Złośnice - Bertrice Small - ebook

Złośnice ebook

Small Bertrice

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 631

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



przełożyła Anna Pajek

BP Dzielnicy Żoliborz Wypożyczalnia 16

516 0 079168 00

Warszawa 2008

Tytuł oryginału: Vixens Projekt okładki: Beata Kulesza Damaziak Korekta: Katarzyna Nowak

Copyright © 2003 by Bertrice Smali Copyright © 2008 for the Polish translation Wydawnictwo BIS

• -ISBN 978-83-7551-018-8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a 01-446 Warszawa teł. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84

e-mail: [email protected]

Druk i oprawa: DRUK-INTRO S.A., Inowrocław

Prolo

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 6

Rozdział 10

Rozdzialll

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Epilo

Prolo

QUEEN'S MALYERN Jesień roku 1667

- To jak, zamordowała męża czy nie? - zapytał Charles Stuart, książę Lundy.

Jasmine Leslie, owdowiała księżna Glenkirk i markiza Westłeigh, spojrzała na syna.

- Jeśli chcesz poznać odpowiedź na to pytanie, Charlie, będziesz musiał zadać je Frances - odparła spokojnie.

- Muszę wiedzieć! - nalegał książę. - Zamierzasz wprowadzić tę dziewczynę do naszej rodziny, mamo.

- Ta dziewczyna, jak ją nazywasz, jest twoją kuzynką, Charlie, najmłodszym dzieckiem Fortune. Ona już należy do rodziny!

- Jest obca, chociaż to córka Fortune - powiedział książę. - Nic o niej nie wiemy.

- Ja wiem wystarczająco dużo - odparła ostro Jasmine.

- Zatem dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? - spytał.

- Ponieważ to dla Frances okropna tragedia. Powinna pozostać sprawą prywatną, lecz na nieszczęście lord i lady Tolliver, wróciwszy z Wirginii, natychmiast puścili w obieg skandaliczną plotkę i teraz rozprawia o niej cały dwór. Ta kalumnia winna była zostać po drugiej stronie oceanu! Fran-ces przybywa do nas, by uciec przed oszczerstwami ze strony niedoinformowanych plotkarzy, których życie jest tak jałowe, iż muszą rozpamiętywać w kółko ten nieszczęsny wypadek. Twoja siostra i szwagier okazali niezwykłą dyskrecję i maniery, zważywszy, co się wydarzyło.

- Ale ja nie wiem, co się wydarzyło! - wykrzyknął książę, zniecierpliwiony. Przesunął dłonią po siwiejących, kasztanowych włosach, obciętych krótko, by dworskie peruki dobrze na nich leżały. Jego bursztynowe oczy pełne były życia, chociaż na twarzy malował się niepokój.

Jasmine westchnęła głęboko, po czym ujęła dłoń syna.

- Zawsze byłam ostrożna, Charlie - zaczęła.

- Chyba nie w kontaktach z moim ojcem? - wymamrotał i został ukarany mocnym uszczypnięciem w ramię.

- Auć! - zawołał, lecz się uśmiechnął.

- Panna Frances Devers nie weszłaby do tego domu, Charlie, a ja nie zgodziłabym się jej przyjąć, gdybym miała choć cień wątpliwości co do tego, jaki ma charakter. Pamiętaj, mój drogi, że twoja siostra koresponduje ze mną od trzydziestu dwóch lat. Nie widziałam jej od tego smutnego dnia, gdy odpłynęli z Kieranem do Marylandu, wiem jednak wszystko, co wiedzieć powinnam, o nich i o ich rodzinie. Aine została zakonnicą. Shane będzie kiedyś dziedziczył. Ma żonę i troje dzieci. Cullen i Rory założyli własne plantacje i rodziny. Maeve wyszła szczęśliwie za mąż i spodziewa się drugiego dziecka. Jamie i Charlie penetrują pogranicze. Kieran nie czuje się dobrze. Zbyt ciężko pracował, by rozwinąć plantację. Fortune pisze, iż osłabiło to jego dzielne i szlachetne serce. A teraz jeszcze ta tragedia! Wprowadza zamieszanie w życie całej rodziny. Najlepsze, co można było zrobić, to wysłać Frances do Anglii.

- A plotki na temat morderstwa? - upierał sie Charlie.

- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, co się wydarzyło, zapytaj siostrzenicę - powtórzyła matka.

- Nie wniesiono oskarżenia, i nawet jej nie przesłuchano. Jeśli zdołasz powściągnąć niezdrową ciekawość, drogi chłopcze, będziesz musiał się tym zadowolić. Kiedy przedstawimy Frances na dworze, plotki wybuchną z nową siłą, ale po jakimś czasie kolejny skandal odwróci uwagę towarzystwa i sprawa pójdzie w niepamięć.

Wstała z tapicerowanego krzesła.

- Jeśli Frances nit będzie w twoim domu mile widziana, otworzę wdowi domek w posiadłości twego brata, Henry'ego. Jestem w końcu wdową po markizie Westleigh, nie tylko księżną wdową Glenkirk.

- O, nie! - zaprotestował książę ze śmiechem.

- Niczego takiego nie zrobisz. Barbara i ja nie życzymy sobie zostać obarczeni odpowiedzialnością za dwa nieposłuszne dziewuszyska, które wychowałaś. A Cadby nie jest dość duże, aby pomieścić was wszystkie. Nie, zostaniesz tutaj, droga mamo, gdzie będę mógł mieć na oku tę gromadkę młodych jędz.

- Pójdę zatem i przygotuję się na przyjazd wnuczki - odparła Jasmine. - Foryś1 dotarł przed niespełna godziną, wkrótce powinna więc tu być. Zażądałam, by przyjechała bez służącej. Wybrałam spośród naszych dziewcząt odpowiednią kandydatkę na pokojówkę dla niej.

Odwróciła się i wyszła z pokoju.

- Zejdę, kiedy usłyszę powóz, Charlie - dodała na zakończenie.

Książę Lundy odwrócił się do pięknej żony, Barbary, która w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie.

- I cóż? - zapytał. - Co ty na to?

- Nie słyszałam, by twoja matka choć raz pomyliła się w ocenie - odparła lady Barbara. - Cokolwiek przydarzyło się młodej Frances, została niesłusznie oskarżona. Plotki na temat rzekomego morderstwa uczynią ją bardziej interesującą dla dżentelmenów, niż gdyby była zwykłą wdową z kolonii przyjmowaną na dworze dzięki wstawiennictwu wpływowych krewnych. Prawdę mówiąc, obawiam się, iż może odwrócić uwagę od Diany czy naszej Cynary. Chcę, by te dwie wyszły za mąż, zanim popadną w tarapaty, z których nie będziemy w stanie ich wyciągnąć, Charlie.

Książę parsknął śmiechem.

- Mają po prostu bardzo żywe usposobienie, skarbie.

- To istne diablice! Okropnie je rozpuściliśmy. Kłopoty Frances mogą okazać się błahostką w porównaniu z tymi, jakie potrafiłyby ściągnąć na siebie Diana i Cynara. Pojadą zimą na dwór, gdzie szybko znajdziemy im mężów - stanowczo stwierdziła piękna księżna.

- Skoro tak mówisz, kochanie... - odparł jej mąż.

Barbara potrząsnęła ze śmiechem głową.

- Będzie, jak powiedziałam - odparła, a potem go pocałowała. - Dziękuję Bogu, że mieliśmy tylko jedno dziecko, Charlie. Nie wiem, jak dałabym sobie radę z drugim takim jak Cynara.

Westchnęła głęboko.

- Kocham ją, ale jest w każdym calu Stuartówną. Arogancką i dumną.

- Uważasz, że taki właśnie jestem? - spytał, zaskoczony.

- Tak, ale u ciebie nie daje się to tak bardzo we znaki, przynajmniej nie nam. Owszem, jesteś dumny ze swego rodowodu, a dziadkowie postarali się o to, byś nigdy nie odczuł, że urodziłeś się w nieślubnym związku. Ale niech tylko ktoś poważy się dać ci odczuć, że z twoim pochodzeniem jest coś nie tak, natychmiast stajesz się wyniosły i lodowaty. W końcu twój dziadek był przecież królem Anglii i Szkocji, twój ojciec jego dziedzicem, a poprzedni król twym ukochanym wujem. Obecny władca to twój ulubiony kuzyn i bardzo cię ceni. Jesteś Stuartem niezupełnie królewskim, ale jednak Stuartem. Nasza córka uważa jednak, że to, iż pochodzi ze Stuartów, stawia ją ponad innymi, daje przewagę i przywileje, których tak naprawdę nie posiada. Twoja matka i ja próbowałyśmy jej to wyperswadować, lecz ona i tak wie swoje. Pewnego dnia życie da jej nauczkę.

Słowa żony zaniepokoiły Charliego. Już miał się odezwać, gdy jego uszu dobiegł znajomy turkot.

- Przyjechała - powiedział. - Chodź, Barbaro, powitamy córkę Fortune, która zamordowała - lub nie - swego męża.

- Jeśli twoja matka uważa, że wszystko jest jak należy - odparła księżna - zdam się na nią. Nieah Bóg nam pomoże, mój drogi. Mamy teraz na głowie trzy pannice, które musimy wydać za mąż.

zddal 1

Frances Devers spędziła kilkutygodniową podróż przez ocean spowita mgłą smutku i bólu. Zaledwie rok wcześniej była obiektem westchnień najprzystojniejszego mężczyzny w koloniach, który potem, w Boże Narodzenie, poprosił ją o rękę. Oczywiście przyjęła oświadczyny. Parker pochodził z wirginijskich Randolphów, choć nie z głównej linii. Jego rodzina nie wpływała znacząco na politykę w koloniach, a z bardziej liczącymi się członkami rodu łączyło ją odległe pokrewieństwo. Mimo wszystko to Randolph, stwierdziła z zazdrością siostra Frances, Maeve, podziwiając pierścionek z diamentem i perłami, ozdabiający dłoń najmłodszej z rodzeństwa. Maeve poślubiła najstarszego syna miejscowego plantatora tytoniu.

Rozpoczęto przygotowania do ślubu, zaplanowanego na czerwiec. Poprzedzać go miały bale, przyjęcia i pikniki. Trzeba też było przygotować wyprawę. Modystkę i krawcową sprowadzono aż z Williamsburga. Przybyły ze swymi ekipami, a do pomocy przydzielono im jeszcze służące z plantacji. Nie było tu niewolników, gdyż Kieran i Fortune Devers nie uznawali niewolnictwa. Owszem, kupowali Murzynów na targu, pozostawali oni jednak niewolnikami jedynie dopóty, dopóki się nie ucywilizowali. Potem oficjalnie ich wyzwalano, oferując pensję oraz jedzenie i mieszkanie. Mogli odejść, kiedy chcieli, większość jednak zostawała, państwo Devers byli bowiem uważani za dobrych pracodawców.

Ślub Frances Devers i Parkera Randolpha miał być najbardziej oczekiwanym wydarzeniem towarzyskim roku. Niektórzy goście przybyli aż z Massachusetts i Barbados. Panna młoda była najmłodszym dzieckiem bardzo bogatej, dystyngowanej rodziny. Pan młody wirginijskim Randolphem. Nie żałowano wydatków, aby uświetnić wydarzenie. Narzeczona olśniewała urodą. Narzeczony przyprawiał o bicie serca wszystkie damy. A potem... Dziewczyna, podróżująca powozem księstwa Lundy wzdrygnęła się, odpędzając okrutne wspomnienia, powracające, by torturować ją wciąż od nowa.

Dzień, który miał być początkiem nowego życia, zakończył się w atmosferze skandalu i chaosu. Ledwie rodzina zdołała trochę uspokoić zszokowaną pannę młodą, a miejscowe władze ją przesłuchać, rozpoczęto przygotowania, by mogła opuścić Maryland krótko po pogrzebie męża. Miała popłynąć do Anglii. Do babki, kobiety, której nie widziała dotąd na oczy. Do rodziny, której nie znała. Sześć tygodni po ślubie wsadzono ją na statek należący do rodzinnej kompanii handlowej. Nie miała pojęcia, iż jej rodzina posiada statki. Dowiedziała się, że kapitan jest z nią spokrewniony. Jego żona miała towarzyszyć jej w podróży. Ukochana osobista służąca Frances, czarna dziewczyna imieniem Ju-nie-Bee, musiała zostać w domu. Zerwanie z Marylandem miało być zupełne.

W dniu, gdy wsiadała na statek, cała rodzina odprowadziła ją do portu. Najstarsza siostra, zakonnica Aine, przybyła na ślub i pozostała dłużej, by wesprzeć duchowo matkę. Przybyli także bracia: Shane, Cullen i Rory z żonami, siostra Maeve z mężem i wszystkie wnuki państwa Devers. Najmłodsi Deversowie: Jamie i Charles, żądni przygód kawalerowie, zazdrościli siostrze podróży. Wszyscy płakali, nawet szorstcy w obejściu bracia, najbliżsi jej wiekiem. Nikt nie wiedział, czy Fran-ces wróci kiedyś do domu.

Fortune Devers, pobladła i cierpiąca, płakała rozpaczliwie, przeklinając po cichu Randolphów za to, iż nie mieli pojęcia, jakim człowiekiem jest ich syn. Kieran Devers miał ściągniętą, wymizero-waną twarz i po raz pierwszy w życiu wyglądał staro. Jego serce od jakiegoś czasu poważnie szwankowało; okropne przeżycia ostatnich tygodni odcisnęły na nim swe piętno.

- Tak mi przykro, tatusiu! - załkała Frances, przytulając się do ojca po raz ostatni.

- Nie ma powodu, kochanie - zapewnił, gładząc ciemne włosy córki. - W niczym nie zawiniłaś.

Powinien był posłuchać wewnętrznego głosu podpowiadającego mu, że w Parkerze Randolphie jest coś, co mu się nie podoba. Kochał jednak córkę zbyt mocno, odsunął więc wątpliwości i pozwolił, by poszła za głosem serca. Teraz zapłacą za jego błąd. I stracą Frances - prawdopodobnie na zawsze.

- Ludzie, do których mnie wysyłasz... - zaczęła.

- Twoja babka zna prawdę o tym, co się wydarzyło — powiedział. - Na pewno cię pokocha, a ty pokochasz ją. Jasmine Leslie to dobra i rozsądna kobieta. Posłuchaj, malutka Fancy - kontynuował, nazywając ją zdrobnieniem, używanym od dzieciństwa - babka dobrze się o ciebie zatroszczy. Rodzina twej matki to wspaniali ludzie.

Pocałował córkę w czubek głowy.

- Masz jej oczy, wiesz o tym? Ten sam niesamowity odcień turkusu.

- Naprawdę? - spytała Frances, pociągając nosem.

- Owszem - potwierdził, uśmiechając się po raz pierwszy od tygodni. - Była księżniczką z dalekiego kraju. Płynęła do Anglii przez sześć miesięcy wielkim statkiem, pierwszym nazwanym „Cardiff Rose". Twoja podróż potrwa zaledwie kilka tygodni, najdroższa córko. I choć jestem Irlandczykiem, muszę przyznać, że Anglia to też piękny kraj. Będziesz tam szczęśliwa.

- Bez ciebie i mamy, tatusiu? Bez rodziny? - za-łkała znów Frances.

- Masz bardzo liczną rodzinę, dziecko - wtrąciła Fortune. - Większości krewnych nie widziałaś dotąd na oczy. Opowiadałam ci o nich od lat. Zamieszkasz z babką w majątku mojego brata Char-liego. Będziesz miała za towarzyszki dwie kuzynki, dziewczęta w twoim wieku. Wuj jest spokrewniony z samym królem! Prawdopodobnie wprowadzi cię na dwór, Fancy! A pewnego dnia, znając moją matkę, spotkasz znowu mężczyznę, którego zdołasz pokochać, a on pokocha ciebie.

- Nigdy! - prychnęła z mocą Frances.

- Z pewnością nie żywisz już ciepłych uczuć względem Parkera Randolpha, prawda, kochanie? - spytała nerwowo matka.

- Nie, oczywiście, że nie - odparła lodowatym tonem dziewczyna.

Fortune odetchnęła, nie kryjąc ulgi. Wspominając to, Fancy o mało się nie roześmiała. Nie. Nie czuła namiętności wobec zmarłego męża. Nie pozwoli jednak, aby w przyszłości mężczyzna zawładnął choćby w najmniejszym stopniu jej sercem. Mężczyznom nie można ufać, z wyjątkiem, oczywiście, jej ojca i braci.

W końcu statek przygotowano do wypłynięcia. Pośród uścisków i szlochów Frances Devers pożegnała rodzinę oraz dzieciństwo, by rozstać się z nimi raz na zawsze. A potem płakała przez całą drogę i przestała dopiero, kiedy na horyzoncie zamajaczyły brzegi Anglii. Zona kapitana, kobieta o macierzyńskim usposobieniu i matka dwóch córek, miała dość rozumu, by obdarzać Frances serdecznością i towarzystwem, nie narzucając się z radami. Dbała

0 to, by pogrążona w rozpaczy dziewczyna jadła,

1 z sympatią opowiadała jej o lady Jasmine.

Gdy „Cardiff Rose II" zakotwiczyła przy nabrzeżu, czekał tam już na Frances mniejszy statek, a właściwie barka. Opuszczono pasażerkę w specjalnym krzesełku, a za nią bagaże. Mała kajuta, wyposażona w obitą zielonym aksamitem ławę, ze świeżymi kwiatami w kryształowych wazonach, umocowanych po obu stronach wejścia, wydała się Frances niezwykle elegancka. Rozpoznała róże, stokrotki i delikatny wrzos. Gdy zakończono przeładunek, wyruszyli ku Chiswick-on-Strand, gdzie Frances miała przenocować w domu zwanym Greenwood.

Było wczesne wrześniowe popołudnie i Frances przypatrywała się, zafascynowana, gwarnej, zatłoczonej metropolii. Nie widziała dotąd dużego miasta, nie wiedziała zatem, gdzie patrzeć, ani czy powinna się bać. Drzwi do kabiny pozostawiono otwarte, by wpuścić chłodny powiew znad rzeki, a jeden z wioślarzy wykrzykiwał głośno nazwy mijanych, godnych zainteresowania miejsc.

- To Whitehall, panienko. Nie ma tam teraz króla, gdyż jaśnie państwo wolą przebywać latem na wsi. Tamten pałac to Westminster... Zaraz zobaczy panienka gmach Parlamentu, gdzie dobrzy panowie politycy trudzą się dla nas, prostych ludzi. A oto i Tower, gdzie trzyma się zdrajców, a potem ścina im głowy.

Widać było, że poinformowanie o tym sprawiło wioślarzowi szczególną frajdę.

W końcu barka skręciła ku przystani i przybiła do kamiennego nabrzeża. Od strony domu nadbiegli lokaje w liberii i pomogli Frances wysiąść. Wyładowano bagaż. Dziewczyna o roześmianych sza-roniebieskich oczach i wymykających się spod czepka popielatobrązowych włosach dygnęła przed Frances, mówiąc:

- Jestem Bess Trueheart, proszę pani. Babcia pani przysłała mnie, bym ci służyła. Wyruszymy do Queen's Malvern o poranku. Wejdź, proszę, do domu. Chciałabyś na pewno się wykąpać i coś zjeść. No i położyć się wreszcie do łóżka, które się nie kołysze - zakończyła z uśmiechem, a potem znowu dygnęła.

Fancy się roześmiała. Po raz pierwszy od tygodni naprawdę się roześmiała.

- Dziękuję, Bess Trueheart - powiedziała. - Masz rację. Jestem głodna, zmęczona i brudna.

W domu powitali Frances służący, na ogół w dość podeszłym wieku. Powitanie było serdeczne, zaraz też poinformowali ją, że przypomina jedną ze swych antenatek, której portret wisi w wielkiej sali - komnacie z widokiem na rzekę. Gospodyni natychmiast ją tam zaprowadziła i Frances spojrzała, zaskoczona, na obraz. Kobieta na portrecie miała ciemne włosy, kremową cerę i dumnie uniesioną głowę. Odziana była w elegancką suknię ze szkarłatnego aksamitu, haftowaną perłami i złotogłowiem. Rzeczywiście były do siebie podobne, choć Frances uznała, że dama na portrecie jest od niej zdecydowanie ładniejsza.

- Kto to taki? - spytała.

- No jakże, panienko, twoja praprababka, Skye 0'Malley. Jesteście bardzo podobne, choć oczy masz inne. Odziedziczyłaś je po księżnej, swojej babce. Jak żyję, nie widziałam takich u nikogo, tylko u niej, i teraz u ciebie.

Następnego ranka Frances i jej nowa pokojówka wyruszyły do Queen's Malvern - posiadłości w pobliżu Worcester. Podróż miała zająć im kilka dni. Wuj Frances, książę, zarezerwował dla nich noclegi w najlepszych gospodach, powiedziała z dumą Bess. Panienka nie musi o nic się kłopotać. Wczesną jesienią pogoda jest zwykle dobra, a drogi suche. Ani się obejrzą, i będą w domu.

Fancy usiadła wygodnie i poszła za radą Bess. Zamknęła oczy i pomyślała o Marylandzie i pozostawionej tam rodzinie, próbując wyprzeć z pamięci to, co wydarzyło się w dniu ślubu. Lecz wraz ze wspomnieniem dojrzewającego tytoniu, słodkiego zapachu schnących w szopach liści i tęsknego nawoływania gęsi, przelatujących nad jeziorem Chesapeake w porze, gdy drzewa zaczynały zmieniać barwę, wróciło wspomnienie Parkera Ran-dolpha.

Nazywano go najprzystojniejszym mężczyzną w koloniach, i taki właśnie był. Wysoki i smukły, miał falujące ciemnoblond włosy i najbardziej błękitne oczy, jakie zdarzyło jej się widzieć. Chętnie się uśmiechał, zarażając wesołością innych. Jego maniery i urok osobisty słynęły na całą prowincję.

Więc uwierzyła, kiedy powiedział, że ją kocha. Zamrugała, by powstrzymać łzy.

Tylko że Parker jej nie kochał. Ani trochę. Jego dusza była równie czarna, jak rysy nieskazitelne. A ona dowiedziała się o tym za późno. Za późno, by zapobiec małżeństwu i skandalicznym okolicznościom śmierci świeżo poślubionego małżonka. Jej marzenia o miłości i życiu, jakie przypadło w udziale jej rodzicom, zostały brutalnie zniszczone. Miała jednak szczęście, bowiem udało jej się uciec, nim Parker sprawił jej ból większy niż świadomość tego, jaki naprawdę był. Gdyby tylko poznali jego prawdziwy charakter, nim Frances stanęła u ołtarza!

Lecz tak się nie stało, niczego nie podejrzewali. W końcu, jak ujęła to Maeve, był jednym z wirgi-nijskich Randolphów. Jego bardziej liczący się krewni pomogli Kieranowi Deversowi rozproszyć mgłę przypuszczeń i podejrzeń, jaką wzbudziła śmierć zięcia. Postawieni wobec faktów i przerażeni nimi nie mniej niż ci, którzy wiedzieli, co się wydarzyło, wykorzystali swe niebagatelne wpływy, aby wyciszyć sprawę. Prawda nie przedstawiała się bowiem ładnie i gdyby wyszła na jaw, skandalu nie dałoby się powstrzymać.

Zgodzili się zatem z Deversami, że im wcześniej wdowa opuści kolonie, tym szybciej ucichną plotki. Jeśli Frances zniknie, do zimy sytuacja powinna się uspokoić. Wysłano ją zatem na morze, pozbawiając wszystkiego, co znała i kochała.

Lecz Parker Randolph udzielił Frances cennej lekcji. Nauczył ją, że mężczyznom nie można ufać, a jej ojciec i bracia to wyjątki potwierdzające regułę.

Kiedy spytała rodziców, dlaczego nie powiedzieli jej o tym przed ślubem, matka zalała się łzami.

Byli z ojcem tak szczęśliwi, wyjaśniła, że trudności, na jakie napotkali, gdy sami byli młodzi, poszły w niepamięć. Aine, najstarsza córka, znała całą historię, podobnie Shane, Cullen i Rory, którzy odziedziczyli imiona po krewnych i przyjaciołach z Irlandii. Maeve, przyciśnięta do muru, przypomniała sobie o kłopotach spowodowanych przez nikczemnego młodszego brata ich ojca, nie wiedziała jednak nic więcej. Jamie, Charlie i sama Frances także niewiele wiedzieli i, prawdę mówiąc, zbytnio ich to nie interesowało.

Zdawali sobie oczywiście sprawę, że rodzina matki to ludzie bogaci i wpływowi. Babka jawiła się im jako postać niezwykle barwna, kobieta, która przeżyła kilku mężów i miała za kochanka następcę angielskiego tronu. Znała królów i książęta. Fortune utrzymywała, że ojcem babki był wielki wschodni władca. Fancy wspomniała, że jako dzieci niezbyt wierzyli w to, co mówi matka. Uważali, że ma po prostu talent do snucia opowieści, przekazywanych barwnym językiem i ze swadą, co miało związek z tym, iż urodziła się w Irlandii, choć tam nie dorastała.

Teraz, kiedy znalazła się w Anglii, opowieści matki wydały się Fancy o wiele bardziej prawdopodobne. Wygody i luksus, jakiego doświadczała, dobitnie o tym świadczyły. Nie znała dotąd sług, które byłyby z rodziną od pokoleń. Nie zaznała też nigdy takiego szacunku, z jakim witano ją samą i jej ekwipaż, kiedy wjeżdżali na dziedziniec gospód. Pani życzy sobie kąpieli? Natychmiast! Woli kaczkę niż kapłona? Oczywiście! Wszystko to miało swoje znaczenie i rozbudzało ciekawość. Odkryła, iż czeka niecierpliwie, by znaleźć się w Queen s Malvern. A potem, nagle, już tam byli.

Elegancki powóz, ciągnięty przez szóstkę idealnie dobranych gniadoszy o płowych grzywach i ogonach minął bramę posiadłości. Fancy opuściła szybę w oknie i, zaciekawiona, wyjrzała na zewnątrz.

Dom i włości, położone w niewielkiej dolinie pośród wzgórz Malvern, pomiędzy rzekami Severn i Wye, należały niegdyś do królowej. W ostatnich latach swego panowania zmagająca się z kłopotami finansowymi Elżbieta Tudor sprzedała posiadłość państwu de Marisco, ci zaś pozostawili ją ukochanej wnuczce, Jasmine. To właśnie jej syn, książę Lundy, był teraz właścicielem Queen's Malvern.

Dom, wzniesiony za panowania Edwarda IV i pomyślany jako prezent dla królowej, zbudowano z różowych cegieł o ciepłym odcieniu. Budynek miał kształt litery E, a jego ściany obficie porastał ciemnozielony bluszcz - poza jednym skrzydłem, spalonym kiedyś przez żołnierzy Cromwella i odbudowanym pięć lat temu, gdy przywrócono monarchię. Wysokie i szerokie okna miały dzielone szybki osadzone w ołowiu. Ponad dachem wznosiły się liczne kominy z ciemnego łupku. Ogólnie rzecz biorąc, dom sprawiał wrażenie wygodnego. Na starannie zagrabionym podjeździe czekała grupka ludzi. Najbardziej rzucała się w oczy kobieta w jedwabnej sukni, przystrojonej przy dekolcie kremową koronką, otulona koronkowym szalem. Miała srebrne włosy z dwoma czarnymi jak heban pasmami na skroniach. Obok stała młodsza kobieta w jedwabnej sukni o barwie morskiego błękitu oraz skręconych w eleganckie loczki ciemnoblond włosach. Towarzyszył jej wysoki dżentelmen w czarnym aksamitnym ubraniu ze śnieżnobiałymi koronkowymi mankietami i w bia-tej koszuli. Miał krótko obcięte kasztanowe włosy, a przy butach srebrne sprzączki. Obok nich stały dwie młode dziewczyny, podobne do siebie z wyglądu, jedna w sukni ciemnozielonej, druga w fiołkowej. Ich włosy były ciemne jak włosy Fancy.

Ależ jesteśmy podobne, pomyślała. Mogłybyśmy być siostrami. Dziwne. Ciekawe, czy mama o tym wie. Te dziewczęta są do mnie bardziej podobne niż rodzeni bracia i siostry.

- Starsza kobieta to twoja babka, panienko - powiedziała Bess. - Obok stoi jej syn, a twój wujek. Dama o jasnych włosach, lady Barbara, jest jego żoną. Dziewczęta to twoje kuzynki, lady Cynara i lady Diana.

- Są siostrami? - spytała Frances.

- Nie - odparła szybko Bess. - Lady Cynara jest córką księcia i lady Barbary, a lady Diana - księcia Glenkirk.

Fancy wytężyła umysł, aby przypomnieć sobie, co mówiła o rodzinnych powiązaniach jej matka.

- Lady Diana to Diana Leslie?

- Tak!

- Jej ojciec to brat mojej matki? Jest najstarszym spośród dzieci, jakie babka urodziła Jamesowi Leslie. Moja matka jest najmłodszym dzieckiem babki i markiza Westleigh.

- Wiesz, pani, więcej ode mnie - zaśmiała się Bess. - Lady Diana to najsłodsza dziewczyna, jaką można sobie wyobrazić, uważaj jednak na lady Cy-narę. Jest przesadnie dumna z tego, iż ma w sobie krew Stuartów. Może sprawiać kłopoty, choćby tego nie zamierzała. Nie pozwól się zastraszyć. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, pani, tę szczerość, lecz przyjechałaś dopiero z kolonii i nie znasz tu nikogo. Sumienie nie dałoby mi spokoju, gdybym choć trochę ci nie pomogła. Wydajesz się równie miła, jak lady Diana.

- Jestem ci wdzięczna, Bess - odparła Fancy. -To niełatwa sytuacja, znaleźć się daleko od domu i bliskich. Jestem tu zupełnie obca.

Powóz stanął. Lokaj w liberii otworzył drzwi i wysunął schodki. Książę Lundy podszedł i zaoferował Fancy ramię.

- Pozwól, że powitam cię w Anglii i w Queen's Malvern, siostrzenico - powiedział, pomagając jej wysiąść. - Jestem twoim wujem, młodszym bratem twej matki.

Skłonił się i podprowadził ją ku grupce krewnych.

- Jestem twoją babką - Jasmine Leslie powitała Fancy uśmiechem, a potem ucałowała serdecznie w oba policzki. - Nie jesteś podobna do matki, ale do tych tu kuzynek. Wszystkie przypominacie z wyglądu moją babkę. Widać, że macie w sobie jej krew. Witaj w Anglii i w Queen's Malvern, kochanie.

- A to moja żona, lady Barbara... - powiedział książę, kontynuując prezentację.

Fancy dygnęła grzecznie.

- ...i twoje kuzynki: moja córka, Cynara, i bratanica, Diana Leslie - zakończył.

Fancy dygnęła znowu, a kuzynki odwzajemniły gest. Wszystkie trzy bacznie się sobie przyglądały.

Jasmine otoczyła wnuczkę ramieniem.

- Bess Trueheart wystarczająco się o ciebie troszczyła, Frances?

- O, tak, proszę pani! - odparła Frances. - Była bardzo pomocna. Chciałam przywieźć własną służącą, Junie-Bee, lecz mama powiedziała, że zerwanie z Marylandem musi być całkowite.

Weszli do domu i zasiedli w dawnej wielkiej sali, ulubionym pokoju Jasmine. Służący zabrali płaszcz Fancy i wnieśli tace z winem i delikatnymi słodkimi waflami. Rodzina rozlokowała się w pobliżu kominka. Na palenisku płonął wesoło ogień, odpędzając chłód zbliżającego się wieczoru.

Przez chwilę spokojnie rozmawiali, a potem lady Cynara Stuart wypaliła:

- Pojedziemy zimą na dwór, kuzynko Frances!

Jej jasnoniebieskie oczy zabłysły z podniecenia.

- Byłyśmy już na dworze - zauważyła Diana Leslie.

- Ale tylko po to, by zostać przedstawionymi królowi - odparła Cynara. - Powiadają, że to najlepszy kochanek na świecie - dodała, uśmiechając się szelmowsko.

- Zważaj na swoje maniery, Cynaro - zganiła ją Jasmine.

- Cóż, to rzecz ogólnie znana, babciu - odparła Cynara.

- Spędziłyśmy na dworze tylko jeden dzień - wyjaśniła kuzynce Diana. - Poznałyśmy także królową. Nie jest szczególnie piękna, lecz bardzo miła.

- Nadali nam przydomki - mówiła dalej Cynara. - Każdy, kto liczy się na dworze, ma przydomek. Nazwali Dianę Siren2, gdyż jest tak piękna, że mogłaby przywieść mężczyznę do zguby. Nie sądzę jednak, by to kiedykolwiek zrobiła. Ma zbyt dobry charakter.

- Cynarę przezwali Sin" - wtrąciła Diana, uśmiechając się łobuzersko. - Nie mam pojęcia dlaczego. Zastanawiam się, jakie przezwisko nadadzą tobie, kuzynko Frances.

- Rodzina nazywała mnie Fancy3. Gdy byłam dziewczynką, nie potrafiłam wymówić prawidłowo swego imienia, i tak już zostało. Wkrótce wszyscy woiali na mnie Fancy. Gdy słyszę, że ktoś zwraca się do mnie pełnym imieniem, zaczynam się zastanawiać, czy czegoś nie przeskrobałam - wyjaśniła Fancy z uśmiechem.

- Pierwszy dom twojej matki nosił nazwę Fortu-nes Fancy* - zauważył książę.

- Nigdy w nim nie mieszkałam - powiedziała Fancy. - Sześć lat po tym, jak został zbudowany, zniszczyła go wichura. Był to jeden z tych sztormów, które nadciągają latem znad Karaibów. Obecny dom nazywa się Bayview**. Został zbudowany w tym samym miejscu. - Westchnęła, a jej śliczna twarz posmutniała. - Będę za nim tęskniła - przyznała cicho.

- Oczywiście, że będziesz - wtrąciła pośpiesznie Jasmine. - To normalne. Jestem już stara. Spędziłam życie, poza pierwszymi szesnastoma laty, w Anglii i Szkocji, mimo to nadal wspominam pałac, w którym dorastałam. Stał na brzegu pięknego jeziora, w krainie zwanej Kaszmir. Jako że byłam ostatnim i najmłodszym dzieckiem swego ojca, a moja matka przyszła na świat w Anglii, ojciec uznał, że lepiej będzie, jeśli zamieszkam właśnie tam, nie daleko na południu, gdzie sam rezydował i gdzie było o wiele goręcej. Moim pierwszym mężem był kaszmirski książę, bardzo przystojny młodzian o ciemnych oczach - dodała z uśmiechem.

- Ilu mężów miałaś, babciu? - spytała Fancy.

- Trzech - odparła Jasmine, radując się w duchu, że dziewczyna zwróciła się do niej w ten sposób. - Pierwszy, książę Dżamal chan, został zamordowany przez mego przyrodniego brata. To dlatego ojciec wysłał mnie do Anglii. Podróż trwała wiele miesięcy. Potem wyszłam za markiza West-leigh, Rowana Lindleya, twego dziadka, Fancy. Moim trzecim mężem był Jemmie Leslie, książę Glenkirk, ojcem zaś twego wuja, Charliego, książę Henry Stuart. Gdyby żył, odziedziczyłby po swoim ojcu, królu Jakubie, tron Anglii.

- Jak umarł mój dziadek? - spytała Fancy, zaciekawiona. - Mama mówi, że go nie znała. Zawsze uważała lorda Leslie za swego ojca.

- Twój dziadek został zamordowany przez religijnego fanatyka w Irlandii. Kula była przeznaczona dla mnie, ale trafiła Rowana - wyjaśniła Jasmi-ne. - Byłam wtedy w ciąży z twoją matką, kochanie.

Uśmiechnęła się.

- Masz po tej stronie oceanu liczną rodzinę, Fancy Devers. Z czasem poznasz krewnych. Moja babka miała sześcioro dzieci, oni zaś spłodzili liczne potomstwo, które też okazało się płodne. Sądzę, że potomków mojej babki musi już być ponad czterystu. Mieszkają w Anglii, Irlandii, Szkocji i w koloniach.

- Na Boga! - wykrzyknęła Fancy. - Nie wiedziałam. Mama powiedziała mi tylko, że mam tu rodzinę.

- Czy mama była przez te lata szczęśliwa? - spytała Jasmine.

- Tak, aż do teraz - odparła Fancy. - Ona i tatuś wprawiali nas czasem w konsternację, gdyż bardzo się kochają i nie wahają się tego okazywać. Sądziłam... miałam nadzieję, że ja też znajdę taką miłość, jednakże... - umilkła i już się nie odezwała.

- Miłość - stwierdziła Cynara wyniośle - to tylko iluzja.

- Doprawdy? - zauważyła sucho jej babka.

- Zważywszy na twój brak doświadczenia, Cynaro, dziwię się, że tak uważasz.

- Słyszałam, jak to mówiono.

- Ulżyło mi, że twoje opinie nie opierają się na osobistym doświadczeniu - wtrąciła ostro Ja-smine. - To niemądre powtarzać cudze słowa. Ludzie postrzegają cię wtedy jako głupiutką igno-rantkę. Masz w końcu dopiero piętnaście lat.

- W moim wieku byłaś już mężatką, babciu - odparła śmiało Cynara i odrzuciła głowę, aż podskoczyły ciemne loki.

- To były inne czasy i inna część świata - odparła Jasmine. - Ojciec nie czuł się dobrze i chciał mnie zabezpieczyć, zanim umrze. Przybrana matka nie cieszyła się, że wychodzę za mąż tak wcześnie.

- Czy mąż od razu zaczął się z tobą kochać?

- spytała przewrotnie Cynara.

- Postąpił tak czy nie, nie będziemy o tym dyskutować! - Jasmine odwróciła się do synowej, której twarz płonęła ze wstydu. - Doprawdy, Barbaro! Nie masz nad tą dziewczyną żadnej kontroli? Co pomyśli sobie o niej Fancy!

Tymczasem śmiałość Cynary fascynowała kuzynkę. Cynara była bardzo piękna i wydawała się tak światowa, mimo iż młodsza od Frances o rok.

Pragnąc zażegnać kłopotliwą sytuację, spytała:

- Nie weźmiesz mi za złe, babciu, jeśli poproszę, by pokazano mi mój pokój? Podróż była dosyć męcząca.

- Oczywiście, drogie dziecko - odparła szybko Jasmine, wstając. - Sama cię tam zaprowadzę. Wybrałam pokój osobiście. Zamieszkasz pomiędzy mną a Dianą.

*

- I co myślisz? - zapytał Charlie żonę.

- Jest śliczna - odparła Barbara. - Czy to nie ciekawe, że dziewczęta są tak do siebie podobne? Dziś Fancy jest zmęczona, ale za kilka dni lepiej ją poznamy. Uważam jednak, że twoja matka nie pomyliła się w ocenie.

Książę skinął głową.

- Podejrzewam, że możesz mieć rację, moja droga.

- Czy babcia sądzi, że Fancy zabiła męża? - spytała śmiało Cynara.

Księżna Lundy przymknęła z rezygnacją oczy. Cynara jest tak nieoględna w słowach! I w zachowaniu także, dodała w myślach. Jaka przyszłość ją czeka?

- Nie ma dowodu na to, że twoja kuzynka kogokolwiek zabiła - odparł książę spokojnie. - Będę wdzięczny, jeśli powstrzymasz się od rozpowszechniania plotek, zwłaszcza nieuzasadnionych.

Popatrzył stanowczo na córkę.

- Skoro tak, dlaczego mówią, że to zrobiła? - Cynara nie rezygnowała.

- Zdarzyła się okropna tragedia - wyjaśnił książę. - Nawet ja nie znam prawdy. Weź jednak pod rozwagę, że gdyby popełniono przestępstwo, twoja kuzynka zostałaby oskarżona, a nic takiego się nie stało. Rzadko się zdarza, aby pan młody umierał tui po ślubie. Ludzie wymyślają niestworzone historie, ponieważ nikt nie wie, co się naprawdę wydarzyło. Mam nadzieję, że ty nie staniesz się kiedyś obiektem tego rodzaju plotek.

- Czy babcia wie? - zaryzykowała pytanie Diana.

- Sądzę, że tak - odparł książę.

- Biedna Fancy. Jakie to musiało być dla niej okropne: stracić męża tuż po ślubie, do tego w taki okropny sposób. A potem zostać wysłaną z dala od wszystkiego, co zna i kocha, po to, aby ratować reputację.

- Wyjechałaś z Glenkirk, gdy miałaś jedenaście lat - zauważyła Cynara - i zbytnio przez to nie cierpiałaś, Siren.

- Ale ja chciałam wyjechać, Cyn - odparła Diana. - Elegancja i wyrafinowanie Londynu zdecydowanie bardziej mi odpowiadały. Pewnego dnia wyjdę tu dobrze za mąż. W Glenkirk byłoby to dość trudne. Poza tym moja rodzina spędza w Anglii niemal każde lato, a za rok moja siostra, Mair, zostanie z nami na stałe. Fancy zostawiła rodzinę za oceanem. Czy zobaczy jeszcze rodziców albo rodzeństwo?

Książę uśmiechnął się ciepło do bratanicy. Diana Leslie zawsze myślała o innych. Nie znał równie miłej osoby i zastanawiał się, po kim dziewczyna odziedziczyła charakter. Zwłaszcza że kiedy trzeba było wykazać się siłą, Diana właśnie to robiła. Nie przypominała w niczym Cynary, były jednak przyjaciółkami i to od czasu, gdy jego matka zażądała, aby Diana została z nimi w Queen's Mal-vern. Książę żywił nadzieję, iż kuzynka będzie wywierać na jego córkę dobry wpływ, tak się jednak nie stało. Z drugiej strony, Cynara nie była w stanie zarazić Diany nieposłuszeństwem.

- Masz dobre serce - powiedział.

Cynara przewróciła oczami, lecz zaraz się uśmiechnęła.

- Chodźmy zobaczyć, jakie stroje przywiozła z kolonii nasza kuzynka. Jej suknia podróżna okazała się całkiem niezła. Nie pomyślałabym, że da-mulka z kolonii może być tak obeznana z modą. Ciekawe, jaką ma biżuterię... Babcia coś jej podaruje, na pewno. Ma tyle klejnotów - zauważyła.

- Czy rubinowy pierścionek, który dala mi na urodziny, nie wydaje się wam śliczny?

Błysnęła im klejnotem przed oczami, jak wiele razy w ciągu ostatnich dni.

- Pozwól kuzynce się rozgościć - zasugerowała lady Barbara. - Będzie dość czasu na buszowanie w jej rzeczach w ciągu tych kilku tygodni, zanim udamy się na dwór. Dziś Fancy jest na pewno zmęczona i chce odpocząć.

- Och, doskonale - rzekła Cynara zgodnie, a potem zaproponowała: - Wybierzmy się na przejażdżkę, Diano. Musimy tylko się przebrać.

- Pospacerujcie po ogrodach - rzekł stanowczo jej ojciec - i zostawcie babcię samą z nową wnuczką. Przez wszystkie te lata bardzo tęskniła za moją siostrą i jest podekscytowana, iż może mieć przy sobie choć jedno z jej dzieci.

- Ogrody są teraz bardzo piękne - poparła męża lady Barbara.

- A w psiarni pojawiły się szczeniaki - dodała Diana zachęcająco.

- Och! - wykrzyknęła Cynara z entuzjazmem. Uwielbiała psy, a obiecano jej, że będzie mogła wziąć sobie z tego miotu szczeniaka. - Czy to potomstwo Belli? - spytała.

- Tak - odparła Diana z uśmiechem.

- Będę wybierała pierwsza! - odparła Cynara.

- Wiesz, że wolę koty od psów - przypomniała jej kuzynka, po czym dziewczęta wyszły pospiesznie z komnaty.

Książę Lundy roześmiał się.

- Tak oto, z pomocą Diany, uratowałyśmy Fancy przed naszą córką. Przynajmniej na jakiś czas

- dodał z uśmiechem.

- Fancy wydaje się taka smutna - zauważyła księżna. - Biedne dziecko! Mam nadzieję, że z czasem nas pokocha i nauczy się nam ufać.

- Jak to możliwe - zastanawiał się książę - że Cynara nie odziedziczyła po tobie dobrego serca?

- Jest jak mój ojciec. Praktyczna - odparła księżna. - I jak moja matka - zdecydowana postawić na swoim w każdej sprawie.

- Rzadko wspominasz rodziców - zauważył.

- Rzeczywiście - przyznała księżna. - Ojciec od dawna nie żyje, a matka odeszła tuż przed tym, jak umarł mój pierwszy mąż. Zawsze była zazdrosna o to, że ojciec mnie kocha, i nie miałaby nic przeciwko temu, by ten prostak, jej drugi mąż, oddał mnie na służbę, chociaż nie byłam chowana na służącą. Dzięki ci, Boże, za madame Skye! Gdyby nie ona, kto wie, co by się ze mną stało.

- Była niezwykłą kobietą - zauważył książę Lun-dy. - Zastanawiam się, co sądziłaby o swoich pra-prawnuczkach, które tak bardzo ją przypominają. Moja matka też z każdym dniem staje się do niej bardziej podobna.

Jego żona odpowiedziała uśmiechem.

- Tak, Charlie, to prawda. Nie zniesie nonsensów ze strony żadnej z naszych dziewcząt i z pewnością pomoże Fancy przezwyciężyć nostalgię.

- Też tak sądzę - przytaknął.

Ciekawe, co dzieje się w tej chwili na piętrze, pomyślał.

Fancy posłusznie wyszła z pokoju za babką. Była zmęczona, ale najgorsze miała już za sobą. Przebyła bezpiecznie ocean i dotarła do krewnych. Od razu wszystkich polubiła. Uświadomiła też sobie, iż wie o nich znacznie więcej niż oni o niej. Matka często opowiadała o pozostawionej w Szkocji i Anglii rodzinie, było też dla wszystkich jasne, że kocha rodzeństwo i za nim tęskni. Oczywiście, jej wspomnienia dotyczyły młodych mężczyzn i kobiet, a także malutkiej siostrzyczki Autumn. Teraz wszyscy byli już w średnim wieku, nawet mała Autumn, której Fortune nie dane było poznać.

Babka zatrzymała się przed rzeźbionymi dębowymi drzwiami, otwarła je i weszła do znajdującego się za nimi pokoju. Fancy podążyła w ślad za babką. W środku czekała uśmiechnięta Bess Trueheart. Fancy rozejrzała się dookoła. Pokój był olbrzymi, ze ścianami wykładanymi na staromodną modłę boazerią, z wielkim kominkiem, w którym płonął wesoły ogień, i dużym łukowato sklepionym oknem z osadzonymi w ołowiu szybkami oraz siedziskiem. Okna ozdabiały aksamitne draperie o barwie turkusa, ze złotą frędzlą i sznurami. Meble z dębowego drewna były doskonale • wypolerowane i już na pierwszy rzut oka wygodne. Podłogę zakrywał gruby, turkusowo-kremowy dywan z wełny.

- Jak tu pięknie! - zawołała Fancy, zachwycona, pochylając się, aby powąchać stojące na stole róże.

- Dawno temu, kiedy przybyłam po raz pierwszy do Queen's Malvern, był to mój pokój - wyjaśniła Jasmine. - Oczywiście, od tego czasu zmieniono wystrój, i to zapewne nie raz.

- Wejdź, proszę, do sypialni, pani - zachęcała Bess. - Jest tam następny kominek i łoże tak wielkie, że zmieściłaby się w nim spora rodzina.

Wprowadziła Fancy do przyległego pomieszczenia.

Było równie piękne, jak to, które właśnie opuściły.

- Dwa pokoje? Tylko dla mnie? - spytała Fancy, zaskoczona. Z pewnością było tu inaczej niż w Marylandzie, gdzie każde z dzieci zajmowało jedynie sypialnię, i to dość ciasną.

- Nazywamy to apartamentem - wyjaśniła Ja-smine. - W wielkich rezydencjach domownicy posiadają zwykle do dyspozycji pokój dzienny oraz sypialnię.

- Mama o tym nie wspominała - przyznała Fancy.

- A co w ogóle mówiła ci o Anglii? - spytała Ja-smine.

- Opowiadała głównie o rodzinie - odparła Fancy.

Jasmine skinęła głową.

- Zastanawiam się, czy tęskniła za nami tak bardzo, jak my za nią. Nadal nie mogę uwierzyć, że moje ukochane dziecko zamieszkało tak daleko. Miałam nadzieję, że kiedyś nas odwiedzi, lecz potem zaczęły się niepokoje. Stracono króla, a czasy tak zwanej Republiki były trudne. Kiedy mój Jem-mie zginął, walcząc za Stuarta, zabrałam najmłodszą córkę i wyjechałam z nią do Francji. Nie byłara w stanie zostać w Glenkirk po tym, co się stało.

- Mama była przez cały ten czas bardzo szczęśliwa, babciu - zapewniła ją Fancy. - Myślę, że tylko śmierć papy mogłaby to zmienić. Uważam, że pod wieloma względami bardzo przypomina ciebie.

Objęła niespodziewanie babkę.

- Powitałaś mnie tak serdecznie! - powiedziała. - Dziękuję!

- Cóż, drogie dziecko - odparła Jasmine, wzruszona - jesteś moją wnuczką, choć zobaczyłam cię dziś po raz pierwszy. Znałam cię, podobnie jak twoich braci i siostry, z listów matki, cieszę się jednak, że jesteś tu z nami, nawet jeśli stało się tak za sprawą tej tragedii. Postaramy się, byś zapomniała o tamtych okropnych wydarzeniach, droga Fancy.

- Co wiesz? - spytała Fancy drżącym głosem. Łzy zakłuły ją pod powiekami.

- Twoja matka napisała mi o wszystkim - odparła Jasmine. - Nikt inny nie wie, co się wydarzyło, i tak zostanie, póki nie zechcesz sama im powiedzieć. Ale dość o tym, dziecko.

Uścisnęła Fancy i pocałowała w oba policzki.

- Jesteś teraz w Anglii i zaczynasz życie od nowa. Tamto masz już za sobą.

Fancy odpowiedziała uściskiem na uścisk.

- Dziękuję, babciu. Jeszcze nie uporałam się z tym, co mi się przydarzyło. Nie mogę uwierzyć, że byłam tak głupia, aby obdarzyć miłością mężczyznę, który na to nie zasługiwał. Był taki przystojny, taki czarujący... Wszyscy mi zazdrościli. Wywodził się, w końcu, z wirginijskich Randolphów.

- Przypuszczam - zauważyło chłodno Jasmine - że w koloniach musi to coś znaczyć, tu jednak, w Anglii, jest inaczej. Wiele młodych kobiet zakochuje się we wspaniałych mężczyznach, by odkryć po ślubie, że w pięknym jabłku kryje się paskudny robak. Miałaś szczęście, że tak szybko udało ci się od niego uwolnić i możesz zacząć wszystko od nowa.

- Wyobrażenie sobie Parkera jako obrzydliwego robaka dziwnie pomaga nadać wszystkiemu właściwą perspektywę.

- Mężczyźni, drogie dziecko, zawsze powinni być postrzegani z właściwej perspektywy i traktowani odrobinę nieufnie - poradziła wnuczce Jasmine. - Teraz cię zostawię, byś mogła trochę wypocząć. Bess przyniesie ci kolację do pokoju, będziesz więc mogła uniknąć, przynajmniej dziś wieczorem, pytań, którymi twoje kuzynki zechcą cię zasypać. Uważam, że musisz odzyskać w pełni siły, zanim zostaniesz rzucona tym dwóm na pożarcie.

- Od razu je polubiłam - odparła Fancy. - Jesteśmy do siebie podobne z wyglądu, choć poza tym chyba się różnimy.

- Wiem, że się zaprzyjaźnicie. Zajrzę tu po obiedzie, by się upewnić, że masz wszystko, czego ci trzeba. Bess Trueheart dobrze się tobą zaopiekuje, jestem tego pewna.

- Już to zrobiła, babciu - odparła Fancy. - Postąpiłaś bardzo mądrze, wybierając mi pokojówkę, zanim miałyśmy okazję się spotkać.

- Powiedziałam już, dziecko, że znam cię z listów matki - przypomniała Jasmine dziewczynie. - Przyjdę później - dodała z uśmiechem i wyszła.

Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, do sypialni wpadła Bess Trueheart.

- I co teraz, pani Fancy? Miła gorąca kąpiel?

- Och, tak! - padła entuzjastyczna odpowiedź.

- Najpierw pomogę ci zdjąć spódnicę i stanik, pani - powiedziała Bess. - Potem dopilnuję, by przygotowano kąpiel. Możesz się w tym czasie zdrzemnąć.

Fancy skinęła głową. Wszystko wydawało się jej cudowne. Stała spokojnie, podczas gdy Bess uwalniała ją od stanika i spódnicy. W ślad za nimi poszły halki i w końcu została jedynie w zdobionej koronką koszuli.

- Proszę się położyć - zaproponowała Bess, zbierając z podłogi ubranie. - Obudzę panią, gdy kąpiel będzie gotowa.

- Och, z pewnością nie uda mi się zasnąć - zaprotestowała Fancy.

- Więc proszę zamknąć oczy i odpoczywać - zasugerowała Bess.

Wyszła z pokoju, zabierając ubranie.

Ciekawe, jaką mają tu wannę, zastanawiała się Fancy, zamykając oczy. Ta, w której kąpała się w domu, była dębowa i rozkosznie duża. Matka uważała, że kąpać należy się niemal codziennie, choć Fancy znała osoby, które uznałyby to za przesadę. Wszyscy byli wobec mnie tacy mili, pomyślała. Książę i jego ładna żona. Babka. Kuzynka Diana. I Cynara. Nie spotkała dotąd dziewczyny takiej jak Cynara. Ciekawe, czy i ją Parker Randolph zdołałby oszukać. Jakoś w to wątpiła. Cynara nie zachowywałaby się jak głupiutkie dziewczątko, zachwycone tym, że oświadczył się mu najprzystojniejszy mężczyzna w koloniach. Przejrzałaby Par-kera na wylot, choć nie udało się to nikomu, nawet jej rodzicom. Pomimo iż znały się tak krótko, Fancy czuła, że kuzynka natychmiast zorientowałaby się, jakim człowiekiem jest- naprawdę Randolph.

Wróciła myślami do dnia swego ślubu. Suknia była tak piękna, i mama podarowała jej sznur pereł. Parker wyglądał bardzo dystyngowanie, gdy czekał na nią przy ołtarzu niewielkiego kościółka na plantacji. Podobnie jak reszta dzieci Kiera-na i Fortune, Fancy wychowana została tak, by znać zasady religii obojga swoich rodziców. Wybrała, podobnie jak siostra, Maeve, religię matki - anglikanizm. Starsi bracia zostali, jak ojciec, katolikami. Młodsi twierdzili, że tryb życia nie pozwala im zaangażować się na razie w sprawy religii, Fancy wiedziała jednak, że nie są po prostu religijni. Kiedyś to się zmieni, ale jeszcze nie teraz. Ceremonia była piękna, a przyjęcie wystawne. A potem matka, Maeve i szwagierki odprowadziły ją do przeznaczonej dla państwa młodych sypialni, by zaczekała tam na męża. Zdjęto jej ślubną suknię, ubrano w nocną koszulę z jedwabiu i koronki, na głowę zaś nałożono ozdobny czepeczek. Aine, zakonnica, pobłogosławiła pannę młodą i Fancy została sama. Na wspomnienie tego, co nastąpiło potem, łzy popłynęły jej po twarzy.

Muszę o tym zapomnieć, przyrzekła sobie w myślach. Co się stało, to się nie odstanie. Nic nie może tego zmienić. Parker mnie nie kochał, a teraz nie żyje. Muszę zacząć nowe życie tu, w Anglii. Powieki ciążyły jej niczym ołów. Po chwili myśli dziewczyny się zmąciły i Fancy Devers zasnęła.

1

Foryś (niem.) - dawniej u możnej szlachty konny pachołek poprzedzający karetę w celu zbadania drogi.

2

Siren (ang.) - syrena.

3

^ Fortunes Fancy (ang.) - Kaprys fortuny. Bayview (ang.) - Widok na Zatokę.

Rozdział 2

Wzięła bardzo przyjemną kąpiel i zjadła gorącą kolację. Bess zapakowała ją z powrotem do łóżka i resztę nocy Fancy smacznie przespała. Rankiem obudził ją dotyk wilgotnego języka na twarzy i stłumiony chichot. Uniosła powieki i zobaczyła małego, brązowo-czarno-białego spaniela. Leżał na łóżku, a obok stały jej kuzynki.

- Dzień dobry - powiedziała z uśmiechem i pogłaskała wiercącego się psa. - A to kto?

- Nazywa się Beau - odparła Cynara. - To mąż Belli i ojciec trójki ślicznych szczeniaków. Babcia powiedziała, że wolno nam wziąć sobie po jednym. Lubisz psy? Diana woli koty, ale i tak weźmie jednego. Ja wybiorę pierwsza.

- Może byłoby uprzejmie, aby to Fancy wybierała jako pierwsza, skoro dopiero co przyjechała - zasugerowała Diana.

- Lecz ja chcę pieska, a jest tylko jeden - zaprotestowała Cynara. Spojrzała na Fancy. - Chcesz pieska czy może być suczka?

- Weź pieska — odparła Fancy. - Wolę suczki. Mają łagodniejszy charakter i rzadziej uciekają.

- Więc ty i Siren możecie spierać się o pozostałe szczeniaki - powiedziała Cynara, usatysfakcjonowana. - Odpoczęłaś? No dalej, wstań, pokażemy ci Queen's Malvern. Kiedyś była to własność królowej, lecz nasza praprababka wykorzystała fakt, że Elżbieta popadła w tarapaty, i odkupiła posiadłość. Dom jest cudowny, choć podczas niedawnych wojen jedno skrzydło zostało zniszczone. Papa już je odnowił. Zbudował piękną jadalnię z marmurowym kominkiem, kryształowymi żyrandolami i przepięknymi malowidłami! Babcia woli dawną wielką salę, lecz ja uwielbiam jadalnię! Tobie też się spodoba, obiecuję. No już, Fancy! Wstawaj!

Zdjęła psa z łóżka i pociągnęła za kołdrę.

Fancy parsknęła śmiechem. Zawsze była najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a teraz przewyższała kuzynki wiekiem co najmniej o rok. Cudownie było znów poczuć się młodą i beztroską. Rodzice mieli rację, uświadomiła sobie nagle. Wyjazd do Anglii był dokładnie tym, czego potrzebowała.

- Zawołajcie Bess - poprosiła.

Spojrzała na kuzynki. Miały na sobie proste sukienki, nie eleganckie toalety, w jakich przywitały ją wczoraj.

- Będziemy mogły wybrać się później na przejażdżkę? - spytała.

- Tak! - zawołały unisono.

- Mam ubrać się tak jak wy? Jeździcie w takim stroju? Nie, to z pewnością niemożliwe - zastanawiała się na głos.

- Po prostu narzuć coś na siebie i pójdziemy zwiedzać - odparła Cynara.

- Później przebierzemy się w stroje do konnej jazdy - dodała Diana.

- Po co ci Bess? - wtrąciła Cynara. - Potrafisz chyba sama się ubrać, kuzynko.

Fancy skinęła głową.

- Tak, lecz nie wiem, gdzie są moje ubrania

- wyjaśniła. - Potrzebuję Bess, aby mi wyjaśniła, gdzie ich szukać.

- Oczywiście! - zawołała ze śmiechem Diana.

- Pociągnij za to - powiedziała, wskazując ozdobny sznur nad łóżkiem. - Bess zaraz przyjdzie.

Fancy posłuchała.

- Co za sprytny wynalazek - powiedziała. - Muszę napisać o tym mamie.

- To jak wzywacie w koloniach służbę? - spytała Cynara, zaciekawiona.

- Nasi służący są zawsze w pobliżu, gdy ich potrzebujemy - odparła Fancy. - Zupełnie, jakby wiedzieli, że są potrzebni. A jeśli nie wiedzą, po prostu wrzeszczymy - zakończyła, uśmiechając się.

Kuzynki parsknęły śmiechem, a Cynara zauważyła:

- Widzę, że doskonale do nas pasujesz, Fancy Devers. Na pewno się zaprzyjaźnimy.

Do sypialni weszła Bess. Dygnęła i zapytała:

- Tak, proszę pani? Zapewne chciałaby pani się ubrać. A wy dwie, sio! - dodała z uśmiechem. - Możecie zaczekać na nią w bawialni. Tylko nie zjedzcie jej śniadania. Nie pójdzie z wami, póki nie zje.

Cynara i Diana wyszły, a wtedy Bess pokazała Fancy niewielki pokoik obok sypialni, mieszczący całą garderobę, zarówno tę na wieszakach, jak i spoczywającą w wykładanych cedrowym drewnem skrzyniach.

- Sądząc po tym, jak wyglądały tamte dwie, będziesz potrzebowała czegoś prostego - zauważyła Bess.

Wyjęła ze skrzyni lnianą spódnicę w naturalnym kolorze i białą koszulę.

- Ależ to męska koszula! - zawołała.

- Uważam, że jest skromniejsza - wyjaśniła Fan-cy. - I choć wygląda jak męska, została uszyta dla mnie. A troczki ma z jedwabnej wstążki.

Bess podniosła koszulę i się jej przyjrzała.

- Jest też mniejsza, niż gdyby została uszyta dla mężczyzny. Wprowadzisz nową modę, pani - dodała, chichocząc.

Fancy umyła dłonie i twarz w misce z ciepłą wodą, a potem się ubrała. Wokół smukłej talii zapięła czarny skórzany pas, na nogi zaś wsunęła pantofelki z czarnej, miękkiej skórki. Długie włosy zaplotła w gruby warkocz, ze szkarłatną wstążką na końcu. Następnie dołączyła do kuzynek w bawialni, gdzie Cynara spoglądała łakomym wzrokiem na jej śniadanie.

- Jadłaś już? - spytała Fancy.

Cynara skinęła głową.

- Tak, ale ja zawsze jestem głodna. Gdy byłam mała, jeszcze nim przywrócono na tron króla, brakowało nam jedzenia. Od tej pory nie jestem w stanie się nasycić.

- Zjedz zatem ze mną - zaproponowała Fancy. - I tak nie podołałabym temu, co Bess dla mnie przygotowała. A ty, Diano?

Spojrzała na młodszą kuzynkę.

- Poczęstuję się jabłkiem i odrobiną sera.

Szybko uporały się z zawartością tacy przyniesionej przez służącą. Pochłonęły świeżo upieczony chleb, wielki kawał ostrego sera cheddar, kilka ugotowanych na twardo jajek i misę jabłek. Do picia podano dzbanek gorącej herbaty. Fancy dorastała, pijąc ten napój, nie była zatem zdziwiona, widząc go na stole. Kiedy skończyły, Cynara zabrała je na zwiedzanie posiadłości, był to bowiem dom jej ojca. I choć pewnego dnia Queen's Malvern przejdzie na najstarszego brata Cynary, Freddie-go, dla niej i tak pozostanie domem rodzinnym.

Kiedy dotarły do apartamentów babki, napotkały dwie zasuszone staruszki.

- To najmłodsza córka Fortune - krzyknęła Cynara, a one uśmiechnęły się, skinęły głowami i dygnęły przed Fancy. - Wołają na nią Fancy. To zaś

- powiedziała normalnym już tonem, zwracając się do kuzynki - są Rohana i jej siostra, Toramalli. Towarzyszą naszej babci od narodzin.

- Mama opowiadała mi o was, i to z wielką sympatią - powiedziała Fancy.

- Pani czytała nam każdy list od twojej matki. Znamy cię dobrze, i przykro nam z powodu twoich kłopotów - powiedziała Toramalli spokojnie.

- Rohana i ja jesteśmy do usług.

Dygnęła znowu, a w ślad za nią siostra.

Fancy ujęła dłonie Toramalli i przycisnęła je

najpierw do czoła, a potem do serca.

- Dziękuję.

- Aiiii, zostałaś dobrze wychowana - powiedziała Toramalli z aprobatą. Rohana uśmiechnęła się do Fancy, przytakując siostrze. - No i nie krzyczysz do nas jak ta napuszona córka księcia.

- Kiedy mówię normalnie, zdajecie się mnie nie słyszeć — zaprotestowała Cynara urażona.

- Słyszymy to, co chcemy słyszeć - tym razem przemówiła Rohana. — To przywilej podeszłego wieku.

Roześmiała się na widok zaskoczenia, malującego się na pięknej twarzy Cynary. - Sądzisz, że skoro jesteś Stuartówną, wszyscy muszą zwracać uwagę na to, co mówisz. Tymczasem wcale tak nie jest.

- Możemy pokazać Fancy pokoje babci? - spytała grzecznie Diana.

Siostry skinęły jednocześnie głowami i wprowadziły dziewczęta do środka.

- Te pokoje należały dawno temu do naszej praprababki - wyjaśniła Diana. - Tej, do której jesteśmy ponoć tak podobne.

- Mój ojciec urodził się w tych pokojach - stwierdziła Cynara wyniośle.

- Twój ojciec przyszedł na świat w łożu, w którym śpi teraz kuzynka z kolonii - sprostowała Toramal-li. - Queen's Malvern nie należało wtedy do księżniczki, ale do lorda Adama i lady Skye. To oni tu rządzili. Nie wiesz wszystkiego, młoda damo.

- Ale czy król i królowa nie przybyli, gdy urodził się tatuś, by go zobaczyć? - spytała odważnie Cynara.

- Owszem! - potwierdziła Toramalli. - Król Jakub i królowa Anna przebywali z wizytą w sąsiedztwie i przyjechali zobaczyć twego ojca. Bardzo im się spodobał. Król wziął go na ręce i przez chwilę trzymał, ale królowa odebrała mu niemowlę, narzekając, że trzyma je nieprawidłowo. Książę Henry, twój dziadek, załatwił wszystko tak, aby twój tata mógł odziedziczyć posiadłość i tytuł po lordzie de Mari-sco, który nie miał męskiego potomka. Stary król powiedział jednak, że tytuł lorda to za mało i tak twój ojciec został księciem. Dobrze to pamiętam. Powiedziałam wówczas mojej pani, że malec to prawdziwy Mogoł, wrzaskiem wymuszający swoją wolę. I niezupełnie królewski Stuart, dodała wasza babcia - zakończyła Toramalli, śmiejąc się piskliwie.

- Rohana i Toramalli znają mnóstwo cudownych opowieści o mamie, wuju Charliem i reszcie rodziny - powiedziała Diana. - Poproś, by ci je przekazały, wiedzą bowiem o sprawach, o których nie miała pojęcia twoja mama.

- Nie będzie na to czasu, nim wyjedziemy do Londynu, na dwór - stwierdziła Cynara.

- Nie wyruszymy wcześniej jak w grudniu - odparła Diana - a mamy dopiero wrzesień. Jest dość czasu.

- Fancy będzie musiała sprawić sobie nową garderobę - upierała się Cynara.

- Dlaczego? - spytała Fancy. - Przywiozłam z Marylandu swoją wyprawę, a krawcy w Williams-burgu znają się na modzie.

Cynara potrząsnęła głową.

- Może na Williamsburg to by wystarczyło, tutaj, na wsi, zapewne też. Na dworze musimy pokazać się jednak od najlepszej strony, jeśli mamy upolować odpowiedniego kandydata na męża.

- Nie ja! - zaprotestowała Fancy z naciskiem.

- Nie chcę, ani nie potrzebuję kolejnego małżonka. Dziękuję bardzo!

- Kuzynko! - Cynara była wstrząśnięta. - Masz szesnaście lat, a w przyszłym roku skończysz siedemnaście. Jeśli nie złapiesz szybko męża, staniesz się za stara, by zechciał cię jakiś dżentelmen.

- Nie dbam o to - stwierdziła Fancy otwarcie.

- Mężczyznom nie można ufać, Cyn. Wiem o tym z doświadczenia. Jeśli nie wyjdziesz za mąż, zachowasz wolność, ta zaś jest, jak sądzę, warta więcej niż jakikolwiek mąż.

- Do licha! - wykrzyknęła Diana, zaszokowana i zarazem zafascynowana deklaracją kuzynki.

- Kobieta, jeśli jest sprytna, może poślubić mężczyznę i zachować wolność - stwierdziła Cynara nad wiek dojrzale.

- He, he, he! - zarechotała Rohana. - Mogolska krew daje o sobie znać, siostro!

- Skoro przyszłyście obejrzeć pokoje babci, rozejrzyjcie się i do widzenia - powiedziała ostro To-ramalli.

Dziewczęta przeszły z wolna przez komnaty, tak znajome Cynarze i Dianie. Toramalli pokazała im puzdra, mieszczące sławną, olbrzymią kolekcję klejnotów Jasmine. Poza naszyjnikami, pierścionkami, bransoletami, łańcuszkami, szpilkami i kolczykami były tam całe stosy nieoprawionych, a cennych kamieni. Cynara wyciągnęła przed siebie dłoń i nią pomachała.

- Widzicie mój rubinowy pierścionek? Babcia kazała zrobić go dla mnie na ostatnie urodziny. Pozwoliła mi wybrać kamień, a ja uznałam ten o kształcie łzy za najbardziej interesujący. Ma tak głęboką, szkarłatną barwę! Uwielbiam go! A ty, Fancy, masz coś równie wspaniałego?

- Nie posiadam biżuterii, jeśli nie liczyć naszyjnika z pereł podarowanego mi przed ślubem przez mamę - odparła Fancy. - Nie sądzę, bym zechciała jeszcze go założyć. Przywołuje okropne wspomnienia.

- Och - westchnęła Cynara pożądliwie - skoro tak, mogę je dostać?

- Zbyt śmiało sobie poczynasz, panienko! - złajała ją natychmiast Toramalli, a potem dodała, zwracając się do Fancy: - Pamiętaj, że to mama dała ci te perły, dziecko. Zatrzymaj je i nie wiąż z nimi innych wspomnień.

- Ci, którzy nie proszą, nie dostają - stwierdziła ponuro Cynara.

- Pospolita chciwość nie przystoi młodej damie z rodziny takiej jak twoja - odparła spokojnie To-ramalli. - Obejrzałyście już wszystko, co było do obejrzenia, idźcie więc dalej.

- Można by pomyśleć, że w jej wieku będzie zachwycona, mogąc siedzieć spokojnie przy kominku

- burknęła Cynara, kiedy schodziły do bawialni.

- Naprawdę pozwala sobie na zbyt wiele.

- To nie w porządku - odparła szybko Diana.

- Toramalli i Rohana towarzyszyły babci przez całej jej życie- Mogą sobie być służącymi, ale uprzywilejowanymi. To bardziej rodzina niż służba. Poza tym tęsknią za swymi mężczyznami, zwłaszcza za Adalim.

- Mama opowiadała mi o Adalim - wtrąciła Fancy.

- Już nie żyje - poinformowała ją Diana - podobnie mąż Toramalli, Fergus, i jego kuzyn, Rudy Hugh, który strzegł babci od zawsze. Wszyscy, którzy jej służyli, z wyjątkiem Rohany i Toramalli, odeszli.

- One też powinny odejść - wymamrotała Cynara. - Pomimo podeszłego wieku wzrok mają nadal bystry.

- I najwidoczniej słuch także - dodała Fancy, drocząc się z kuzynką.

- Chodź, pokażemy ci, gdzie leżą zmarli - zaproponowała Cynara radośnie.

Wyszły z domu i przeszły przez ogrody. Za nimi, na wzgórzu, mieścił się rodzinny cmentarz. Był dobrze utrzymany, trawa przystrzyżona, żwirowane ścieżki starannie utrzymane, a obramowane kamieniem nagrobki pełne kwiatów. Wcale nie było tam ponuro. Ustawiono nawet marmurowe ławki, by można było usiąść.

- Tu właśnie zostali pochowani - powiedziała Cynara.

- Kto? - spytała Fancy.

- Nasza praprababka, Skye 0'Malley i jej szósty mąż, nasz prapradziadek, Adam de Marisco, lord Lundy. Była jego żoną dłużej niż któregokolwiek z pozostałych. Zestarzeli się razem, praprababka była jednak ponoć piękna aż do dnia swojej śmierci. Mama powiada, że wydając ostatnie tchnienie, miała na twarzy uśmiech - wyjaśniła Diana.

- Babcia ją uwielbiała - dodała Cynara.

Wieczorem Jasmine powiedziała do wnuczek:

- Jutro udamy się do składów, moje drogie. Pora zacząć szykować wam garderobę. Wybiorę też spośród biżuterii odpowiednie klejnoty dla każdej z was.

- Psujesz je, mamo - zaprotestował nieprzekonująco Charlie Stuart.

- Oczywiście - odparła Jasmine z uśmiechem.

- Czy nie po to są wnuki? Dobrze o tym wiesz, Charlie.

- Nie rozpieszczam dzieci Brie - zaprotestował znowu jej syn. - Przynajmniej nie tak bardzo.

- Tylko dlatego, że mieszkają w Lynmouth, a ty nie odwiedzasz ich tak często, jak powinieneś

- droczyła się z nim Jasmine.

- Kim jest Brie? - spytała szeptem Fancy.

- Moją siostrą przyrodnią - odparła równie cicho Cynara - hrabiną Lynmouth. To najstarsze dziecko tatusia, zrodzone z pierwszej żony, która zginęła podczas wojny. Ledwie ją znam, gdyż mieszka w Devon, a kiedy weszłam do rodziny, była już dorosła.

- Och.

Co za liczna rodzina, pomyślała, żałując, iż nie przysłuchiwała się uważniej, gdy matka opowiadała o krewnych. I gdzie leży Devon? Będzie musiała zapytać, by nie wyjść kiedyś na głuptasa.

Rankiem dziewczęta stawiły się w apartamentach babki i Jasmine zabrała je do składu mieszczącego olbrzymią liczbę przeróżnych materii. Wiele bel materiału przybyło do Anglii na początku wieku wraz z Jasmine. Ściany pomieszczenia wyłożono cedrową boazerią. Nie było tu okien, gdyż światło słoneczne powodowało blaknięcie tkanin. Cynara nie posiadała się z zachwytu.

- Zawsze chciałam tu przyjść - przyznała, pożądliwie się rozglądając. W końcu nie mogła znieść widoku tak wielkiej obfitości i na chwilę je przymknęła.

- Uważam - powiedziała Jasmine jak gdyby nigdy nic - iż każda z was powinna wybrać dla siebie jeden kolor, wokół którego zbuduje całą garderobę. Wyróżni was to spośród innych dam na dworze. Fancy, jeśli chodzi o ciebie, sądzę, że najodpowiedniejszy byłby głęboki, niebieskawy turkus, pasujący barwą do oczu. Ten kolor ma wiele odcieni, a ty możesz nosić je wszystkie. Z diamentami, perłami i perskim turkusem w klejnotach. Jesteś najstarsza, do tego wdowa, możesz zatem pozwolić sobie na większą śmiałość niż twoje kuzynki. Choć kolor niebieskozielony też doskonale by do ciebie pasował. - Spojrzała na Cynarę. - Co się zaś tyczy ciebie, mój dumny, choć pazerny skarbie, widzę cię w czerwieni. Szkarłat, bordo, burgund i karmazyn, ozdobione diamentami, perłami i rubinami. Dla słodkiej Diany wybrałabym róże, a także zieleń, pasującą do oczu. Do tego szmaragdy, diamenty i perły. Jesteś jak kwiat i właśnie tak będziemy cię prezentowali.

- Może powinnam wybrać mniej rzucający się w oczy kolor, babciu? - spytała Fancy. - Jestem w końcu wdową.

- Im mniej będzie mówiło się o tym nieszczęsnym związku, tym lepiej dla ciebie - odparta Jasmine stanowczo. - Nie opłakujesz Parkera Randolpha. Dlaczego miałabyś zatem udawać, drogie dziecko? Był przecież potworem!

Cynara natychmiast dostrzegła sposobność zaspokojenia ciekawości.

- Co takiego zrobił, żeby zasłużyć sobie na miano potwora? - spytała na pozór niewinnie.

- Nie zamierzam o tym mówić, Cyn - odparła ostro Fancy. - Może kiedyś, w przyszłości, lecz jeszcze nie teraz.

- Czy nie ostrzegałam cię, byś nie wspominała

0 tragedii kuzynki? - spytała stanowczym tonem Jasmine.

- Cóż, sama poruszyłaś ten temat - odparła śmiało Cynara.

- Cyn! - syknęła Diana ostrzegawczo.

- Nie, Diano, ona ma rację. Poruszyłam ten temat, lecz mam nad tobą przewagę z racji wieku

1 autorytetu, Cynaro. Będziesz mi w tej kwestii posłuszna albo nie pozwolę ci nosić na dworze moich rubinów, a wiem, jak ich pożądasz.

Uśmiechnęła się chytrze do wnuczki.

Cynara zaśmiała się w odpowiedzi.

- Zrobię wszystko, by dostać te rubiny, babciu, i doskonale o tym wiesz.

- Więc się rozumiemy, tak, kochanie?

- Właśnie na tym polega problem, babciu. Zbyt dobrze mnie rozumiesz - poskarżyła się Cynara z nutką irytacji, której wolałaby nie okazywać.

Teraz to Jasmine się roześmiała.

- Czasami przypominasz mi mnie samą, gdy byłam w twoim wieku - powiedziała. - Ja też starałam się postawić za wszelką cenę na swoim, a babka dbała o to, by mi się to nie udawało. Życie nie zawsze gra z nami fair, Cynaro. Kiedyś ze smutkiem się o tym przekonasz. Do tej pory dopisywało ci szczęście, jednak pewnego dnia karta może się odwrócić.

- Tobie dopisywało ono przez cały czas - zauważyła Cynara.

- Nieprawda - odparła spokojnie Jasmine. - Lepiej wybierzmy tkaniny, z których uszyjemy dla was wspaniałe suknie. Fancy, moje dziecko, oto cudowny brokat w kolorze perskiego turkusa. Doskonale nada się na suknię, w której zaprezentujemy cię na dworze. Wszyscy będą cię podziwiać. Dżentelmeni zawsze zwracali na mnie uwagę, gdy miałam na sobie suknię w kolorze moich oczu.

- Nie jestem pewna, czy chcę, by mnie podziwiano - zauważyła cicho Fancy.

- Fancy nie chce mieć już męża - wyjaśniła Diana.

- Oczywiście, że nie chce - zgodziła się z wnuczką Jasmine - przynajmniej jeszcze nie teraz. Nadejdzie jednak czas, że pozna właściwego dżentelmena i zmieni zdanie. Dwaj moi mężowie zostali zamordowani, a książęcy kochanek nagle zmarł. Uznałam, że przynoszę pecha mężczyznom, którzy mnie kochają, dlatego dziadek Diany, mój ukochany Jemmie, musiał uganiać się za mną przez dwa lata.

Roześmiała się na wspomnienie dawnych dni.

- Lecz kiedy już mnie dogonił... Ach!

Uśmiechnęła się i zamilkła.

- Ach? - powtórzyła pytająco Fancy, niezdolna się powstrzymać.

- Przekonałam się, że się myliłam - odparła Jasmine z uśmiechem. - Pewnego dnia ty też to odkryjesz, lecz teraz nie jesteś jeszcze gotowa. Byłoby dziwne, gdybyś była. Na razie pojedziesz na dwór i będziesz bawiła się tak dobrze, jak młoda kobieta w twoim wieku i o twojej pozycji powinna. Och, spójrz! Ten niebieskozielony jedwab jest po prostu boski!

I tak było przez resztę dnia. Kiedy tkaniny zostały w końcu wybrane i ułożone w trzy zgrabne stosy, w składzie niewiele ubyło. Jasmine się rozejrzała.

- Tu nigdy nie jest pusto - zauważyła. - Nic w tym dziwnego, zważywszy, iż za każdym razem, kiedy nasz statek wraca z Indii czy Chin, przywozi nowe bele, bym mogła uzupełnić kolekcję. Mimo to nadal są tu tkaniny, które przywiozłam dawno temu.

Po kilku dniach z Londynu przybył krawiec z zespołem pomocnic. Pomagać im miały także dwie mieszkające w majątku szwaczki. W młodości całą garderobę szyła Jasmine kobieta imieniem Bon-nie, teraz zajmowały się tym jej dwie wnuczki, zatrudniane na stałe przez księcia Lundy. Dziewczęta starannie zmierzono, po czym krojcza skroiła tkaniny, które szwaczki zaczęły spinać i fastrygo-wać. Suknie dopasowano i zaczęło się szycie. Gdy toalety były już niemal gotowe, nastąpiła kolejna przymiarka. Po niej krawiec ostrzegł dziewczęta, że nie wolno im przybrać na wadze nawet uncji.

W końcu stroje były gotowe. Zawisły w składzie, czekając, by je zapakowano. Miejscowe szwaczki zajęły się przygotowaniem jedwabnych i flanelowych halek, koszul o szerokich, baloniastych rękawach, nadgarstkach i dekolcie zdobionym koronkami, delikatnych gorsetów, których dziewczęta właściwie nie potrzebowały. Moda nakazywała jednak je nosić, poza tym pięknie eksponowały piersi. Uszyto je z białego jedwabnego brokatu, ozdobionego różową koronką i takimiż różyczkami. Dla każdej z dziewcząt uszyto kilka par zdobionych koronką majtek, zwanych z francuska les ca-lecons. Nie brakło też nocnych koszul, uszytych z jedwabiu i ozdobionych koronką, jak również jedwabnych pończoch. Każda para miała inny deseń i pasujące do niego podwiązki.

Do domu zawitał szewc, by wyposażyć panny w różnego rodzaju obuwie: pantofelki, buty na co dzień i do konnej jazdy. Pantofle do sukni miały wysadzane klejnotami obcasy i kokardki albo emaliowane sprzączki. Niektóre nie miały pięt, a wykonano je z miękkiej skórki albo jedwabiu. Każda z dziewcząt otrzymała też buty do konnej jazdy: wysokie do pół łydki, z obcisłą, wywijaną cholewką. Jasmine opowiedziała wnuczkom, jak to kiedyś w Indiach długość jej stopy mierzono sznurem pereł, a jeśli okazał się zbyt długi, nadmiarem klejnotów obdarowywano służącą. '

Pozostawały jeszcze dodatki: perfumowane skórzane rękawiczki, szale z jedwabiu bądź kaszmiru importowane przez kompanię handlową 0'Mal-ley-Small, parasolki z falbanką, jedwabne wstążki, wachlarze - malowane oraz ze strusich piór, jedwabne kwiaty do ozdabiania włosów i satynowe sakiewki na drobiazgi. I oczywiście biżuteria.

Jasmine była wobec wnuczek niezwykle szczodra i pożyczyła im swe najwspanialsze klejnoty: naszyjniki, długie sznury kremowych i czarnych pereł, wiszące kolczyki, brosze i wszelkiego rodzaju pierścienie. Doradziła dziewczętom, co powinny wybrać, a potem dopilnowała, by cenne przedmioty umieszczono w szkatułkach z kości słoniowej, wykładanych aksamitem.