Złota nić - Maria Buyno-Arctowa - ebook

Złota nić ebook

Maria Buyno-Arctowa

0,0

Opis

[PK]

Bohaterką jest czternastoletnia, energiczna Elka z tajemniczym, złotym pasemkiem w czarnych włosach.

[opis wydawcy] 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

ISBN 83-88822-47-0

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 175

Rok wydania: 2003

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maria Buyno-Arctowa

Maria BuynoArctowa

Złota Nić

W SZARYM DOMU

TAK BLISKO, A TAK DALEKO!

ZATRUTE SERCE

POSADA

W POGONI ZA CHLEBEM

PIERWSZY DZIEŃ

KTO ZWYCIĘŻY?

SPOWIEDŹ POŁAMAŃCA

t/ MHI

Złota Nić

-—

Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne Radom 2003

Opracowanie redakcyjne: Anna Wasale

/ .

Ilustracja na okładce: Kazimierz Wasilewski Projekt okładki: Paweł Wojcieszek Skład: Anna Korba

/S.

y<b /

©Copyright by Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne s.c. _ .. Radom 2003

MBP SłUł,sŁt

4-59878 ISBN 83-88822-47-0

Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne s.c. 26-606 Radom, ul. Wiejska 21 tel/fax (048) 366 56 23, 384 66 66 e-mail: [email protected]://www.polwen.pl

Drukarnia Diecezjalna w Sandomierzu ul. Żeromskiego 4, tel. (15) 832 31 92

Rozdział I

W WAGONIE

Pociąg był tak przepełniony, iż zdawało się, że nie ma w nim miejsca nawet na wetknięcie szpilki — a tymczasem tłumy ludzi, obarczonych przeróżnymi pakunkami, większymi i mniejszymi, wciąż napływały i ginęły w jego wnętrzu, jakby ściany wagonów miały własność rozszerzania się, jakby ludzie czarodziejskim sposobem zmniejszali się, zwężali, tracili objętość.

Na peronie panował zgiełk i ruch nie do opisania! Starzy, młodzi, mężczyźni, kobiety, dzieci—wszyscy kręcili się bezładnie, nawoływali, wdzierali się na stopnie wagonów, wychodzili, wchodzili...

Liczni tragarze dźwigający walizy, walizki, kosze, większe i mniejsze, pakunki najrozmaitszych kształtów, przepychali się bezceremonialnie między tłumem, usuwającym się mimo woli w obawie niezbyt pożądanego zetknięcia z jakimś twardym pakunkiem.

Nie mniej energicznie od tragarzy przepychała się przez tłum osóbka, której wiek trudno było odgadnąć. Chwilami wyglądała na zupełnie dorosłą, doskonale sobie wszędzie radzącą osobę — to znów robiła wrażenie młodziutkiego, bezradnego stworzenia.

Zależne to było zupełnie od wyrazu jej ruchliwej twarzyczki o ładnych rysach, która jednak nie wyglądała w tej chwili zbyt pociągająco. Po zaczerwienionej twarzy spływały, mimo mroźnego dnia, krople potu, zlepiając w brzydkie kosmyki pukle ciemnych włosów, opadających niesfornie na oczy, z których jedno całkowicie zakrywał beret, zsunięty zupełnie na bok, nie dla elegancji i mody, lecz przez kilkakrotne otarcie się o niego jakiejś ręki lub pakunku.

Zresztą nie można się było dziwić zaaferowanemu wyglądowi młodej osóbki, gdy się spojrzało na nieprzebraną wprost ilość paczek i paczuszek, które trzymała w obydwu rękach, pod pachami, jedną przytrzymując nawet opuszczoną w dół podługowatą bródką.

Na tym jednak nie koniec! Na obydwu bowiem jej ramionach spoczywały ręce dwóch kobiet, z których jedna, staruszka o miłym, pogodnym wyglądzie, szła dość energicznie, mimo że kulała trochę na lewą nogę, druga zaś, znacznie młodsza, o bardzo ładnej, lecz bladej i wymizerowanej twarzy, zdawała się dobywać resztek sił i coraz mocniej opierała się na ramieniu młodej dziewczyny.

— Anielciu! Może by jednak wziąć tragarza? — zagadnęła w pewnej chwili staruszka, która dźwigała w jednej ręce dużą, dobrze wypełnioną torbę skórzaną. — Elka nie da rady wszystkiemu.

Blada kobieta potrząsnęła głową.

— Nie możemy sobie pozwolić na ten wydatek. Bilety kosztowały bardzo dużo. A przecież i w Warszawie czekają nas wydatki.

— Ach, babciu! Zaraz się skończy nasza wędrówka. Usiądziemy sobie wygodnie, rzeczy ułożymy na półkach i będziemy jechać po królewsku! — uspokajała zadyszanym głosem Elka.

— Panie konduktorze! Panie konduktorze! — zawołała nagle, jednym swobodnym palcem chwytając za kurtkę przechodzącego konduktora. — Proszę o trzy miejsca w trzeciej klasie.

— Trzy miejsca? Nawet na jedną szpilkę miejsca się nie znajdzie! odpowiedział konduktor szorstko, lecz spojrzawszy na stojącą przed nim trójkę, dodał łagodniej:

Niech panie poczekająna następny pociąg. Odchodzi za trzy godziny.

Nie możemy! Musimy jechać tym!

— Wszyscy tak mówią. A ja nic nie poradzę! Miejsc przecież nie stworzę!

I usunąwszy delikatnie przytrzymujący go palec, poszedł dalej.

— Och, mój Boże! Co my teraz poczniemy? Ten następny pociąg będzie na pewno tak samo przepełniony, a może i więcej... Znów nie znajdziemy miejsca... A na hotel nie możemy sobie pozwolić! — narzekała płaczliwie blada pani, która ledwo się trzymała na nogach.

— Ależ, mamusiu, wszystko się ułoży. Babciu! Proszę tu stać z mamusią i nie ruszać się, a ja skoczę do wagonu. Niepodobna, żeby nie było ani odrobiny miejsca.

Ale nie tak łatwo było „skoczyć", nawet gdy ręce obydwu pań, które prowadziła Elka, usunęły się z jej ramion. Pozostały bowiem wszystkie pakunki, z którymi trzeba było „wskoczyć" do wagonu.

— El... Daj mi parę paczek. Za ciężko ci! — zaproponowała wprawdzie matka, lecz Elka, spojrzawszy na bladą, wymęczoną twarz, zawołała energicznie:

— Także coś! Mamusia powinna pamiętać, że jest po ciężkiej chorobie. A ja jestem zdrowa jak koń.

To mówiąc posunęła się energicznie w stronę wejścia do wagonu i przepychając się niezbyt grzecznie, dotarła do schodków. Ale tam znalazła ludzi, równie jak ona energicznych, którzy przyjęli ją okrzykami:

— Nie pchać się! Patrzcie ją! On# tu musi być pierwsza!

— Proszę mnie puścić! Ja mam tam zarezerwowane miejsce. A w ogóle nikt się już więcej w tym wagonie nie zmieści! — komponowała na poczekaniu Elka, zdobywając miejsce na pierwszym stopniu.

— O! O! Hrabina jakaś! Wielka osoba! Miejsce ma zarezerwowane!

— Mam! Po prostu siedzi ktoś, kto zajął dla mnie miejsce! — bez zająknięcia kłamała Elka, a że była silna i doskonale wygimnastykowana, zdołała się wreszcie dostać do środka, nie zgubiwszy ani jednego pakunku.

Korytarz był tak zapchany, iż zdawało się niepodobieństwem, żeby ktoś się tam przecisnął. Jednak Elka dokonała tego cudu, posuwając się naprzód i zaglądając do przedziałów.

Te nie były tak przepełnione, gdyż jakkolwiek na ławkach siedziało, zamiast po osiem, po dziesięć i więcej osób, ale przejścia były wolne.

Jeden przedział wydał się Elce mniej wypełniony, więc weszła, mimo że przywitano ją chóralnymi okrzykami:

— Nie ma miejsca! Proszę wyjść.

—■ Musi być! — odparła energicznie Elka i położywszy na ziemi pakunki, zaczęła robić dla nich miejsce na półkach, mniej niż inne przepełnionych.

— Cóż to? Cały sklep tu nam panna załaduje! — burczała jejmość o złej, wykrzywionej twarzy.

— Jest nas trzy osoby, więc rzeczy nie jest za dużo! — tłumaczyła spokojnie Elka.

— Co! Trzy osoby? Może tu mają usiąść? — rozległy się oburzone głosy.

— Nie! Ja będę stała. Usiądą tylko dwie, starsze ode mnie.

O — proszę! Może mi pan pomoże. Ten pakunek jest trochę ciężki — zwróciła się z miłym uśmiechem do chudego pana o żółtawej, chorowitej twarzy.

Ten spojrzał na nią ze zdziwieniem, zawahał się chwilę, po czym wstał i zaczął razem z nią układać pakunki na półce.

— Dziękuję bardzo. Zaraz tu wrócę. Tylko proszę nie wpuszczać tu już nikogo, bo byłoby za ciasno!

Towarzystwo siedzące w przedziale patrzyło na nią z wściekłością, lecz Elka niewiele sobie z tego robiła, przeciskając się gwałtownie do wyjścia.

— Czego ta znów się tu kręci! Siedzieć na miejscu, a nie deptać innym po piętach.

Ludzie w ogóle nie są zbyt uprzejmi w pociągu, a już gdy jest tłok — nie daj Boże, czego się człowiek nasłucha! Ale mało kto co sobie z tego robi, a jeżeli komuś wymyślanie i niegrzeczne obejście sprawia ulgę — niech mu tam będzie na zdrowie!

Tak zapewne myślała Elka. Zresztą nie miała czasu ani na oburzanie się na niegrzeczność, ani na odpowiadanie, rozległ się już bowiem gwizd, a maszyna zaczęła ostrzegawczo sapać, zwiastując rychły odjazd.

— Mamusiu! Babciu! — wołała, stając w drzwiach i zataraso-wując sobą wejście.

— Proszę się usunąć! Proszę przepuścić! — rozległy się zewsząd okrzyki.

Lecz Elka nie ustępowała.

— Nie ma ani jednego miejsca! Nie możemy nikogo więcej wpuścić! — wołała energicznie.

Pasażerowie, którzy przed chwilą odnosili się do niej wrogo, teraz poparli ją gorąco.

— Nie ma miejsca! Nie ma miejsca!

— Tylko te dwie panie mogą wejść! — krzyczała przenikliwym głosem Elka.

Babcia, utykając lekko na lewą nogę, śpieszyła, jak tylko mogła, upominając łagodnie:

— Anielciu! Kochanie! Zbierz siły! Jeszcze chwila, a będziemy siedziały spokojnie!

Nie wiadomo, czy energiczny głos Elki, czy widok siwowłosej staruszki i wybladłej twarzy młodszej kobiety podziałały na nieliczących się z niczym, zdenerwowanych podróżnych, dość, że przepuszczono obie panie, a nawet znalazł się ktoś usłużny, kto pomógł im wejść do wagonu.

Babcia z wdzięcznym uśmiechem dziękowała, tłumacząc się jednocześnie:

— Bóg zapłać! Bóg zapłać! Bez pomocy dobrych ludzi przepadłby człowiek. Ot! Starość nie radość! Niby siły jeszcze są, ale to już nie to, nie to!

— O... Drobnostka! I nam na to przyjdzie! Szczęśliwej podróży!

Ci sami ludzie to mówili, ale głosy były inne. Nie było w nich

już złości ani zapędzonego pośpiechu, lecz brzmiała jakby serdeczność i trochę ciepła.

Pociąg szarpnął w chwili, gdy obie panie były już w wagonie i szły poprzedzane przez Elkę, która torowała drogę, wołając to gwałtownie, to znów uprzedzająco grzecznie, bezceremonialnie odpychając kogoś, to znów bardzo ostrożnie się przemykając.

— Proszę dać przejście. Tylko do następnego przedziału.

— Och! Co za tłok! Uduszą nas! —jęczała pani Aniela, podczas gdy babcia bohatersko szła naprzód, tłumacząc się, przepraszając i dziękując:

— Proszę darować, że przeszkadzamy... Ale taki ścisk... A tu jechać trzeba...

Jakoś wreszcie przedostały się.

Pociąg był już w pełnym biegu. Jeszcze w otwartych oknach stali ci, których ktoś żegnał, jeszcze wyglądali i coś wykrzykiwali, choć na pewno nikt ich już nie słuchał, ale po chwili wszystkie okna zostały zamknięte, bo pod wieczór brał coraz tęższy mróz, a w wagonach wszczął się jeszcze gwałtowniejszy ruch.

Początkowo chodziło bowiem wszystkim tylko o to, by wsiąść i pojechać, ale teraz każdy starał się wykombinować jakieś możliwe miejsce, bo to przecież dobre kilka godzin z Krakowa do Warszawy osobowym pociągiem!

Jesteśmy! — oznajmiła wesoło Elka, wprowadzając babcie i matkę.

Ale towarzystwo w przedziale zupełnie nie było zachwycone, widząc trzy osoby wchodzące.

Jeszcze mniej zachwycona była pani Aniela, która zawołała z przestrachem:

El! ... Przecież my się tu nie zmieścimy... To niemożliwe!

— Wszystko jest możliwe przy dobrej woli, mamusiu! O, ten młody człowiek na pewno ustąpi miejsca babuni. Jest taki silny, że mu wszystko jedno, stać czy siedzieć! — mówiła Elka zwracając się do młodego, przystojnego chłopca, opalonego na brąz w zimowym słońcu.

Ten, rozparty wygodnie, mimo że inni kulili się, jak mogli, spojrzał drwiącym wzrokiem na Elkę.

— Bardzo mi przykro, lecz nie mam najmniejszego zamiaru odstępować swego miejsca — odparł spokojnie.

— Więc będzie pan patrzył, jak obie panie, jedna starsza, druga chora, będą stały przed panem! — zawołała z oburzeniem Elka, a w jej czarnych oczach zabłysły złe ogniki.

— Trudno! Kobiety same chciały równouprawnienia. Skoro je mają, nie mogą żądać specjalnych przywilejów! — aroganckim tonem mówił młody chłopiec nie ruszając się z miejsca.

— El... Daj pokój! — szepnęła pani Aniela.

— Zaraz, zaraz, mamusiu! — odparła Elka, a zwracając się do rozpartego młodzieńca, rzekła twardym głosem:

— Równouprawnienie jest dla nas, młodych, silnych i zdrowych! To znaczy, że każdy z nas, czy jest kobietą czy mężczyzną, powinien śpieszyć z pomocą słabszym!

— Brawo! — mruknął ktoś z kąta, a Elka z płonącymi policzkami i latającymi chrapkami małego noska mówiła dalej szybko, gwałtownie:

— A gdyby matka pana albo babunia stały przed młodym, silnym, zdrowym chłopakiem, a ten nie ruszyłby się z miejsca, co by pan powiedział?

— Ja nie mam matki ani babki — mruknął innym trochę tonem młody człowiek.

— Ach, to co innego! Teraz rozumiem! — szepnęła Elka odsuwając się nieco, lecz w tej chwili opalony na brąz młody człowiek zerwał się z miejsca.

— Proszę siadać! Och! Nie dlatego ustępuję, żeby komuś dogodzić, lecz po prostu uciekam, bo musiałbym słuchać ciągłych wyrzekań albo morałów. A tego nie lubię!

— Miły ananas! — mruknęła jejmość o złej, krzywej twarzy.

— Siadaj, Anielciu! — namawiała tymczasem babcia słaniającą się na nogach panią Anielę. — Ja nie jestem zmęczona.

— Ależ, mamo! Do czego by to było podobne! Niech mama siada! — oburzyła się pani Aniela.

— Obydwie panie usiądą! — rzekł żółty, chudy pan, podnosząc się. — Ja sobie jakoś dam radę!

— Jaki pan dobry! Bardzo, bardzo dziękuję! — szepnęła Elka i zabrała się do usadawiania matki i babki.

— Od biedy i panienka się zmieści, jak się trochę ściśniemy!

— odezwała się jejmość o krzywej twarzy, która w tej chwili nie była już zła.

— O, nie, nie! Już i tak tyle kłopotu narobiłyśmy... Ja się jakoś umieszczę. Gdyby to państwu nie przeszkadzało, usiadłabym u nóg babuni. Nie zajmę dużo miejsca, bo chociaż jestem duża, ale umiem się „oszczędnie" usadowić!

— Prosimy! Jak panience będzie wygodniej!

— Ach, jak ty wyglądasz, El! Rozczochrana, spocona! Dopro-wadźże się do porządku, bo naprawdę przykro patrzeć na ciebie!

— zawołała w tej chwili pani Aniela, która, usadowiona wygodnie przez Elkę, przychodziła powoli do siebie.

— Zaraz, mamusiu! Rzeczywiście muszę być straszna! Ale wszystkiemu winien ten okropny tłok! — mówiła wesoło Elka, zrzucając beret, spod którego wysypała się gromada puszystych, falujących włosów, z jednego boku przytrzymanych małą zapinką, i energicznie zabrała się do przyprowadzania się do jakiego takiego porządku.

Wytarła spoconą twarz chusteczką, przyczesała włosy, obchodząc się z nimi niezbyt ostrożnie. Z daleka jednak omijała miejsce przytrzymane grzebykiem.

— No! Już teraz lepiej? — zwróciła się do matki.

— Jesteś czerwona jak burak!

— Ach! Na to już trudno poradzić! Taka już moja uroda! — z żalem w głosie rzekła Elka, sadowiąc się na ziemi u stóp babuni.

— Czy tak dobrze? Nie będę przeszkadzała? — zapytała zwracając się do towarzyszy podróży, którzy teraz wszyscy, prawie bez wyjątku, z życzliwością patrzyli na dziewczynkę.

— Jak to człowiek może się zmienić w niedługim czasie! — rzekła jejmość z krzywą twarzą, przyglądając się Elce z pewnym zdziwieniem. — Wydawała mi się panienka taka zła i nieznośna, jak tu weszła, a teraz niewiniątko takie miłe, aż przyjemnie spojrzeć!

— A no, wiadomo! Złość piękności szkodzi! — zauważył tęgi mężczyzna, z wyglądu przypominający rzeźnika, i roześmiał się głośno, rad ze swego dowcipu.

— Prawda! Święta prawda! I państwo wszyscy wyładnieli jakoś, gdy się przestali złościć, że chcemy usiąść w tym przedziale! — odcięła się wesoło Elka, która odzyskała już zupełnie swój zwykły pogodny wygląd i rzeczywiście robiła bardzo miłe wrażenie.

Zdrowa, czerstwa, rumiana buzia zatraciła ostry, chwilami zły wyraz, czarne, żywe oczy patrzyły wesoło. Dziewczynka wydawała się przy tym znacznie młodsza, potrzebująca opieki, a nie narzucająca innym swą wolę.

Oparłszy głowę o kolana babuni, Elka powiodła trochę zmęczonym, trochę sennym wzrokiem po całym otoczeniu, również jak ona już uspokojonym. Wszyscy powoli przygotowywali się do możliwej w takich warunkach drzemki, szukając oparcia dla głów i najwygodniejszej pozycji dla nóg. Niektórzy sięgali jeszcze do paczek, wyjmując zapasy spożywcze, by się posilić przed całonocną jazdą.

Bystre oczy Elki, sprawdzające, czy wszystkie jej pakunki są w porządku, spotkały nagle coś, co wywołało w niej zdumienie.

— Patrz, babuniu! — szepnęła półgłosem. — W rogu pajęczyna i pająk. Skąd się mógł wziąć w zimie i do tego w wagonie, gdzie musi być zachowana drobiazgowa czystość?

— Och! Taki Szary Tkacz potrafi robić niespodzianki. Zjawia się wszędzie zupełnie nieoczekiwanie, nie wiadomo skąd! — odparła babunia obserwując delikatną pajęczą tkankę, wśród której przyczaił się mały pajączek.

— Szary Tkacz? Dlaczego tak nazwałaś pająka? Czy to może jakaś legenda, jakaś bajka? Och! Opowiedz, babuniu!

— Cóż to? Takiej dużej pannicy bajek się zachciewa? — z uśmiechem odparła babunia, gładząc pieszczotliwie puszyste włosy Elki.

— Ach! Twoje bajki, babuniu, to nie są właściwie takie „zwyczajne bajki"! To jest coś bardzo mądrego, coś, co uczy żyć! A poza tym taka duża pannica jak ja czasami tak bardzo pragnie na kilka bodaj chwil być mała, maleńka...

Jeszcze serdeczniej, jeszcze tkliwiej przesunęły się długie, cienkie palce babuni po puszystych włosach.

— Ty moje biedactwo! Tak rzadko wolno ci być tym, czym jesteś. Musisz się nami opiekować jak dorosły człowiek! Bądźże więc teraz, gdy możesz odpoczywać, mała, maleńką i posłuchaj opowieści o Szarym Tkaczu.

Pochyliwszy się nad ciemną główką, babunia zaczęła mówić. Do trzasków rozdygotanego wagonu wplotły się ciche, półgłosem wymawiane wyrazy, snujące się koło sennych, wymęczonych podróżnych jak miłe, nikomu nieprzeszkadzające dźwięki, przyjemniejsze stokroć niż monotonny stukot kół. Nie usypiały jednak, lecz powoli przyciągały uwagę, układając się w harmonijną całość jakiejś bajkowej opowieści, w której, mimo że bajka to była, drgało prawdziwe życie.

O, bo bajki babuni — to wielka mądrość!

Rozdział II

SZARY TKACZ I ZŁOTA PRZĄDKA

Do pałacu Szarego Tkacza wchodziło się przez potężne, szare wrota, po schodach prowadzących w głąb olbrzymiej pieczary, tak ukrytej pod ziemią, by żaden jaśniejszy promień nie śmiał się do niej przedrzeć bodaj na jedną sekundę.

Szary Tkacz nie znosił światła, nienawidził jasności, śmiertelny bój wypowiedział słońcu!

Jakby nie dość pewny był, iż podziemna pieczara zabezpieczy go od znienawidzonych wrogów — światła i jasności — Szary Tkacz miał w swoim państwie całą armię niestrudzonych pracowników — wielkie szare pająki, dniem i nocą snujące szare nici i tworzące z nich misterną tkaninę, która, acz delikatna i cieniutka, ćmiła jasność, osłabiała promienie słoneczne, broniąc im dostępu nie tylko do samej pieczary, w której panował wieczny, szary mrok, lecz i daleko wokoło niej, zagarniając coraz większy krąg osnuty szarą tkaniną.

Mimo to jednak Szary Tkacz nigdy nie był zadowolony, bezustannie wydając rozkazy, by zwiększać zapasy, z których snuje się szara tkanina, i zaciągać coraz to nowe szeregi pracowników — pająków.

I teraz, siedząc na swym tronie, który osnuwała zewsząd szara tkanina, gniewny był i zachmurzony.

Twarz jego — widoczna przez zasłonę misternej siatki pajęczej, nad całością której czuwały cztery wielkie, umieszczone opodal tronu pająki — wykrzywiona była złym grymasem, oczy patrzyły ponuro.

— Jakieś zamieszanie przedziera się do mego państwa... Dolatuje mnie gwar tych głupców, którzy cieszą się, gdy w ich obłąkane oczy zajrzy mój wróg — słońce!

— O panie! — zniżając się w stokrotnych ukłonach, odparł mały, zasuszony człowieczek. — Może rozkażesz przywołać najlepszych twych pracowników, by sprawdzili siatki pajęcze we wszystkich wejściach do sali tronowej i odnowili festony* otaczające twój tron?

Żachnął się niecierpliwie Szary Tkacz.

— Waść widzisz tylko koniec swego nosa! Gdzie indziej szukać trzeba przyczyny, iż doskonała szarość mego państwa jest zakłócona! Gdzie pracuje ostatnia armia pająków?

— Wedle twego rozkazu tysiąc pracowników oplata pajęczynami zarośla, w których zagnieździły się przeróżne ptaki, przywołując do siebie słońce swymi rozmodlonymi głosami.

— Źle pracują! Źle pracują!

— To nasi najlepsi pracownicy!

— Więc może materiał się popsuł?

Chuda twarz małego człowieczka wykrzywiła się, co miało oznaczać uśmiech.

Och! Materiał coraz lepszy, coraz lepszy! I coraz go więcej!

To dobrze! To bardzo dobrze! — trochę łaskawszym głosem rzekł Szary Tkacz i zaraz potem rzucił rozkaz: — Wzmocnić armię w zaroślach! Podwoić!

Chudy człowieczek pokłonił się kilkakrotnie, cofając się drobnymi kroczkami ku wejściu, gdy nagle zatrzymał się, a w jego

feston - ozdoba architektoniczna w postaci girlandy z kwiatów, liści, owoców itp. podwieszonej z dwóch stron, tworzącej półwieniec.

małych, zezowatych oczkach błysnął przestrach. Teraz już i on wyczuł, że coś jest nie w porządku, że doskonała szarość państwa Szarego Tkacza została zakłócona.

Drobnymi, szybkimi kroczkami podbiegł mały człowieczek do drzwi, nad którymi zwisała ostatnia pajęcza tkanina, najgrubsza i najmniej przenikliwa.

Dwaj najlepsi pracownicy — olbrzymie, największe ze wszystkich pająki — umacniali ją bezustannie, wplatając coraz to nowe nici, wypełniając najmniejszą szczelinę.

Lecz i ona drżała teraz niespokojnie, a na jej doskonale szarej powierzchni zdawały się przemykać leciuteńkie, niedostrzegalne prawie, a jednak dające się chwilami uchwycić słabiutkie blaski.

Twarz małego człowieczka wyrażała przerażenie! Och! Nie znosił on światła prawie tak samo jak Szary Tkacz, a najniklejsza jasność sprawiała ból jego oczom, przyzwyczajonym do szarej caiości, raniła mózg i serce.

Pytające spojrzenie skierował na straże, które stały nieruchomo, oczekując rozkazów.

Skinieniem ręki nakazał rozsunięcie szarej zasłony zamykającej wyjście — i znalazł się na korytarzu, również zasnutym szarymi pajęczynami.

Tam jeszcze większy niepokój ogarnął go, bo wyraźniej jeszcze niż w tronowej sali przenikały tu nikłe, lecz coraz bardziej uchwytne blaski, w których państwo Szarego Tkacza nabierało jakiegoś innego życia.

— Co to j est? Co to znaczy?—przebiegały pytania przez głowę małego człowieczka.

Odpowiedź nadbiegała właśnie...

Z niebywałym hałasem pędzili przez szare korytarze gońcy, zmierzając do sali tronowej.

— Co się stało? Co się stało? — padały zewsząd pytania.

Lecz dopiero przed Szarym Tkaczem gońcy mówić zaczęli.

— O panie! Złota Prządka wstrzymała pochód twoich pracowników.

Zakipiał gniewem szary władca.

— Niech wszystkie szeregi najprzedniejszych pracowników pośpieszą ku niej i osnują ją natychmiast szarą tkaniną! — rzucił rozkaz głosem, który rozbrzmiał potężnie po wszystkich zakątkach jego państwa.

Lecz gońcy, chyląc się w stokrotnych ukłonach, oznajmili drżącymi z przerażenia głosami:

— O panie! Złota Prządka wplotła swą nić w tkaninę twych pracowników i wnet wszystko rozbłysło takąjasnością, iż nie mogąc jej znieść — twoi tkacze umknęli w najciemniejsze zakątki!

Szara twarz władcy poszarzała jeszcze bardziej, a była tak straszna w okrutnym gniewie, iż nikt w nią spojrzeć się nie ośmielał. Nawet najbliższy sługa i powiernik — mały człowieczek.

Podniósł się z tronu Szary Tkacz.

— Podać mi mój płaszcz wojenny — wszyscy moi bojownicy i wszyscy pracownicy za mną! — rozkazał.

Wnet skupiły się rozproszone szeregi. Nie ustając w swej pracy zasnuwania wszystkiego wokoło szarą tkaniną, mając pośrodku szarego władcę kroczyli, niby ponura, nieprzenikliwa, ciemna chmura, przez którą ani jeden promień jasności przedrzeć się nie był zdolny.

A tam, po drugiej stronie, stała wiotka, rozsłoneczniona postać, ze złotego wrzeciona snująca złotą nić...

— Złota Prządko! Jakim prawem naruszasz spokój mego państwa? — zagrzmiał groźnym głosem Szary Tkacz.

Szary Tkaczu! Przekroczyłeś granicę swego państwa! Dalej nie wolno ci zakrywać słońca, tłumić jasności — zabrzmiał, niby srebrne dzwoneczki, jasny głos.

Cha! Cha! Cha! — zaśmiał się dziko Szary Tkacz, a za nim, jak echo, zahuczały śmiechem jego szeregi.

Cha! Cha! Cha! A któż mi tego zabroni?

— Ja! — odparła spokojnie Złota Prządka.

I znów rozległ się dziki śmiech, jeszcze mocniejszy, jeszcze głośniejszy.

— Ty chcesz mierzyć się ze mną? ! Ty, która możesz snuć jedną tylko nić ze swego wrzeciona, gdy ja mam setki, tysiące, dziesiątki tysięcy tkaczy?!

— Jedna moja nić, wpleciona w wasze szare tkaniny, niszczy ich siłę i moc! — ze spokojem odparła Złota Prządka.

— Nie starczy ci materiału, gdyby nawet sił starczyło. Spójrz tam, skąd moi słudzy zbierają materiał dla moich tkanin! Wiesz, z czego on się składa? O... każda zła myśl, każde złe słowo, złe spojrzenie, złe uczucie, to dla mnie materiał! Jest go tyle, iż zasnuję nim cały świat, zamknę wszelki dostęp światłu i jasności. Wszystko będzie tak szare jak moje państwo!

— O nie, Szary Tkaczu! Snuję moją złotą nić z jasnych uśmiechów, z dobrych myśli, słonecznych spojrzeń... Wpleciona w twoją szarą tkaninę, rozbłyśnie przecudnymi promieniami, rozjaśni świat...

— Cha! Cha! Cha! Mylisz się, Złota Prządko! Zniknie, pryśnie twoja złota nić. Mój materiał jest potężniejszy i jest go stokroć więcej...

— Zmierzymy się, Szary Tkaczu!

— Zginiesz w walce ze mną, Złota Prządko! Radzę więc, ustąp mi z drogi i żyj sobie w bajce i sennych marzeniach!

— Nie, Szary Tkaczu! Właśnie w prawdziwym życiu, nie tylko w bajce, snuć będę moją złotą nić, by promieniała i jaśniała jak słońce!

— A więc chcesz walczyć ze mną?

— Tak, Szary Tkaczu! Gdzie tylko będziesz snuł twą szarą przędzę, przybędę natychmiast i wplatać będę złotą nić, która zniszczy twą złą robotę!

— Dobrze więc! Będziemy walczyć! Zobaczymy, kto zwycięży! To walka na śmierć i życie!

Od tej chwili trwa niezmordowana, nieustająca ani na chwilę walka między Szarym Tkaczem a Złotą Prządką.

Niezliczone zastępy sług jego, rozproszonych po całym świecie, pracują nieprzerwanie, niezmordowanie, dniami i nocami, skrzętnie zbierając materiał na szarą przędzę; nie omijają ani jednej sposobności, chwytają w lot każde złe tchnienie, skwapliwie podniecają każdą złość, myszkują wszędzie, by znaleźć nowych pracowników, popędzają do najpośpieszniejszej pracy wielkie pająki, snujące wszędzie swą szarą tkaninę, przenikające do każdego zakątka, rozwieszające swe misterne siatki wszędzie, gdzie mógłby dotrzeć jasny promień słońca, spowijają dusze, ćmią oczy...

I w niedługim czasie świat cały stałby się podobny do państwa Szarego Tkacza, szary byłby, smutny, bezbarwny, bez blasków i lśnień słońca—gdyby nie pracowała również niestrudzenie Złota Prządka, w tkaninę pracowników Szarego Tkacza wplatając swą złotą nić rozpraszającą mroki, radującą oczy, krzepiącą serca!

I trwa ta walka ciągle, bezustannie...