Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Czy uda się udaremnić diaboliczny plan Saddama Husajna i odzyskać skradzioną przez niego Deklarację Niepodległości?
Rok 1993. Saddam Husajn, rozgoryczony rezultatem wojny w Zatoce Perskiej, marzy o zemście. Chcąc upokorzyć Stany Zjednoczone, knuje diaboliczny spisek. Postanawia ukraść z Archiwum Narodowego w Waszyngtonie Deklarację Niepodległości - najważniejszy amerykański dokument historyczny. W skomplikowanej operacji, która nosi kryptonim "Pustynny Spokój", mają wziąć udział między innymi fałszywi agenci służb specjalnych, prawdziwi hollywoodzcy filmowcy oraz sobowtór prezydenta Billa Clintona... W misterną aferę przez przypadek zostają wplątani Scott Bradley, przystojny profesor Uniwersytetu Yale, i piękna Hannah Kopec, agentka Mossadu. Czy uda im się udaremnić plany Saddama i uratować Amerykę przed kompromitacją?
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-7337-603-8
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 547
Rok wydania: 1999
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jeffrey Archer
Dotychczas ukazały się następujące książki Jeffreya Archera:
❖
Na kocią łapę
❖
Kane i Abel
❖
Stan czwarty
❖
Córka marnotrawna
❖
Co do grosza
❖
Czy powiemy pani prezydent?
❖
Pierwszy między równymi
❖
Prosto jak strzelił
❖
Sprawa honoru
❖
Jedenaste przykazanie
❖
Kołczan pełen strzał
❖
Krótko mówiąc
❖
Dziennik więzienny
❖
Synowie fortuny
Jeffrey Archer
Złodziejski honor
xxv
xxx
xxxv
In CONGRESS. July 4, \jjs.
Złodziejski honor
Przełożył Andrzej Szulc
szyńsU.i i S-ka
Tylul oryginału angielskiego:
HONOUR AMONG THIEVES
Copyright © JefTrey Archer 1993
Fotografia na okładce:
Bemie Fuchs
Redakcja: - bJ
Wiesława Karaczewska
Redakcja techniczna: Małgorzata Kozub
Korekta:
Joanna Krupkowska
Łamanie: Ewa Wójcik
ISBN 83-7337-603-8
Wydawca:
Prószyński i S-ka SA
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
Druk i oprawa:
OPOLGRAF Spółka Akcyjna
45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8-12
Geoffreyowi i Babs
Część pierwsza
Ilekroć wskutek biegu wypadków
Nowy Jork, 15 lutego 1993
Antonio Cavalli nie spuszczał oczu z Araba, który - jego zdaniem -wydawał się zdecydowanie za młody na stanowisko zastępcy ambasadora.
- Sto milionów dolarów - powiedział powoli, wymawiając każde słowo z niemal nabożnym szacunkiem.
Hamid al-Obaydi przesunął między palcami kolejny paciorek różańca. Wydawany przez nie odgłos zaczynał Cavallego irytować.
- Sto milionów dolarów to kwota całkowicie do przyjęcia - odparł w nienagannej angielszczyźnie zastępca ambasadora.
Cavalli pokiwał głową. Jedyną rzeczą, która niepokoiła go w tej transakcji, był fakt, że al-Obaydi wcale się nie targował. Wyglądało to tym bardziej podejrzanie, że suma zaproponowana przez Amerykanina przewyższała dwukrotnie tę, którą spodziewał się otrzymać. Bolesne doświadczenie nauczyło Cavallego, żeby nie ufać nikomu, kto się nie targuje. Oznaczało to na ogół, że kontrahent w ogóle nie ma zamiaru płacić.
- Jeśli wysokość kwoty została zaakceptowana - oświadczył - pozostało nam tylko ustalić, w jaki sposób i kiedy dokonane zostaną wpłaty.
Zastępca ambasadora przesunął między palcami kolejny paciorek różańca i pokiwa! głową.
- Dziesięć milionów dolarów w gotówce natychmiast - zaproponował Cavalli. - Pozostałe dziewięćdziesiąt milionów przekażecie na konto w szwajcarskim banku bezpośrednio po zrealizowaniu kontraktu.
- Ale co otrzymam za te pierwsze dziesięć milionów? - zapytał zastępca ambasadora, wbijając wzrok w mężczyznę, którego pochodzenie równie trudno było ukryć, jak jego własne.
- Nic - odparł Cavalli, chociaż musiał przyznać, że Arab miał wszelkie powody, by zadać to pytanie. W końcu, gdyby umowa nie została dotrzymana, zastępca ambasadora mógłby stracić o wiele więcej niż tylko rządowe pieniądze.
Al-Obaydi przesunął kolejny paciorek różańca, wiedząc, że nie ma wielkiego wyboru - dwa lata minęły, zanim zdołał się umówić na rozmowę z Cavallim. Do Białego Domu wprowadził się tymczasem prezydent Clinton, a przywódca al-Obaydiego pałał coraz większą żądzą zemsty. Zastępca ambasadora zdawał sobie sprawę, że jeśli nie przyjmie warunków Cavallego, szanse znalezienia kogoś, kto zdoła wykonać zadanie przed czwartym lipca, są równie duże jak trafienie zera w ruletce.
Cavalli spojrzał na duży portret zawieszony za biurkiem zastępcy ambasadora. Al-Obaydi próbował się z nim skontaktować już w kilka dni po zakończeniu wojny w Zatoce. Odmówił Arabowi, jako że niewiele osób wierzyło wówczas, iż przywódca Iraku dożyje czasu, kiedy dojdzie do skutku wstępne spotkanie.
Ale miesiące mijały i Cavalli coraz bardziej skłonny był wierzyć, że jego potencjalny klient pozostanie u władzy dłużej od prezydenta Busha. W końcu więc spotkanie zostało zaaranżowane.
Doszło do niego w siedzibie zastępcy ambasadora w Nowym Jorku przy Wschodniej Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy. Mimo że trochę zbyt publiczne, jak na gust Cavallego, miejsce to miało wszakże jedną istotną zaletę: uwiarygodniało mianowicie kontrahenta, który zamierzał zainwestować sto milionów w tak niepewne przedsięwzięcie.
- W jaki sposób mamy wpłacić pierwsze dziesięć milionów? - zapytał al-Obaydi, tak jakby omawiał z agentem nieruchomości kwestię zaliczki na mały domek po drugiej stronie mostu Brooklyńskiego.
- Cała suma musi zostać przekazana w używanych, nieznaczonych sludolarowych banknotach i złożona u naszych bankierów w Newark w New Jersey - powiedział, mrużąc oczy, Amerykanin. - Nie muszę chyba przypominać panu, panie Obaydi, że mamy urządzenia, które są w sianie zweryfikować...
Niech pana nie niepokoi, czy dotrzymamy umowy - przerwał mu al-Obaydi. - Te pieniądze są dla nas, jak to wy na Zachodzie mawiacie, zaledwie kroplą w morzu. Dla mnie o wiele istotniejsze jest, czy zdołacie wywiązać się z podjętych dziś zobowiązań.
Nie starałby się pan tak usilnie o to spotkanie, gdyby nie wierzył pan. że potrafimy się z nich wywiązać - odparł Cavalli. - Czy ja mogę mieć podobną pewność, że uda się panu dostarczyć w tak krótkim czasie tak dużą sumę?
- Być może zainteresuje pana, panie Cavalli - rzekł zastępca ambasadora - że pieniądze te spoczywają już w sejfie w podziemiach gmachu Narodów Zjednoczonych. Z pewnością nikt się nie spodziewa, że tak znaczna suma przechowywana jest w piwnicy zbankrutowanej organizacji.
Uśmiech, który ukazał się na twarzy al-Obaydiego, wskazywał, że Araba ubawił jego własny dowcip. Cavalli zachował kamienny wyraz twarzy.
- Dziesięć milionów zostanie dostarczonych do pańskiego banku jutro w południe - zapewnił Irakijczyk, wstając od stołu, aby dać do zrozumienia, że jeśli o niego chodzi, spotkanie uważa za zakończone. Wyciągnął dłoń, którą jego gość z niezbyt wielkim entuzjazmem uścisnął.
Cavalli rzucił jeszcze raz okiem na portret Saddama Husajna, po czym odwrócił się i szybko wyszedł.
Wchodzącego na salę wykładową Scotta Bradleya powitał cichy szmer podziwu.
Położył na stole swoje notatki, a potem omiótł oczyma salę wykładową. Wypełniający ją po brzegi żądni wiedzy studenci trzymali uniesione w pogotowiu nad kartkami żółtego papieru długopisy i ołówki.
- Nazywam się Scott Bradley - oświadczył najmłodszy profesor na wydziale prawa uniwersytetu w Yale - i przedstawię teraz państwu pierwszy z czternastu wykładów na temat prawa konstytucyjnego.
Siedemdziesięciu czterech studentów utkwiło oczy w wysokim, trochę zaniedbanym mężczyźnie, który nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy, że brakuje mu guzika tuż pod kołnierzykiem koszuli, i nie potrafił się chyba tego ranka zdecydować, na którą stronę zaczesać włosy.
- Chciałbym rozpocząć ten pierwszy wykład od kwestii natury osobistej - oznajmił profesor. Część słuchaczy odłożyła długopisy i ołówki. - Wiele znamy przyczyn, dla których można się w tym kraju zajmować prawem, ale tylko jedna z nich jest was godna i z całą pewnością tylko ta jedna mnie interesuje. Dotyczy ona każdego rodzaju prawa, który macie zamiar zgłębiać, i nigdy nie została wyrażona lepiej niż na spisanej na pergaminie Jednogłośnej Deklaracji Trzynastu Stanów Zjednoczonych Ameryki. „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami i że w skład tych praw wchodzi życie.
wolność i swoboda ubiegania się o szczęście"'. To jedno zdanie odróżnia Amerykę od każdego innego kraju na ziemi.
Pod pewnymi względami nasz naród poczynił od roku tysiąc siedemset siedemdziesiątego szóstego olbrzymie postępy - kontynuował, spacerując wokół katedry i obciągając co jakiś czas klapy swej mocno nadwerężonej tweedowej marynarki od Harrisa - pod innymi zaś gwałtownie się cofnęliśmy. Każdy z was może stanąć w szeregu twórców prawa i tych, którzy to prawo łamią... - Zawiesił głos, mierząc przez chwilę surowym wzrokiem milczące audytorium. - Każdy z was otrzymał także największy dar, który pomoże mu dokonać właściwego wyboru, a mianowicie bystry, przenikliwy umysł. Kiedy ja i moi koledzy skończymy się wami zajmować, możecie wejść w realny świat i uznać, że Deklaracja Niepodległości nie jest warta więcej niż pergamin, na której ją spisano: że jest nieaktualna i nie przystaje do czasów, w których żyjemy. Albo też możecie starać się przynieść pożytek społeczeństwu, służąc prawu. Ten właśnie kierunek obierają wielcy prawnicy. Źli prawnicy, a nie mam tutaj na myśli głupich, to ci, którzy zaczynają naginać prawo do swoich potrzeb. Moim zdaniem, mało to się różni od jego łamania. Tych z was, którzy chcą obrać taki kierunek, informuję z góry, że niczego się tutaj nie nauczą, ponieważ są do tego organicznie niezdolni. Nie mogę im naturalnie zabronić uczęszczania na moje wykłady, ale też właśnie do „uczęszczania" będzie się sprowadzać cała ich działalność.
Na sali zrobiło się tak cicho, że Scott podniósł wzrok, aby sprawdzić, czy wszyscy słuchacze nie uciekli przypadkiem na korytarz.
- To nie są moje słowa - powiedział, widząc wpatrzone w siebie twarze - ale dziekana Thomasa W. Swana, który wykładał w tej sali przez pierwsze dwadzieścia siedem lat tego stulecia. Uważam, że warto, by każdy rocznik rozpoczynający naukę w Yale Law School zapoznał się z jego poglądami. - Po raz pierwszy od wejścia na salę profesor otworzył leżące przed nim notatki. - Logika - ciągnął - jest nauką i sztuką poprawnego rozumowania. To nic innego jak zwykły zdrowy rozsądek, słyszę już głosy niektórych. A jednak nie ma na świecie nic bardziej niezwykłego, przypomina nam Wolter. Ludzie, którzy domagają się głośno „zdrowego rozsądku", są często tymi samymi, którzy zaniedbują ćwiczenia własnego umysłu. „Prawo nie opiera się na logice, ale na doświadczeniu" - napisał kiedyś OHver Wendell Holmes...
„Encyklopedia historii Sianów Zjednoczonych Ameryki", Warszawa 1993; s. 67
(przyp. llumj.
Pióra i ołówki zaczęty wściekle sunąć po żółtym papierze i nie odrywały się od niego przez całe pięćdziesiąt minut.
Skończywszy, Scott Bradley zebrał notatki, zamknął teczkę i szybko wyszedł z sali. Nie zamierzał wysłuchiwać długich, niemilknących oklasków, które od dziesięciu lat niezmiennie wieńczyły jego inauguracyjny wykład.
Hannah Kopeć od samego początku uważano za autsajderkę, a także za osobę samotną; oczywiście tylko to ostatnie było uznawane przez jej zwierzchników za plus.
Powiedziano jej, że ma niewielkie szanse na przyjęcie do służby, ale przebyła już przecież najcięższy etap, dwunastomiesięczne szkolenie kondycyjne, i chociaż nigdy jeszcze nikogo nie zabiła - zrobiło to sześć z ośmiu kandydatek -- jej zwierzchnicy wierzyli, że może być do tego zdolna. Hannah była o tym przekonana.
Kiedy startujący z lotniska Ben Guriona w Tel Awiwie-Jafie samolot wziął kurs na londyńskie Heathrow, Hannah po raz kolejny zadumała się nad tym wszystkim, co sprawiło, że robiąca olśniewającą karierę dwudziestopięcioletnia modelka, o której rękę starali się bogaci zalotnicy z kilkunastu stolic, uparła się, aby wstąpić do Instytutu Wywiadu i Operacji Specjalnych - znanego lepiej pod nazwą Mosad.
Podczas wojny w Zatoce na Tel Awiw-Jafę i Hajfę spadło trzydzieści dziewięć pocisków typu Scud. Zginęło wtedy trzynaście osób. Pomimo wielu pogróżek rząd izraelski nie podjął na własną rękę żadnych kroków odwetowych, naciskany w tej sprawie przez Jamesa Bakera, który zapewniał, że całą robotę wykonają siły antyirackiej koalicji. Amerykański sekretarz stanu nie dotrzymał obietnicy. Ale - jak często powtarzała sobie Hannah - Baker nie stracił przecież w ciągu jednej nocy całej swojej rodziny.
W dniu, kiedy wypisano ją ze szpitala, złożyła podanie o przyjęcie do Mosadu. Odprawiono ją z kwitkiem, zakładając, że po pewnym czasie zabliźnią się jej psychiczne rany. Ale Hannah odwiedzała siedzibę organizacji codziennie przez dwa tygodnie i w końcu musiano przyznać, że rany nie tylko się nie zagoiły, ale wciąż się jątrzą.
W trzecim tygodniu przyjęto ją niechętnie na wstępny kurs, w przekonaniu, że nie wytrzyma dłużej niż kilka dni i rychło powróci do kariery modelki. Pomylono się po raz drugi. Żądza odwetu stanowiła dla Hannah Kopeć bodziec daleko silniejszy od ambicji. Przez następne dwanaście miesięcy zaczynała ćwiczyć przed świtem, kończyła długo po zachodzie słońca, jadła rzeczy, którymi wzgardziłby włóczęga, i zapomniała. jak śpi się na materacu. Próbowano wszystkiego, żeby ją złamać, ale się nie udało. Oczarowani jej wdzięczną figurą i ponętnym wyglądem instruktorzy traktowali ją z początku ulgowo - do czasu kiedy jeden z nich wyszedł z treningu ze złamaną nogą. Po prostu nie wierzył, że Hannah potrafi poruszać się tak szybko. Mniej zaskakiwała jej bystrość umysłu podczas zajęć teoretycznych, ale i tu często zapędzała instruktorów w kozi róg.
Teraz przyszło im się z nią zmierzyć na jej własnym gruncie. Od najmłodszych lat Hannah uważała za fakt oczywisty, że potrafi mówić kilkoma językami. Urodziła się w Leningradzie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku i kiedy czternaście lat później zmarł jej ojciec, matka natychmiast wystąpiła o zezwolenie na wyjazd do Izraela. Nadciągający od Bałtyku powiew liberalizmu sprawił, że podanie rozpatrzono pozytywnie.
Rodzina Hannah nie pozostała zbyt długo w kibucu; jej matka, wciąż atrakcyjna, pełna życia kobieta, otrzymała kilka propozycji matrymonialnych, w tym od bogatego wdowca, i jego właśnie zgodziła się poślubić.
Kiedy Hannah, jej siostra Ruth i brat David sprowadzili się do swego nowego domu w eleganckiej dzielnicy Hąjfy, odmienił się cały ich świat. Ojczym uwielbiał matkę i zasypywał prezentami nową rodzinę.
Po ukończeniu szkoły Hannah złożyła podania do kilku uniwersytetów w Ameryce i Anglii. Miała zamiar studiować języki. Mama nie pochwalała tego, twierdząc, że z taką figurą, wspaniałymi długimi włosami i buzią, która zawraca w głowie mężczyznom od lat siedemnastu do siedemdziesięciu, córka powinna obrać karierę modelki. Hannah śmiała się, twierdząc, że są w życiu ciekawsze rzeczy.
Kilka tygodni później, wracając z rozmowy kwalifikacyjnej w Vas-sar, Hannah zahaczyła o Paryż, gdzie spędzała wakacje jej rodzina. Miała również zamiar odwiedzić Rzym i Londyn, ale otrzymała tyle zaproszeń od wielbiących jej wdzięki paryżan, że w ciągu trzech tygodni ani na chwilę nie opuściła francuskiej stolicy. I oto w ostatni czwartek wspólnie spędzanych z matką wakacji Agencja Mody Rivołi zaproponowała Hannah kontrakt, którego nie zapewniłby jej żaden tytuł uniwersytecki. Oddała matce bilet powrotny do Tel Awiwu-Jafy i została w Paryżu, rozpoczynając swą pierwszą w życiu pracę. Siostrę Hannah, Ruth, wysłano do szkoły przygotowawczej w Zurychu, a bral David rozpoczął studia w London School of Economics.
W styczniu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku wszystkie dzieci powróciły do Izraela, żeby uczcić pięćdziesiąte urodziny matki. Ruth była teraz studentką Slade School of Art; David kończył studia doktoranckie, a Hannah po raz kolejny pojawiła się na okładce „Elle".
W tym samym czasie Amerykanie gromadzili siły przy granicy ku-wejckiej i wielu Izraelczyków niepokoiła perspektywa zbliżającego się konfliktu zbrojnego. Ojczym Hannah zapewniał, że Izrael nie zaangażuje się w wojnę, a poza tym ich dom leży po północnej stronie miasta, nie powinien więc ucierpieć.
Tydzień później, w wieczór pięćdziesiątych urodzin matki, wszyscy zjedli i wypili trochę za dużo, a potem zapadli w nieco zbyt głęboki sen. Obudziwszy się, Hannah stwierdziła, że leży w szpitalnym łóżku. Dopiero po kilku dniach powiedziano jej, że matka, siostra i brat zginęli na miejscu, trafieni przez zabłąkanego scuda, i że oprócz niej ocalał tylko ojczym.
Przez długie tygodnie Hannah leżała w szpitalu, planując zemstę. Kiedy ją w końcu wypisano, ojczym nie krył nadziei, że pasierbica powróci kiedyś do zawodu modelki, zapewnił jednak, że uszanuje każdą jej decyzję.
Hannah zakomunikowała mu, że wstępuje do Mosadu.
Ironia losu sprawiła, że znalazła się na pokładzie samolotu, którym w innych okolicznościach mógł lecieć do London School of Economics jej brat. Była jedną z ośmiu praktykantek, wysłanych do brytyjskiej stolicy na zaawansowany kurs arabskiego. Ukończyła już roczny wieczorowy kurs w Tel Awiwie-Jafie. Po kolejnych sześciu miesiącach Irakijczycy powinni uwierzyć, że urodziła się w Bagdadzie; może nie zawsze myślała jak Arabka, niemniej posiadła umiejętność myślenia w tym języku.
Kiedy boeing 757 przebił się przez warstwę chmur, Hannah przyjrzała się przez szybę płynącej zakosami Tamizie. Gdy mieszkała we Francji, przylatywała często do Londynu, żeby spędzić poranki na Bond Street albo w Chelsea, popołudnia w Ascot czy Wimbledonie, a wieczory w Covent Garden lub Barbican. Wcale jednak nie cieszyła jej teraz myśl o powrocie do dobrze znanego miasta.
Tym razem jej świat mial się ograniczać do niezbyt znanej katedry londyńskiego uniwersytetu i małego domku z tarasem w dzielnicy zwanej Chalk Farm.
W drodze powrotnej do biura przy Wall Street Antonio Cavalli rozmyślał o swoim rozmówcy i o tym, jak doszło do ich spotkania. Z przysłanego z londyńskiej filii i zaktualizowanego przez jego sekretarkę Debbie dossier Irakijczyka wynikało, że chociaż zastępca ambasadora urodził się w Bagdadzie, gruntowne wykształcenie odebrał za granicą, w Anglii.
Cavalli odchylił się do tyłu, zamknął oczy i przypomniał sobie krótkie rwane samogłoski i wyraźną wymowę, która przywodziła na myśl brytyjskiego oficera. Przyczyna była prosta i mógł ją wyczytać w akapicie dotyczącym wykształcenia: po ukończeniu King's School w Wimbledonie al-Obaydi zapisał się na trzyletnie studia prawnicze na London Universily. W dossier zaznaczono również, że jadał kolacje w Lincoln's Inn, cokolwiek to miało oznaczać.
Po powrocie do Bagdadu zatrudniono go w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Iraku. Mimo rychłego dojścia do władzy Saddama Husajna, obsadzającego aparatczykami z partii Baas stanowiska, na które się absolutnie nie nadawali, al-Obaydiemu udało się dość szybko awansować.
Odwracając następną stronę dossier, Amerykanin utwierdził się w przekonaniu, że jego rozmówca jest człowiekiem zdolnym zaadaptować się do najbardziej niezwykłych warunków. Szczerze mówiąc, on sam również się tym szczycił. Podobnie jak al-Obaydi, studiował prawo, tyle że na Columbia University w Nowym Jorku. Wysokie oceny rokowały mu wspaniałą karierę, kiedy jednak nadeszła pora wysyłania podań o przyjęcie do renomowanych firm prawniczych, rezygnowano z rozmowy wstępnej natychmiast, gdy tylko dowiadywano się, kim jest jego ojciec.
Po trwającej dzień w dzień przez pięć lat czternastogodzinnej harówce w jednej z mniej prestiżowych kancelarii na Manhattanie Caval-li junior zaczął zdawać sobie sprawę, że chociaż poślubił jedną z córek starszego wspólnika, minie jeszcze co najmniej dziesięć lat, zanim zobaczy swoje nazwisko wygrawerowane na mosiężnej tablicy firmy. Nie miał zamiaru marnować kolejnych dziesięciu lat, w związku z czym postanowił założyć własną kancelarię, a także rozwieść się z żoną.
Firma Cavalli and Co. zarejestrowana została w styczniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku. Dziesięć lat później wykazała roczny dochód w wysokości stu pięćdziesięciu siedmiu tysięcy dolarów i zapłaciła co do grosza podatki. Księgi firmy nie ujawniały jednak, że w tym samym osiemdziesiątym drugim roku utworzono przy kancelarii niezarejestrowaną filię. Filię, która nie płaciła ani centa podatku i o której, choć jej dochody rosły z roku na rok, nie można było zasięgnąć informacji, dzwoniąc do wyspecjalizowanej w ich udzielaniu spółce Dun & Bradstreet. Wąskiemu gronu wtajemniczonych firma znana była pod nazwą „Fachowcy", specjalizowała się zaś w rozwiązywaniu problemów, których nie sposób rozwikłać, przerzucając w poszukiwaniu adresów żółte kartki książki telefonicznej.
Dzięki kontaktom ojca i talentom ambitnego syna niezarejestrowa-ne przedsiębiorstwo szybko zdobyło reputację radzącego sobie ze sprawami, które jego niewymieniani z nazwiska klienci uważali do tej pory za niemożliwe do załatwienia. Ostatnio zlecono firmie między innymi zdobycie nieopublikowanego w „Rolling Stone" nagrania rozmów Sinatry i Nancy Reagan oraz kradzież znajdującego się w Irlandii obrazu Vermeera, który spodobał się ekscentrycznemu południowoamerykańskiemu kolekcjonerowi. Obie sprawy uwieńczył sukces, o czym dyskretnie napomykano w rozmowach z kolejnymi klientami.
Samych klientów lustrowano tak dokładnie, jakby starali się o przyjęcie do nowojorskiego jachtklubu. Jak często powtarzał ojciec Tony'ego, jeden popełniony tutaj błąd mógł wystarczyć, aby spędzili resztę życia w mniej przyjemnym miejscu aniżeli ich oznaczony numerem dwudziestym trzecim dom przy Wschodniej Siedemdziesiątej Piątej bądź luksusowa willa w Lyford Cay.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat Tony stworzył obejmującą cały glob niewielką sieć reprezentantów, którzy podsyłali mu klientów, pragnących zaspokoić swoje najbardziej wyszukane kaprysy. To właśnie łącznik libański skierował do niego al-Obaydiego, którego sprawa bezsprzecznie mieściła się w tej kategorii.
Zapoznawszy się z zarysem operacji Pustynny Spokój, ojciec To-ny'ego uznał, że jego syn powinien zażądać stu milionów dolarów choćby dlatego, że cały Waszyngton będzie mógł oglądać, jak kieruje akcją.
- Jeden fałszywy krok - ostrzegł go, oblizując wargi, Cavalli senior - i będą o tobie pisać więcej niż o cudownym powrocie Elvisa.
Po wyjściu z gmachu uniwersytetu Scott Bradley minął szybkim krokiem cmentarz przy Grove Street. Miał nadzieję, że zdąży ukryć się w swoim mieszkaniu przy St Ronan Street, zanim dopadnie go jakiś natrętny student. Kochał ich wszystkich - no, prawie wszystkich -i wierzył, że w swoim czasie pozwoli niektórym wpadać do siebie wieczorami na drinka i nieraz przegada z nimi nawet pół nocy. Ale nie wcześniej, niż kiedy będą na drugim roku.
Udało mu się dotrzeć do schodów, zanim dogonił go choćby jeden kandydat na prawnika. Niewielu zresztą jego słuchaczy wiedziało, że biegając w uniwersyteckiej sztafecie Georgetown, pokonywał kiedyś czterysta metrów w czterdzieści osiem i jedną dziesiątą sekundy. Przekonany, że nie dadzą mu rady, Scott ruszył biegiem na górę, nie zatrzymując się ani razu, dopóki nie dotarł do swego mieszczącego się na trzecim piętrze apartamentu.
Otworzył na oścież drzwi, których nigdy nie zamykał na klucz. W mieszkaniu nie było żadnych wartościowych przedmiotów - nie działał nawet telewizor. Jedyna teczka, która mogła zdradzić, iż zainteresowania profesora nie kończą się na prawie, stała schowana na półce między „Ustawą o podatkach" i „Ustawą o odszkodowaniach". Wchodząc do środka, nie zaprzątał sobie głowy tym, że książki są porozrzucane po całym mieszkaniu i że mógłby śmiało złożyć swój autograf na pokrywającym kredens kurzu.
Zamknął za soba drzwi i spojrzał, jak robił to zawsze, na stojący na kredensie portret matki. Rzucił obok niego stos notatek z wykładu, podniósł leżącą pod drzwiami pocztę, po czym zasiadł w starym skórzanym fotelu i zaczął się zastanawiać, ile z tych bystrych, wpatrzonych w niego twarzy zobaczy na wykładach za dwa lata. Dobrze, jeśli czterdzieści procent - choć bardziej prawdopodobne, że trzydzieści. To będą ci, dla których normą stanie się czternastogodzinny dzień pracy - przez cały semestr, nie tylko miesiąc przed egzaminem. A ilu będzie się kierowało w życiu zasadami świętej pamięci dziekana Thomasa W. Swana? W najlepszym wypadku może pięć procent.
Po dłuższej chwili zwrócił w końcu uwagę na trzymany w ręku plik poczty. Była tam przesyłka od American Express - pakiet stu gratisowych ofert, których realizacja z pewnością kosztowałaby go więcej, niż gdyby za którąś zapłacił; zaproszenie z Brown University do wygłoszenia wykładu na temat konstytucji; list od Carol, w którym przypominała, że długo się już nie widzieli; reklama firmy maklerskiej, nieobiecują-cej wprawdzie, że podwoi jego pieniądze, ale...; na koniec zaś zwykła żółta koperta ze stemplem pocztowym z Wirginii i adresem wypisanym na maszynie; krój czcionki rozpoznał natychmiast.
Rozerwał żółtą kopertę i wyjął z niej pojedynczą kartkę papieru, na której zawarto przeznaczone dla niego najnowsze instrukcje.
Al-Obaydi wszedł na salę Zgromadzenia Ogólnego i usiadł zaraz za szefem misji. Ambasador Iraku miał na uszach słuchawki i udawał, że głęboko interesuje go przemówienie, które wygłasza szef misji brazylijskiej. Wymagające dyskrecji sprawy szef al-Obaydiego zwykł załatwiać na sali Zgromadzenia Ogólnego, sądził bowiem, że jest to jedyne pomieszczenie w siedzibie Narodów Zjednoczonych, gdzie nie założyła podsłuchu CIA.
Al-Obaydi czekał cierpliwie, aż starszy mężczyzna wyjmie z ucha jedną słuchawkę i odchyli się lekko do tyłu.
- Zgodzili się na nasze warunki - mruknął, tak jakby to on zaproponował wysokość wynagrodzenia.
Górna warga ambasadora nakryła dolną - znany dobrze jego podwładnym znak, że chce poznać więcej szczegółów.
- Sto milionów dolarów - szepnął al-Obaydi. - Dziesięć milionów płatne natychmiast. Dziewięćdziesiąt po wykonaniu zadania.
- Natychmiast? - zapytał ambasador. - Co to znaczy „natychmiast"?
- Do jutra do południa - odparł al-Obaydi.
- Dobrze, że Sayedi przewidział tę ewentualność - rzeki po chwili ambasador.
Al-Obaydi podziwiał talent, z jakim jego zwierzchnik wymawia irackie słowo „władca" - tak że można było w nim usłyszeć jednocześnie szacunek i lekceważenie.
- Muszę wysłać do Bagdadu depeszę, żeby powiadomić ministra spraw zagranicznych o twoim sukcesie - dodał z uśmiechem ambasador.
Al-Obaydi chciał się uśmiechnąć także, ale zaraz uświadomił sobie, że ambasador nigdy nie przyzna, iż w jakikolwiek sposób zaangażowany jest w projekt, dopóki nie wyjdzie on poza stadium przygotowawcze. Tak długo, jak długo dystansował się od działalności swego młodszego kolegi, mógł prowadzić dalej spokojną egzystencję w Nowym Jorku, czekając na mającą nastąpić za trzy lata emeryturę. Postępując w ten sposób, zdołał przetrwać prawie czternaście lat rządów Husajna, których nie przeżyło wielu jego kolegów. Z tego, co wiedział, jeden został zastrzelony na oczach własnej rodziny, dwóch powieszono, a kolejnych kilku uznano za zaginionych, cokolwiek to mogło znaczyć.
Ambasador uśmiechnął się do przechodzącego obok brytyjskiego kolegi, ten jednak najwyraźniej udał, że go nie widzi.
- Przeklęty snob - mrukną! pod nosem Arab. Pochylił się do przodu i włożył z powrotem do ucha słuchawkę, dając do zrozumienia swemu zastępcy, że audiencja skończona. Jego uwagę ponownie zajął referat na temat ochrony brazylijskich lasów tropikalnych, co wymagało wyasygnowania kolejnych stu milionów dolarów z funduszów ONZ.
To nie była sprawa, którą mógł się zainteresować Sayedi.
Hannah nie zdążyła zapukać do drzwi małego domu z tarasem, otworzyły się bowiem, zanim zamknęła za sobą połamaną furtkę przy końcu ścieżki. Na jej powitanie wybiegła ciemnowłosa, mocno umalowana dama z lekką nadwagą i promiennym uśmiechem na ustach. „Mama, gdyby żyła, byłaby mniej więcej w tym samym wieku" - pomyślała Hannah.
- Witaj w Anglii, moja droga. Nazywam się Ethel Rubin - oświadczyła kobieta wylewnie. - Przepraszam, że nie wita cię razem ze mną mój mąż, ale wróci z pracy dopiero za godzinę. - Hannah chciała coś powiedzieć, ale Ethel nie dała jej dojść do słowa. - Najpierw pokażę ci twój pokój, a potem opowiesz mi, jakie masz plany. - Wzięła do ręki jedną z toreb Hannah i wprowadziła dziewczynę do środka. - To musi być wielka frajda znaleźć się po raz pierwszy w Londynie - mówiła, wchodząc po schodach. - Przez te sześć miesięcy czeka cię mnóstwo ekscytujących rzeczy.
Z każdym jej zdaniem Hannah nabierała coraz większej pewności, że Ethel Rubin nie ma najmniejszego pojęcia o prawdziwym powodzie jej przyjazdu do Londynu.
Po rozpakowaniu się i krótkim prysznicu zeszła do salonu, w którym czekała już na nią gospodyni. Pani Rubin natychmiast podjęła przerwany wątek, nie zwracając prawie uwagi na czynione przez gościa nieśmiałe próby dojścia do głosu.
- Nie wie pani, gdzie tu jest najbliższa siłownia? - zapytała w pewnej chwili Hannah.
- Zaraz powinien wrócić mój mąż - odparta pani Rubin.
Zanim zdążyła wyrzucić z siebie następne zdanie, drzwi otworzyły się na oścież i do pokoju wpadł mający mniej więcej sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu mężczyzna o ciemnych kręconych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach. Przedstawiwszy się i zapytawszy, jak minął lot, nie próbował ani jednym słowem zasugerować, że Hannah przyjechała do Londynu, żeby prowadzić tu bujne życie towarzyskie. Hannah szybko zorientowała się, że jej gospodarz nie zadaje żadnych pytań, na które nie mogłaby udzielić zgodnej z prawdą odpowiedzi. Czuta, że chociaż pan Rubin nie zna szczegółów jej misji, z całą pewnością wie, że nie przybyła do Londynu z czarterową wycieczką.
Pani Rubin pozwoliła jej się położyć spać dopiero dobrze po północy, kiedy Hannah dosłownie już padata z nóg. Zasnęła kamiennym snem, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, nie słysząc dochodzącego z kuchni głosu Petera Rubina, który perswadował swojej żonie, żeby na przyszłość zostawiła ich gościa w spokoju.
Limuzyna zastępcy ambasadora wyjechała z podziemnego parkingu Narodów Zjednoczonych i przedostawszy się tunelem Lincolna na drugą stronę rzeki Hudson, skierowała się na zachód, do New Jersey. Ani al-Obaydi, ani spoglądający co chwila we wsteczne lusterko kierowca przez kilka minut nie odezwali się ani słowem. Dopiero kiedy znaleźli się na płatnej autostradzie, szofer potwierdził, że nikt ich nie śledzi.
- W porządku - rzucił al-Obaydi. Odprężony, zaczął wyobrażać sobie, co by zrobił, gdyby dziesięć milionów nagle stało się jego własnością. Kiedy przed kilkoma minutami mijali filię Midlantic National Bank, po raz tysięczny pytał sam siebie, dlaczego nie każe się zatrzymać kierowcy i, podając fałszywe nazwisko, nie wpłaci pieniędzy na prywatne konto. Ambasador miałby się wtedy naprawdę z pyszna. Przy odrobinie szczęścia Saddam powinien zginąć na długo przedtem, zanim wpadną na trop złodzieja. A wtedy... kogo to będzie obchodzić?
W gruncie rzeczy ani przez chwilę nie wierzył w szanse powodzenia szalonego planu swego wielkiego przywódcy. Miał nadzieję, że po odpowiednio długim czasie sam poinformuje Bagdad, iż do przeprowadzenia tak śmiałej akcji nie udało się znaleźć żadnego poważnego i skutecznego wykonawcy. Ale, niestety, do Nowego Jorku przyleciał dżentelmen z Libanu.
Mimo dręczących go pokus zastępca ambasadora świetnie wiedział, że nie ruszy ani centa z leżącej obok niego na siedzeniu golfowej torby. Powody były dwa. Po pierwsze, pamiętał o matce i siostrze, mieszkających we względnym komforcie w Bagdadzie; w wypadku nagłego zawieruszenia się dziesięciu milionów zostałyby one aresztowane, zgwałcone, torturowane i powieszone pod zarzutem, że współpracowały ze zdrajcą - co nie oznaczało oczywiście, że Saddam potrzebuje jakiegoś konkretnego powodu, by kogoś zabić, a już zwłaszcza osobę podejrzewaną o zdradę.
Po drugie zaś, al-Obaydi, który pięć razy dziennie klękał z twarzą zwróconą na wschód, modląc się, żeby Saddam zginął w końcu śmiercią zdrajcy, nie mógł nie spostrzec, że Gorbaczow, Margaret Thatcher i Bush napotkali zdecydowanie większe przeszkody w utrzymaniu się u władzy aniżeli wielki Sayedi.
Przyjmując z rąk ambasadora to zlecenie, al-Obaydi uwierzył w końcu, że Saddam umrze niewątpliwie we własnym łóżku. W tym wypadku szanse przetrwania al-Obaydiego - ulubione słowo ambasadora - nie przedstawiały się zbyt wesoło. Jeśli po wpłacie dziesięciu milionów Cavallemu nie uda się zrealizować umowy, to właśnie ai-Obay-di zostanie wezwany pod jakimś dyplomatycznym pretekstem do Bagdadu, aresztowany, szybko osądzony i uznany za winnego. Wtedy wszystkie te piękne słówka, które usłyszał od swego profesora prawa w Londynie, nie okażą się warte więcej niż ziarnko piasku na pustyni.
Szofer zjechał z autostrady i skręcił w stronę śródmieścia Newark. Myśli al-Obaydiego pobiegły z powrotem ku temu, na co miały zostać użyte pieniądze. Plan operacji Pustynny Spokój nosił wszelkie znamiona geniuszu jego prezydenta. Był oryginalny, odważny i wymagał przysłowiowego łutu szczęścia. Al-Obaydi nie dawał co prawda więcej niż jednej szansy na sto, że wejdzie on w stadium realizacji, nie mówiąc już o ostatecznym sukcesie, ale podobnie przecież wielu ludzi w Departamencie Stanu dawało Saddamowi zaledwie jedną szansę na sto na przeżycie operacji Pustynna Burza. Jeśli zaś wielkiemu Sayediemu uda się zrealizować swój zamiar, Stany Zjednoczone staną się pośmiewiskiem całego świata, a on sam zapewni sobie w arabskiej historii miejsce tuż obok Saladyna.
Chociaż al-Obaydi sprawdził już wcześniej dokładnie położenie banku, kazał teraz kierowcy zatrzymać się dwie przecznice dalej. Wysiadający tuż przed bankiem z wielkiej czarnej limuzyny Irakijczyk stanowiłby dla Cavallego wystarczający pretekst, żeby schować pieniądze do kieszeni i unieważnić kontrakt. Kiedy samochód się zatrzymał. al-Obaydi przecisnął się obok torby i wysiadł od strony krawężnika. Chociaż miał do pokonania zaledwie kilkaset metrów, to la właśnie część drogi wiązała się z największym ryzykiem. Spojrzał w górę i w dól ulicy, po czym usatysfakcjonowany wyciągnął torbę i zarzucił ją sobie na plecy.
Czuł, że musi stanowić niezwykły widok: maszerujący aleją Martina Luthera Kinga Arab w marynarce od Saksa. z przewieszoną przez ramię golfową torbą.
Chociaż przejście niewielkiej odległości trwało mniej niż dwie minuty. dotarłszy do wejścia, al-Obaydi byl cały zlany potem. Wspiął się po zniszczonych schodach i wszedł przez obrotowe drzwi do środka. Powitało go dwóch uzbrojonych mężczyzn, przypominających bardziej zapaśników sumo niż urzędników banku. Zastępcę ambasadora natychmiast skierowano do oczekującej windy, która zamknęła się od razu, kiedy tylko wszedł do środka. Wychodząc z kabiny, stanął twarzą w twarz z mężczyzną o wiele większym od tych, którzy powitali go wcześniej. Olbrzym skinął głową i obaj ruszyli w stronę drzwi, do których prowadził wyścielony dywanem korytarz. Kiedy podeszli bliżej, drzwi otworzyły się i al-Obaydi wszedł do pokoju, w którym czekało na niego niecierpliwie dwunastu siedzących wokół wielkiego stołu mężczyzn. Nosili ubrania w tradycyjnym stylu i nie odzywali się ani słowem, a jednak trudno ich było wziąć za bankowych kasjerów. Za Irakijczykiem zamknęły się drzwi; usłyszał zgrzyt zasuwanych rygli.
- Dzień dobry, panie al-Obaydi - powitał go, wstając z krzesła, facet, który siedział u szczytu stołu. - Nie mylę się chyba, sądząc, że chciałby pan coś przekazać dla jednego z naszych klientów.
Zastępca ambasadora kiwnął głową i bez słowa podał mu golfową torbę. Mężczyzna nie okazał zdziwienia. Widział już kosztowności transportowane we wszystkim - od wypchanego krokodyla aż po kondom. Kiedy dźwignął torbę w górę, zdziwił go jednak jej ciężar. Wysypał zawartość na stół i podzielił ją między swoich jedenastu kolegów, którzy zaczęli gorliwie liczyć, układając banknoty w eleganckie stosy po dziesięć tysięcy dolarów każdy. Nikt nie zaproponował al-Obaydie-mu, żeby usiadł, w związku z czym przez następne czterdzieści minut stał w miejscu, przyglądając się ich gorączkowej pracy.
Kiedy zakończono liczenie, główny kasjer dwa razy sprawdził liczbę stosów. Dokładnie tysiąc. Jego usta rozjaśnił uśmiech, skierowany jednak nie do al-Obaydiego, lecz do leżącej na stole fury pieniędzy. Dopiero potem spojrzał na Araba i skinął krótko głową, potwierdzając w ten sposób, że człowiek z Bagdadu wpłacił zaliczkę.
Torbę golfową, jako że nie wchodziła w zakres umowy, wręczono zastępcy ambasadora z powrotem. Kiedy zakładał ją na ramię, zrobiło mu się trochę głupio. Główny kasjer dotknął znajdującego się pod stołem przycisku dzwonka i drzwi za Arabem się otworzyły.
Jeden z mężczyzn, którzy powitali al-Obaydiego w progu banku, zawiózł go z powrotem na parter. Kiedy zastępca ambasadora dził na ulicę, nie było już ani śladu po jego przewodniku.
Odetchnąwszy z ulgą, al-Obaydi ruszył w stronę czekającego nań dwie przecznice dalej samochodu. Pomyślał, w jak profesjonalny sposób udało mu się załatwić całą sprawę, i na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek satysfakcji. Ambasador z radością przyjmie wiadomość, że wszystko poszło jak z płatka. Na niego zresztą spłynie większość chwały, kiedy do Bagdadu dotrze wieść, że operacja Pustynny Spokój się rozpoczęła.
Upadł na chodnik, zanim zdążył się zorientować, co się stało: ktoś zerwał mu z ramienia torbę. Kiedy się podniósł, zobaczył dwóch uciekających ulicą nastolatków - jeden z nich zaciskał w ręku zdobycz.
Zastępca ambasadora zaczął się właśnie przed chwilą zastanawiać, jak pozbyć się nieporęcznego bagażu.
Nazajutrz rano, kilka minut po siódmej, Tony Cavalli zasiadł razem z ojcem do śniadania. Zaraz po rozwodzie przeprowadził się z powrotem do należącej do rodziny kamienicy z brązowego piaskowca na rogu Siedemdziesiątej Piątej i Park Avenue. Po przejściu na emeryturę ojciec Tony'ego większość czasu poświęcał swej życiowej pasji, jaką stanowiło kolekcjonowanie rzadkich książek, manuskryptów i dokumentów historycznych. Wiele godzin spędzał też, przekazując synowi wszystko, czego nauczył się w zawodzie adwokata. Koncentrował się zwłaszcza na tym, jak nie zmarnować niepotrzebnie zbyt wiele czasu w jednym z federalnych bądź stanowych zakładów penitencjarnych.
Lokaj podał kawę i grzanki, a dwaj mężczyźni przystąpili do omawiania interesów.
- Dziewięć milionów dolarów zostało umieszczonych w czterdziestu siedmiu bankach - poinformował ojca Tony. - Kolejny milion przekazano na zakodowany rachunek na nazwisko Hamida al-Obay-diego w banku Franchard et cie w Genewie - dodał, smarując masłem grzankę.
Ojciec uśmiechnął się, uświadamiając sobie, że syn posłużył się siarą sztuczką, której sam nauczył go przed wielu lały.
- Ale co powiesz al-Obaydiemu, kiedy cię zapyta, na co wydałeś jego dziesięć milionów? - zapytał nieoficjalny prezes rady nadzorczej „Fachowców".
Przez następną godzinę Tony szczegółowo zaznajamiał swego ojca z operacją Pustynny Spokój. Ten przerywał mu tylko z rzadka jakimś pytaniem albo sugestią.
- Czy można ufać aktorowi? - zapytał Cavalli senior, /anim upił kolejny łyk kawy.
- Lloyd Adams wciąż jest nam winien ponad trzydzieści tysięcy dolarów - odparł Tony. - Nie zaproponowano mu ostatnio wielu ról... wystąpił raptem w kilku reklamówkach...
- Dobrze - powiedział ojciec. - A co z Reksem Butterworthem?
- Siedzi w Białym Domu i czeka na nasze instrukcje.
Cavalli senior pokiwał głową.
- Ale dlaczego akurat w Columbus w Ohio? - zapytał.
- Wyposażenie jest tam dokładnie takie, jakiego potrzebujemy, a dziekan wydziału medycznego posiada wprost idealne dla nas kwalifikacje. W jego biurze i domu założyliśmy podsłuch od piwnicy aż po strych.
- A córka?
- Obserwujemy ją przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Więc kiedy naciskasz guzik? - Prezes oblizał wargi.
- W przyszły wtorek, kiedy pan dziekan ma wygłosić uroczystą mowę w szkole swojej córki.
Lokaj wszedł do pokoju i zaczął sprzątać ze stołu.
- A Bill Dolar, co z nim? - zapytał ojciec.
- Angelo jest właśnie w drodze do San Francisco. Spróbuje go namówić. Jeśli chcemy, żeby nam się udało, musimy go zaangażować. Jest najlepszy. Nikt nie dorasta mu do pięt - oznajmił Cavalli.
- Dopóki jest trzeźwy - podsumował lakonicznie prezes.
Atletycznie zbudowany wysoki mężczyzna w jasnoniebieskich dżinsach, kremowej koszuli i granatowym blezerze wysiadł z samolotu i przeszedł przez halę przylotów waszyngtońskiego lotniska National. Miał przy sobie tylko podręczny bagaż i nie musiał czekać przy taśmociągu, gdzie mógłby się natknąć na jakiegoś znajomego. Nie chciał, żeby rozpoznał go ktokolwiek oprócz czekającego na zewnątrz kierowcy
- w przeciwieństwie do wielu kobiet, które zapatrzone w jego sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, jasne, lekko potargane włosy i subtelnie rzeźbione rysy twarzy, nie pogniewałyby się wcale, gdyby je zauważył.
Kiedy wyszedł na zalany porannym słońcem podjazd, natychmiast otworzyły się przed nim tylne drzwiczki zwykłego, niczym niewyróż-niającego się czarnego forda.
Blondyn usiadł bez słowa na tylnym siedzeniu i nie odezwał się ani razu w ciągu dwudziestu pięciu minut, podczas których oddalali się od stolicy. Czterdziestominutowy lot do Waszyngtonu zawsze pozwalał mu zebrać myśli i opracować nową osobowość. Tę samą podróż odbywał dwanaście razy w ciągu roku.
Wszystko zaczęło się, kiedy mieszkający w rodzinnym Denver mały Scott odkrył, że jego ojciec nie jest, jak mu się wydawało, szanowanym prawnikiem, ale kryminalistą odzianym w garnitur od Brooks Brothers, człowiekiem, który za odpowiednią cenę zawsze potrafi w odpowiedni sposób obejść prawo. Przez długie lata matka kryła przed jedynakiem bolesną prawdę, ale kiedy jej mąż został aresztowany, osądzony i skazany w końcu na siedem lal, stara śpiewka, że „lo jakieś tragiczne nieporozumienie", nie mogła już nikogo przekonać.
Po trzech spędzonych w więzieniu latach ojciec zmarł na zawał serca
- tak przynajmniej określono przyczynę zgonu w raporcie koronera. który nie zauważył całkiem wyraźnych śladów na szyi nieboszczyka. Kilka tygodni później, gdy Scott kończył trzeci rok prawa na Georgetown, jego matka dostała najzupełniej prawdziwego zawału. Kiedy jej ciało zostało złożone do grobu, a na trumnę padły pierwsze grudy ziemi, Scott opuścił cmentarz i nigdy więcej nie wspominał o swojej rodzinie.
Po ogłoszeniu wyników końcowych okazało się, że zajął pierwsze miejsce na swoim roku, toteż natychmiast skontaktowało się z nim kilka renomowanych firm prawniczych, zainteresowanych jego planami na przyszłość. Ku zdziwieniu kolegów, Scott zgodził się przyjąć profesurę na mało znanym uniwersytecie w Bejrucie. Nie wyjaśniał nikomu, dlaczego chce zerwać wszelkie związki z przeszłością.
Zaskoczony niskim poziomem studentów i uniwersytetu, nudząc się w czasie wolnym od zajęć, Scott zaczął uczęszczać na najprzeróżniejsze kursy, poczynając od religii islamu, a kończąc na historii Bliskiego Wschodu. Kiedy wreszcie uniwersytet zaproponował mu objęcie katedry prawa amerykańskiego, doszedł do wniosku, że nadszedł czas powrotu do Stanów.
Dziekan wydziału prawa Georgetown zasugerował mu listownie, że powinien ubiegać się o nieobsadzoną profesurę w Yale. Scott napisał podanie natychmiast, a spakował się po otrzymaniu odpowiedzi.
Kiedy po objęciu nowego stanowiska pytano go czasem, co robią jego rodzice, odpowiadał po prostu: „Oboje nie żyją, a ja byłem ich jedynym dzieckiem". Dziewczynom pewnego typu bardzo podobała się taka odpowiedź - zakładały, że brak mu matczynego uczucia. Kilka z nich przewinęło się przez łóżko Scotta, ale żadna nie zajęła miejsca w jego życiu.
Nie krył jednak niczego przed ludźmi, którzy wzywali go do siebie dwanaście razy w roku. Nie tolerowali żadnego oszustwa, a gdy dowiedzieli się o kryminalnej przeszłości ojca profesora, z pewną nieufnością odnieśli się do jego prawdziwych motywów. Wyjaśnił, że chce spłacić zaciągnięty przez niego dług, i odmówił dalszej dyskusji na ten temat.
Z początku mu nie wierzyli. Po jakimś czasie przyjęli go na jego własnych warunkach, ale nadal musiało upłynąć wiele lat, zanim powierzyli mu pierwsze zastrzeżone informacje. Przestali wątpić w jego motywy dopiero, kiedy podsunął rozwiązania kilku problemów bliskowschodnich, na których połamał sobie zęby komputer. Po zaprzysiężeniu administracji Clintona nowa ekipa z radością powitała go jako swego eksperta.
W ostatnim czasie dwukrotnie odwiedził Departament Stanu, gdzie osobiście spotkał się z Warrenem Christopherem. Z rozbawieniem usłyszał kiedyś w wieczornych wiadomościach sekretarza stanu, który wyjaśniał, jak należy rozwiązać problem nieszczelnych sankcji przeciwko Saddamowi - powtarzając słowo w słowo propozycję, którą Scott przedstawił mu tego samego popołudnia.
Samochód zjechał z Route 123 i po jakimś czasie zatrzymał się przed masywną stalową bramą. Wyszedł zza niej umundurowany strażnik, który oglądał Bradleya regularnie przez ostatnie dziewięć lal, a mimo to koniecznie chciał sprawdzić jego papiery.
- Witamy z powrotem, panie profesorze - oznajmił w końcu, salutując.
Po krótkiej jeździe ford zatrzymał się przed zwykłym, typowym biurowcem. Pasażer wysiadł, wszedł do środka przez wartownię i po kolejnym sprawdzeniu papierów i kolejnym salucie ruszył długim korytarzem o kremowych ścianach. Zatrzymał się przed pozbawionymi tabliczki dębowymi drzwiami, zapukał i wszedł, nie czekając na zaproszenie.
- Proszę, profesorze Bradley - powiedziała, posyłając mu promienny uśmiech siedząca za biurkiem sekretarka. - Zastępca dyrektora oczekuje pana.
Szkoła dla dziewcząt w Columbus, w stanie Ohio, należy do tych zakładów naukowych, które słyną z żelaznej dyscypliny i wysokiego poziomu nauczania - w tej właśnie, a nie innej kolejności. Dyrektorka wyjaśniała często rodzicom, że nie można osiągnąć drugiego, jeśli nie wyegzekwuje się wprzód pierwszego.
Do naruszenia szkolnego regulaminu mogło, według niej, dojść tylko w wyjątkowych okolicznościach. Prośbę, którą jej właśnie przedłożono, można było zaliczyć do tej właśnie kategorii.
Tego wieczoru najstarsza klasa miała wysłuchać wykładu jednego z najznakomitszych synów Columbus, T. Hamiltona McKenziego, dziekana wydziału medycznego Ohio State Universily i laureata Nagrody Nobla za osiągnięcia na polu chirurgii plastycznej i rekonstrukcyjnej. O tym, jak T. Hamilton McKenzie pomógł weteranom z Wietnamu i wojny w Zatoce, głośno było w całym kraju; w każdym większym mieście żył ktoś, kto dzięki jego talentowi mógł powrócić do normalnego życia. Mniej mówiło się o wykształconych przez laureata Nobla ludziach mniejszego formatu, którzy wykorzystywali swoje umiejętności, pomagając kobietom w pewnym wieku stać się piękniejszymi. niż to pierwotnie planowa! Stwórca. Dyrektorka nie miała oczywiście żadnych wątpliwości, iż dziewczęta zainteresuje wyłącznie pomoc, jakiej T. Hamilton McKenzie udzielił - jak to określiła - „naszym walecznym żołnierzom".
Punki regulaminu, który powinna przy tej okazji uchylić, dotyczył szkolnego stroju. Sally McKenzie, przewodnicząca samorządu szkoły i kapitan drużyny lacrosse'a, chciała mianowicie zwolnić się z ostatniej popołudniowej lekcji i przebrać w domu w strój mniej oficjalny, a zarazem bardziej odpowiedni, by towarzyszyć swemu ojcu, kiedy będzie wygłaszał wieczorem wykład. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw dyrektorka gotowa była zaakceptować prośbę - ostatecznie nie dalej jak w zeszłym tygodniu dowiedziała się, że Sally przyznano federalne stypendium w Oberlin College, gdzie miała studiować chemię.
Ustalono, że samochód będzie czekać na Sally o godzinie czwartej. Dziewczyna straci co prawda jedną godzinę lekcyjną, ale szofer potwierdził, że przywiezie z powrotem ojca i córkę dokładnie o szóstej.
Kiedy zegar na szkolnej kaplicy wybił czwartą, Sally podniosła wzrok znad swojej ławki. Nauczyciel skinął dyskretnie głową i uczennica zebrała książki. Schowała je do torby, wyszła z klasy i ruszyła wzdłuż długiej alei dojazdowej, szukając samochodu, który miał na nią czekać. Doszedłszy do starej żelaznej bramy, stwierdziła ze zdumieniem, że jedynym pojazdem w zasięgu wzroku jest długa limuzyna marki Lincoln Continental, przy której drzwiczkach stoi ubrany w szary uniform i czapkę z daszkiem szofer. Sally nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to ekstrawagancja zupełnie nie w stylu jej ojca i z całą pewnością nie w stylu dyrektorki.
- Panna McKenzie? - zapytał mężczyzna, dotykając prawą dłonią daszka czapki.
- Tak - odparła Sally, rozczarowana, że kręta długa aleja uniemożliwia jej koleżankom obserwowanie całej sceny.
Szofer otworzył przed nią tylne drzwiczki. Sally wsiadła do środka, dosłownie tonąc w luksusowym skórzanym fotelu.
Kierowca szybko usiadł za kierownicą, nacisnął guzik i szybka, która oddzielała go od pasażerki, przesunęła się cicho do góry. Sally usłyszała, jak zamyka się blokada drzwi.
Wyglądając przez lekko zaparowane okno, pozwoliła przez chwilę swobodnie biec myślom. Wyobrażała sobie, że takie właśnie będzie prowadzić życie po opuszczeniu Columbus.
Dopiero po pewnym czasie siedemnastoletnia dziewczyna zdała sobie sprawę, że limuzyna nie jedzie wcale w stronę jej domu.
Gdyby problem sformułowany został w podręcznikowej formie, T. Hamilton McKenzie z pewnością wiedziałby, jakie zająć stanowisko. Ostatecznie, jak często powtarzał swoim studentom, w życiu zawsze opierał się na racjonalnych przesłankach. Ale teraz wziął w łeb cały jego racjonalizm.
Gdyby zaś skonsultował się z jednym ze starszych, pracujących na uniwersytecie psychiatrów, dowiedziałby się zapewne, że nowa, nieoczekiwana sytuacja wyzwoliła w nim wiele od dawna tłumionych lęków.
Fakt, że uwielbia swoją jedynaczkę, był dla wszystkich oczywisty. Podobnie jak to, iż w ciągu wielu lat zupełnie znudziła go i przestała interesować własna żona, Joni. Nigdy w życiu nie zgodziłby się jednak ze stwierdzeniem, że po wyjściu ze stanowiącego jego udzielne księstwo bloku operacyjnego zupełnie nie potrafi sobie radzić w warunkach silnej presji.
Kiedy jego córka nie wróciła do domu lego wtorkowego popołudnia, T. Hamilton McKenzie był z początku lekko poirytowany, potem zdenerwowany, a w końcu wpadł w szewską pasję. Sally nigdy się nie spóźniała, przynajmniej nie wtedy, kiedy on na nią czekał. Jazda samochodem ze szkoły nie powinna trwać dłużej niż trzydzieści minut, nawet w godzinach szczytu. Córkę miała właściwie odebrać Joni, ale umówiła się zbyt późno u fryzjera. „To jedyna pora, kiedy Julian mógł mnie jeszcze przyjąć" - wyjaśniła. Zawsze zostawiała wszystko na ostatnią minutę. Za dziesięć piąta T. Hamilton McKenzie zatelefonował do szkoły, żeby dowiedzieć się, czy w ostatniej chwili nie nastąpiła jakaś zmiana planu.
Szkota dla dziewcząt Columbus nigdy nie zmienia planów, miała ochotę pouczyć laureata Nobla dyrektorka, zadowoliła się jednak potwierdzeniem, że Sally wyszła z lekcji o czwartej i że z firmy wynajmującej limuzyny zadzwoniono godzinę wcześniej, uprzedzając, że wóz będzie na nią czekał przy głównej bramie.
- Zjawi się tutaj lada chwila, nie denerwuj się. Na naszej Sally można polegać - powtarzała Joni swoim południowym akcentem, który kiedyś wydawał mu się taki atrakcyjny.
Siedzący w hotelowym pokoju w drugim końcu miasta i przysłuchujący się każdemu wypowiedzianemu przez nich słowu mężczyzna sięgnął po butelkę i nalał sobie piwa.
O piątej T. Hamilton McKenzie nie odrywał ani na chwilę wzroku od okna. ale prowadząca do domu alejka pozostawała niezmiennie pusta.
Miał nadzieję, że wyjedzie dwadzieścia po piątej, tak żeby po przyjeździe do szkoły mieć jeszcze dziesięć, piętnaście minut dla siebie. Jeżeli Sally wkrótce się nie pojawi, będzie musiał pojechać bez niej. Uprzedził żonę, że nic nie powstrzyma go przed wyruszeniem dokładnie dwadzieścia po piątej.
Dwadzieścia po piątej zostawił notatki do wykładu na stoliku w holu i zaczął przemierzać tam i z powrotem alejkę przed domem, czekając na mające przybyć z przeciwnych kierunków żonę i córkę. Dwadzieścia pięć po piątej żadna nie stawiła się przy jego boku i jego słynna zimna krew zaczęła zdradzać oznaki wrzenia.
Joni długo wybierała odpowiednią na tę okazję kreację i pojawiwszy się w końcu w holu, była bardzo rozczarowana tym, że mąż nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi.
- Będziemy musieli pojechać bez Sally - powiedział tylko. - Jeżeli zamierza w przyszłości zostać lekarzem, musi się nauczyć, że ludzie czasami umierają, kiedy każe im się czekać zbyt długo.
- Czy nie moglibyśmy dać jej jeszcze chwili, kochanie? - zapytała Joni.
- Nie - warknął i nie oglądając się za siebie, ruszył do garażu.
Joni zauważyła pozostawione na stoliku notatki i wepchnęła je do
torebki, a potem wyszła i zamknęła drzwi na klucz. Kiedy dotarła do ulicy, mąż czekał już na nią w samochodzie, bębniąc palcami w dźwignię zmiany biegów.
Ruszyli w milczeniu w kierunku szkoły. T. Hamilton McKenzie przyglądał się każdemu jadącemu z przeciwka samochodowi, sprawdzając, czy na tylnym siedzeniu nie siedzi jego córka.
Niewielka grupa witających go osób, z dyrektorką na czele, czekała u podnóża prowadzących do głównego wejścia kamiennych schodów. Kiedy wybitny chirurg wysiadł w towarzystwie Joni McKenzie z samochodu, dyrektorka podeszła, żeby uścisnąć mu dłoń. Jej oczy szukały za jego plecami Sally. Uniosła ze zdziwieniem brew.
- Sally w ogóle nie przyjechała do domu - wyjaśnił doktor McKenzie.
- Dołączy do nas pewnie za kilka minut, jeśli już jej tu nie ma - dodała szybko jego żona.
Dyrektorka wiedziała doskonale, że Sally nie ma na terenie szkoły, nie sądziła jednak, by w dobrym tonie było wdawanie się w spór z żoną honorowego gościa, tym bardziej że otrzymała właśnie wymagający wyjaśnienia telefon z biura wynajmu limuzyn.
Za czternaście szósta weszli do gabinetu dyrektorki, gdzie młoda panienka w wieku Sally zaproponowała im do wyboru sherry albo sok pomarańczowy. McKenzie przypomniał sobie nagle, że czekając na córkę, zostawił swoje notatki na stoliku w holu. Zerknął na zegarek i zdał sobie sprawę, że jest już za późno, aby wysłać po nie żonę. W żadnym wypadku nie zamierzał przyznać się do takiego niedopatrzenia przed tym akurat audytorium. „Niech to wszyscy diabli!" -- pomyślał. Młodzieżowa widownia nie należy do łatwych, a najgorsze są dorastające dziewczęta. Próbował zebrać myśli.
Za trzy szósta, choć wciąż nie było ani śladu Sally, dyrektorka zasugerowała, że powinni wszyscy przejść do auli.
- Nie wolrio nam kazać dziewczętom czekać - wyjaśniła. - Nie można dawać złego przykładu.
Tuż przed wyjściem z gabinetu Joni wyjęła z torebki notatki i podała je mężowi, który odetchnął z ulgą po raz pierwszy od piątej po południu.
Za minutę szósta dyrektorka wprowadziła honorowego gościa na podium. T. Hamilton McKenzie patrzył, jak czterysta dziewcząt wstaje i wita go w sposób, który wedle określenia dyrektorki „przystoi młodym damom".
Kiedy umilkły oklaski, dyrektorka podniosła i opuściła ręce, dając znak, że dziewczęta powinny z powrotem usiąść, co też uczyniły, najciszej, jak mogły. Następnie podeszła do mównicy, i nie korzystając z kartki, wygłosiła na cześć T. Hamiltona McKenziego krótki pean. który z pewnością wywarłby wrażenie na Komitecie Nagrody Nobla. Mówiła o twórcy nowoczesnej chirurgii plastycznej, Edwardzie Zeirze. a także o J. R. Woltem i Wilhelmie Krausem. Przypomniała również uczennicom, że T. Hamilton McKenzie godnie kontynuuje dorobek swoich poprzedników, rozwijając tę wciąż młodą dziedzinę wiedzy. Wbrew pierwotnemu zamiarowi nie wspomniała za to nic o Sally i jej wielu szkolnych sukcesach. Nawet osoba, której przyznano właśnie stypendium federalne, mogła jeszcze zostać ukarana za naruszenie regulaminu.
Gdy dyrektorka wróciła na swoje miejsce pośrodku podium, do mównicy podszedł T. Hamilton McKenzie. Zajrzał do notatek, od-kaszlnął i rozpoczął swą prelekcję.
- Większość pań, jak sądzę, uważa, że chirurgia plastyczna służy prostowaniu nosów, a także usuwaniu podwójnych podbródków i worków pod oczyma. To wszystko, mogę was zapewnić, stanowi przedmiot nie chirurgii plastycznej, lecz kosmetycznej. Chirurgia plastyczna jest czymś zupełnie innym - oświadczył, ku rozczarowaniu, jak przypuszczała jego żona, większości widowni, po czym, nie odrywając przez następne czterdzieści minut wzroku od notatek, mówił na temat szwów kosmetycznych, homogratingu, wrodzonych deformacji i oparzeń trzeciego stopnia.
Kiedy w końcu wrócił na miejsce, aplauz był zdecydowanie mniej głośny niż przy powitaniu. Pewnie dlatego, uznał McKenzie, że młodym damom nie przystoi po prostu zbyt jawne okazywanie uczuć.
Po powrocie do gabinetu dyrektorki pani McKenzie zapytała, czy Sally przypadkiem się nie odnalazła.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odparła sekretarka - ale może była obecna w auli.
Podczas wykładu, którego podobne wersje słyszała przedtem setki razy, Joni obejrzała dokładnie każdą twarz na widowni i wiedziała, że na pewno nie było tam jej córki.
Podano więcej sherry i po kilku chwilach T. Hamilton McKenzie oznajmił, że powinien już wracać. Dyrektorka skinęła głową i odprowadziła gości do samochodu. Podziękowała chirurgowi za niezwykle wnikliwy wykład i zaczekała u podnóża schodów, aż jego aulo zniknie z pola widzenia.
- Nigdy jeszcze nie spotkałam się z podobnym zachowaniem -oświadczyła, zwracając się do towarzyszącej jej sekretarki. - Proszę przekazać pannie McKenzie, żeby zgłosiła się do mnie jutro rano przed nabożeństwem w kaplicy. Chcę wiedzieć, dlaczego odwołała samochód, który dla niej załatwiłam.
Również Scott wygłosił tego wieczoru wykład, ale uczestniczyło w nim tylko szesnastu słuchaczy i żaden z nich nie miał mniej niż trzydzieści pięć lat. Wszyscy byli wyższymi oficerami terenowymi CIA i jeśli chodzi o warunki fizyczne, nie ustępowali żadnemu amerykańskiemu quar-terbackowi. Kiedy mówili o logice, miała ona bardziej praktyczne zastosowanie niż to, o którym myślał Scott, ucząc swoich młodszych studentów w Yale.
Wszyscy ci ludzie działali na pierwszej linii frontu, na posterunkach rozsianych na całym globie. Profesor Bradley zmuszał ich często, żeby przeanalizowali krok po kroku decyzje, które podjęli w warunkach silnej presji, i zastanowili się, czy przyniosły one zamierzony skutek.
Szybko przyznawali się do błędów. Nie było wśród nich mowy o osobistej dumie - mogli sobie pozwolić najwyżej na dumę ze służby.
Kiedy Scott po raz pierwszy usłyszał lo stwierdzenie, uznał, że są prymitywni. Po dziewięciu latach przebywania z nimi na sali wykładowej i w siłowni musiał przyznać, że jest wprost przeciwnie.
Przez ponad godzinę podawał im różne przykłady, sugerując jednocześnie sposoby ich logicznej obróbki, oddzielając znane fakty od subiektywnych ocen i formułując w końcu ostateczne wnioski.
W ciągu minionych dziewięciu lat Scott dowiedział się od swoich słuchaczy tyle samo, ile oni od niego, i wciąż z ochotą pomagał im wcielić w życie swoją wiedzę. Często łapał się na myśli, że on także powinien sprawdzić się w terenie, nie tylko na sali wykładowej.
Kiedy zajęcia dobiegały końca, Scott szedł razem z grupą na salę gimnastyczną. Wspinał się po linach, podnosił ciężary i ćwiczył karate, a oni nigdy nie dali po sobie poznać, że nie jest pełnoprawnym członkiem ekipy. Każdy, kto protekcjonalnie traktował profesora z Yale, mógł doznać uszczerbku nie tylko na swojej dumie.
Tego wieczoru przy kolacji - nie podano żadnego alkoholu, wyłącznie quibel - Scott zapylał zastępcę dyrektora, czy kiedykolwiek pozwoli mu zdobyć doświadczenie w terenie.
- To nie jest wakacyjna robota, stary - odparł Dexter Hutchins, zapalając cygaro. - Porzuć Yale i wstąp do nas na pełny etat, wtedy rozważymy być może, czy warto wypuścić cię z sali wykładowej.
- W przyszłym roku będę miał dłuższą przerwę - przypomniał Bra-dley swemu zwierzchnikowi.
- Więc wybierz się do Włoch, zawsze to sobie obiecywałeś. Po siedmiu lalach naszej znajomości wydaje mi się czasem, że więcej wiem o Bellinim niż o balistyce.
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie dam za wygraną Dexter?
- Dasz za wygraną, kiedy skończysz pięćdziesiątkę, bo wyślę cię wtedy na emeryturę.
- Ale mam teraz dopiero trzydzieści sześć...
- Zbyt szybko awansujesz, żeby był z ciebie dobry agent - rzekł zastępca dyrektora, wydmuchując dym z cygara.
T. Hamilton McKenzie otworzył frontowe drzwi i wszedł do środka, ignorując dzwoniący telefon.
- Sally? Sally?! - zawołał, ile miał sił w płucach, ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Podniósł w końcu słuchawkę, mając nadzieję, że dzwoni jego córka. - Sally? - powtórzył.
Doktor McKenzie? - zapytał spokojny glos.
- Tak, przy telefonie - odparł lekarz.
- Jeśli niepokoi się pan o swoją córkę, mogę pana zapewnić, że jesl bezpieczna i zdrowa.
- Kto mówi? - rzuci! ostro McKenzie.
- Zadzwonię do pana później, doktorze McKenzie, żeby miał pan czas ochłonąć - oświadczył cichy głos. - Tymczasem niech pan pod żadnym pozorem nie kontaktuje się z policją ani którąś z prywatnych agencji. Jeśli pan to zrobi, będziemy natychmiast o tym wiedzieli i nie pozostanie nam nic innego, jak zwrócić pańską uroczą córkę... - mężczyzna zawiesił na chwilę głos - ...w trumnie. - W słuchawce zapadła cisza.
T. Hamilton McKenzie zbladł i jednocześnie oblał się potem.
- Co się stało, kochanie? - zapytała Joni, patrząc, jak jej mąż pada na sofę.
- Sally została porwana - rzekł wstrząśnięty. - Zakazali mi kontaktować się z policją. Zadzwonią jeszcze raz dziś wieczorem - dodał, wpatrując się w telefon.
- Porwali Sally? - powtórzyła z niedowierzaniem Joni.
- Tak - odparł jej mąż.
- W takim razie powinniśmy natychmiast zawiadomić policję -oświadczyła Joni, zrywając się na nogi. - Ostatecznie, kochanie, właśnie za to im płacą.
- Nie, nie możemy. Powiedzieli, że jeśli to zrobimy, natychmiast się dowiedzą i odeślą ją w trumnie.
- W trumnie? Jesteś pewien, że tak właśnie powiedzieli? - zapytała cicho.
- Oczywiście, że jestem pewien, do diabła! Ale powiedzieli także, że nic jej nie zrobią, jeżeli nie zawiadomię policji. Nic z tego nie rozumiem. Nie jestem wcale bogaty.
- Wciąż uważam, że powinieneś zawiadomić policję. W końcu komendant Dixon jest naszym bliskim przyjacielem.
-- Nie, nie! - zawołał McKenzie. - Nie rozumiesz? Jeśli to zrobimy, zabiją ją.
- Rozumiem tylko tyle - odparła jego żona - że ta sytuacja najwyraźniej cię przerasta i że nasza córka znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie. Powinieneś natychmiast zawiadomić komendanta Dixona -dodała po krótkiej przerwie.
- Nie! - powtórzył głośno McKenzie. - Nic z tego nie rozumiesz.
Rozumiem doskonale - odparła z kamiennym spokojem Joni. -
Zamierzasz odegrać rolę komendanta miejscowej policji, mimo że nie jesteś do lego wcale przygotowany. Ciekawe, jak byś zareagował, gdyby na salę operacyjną wmaszerował gliniarz, pochylił się nad jednym z twoich pacjentów i zażądał skalpela?
T. Hamilton McKenzie zmierzył chłodnym spojrzeniem żonę. Jej irracjonalne zachowanie można było wytłumaczyć tylko wyjątkowym wzburzeniem.
Dwaj mężczyźni przysłuchujący się rozmowie po drugiej stronie miasta popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
- Dobrze, że mamy do czynienia z nim, a nie z nią - oświadczył ten ze słuchawkami w uszach.
Kiedy godzinę później zadzwonił telefon, oboje, T. Hamilton McKenzie i jego żona, podskoczyli, jakby ktoś poraził ich prądem elektrycznym.
Doktor odczekał kilka dzwonków, próbując się uspokoić.
- McKenzie - powiedział, podnosząc słuchawkę.
- Niech pan uważnie słucha - odezwał się cichy głos - i nie przerywa. Odpowiadać ma pan tylko, kiedy o to poproszę. Zrozumiano?
- Tak - odparł McKenzie.
- Dobrze pan zrobił, nie zawiadamiając wbrew sugestiom żony policji - ciągnął dalej jego rozmówca. - O wiele lepiej od niej ocenia pan sytuację.
- Chcę porozmawiać z moją córką - przerwał mu McKenzie.
- Za dużo pan oglądał filmów w nocnym kinie, doktorze McKenzie. W prawdziwym życiu nie ma miejsca dla heroin... ani tym bardziej dla herosów. Niech pan to sobie wybije z głowy. Czy wyrażam się jasno?
- Tak - odparł McKenzie.
- Zmarnował pan już dosyć mojego czasu - oznajmił cichy głos. Połączenie zostało przerwane.
Zanim telefon zadzwonił ponownie, minęła ponad godzina, podczas której Joni bezskutecznie próbowała przekonać męża. że powinni jednak zawiadomić policję. Tym razem T. Hamilton McKenzie od razu podniósł słuchawkę.
- Halo? Halo?
- Niech pan się uspokoi, doktorze McKenzie - oświadczył cichy glos. - I niech pan uważnie słucha. Jutro rano o ósmej trzydzieści wyjdzie pan z domu i pojedzie jak zwykle do szpitala. Po drodze zatrzyma się pan przy Olentangy Inn i usiądzie przy sloliku w rogu kafeterii. Niech pan pamięta, żeby to był stolik na dwie osoby. Kiedy się upewnimy, że nikt pana nie śledzi, przysiądzie się do pana jeden z moich współpracowników. Od niego otrzyma pan dalsze instrukcje. Zrozumiał pan?
- Tak.
- Jeden fałszywy krok, doktorze, i nigdy już nie zobaczy pan swojej córki. Niech pan nie zapomina, że to pan zajmuje się przedłużaniem życia. My zajmujemy się jego skracaniem.
W słuchawce zapadła cisza.
Hannah była przekonana, że powinna spróbować. Ostatecznie, jeśli nie zdoła ich oszukać w Londynie, jaką mogła mieć nadzieję, że uda jej się to w Bagdadzie?
Na eksperyment wybrała wtorkowy ranek, po przeprowadzeniu poprzedniego dnia kilkugodzinnego rekonesansu w terenie. Z nikim nie dyskutowała o swoim planie - ktoś z Mosadu mógłby nabrać podejrzeń, gdyby zadała o jedno pytanie za dużo.
Spojrzała w lustro. Czysta biała koszulka, workowaty sweter, znoszone dżinsy, tenisówki, sportowe skarpetki i lekko potargane włosy.
Spakowała swoją małą poobijaną walizkę - jedyny należący do rodziny przedmiot, który pozwolono jej zachować - i parę minut po dziesiątej wyszła z domu. Pani Rubin wybrała się wcześniej, jak to ujęła: „na wielkie zakupy" do Sainsbury'ego, zamierzając zaopatrzyć się we wszystko, co będzie jej potrzebne w ciągu następnych dwóch tygodni.
Hannah szła powoli ulicą, wiedząc, że jeśli powinie jej się noga. wyekspediują ją następnym samolotem do domu. Przed wejściem do metra otrząsnęła się, zbiegła po schodkach, wcisnęła do automatu bilet miesięczny, zjechała na dół i przeszła na sam koniec jaskrawo oświetlonego peronu. W tej samej chwili na stację wjechał z turkotem pociąg.
Na Leicester Square przesiadła się na linię Piccadilly, a kiedy pociąg wjechał na stację South Kensington, była wśród pierwszych, którzy znaleźli się na ruchomych schodach. Wbrew temu. co podpowiadał jej instynkt, nie wbiegła po nich na górę. Biegnąca osoba zwraca na siebie uwagę. Stała spokojnie, przyglądając się wiszącym na ścianie reklamom, tak żeby nikt nie mógł zobaczyć jej twarzy. Na barwnych planszach przedstawiony był nowy rover 200 z elektroniczną pompą wtryskową, butelka markowej whisky, ostrzeżenie przed AIDS i reklama „Bulwaru Zachodzącego Słońca" Andrew Lloyda Webbera w teatrze Adelphi. Wyszedłszy na zalaną słońcem ulicę, Hannah rozejrzała się szybko na prawo i lewo, po czym przecięła Harrington Road i ruszyła prosto w stronę Norfolk Hotel, nie rzucającego się w oczy, średniej wielkości hotelu, który starannie wybrała spośród innych już wcześniej. Zwiedziła go dokładnie poprzedniego dnia i nie musiała teraz nikogo pytać, jak trafić do toalety.
Sprawdziwszy szybko, czy jest sama, zamknęła się w ostatniej kabinie i otworzyła zatrzask poobijanej walizki. Rozpoczął się powolny proces zmiany tożsamości.
Kiedy się przebierała, do środka weszły i wyszły dwie osoby. W tym czasie Hannah siedziała skulona na desce klozetowej. Odważyła się poruszyć dopiero po upewnieniu się, że ponownie została sama.
Cała operacja zabrała jej prawie dwadzieścia minut. Po wyjściu z kabiny przejrzała się w lustrze i dokonała paru drobnych poprawek.
A polem pomodliła się, ale nie do ich Boga.
Opuściła damską toaletę, powoli wspięła się po schodach i podała walizeczkę recepcjoniście, oznajmiając, że odbierze ją za parę godzin. W zamian za jednofuntową monetę, którą pchnęła po ladzie w jego stronę, otrzymała mały czerwony kwit. Wyszła razem z jakąś wycieczką przez obrotowe drzwi i w chwilę później była już z powrotem na ulicy.
Po wczorajszym rekonesansie wiedziała dokładnie, jak dojść do celu i ile jej to zajmie czasu. Miała nadzieję, że instruktor Mosadu wiernie przedstawił wewnętrzny rozkład budynku. Poza nim jednym nie dostał się tam dotąd żaden inny izraelski agent.
Szła powoli chodnikiem w stronę Brompton Road. Wiedziała, że kiedy dojdzie do frontowych drzwi, nie wolno jej się zawahać. Jakieś dwadzieścia metrów od budynku postanowiła, że minie go i pójdzie po prostu dalej. Ale dotarłszy trzy sekundy później do schodków, weszła po nich na górę i śmiało zapukała do drzwi. Po kilku chwilach otworzył je potężny, wyższy od niej o całe piętnaście centymetrów zbir. Hannah wmaszerowała do środka. Strażnik ku jej uldze odsunął się na bok, a potem omiótł wzrokiem ulicę i zatrzasnął z powrotem drzwi.
Nie oglądając się za siebie, ruszyła śmiałym krokiem w stronę słabo oświetlonej klatki schodowej. Dotarłszy do końca wyblakłego chodnika, powoli wspięła się po drewnianych stopniach. Powiedziano jej, że zebrania odbywają się na pierwszym piętrze, za drugimi drzwiami z lewej. Kiedy stanęła na podeście, jej wzrok padł na pomalowano łuszczącą się brązową farbą masywne drzwi z niepolerowaną od wielu miesięcy mosiężną klamką. Przekręciła ją powoli i pchnęła drzwi do środka. Usłyszała ludzkie głosy; umilkły nagle, kiedy stanęła w progu. Wszyscy obecni odwrócili się w jej stronę.
Ale skąd mieli wiedzieć, że Hannah nigdy tutaj nie była, skoro widzieli tylko jej oczy?
A potem któryś z nich podjął przerwany wątek i Hannah przycupnęła cicho na jednym z ustawionych w kręgu krzeseł. Przysłuchiwała się uważnie rozmowie, stwierdzając, że rozumie niemal każde słowo, nawet jeśli mówią cztery osoby naraz. Najtrudniejszą próbę podjęła jednak dopiero wtedy, kiedy postanowiła się włączyć do rozmowy. Powiedziała, że nazywa się Sheka i że jej mąż właśnie przybył do Londynu, dokąd pozwolono mu zabrać ze sobą tylko jedną żonę. Pokiwali ze zrozumieniem głowami, dziwiąc się brytyjskim urzędnikom imigracyj-nym, którzy nie potrafią przyjąć do wiadomości istniejącej w cywilizowanych krajach poligamii.
Przez następną godzinę słuchała i dyskutowała razem z innymi o ich problemach. Jak bardzo brudni są Anglicy, jak bardzo dekadenccy, ilu z nich umiera na AIDS. Zebrane w pokoju osoby nie mogły się doczekać, kiedy wrócą do domu, zaczną się prawidłowo odżywiać i pić dobrą wodę. I czy kiedykolwiek przestanie tutaj padać deszcz? W pewnym momencie jedna z odzianych na czarno kobiet wstała z krzesła i pożegnała się z przyjaciółmi. Kiedy dołączyła do niej druga, Hannah zdała sobie sprawę, że nadarza się znakomita szansa opuszczenia towarzystwa. Wyszła w milczeniu w ślad za dwiema kobietami i zeszła na dół, podążając zaledwie kilka kroków za nimi. Zwalisty mężczyzna, który pilnował wejścia, otworzył drzwi, żeby wypuścić wszystkie trzy. Dwie pierwsze wsiadły do wielkiego czarnego mercedesa, który natychmiast odjechał, a Hannah skręciła na zachód, kierując się z powrotem w stronę Norfolk Hotel.
T. Hamilton McKenzie prawie przez całą noc próbował odgadnąć, czego może chcieć mężczyzna o cichym głosie. Sprawdził swoje wyciągi bankowe. Miał tylko około dwustu trzydziestu tysięcy dolarów w gotówce i papierach wartościowych. Dom był prawdopodobnie wart drugie ćwierć miliona po spłaceniu hipoteki - ale na rynku nieruchomości panował akurat zastój i zrealizowanie transakcji mogło potrwać kilka miesięcy. Licząc wszystko razem, mógł wyskrobać najwyżej pół miliona. Wątpił, czy bank wypłaci mu choćby jednego centa więcej.
Dlaczego upatrzyli sobie akurat jego? Wiele uczennic Columbus School miało ojców dziesięciokrotnie albo dwudziestokrotnie od niego bogatszych. Joe Ruggiero, który ciągle przypominał wszystkim, że należy do niego największa w Columbus sieć sklepów z napojami alkoholowymi, musiał być prawdziwym milionerem. Przez chwilę McKen-zie zastanawiał się, czy nie porwano po prostu niewłaściwej osoby. Być może miał do czynienia z jakimiś amatorami. Ale odrzucił tę myśl, przypomniawszy sobie, jak fachowo przeprowadzono porwanie. Musiał przyjąć do wiadomości, że ma przeciwko sobie profesjonalistów, ludzi, którzy dokładnie wiedzą, czego chcą.
Wyślizgnąt się z łóżka parę minut po szóstej i rzuciwszy okiem przez okno, stwierdził, że poranne słońce nie wyjrzało jeszcze zza chmur. Starał się zachowywać najciszej, jak mógł, chociaż wiedział, że leżąca bez ruchu Joni z pewnością nie śpi i że nie zmrużyła oka przez całą noc. Wziął ciepły prysznic, ogolił się i z przyczyn, których sam nie potrafił sobie wyjaśnić, ubrał się w nową koszulę, garnitur, który nosił tylko do kościoła, i kwiecisty krawat firmy Liberty, który Sally podarowała mu przed dwoma laty na Gwiazdkę i którego nigdy dotąd nie odważył się włożyć.
A polem zszedł na dół do kuchni i po raz pierwszy od piętnastu lat zrobił kawę swojej żonie. Zaniósł tacę do sypialni, gdzie Joni w różowej nocnej koszuli, siedziała już wyprostowana na łóżku, przecierając oczy.
McKenzie usiadł na skraju posłania i razem z żoną wypili w milczeniu czarną kawę. W ciągu minionych jedenastu godzin powiedzieli sobie wszystko, co mieli do powiedzenia.
Po kilku minutach zabrał tacę, wrócił na dół i, jak mógł najdłużej, sprzątał i zmywał w kuchni. Następnym odgłosem, jaki usłyszał, było stuknięcie lądującej na ganku gazety.
McKenzie rzucił ściereczkę, wybiegł na dwór po egzemplarz „Di-spatch" i szybko przebiegł oczyma pierwszą stronę, sprawdzając, czy prasa nie zwęszyła już całej historii. Wśród nagłówków dominował Clinton i kłopoty z Irakiem. Prezydent obiecywał, że jeśli okaże się to konieczne, wyśle więcej oddziałów do pilnowania granicy z Kuwejtem.
- Powinni byli załatwić całą rzecz do końca - mruknął McKenzie, zamykając frontowe drzwi. - Saddam nie jest facetem, który kieruje się racjonalnymi przesłankami.
Próbował zapoznać się ze szczegółami, ale nie potrafił skoncentrować się na pojedynczych słowach. Z artykułu redakcyjnego domyślił się, że, zdaniem pisma, Clinton musi stawić czoło pierwszemu poważnemu kryzysowi. Przeszło mu przez głowę, że prezydent nie ma najmniejszego pojęcia, na czym polega prawdziwy kryzys: poprzedniej nocy jego córka spała przecież bezpiecznie w Białym Domu.
Kiedy zegar w holu wybił wreszcie ósmą, prawie się ucieszył. Na dole pojawiła się ubrana od stóp do głów Joni. Poprawiła mu kołnierzyk i strzepnęła z ramion łupież, tak jakby czekał go normalny dzień pracy w uniwersyteckiej klinice. Nie skomentowała ani jednym słowem jego wyboru krawata.
- Wracaj prosto do domu - powiedziała jak zwykle.
- Oczywiście - odparł. Pocałował żonę w policzek i wyszedł, nie mówiąc więcej ani słowa.
Kiedy tylko podniosły się drzwi garażu, ujrzał słaby poblask przednich świateł samochodu i głośno zaklął. Musiał zapomnieć je wyłączyć wczoraj wieczorem, kiedy był taki wściekły na Sally. Teraz mógł tylko przeklinać własną głupotę.
Siadł za kierownicą, wsadził kluczyk do stacyjki i zmówił krótką modlitwę. Wyłączył światła i po niedługiej przerwie przekręcił kluczyk. Najpierw szybko, a potem powoli próbował uruchomić silnik, ale rozrusznik zajęczał tylko, kiedy on wciskał gorączkowo pedał gazu.
- Nie dzisiaj! - krzyknął, waląc otwartymi dłońmi w kierownicę. Spróbował jeszcze kilka razy, a potem wyskoczył z samochodu, pobiegł z powrotem do domu i nacisnął dzwonek, nie zdejmując z niego kciuka aż do chwili, kiedy Joni otworzyła drzwi, wlepiając w niego zdumione spojrzenie.
- Siadł mi akumulator. Potrzebuję twojego samochodu! Szybko, szybko!
- Oddałam go do warsztatu. Od kilku tygodni mówiłeś, żebym to zrobiła.
T. Hamilton McKenzie miał za mało czasu, żeby powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. Odwrócił się na pięcie od swojej żony i ruszył sprintem w stronę trzypasmowej ulicy, szukając wzrokiem znajomego żółtego koloru i przyczepionego na dachu koguta z siedmioma czwórkami. Szybko uświadomił sobie jednak, że o tej porze ma bardzo maią szansę na złapanie taksówki. Na szczęście zobaczył zmierzający w jego stronę autobus miejski. Przystanek byl jakieś sto metrów dalej i autobus minął go, kiedy McICenzie miał jeszcze dobre dwadzieścia albo trzydzieści metrów do celu, ale kierowca zatrzymał się i poczeka!.
McKenzie wdrapał się zdyszany po schodkach.
- Dziękuję - powiedział. - Czy ten autobus jedzie w stronę Olen-tangy River Road?
- Przejeżdża całkiem blisko, człowieku.
