matka pochyliła się nad Łukaszem i poprawiła zsuniętą na bok kołdrę.
— Nic cię nie boli, synku?
Łukasz potrząsnął głową.
— A dlaczego nie śpisz?
— Śpię — mruknął bardzo sennie.
— Kłamie! — stwierdził Grześ zdejmując spodnie. — Jak wszedłem do pokoju, to wcale nie spał. I uszy ma czerwone.
Matka jeszcze raz pochyliła się na Łukaszem i pocałowała go w czoło.
— Śpij, synku, późno już.
A potem zwróciła się do Grzesia:
— Zgaś, Grzesiu, górne światło, Łukasz zaraz zaśnie.
W tym jednak momencie musiała coś dojrzeć, ponieważ Łukasz dosłyszał jej krótkie i pełne wyrzutu: „Grześ!" Nastawił uszu.
Zaś matka mówiła:
— Grześ, ile razy była mowa, żebyś nie rozrzucał swoich rzeczy po wszystkich kątach?
— Ja rozrzucam? — zdziwił się Grześ.
— A kto?
— Przecież ja wcale nie rozrzucam
— To spójrz, jak wygląda pokój.
Łukasz przewrócił się cichutko na bok, twarzą do pokoju, i czując, że przestał być ośrodkiem zainteresowania, podniósł ostrożnie powieki. Grześ w przy-krótkiej koszuli i w kąpielówkach stał nie opodal stołu. Ze swymi zbyt chudymi nogami dwunastolatka i wzrokiem, który wyrażał tyleż zmieszania, co zdziwienia — wydał się Łukaszowi bardzo zabawny. „Masz za czerwone uszy" — pomyślał z zadowoleniem. I od razu stwierdził, że poszczególne części garderoby Grzesia rzeczywiście zawędrowały do miejsc raczej przypadkowych. Jeden but leżał przed łóżkiem, drugi — na środku pokoju, sweter znalazł się na stole, natomiast spodnie, niedbale rzucone na krzesło, wyraźnie zsuwały się na podłogę.
Tymczasem Grześ z powolnym namysłem oceniał sytuację.
— Więc? — spytała matka.
Tamten ciężko westchnął.
— Przecież to tylko na razie.
— Co na razie?
— Właśnie miałem zamiar poskładać wszystko.
— A buty?
Grześ spojrzał z ukosa na obłocone buty.
— Zaraz je zabiorę.
— Zdaje się, że należałoby je poza tym oczyścić^ Jak sądzisz?
I nie czekając na odpowiedź Grzesia zapaliła nocną lampkę przy tapczanie, po czym zgasiła górne światło,*
— Pośpiesz się, Grześ — powiedziała już przy drzwiach. — Jutro znowu nie będziesz się mógł obu-* dzić. I nie zapomnij się umyć.
— A w czym ja mam spać? — jęknął Grześ.
— Jak to w czym?
— Przecież zabrałaś pidżamę do prania,,
Matka pokiwała współczująco głową.
— To nie wiesz, że druga, czysta, leży w szafie?
Łukaszowi natychmiast mocniej zabiło serce. Szafa!
Jak mógł zapomnieć, że w szafie znajdują się nie tylko jego rzeczy, lecz również Grzesia. Cóż więc teraz bę-i dzie? Co się stanie, jeśli Grześ zobaczy ukrytego lisa? Narobi oczywiście krzyku i lis się przestraszy i ucieka nie. Może go zatem ostrzec? „Ale kogo? — ogarnęły
Łukasza wątpliwości. — Kogo ostrzec, Grzesia czy li-* sa? Komu zaufać?"
Tymczasem Grześ Bardzo sobie musiał wziąć do ser-" ca uwagi matki, ponieważ starannie poskładawszy ubra-* nie i pościeliwszy na noc tapczan poszedł z butami do łazienki i tam całkiem przepadł. Łukaszowi okropnie się ten ozas wyczekiwania na powrót brata począł dłu-> żyć. „Co on tam robi? — myślał. — Przecież nie my-" je chyba uszu..." Nie mógł się jednak zdecydować, aby wstać i coś przedsięwziąć. Leżał więc bez ruchu, z po-* liczkiem wciśniętym w poduszkę, ale niepokój ogarnia! go coraz większy i czuł poza tym, że uszy mu nie tyU ko nie stygną, lecz płoną i pieiką coraz natarczywiej.
Na koniec Grześ wrócił z łazienki. Tym razem Łuj kasz nie dał się zaskoczyć i tyle potrafił osiągnąć, iż Grześ przyjrzawszy się mu, spokojnie i równo oddycha-* jącemu, poprzestał na tym oczywistym dowodzie snu i nie odezwawszy się słowem począł zdejmować koszu-* lę. Łukasz obserwował brata spod leciutko uniesionych rzęs. „Och, lisie, lisie!" — szepnął sobie bezgłośnie.
W tym momencie Grześ podsizedł do szafy. Sta! przed nią chwilę, jakby się nad czymś głęboko zasta-i nawiał, po czym otworzył drzwi, następnie odemknął i drugą ich połowę i na górnej półce począł pomiędzy bielizną szukać pidżamy. Łukasz wstrzymał oddechy Nie stało się jednak to, czego się obawiał najwięcej: lis nie spłoszył się i nie wyskoczył z szafy. Lecz, co dziw-a niejsze, Grześ zdawał się zupełnie nie dostrzegać ukryj tego tuż obok gościa. A ponieważ nie byłby sobą, gdy-" by potrzebną rzecz znalazł od razu, więc i to jego po-* szukiwanie pidżamy trwało dość długo. Łukasz dobrze wiedział, że obie pidżamy, i jego, i Grzesia, leżą na sa*
mym wierzchu drugiej półki od góry. Już się chciał odezwać, aby skrócić niebezpiecznie się przedłużającą sytuację, gdy wtem drgnął, jakby przemknął przez niego szybki płomień. Oto mimo światła, które padało z nocnej lampki Grzesia, głąb szafy wyraźnie rozjaśniał znajomy złotawy, bardzo delikatny i przedziwnie tajemniczy poblask. Było to tak piękne, iż Łukasz zapomniał nagle o wszystkich niepokojach i poczuł się równie bezgranicznie szczęśliwy, pełen obezwładniającego zachwytu, jakby i w nim niespodzianie zaświeciła jasność podobna do tamtej.
Później, już w ciemnościach, kiedy Grześ zgasił lampę, dość długo leżał wypełniony aż po końce palców owym bezgłośnym, a przecież w jakiś niezwykły sposób śpiewającym światłem. Nagle poczuł, że bodaj cząstką tego swego szczęścia musi się z kimś podzielić, i to nie zwlekając, natychmiast. Podniósł więc głowę i zawołał półgłosem:
— Grześ!
Ten poruszył się, skrzypnął pod nim tapczan.
— Jeszcze nie śpisz?
Głos Grzesia bynajmniej nie zabrzmiał życzliwie. Ale Łukasza wcale to nie zraziło.
— Grześ, powiedz...
— Śpij.
— Widziałeś kiedy złotego lisa?
— Że co?
— Złotego lisa?
— Co złotego lisa?
— Widziałeś kiedy?
Grześ usiadł na tapczanie.
— Coś ty, zwariował? Nie ma żadnych złotych lisów.
— Właśnie, że są.
— Gdzie? Gtupstw\i ktoś naopowiadał. Lisy mogą być takie jak u nas, zwyczajne, rude, albo srebrne i niebieskie, z tym, że te niebieskie mają takie futro tylko latem, a w zimie są białe.
Łukasz wyrozumiale się uśmiechnął w ciemnościach.
— A ja widziałem złotego.
— Lisa?
— Lisa.
— Gdzie?
— Widziałem. Cały był złoty. I kitę miał złotą.
— Kłamiesz! — zdenerwował się Grześ. — Nie mogłeś widzieć złotego lisa.
— Właśnie, że mogłem.
Akcent przekornego tryumfu, jaki zabrzmiał w głosie małego, uświadomił Grzesiowi, że chyba niebacznie dał się wciągnąć w dyskusję kompromitującą nieco dia swego starszeństwa. Bardzo się tym poczuł dotknięty.
— Słuchaj — powiedział przez zaciśnięte zęby — radzę ci, żebyś mnie nie denerwował. Jeżeli w tej sekundzie nie przestaniesz się wygłupiać i nie zaśniesz...
— To co? — wykrzyknął Łukasz.
— Zobaczysz.
— Co mi zrobisz?
— Lanie ci spuszczę, smarkaczu! — wrzasnął Grześ ostatecznie wyprowadzony z ró*vnowagi. — Rozumiesz?
W pokoju zaległa cisza. I naraz wśród niej rozległ się ściszony cokolwiek, niemniej jednak bardzo wyraźny i dźwięczny głos Łukasza:
— Nie widziałeś złotego lisa? Bo ja widziałem.
Grześ momentalnie poderwał się na nogi i z rozmachem cisnął w głąb pokoju poduszkę. Nim jednak zdążył w ślad za pociskiem dcskoczyć do Łukasza, ten skrył się pod kołdrę, i to tak chytrze zwinąwszy się w kłębuszek, iż zrazu przy pierwszym natarciu napastnik nie odnalazł go w ciemnościach. Niebawem wszakże cienki pisk Łukasza, jaki wydobył się spod kołdry, dowiódł, że mimo wszystko Grześ dosięgną! swojej ofiary. Przez moment zakotłowało się na łóżku, zakłębiło i szybki rozwój sytuacji wyraźnie począł siię przechylać na niekorzyść Łukasza, gdy wtem otworzyły się drzwi i światło z korytarza rozgarnęło mrok pokoju. Na progu stał ojciec.
— Co się tu dzieje? — spytał półgłosem. — Co wy wyprawiacie?
Grzesia jakby zdmuchnęło. W mgnieniu oka znalazł się na swoim tapczanie. Natomiast Łukasz równie szybko dał nura pod kołdrę. Wszystko to dokonało się tak błyskawicznie i nieomal bezszelestnie, iż oko mniej wprawne od ojcowskiego musiałoby uznać całe to zdaj rżenie za wynik przywidzenia.
Lecz ojciec rzeczowo zapytał:
— Więc?
Grześ, potargany i bardzo czerwony, zamrugał niespokojnie swymi długimi rzęsami.
— Łukasz nie daje mi spać.
— Łukasz?
— No pewnie! Opowiada głupstwa, że widział złotego lisa.
— Jakiego?
_ Złotego. A przecież nie ma złotych lisów.j
— I dlatego go biłeś?
_ Ja go biłem? — oburzył się Grześ. — Wcale go
nie biłem. Chciałem mu tylko wytłumaczyć, że złotych
lisów nie ma. A on nie wierzy i upiera się, że widział złotego lisa.
— Nic krzycz tale — powiedział ojciec. — Cały dom obudzisz.
— To dlaczego on kłamie, że widział złotego lisa, kiedy nie mógł widzieć?
Spod kołdry wychyliła się kędzierzawa głowa Łukasza.
— Wcale nie kłamię!
