Brama Zdrajców - Jeffrey Archer - ebook + audiobook + książka

Brama Zdrajców ebook i audiobook

Jeffrey Archer

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.



Dowiedz się więcej.
Opis

Tylko 24 godziny, by nie dopuścić do przestępstwa stulecia.

Rozpoczyna się wyścig z czasem...

Tower of London – doskonale strzeżona londyńska twierdza... Jest stałym miejscem przechowywania najcenniejszych kosztowności na świecie. Raz w roku, gdy królowa uczestniczy w uroczystej inauguracji sesji Parlamentu, Metropolitalna Służba Policyjna przeprowadza utrzymywaną w ścisłej tajemnicy operację polegającą na przewiezieniu klejnotów koronnych przez Londyn. Za akcję odpowiadają starszy nadinspektor William Warwick oraz jego pierwszy zastępca, Ross Hogan. Miles Faulkner – przestępca, który osiągnął mistrzostwo w swoim fachu – postanowił dokonać najbardziej brawurowej kradzieży w historii. Szanse na powodzenie ma duże, tym bardziej że po przeciwnej stronie ktoś mu sprzyja. Chyba że William i Ross jeszcze raz zdołają pokrzyżować mu plany…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 377

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 47 min

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
4,7 (12 ocen)
9
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
andzia134

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle książka Pana Archera fascynująca, pełna zwrotòw akcji, trzymająca w napięciu. Nie można oderwać się od lektury. Prawość i uczciwość znowu zwycięża. Gorąco polecam.
10
helutek7

Nie oderwiesz się od lektury

Super!!!!
10
jarboj

Nie oderwiesz się od lektury

Na początkum mnie nudziła, ale ostatecznie mnie wciągnęła. Zdecydowanie polecam.
00
MyszaMysza

Dobrze spędzony czas

:g9>9 9k h9v I b09h988kc9vvg jvg9ivbi ii ijvihih8v
00



Dedy­ka­cja

Ala­nowi Gar­dowi,

mistrzowi złot­nic­twa

CZĘŚĆ PIERWSZA

„Więc nie­chaj w szczę­ściu śni nisko zro­dzony;

Bez­senne głowy dźwi­gają korony”1.

Wil­liam Szek­spir

Król Hen­ryk IV, cz. II

W. Sha­ke­spe­are: Dzieła wszyst­kie (Król Hen­ryk IV, cz. II), przeł. M. Słom­czyń­ski, Wydaw­nic­two Zie­lona Sowa, Kra­ków 2004. [wróć]

1

CZWAR­TEK 22 PAŹ­DZIER­NIKA 1996

Komen­dant Hawksby otwo­rzył dolną szu­fladę biurka i wyjął z niej dwie kostki do gry, które tam prze­cho­wy­wał, mimo że nie był hazar­dzi­stą.

Nad­in­spek­tor Wil­liam War­wick i inspek­tor Ross Hogan wciąż stali, gdy Jastrząb – niczym kru­pier w kasy­nie w Las Vegas – ener­gicz­nie potrzą­snął prawą ręką i rzu­cił kostki na blat.

– Piątka i dwójka – ogło­sił Wil­liam.

Jastrząb uniósł brwi i cze­kał na inter­pre­ta­cję zna­cze­nia tych cyfr.

– Piątka, sir, ozna­cza, że spod pałacu poje­dziemy dłuż­szą trasą przez Vic­to­ria Embank­ment.

– A dwójka, inspek­to­rze? – komen­dant zwró­cił się do Rossa.

– Hasło „Brama Zdraj­ców”.

Jastrząb ski­nął głową i spoj­rzał na zega­rek.

– Lepiej już ruszaj­cie – pona­glił. – Nie mogę pozwo­lić, żeby lord szam­be­lan na was cze­kał. – Zgar­nął kostki i scho­wał je z powro­tem do dol­nej szu­flady biurka, gdzie pozo­staną do następ­nego roku.

Gdy pod­ko­mendni pospiesz­nie opu­ścili jego gabi­net, pod­niósł słu­chawkę i wybrał numer, któ­rego nie było w żad­nej książce tele­fo­nicz­nej. Osoba, do któ­rej dzwo­nił, zgło­siła się po pierw­szym sygnale.

– Pięć i dwa – powie­dział komen­dant.

– Pięć i dwa – powtó­rzył roz­mówca po dru­giej stro­nie linii i się roz­łą­czył.

Wil­liam i Ross szyb­kim kro­kiem poko­nali kory­tarz, minęli windę i po dwu­bie­go­wych scho­dach zbie­gli na par­ter. Nie zatrzy­mu­jąc się, dotarli do wyj­ścia z budynku i wtedy zoba­czyli kon­sta­bla Danny’ego Ivesa sie­dzą­cego za kie­row­nicą ciem­no­sza­rego land rovera. Nie takim samo­cho­dem jeź­dzili zazwy­czaj, ale ten naj­bar­dziej paso­wał do oko­licz­no­ści.

– Dzień dobry, sir – przy­wi­tał ich kie­rowca, gdy Wil­liam usiadł na tyl­nej kana­pie.

– Dzień dobry, Danny – odpo­wie­dział Ross, który rów­nież zajął miej­sce z tyłu.

Nad­in­spek­tor War­wick i kon­stabl Ives wstą­pili do służby poli­cyj­nej dzie­sięć lat temu jako nowi­cju­sze i wiecz­nemu kon­stablowi sporo czasu zajęło przy­zwy­cza­je­nie się do tytu­ło­wa­nia sze­fem wie­lo­let­niego kolegi, któ­rego przed­tem – tak jak wszy­scy – nazy­wał Chó­rzy­stą. Jesz­cze dłu­żej trwało, nim uznał go za swo­jego zwierzch­nika.

Danny uru­cho­mił sil­nik i wyru­szył w drogę samo­cho­dem, z któ­rym nie był obyty. Nie trzeba mu było pod­po­wia­dać, dokąd jadą. W końcu nie codzien­nie odwie­dzali pałac Buc­kin­gham.

Zazwy­czaj nie prze­kra­czał dozwo­lo­nej pręd­ko­ści, ponie­waż nie chcieli ścią­gać na sie­bie uwagi, cho­ciaż w dro­dze powrot­nej do pałacu zda­rzało się im w jed­nej z naj­bar­dziej ruchli­wych sto­lic świata prze­kra­czać sto kilo­me­trów na godzinę.

Danny zatrzy­mał się przy Whi­te­hall i spoj­rzał na postać naj­słyn­niej­szego admi­rała w histo­rii floty bry­tyj­skiej na kolum­nie. Po zmia­nie świa­teł na zie­lone skrę­cił w lewo, prze­je­chał pod Łukiem Admi­ra­li­cji i powoli zdą­żał The Mall, mając już doce­lowe miej­sce w zasięgu wzroku.

Na placu przy impo­nu­ją­cym mar­mu­ro­wym pomniku kró­lo­wej Wik­to­rii pojazdy roz­jeż­dżały się w prawo lub w lewo, oni nato­miast poje­chali na wprost. Przed bramą wjaz­dową do pałacu Danny się zatrzy­mał. Pod­szedł do nich irlandzki war­tow­nik, a wtedy opu­ściła się z tyłu boczna szyba land rovera. Spraw­dził legi­ty­ma­cję służ­bową nad­in­spek­tora War­wicka i odzna­czył jego nazwi­sko na liście gości, po czym odsu­nął się na bok, umoż­li­wia­jąc sze­fowi służby ochrony rodziny kró­lew­skiej wjazd na teren pałacu. Danny dostrzegł sza­rego opan­ce­rzo­nego jagu­ara w głębi dzie­dzińca i zapar­ko­wał obok niego. Nic się tu nie zmie­nia, pomy­ślał, widząc Phila Har­risa, szo­fera lorda szam­be­lana, sto­ją­cego na bacz­ność przy tyl­nych drzwiach auta w ocze­ki­wa­niu na szefa.

Danny wysiadł z land rovera i pod­szedł do kolegi.

– Cześć, Phil.

– Cześć, Danny – odpo­wie­dział Har­ris.

Obaj się zaprzy­jaź­nili, mimo że widy­wali się tylko dwa razy w roku. Wielcy urzęd­nicy pań­stwowi na kró­lew­skim dwo­rze co pewien czas się zmie­niali, a Har­ris trwał na swoim sta­no­wi­sku od jede­na­stu lat i słu­żył już trze­ciemu lor­dowi szam­be­la­nowi. Danny miał na kon­cie podobny staż w poli­cji.

– Wiesz, którą trasą poje­dziemy? – zapy­tał dla pew­no­ści kon­stabl.

– Numer pięć – odpo­wie­dział Phil.

– Hasło znasz?

– Numer dwa. Komen­dant Hawksby prze­ka­zał te infor­ma­cje sze­fowi przed waszym wyjaz­dem z Yardu.

– Widzę jego lor­dow­ską mość – szep­nął Danny, gdy główny zarządca domu kró­lew­skiego prze­mie­rzał dzie­dzi­niec kro­kiem wete­rana.

Har­ris otwo­rzył tylne drzwi jagu­ara, a kon­stabl wró­cił do land rovera. Lord szam­be­lan, uprzejmy męż­czy­zna, który ni­gdy się nie wywyż­szał, poma­chał ręką do Wil­liama, nim wsiadł do samo­chodu.

Oba pojazdy wyje­chały na The Mall nie­ozna­ko­waną boczną bramą i skie­ro­wały się na Tra­fal­gar Squ­are. Bez eskorty, bez sygna­łów ostrze­gaw­czych, bez nie­bie­skich pul­su­ją­cych świa­teł, by nie wzbu­dzać zain­te­re­so­wa­nia cie­kaw­skich, jed­nak w dro­dze powrot­nej z Tower trudno będzie go unik­nąć.

Danny podą­żał za jagu­arem w pew­nej odle­gło­ści, ale za nic nie wpu­ściłby żad­nego pojazdu w dzie­lącą ich prze­strzeń.

Wil­liam wyjął tele­fon z pod­ło­kiet­nika i wybrał numer, pod który dzwo­nił tylko dwa razy w roku.

– Dowódca straży w Tower – usły­szał głos w słu­chawce.

– Powin­ni­śmy być u was mniej wię­cej za kwa­drans – poin­for­mo­wał.

– Wszystko przy­go­to­wane, czeka do waszej dys­po­zy­cji – zamel­do­wał dowódca straży.

– Nie spo­dzie­wam się żad­nych utrud­nień – wyra­ził prze­ko­na­nie Wil­liam i scho­wał apa­rat. Zadzwo­niłby ponow­nie w nagłej sytu­acji, ale taka w ciągu ostat­nich pię­ciu lat nie zaist­niała.

– Jak tam dzie­ciaki? – zapy­tał Ross, wyry­wa­jąc go zamy­śle­nia.

– Szybko rosną, o wiele za szybko – odrzekł Wil­liam, gdy wje­chali na Vic­to­ria Embank­ment. – Arte­mi­sia jest naj­lep­sza w kla­sie i beczy za każ­dym razem, gdy spad­nie na dru­gie miej­sce.

– Zupeł­nie jak jej matka – zauwa­żył Ross. – A Peter?

– Wła­śnie został prze­wod­ni­czą­cym klasy i liczy, że w przy­szłym roku sta­nie na czele samo­rządu szkol­nego.

– Naj­wy­raź­niej nie bra­kuje mu two­ich ambi­cji – stwier­dził Ross z uśmie­chem. – A moja naj­droż­sza Jojo?

– Twoja córka zako­chała się w księ­ciu Har­rym i już napi­sała list do pałacu Buc­kin­gham z zapro­sze­niem na her­batę.

– Wiem. – Ross wes­tchnął. – Nawet popro­siła mnie o dorę­cze­nie.

Drę­czyło go poczu­cie winy, że córka wciąż mieszka z Beth i Wil­lia­mem. War­wic­ko­wie po śmierci jego żony uznali, że jako samotny ojciec nie zdoła pogo­dzić tak wyma­ga­ją­cej pracy z opieką nad Jojo. Oka­zali się wspa­nia­łymi rodzi­cami zastęp­czymi, a on ni­gdy otwar­cie się nie przy­znał, że bar­dzo tęskni za córką.

– Czas pomy­śleć o obo­wiąz­kach – przy­po­mniał Wil­liam.

Ross wyrwany z zadumy sta­rał się sku­pić na cze­ka­ją­cym ich zada­niu. Przy Somer­set House Danny musiał prze­je­chać skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle, żeby się nie roz­dzie­lić z jagu­arem lorda szam­be­lana. Nic bar­dziej nie ucie­szy­łoby Phila Har­risa od poka­za­nia kon­sta­blowi, że potrafi go prze­chy­trzyć.

Nie skrę­cili w lewo w kie­runku cen­trum mia­sta – gdzie obszaru o powierzchni ponad dwóch kilo­me­trów kwa­dra­to­wych pil­no­wały inne służby nie­świa­dome ich obec­no­ści – ale prze­je­chali tune­lem i zatrzy­mali się dopiero na następ­nych świa­tłach, na Upper Tha­mes Street, skąd zoba­czyli Tower w całej oka­za­ło­ści.

Jaguar prze­je­chał przez skrzy­żo­wa­nie. Danny podą­żył za nim St Katha­rine’s Way w dół do Tamizy, po czym skrę­cił ostro w prawo i zatrzy­mał się przed Bramą Wschod­nią twier­dzy. Szla­ban pod­niósł się auto­ma­tycz­nie.

Dyżurny straż­nik wyło­nił się z budki war­tow­ni­czej i pod­szedł do samo­chodu lorda szam­be­lana. Przy­wi­tał się z kie­rowcą i popro­sił o hasło.

– Brama Zdraj­ców – podał je Har­ris.

Straż­nik odwró­cił się i ski­nął głową. Oba skrzy­dła cięż­kiej drew­nia­nej bramy, która zagra­dzała im drogę, powoli się otwo­rzyły.

Ostatni etap trasy poko­nali bez prze­szkód, ponie­waż Tower na cały dzień zamknięto dla zwie­dza­ją­cych. Towa­rzy­szyło im zale­d­wie dwu­na­stu straż­ni­ków i osiem kru­ków. Danny około stu metrów jechał wzdłuż Tamizy, potem skrę­cił w prawo na wschodni most zwo­dzony, pier­wot­nie zbu­do­wany dla koni. Następ­nie oba samo­chody prze­je­chały pod łukiem Kró­lo­wej Elż­biety, skie­ro­wały się na strome zbo­cze i dalej do skarbca kró­lew­skiego. Przed wej­ściem do budynku straż­nik stał na bacz­ność obok sir Harry’ego Stan­leya, gene­rała kawa­lera koman­dora Kró­lew­skiego Orderu Wik­to­riań­skiego, oraz naczel­nika twier­dzy i opie­kuna kró­lew­skich klej­no­tów.

Phil Har­ris zatrzy­mał samo­chód, wysiadł i otwo­rzył drzwi swemu sze­fowi. Lord szam­be­lan i naczel­nik, któ­rzy rów­nież spo­ty­kali się tylko dwa razy w roku, wymie­nili uścisk dłoni. Po powi­ta­niu i krót­kiej poga­wędce sir Stan­ley popro­wa­dził gościa ścieżką w stronę skarbca.

– Cześć, Wal­te­rze. – Har­ris uśmiech­nął się przy­jaź­nie, żeby zaraz potem doku­czyć dowódcy yeome­nów. – I co, kolejny marny rok dla Gun­ner­sów?

– Nawet mi o tym nie przy­po­mi­naj – odrzekł Wal­ter i wszedł za swoim sze­fem do środka, ener­gicz­nie zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Wil­liam wysiadł z land rovera i cze­kał. Czę­sto się zasta­na­wiał, co się dzieje za tymi drzwiami strze­żo­nymi przez zastęp yeome­nów – dwu­na­stu straż­ni­ków zwa­nych par­ty­zan­tami – zawsze w peł­nej goto­wo­ści na nie­spo­dzie­waną sytu­ację, która nie wystą­piła od 1671 roku.

Drzwi do skarbca zostały zamknięte na klucz, Har­ris zaś wró­cił do samo­chodu i wyko­nał ruty­nowy manewr. Zato­czył nie­wiel­kie pół­kole i usta­wił go przo­dem do bramy. Danny zro­bił to samo i zatrzy­mał się za nim. Obaj dla pew­no­ści spraw­dzili goto­wość do szyb­kiego odjazdu, gdy nadej­dzie pora wyru­sze­nia w drogę powrotną do pałacu. Zaraz potem dołą­czyło do nich pię­ciu człon­ków spe­cjal­nej grupy eskor­tu­ją­cej. W zasa­dzie towa­rzy­szą oni tylko człon­kom rodziny kró­lew­skiej, pre­mie­rowi i gło­wom państw, ale bry­tyj­ska korona pań­stwowa i miecz pań­stwowy, jako sym­bole wła­dzy panu­ją­cego monar­chy, wyma­gają takiej samej ochrony. Dwa samo­chody oraz moto­cy­kle eskorty cze­kały na wyzna­czo­nych pozy­cjach. Wtedy Har­ris wysiadł z pierw­szego samo­chodu w kolum­nie, otwo­rzył bagaż­nik i sta­nął przy nim. Tym­cza­sem Wil­liam ani na chwilę nie spusz­czał wzroku z budynku, cze­kał, aż otwo­rzą się drzwi skarbca i wyj­dzie z niego gene­rał Stan­ley z naj­cen­niej­szymi skar­bami w kró­le­stwie.

Do środka weszli trzej męż­czyźni, a kilka minut póź­niej w drzwiach poja­wiło się ich pię­ciu. Każdy z dwóch straż­ni­ków skarbca niósł czarny skó­rzany fute­rał ze zło­tym mono­gra­mem EIIR na wieku. W jed­nym z nich, kształ­tem przy­po­mi­na­ją­cym altów­kowy, znaj­do­wał się miecz pań­stwowy, w dru­gim bry­tyj­ska korona pań­stwowa, którą w 1953 roku pod­czas cere­mo­nii koro­na­cyj­nej arcy­bi­skup Can­ter­bury wło­żył na głowę kró­lo­wej Elż­bie­cie II. Naza­jutrz przed połu­dniem, o 11.30, Jej Kró­lew­ska Mość wystąpi w niej na uro­czy­stej sesji inau­gu­ra­cyj­nej nowego par­la­mentu, pod­czas któ­rej wygłosi mowę tro­nową w Izbie Lor­dów.

Jako ostatni skar­biec opu­ścił lord szam­be­lan. Spraw­dził, czy oba fute­rały zostały bez­pieczne umiesz­czone w bagaż­niku jagu­ara, i zajął swoje miej­sce na tyl­nej kana­pie. Ski­nął głową na znak, że czas roz­po­cząć drugi etap ope­ra­cji.

Dowódca yeome­nów sta­nął na bacz­ność i zasa­lu­to­wał, gdy kolumna pod eskortą wyru­szyła w drogę. Obaj z naczel­ni­kiem twier­dzy opu­ścili swoje sta­no­wi­ska, dopiero gdy znik­nęła im z oczu.

Tak­sówka zmie­rza­jąca do hotelu Savoy jechała nie­wła­ściwą stroną jezdni. Miles Faulk­ner dopiero po pew­nym cza­sie się zorien­to­wał, że znaj­dują się na ulicy, jedy­nej w Lon­dy­nie – po któ­rej można się poru­szać prawą stroną bez obawy o man­dat.

Minęło pra­wie pięć lat, odkąd wyje­chał z Lon­dynu. Przed­tem był tu gło­śną i kon­tro­wer­syjną posta­cią, sam sie­bie bowiem uwa­żał za świa­to­wego biz­nes­mena, nato­miast służby poli­cyjne miały go za kom­bi­na­tora zna­nego z kon­flik­tów z pra­wem, który z woli Jej Kró­lew­skiej Mości tra­fił do wię­zie­nia za oszu­stwo. Po czte­rech latach wyszedł na wol­ność, opu­ścił Anglię, kupił w Nowym Jorku luk­su­sowy apar­ta­ment i zamiesz­kał tam prze­ko­nany, że znaj­duje się na tyle daleko od wścib­skich oczu star­szego nad­in­spek­tora Wil­liama War­wicka, że może powró­cić do swo­ich szem­ra­nych impor­towo-eks­por­to­wych inte­re­sów, z któ­rych czer­pał kro­ciowe zyski, bez wpisu do ewi­den­cji pod­mio­tów gospo­dar­czych i z pomi­nię­ciem obo­wiązku podat­ko­wego. Nie­wiele czasu minęło, gdy zatę­sk­nił za domem i zapra­gnął wró­cić na Wyspy. Bez roz­głosu – taką w każ­dym razie miał nadzieję. Prze­li­czył się jed­nak, albo­wiem nie­jaki James Bucha­nan, agent FBI, bacz­nie go obser­wo­wał, na wypa­dek gdyby kie­dyś przy­szło mu zło­żyć raport z poczy­nań Faulk­nera War­wic­kowi, któ­rego nie tylko podzi­wiał, ale też miał wobec niego – w swoim mnie­ma­niu – dług wdzięcz­no­ści za wszyst­kie dobre rady. Poznali się na waka­cjach, w cza­sie gdy James jesz­cze stu­dio­wał. Teraz pra­co­wał w Waszyng­to­nie i w dal­szym ciągu z podzi­wem obser­wo­wał, jak jego men­tor wspina się po szcze­blach kariery zawo­do­wej, zasta­na­wia­jąc się cza­sem, czy nad­in­spek­tor jesz­cze go pamięta.

Miles wysiadł z tak­sówki, przy­sta­nął na chod­niku i dopiero po chwili wszedł do hotelu. Przez lata wygna­nia, na które sam się ska­zał, nie było dnia, żeby nie myślał o lun­chu w Savoyu. Nie zapo­mniał też wię­zien­nej diety skła­da­ją­cej się z zim­nej, grud­ko­wa­tej owsianki, przy­pa­lo­nej grzanki i jajka na twardo. Wię­zienny kucharz nie miał poję­cia o ulu­bio­nych przy­sma­kach Milesa: ani o wło­skiej kapu­ście, ani o dese­rze z brzo­skwi­niami i sosem mali­no­wym, które ser­wo­wano w Savoyu.

Por­tier mu się ukło­nił i otwo­rzył drzwi. Miles wszedł do środka i skie­ro­wał się pro­sto do sali z gril­lem.

– Dzień dobry, panie Faulk­ner – przy­wi­tał go główny kel­ner, jakby ich stały gość wcale nie wyjeż­dżał. – Ten sam sto­lik co zawsze?

Miles ski­nął głową. Mario popro­wa­dził go przez zatło­czoną salę do stołu w zacisz­nej wnęce, gdzie można było swo­bod­nie roz­ma­wiać z dala od nie­po­wo­ła­nych uszu. Usiadł na swoim zwy­kłym miej­scu i rozej­rzał się po sali restau­ra­cyj­nej, która się nie zmie­niła od jego ostat­niej kola­cji. Wśród licz­nych gości roz­po­znał kilka powszech­nie zna­nych osób. Redak­tora naczel­nego „Daily Mail” jedzą­cego lunch w towa­rzy­stwie członka Rady Mini­strów, któ­rego nazwi­ska nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, aktora w sąsied­niej wnęce, któ­rego ni­gdy nie zapo­mni, ponie­waż w wię­zie­niu obej­rzał wszyst­kie odcinki serialu „Poirot” z jego udzia­łem, nie­które nawet kil­ka­krot­nie, żeby wypeł­nić cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność godziny.

Prze­niósł się myślami do swego gościa, który zawsze się spóź­niał, choć trudno się temu dzi­wić, skoro pobiera hono­ra­rium godzi­nowe. Zawsze zama­wiał stek z polę­dwicy i butelkę wina rocz­ni­ko­wego znaj­du­ją­cego się na samym dole karty.

Przez lata przy­mu­so­wej emi­gra­cji Milesa pan Booth Wat­son był jedyną osobą w kraju, z którą Faulk­ner utrzy­my­wał kon­takt. Raz w tygo­dniu kon­sul­to­wał się ze swoim praw­ni­kiem, prze­ka­zy­wał mu infor­ma­cje o licz­nych trans­ak­cjach albo zle­cał zło­że­nie oferty kupna obrazu lub rzeźby, które chciał dodać do swo­jej kolek­cji. Sędzia i ława przy­się­głych mogli go posy­łać za kratki, ale gdy za nimi prze­by­wał, war­tość jego nie­ru­cho­mo­ści i akcji wciąż rosła.

Po ape­la­cji w Sądzie Naj­wyż­szym, uzna­nej dzięki Boothowi Wat­so­nowi, pię­cio­letni wyrok wię­zie­nia skró­cono Faulk­ne­rowi o rok. Po paru tygo­dniach został prze­nie­siony do otwar­tego zakładu kar­nego w Ford, w któ­rym – w porów­na­niu z Worm­wood Scrubs – czuł się jak na obo­zie let­nim.

Wkrótce przy­znano mu tam jed­no­oso­bowy pokój – w otwar­tym wię­zie­niu nie ma cel – a mie­siąc póź­niej zwol­niono z obo­wiąz­ków sprzą­ta­cza i prze­nie­siono na sta­no­wi­sko wię­zien­nego biblio­te­ka­rza. Kosz­to­wało go to trzy­sta fun­tów. Za sto prze­ko­nał poprzed­nika do zmiany zaję­cia i za kolejne dwie­ście zjed­nał sobie straż­nika wię­zien­nego odpo­wie­dzial­nego za przy­dział pracy. Zapła­ciłby mu nawet trzy tysiące, ale tam­ten zło­żył zbyt niską ofertę otwar­cia. Obie trans­ak­cje zostały opła­cone gotówką, któ­rej posia­da­nie jest w wię­zie­niu nie­do­zwo­lone, choć wciąż sta­nowi jedyną akcep­to­waną formę roz­li­czeń.

Biblio­tekę odwie­dzali tylko nie­liczni więź­nio­wie i pra­wie wszy­scy, któ­rzy do niej zaglą­dali, uda­wali się pro­sto do działu kry­mi­na­li­styki w poszu­ki­wa­niu mocno sfa­ty­go­wa­nej książki w mięk­kiej opra­wie. Na tomach epo­pei Wojna i pokój, odsia­du­ją­cych na półce wyrok doży­wo­cia, przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat gro­ma­dził się kurz.

Miles poży­tecz­nie wyko­rzy­sty­wał nie­koń­czące się sześć­dzie­się­cio­mi­nu­towe godziny. Zaczy­nał dzień od lek­tury „Finan­cial Timesa”, który przy­no­sił mu straż­nik wię­zienny wraz z poranną kawą. Po lun­chu w sto­łówce wra­cał do biblio­teki i odda­wał się lek­tu­rze. W wię­zie­niu prze­czy­tał wszystko, od Daphne du Mau­rier po Tho­masa Hardy’ego, a po wyj­ściu na wol­ność mógłby z powo­dze­niem skoń­czyć filo­lo­gię angiel­ską na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim, na który trzy­dzie­ści lat wcze­śniej go nie przy­jęto.

Od czasu do czasu przy­cho­dził do niego naczel­nik na poga­wędkę, pod­czas któ­rej wymie­niali poglądy przy kawie i kru­chych cia­stecz­kach – to zna­czy Miles przy kawie, a naczel­nik przy cia­stecz­kach. Szybko stało się jasne, że Faulk­ner jest lepiej od niego poin­for­mo­wany o tym, co się dzieje w wię­zie­niu, tak więc w prze­rwach na kawę wymie­niał wia­do­mo­ści z pierw­szej ręki na kolejne opa­ko­wa­nia cia­stek.

Przez te kilka lat przy­mu­so­wego pobytu w Nowym Jorku ani na chwilę nie opusz­czała go myśl o bez­piecz­nym powro­cie do Lon­dynu i zemście naj­pierw na War­wicku, potem na Hoga­nie, a na końcu na komen­dan­cie.

2

Wil­liam i Ross z tyl­nej kanapy land rovera w napię­ciu obser­wo­wali przez boczne szyby prze­my­ka­jące im przed oczami zna­jome miej­skie obiekty. Obaj zda­wali sobie sprawę, że tylko w dro­dze powrot­nej do pałacu może się wyda­rzyć coś, czego nie prze­wi­dziano w pla­nie ope­ra­cji, choć prze­jazd trwa nie­spełna pięt­na­ście minut. Gdyby się tak stało, zosta­liby zapa­mię­tani jako ci, któ­rzy okryli się nie­sławą w ciągu tego kwa­dransa. W dwor­skim tem­pie prze­to­czyli się przez środ­kowy most zwo­dzony w asy­ście pię­ciu moto­cy­kli­stów spe­cjal­nej grupy eskor­tu­ją­cej Met, ale gdy za Bramą Wschod­nią znów wje­chali na St Katha­rine’s Way, nie musieli zwa­żać na ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści. Na każ­dym skrzy­żo­wa­niu z czer­wo­nym świa­tłem na tra­sie ich prze­jazdu ruchem ulicz­nym kie­ro­wali dwaj funk­cjo­na­riu­sze z eskorty, zapew­nia­jąc kolum­nie płynny prze­jazd. Wil­liam przez przed­nią szybę podzi­wiał dosko­nałą syn­chro­ni­za­cję wyszko­lo­nych kole­gów. Jeden moto­cy­kli­sta jadący z przodu mknął do naj­bliż­szego skrzy­żo­wa­nia, gdzie gwizd­kiem sygna­li­zo­wał zakaz ruchu, drugi z tej pary mijał go i jechał do następ­nego skrzy­żo­wa­nia, gdzie robił to samo. W tym cza­sie dwaj moto­cy­kli­ści podą­ża­jący za kolumną prze­miesz­czali się do przodu, przed samo­chód lorda szam­be­lana. Gdy pierw­sza para z eskorty wyko­nała swoje zada­nie, obaj moto­cy­kli­ści zaj­mo­wali pozy­cje za land rove­rem, tym­cza­sem jadący z przodu przy­spie­szali i zdą­żali w taki sam spo­sób do następ­nego i kolej­nego skrzy­żo­wa­nia. Sto­su­jąc model szta­fe­towy, grupa eskor­tu­jąca umoż­li­wiała kolum­nie utrzy­ma­nie pręd­ko­ści na pozio­mie sześć­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­me­trów na godzinę, gdy tym­cza­sem w pozo­sta­łej czę­ści Lon­dynu śred­nia pręd­kość w ruchu ulicz­nym wyno­siła około trzy­na­stu, a przy odro­bi­nie szczę­ścia nie­spełna pięt­na­stu.

Wil­liam i Ross roz­glą­dali się we wszyst­kie strony, gdy samo­chody jechały przez most Black­friars, a potem wzdłuż nabrzeża z pręd­ko­ścią chwi­lami nawet ponad stu kilo­me­trów na godzinę. Minęli od tyłu hotel Savoy w bez­tro­skiej nie­świa­do­mo­ści, że Miles Faulk­ner i radca kró­lew­ski Booth Wat­son spo­tkali się w hote­lo­wej restau­ra­cji i w sali z gril­lem wła­śnie wybie­rają potrawy na lunch, a w kar­cie dań nie prze­wi­dziano pospo­li­tej zapie­kanki.

Miles odło­żył kartę, gdy zauwa­żył swo­jego praw­nika kaczym cho­dem zbli­ża­ją­cego się do niego. Wyda­wało się, że pogłę­biły mu się zmarszczki na czole i że zde­cy­do­wa­nie wol­niej się poru­sza. Booth Wat­son miał na sobie dobrze skro­jony dwu­rzę­dowy gar­ni­tur, któ­rym pró­bo­wał zatu­szo­wać obfite kształty, bla­do­nie­bie­ską koszulę i pognie­ciony kra­wat Mid­dle Tem­ple – zrze­sze­nia zawo­do­wego bry­tyj­skich adwo­ka­tów. Jak zwy­kle niósł teczkę Glad­stone, która była chyba na trwałe przy­mo­co­wana do jego dłoni.

– Miło znowu cię widzieć, Mile­sie – powie­dział. Pochy­lił się i uści­snął dłoń zło­to­daj­nemu klien­towi, po czym ciężko opadł na krze­sło naprze­ciwko niego. Teczkę Glad­stone posta­wił na pod­ło­dze obok sie­bie.

W ocze­ki­wa­niu na kel­nera wymie­nili kilka gład­kich zdań, któ­rych banal­nej tre­ści żaden nie trak­to­wał poważ­nie. Miles nie­spiesz­nie prze­glą­dał opra­wione w skórę bogate menu, wciąż nie­zde­cy­do­wany, od czego zacząć. Booth Wat­son nato­miast bez namy­słu wybrał oba dania i wino, które uwa­żał za ich odpo­wied­nie dopeł­nie­nie, nim Faulk­ner zdą­żył dojść do końca dru­giej strony.

– Popro­szę stek z polę­dwicy, krwi­sty – zamó­wił praw­nik i oddał kartę kel­ne­rowi.

– A dla pana? – zwró­cił się kel­ner do Milesa.

– Wędzony łosoś. – Kolejne danie, któ­rego próżno się spo­dzie­wać w wię­zien­nej sto­łówce w Woorm­wood Scrubs. – Opo­wiedz mi, co robili Hawksby, War­wick i Hogan pod­czas mojej nie­obec­no­ści – popro­sił Wat­sona, gdy kel­ner się odda­lił.

– Komen­dant Hawksby wciąż dowo­dzi wydzia­łem ochrony człon­ków rodziny kró­lew­skiej. Nad­in­spek­tor War­wick jest jego zastępcą.

– A Hogan? – zapy­tał Faulk­ner lek­ce­wa­żą­cym tonem, któ­rego nie sta­rał się ukryć.

– Inspek­tor Hogan nie jest już agen­tem ochrony oso­bi­stej księż­nej Diany, ponie­waż zwierzch­nicy uznali, że tro­chę za bar­dzo się do sie­bie zbli­żyli, i został prze­nie­siony z powro­tem do Yardu.

– Czym wobec tego oni wszy­scy się zaj­mują?

– Na przy­kład dzi­siaj wiozą lorda szam­be­lana z pałacu Buc­kin­gham do Tower po klej­noty koronne potrzebne na jutrzej­szą uro­czy­stą sesję inau­gu­ra­cyjną nowego par­la­mentu – odrzekł Wat­son. – War­wick i Hogan wcho­dzą w skład ekipy zabez­pie­cza­ją­cej i jutro będą nad­zo­ro­wać prze­wóz klej­no­tów z powro­tem do Tower. Obo­wią­zek ten wypeł­niają raz w roku.

– Naj­wy­raź­niej jesteś bar­dzo dobrze poin­for­mo­wany – zauwa­żył Miles. – Domy­ślam się, że Lamont w dal­szym ciągu dla cie­bie pra­cuje.

– Eme­ry­to­wany nad­in­spek­tor jest człon­kiem mojego zespołu i mogę cię zapew­nić, że podob­nie jak ty żywi do War­wicka i Hogana wąt­pliwą sym­pa­tię, więc będzie mnie na­dal infor­mo­wał o ich poczy­na­niach.

– Możesz mu powie­dzieć, żeby zdwoił wysiłki, bo w ich spra­wie nic się nie zmie­niło. Upo­ko­rze­nie jed­nego i dru­giego jest dla mnie bez­względ­nie naj­waż­niej­sze, a dodat­kową satys­fak­cję spra­wi­łoby mi pogrą­że­nie Hawksby’ego.

– Nie sądzisz, Mile­sie, że teraz, kiedy wró­ci­łeś do Lon­dynu, roz­sąd­niej byłoby zosta­wić te pora­chunki za sobą i nie dawać powo­dów do roz­głosu?

– O tym nie ma mowy. O niczym innym nie myśla­łem, odkąd War­wick zabrał głos w sądzie. Już nie pamię­tasz, że to on przy­czy­nił się do mojej odsiadki? O nie! Nie spo­cznę, dopóki mu nie odpłacę pięk­nym za nadobne. Będzie miał oka­zję prze­ko­nać się na wła­snej skó­rze, jak to jest być pozba­wio­nym wol­no­ści. Nie obcho­dzi mnie, jakim kosz­tem. On i ci, któ­rzy byli za to odpo­wie­dzialni, muszą dostać za swoje.

– Ale pomy­śla­łem…

– W takim razie możesz pomy­śleć jesz­cze raz, BW, bo ja nie mogę się docze­kać dnia, w któ­rym lord szam­be­lan odpro­wa­dzi ich obu do Tower i tam zostawi.

Booth Wat­son wpa­try­wał się w kopertę z wypłatą i kolejny raz zasta­na­wiał, czy może jesz­cze spró­bo­wać odwieść swego klienta od jego zamia­rów. Po chwili przy­po­mniał sobie wyraz jego twa­rzy w por­cie i zro­zu­miał, że Faulk­ner dopnie swego. Żaden argu­ment Bootha Wat­sona niczego nie zmieni. Zre­zy­gno­wał i z przy­jem­no­ścią sączył wyjąt­kowo szla­chetne bor­de­aux, jakim od pew­nego czasu nie miał oka­zji się delek­to­wać.

– Są jesz­cze jakieś pro­blemy, które powi­nie­nem wziąć pod uwagę? – zapy­tał Miles, gdy poja­wił się kel­ner z daniami głów­nymi.

Zawsze nie­za­wodny wspól­nik w podej­rza­nych inte­re­sach pochy­lił się, wyjął z teczki egzem­plarz „New York Timesa” z poprzed­niego dnia, podał go Mile­sowi i cze­kał na wybuch wul­kanu.

– Daruj sobie te gierki i od razu powiedz, czego mam tu szu­kać.

– Strona czter­dzie­sta trze­cia – pod­po­wie­dział Wat­son zajęty ste­kiem.

Miles prze­rzu­cał strony i zatrzy­mał się dopiero na czter­dzie­stej trze­ciej. Przy­glą­dał się przez jakiś czas.

– Ani tro­chę nie jestem mądrzej­szy.

– W dziale nie­ru­cho­mo­ści znaj­dziesz ogło­sze­nie o sprze­daży luk­su­so­wego miesz­ka­nia na Wschod­niej Sześć­dzie­sią­tej Pierw­szej Ulicy.

– Dosko­nale wiem, że mój apar­ta­ment na Man­hat­ta­nie został wysta­wiony na sprze­daż – wyja­śnił Miles. – Pew­nie nie sły­sza­łeś, że nie­dawno kupi­łem więk­szy na naj­wyż­szym pię­trze w tym samym budynku, ten na dzie­wią­tym nie jest mi już potrzebny. Jeśli nie zamie­rzasz go kupić, to prze­stań mar­no­wać mój czas. – Odrzu­cił gazetę na bok i wyci­snął połowę cytryny na wędzo­nego łoso­sia.

– Radzę ci dokład­niej przyj­rzeć się ogło­sze­niu – odrzekł Booth Wat­son prze­ko­nany, że abso­lut­nie nie mar­nuje czasu swo­jego klienta.

Faulk­ner nie­chęt­nie się­gnął po dzien­nik i z uwagą prze­czy­tał opis luk­su­so­wego apar­ta­mentu na Man­hat­ta­nie z pię­cioma sypial­niami i wido­kiem na Cen­tral Park. Cena ofer­towa wyno­siła sie­dem milio­nów dola­rów. Długo przy­glą­dał się foto­gra­fii, aż końcu lawa wytry­snęła z wul­kanu.

– Kto, do cho­lery, na to pozwo­lił? – krzyk­nął na tyle gło­śno, że jeden z gości przy sąsied­nim sto­liku się obej­rzał.

– Nie jestem twoim agen­tem nie­ru­cho­mo­ści – powie­dział spo­koj­nie Wat­son – tylko skrom­nym doradcą, który robi wszystko, co w jego mocy, żeby chro­nić ci tyłek.

– Zrób coś, żeby natych­miast usu­nęli to zdję­cie – pole­cił Miles rów­nie gło­śno.

– Już to zro­bi­łem. – Wat­son uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem. – Zgło­si­łem rów­nież zastrze­że­nie, żeby w przy­szło­ści to zdję­cie nie poja­wiało się w żad­nych mate­ria­łach sprze­da­żo­wych.

Miles wciąż nie odry­wał wzroku od foto­gra­fii obrazu Rubensa Zdję­cie z krzyża, który wisi na ścia­nie w jego salo­nie, a teraz mogą się nim zachwy­cać miliony czy­tel­ni­ków codzien­nej gazety.

– Z pew­no­ścią nie muszę ci przy­po­mi­nać, Mile­sie, że świat sztuki żyje w błęd­nym prze­ko­na­niu, że to arcy­dzieło obec­nie zdobi ścianę muzeum Fit­zmo­lean, a nie two­jego nowo­jor­skiego miesz­ka­nia – zauwa­żył Booth Wat­son.

– Gdyby ktoś pytał – mruk­nął Miles, pochy­la­jąc się nad sto­łem – daj jasno do zro­zu­mie­nia, że mój jest kopią.

– Ale gdyby poten­cjalny kupiec przy­pad­kiem natknął się na to ogło­sze­nie i posta­no­wił spraw­dzić… – zaczął Wat­son, po czym zawie­sił głos, ponie­waż poja­wił się kel­ner z winem i dopeł­niał mu kie­li­szek. Pocze­kał, aż przej­dzie do innego sto­lika. – Chyba nie zapo­mnia­łeś, że ory­gi­nał poda­ro­wa­łeś muzeum w zamian za łagod­niej­szy wyrok, więc gdyby się o tym dowie­działa pro­ku­ra­tura koronna…

– W żad­nym razie nie wolno do tego dopu­ścić – burk­nął ze zło­ścią Miles, który nawet nie tknął wina.

– Szko­puł w tym – cią­gnął Wat­son – że dyrek­tor Fit­zmo­lean nie­dawno poin­for­mo­wał, że prze­cho­dzi na eme­ry­turę, a z zaufa­nego źró­dła dowie­dzia­łem się, że fawo­rytką na jego miej­sce jest pani Beth War­wick.

– Na to rów­nież nie można pozwo­lić, bo jeżeli zacznie podej­rze­wać, że jej Chry­stus nie jest Zba­wi­cie­lem, pierw­szą osobą, do któ­rej się z tym zwróci, będzie jej mąż – zauwa­żył Faulk­ner. – Czy mogli­by­śmy temu zapo­biec? – zapy­tał szep­tem po chwili.

– Twoja była żona w dal­szym ciągu jest człon­kiem zarządu w muzeum i będzie miała wpływ na osta­teczną decy­zję. Może dałoby się ją prze­ko­nać…

– Za grosz tej kobie­cie nie ufam – prze­rwał praw­ni­kowi Miles. – Weź też pod uwagę, że jest bli­ską przy­ja­ciółką pani War­wick i tylko czeka na oka­zję, żeby mnie oszu­kać.

– Ow­szem, ale dobrze wiesz, że Chri­sti­nie aku­rat teraz bra­kuje pie­nię­dzy, więc kto wie…

– Tyle że to ja się do tego przy­czy­ni­łem – zwró­cił uwagę Miles. – Czyż­byś zapo­mniał?

– Tym bar­dziej miał­byś powód, żeby ją tro­chę pod­ra­to­wać – pod­su­nął Booth Wat­son, marsz­cząc czoło.

– Być może – pod­chwy­cił Miles. Zjadł kawa­łek łoso­sia, a Booth opróż­nił drugi kie­li­szek wina. – Naj­pierw dowiedz się, czy widziała ogło­sze­nie w „New York Time­sie”. Mało praw­do­po­dobne, ale jeśli tak, to możesz być pewien, że wyśle pani War­wick ksero z wia­do­mo­ścią, żeby zaj­rzała na odpo­wied­nią stronę.

– Musiał­bym mieć pre­tekst, żeby się z nią spo­tkać, nie wzbu­dza­jąc podej­rzeń.

– Gdy już będziesz pewien, że nie widziała tego arty­kułu, możesz jej napo­mknąć, że nie chcę, aby żona nad­in­spek­tora War­wicka objęła sta­no­wi­sko dyrek­tora Fit­zmo­lean, i obie­cać, że sowi­cie ją wyna­gro­dzę, jeżeli do tego nie doj­dzie. Chri­stina z łatwo­ścią weź­mie to za dobrą monetę.

Booth Wat­son napo­czął bef­sztyk i aż się uśmiech­nął, widząc wypły­wa­jącą z niego krwi­stą strużkę.

Danny minął Savoy i zwol­nił, dopiero gdy grupa eskor­tu­jąca skrę­ciła w prawo w Nor­thum­ber­land Ave­nue. W zasięgu wzroku nie było żad­nego innego pojazdu. Przy odgło­sach sygna­łów ostrze­gaw­czych i gwizd­ków poli­cyj­nych bez prze­szkód prze­je­chali przez Tra­fal­gar Squ­are do The Mall i skie­ro­wali się w stronę pałacu Buc­kin­gham.

Zacie­ka­wieni tury­ści pospiesz­nie robili zdję­cia, pró­bo­wali wypa­trzyć, czy z tyłu samo­chodu z przy­ciem­nio­nymi szy­bami jedzie czło­nek rodziny kró­lew­skiej.

Samo­chody dotarły do oka­za­łej bramy wjaz­do­wej do pałacu, przy któ­rej nikt ich nie zatrzy­mał, nie zapy­tał, kto jedzie. War­tow­nik zapre­zen­to­wał broń, gdy wje­chali na dzie­dzi­niec, po czym prze­szedł skle­pio­nym przej­ściem i znik­nął w budynku, gdzie dwaj młodsi pod­ofi­ce­ro­wie z Gwar­dii Irlandz­kiej w posta­wie zasad­ni­czej cze­kali na prze­ję­cie „fan­tów” – tak w mesie ofi­cer­skiej nazy­wano rega­lia.

Phil Har­ris zapar­ko­wał i pierw­szy wysko­czył z jagu­ara. Otwo­rzył tylne drzwi lor­dowi szam­be­la­nowi i zaraz potem bagaż­nik. Odsu­nął się na bok, ustę­pu­jąc miej­sca dwóm gwar­dzi­stom, któ­rzy prze­jęli obo­wiązki. Jeden z nich wyjął fute­rał z mie­czem pań­stwo­wym, drugi – bar­dzo ostroż­nie – jakby brał na ręce wła­sne pier­wo­rodne dziecko – wziął fute­rał z bry­tyj­ską koroną pań­stwową.

Wil­liam obser­wo­wał trzech męż­czyzn, któ­rzy odwró­ceni do niego ple­cami odma­sze­ro­wali. Lord szam­be­lan zjawi się jutro o pierw­szej po połu­dniu, kiedy będą go eskor­to­wać wraz z rega­liami, które wrócą do skarbca po nocy prze­by­wa­nia poza nim.

– Jedziemy! – pona­glił Wil­liam, gdy dwaj młodsi rangą gwar­dzi­ści znik­nęli w pałacu.

Danny powoli wyje­chał z dzie­dzińca, skie­ro­wał się do bramy pałacu i dalej do Sco­tland Yardu.

– Nie mogę pojąć – ode­zwał się Ross, gdy skrę­cili w Petty France – dla­czego jest tyle zachodu z dostar­cza­niem korony do pałacu Buc­kin­gham. Prze­cież mogli­śmy ją zawieźć bez­po­śred­nio do Izby Lor­dów.

– Przy­cho­dzą mi na myśl dwa powody – odrzekł Wil­liam. – Po pierw­sze, nie powie­rzył­bym klej­no­tów koron­nych lor­dom na noc, ponie­waż mógłby się wśród nich zna­leźć puł­kow­nik Blood. Po dru­gie, nie zapo­mi­naj, że miecz pań­stwowy i bry­tyj­ska korona pań­stwowa mają wła­sny powóz, który jedzie przed Jej Kró­lew­ską Mością za każ­dym razem, gdy monar­chini udaje się z pałacu Buc­kin­gham do Izby Lor­dów przed wygło­sze­niem mowy tro­no­wej.

Ross ski­nął głową.

– Nie mogłem spać ostat­niej nocy.

– Dla­czego? – Wil­liam spoj­rzał na przy­ja­ciela.

– Za każ­dym razem mam wra­że­nie, że coś pój­dzie nie tak pod­czas prze­wozu klej­no­tów, i nie oszu­kujmy się, ten jeden raz wystar­czy!

– Mało praw­do­po­dobne. Są dobrze chro­nione i tylko my znamy szcze­góły tej ope­ra­cji. W każ­dym razie ludziom nawet nie przy­cho­dzi do głowy, że klej­noty koronne mogłyby znik­nąć z Tower na kilka dni. Dla­czego mia­łoby się coś takiego przy­da­rzyć?

Ross mil­czał. Zasta­na­wiał się, co by było gdyby…

Danny zatrzy­mał się przed Sco­tland Yar­dem. Pierw­szy wysiadł z samo­chodu Wil­liam. Szyb­kim kro­kiem wszedł do budynku, wbiegł po dwa stop­nie na dru­gie pię­tro i zapu­kał do gabi­netu Jastrzę­bia.

– Wejść! – dobiegł zza drzwi gromki głos.

Wil­liam od razu zamel­do­wał komen­dan­towi, że coroczna ope­ra­cja po raz kolejny prze­bie­gła bez zakłó­ceń.

– Ode­tchnę z ulgą dopiero wtedy, gdy naczel­nik zadzwoni do mnie i potwier­dzi, że bry­tyj­ska korona pań­stwowa i miecz pań­stwowy wró­ciły do skarbca i są tam bez­pieczne przez kolejny rok – stwier­dził Jastrząb.

Czyli nie tylko Rossa drę­czą takie myśli, skon­sta­to­wał Wil­liam. Sam cza­sem zapo­mi­nał, że gdyby w ciągu tych kry­tycz­nych pięt­na­stu minut zaist­niały nie­po­żą­dane oko­licz­no­ści, nie byłby jedyną osobą, która musia­łaby zło­żyć rezy­gna­cję ze służby.

– Wra­cam teraz do codzien­nych spraw – oznaj­mił.

– Zanim wyj­dziesz, star­szy nad­in­spek­to­rze, musimy jesz­cze zamie­nić kilka słów. Dziś rano zadzwo­nił komi­sarz i potwier­dził twój awans. Gra­tu­luję, Wil­lia­mie. Bez dwóch zdań na niego zasłu­ży­łeś.

Wil­liam, któ­remu nad­spo­dzie­wa­nie zabra­kło słów, dopiero po chwili odzy­skał mowę.

– Dzię­kuję, sir.

– Pro­po­nuję, star­szy nad­in­spek­to­rze, żebyś dla odmiany dzi­siaj nie myślał o codzien­nej pracy, tylko poszedł do domu i spę­dził tro­chę czasu z Beth i dziećmi. Ale wróć na czas do pałacu po koronę i miecz, które trzeba odwieźć do Tower. Bo jeśli jutro o tej porze nie wrócą bez­piecz­nie na miej­sce, to twier­dza może się stać twoim sta­łym miej­scem zamiesz­ka­nia.

– Co się stało, Jaski­niowcu, że tak wcze­śnie wró­ci­łeś? – zapy­tała Beth, gdy Wil­liam wszedł do kuchni. – Wyrzu­cili cię z pracy?

– Prze­ciw­nie, awan­so­wali – uśmiech­nął się.

Na tę nowinę wyraz twa­rzy Beth się zmie­nił, a on poczuł się zasko­czony jej reak­cją.

– No nie!

– No nie? – zdzi­wił się.

– Dyrek­tor Fit­zmo­lean zło­żył rezy­gna­cję. Przed chwilą dzwo­nił i wyra­ził nadzieję, że będę się ubie­gała o to sta­no­wi­sko.

– Wspa­niała wia­do­mość – ucie­szył się Wil­liam, bio­rąc żonę w ramiona. Odkąd ode­szła ze sta­no­wi­ska zastępcy dyrek­tora, ani razu nie poru­szył tego tematu, ale przez cały czas miał nadzieję, że Beth wróci do muzeum jako dyrek­tor.

– Jesz­cze nie dosta­łam tej pracy, star­szy nad­in­spek­to­rze.

– Zarząd drugi raz nie popełni tego samego błędu – odrzekł z prze­ko­na­niem Wil­liam.

– Szcze­rze mówiąc, sama nie wiem, czy naprawdę chcę tam wró­cić – powie­działa Beth.

– Chyba żar­tu­jesz?!

– Nie zapo­mi­naj, że teraz jako mar­szand zara­biam pra­wie dwa razy wię­cej, niż wyno­si­łaby moja pen­sja dyrek­tora Fit­zmo­lean.

– W takim razie dobrze, że awan­so­wa­łem na star­szego nad­in­spek­tora.

– Jest jesz­cze pro­blem z Chri­stiną – kon­ty­nu­owała Beth. – Po roz­wo­dzie z Faulk­ne­rem na swoje potrzeby ma do dys­po­zy­cji pięć­dzie­siąt pro­cent zysku naszej firmy.

– Niech ci sprawy tej kobiety nie spę­dzają snu z oczu – powie­dział Wil­liam lekko wzbu­rzony. – Gdy­byś ty się zna­la­zła w podob­nej sytu­acji, robi­łaby tylko to, co leży w jej naj­lep­szym inte­re­sie.

– Mam wra­że­nie, star­szy nad­in­spek­to­rze, że o czymś zapo­mnia­łeś. Kiedy mnie wyrzu­cono z Fit­zmo­lean, Chri­stina była jedyną osobą, która zde­cy­do­wała się wes­przeć moją racz­ku­jącą firmę – zwró­ciła mu uwagę Beth.

– I bar­dzo dużo na tym sko­rzy­stała! – przy­po­mniał jej Wil­liam.

– Nie wię­cej, niż się jej nale­żało – ostro odcięła się Beth. – Dla­tego uwa­żam ją nie tylko za part­nerkę w inte­re­sach, ale też za bli­ską przy­ja­ciółkę.

– Jest nią wtedy, kiedy cze­goś od cie­bie potrze­buje. A skoro z niej taka bli­ska przy­ja­ciółka – cią­gnął Wil­liam – to pew­nie będzie zachwy­cona, gdy się dowie, że masz szansę zostać kolej­nym dyrek­to­rem Fit­zmo­lean. Zasiada w zarzą­dzie, więc będzie mogła oddać na cie­bie swój głos. Tak czy ina­czej Chri­stina od dawna dosko­nale wie, że chcesz mieć tę pracę, więc nie będzie zasko­czona. I jesz­cze raz powta­rzam, że z rado­ścią zepchnie cię z drogi, jeżeli będzie widziała w tym wła­sny inte­res.

– Ale… – zaczęła Beth.

W tej samej chwili gwał­tow­nie otwo­rzyły się drzwi do kuchni. Wpa­dło do niej troje zgłod­nia­łych dzieci, które zasia­dły przy stole i cze­kały na poży­wie­nie jak pisklęta z otwar­tymi dziób­kami w gnieź­dzie.

– Nie uwie­rzy­cie, do czego ja i Peter zosta­li­śmy wybrani! – zawo­łała Arte­mi­sia, spro­wa­dza­jąc rodzi­ców na zie­mię.

– Peter i ja – popra­wiła ją Beth.

– …zosta­li­śmy wybrani przez dyrek­tora do repre­zen­to­wa­nia szkoły w ogól­no­kra­jo­wym kon­kur­sie na esej, a…

– …zwy­cięzca – wtrą­cił się Peter – poje­dzie do Disney­landu w Paryżu i prze­no­cuje na hotelu.

– W hotelu – sko­ry­go­wała Beth.

– I wypije her­batę z Kaczo­rem Donal­dem i Myszką Miki – uzu­peł­niła Arte­mi­sia.

– Na jaki temat zamier­za­cie napi­sać ten esej? – zain­te­re­so­wał się Wil­liam.

– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy – odparła córka.

– Mie­li­śmy nadzieję, tato, że ty wpad­niesz na jakiś pomysł – wyznał Peter. – Masz doświad­cze­nie w łapa­niu prze­stęp­ców…

– Nic z tego – sta­now­czo odmó­wił Wil­liam. – Prze­cież nie ja zosta­łem wybrany do repre­zen­to­wa­nia szkoły. To musi być wasza i tylko wasza samo­dzielna praca, bo w prze­ciw­nym razie mnie będzie się nale­żała nagroda.

– Wobec tego zapy­tamy wujka Rossa – szep­nęła Arte­mi­sia do brata. – Kie­dyś pod­słu­cha­łam, jak tata powie­dział mamie, że nie ma takiej zasady, któ­rej wujek by nie zła­mał.

Następ­nego ranka, gdy dzieci były już spa­ko­wane do szkoły, Beth zaczęła prze­glą­dać kore­spon­den­cję. Rachunki, ulotki rekla­mowe i list, który wyma­gał powtór­nego prze­czy­ta­nia.

– Co robisz w naj­bliż­szy week­end? – zapy­tała.

Wil­liam odło­żył gazetę i chwilę się zasta­no­wił.

– Mam dyżur. Jeden z moich czte­rech. Ross zabiera dzieci do Lego­landu, to ich nowe sza­leń­stwo – dodał, sma­ru­jąc masłem drugą grzankę. – A ty?

– Zamie­rza­łam się wybrać do Fit­zmo­lean i zoba­czyć, jak bar­dzo się zmie­niło od mojego odej­ścia. Ale teraz myślę, że pojadę do Buc­kin­gham odwie­dzić star­szą panią, któ­rej jesz­cze oso­bi­ście nie pozna­łam.

– Intry­gu­jący plan – oce­nił Wil­liam. – Na razie jedyną wska­zówką jest list, który tak ści­skasz.

– Od pani Eileen Lomax, wdowy po Gor­do­nie Loma­xie, mar­szan­dzie z West Endu, który zmarł w zeszłym mie­siącu – wyja­śniła Beth. – Wysła­łam jej kartkę z kon­do­len­cjami i mi odpi­sała. Podzię­ko­wała i zapy­tała, czy mogła­bym się z nią spo­tkać, ponie­waż chce zasię­gnąć mojej rady w pry­wat­nej spra­wie.

– Potrze­buję wię­cej wska­zó­wek – powie­dział Wil­liam, gdy Beth wyjęła dwa jajka z ron­delka z wrzącą wodą i wło­żyła je do sto­ją­cych przed nim kie­lisz­ków.

– Lomax był wła­ści­cie­lem jed­nej z dosko­nale pro­spe­ru­ją­cych gale­rii na West Endzie, ale po zała­ma­niu na rynku holen­der­skich kra­jo­bra­zów uwa­żano, że led­wie sobie radzi i co naj­wy­żej wyj­dzie na zero.

– Śmierć, długi i roz­wód – wymie­nił Wil­liam – to naj­lepsi sprzy­mie­rzeńcy han­dla­rza dzie­łami sztuki. – Czę­sto mi o nich przy­po­mi­nasz.

– Pierw­szy i drugi mogą mieć zwią­zek z Gor­do­nem Lomak­sem. Chyba w takim razie odłożę wizytę w muzeum i wybiorę się do Buc­kin­gham. Gor­don był dla mnie bar­dzo miły, kiedy sta­wia­łam pierw­sze kroki w świe­cie sztuki, więc przy­naj­mniej w taki spo­sób mogę się odwdzię­czyć.

– I pomy­śleć, że mogłaś poje­chać do Lego­landu z Ros­sem i dziećmi – zażar­to­wał Wil­liam. Się­gnął po łyżeczkę i roz­bił jajko.

– Kto wie, może znajdę Rem­brandta albo Ver­me­era zbie­ra­ją­cego kurz na jej stry­chu – roz­ma­rzyła się Beth.

Wil­liam roz­bił sko­rupkę i stwier­dził, że jajko jest ugo­to­wane na twardo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Tra­itors Gate

Copy­ri­ght © 2023 Jef­frey Archer

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2023

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mał­go­rzata Chwa­łek

Pro­jekt serii: Zbi­gniew Miel­nik

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Urszula Gireń

Foto­gra­fie na okładce

rabbit75_ist/iStock

Ivan­Ba­stien/iStock

Plan rozdz. 22: Autor: Haiward, Guliel­mus; Gascoyne, J / Source/Shelf­mark: Maps.Crace.8.42, A True and exact drau­ght of the Tower Liber­ties, surveyed in the year 1397 by Guliel­mus Haiward and J. Gascoyne

Cre­dit: Bri­tish Library, Lon­don, UK © Bri­tish Library Board. All Rights Rese­rved/Brid­ge­man Ima­ges/Pho­to­Po­wer

Rycina rozdz. 22: Tho­mas Blood and his accom­pli­ces making their escape after ste­aling the Crown of Char­les II, 1793

Cre­dit: Pri­vate Col­lec­tion/Brid­ge­man Ima­ges/Pho­to­Po­wer

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Brama Zdraj­ców, wyd. I, Poznań 2024)

ISBN 978-83-8338-909-7

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer