Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Bohaterami tej opowieści są dwaj przyjaciele, Paweł i Bronek, którzy znają się od wielu lat, mieszkają w tym samym domu i razem chodzą do szkoły. Wraz z młodszą siostrą Bronka - Zulką i kolegami z klasy wplątują się w wiele zabawnych przygód. Pewnego dnia, podczas zabawy w parku, odkopują złotą kulę...
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-203-2059-3
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 148
Rok wydania: 1989
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
O)
\
A/at,
Jlot^etW
^ /fctmMt1 0t'o?yo*<jS/i/e^'^
'fńyyoc/y Scyzoryk fayemt»'cti zicłouCj' JjieetgCi
(7j Ctt7i/9«(ć **+■ Of9*Cć iewtjhti i chfBo/ćc
-^rumt^i-forucA.
@) ZTŹ-k
Czy złota kula obroniła Pawła? Z latawcami
Co się stało ze złotą kulą?
Niepowodzenia Bronka na lekcji historii.
Bliźniaki są obrażone! Przygotowania do pojedynku. Bronek godzi się na wszystko.
Straszny wtorek. Pan Pieracki łapie Bronka na gorącym uczynku.
Paweł nie postępuje tak, jak powinien. Bliźniaki przygotowują „alibi". a Szachrajstwo nie udaje się.
Bronek choruje. Niesprawiedliwość boli. Przykre nowiny przyniesione przez Zulkę.
Robbi w klasie wszystkim się podoba. Katastrofa. Bronek nie wraca do domu.
Paweł niepokoi się. Narada w „cegielni". Zulka mówi, co było w domu. Pomysł Pawła.
Paweł w mieszkaniu bliźniaków.
Spis treści
@) ZTŹ-k
(^) (/cA* 0*^ fłe«ki%ei ___
(D*> miwłję ptisfmi* łntiofć
\ "
/^(t>tl2?6ldhf<\ /Ijew/Ą
/> l'ł1 _
Projekt serii i opracowanie graficzne Andrzej Pągowski
Opracowanie typograficzne Grażyna Karasek
Redaktor
Maria Lautsch-Bendkowska
7ói,ęg
Redaktor techniczny Irma Kozakiewicz
Korekta
Maria Czempińska
??). '16S./I-
Edycja na podstawie IW „Nasza Księgarnia", Warszawa 1957
Text © Copyright by Hanna Ożogowska, Warszawa 1957
Illustrations © Copyright by Andrzej Pągowski, Warszawa 1989
ISBN 83-203-2059-3
RSW „Prasa-Książka-Ruch" Młodzieżowa Agencja Wydawnicza Warszawa 1989. Wydanie Xl Nakład 59.700 + 300 egz.
Ark. wyd. 5,83. Ark. druk 6.5. PZGraf. RSW „Prasa-Książka-Ruch". Łodz ul. Armii Czerwonej 28 Z. 337/88 A-75
To, co trzeba wiedzieć, zanim *?! zacznie się czytać naprawdę.
/i
tej książce najwięcej się będzie mówić o dwóch
_ chłopcach i o jednej dziewczynie, o pluszowym
IV I " psie i o złotej kuli, która wcale nie była złota, tyl-\J ko zupełnie inna.
Jeden chłopiec nazywa się Bronek, a drugi Paweł. Obaj mieszkają w tym samym domu. Bronek mieszka na parterze od frontu, ale okno od kuchni wychodzi na podwórko. Paweł mieszka w prawej oficynie na pierwszym piętrze. I Bronek, i Paweł znają się już bardzo dawno, jeszcze z przedszkola. A teraz są w trzeciej klasie, którą niedługo skończą, bo zaraz zaczynają się wakacje. Od jesieni obaj będą uczniami czwartej klasy.
Paweł jest chudy i trochę wyższy od Bronka. Ale Bronek jest za to trochę grubszy. A jak się próbują, który z nich jest mocniejszy, to raz zwycięża Bronek, a drugi raz Paweł, więc chyba każdy się zgodzi, że są jednakowo silni.
Paweł jest brunetem, to znaczy, że ma czarne włosy, ale tylko w zimie, bo kiedy robi się ciepło, to ojciec go strzyże na zero, do samej skóry. Wtedy głowa Pawła wygląda, jakby była wymyta w farbce - taki ma niebieski odcień. Pewnie już domyśliliście się, że ojciec Pawła ma własną maszynkę do strzyżenia. Ma także i brzytwę, ale brzytwa nie jest jeszcze Pawłowi potrzebna i nie wolno jej ruszać. Leży wysoko na bize-gu szafy.
Bronek ma włosy bardzo jasne i miękkie. Nosi grzyw kę, bo jego mama tak lubi. Z prawej strony nad okiem ma sziamę.
Dwa lata temu spadł ze schodów i rozciął sobie czoło. Zagoiło się, ale ślad został.
Paweł ma dużego brata, który w tym roku przejdzie do ostatniej klasy liceum i nigdy nie ma czasu nawet porozmawiać z młodszym bratem. A Bronek ma mały siostrę, Zulkę. Zulka jest jeszcze dzieckiem, chodzi do przedszkola i jest w grupie starszaków. Od jesieni dopiero Zulka pójdzie do pierwszej klasy. Trochę się boi, bo Bronek często ją straszy i mówi:
- Wszystko ci się urwie, jak zaczniesz chodzić do szkoły. Zobaczysz: urwie ci się.
Zulka zupełnie nie rozumie, co jej się ma urwać. Może warkocze? Podobno w szkole chłopcy ciągną dziewczynki za warkocze. Kiedy Zulka o tym pomyśli, to chwyta się za swoje dwa ładne warkoczyki. Ona też ma takie niebieskie oczy i takie jasne, miękkie włosy jak brat. I też nosi grzywkę. A warkocze musi jej codziennie zaplatać mama, bo Zulka nie potrafi. Potrafi za to o wiele dłużej mieć czyste pończochy i ręce niż Bronek. Bronek mówi, że na to już nie ma rady. Że każdy chłopak musi mieć brudne paznokcie, bo nie jest żadna niunia. A co do chustek do nosa, które Bronek bardzo często gubi, a jak nie zgubi, to są „jak święta ziemia", to też Bronek nie czuje się winny, bo u Pawła jest akurat tak samo.
O psie muszę powiedzieć, że należy do Zulki, nazywa się Srokacz, ale to jest jego nowe imię.
Na początku nazywał się Białas, co jest o wiele stosowniej-sze dla psa. Był wtedy śliczny, puszysty i biały, a oczy miał z czerwonych i błyszczących szkiełek. Zulka rosła i zmieniała się po troszku. Za to Białas zmieniał się bardzo szybko. Najpierw zgubiło się jedno oko. Zastąpiono je czarnym guziczkiem od pantofla. Potem drugie - zielonym paciorkiem. Pluszowy biały puszek wycierał się coraz bardziej. Aż zmienił kolor na popielatobury.
Pewnego dnia, kiedy Białas siedział z Zulką na ławce w par-u, się na niego jakiś wielki pies. Rozharatał mu zębami o a o i. Mama przyszyła wtedy Białasowi dwie brązowe, ane owe atki. W jakiejś innej złej przygodzie Białas stracił
ogon. Zastąpiono go czarnym, uszytym z kawałka aksamitu I któregoś dnia Bronek powiedział:
- Jaki to Białas? Przecież na nim nie ma ani jednego białego miejsca. Od dziś będzie miał na imię Srokacz. Żebyś pamiętała o tym, bo inaczej go spuszczę z siódmego piętra!
Bronek nie mógłby spełnić swej groźby. Ani na tej ulicy, ani nigdzie w pobliżu nic było kamienicy o siedmiu piętrach. Ale Zulka o tym nie wiedziała. Nie umiała wtedy dobrze policzyć nawet do dziesięciu. Chodziła jeszcze do przedszkola. Ale ogromnie kochała swojego pluszowego pieska. Wolała no od innych zabawek. Nawet od lalek, które ciągle chorowały na nogi albo na głowy i leżały w dolnej szufladzie maininej szafki. Zgodziła się więc na zmianę imienia. I tylko po cichu, kiedy miała jakieś zmartwienie, kiedy Bronek dokuczał jej i nazywał cielakiem, szła ze Srokaczem w kąt między łóżkiem a szafą. Tam do ucha szeptała mu w największej tajemnicy:
- Ty nie jesteś Srokacz, ja wiem. Ty nie jesteś Srokacz, a ja nie jestem cielak.
O podwórku też trzeba parę słów powiedzieć. Jest raczej wąskie i długie. Z trzech stron wychodzą na nic okna domu, który stoi od frontu, i dwu oficyn. A z czwartej strony znajdują się niskie, drewniane komórki na drwa i rupiecie.
Przed tymi komórkami stoi duży ruchomy trzepak, który nie jest chyba zupełnie zwyczajny. Kiedy chłopcy staną koło niego, to ręce same im się wyciągają, żeby przesunąć go w zupełnie inne miejsce albo chociaż trochę popchnąć.
Dozorca, pan Kubiak, bardzo się o to gniewa. Dzieci z całego podwórka wiedzą o tym dobrze, pana Kubiaka szanują, bo to jest „złoto, a nie dozorca", jak mówią ich rodzice. A jednak... a jednak, chociaż okna mieszkania pana Kubiaka są najbliżej, to rano rzadko kiedy trzepak stoi na swoim miejscu. Nic na to poradzić nie można...
Mniej więcej w połowie podwórka rosną trzy brzozy. Ta w środku duża, a te po bokach mniejsze. Wyglądają zupełnie jak matka z dwojgiem dzieci.
Brzozy do niedawna były jedyną ozdobą podwórka. Co prawda w oficynie wisi w oknie klatka z kanarkiem, ale ten kanarek jest stary i kiedy śpiewa, to słychać wyraźnie, że jest zachrypnięty. Więc chyba już się nie liczy.
Za to tej wiosny przybyła na podwórku jeszcze jedna przyjemna rzecz: mały klombik w rogu lewej oficyny. Zaczyna się zaraz za Bronkowym oknem, a kończy tuż pod oknem babci Zajączkowskiej. Kiedy ktoś wejdzie z bramy na podwórko i spojrzy na lewo w ten kąt między oknami, to aż oczy musi zmrużyć. Taki blask bije od kwitnących tam ślicznych nagietków.
- Można by pomyśleć, że tam ktoś całą balię złota wysypał - mówi pan Kubiak i kiedy polewa ulicę, to nigdy nie zapomni podlać i „babcinego ogródka".
Bo to babcia Zajączkowska zrobiła ten klombik. Dawniej babcia pracowała w fabryce. A zimą „odjęło jej nogi". Chorowała ciężko. Teraz chodzi bardzo powoli. Najlepiej lubi usiąść w słońcu na stołeczku pod swoim oknem, na którym wygrzewa się stary kot Łazęga. Kocisko myje boki, babcia miga szydełkiem, a kolo niej sterczy zawsze kilkoro mniejszych dzieci i patrzy, jak spod palców babci wychodzi okrągła, cieniutka jak pajęczyna serwetka.
Co piątek babcia, która zawsze nosi szeroki, niebieski jak niebo fartuch, idzie powolutku ze swoim stołeczkiem i serwetkami na pobliski targ. Zachwala je niegłośno, ale ładnie:
Kobietki, kobietki,
kupujcie serwetki,
z cieniuteńkiej koronki,
co ją tkały pająki.
I każdy, co babcinego zawodzenia słucha, przystanie, spojrzy na babci niebieski fartuch, w babci niebieskie jak i fartuch oczy - i musi się uśmiechnąć. A jak się uśmiechnie, to często i serwetkę kupi.
Wszystkie małe dzieci, te co jeszcze nie chodzą do szkoły, przepadają za babcią. A te szkolne mówią: „Jak trwoga, to do abcinego proga". I zobaczycie, że mają rację.
prawej oficynie na dole mieszka szewc, pan Pieracki. ° i uty „nie do zdarcia , na szczęście tylko dla dorosłych.
- Jakby mi pan Pieracki zrobił takie pantofle „nie do zdarcia , to już by mi mamusia nigdy nie kupiła nowych - opowiadała raz Zulka Srokaczowi, - to dobrze, że on nie potrafi zrobić bucików dla dzieci.
Niedługo będzie o złotej kuli. Ale jeszcze zanim znajdzie się złota kula, trzeba powiedzieć, że ulica, przy której mieszkają Bronek, Paweł i Zulka - nazywa się Akacjowa. A bardzo blisko od tej ulicy jest park.
Teraz już wiecie wszystko, co trzeba, i opowieść można zacząć naprawdę.
O podwórku i babci Zajączkowskiej. Zulka i jej koleżanki dowiadują się o cygańskiej królewnie.
abcia Zajączkowska siedziała na swoim składanym stołeczku obok złotych nagietków. Za jej plecami na parapecie otwartego okna leżał, roz-ciągrtięty jak długi, bury, pręgowany Łazęga. W ciepłych promieniach słońca spanie widocznie było bardzo przyjemne, bo od czasu do czasu aż mruczał przez sen. Srebrne szydełko w babcinych rękach migoce szybko. O kilka kroków bawią się dziewczynki, wśród których Zulka Wiśniewska jest najstarsza. Młodsze dziewczynki stoją rządkiem. Ręce mają złożone jak do modlitwy. Mówią chórem:
-Zga-duj, zgadula,
gdzie złota kula.
Zulka z poważną miną, z dłońmi złożonymi podobnie, idzie od jednej do drugiej, wsuwa swoje ręce między ich palce i od-po' iada z namaszczeniem:
- Ence pence - ence pence jest w tej ręce.
Zgadywanie jest trudne. Już kilka razy Zulka ukazywała dłonie, w których powinna być złota kula. I zawsze rozwarte - okazywały się puste.
Nareszcie! W rozłożonych rękach Joasi, tej z kokardą na czubku głowy, leży „złota kula" - mały czarny zatrzask.
- E... co to za złota kula-mówi zniechęcona Zulka.-Babciu, prawda, że zatrzask nie może być złotą kulą?
Gromadka oblega babcię Zajączkowską, przysiadając na kilku cegłach pod oknem. Srebrne szydełko na chwilę przestaje migać.
- A pewno, pewno, że to za małe. Weźcie chociaż mój srebrny naparstek. - Babcia szpera po kieszeniach niebieskiego fartucha, ale naparstek gdzieś się zapodział. Zaczyna więc znowu migać szydełkiem i zagaduje od niechcenia:
- A wiecie wy, moje panny, że kiedy ja byłam taka mała jak wy, to słyszałam o prawdziwej złotej kuli, i do tego cza-ro--dziejskiej?
- Czarodziejskiej? - powtarza chór olśnionych głosów.
- Widziała babcia, i co? - pyta Zulka.
- E, to musiałabym chyba zacząć od samego początku -mówi z namysłem babcia.
Dziewczynki zwartym kołem otaczają babcię Zajączkowską. Ach, wszystkie zabawy można oddać za jedno opowiadanie babci.
- Od samego, od samiusieńkiego - proszą gorąco.
- No więc - babcia wygodniej poprawia się na stołeczku i zdejmuje okulary - jakem była taka mała jak wy, to w tym miejscu, gdzie jest teraz park — wcale go nie było.
- Nie było parku? Naszego parku? A gdzie on był?
Nie było go. Nigdzie. A na tym miejscu zieleniły się pola, pastwiska, łęgi, a za nimi stał las.
- Czarny las? - spytała Zulka.
- Z daleka to może był i czarny, a z bliska zielony, jak to as. grzyby w nim były! Ale, zaraz, o czym to ja mówiłam?
a, o tej złotej kuli. No, więc pod tym lasem na brzegu co roku zatrzymywali się obozem Cyganie.
7 i^a boję - powiedziała nagle Joasia, przysuwając się do Zulki. - Oni pewnie babcię ukradli.
- Skądże znowu! Cyganie swoich własnych dzieci mieli dosyć. A czarne to było! A kędzierzawe!
- No i co, babciu? No i co?
- No i ci Cyganie rozstawiali swoje budy pod lasem, a konie puszczali na pastwisko. Wszystkie budy były z białego płótna. Tylko jedna była żółta. Taka żółta jak te nagietki. A w tej żółtej budzie mieszkał cygański król ze swoją córką.
- Król? - zapytał czyjś zdumiony szept. - I koronę nosił?
- E, nie nosił i na króla nawet nie wyglądał. Tylko ta córka, jak warkocze na głowie upięła, jak kwiatów w nie nawtykała, a ustroiła się w rozmaite świecidełka - to wyglądała jak prawdziwa królewna.
- A klipsy miała?-zapytała Joasia.
- Miała takie złote obręcze w uszach, to się wtedy nazywało: kolczyki.
- No i co?
- No i ten król, i ta córka mieli wszystko co najlepsze. Najlepszy wóz był ich. Najpiękniejsze konie - ich, największa żółta buda - ich. I wszystko im się wiodło. I co tylko zamyślili, to im się sprawdzało i do rąk szło. A to wszystko przez czary. Ta cygańska królewna miała taką kulę, złotą podobno, i jak tylko ją do rąk wzięła, a zamyśliła coś...
- Zulka! Zulka, na obiad! - rozległo się wołanie i przez okno blisko dziewczynek wychyliła się pani Wiśniewska.
- Zaraz, już, mamusiu - błagała Zulka - tylko babcia Zajączkowska dokończy. Babciu, niech babcia beze mnie nie opowiada!
- A z czego była ta złota kula?
- A bo ja wiem? Ze złota czy ze słońca...
- Jak to może być: kula ze słońca? - dziwiła się Joasia.
- Bo podobno w dzień odbijało się w niej sto słońc, a w nocy księżyc i wszystkie gwiazdy. Ale nie widziałam jej nigdy na oczy. Ludzie tylko mówili. Podobno kiedyś przyjechał do tej Cyganki jakiś wielki pan. Dawał jej cały kufer złota za tę jedną złotą kulę. Ale ona nie chciała.
- No i co było potem?
- A nic. Obóz zwinęli. Pojechali gdzieś we światy. I słuch o nich zaginął. I już.
- I już nic więcej? - dopytywała Zulka. Zobaczywszy przytakujący ruch głowy babci zawołała z żalem: - Oj, to szkoda! - i pobiegła do domu.
- A psik! - krzyknęła babcia na kota, który zeskoczył z parapetu prosto na jej ramię.
Zabawa w parku. Kto znalazł złotą kulę i do kogo ona będzie należała.
ego dnia Bronek trochę wcześniej wrócił ze szkoły i rzucając swój czarny ceratowy tornister na kanapę powiedział:
- Przed samymi wakacjami to w szkole jest okropnie byczo. Ciągle chodzimy na spacery, a jutro od samego rana idziemy z czwartą klasą na wycieczkę.
- A czy macie bardzo dużo zadane? - zapytała Zulka, która często słyszała od brata, że ma „strasznie dużo zadane".
- O, naturalnie - odpowiedział Bronek. - Mamy zadane, mamy zadane... - przypominał sobie - dwa kawałki chleba z masłem i butelkę z czymś do picia.
Bronek wygłosił to z najpoważniejszą miną, ale widząc, jak Zulce zaokrągliły się oczy, nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Mama, która stawiała właśnie na stole talerz zupy dla Bronka, powiedziała:
- Już ja za ciebie te lekcje odrobię. A ty zaraz po obiedzie zabieraj Zulkę do parku. Szkoda dziecka marynować w domu na taką pogodę.
- „Dziecko, dziecko" - przedrzeźniał pod nosem Bronek -a jak jest coś dobrego, to dostaje taki sam kawałek jak ja. Nie chcę iść z Zulką - powiedział głośniej - umówiłem się z Pawłem, a ona do niczego nam nie jest potrzebna.
Przyda się, przyda-odpowiedziała mama. - Jak pójdzie-trzeba *° Przynaimn'ej nie polecicie tam, gdzie nie
Bronek westchnął. To była prawda. Z Zulką nie można było pobiec „na dziesiątą ulicę", to znaczy gdzieś dalej, ani tym bardziej na Piaskowe Doły-ulubione, ale zakazane miejsce. Zulka zaraz wypaplałaby wszystko i koniec był z góry wiadomy.
Zulka wiedziała, że Bronek nie lubi zabierać jej ze sobą. Nie rozumiała dlaczego. Przecież zawsze chętnie robiła wszystko, co jej brat kazał. I teraz, widząc jego niezadowoloną minę, powiedziała pospiesznie:
- Bronek, zobaczysz, przydam się. Będę nosiła piłkę...
- Phi! Trafiłaś kulą w płot. Żadnej piłki dziś nie bierzemy. Paweł wymyślił coś wspaniałego. Idziemy pod „cegielnię". Zbudujemy z desek namiot.
- To ja będę nosić deski - wyrażała swą chętną pomoc Zulka.
- Tak. Deska ci na głowę zleci i padniesz trupem, a potem wszystko będzie na mnie.
- Nie padnę trupem, zobaczysz, nie padnę trupem - zapewniała gorąco Zulka, chociaż nie bardzo rozumiała, co to znaczy.
Bronek tymczasem pałaszował leniwe pierogi, a ponieważ była to jego ulubiona potrawa, humor mu się najwidoczniej poprawił. Miał właśnie ostatnią kluskę na widelcu, kiedy przed otwartym oknem od kuchni stanął Paweł.
- No, Bronek, idziemy? - zapytał Paweł. - Ale ty się grzebiesz z tym jedzeniem!
- Już! Zaraz idę - odpowiedział niewyraźnie Bronek, łykając kluskę.
I wskazując głową w stronę Zulki dodał ponuro: - Idziemy we trójkę.
- We czwórkę - poprawiła nieśmiało Zulka, która już stała gotowa do wyjścia, trzymając w jednej ręce koszyczek z zawiniętymi w papier przez mamę kawałkami chleba, a drugą
przyciskając do boku ukochanego Srokacza.
- Co? — zaczął groźnie Bronek i Zulka przestraszyła się. że brat zaprotestuje przeciw czwartemu uczestnikowi wycieczki, ale sytuację uratował Paweł:
- Dobrze. Srokacz też się przyda. Będzie z nami chodził na polowanie. A w nocy będzie stał na warcie koło naszego domu.
- Tak, tak, on będzie stał na warcie - zapewniała Zulka. -On się wcale nie boi. Ale przecież na noc musimy wrócić do domu? -zapytała z nadzieją w głosie zwracając się do mamy.
- Tak - odpowiedziała krótko mama. - Możecie się w parku bawić do wieczora. Idę do magla i zamknę drzwi na klucz.
Zulka odetchnęła z ulgą. Nigdy jeszcze nie była w parku w nocy. I nie zostawiłaby tam za nic Srokacza samego. On też na pewno nie lubi ciemności.
„Cegielnią" chłopcy nazywali to miejsce w parku, gdzie stał ogromny sześcian ułożony z cegieł. Stał tam od dawna. Obok niego leżała sterta desek posiwiałych od kolejnych deszczów i śniegów. Prawdopodobnie cegły i deski przywieziono tu kiedyś do jakiejś budowy. Obok cegieł wysypano parę wozów piasku.
Było to ulubione miejsce zabaw chłopców w wieku Bronka i Pawła. Dozorca parkowy patrzył na to przez palce, wymagając jedynie, aby przy końcu zabawy „wszystko było na swoim miejscu".
Dziś chłopcy mieli polować w puszczy. Z dwóch desek opartych o konar drzewa powstał namiot. Z kilku cegieł zrobiono ognisko - postawiony na nim koszyczek był kotłem z zupą gotowaną na mięsie niedźwiedzia.
Oto przed chwilą dzielni myśliwi powrócili z udanego polowania. Srokacz był właśnie tym niedźwiedziem. Ale do kotła Zulka nie pozwoliła go włożyć. I tak dosyć bolało ją serce, kiedy uwiązanego do kija nieśli głową w dół.
Zresztą były przecież kanapki z masłem i rzodkiewką. Można je było jeść naprawdę.
Po uczcie myśliwym należał się wypoczynek. Tym bardziej ze zdaniem Pawła zapadła już noc. Myśliwi ułożyli się w namiocie. Zulka usadowiła tam również i Srokacza. Czyż nie namęczy się także szukając i wypłaszając z nory niedźwiedzia, zanim sam został ofiarą polowania?
Ale Bronek zaprotestował kategorycznie:
ie będę z nim spał w namiocie. Przecież on ma straszne
pchły. Niech pilnuje z tobą ogniska. Jeżeli ognisko zgaśnie, to dzikie zwierzęta nas rozszarpią.
Myśliwi zaczęli chrapać, a Zulka wygrzebała mały dołek obok namiotu, aby Srokacz miał jaką taką kryjówkę, gdyby dzikie zwierzęta napadły na osadę.
Rankiem, który nadszedł w kilka minut po zapadnięciu nocy, myśliwi zerwali się szybko z posłania i postanowili natychmiast zapolować na tygrysa.
Tygrysem ukrywającym się w dżungli, czyli w krzakach jaśminu, miał być, oczywiście, Srokacz.
Właśnie go Bronek podnosił z wygrzebanego płytkiego dołka, kiedy Zulka pokazując dołek zawołała:
- O!
Bronek również powiedział:
- Co to?
A Paweł w tej samej chwili schylił się i podniósł błyszczący przedmiot.
Wszystko to działo się tak jednocześnie, że nigdy już nie można było ustalić, kto był pierwszy i do kogo powinno należeć to, co wtedy znaleziono.
Na próżno Zulka mówiła, że to ona wygrzebała swoją łopatką dołek, że to j ej Srokaczsiedziałnatymcałąnoc. Chłopcy wcale nie chcieli wziąć tego pod uwagę.
- Zawołałaś tylko „O!", a to nic nie znaczy i wcale się nie liczy. Co innego my. Ja zawołałem pierwszy: „Co to?"
- A ja podniosłem tę złotą kulę - powiedział Paweł.
Tak właśnie nazwał podniesiony przedmiot. Trzymał go w
