Złodzieje z Bagdadu - Matthew Bogdanos, William Patrick - ebook

Złodzieje z Bagdadu ebook

Matthew Bogdanos, William Patrick

0,0

Opis

[PK]

 

 

Matthew Bogdanos, pułkownik piechoty morskiej, rozpracowywał siatki terrorystów na południu Iraku, kiedy w kwietniu 2003 roku dowiedział się o splądrowaniu Muzeum Irackiego w Bagdadzie. Natychmiast wyruszył przez pustynię wraz z elitarną grupą żołnierzy i rozpoczął poszukiwania zrabowanych skarbów. Jego książka przenosi czytelnika na niespokojne ulice Bagdadu, pełne barwnych, wyrazistych postaci.

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

ISBN 83-730184-0-9

 

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (6)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 562

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZŁOIZIEJE ZIAGDABI)

MATTHEW 80GDAN0S

Duch Hektora

Wizyta w krainie cieni

Mobilizacja

Irracjonalna jedna dziesiąta

Eksfiltracja i infiltracja

Babilon

Zycie wśród ruin

Amnestia

tyły-

Strzeż się rozwścieczonego królika

Złoty skarb

Jak wygląda służba wojskowa?

Wszystko jest kwestią ceny

To, co pozostaje

#

MATTHEW 80GDAN0S

WILLIAM PATRICK

Pasjonująca opowieść o poszukiwaniu zrabowanych skarbów w ogarniętym wojną Iraku

Przekład Norbert Radomski

REBIS

DOM WYDAWNICZY REBIS Poznań 2006

Tytuł oryginału Thieves of Baghdad

Copyright © 2005 by Matthew Bogdanos Ali rights reserved

Copyright © for the Polish edition by REBIS Publishinp Hoikp I rH Poznań 2006

Redaktor Krzysztof Tropiło

Konsultacja militarna Jarosław Kotarski

Mapy i schematy James Sinclair

Projekt okładki i opracowanie graficzne Zbigniew Mielnik

Fotografie na okładce Na górze: Fragment asyryjskiego posągu,

leżącego na podłodze w Muzeum Irackim w Bagdadzie, 26 czerwca 2004 r. /I ni i

© Faleh Kheiber/Reuters/Corbis 0 O

Na dole: Amerykański czołg zajmuje stanowisko ■Sff 7 51) ^ŚLOOS / w Muzeum Irackim w Bagdadzie, 16 kwietnia 2003 r. /

© Reuters/Corbis

Wydanie I

ISBN 83-7301-840-9

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel. 0-61-867-47-08, 0-61-867-81-40; fax 0-61-867-37-74

e-mail: [email protected] Fotoskład: Akapit, Poznań, ul. Czernichowska 50B, tel. 0-61-879-38-88 Druk i oprawa: AIDCAS 31-036 Kraków, ul. Halicka 9, tel. 0-12-426-18-50

Książkę tę dedykuję czterem dowodom na istnienie Boga: Michaelowi, Dianie, Jasonowi i Nicole. Być może jest więcej takich dowodów, ale te są moje. I Claudii, dzięki której wszystko jest możliwe.

Spis treści

Od autora

erykańscy marines nie lubią ludzi, którzy idą na wojnę, a potem piszą o sobie książki. Ja też ich nie lubię. Dla żołnierza piechoty morskiej jednym z najpiękniejszych słów w słowniku jest „zespół". „MacArthur" zajął Filipiny, „Patton" dokonał rajdu przez Francję, a „Nimitz" wygrał bitwę o Midway. Ale to „marines" wywiesili flagę na wyspie Iwó-jima, to „marines" walczyli w mrozie nad zbiornikiem Changjin i to „marines" mimo wszelkich przeciwności utrzymali Khe Sanh.

Tak więc są to wprawdzie moje wspomnienia, ale nie jest to książka o mnie. Jest to książka o Irakijczykach, których życzliwość i gościnność, z jaką przyjmowali mnie w swoich domach i sercach, pozostanie ze mną na zawsze, o afgańskich kobietach zrzucających burki i o afgańskich dzieciach śpiewających wersety z Koranu, a także o tym, dlaczego kupa starych kamieni pokrytych dziwacznym pismem ma aż tak wielkie znaczenie.

Choć część naszych działań w Iraku i Afganistanie wciąż pozostaje objęta tajemnicą państwową, staram się przedstawić na tych stronach możliwie pełny obraz tego, co widziałem i słyszałem — szczerze, bez uprzedzeń i skrytych zamiarów. Jednak w części świata, gdzie nieliczne istniejące dokumenty były często niszczone lub fałszowane i gdzie ludzie przez tak długi czas żyli w ciągłym strachu, niełatwo jest dociec prawdy. Niektóre z moich odkryć są zatem niekompletne. Inne z czasem, w miarę jak na jaw wychodzić będą kolejne fakty, mogą okazać się mylne. Są to, koniec końców, jedynie wspomnienia i wrażenia. Ale jakkolwiek historia osądzi śledztwo w sprawie grabieży w Muzeum Irackim, sukcesy są dziełem niezwykłych ludzi, pojawiających się na kartach tej książki. Ja jestem tylko narzędziem, które podaje do wiadomości ich niezwykłe dokonania.

Jest to hołd złożony odwadze. Odwadze żołnierzy, marynarzy, lotników i marines. Irakijczyków i Afgańczyków. Przedstawicieli służby celnej i archeologów. Policjantów i dziennikarzy.

Jedynie błędy są moje. Opowieść jest ich dziełem.

Nowy Jork październik 2005

In medias res

Ludzie nie znają dobra, które posiadali, dopóki go nie stracą.

Sofokles

Ł maja 2003 roku przedzierałem się przez Muzeum Irackie w sercu Bagdadu, badając ślady zniszczeń i grabieży, które miały miejsce podczas wojny. Wraz ze mną byli tam inni członkowie podległej mi interdyscyplinarnej, interagencyjnej jednostki, składającej się z żołnierzy i analityków wojskowych oraz funkcjonariuszy kilkunastu rozmaitych agencji ochrony porządku publicznego.

Szliśmy głównym korytarzem — długim, cuchnącym stęchlizną, kiepsko oświetlonym pomieszczeniem, które niedługo przedtem znalazło się na okładce „Newsweeka" — prowadzeni przez dyrektorkę muzeum, dr Nawalę al-Mutwali. Stąpaliśmy ostrożnie wśród gruzu i potłuczonego szkła, potrzaskanych sarkofagów i obtłuczonych głów starożytnych posążków. Większe obiekty, którym powiodło się lepiej, były obłożone workami z piaskiem lub owinięte płatami pianki.

Choć większość ludzi uważała Nawalę za osobę oschłą i trudną, ja zaprzyjaźniłem się z nią. W istocie sympatia, jaką darzyliśmy się nawzajem, była tak widoczna, że koledzy bez przerwy dowcipkowali sobie na temat mojego rzekomego szalonego romansu z tą wyniosłą i nieco starszą kobietą.

Po dwóch tygodniach żmudnych oględzin każdej sali z osobna nadeszła pora, by zajrzeć do podziemnych magazynów, pierwszej części muzeum, która pozostała terenem dziewiczym, zupełnie nietkniętym od czasu grabieży. Oznaczało to dla nas pierwsze nienaruszone miejsce zbrodni i możliwość znaczącego przełomu w śledztwie. Mogliśmy nawet znaleźć coś, czego jak dotąd widzieliśmy niewiele: dowody. Tamtego dnia towarzyszyła nam ekipa filmowa z BBC. Im zależało na relacji, ja chciałem móc wykorzystać ich materiał jako dokumentację naszych odkryć. Jak wszystko inne w strefie działań wojennych, ich obecność była quidpro quo, transakcją „coś za coś".

Wykaz zaginionych eksponatów już teraz wyglądał jak zestawienie „największych przebojów" Mezopotamii1. Była tam święta waza z Uruku, najstarsze rzeźbione kamienne naczynie rytualne świata. Była tam maska z Uruku, pierwsze naturalistyczne wyobrażenie ludzkiej twarzy w rzeźbie. Była tam złota głowa byka, która zdobiła harfę królowej Szubad z Ur, odkrytą w roku 1929 przez ekipę, w której skład wchodzili: sir Leonard Woolley, sir Max Mallowan oraz przyszła żona Mallowana, Agatha Christie. Był tam miedziany posąg z Bassetki, jeden z najstarszych znanych przykładów stosowanej w odlewnictwie techniki wosku traconego, jak również relief z kości słoniowej przedstawiający lwicę atakującą nubijskiego chłopca oraz dwa miedziane byki ze świątyni Ninhursang. Tych kilka przedmiotów wypełniało rok zajęć z historii sztuki. Wszystkie znajdowały się w jednym muzeum. I wszystkie przepadły.

Kilkakrotnie próbowaliśmy otworzyć któreś z masywnych, stalowych drzwi, które broniły nam dostępu do piwnicy. Wcześniej to samo robili rabusie — niektóre z drzwi nosiły ślady uderzeń młotem. Inne zabezpieczone były solidną kratą, oplecioną zamykanymi zapięciami w rodzaju tych, jakich na Manhattanie używa się do mocowania motocykli. Dużo później, już w kraju, oglądając materiał BBC, zauważyłem, jak jeden z uzbrojonych w AK-472 asystentów Nawali pojawił się za moimi plecami z pękiem kluczy. Muzeum miało osobliwy układ nakładających się zakresów uprawnień, zrodzony z jeszcze dziwniejszego systemu scentralizowanego kierownictwa i międzywydziałowych animozji. Nie dość, że personel jednego działu nie miał pojęcia o zasobach i praktykach innych działów, to jeszcze nikt z pracowników nie miał kluczy do wszystkich pomieszczeń. Żaden klucz nie był w jakikolwiek sposób oznakowany, a ten komplet nie był pod tym względem wyjątkiem. Nawala próbowała wszystkich po kolei, a mimo to nie udało jej się znaleźć tego jednego, który pozwoliłby nam wejść do sanctum sanctorum podziemnego magazynu.

Uznaliśmy te kłopoty za powód do optymizmu. Tak naprawdę, ponieważ tam właśnie znajdowała się część najcenniejszych i najłatwiejszych do "transportu zbiorów muzeum, była to niemal euforia. Jeśli my nie mogliśmy dostać się do środka, istniała szansa na to, że „czarnym charakterom" też się to nie udało.

Jak ustaliliśmy później, piwnica składała się z czterech pomieszczeń ułożonych w kształcie litery L oraz piątego, dostępnego inną drogą. W najdalszym, najciemniejszym kącie stały dwa rzędy zwykłych, nieoznakowanych szafek, które wyglądały jak żywcem przeniesione z klubu sportowego, gdzie uczyłem się boksu. Tyle tylko, że zamiast przepoconych strojów treningowych mieściły w sobie największą na świecie kolekcję starożytnych złotych i srebrnych monet. W tych samych brązowych, zdezelowanych szafkach, w tym samym ciemnym kącie, znajdowała się także największa na świecie kolekcja starożytnych pieczęci cylindrycznych, wysoko cenionych przez kolekcjonerów, a co za tym idzie wysoko cenionych przez złodziei3. Wielkości mniej więcej laseczki kredy, te misternie rzeźbione kawałki lapis-lazuli, karneolu lub innego kamienia niegdyś nosili na szyi na sznurku bogatsi mieszkańcy starożytnej Mezopotamii. To właśnie ci ludzie około 5500 lat temu wynaleźli pismo, wyciskając rylcem klinowate znaki w wilgotnej glinie''. Dla nadania ostatecznego szlifu wszelkiej korespondencji używali pieczęci w taki sposób, w jaki moja babcia używała wałka do ciasta. Odcisk pozostawiony w miękkiej glinie przez grawerowaną pieczęć był charakterystycznym „podpisem" danej osoby.

Nawala, potomkini tego starożytnego, pomysłowego ludu, była twardą kobietą — zaledwie parę dni wcześniej widziałem, jak złamała sobie palec u nogi i nawet nie jęknęła. Tamtego dnia także próbowaliśmy otworzyć zamknięte drzwi, grube na dwadzieścia pięć centymetrów. Kiedy w końcu ustąpiły, mogła uskoczyć w tył, ale wtedy dotknęłaby mnie, a to byłoby pogwałceniem szarfatu, prawa religijnego. Tak więc nie ruszyła się z miejsca, ciężkie stalowe drzwi przejechały po jej palcu, a ona w milczeniu zapadła się w sobie, gryząc kciuk.

Teraz, w gorącym blasku telewizyjnych jupiterów, irytowała się, walcząc z mnóstwem nie oznaczonych kluczy. Słyszałem, jak mruczy coś pod nosem, wreszcie powiedziała:

— Jest też inna droga.

Zerknąłem na swoich ludzi z ICE, Urzędu Kontroli Celno-Imi-gracyjnej.

— Została zamurowana — dodała. — Więc niemożliwe, żeby ktokolwiek tamtędy wszedł.

Nie wiedziałem, czy jest to w zwyczaju w Iraku, ale pomyślałem sobie: „odpukaj w niemalowane, kiedy to mówisz".

Tylne drzwi, o których mówiła Nawala, znajdowały się u dołu wąskiej klatki schodowej, dostępnej z podestu tuż obok sali, gdzie wystawiano rzymskie zabytki z Hatry (są to ruiny starożytnego kompleksu na przecięciu szlaków handlowych, który można zobaczyć w początkowych scenach Egzorcysty, kiedy mezopotamski demon wydostaje się z wykopu archeologicznego)5.

Przeszliśmy przez galerię asyryjską i babilońską i weszliśmy do galerii hatrańskiej. W pierwszej chwili zobaczyliśmy jedynie metrowej wysokości przepierzenia przed drzwiami w kącie. Podeszliśmy bliżej i usunęliśmy je. Dolna część przeszklonych, zamkniętych na klucz drzwi była rozbita, a za nimi, mniej więcej na poziomie kolan, stalowe pręty zagradzające drogę zostały rozgięte łomem.

Nawala wyrzuciła w górę ręce, wykrzykując arabski odpowiednik „O Boże!" Niewielkie pomieszczenie za szklanymi drzwiami wyglądało jak schowek na miotły pod schodami, i w rzeczy samej górą, wznosząc się z prawa na lewo, biegła spodnia część głównej klatki schodowej muzeum. Jednak tuż za wejściem do tej komórki, po prawej stronie, były następne, wyjątkowo wąskie schody, prowadzące do piwnicy. Metalowe drzwi u stóp tych wąziutkich schodów były otwarte na oścież, ale — co było już praktycznie regułą — nic nie wskazywało na to, by zostały otwarte siłą. Za nimi mogliśmy dostrzec ściankę z pustaków, zamykającą przejście. Mogliśmy też dostrzec, że dwa pustaki z górnego rzędu i dwa z przedostatniego zostały obluzowane i wyjęte. W tym momencie poprosiliśmy ekipę BBC, by się cofnęła, i grzecznie przejęliśmy jej sprzęt.

Steve Mocsary, najstarszy rangą agent ICE w moim zespole, sięgnął po wielką kamerę telewizyjną i zaczął filmować. Przede wszystkim chodziło mu jednak o to, by skierować reflektory w obszerną przestrzeń za drzwiami, podczas gdy Bud Rogers i ja przygotowywaliśmy się do przejścia na drugą stronę ścianki.

Bud również był agentem ICE, a także byłym żołnierzem Sił Specjalnych. Kiedy wkroczyliśmy do Iraku, przebywał z tajną misją w Rumunii, ale gdy tylko zdecydowaliśmy się podjąć śledztwo w sprawie muzeum, Steve oświadczył mi, że Bud jest najlepszy w branży, i poprosił o pozwolenie na ściągnięcie go do nas. Jeden telefon później Bud wysiadał z blackhawka, a ja szybko przekonałem się, że Steve nie przesadzał.

Sam Steve był już może nie pierwszej młodości — to był z pewnością jego ostatni wypad w teren przed pracą przy biurku, a potem emeryturą — ale całkiem nieźle sobie radził. Ten weteran UDT, elitarnej podwodnej jednostki saperskiej marynarki wojennej, był twardy, zaprawiony w bojach, absolutnie niewzruszony i świetnie się znał na materiałach wybuchowych.

Otwór w ściance z pustaków był na tyle mały, że mogliśmy przejść przez niego tylko pojedynczo. Po drugiej stronie schody biegły dalej w dół. Przelazłem pierwszy, jak nurek — głowa naprzód, ramiona w bok. Chciałbym móc powiedzieć, że wylądowałem w idealnym przewrocie bojowym, zwinny jak kot, przeszywając wzrokiem nieznane ciemności, z pistoletem w dłoni, gotów położyć trupem każdego złoczyńcę. Prawda jest taka, że zwaliłem się jak worek kartofli i zdarłem sobie skórę na łokciach — ale przynajmniej pistolet miałem w pogotowiu.

Potem Bud Rogers opadł- obok mnie.

W Iraku jest gorąco jak w piekle zawsze i wszędzie, ale pod ziemią było goręcej niż na samym dnie piekła, a konkretnie na dnie ósmego kręgu piekieł, tego, w którym Dante umieścił pospołu złodziei i hipokrytów. W pomieszczeniu było duszno i, pomijając świecący mi nad głową reflektor telewizyjnej kamery, ciemno choć oko wykol. Steve manewrował snopem światła tak, byśmy mogli rozeznać się w sytuacji, zanim ruszymy dalej. Nie mieliśmy stuprocentowej pewności, że jesteśmy tu sami, a trzymać przed sobą latarkę to jakby przypiąć sobie śliczną tarczę strzelniczą do piersi.

Spojrzałem przed siebie, usiłując nie mrugać, gdy słony pot spływał mi po twarzy i szczypał w oczy. Potem zobaczyłem ślady stóp w kurzu, tworzące prostą linię na podłodze. Ci złodzieje dobrze wiedzieli, dokąd iść, a zapewne też i czego szukać: monet i pieczęci cylindrycznych, niektórych wartych nawet 250 tysięcy dolarów za sztukę. Przy ich rozmiarach każdy mógł wynieść milionową fortunę w jednej saszetce do paska.

Nie wiedziałem, czy osiągnęli swój cel. Póki co bardziej jednak martwiłem się tym, czy nie zostawili dla nas jakiejś niespodzianki. W całym muzeum znajdowaliśmy pociski rakietowe i granaty, irackie mundury oraz wszelkiego rodzaju broń strzelecką. Ten ostatni zakątek piwnicy byłby doskonałym miejscem na zostawienie prezentu pożegnalnego nafaszerowanego materiałami wybuchowymi.

Jako detektyw myślałem o tej prostej linii w kurzu. Jako żołnierz piechoty morskiej myślałem o pręcikach i czopkach siatkówki, widzeniu nocnym — w ciemności powinno się patrzeć nieco z ukosa — oraz

0 palcu na spuście. Jako maniak historii starożytnej, mijając sarkofagi

1 amfory, myślałem: „Rany, tu jest jak w katakumbach".

Powoli i bardzo ostrożnie zeszliśmy po pozostałych kilku stopniach i ruszyliśmy wzdłuż śladów. Odór wilgotnej gliny był nieznośny. Trzymaliśmy się na obrzeżach wiązki światła z kamery Steve'a, która oświetlała nam drogę, ale tylko tę bezpośrednio przed nami. Poszliśmy tak daleko, jak się dało w tym jednym kierunku, a drobinki kurzu wirowały wokół nas jak płatki śniegu, Następnie zrobiliśmy w tył zwrot i wróciliśmy po własnych śladach.

Wcześniej już wysłałem dwóch innych chłopaków z ICE — Clau-de'a Davenporta, naszego speca od komputerów, i Buda Adadę, jednego z trzech członków zespołu, którzy mówili biegle po arabsku — by podłączyli piwniczną instalację do naszego zewnętrznego generatora. By móc zapuścić się głębiej, musieliśmy mieć światło. Klimatyzacja niestety nie wchodziła w rachubę.

Gdy znaleźliśmy się znów przy zamurowanych drzwiach na schodach, Steve wsunął nam przez otwór metrowej długości lewar. Byłoby o wiele łatwiej rozbić ściankę od zewnątrz, ale stalowy pręt był zbyt długi, by manewrować nim w wąskiej przestrzeni. Nasi poprzednicy byli lepiej przygotowani. Jakoś wpadli na to, by zabrać młotek i dłuto.

Robiąc, co tylko się dało od środka, Bud i ja na zmianę wykruszaliśmy zaprawę łączącą te wielkie, szare pustaki. Ponad godzinę zajęło nam rozebranie kolejnych siedmiu czy ośmiu rzędów i powiększenie otworu na tyle, by mogła przedostać się przez niego reszta grupy, z Nawalą włącznie. Zlani potem, wytwarzaliśmy masę pyłu i gruzu, żłopiąc wodę jak smoki i walcząc o oddech.

Kiedy mur sięgał mniej więcej do kolan, Nawala przeszła na drugą stronę. Jej dwaj asystenci z kałasznikowami najwyraźniej mieli ochotę przyłączyć się do wycieczki. Jeden z nich wyrwał się naprzód, zatrzymał się jednak, gdy oparłem mu dłoń na piersi. Spojrzał na mnie, ja spojrzałem na niego, po czym cofnął się. Ale nie ze strachu. Uznawał fakt oczywisty: to ja tu rządziłem — na razie. Dawał mi też do zrozumienia, że moja władza nie rozciąga się poza tę chwilę. W tym jednym spojrzeniu przekazaliśmy sobie wszystko jasno i wyraźnie. W innych okolicznościach każdy z nas sięgnąłby po broń, i zanotowałem sobie w pamięci, by nigdy nie odwracać się do niego plecami.

•— Nie wiedziałam o tym — wymamrotała Nawala po arabsku, idąc tuż za mną. — Nic nie wiedziałam — powtórzyła po angielsku, jak gdyby na mój użytek.

Prowadziłem tę akcję według własnych reguł. Posuwaliśmy się gęsiego, stąpając po już istniejących śladach. Nie zdążyliśmy jeszcze przejść przez pierwsze pomieszczenie, gdy Nawala zaczęła dyszeć ciężko. Jej twarz poczerwieniała, ale nie tylko z gorąca. Było tak, jakby w tej piwnicy zostało uwięzione jej dziecko, a ona nie miała pojęcia, czy żyje, czy już umarło. Strój okrywający ją od stóp do głów, włącznie z chimarem, chustą na głowę, też nie poprawiał sytuacji.

Lampy pod sufitem świeciły już, więc bez trudu mogliśmy dostrzec ślady stóp prowadzące do następnego pomieszczenia. Zauważyliśmy też, że choć cały ten magazyn był brudny, zakurzony, wilgotny i zawalony naczyniami oraz posążkami, nie wykazywał, o dziwo, żadnych śladów grabieży. Najwyraźniej ludzie, którzy byli tu przed nami, nie przyszli plądrować na łapu-capu.

Idąc dalej po śladach, skręciliśmy w bok i nagle odnieśliśmy wrażenie, że trafiliśmy na szlak trąby powietrznej. Cała podłoga była zasłana plastikowymi pudełkami w rodzaju tych, w jakich trzyma się przybory wędkarskie. Niektóre leżały do góry nogami, inne ciśnięto na bok, jeszcze inne zostały rzucone o ściany. Wyglądało to, jak gdyby intruzi dostali nagle amoku. Po podłodze walały się resztki spalonej gumy piankowej, wciąż wydzielając drażniący zapach. A wśród tego bałaganu, w głębi pomieszczenia, stało spokojnie trzydzieści brązowych szafek z kolekcją monet i pieczęci.

Pierwsza z tych szafek była otwarta i pusta.

Nawala opadła na jedno kolano. Aż do tej pory żywiła rozpaczliwą nadzieję, że rabusiom się nie powiodło, ale teraz ta nadzieja legła w gruzach.

Bud Rogers przysunął jej krzesło, a ona usiadła. Potem jej głowa przechyliła się na bok i Nawala osunęła się na podłogę.

Dałem Steve'owi znak, by wyłączył kamerę. Zauważyłem przy tym, że paru gości z BBC idzie za nami w pewnej odległości.

— Proszę wyjść! — wrzasnąłem. Potem posłałem po Claude'a, naszego speca od komputerów, który był też sanitariuszem pogotowia ratunkowego.

Ukląkłem i dotknąłem twarzy Nawali. Była nieprzytomna. Jej skóra wydawała się lepka, a tętno było ledwo wyczuwalne. Wykazywała wszelkie objawy wstrząsu — ostrej niewydolności krążenia, z ciśnieniem krwi ledwie wystarczającym na transport tlenu do mózgu. A w takim stanie nie trzeba czekać długo na to, by komórki mózgu zaczęły umierać z niedotlenienia.

Unieśliśmy jej nogi i wachlowaliśmy jej twarz, ale nic to nie dało. Claude"przybiegł pędem i uklęknął obok niej. Był mniej więcej w wieku Steve'a i widziałem, jak pot wsiąka w jego siwiejącą kozią bródkę. Obejrzał Nawalę, po czym odwrócił się do mnie i powiedział:

— Pułkowniku, ona może wyciągnąć kopyta.

W tym momencie sam o mało nie zemdlałem. Nawala i ja staliśmy się sobie bliscy. Ale było też prawdą, że jej śmierć postawiłaby nas w bardzo kłopotliwym położeniu. Oczyma wyobraźni widziałem już te nagłówki w gazetach: Słynna iracka uczona umiera na rękach

amerykańskich żołnierzy.

— Musimy zdjąć jej tę chustę z głowy — powiedział Claude.

To było oczywiste. Ale wiedziałem też, że Nawala nie jest muzuł-manką jedynie od święta. Wróciłem myślami do dnia, kiedy wolała złamać palec u nogi, niż otrzeć się o mnie. Mimo wszystkich godzin, jakie przepracowaliśmy razem, oraz przyjaźni, jaką nawiązaliśmy — i mimo nieustannych żartów kolegów na temat naszego „romansu" — ani razu nawet nie uścisnęliśmy sobie ręki. Bagdadzka misja mojego zespołu była wystarczająco delikatna bez urażania uczuć religijnych muzułmanów.

— Musimy sprowadzić tu jakieś kobiety — oznajmiłem.

Bud Rogers popędził z powrotem na górę, szukając dziewczyn, które prowadziły inwentaryzację tego, co pozostało z muzealnych zbiorów.

Próba wyniesienia Nawali z piwnicy byłaby pewnym sposobem na zabicie jej. Prawdę mówiąc, ze względu na absurdalnie wąskie schody, nie byłem wcale pewien, czy zdołalibyśmy wytaszczyć ją na parter. Chcąc niechcąc, musieliśmy ocucić ją na miejscu. Jednak w tym celu musieliśmy wyplątać ją spod wszystkich tych szmat, tak by mogła oddychać. Jeśli pracujące w muzeum kobiety już wyszły, byliśmy ugotowani. Zważywszy na chaos, jaki w dalszym ciągu panował na ulicach, mężowie lub bracia zwykle przychodzili po nie wczesnym popołudniem, żeby zdążyć do domu na długo przed zmrokiem.

Bud wrócił z dwiema młodymi kobietami, które nie mówiły po angielsku, ale mimo to zrozumiały, o co je prosimy. One także były okryte od stóp do głów. Jedna z nich, poza chimarem spowijającym jej głowę, nosiła szal niczym woalkę na twarzy.

Stojąc nad Nawalą, pokręciły głowami i widziałem, jak trzęsą im się ręce. Nawet jako kobiety nie mogły tego zrobić — odsłonić głowy innej muzułmanki w obecności mężczyzn, zwłaszcza niemuzułmanów.

Powiedziałem wszystkim facetom z wyjątkiem Claude'a, by odwrócili się tyłem. Kiedy jedna z kobiet rozpinała żakiet Nawali, mnie przypadło w udziale zdjąć jej chimar. Nie zważając na szkody, jakie mogło to wyrządzić stosunkom amerykańsko-irackim, ścisnąłem ją też za rękę.

Pamiętam, jak żałowałem wtedy, że nie nauczyłem się arabskiego na tyle, by znaleźć słowa, które przywróciłyby ją do przytomności. Tymczasem druga połowa mojego mózgu niepokoiła się o los moich dowodów rzeczowych. Plotki o zgonie Nawali sprawiły, że pracownicy muzeum, a nawet dziennikarze zaczęli zakradać się do piwnicy, aż w końcu na dole zebrało się chyba ze czterdzieści osób.

— Steve, miejsce przestępstwa! — zawołałem. To wystarczyło. Jako profesjonalista kazał wszystkim wycofać się powoli po własnych śladach.

Ponownie skierowałem uwagę na Nawalę i czekałem.

Pół godziny później jej powieki drgnęły. Nie ponaglaliśmy jej. Była wciąż półprzytomna, ale dochodziła do siebie. Nie była w stanie utrzymać się na nogach, ale pomogliśmy jej usiąść na krześle, ustawiając je tak, by nie miała przed sobą szafek. Wciąż odwracała się, by na nie spojrzeć, tak więc raz po raz podchodziłem do niej, by odciągnąć jej wzrok, i za każdym razem przesuwałem krzesło, ale ona po prostu wykręcała szyję jeszcze bardziej i znów patrzyła na szafki. Zanim skończyliśmy, obróciłem jej krzesło o ponad sto osiemdziesiąt stopni, tak że teraz oglądała się przez drugie ramię.

Minęła kolejna godzina, nim nabrała dość sił, by wstać i pójść do domu. Na ten dzień był to już koniec odkryć. Musieliśmy zaczekać, aż Nawala będzie w lepszej formie, by sprawdzić, co jest, a czego nie ma w tych szafkach.

Umierałem z ciekawości, co kryje się za drzwiczkami pozostałych szafek, ale musieliśmy zachować dyscyplinę podczas badania jedynego nie naruszonego miejsca przestępstwa w całym muzeum. Żółtodziób zajrzałby do szafek już następnego dnia, ale wtedy ja wsadziłbym tego żółtodzioba w samolot do domu jeszcze przed zapadnięciem nocy. Musieliśmy sprowadzić prawdziwych specjalistów od kryminalistyki i zabrać ich ze sobą na następną wyprawę do piwnicy. Z analizą miejsca przestępstwa jest jak z utratą dziewictwa — można zrobić to tylko raz — ponieważ badając dowody, niszczy się je. Tak więc zagrodziliśmy wejście do piwnicy taśmą i wróciliśmy na górę.

To była strefa działań wojennych na drugim końcu świata, a nie biuro prokuratora okręgowego na Manhattanie, tak więc nie miałem pojęcia, na jakie środki mogę liczyć. Zestaw do zdejmowania odcisków palców i wideograf kryminalistyczny to było absolutne minimum. Ale chciałem mieć też możliwość zebrania i przeanalizowania wszystkiego, co znajdę: krwi, włókien, skóry, odcisków butów — cały sprzęt, jaki możecie zobaczyć w Kryminalnych zagadkach Las Vegas — i potrzebowałem tego wszystkiego w tym samym miejscu, to znaczy w Muzeum Irackim, i w tym samym czasie, to znaczy jak najszybciej. Nie miałem jednak pojęcia, kiedy to nastąpi.

Biorąc pod uwagę, że niektórzy z potrzebnych mi ekspertów mogli być we Frankfurcie, inni w Londynie, a jeszcze inni, z tego, co wiedziałem, w Fort Hood w stanie Teksas, zdawałem sobie sprawę, że ściągnięcie ich może zająć sporo czasu. A nie wiedziałem nawet, która z agencji mogła dostarczyć których z niezbędnych specjalistów. Jeśli mieli przyjechać do Iraku, musieliby zaszczepić się przeciwko wąglikowi. Czy byli też na bieżąco z innymi szczepieniami? A jeśli będę potrzebował ślusarza? Albo badań z wykorzystaniem luminolu, umożliwiających wykrywanie krwi? Kiedy podniesie się skrawek papieru z podłogi, nie można prosić reszty zespołu, by stali jak posągi, dopóki nie znajdzie się kogoś, kto zbada wyschnięte brązowe kropki pod spodem.

Niezależnie od względów praktycznych, nawet samo domaganie się specjalistów od kryminalistyki w strefie działań wojennych było wielce niezwykłe. Tak więc przez kilka następnych dni odbierałem telefony od skonsternowanych oficerów. „Przepraszam, panie pułkowniku, ale czy mógłby mi pan wyjaśnić dokładnie, czego, u licha, pan potrzebuje i po co?"

I tak dni mijały, a my zajmowaliśmy się badaniem innych części muzeum, przez cały czas marząc o zbadaniu tamtego pomieszczenia. Dla Nawali życiem rządziło inszaAllah. Wola boska. O ile my tolerowaliśmy stan niepewności dzięki pogrążaniu się w pracy, ona osiągała to przez uległość wobec planów Allaha.

Dziesięć dni później, rankiem dwunastego maja, zamówieni technicy przybyli wreszcie i wróciliśmy do podziemnych magazynów, by rozpocząć metodyczne badania kryminalistyczne. Niemal natychmiast znaleźliśmy kilka czytelnych kompletów odcisków palców na drzwiczkach samych szafek. Odciski te dwóch agentów ICE dostarczyło później osobiście do laboratorium FBI w Quantico w Wirginii w celu porównania ze wszystkimi amerykańskimi bazami danych znanych przestępców, pracowników federalnych i personelu wojskowego6.

My tymczasem działaliśmy dalej wedle wszelkich reguł sztuki, badając każdy metr kwadratowy, milimetr po milimetrze, na czworakach, z miotełkami z piór w rękach.

Na szafkach stały wysokie na prawie dwa metry stosy małych, kartonowych pudeł. Kilka z nich zostało zrzuconych na podłogę, ale najwyraźniej przez przypadek. Reszta była nietknięta, w przeciwieństwie do 103 pudełek „wędkarskich", porozrzucanych po całym pomieszczeniu.

Więcej tych kartonowych pudeł spoczywało na rzędzie sejfów z zamkami szyfrowymi, ustawionych dokładnie naprzeciw szafek. Stalowo-szare, niemieckiej produkcji, ewidentnie sprowadzone wielkim kosztem, nigdy nie były używane. W istocie wciąż jeszcze miały na sobie resztki przezroczystej folii, jak nowa pralka świeżo przywieziona ze sklepu. Wydawałoby się, że kupiono je, by zapewnić bezpieczniejsze miejsce na przechowywanie zbiorów, które były w szafkach. A więc czemu monety i pieczęcie cylindryczne nigdy nie zostały przeniesione? A skoro już o tym mowa, dlaczego złodzieje przetrząsnęli pudełka wędkarskie, nie ruszyli natomiast znacznie liczniejszych kartonów? Dopiero kiedy ściągnęliśmy pudła i zajrzeliśmy do środka, przekonaliśmy się, że wszystkie są puste. Skąd rabusie mogli o tym wiedzieć zawczasu? Dowody wskazywały na to, że nawet nie zawracali sobie głowy sprawdzaniem.

Zaczynałem właśnie spekulacje myślowe, próbując połączyć w całość te luźne spostrzeżenia, kiedy Kevin Power, kolejny agent ICE, zawołał:

— Patrzcie, co znalazłem!

Palcem wskazywał pęk kluczy na sznurku, rzucony do środka jednego z plastikowych pudełek.

Sprowadziliśmy Nawalę, by je zidentyfikowała. Powoli, z wahaniem, powiedziała:

— One były schowane.

— Proszę pokazać mi gdzie — rzuciłem.

Zaprowadziła mnie do zakurzonego regału w przeciwległym kącie pomieszczenia i wysunęła długą szufladę. Następnie pokazała mi miejsce, gdzie leżały klucze, wciśnięte za gruby plik kart katalogowych. Karty były tam, gdzie zawsze. Ani one, ani reszta zawartości szuflady nie zmieniła położenia.

W tym momencie w mojej prokuratorskiej głowie nareszcie coś zaskoczyło. Podziemne szaleństwo, które pozostawiło cały ten bałagan, już nabrało dla mnie ostrości, a od kiedy odkryliśmy wyrwę w zamurowanym wejściu, byłem pewny, że nie dokonał tego nikt obcy. Teraz jednak znacząco zawęziliśmy liczbę kandydatów do roli podejrzanego. Prawdopodobnie mnóstwo ludzi na świecie wiedziało, co jest w tych szafkach, a jednak nie miałoby pojęcia, gdzie szukać kluczy7. „Odrzuć to, co niemożliwe, a to, co pozostanie, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą" — powtarzał doktorowi Watsonowi Sher-lock Holmes. Dzięki zajrzeniu do tej szuflady wyeliminowaliśmy cały wszechświat archiwistów, archeologów i magazynierów, pozostawiając jako potencjalnych podejrzanych — jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmiało — szczupłe i doborowe grono kierowników.

Scenariusz, jaki zdołałem ustalić do tej pory, wyglądał następująco. Kiedy rabusie grasowali w piwnicy, nie było tam prądu. Po latach embarga w Iraku o baterie było trudno. Więc zapomnijmy o latarkach. Złodzieje improwizowali. Wrócili na górę do galerii, gdzie pracownicy przygotowywali się do inwazji, obstawiając płaskorzeźby workami z piaskiem i owijając posągi płatami gumy piankowej. Złodzieje zabrali na dół parę strzępów tej pianki, podpalili je i próbowali używać ich jako pochodni. Dym w tej zamurowanej piwnicy musiał być okropny, że nie wspomnę o poparzonych palcach. Być może dostali zawrotów głowy albo nawet mdłości. Ale jedno wiemy na pewno — jeden z nich upuścił klucze. Mało tego — upuścił je do jednego ze 103 pudełek wędkarskich, które stały na podłodze przed szafkami. Znaleźliśmy w tych pudełkach przeszło czterysta pozostawionych pieczęci cylindrycznych, więc najprawdopodobniej tych, które skradziono, było znacznie więcej. (Ich dokładną liczbę ustaliliśmy później8.) Ale zaledwie o krok od jednego z największych skarbów świata jakiś geniusz zawalił sprawę, a reszta szajki zwariowała ze złości, szukając tego pęku kluczy.

Po raz pierwszy pozwoliłem sobie na cień nadziei. Wskazując głową szafki, zapytałem Nawalę:

— Czuje się pani na siłach?

Wzięła głęboki oddech, po czym powiedziała:

— Tak, ale robimy to razem.

— Jak pani chce — odparłem.

Był to drobny żart. „Jak pan chce" to słowa, jakich używała raz po raz w ciągu naszej wspólnej pracy w muzeum. Trwało to krócej niż mgnienie oka, ale sądzę, że Nawala się uśmiechnęła.

Staliśmy obok siebie. Włożyłem klucz do pierwszego zamka, przekręciłem go i otworzyłem metalowe drzwiczki. Nawala wydała okrzyk. Kolana ugięły się pod nią, ale utrzymała się na nogach.

Wszystkie złote i srebrne monety — ponad sto tysięcy sztuk — były na swoim miejscu, podobnie jak całe rzędy wspaniałych pieczęci cylindrycznych, każda ukazująca misternie rzeźbione scenki ze starożytnych mitów, rytualnych tańców i chwil z codziennego życia sprzed pięciu tysięcy lat.

Z wyschniętymi ustami i walącym sercem przeszedłem wzdłuż szafek, otwierając każdą po kolei. Wszystkie trzydzieści było nie tkniętych. Wszystkie trzymane pod kluczem skarby były tam, gdzie powinny.

Nawala zaczęła szlochać. Jej pierś uniosła się z ulgą. Odrzucając, przynajmniej na chwilę, przeszło trzynaście wieków islamskiej tradycji, rzuciła mi się na szyję, omal nie łamiąc mi karku.

Szukanie schematów

Grzechem jest źle myśleć o bliźnich,

ale rzadko bywa to błędem.

H. L. Mencken

JS/liejsca przestępstwa potrafią opowiedzieć, co się dzieje, gdy ludzi ogarnia chciwość lub żądza mordu. By to usłyszeć, trzeba jednak umieć słuchać.

Dwa tygodnie wcześniej, kiedy przybyliśmy do Bagdadu i zobaczyłem niesławną wyrwę w fasadzie Muzeum Dziecięcego — efekt pojedynczego wystrzału ze studwudziestomilimetrowej armaty czołgu Abrams Ml Al — zacząłem rozumieć powszechne potępienie1. Potem zobaczyłem dowody. Celowniczy z załogi czołgu powiedział, że oddał strzał dopiero wtedy, gdy ktoś strzelił do niego z tego budynku z RPG, rakietowego granatnika przeciwpancernego. Na dachu znaleźliśmy zapas pocisków do tej broni, a w pomieszczeniu na drugim piętrze bryzgi krwi, których układ wskazywał na to, że co najmniej dwóch Irakijczyków znajdowało się tam w chwili, gdy pocisk trafił w cel.

W magazynie na piętrze głównego gmachu muzeum uszkodzenia w pobliżu okna przedstawiały podobny schemat. Jeden pocisk z dwu-dziestopięciomilimetrowego działka wozu pancernego Bradley przebił się przez zewnętrzną ścianę i, wedle naszej późniejszej rekonstrukcji wydarzeń, o niecałe pół metra chybił snajpera, który miał tutaj swe stanowisko.

Lata pracy w wymiarze sprawiedliwości nauczyły mnie, że wykrywanie przestępstw polega w znacznej mierze na szukaniu schematów. Proces ten jest piramidą, której podstawę tworzą doświadczenie, inteligencja (z pewną dozą cwaniactwa) oraz solidna wiedza (prawnicza, kryminalistyczna i psychologiczna). Kolejny, wyższy poziom to porządkowanie i analiza surowych danych, prowadzące do zawężenia wszechświata możliwości. Na samym szczycie znajduje się instynkt, szósty zmysł, który pozwala odfiltrować biały szum i dostrzec wzorzec. Ten instynkt, albo intuicja, pozwala zobaczyć kropki, których inni nie widzą, a także połączyć te kropki szybciej, niż zrobią to złoczyńcy.

Posługiwania się intuicją nie wolno jednak mylić z dokonywaniem założeń. To pierwsze jest sprawą podstawową; to drugie jest zwykłym lenistwem umysłowym. Ilekroć przyjmujecie jakieś założenie, odcinacie ścieżki możliwości. Albo też otwieracie ich tak wiele, że śledztwo zamienia się w chaos.

Niemniej intuicja nie jest w stanie rozstrzygnąć o winie, a wnioskowanie odgrywa rolę jedynie jako narzędzie wiązania ze sobą danych empirycznych, wiodącego do stworzenia przekonywającej „teorii sprawy". To dlatego właśnie podczas dochodzenia trzeba oprzeć się na niezbitych dowodach, wzorem Sherlocka Holmesa racjonalnie eliminując jedną możliwość po drugiej. Zaczynacie od całego wszechświata, a na koniec wasze spojrzenie koncentruje się na konkretnych działaniach podjętych przez konkretnego podejrzanego lub grupę podejrzanych. Oceny moralne mogą krępować wam ręce, a polityka może sprowadzić was na manowce. Nic nie szkodzi dobremu śledztwu bardziej niż próby przyczepienia wartościujących etykiet, takich jak „dobry" lub „zły," „słuszny" lub „niesłuszny", do czynów i bohaterów zagadki, którą usiłujecie rozwikłać.

Świat prokuratorów rzeczywiście jest dwubiegunowy, ale my inaczej kreślimy linię podziału: Albo kłamiesz, albo mówisz prawdę. Albo popełniłeś ten czyn, albo nie popełniłeś. Albo mogę to udowodnić, albo nie mogę. Powody, dla których to zrobiłeś, interesują mnie jedynie o tyle, o ile naprowadzają mnie na ciebie, dają mi do ręki haczyk, który skłoni cię do przyznania się do winy, albo pozwalają mi udowodnić podczas procesu, że to ty jesteś sprawcą. Powód, na przykład że zrobiłeś to wskutek urazów emocjonalnych z ciężkiego dzieciństwa, jest ważnym czynnikiem... dla twojego terapeuty. Dla dobrego prokuratora jest równie nieistotny jak kolor skóry, wyznanie, płeć, orientacja seksualna lub przynależność partyjna.

W kwietniu 2003 roku, kiedy przybyliśmy ocenić sytuację w splądrowanym Muzeum Irackim, założenia pieniły się obficie. Każdy od Bagdadu po Bristol miał własną teorię, a co więcej, wszyscy byli wkurzeni. W spolaryzowanej atmosferze, jaka towarzyszyła inwazji, moja ekipa dochodzeniowa miała do czynienia niemal wyłącznie z dezinformacją, przesadą i tendencyjnością. Złodziejami byli pracownicy muzeum. Amerykańscy żołnierze. Pięćdziesiąt tysięcy rzezimieszków, których Saddam Husajn wypuścił z więzień na powitanie najeźdźców. A były też teorie naprawdę przerażające, wręcz paranoidalne: Byli to miejscowi dyplomaci2. Był to ogólnoświatowy spisek handlarzy dziełami sztuki z Bond Street i Madison Avenue, którzy przygotowywali się od dziesięciu lat, cierpliwie czekając na kolejny atak Amerykanów.

Przede wszystkim jednak nieporozumieniem był sam zakres grabieży. Dziennikarzy podnieciła do ostatecznych granic początkowa relacja o kradzieży 170 tysięcy eksponatów — ocena, jak szybko ustaliliśmy, zawyżona przeszło dziesięciokrotnie3.

Ale nawet gdyby wstępne doniesienia prasowe nie były tak potwornie przesadzone, nasze pierwsze zadanie pozostałoby takie samo: przejrzeć salę po sali, półkę po półce, dokładnie ustalić, co skradziono, a co pozostawiono, a jednocześnie przez cały czas szukać dowodów. System katalogowania zbiorów w tym muzeum sztuki starożytnej był sam w sobie antykiem, a co gorsza, za sprawą skomplikowanego systemu nadawania numerów inwentarzowych dziesiątki tysięcy najnowszych znalezisk pozostały, w gruncie rzeczy, „nie zaksięgowane".

Prawdą było też, że w obawie przed spodziewanymi bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim, i mając świeżo w pamięci doświadczenia wojny iracko-irańskiej i „Pustynnej Burzy", pracownicy przenieśli niektóre cenne obiekty do rozmaitych kryjówek.

Co więc zaginęło, a co było po prostu gdzie indziej? To miasto było tak odmienne kulturowo od mojego rodzinnego Nowego Jorku, jak tylko to możliwe, i uzyskanie jasnej odpowiedzi na to pytanie okazało się niezmiernie trudne.

W cywilnym życiu, jako zastępca prokuratora okręgowego z Manhattanu, wyrobiłem sobie nawyk odwiedzania miejsca przestępstwa o różnych porach, by siedzieć tam, przyglądać się i myśleć. W muzeum rozpoczynałem każdy ranek od obchodzenia terenu z pierwszym kubkiem kawy w dłoni. Każdy taki spacer kończyłem równie powolną przechadzką po galeriach, wybierając za każdym razem inną salę, ale zawsze prosząc o towarzystwo któregoś z nie mówiących po angielsku członków personelu muzealnego. Nigdy nie chciałem być w muzeum bez eskorty, ale nie chciałem też być w żaden sposób zobowiązany do prowadzenia rozmowy. „Żyjemy tak, jak śnimy — samotnie" — stwierdził Conrad, a ja potrzebowałem spokoju, by myśleć.

Moi ludzie też odbywali spacery i podczas jednego z nich natknęli się na podwórzu na dogasające ognisko. Później, kiedy przejrzeliśmy nie spalone fragmenty, znaleźliśmy akta i legitymacje członkowskie partii Baas. Stworzony w roku 1944 przez syryjskiego chrześcijanina Michela Aflaka baasizm głosił jedność całego narodu arabskiego. Ba-asiści są w przeważającej mierze ludźmi świeckimi, ale od 1958 roku, kiedy to obalili wspieraną przez Wielką Brytanię monarchię iracką i przejęli władzę, chętnie wykorzystują islam jako czynnik jednoczący. W Iraku bycie — albo niebycie — członkiem partii Baas oznaczało to samo, co bycie — albo niebycie — członkiem partii nazistowskiej w Niemczech w latach trzydziestych lub partii komunistycznej w Związku Radzieckim w latach pięćdziesiątych. Saddam Husajn pojawił się na scenie już w początkach rządów baasistowskich, ale tylko jako dwudziestojednoletni zbir i morderca. Do roku 1968 utorował sobie po trupach drogę do władzy, po czym wymodelował styl rządów, wzorując się na swych dwóch idolach — Hitlerze i Stalinie.

Rzeczywiście Muzeum Irackie oficjalnie podlegało irackiemu rządowi — jeszcze przed dwoma tygodniami tożsamemu z partią Baas — i każdy z jego pracowników był na usługach Saddama Husajna.

Od maja 2003 roku dziesiątki razy oglądałem kopię taśmy dowodowej, którą BBC nakręciło dla nas tamtego dnia w piwnicy, wciąż próbując dostrzec wzorzec, którego być może nie zauważyłem wcześniej, wciąż próbując sięgnąć nieco głębiej. Jedną wyróżniającą się rzeczą jest obecność zagadkowych strażników Nawali, dwóch młodych Irakijczyków z kałasznikowami, to pojawiających się, to znikających z kadru. Kolejną jest jej charakterystyczna postawa, lekko przygarbiona sylwetka ubrana w chimar, muzułmański szal na głowę, kurczowo ściskająca torebkę, jak gdyby ktoś zamierzał jej ją wyrwać.

Codzienne picie herbaty z urzędnikami muzeum i świadczenie im wszelkich uprzejmości mogło zaskarbić ich zaufanie, ale nigdy nie pozwoliłoby wyjawić stopnia lojalnos'ci, a może i mrocznej, krwawej przeszłości poszczególnych pracowników. Ci zaś tak naprawdę byli dość złożoną zbieraniną.

Co więcej, musieliśmy uporać się z bagażem historii. W roku 1990, podczas irackiej inwazji na Kuwejt, armia Saddama splądrowała Ku-wejckie Muzeum Narodowe, spakowała niemal całą kolekcję i wywiozła ją do Bagdadu. Po wojnie ONZ nakazał zwrot zagrabionych zabytków, jednak kuwejckie władze twierdzą, że 20 do 30 procent zbiorów nie załapało się na powrotny autobus do domu. Poza tym przynajmniej jeden z wysoko postawionych muzealników w Bagdadzie był przekonany, że Amerykanie zamierzają teraz skonfiskować całą iracką kolekcję i przekazać ją albo Kuwejtowi, albo, z czystej złośliwości, Izraelowi4.

Jednak najbardziej drażliwym aspektem tego zawiłego śledztwa był fakt, że nigdy nie zostało ono „oficjalnie" zatwierdzone normalnymi kanałami. Była to, w gruncie rzeczy, moja własna improwizacja i wielu ludzi — w tym także moi zwierzchnicy — przestrzegało mnie, że ten kretyński wybryk zrujnuje moją karierę.

Przybyłem do Iraku jako zastępca szefa Połączonej Interagencyj-nej Grupy Koordynującej (JLA.CG) — antyterrorystycznej ekipy dochodzeniowej, łączącej wojskowych, pracowników FBI, CIA, Urzędu Kontroli Celno-Imigracyjnej, ministerstwa finansów, a także innych agencji, w jedną jednostkę podległą Centralnemu Dowództwu Stanów Zjednoczonych5. Naszym podstawowym zadaniem było poszukiwanie komórek terrorystycznych, nielegalnej broni, dowodów finansowania działalności terrorystycznej, a także innych przejawów łamania rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, mającej na celu powstrzymanie Saddama Husajna. Powierzono mi tę rolę jako oficerowi piechoty morskiej, dysponującemu wszelkimi standardowymi kwalifikacjami żołnierza piechoty, jak również pewnym doświadczeniem w zwalczaniu terroryzmu, zdobytym podczas wcześniejszych misji w różnych częściach świata.

Oczywiście miałem też za sobą niemal siedemnaście lat pracy jako prokurator specjalizujący się w zabójstwach i seryjnych brutalnych zbrodniach — klasyczne przykłady schematów. W rezultacie wszystkie rutynowe procedury, jakie możecie zobaczyć w Nowojorskich gliniarzach, miałem opanowane do perfekcji. Para unosząca się znad zwłok w zimowe noce i zbryzgane krwią sypialnie w lecie nie robiły już na mnie wrażenia. Było więc dla mnie sporym zaskoczeniem, kiedy uświadomiłem sobie, jaki byłem naiwny. Dopiero kiedy przybyłem do Bagdadu, zobaczyłem prawdziwą rzeź.

Bagdad jest sześciomilionowym miastem, przeciętym wstęgą Tygrysu wijącą się od górnego lewego do prawego dolnego rogu mapy. Muzeum Irackie znajduje się w samym jego sercu, na zachodnim brzegu rzeki, przy głównej ulicy, między pobliskim głównym dworcem kolejowym na zachodzie, starym sukiem (bazarem) i dzielnicą finansową (gdzie mieści się Bank Centralny) po drugiej stronie mostu Al-Ahrar na wschodzie oraz „głównym" pałacem prezydenckim na południu, gdzie rzeka tworzy zakole.

W skład kompleksu zajmującego cztery i pół hektara ogrodzonego terenu, stanowiącego siedzibę muzeum oraz jego macierzystej instytucji, Państwowej Rady ds. Zabytków i Dziedzictwa Narodowego, wchodzą trzy budynki ustawione w podkowę otwartą na południe, w stronę głównej ulicy (zob. mapka na stronie 173). Po lewej, od ulicy, znajdują się piętrowy budynek mieszczący galerie publiczne (zbudowane wokół dwóch centralnych dziedzińców) oraz magazyny. Jest tam osiem pomieszczeń magazynowych, rozmieszczonych na trzech kondygnacjach: jedno na parterze, dwa na piętrze i pięć w piwnicy — te ostatnie jako „miejsce składowania zabytków na wypadek wojen i innych zagrożeń"6. Wierzchołek podkowy tworzy parterowy budynek z biurami i działem technicznym. Prawe skrzydło zajmują biblioteka i sala wykładowa. Muzeum Dziecięce, replika nowoasyryjskiej bramy z niesławną wyrwą od pocisku, jest osobnym dwupiętrowym budynkiem, najbliższym ogrodzenia od strony głównej ulicy.

Za zabudowaniami muzealnymi w obrębie kompleksu znajdują się garaż oraz posterunek policji, w którym urządzono stanowisko dowodzenia, zaopatrzone w taktyczne mapy wojskowe do śledzenia przebiegu bitwy. Na jednej z zewnętrznych ścian w pobliżu znaleźliśmy wydrapane uproszczone sylwetki ludzkie, których iraccy żołnierze używali jako celów podczas ćwiczeń. W tej tylnej części kompleksu jest też kilka budynków mieszkalnych.

Na otwarty dziedziniec przed muzeum prowadzi główna brama wjazdowa. A naprzeciw niej, po drugiej stronie ulicy, jest to, co zostało z koszar Specjalnej Gwardii Republikańskiej — w których jeszcze do niedawna stacjonowały najbardziej elitarne oddziały Husajna. Budka strażnicza obok głównej bramy muzeum była, kiedy przyjechaliśmy, obsadzona przez żołnierzy Grupy Operacyjnej 1 -64, należącej do Trzeciej Dywizji Piechoty amerykańskich wojsk lądowych.

Kiedy wprowadziliśmy się do muzealnej biblioteki, złapaliśmy za wiadra i mopy, amoniak i clorox. Znając dbałość marines o higienę — golimy się w boju, głównie ze względu na dyscyplinę, jaką to reprezentuje i umacnia — Eleanor Roosevelt stwierdziła kiedyś: „Żołnierze piechoty morskiej, których widziałam w różnych częściach świata, mieli najczystsze ciała, najbrudniejsze myśli, najwyższe morale i najniższe zasady moralne ze wszystkich znanych mi grup zwierząt. Dziękujmy Bogu za amerykański Korpus Piechoty Morskiej!"

Poprzedni miesiąc spędziliśmy w Umm Kasr i Basrze na południu Iraku, tak więc wiedzieliśmy już, czego się spodziewać w Bagdadzie. Oprócz stert gruzu oraz problemów z kanalizacją i elektrycznością, każdy wizerunek byłego prezydenta Iraku będzie obsikany. Nie zawiedliśmy się. Tak więc autor tej książki wraz z resztą podtatusiałych detektywów zabrał się do szorowania pokładu.

Kiedy już wtaszczyliśmy do środka nasz sprzęt, przysunęliśmy regały prostopadle do ściany, by zrobić miejsce dla piętnastu mężczyzn wchodzących obecnie w skład jednostki. Senior — znany siłom powietrznym jako sierżant sztabowy Roberto Pińeiro, moja prawa ręka — położył obok swojej półki mały dywanik, na którym opierał stopy. Claude, nasz sanitariusz i spec od komputerów, otoczył się swoimi elektronicznymi zabawkami. Steve i Bud mieli pod ręką kolekcję broni, która sprostałby Armagedonowi. Ja zapewniłem sobie dobre światło do czytania.

Nasz generator elektryczny ustawiliśmy przed drzwiami, jako barykadę. Tuż przy wyjściu stał też zawsze jeden z naszych wozów terenowych, przodem w stronę dziedzińca, gotowy do odjazdu. Co ważniejsze jednak, blok silnikowy zapewniał dodatkową osłonę przed bombami terrorystów-samobójców, którzy mogliby złożyć nam wizytę. W bardziej normalne dni zatrzymałby też kule.

Kryte przejście pozwalało dostać się z biblioteki na tylny dziedziniec bez wystawiania się na widok snajperów i ludzi z ulicy. Zaletą była też lokalizacja biblioteki w pobliżu bramy wjazdowej, gdyż chciałem, żebyśmy byli pod ręką, kiedy jakiś informator przy bramie zawoła: „Psst! Psst! Tutaj!" Nie chodziło o to, byśmy mieli zachowywać się jak profesorowie udzielający konsultacji w określonych godzinach. Miałem inne powody, by chcieć być bliżej bramy niż personel muzeum. Nie znałem jeszcze tych ludzi, a póki co nikt nie był w stanie przewidzieć, jak zakończy się ta zmiana władzy.

Biblioteka była dla nas dobrym miejscem także i z tego względu, że, na ile mogliśmy to stwierdzić, była wolna od złych fluidów. Podczas gwałtownych zmian władzy wprowadzenie się do gmachów rządowych jest zwykle najrozsądniejszym wyborem w kategoriach bezpieczeństwa. Takie budynki mają grube mury, solidne instalacje i szeroką „martwą strefę" — co oznacza, że zapewniają względną ochronę przed bezpośrednim ostrzałem z ręcznej broni i improwizowanymi środkami wybuchowymi. Zazwyczaj są też puste po inwazji. Za te korzyści trzeba jednak często płacić w kategoriach społecznego postrzegania starego reżimu i nowego porządku, wrogów i przyjaciół. ORHA (Biuro Odbudowy i Pomocy Humanitarnej), wkrótce przechrzczone na CPA (Tymczasowe Władze Koalicyjne), ulokowało się w głównym pałacu Saddama Husajna — pogardliwie nazywanym „Czterogłowym" z powodu sterczących na dachu czterech olbrzymich głów Husajna. Było to może całkiem dobre miejsce, ale raczej kiepski symbol w walce

0 serca i umysły narodu.

Tuż za bramą wjazdową kompleksu muzealnego był ogrodowy wąż, przy którym braliśmy prysznic. Oczywiście „branie prysznicu" to zbyt szumne określenie na stanie przez czterdzieści pięć sekund bez koszuli, ale w spodniach i butach, polewanie sobie wodą głowy

1 chlapanie się pod pachami. Fotoreporterzy prasowi uwielbiali to, my jednak obawialiśmy się, czy nie wykraczamy w jakiś sposób przeciwko tutejszej obyczajności. Tak więc po pewnym czasie przenieśliśmy naszą toaletę na tylny dziedziniec, gdzie także był wąż. Chłopcy zainstalowali później dwa worki, <_' ,dając do naszej listy wygód kilka litrów nagrzanej przez słońce wody — ja jednak wolałem chłodniejszą wodę wprost z węża.

Z szacunku dla pracowników muzeum nie nosiłem kamizelki kuloodpornej na terenie kompleksu. Nigdzie jednak — nawet na chwilę tylko opuszczając sypialnię w bibliotece — nie ruszałem się bez mojego pistoletu Beretta kaliber 9 mm, w miarę możliwości ukrytego. Jak orzekł F. Scott Fitzgerald, „nie zawsze łatwo stawiać abstrakcje ponad koniecznością".

Bez zwłoki zabraliśmy się do szacowania strat, a było ich mnóstwo. Każde ze stu dwudziestu pomieszczeń biurowych na terenie muzeum zostało kompletnie zdemolowane. Akta, slajdy, książki i papiery trafiły do ognisk rozpalanych wprost na podłodze. Wentylatory, czajniki, komputery, telefony, biurka i krzesła zostały albo ukradzione, albo, co ciekawsze, po wandalsku zniszczone. O tyle, o ile można było uznać włamanie do muzeum za akt wściekłości wobec dawnego reżimu, tu właśnie przejawiło się to z największą wyrazistością. Tu oraz w dziesiątkach splądrowanych pałaców prezydenckich, jakie widzieliśmy w całym kraju.

Ale wśród rozszalałej tłuszczy byli też zawodowi złodzieje. Podobnie jak „swoi" w podziemnych magazynach, zawodowcy w galeriach niejednokrotnie szli prosto do co cenniejszych obiektów, omijając kopie i pospolitsze oryginały. W publicznych galeriach, gdzie wystawione były najświetniejsze eksponąty, można było odnieść wrażenie, że działali z listą zakupów w ręce, realizując zamówienia złożone z wyprzedzeniem przez nadzianych antykwariuszy i kolekcjonerów z Nowego Jorku, Londynu lub Tokio. W salach tych znajdowało się 451 gablot, z których wszystkie prócz jednej zostały doszczętnie opróżnione. Ale tylko w dwudziestu ośmiu rozbito szkło. W tej jedynej nie do końca ogołoconej gablocie pozostał kompletny szkielet neandertalczyka sprzed czterdziestu pięciu tysięcy lat. Co dziwne, choć towarzyszące mu wyposażenie grobu zniknęło, przeszklona szafka była nietknięta. Gdybyśmy mieli uwierzyć w to, co mówili nam pracownicy, rabusie podnieśli szybę, odstawili ją na bok, zabrali, co chcieli, po czym wstawili szybę na miejsce. A jednak, co jeszcze dziwniejsze, na szkle nie było żadnych odcisków palców ani nawet smug pozostałych po ich wytarciu. Kto zadawałby sobie tyle trudu, kiedy jedno uderzenie młotkiem załatwiłoby sprawę?

Tak więc znów najbardziej niepokojące i zasadnicze pytanie pojawiło się tam, gdzie niejasności przestępstwa nakładały się na skomplikowane układy wśród personelu muzeum: Czy poznajemy prawdziwą wersję wydarzeń? Kto nas okłamuje? I kto w naszym otoczeniu być może działa przeciwko nam?

Szybko uświadomiłem sobie, że moja początkowa ocena — trzy do pięciu dni na rozpoznanie sytuacji — była śmieszna. To była robota raczej na trzy do pięciu lat.

Wkrótce po naszym przybyciu zadzwoniłem do swego przełożonego, generała dywizji lotnictwa, Victora E. „Gene'a" Renuarta Jr., szefa Wydziału Operacyjnego w Dowództwie Centralnego Teatru Działań. Wyszedłem na dach, gdzie mój telefon satelitarny miał najlepszy odbiór. Tuż nad krytym przejściem między biblioteką a tylnym dziedzińcem znajdowało się osłonięte miejsce. Jedynym mankamentem było to, że podczas rozmowy musiałem leżeć płasko na plecach, by nie wystawiać się na cel snajperom.

— Panie generale, potrzebuję więcej czasu — oświadczyłem. — Proponuję wykorzystać muzeum jako bazę, z której będziemy prowadzić nasze pozostałe misje antyterrorystyczne.

Zacząłem wyliczać korzyści. Jednym z naszych głównych zadań było zwalczanie nielegalnego handlu bronią, a szybko zorientowaliśmy się, że zabytki i broń przemycają ci sami ludzie. Mogłem więc utrzymywać, że tropiąc starożytne dzieła sztuki, upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu.

— Świetnie — odparł generał. — Rób, co uważasz za stosowne. Ale nie kosztem zasadniczej misji. Nie zapominaj, że macie w tym kraju szukać broni i finansowania działalności terrorystycznej. To się nazywa globalna wojna z terroryzmem, Matthew.

— Zrozumiałem. Nie zawiodę pana, generale. — Po raz kolejny mój zwierzchnik nadstawił karku za mnie i za tę misję. Rozłączyłem się i przez chwilę leżałem bez ruchu. Herodot powiedział: „Wielkie rzeczy zwykło się osiągać przez wielkie niebezpieczeństwo"*. Cóż, my z całą pewnością narażaliśmy się na niebezpieczeństwo.

" Przeł. Seweryn Hammer. Źródła cytatów wykorzystanych w polskim tłumaczeniu — patrz s. 368.

Zapewniwszy sobie w ten sposób nieformalne upoważnienie do rozpoczęcia prawdziwego śledztwa, zająłem się kolejną co do ważności kwestią — mediami. Reporterzy pchali się drzwiami i oknami i każdego dnia otrzymywałem dziesiątki próśb o wywiad. Odniosłem wrażenie, że standard dziennikarstwa został już ustalony przez Bagdadzkiego Boba, vel Komicznego Alego, szalonego irackiego ministra informacji, który codziennie wygłaszał przez radio zapewnienia, że żadne oddziały amerykańskie nie wkroczyły do Bagdadu, choć w tle słychać było dudnienie czołgów. Kiedy weszliśmy do muzeum, wpadliśmy w wir dezinformacji i prześcigania się w przesadzie.

„Independent" opublikował artykuł mówiący, że „ani jedno naczynie, ani jedna gablota wystawowa nie uniknęły zniszczenia", obok zaś zamieścił zdjęcie, na którym strażnik muzealny spoglądał smętnie na pustą gablotę. Podpis głosił: „Uzbrojony strażnik ogląda ogołocone półki"7. Tę samą fotografię pokazała potem niemal każda ważniejsza gazeta na świecie. Później dowiedzieliśmy się, że każda z widocznych na zdjęciu półek została w rzeczywistości opróżniona przez pracowników muzeum, a zabytki wyniesiono jeszcze przed inwazją.

W „Guardianie" Eleanor Robson z Oksfordu, członkini zarządu Brytyjskiej Szkoły Archeologicznej w Iraku, powiedziała: „Jest to tragedia, która przywodzi na myśl wielkie katastrofy z przeszłości: złupienie Bagdadu przez Mongołów oraz spalenie biblioteki aleksandryjskiej w piątym wieku naszej ery"8. W innym miejscu sięgnęła do bliższych sobie przykładów, oświadczając: „Splądrowanie Muzeum Irackiego można porównać z wysadzeniem Stonehenge albo rozgrabieniem zbiorów Bodleian Library"9.

Jednak i tak wypadła blado w porównaniu z profesorem Piotrem Michałowskim z Uniwersytetu Michigan, który w wypowiedzi dla History News Network stwierdził: „Złupienie bagdadzkiego muzeum jest tragedią, która nie ma odpowiednika w dziejach świata. To tak, jakby za jednym zamachem unicestwiono Uffizi, Luwr czy wszystkie muzea w Waszyngtonie"10.

„Dziesięć tysięcy lat dziejów ludzkości zostało wymazane w jednej krótkiej chwili" — oto jak profesor John Russell z Massachusetts College of Art podsumował to w NeivsHouru.

Ale relacje stały się bardziej konkretne, i bardziej cierpkie wobec wojsk Stanów Zjednoczonych, kiedy „Guardian" zamieścił nagłówek: Skarby muzeum pozostawione na łasce rabusiów, z podtytułem: „Amerykańscy generałowie odrzucają prośbę o ochronę bezcennych zabytków przed wandalami"12.

Kiedy przybyliśmy do Bagdadu, potrafiłem odróżnić zabytki aka-dyjskie od babilońskich czy sumeryjskich — ale prawdopodobnie niewiele ponadto. Podczas studiów koncentrowałem się na literaturze i filozofii klasycznej — greckiej oraz łacińskiej. Później moje zainteresowania rozciągnęły się także na archeologię, szczególnie rzymską, grecką i mezopotamską. Uczyłem się też o odczytywaniu tekstów z glinianych tabliczek, papirusów i zwojów, zapisanych czy to hieroglifami, czy pismem klinowym, czy w grece. Wszystko to bardzo liczyło się na Columbii, gdzie robiłem dyplom z prawa.

Ale pierwsza okazja wyjazdu na prawdziwą ekspedycję archeologiczną trafiła mi się tak naprawdę dopiero dobry rok od rozpoczęcia dochodzenia w sprawie muzeum. Latem 2004 roku zostałem zaproszony na wykopaliska na małej wysepce u wybrzeży Cypru. Wśród tych śródziemnomorskich krajobrazów, w tym specyficznym otoczeniu, niemal niezmienionym od czasów Chrystusa, czułem się zupełnie jak w domu.

Tak samo czułem się również podczas długich miesięcy spędzonych w Muzeum Irackim. Cieszyłem się każdą spędzoną tam chwilą. Minęło jednak kilka dni, nim w pełni uświadomiłem sobie, gdzie jestem, i nim dotarło do mnie, że przedmioty, na które patrzę, nie są obrazkami w olbrzymim albumie, ale autentycznymi reliktami przeszłości. Jedną z pierwszych chwil olśnienia przeżyłem, gdy natknąłem się na czarną bazaltową stelę z Uruku, przedstawiającą króla w trakcie polowania na lwy — jak przez mgłę pamiętałem, że była to najstarsza tych rozmiarów rzeźba w kamieniu, jaką odkryto w Iraku, oraz pierwsza znana próba ukazania perspektywy w płaskorzeźbie. Kolejną taką chwilą była dla mnie pierwsza wizyta w galerii sztuki asyryjskiej, gdy szedłem wzdłuż misternych, niekiedy narracyjnych fryzów, stanowiących w dosłownym sensie pomnik dwóch ulubionych rozrywek starożytnej Mezopotamii: masakrowania wrogów oraz wysławiania tych rzezi w ogromnych płaskorzeźbach.

Jakieś pięćdziesiąt metrów za murem kompleksu muzealnego był minaret, a tamtejszy muezin miał potężny głos. Każdego wieczoru kołysał nas do snu, wzywając wiernych do modlitwy. Wcześniej, oczywiście, zdążyliśmy już zjeść na kolację nasze MRE (meals ready to eat, posiłki gotowe do spożycia) i spalić odchody z całego dnia w stalowej beczce na podwórzu.

Dyrektor do spraw badań naukowych Muzeum Irackiego, dr Ado-nia George Youkhanna (znany światu jako Donny George, ale mnie jako brachu Donny), zwierzył się kiedyś australijskiej ekipie filmowej, że uwielbia zaglądać do galerii i oddychać zabytkami. Doskonale wiem, co miał na myśli. Nawet jeśli polityka wydaje się brutalna, a leżąca u jej podstaw teologia ksenofobiczna i mizoginiczna, te starożytne ludy docierały swoimi dziełami do istoty rzeczy.

W tej kolekcji wytworów ich rąk, jak być może nigdzie indziej na świecie, można prześledzić początki ludzkiej cywilizacji w jednym nieprzerwanym strumieniu. Płynie on od Ur Chaldejczyków (me-zopotamskiego miasta, z którego Abraham — patriarcha judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu — został rzekomo powołany „do ziemi, którą ci wskażę") poprzez Sumerów, Akadyjczyków, Asyryjczyków, Persów, Greków i dalej, aż po współczesność. To właśnie ponadcza-sowość i doskonałość tych śladów ludzkiej obecności, zapisanych w glinie, złocie, karneolu i lapis-lazuli, z pewnością miał na myśli Keats, gdy zwracał się do „niepokalanej narzeczonej ciszy" ze swej słynnej greckiej urny.

Muszę przyznać, że wśród takiej wspaniałości czułem się jak liliput. Nawet jeśli dociągnę do osiemdziesiątki, całe moje życie będzie jak mała kropla w porównaniu z tym oceanem dziejów. Ale to właśnie moje utożsamienie się z przeszłością i z płynącym z niej poczuciem dystansu tłumaczy po części, dlaczego w ogóle znalazłem się w tym muzeum.

Duch Hektora

Nie dawaj miecza człowiekowi,

który nie umie tańczyć.

przysłowie celtyckie

miałem dwanaście lat, moja matka — kelnerka — podarowała mi Iliadę.

Moi rodzice żyli ze sobą jak pies z kotem, wśród awantur, które niekiedy wykraczały poza cztery ściany domu. Przyjście na świat w ciągu trzech lat czterech chłopców — z których wszyscy do czasu, gdy skończyłem trzynaście lat, gnieździli się w jednej sypialni — prawdopodobnie nie pozostało bez wpływu na ten stan rzeczy. Czasami aby odgrodzić się od wrzasków, wchodziłem do szafy wnękowej i czytałem, zostawiając drzwi lekko uchylone, by zapewnić sobie światło. (Zawsze chciałem mieć latarkę, dlatego po dziś dzień daję swoim dzieciom latarki, kładąc je do łóżek.) Lektura Iliady, przenosząca mnie w Homerowy świat herosów, obowiązku, honoru i bohaterskich śmierci, była dla mnie jedyną rzeczą, która mogła zagłuszyć odgłosy domowych kłótni.

Czytanie o tym świecie, ale przede wszystkim o Hektorze i Achillesie tak mężnie stawiających sobie czoło pod murami Troi, praktycznie zdeterminowało cały dalszy bieg mojego życia, odciskając się na wszystkim, co robiłem od tamtej pory. (W wieku piętnastu lat, na przykład, nie posiadałem się z radości, przeczytawszy, że Aleksander Wielki także sypiał z Iliadą pod poduszką.) W pewnym sensie magisterium z filologii klasycznej było po prostu znakomitym pretekstem do dalszych lektur. Utożsamienie się z Grekami z epoki brązu i wyznawanymi przez nich wartościami skłoniło mnie do zajęcia się boksem, do wstąpienia do piechoty morskiej, do obrania kariery prokuratora. Moja zas' fascynacja historią oraz szacunek dla greckich pojęć themis (sprawiedliwości) i arete (doskonałos'ci dla samej doskonałości) sprawiły, że zapragnąłem odnaleźć, odzyskać i chronić jedne z najstarszych i najcenniejszych zabytków świata.

Nie bez wpływu było także moje pochodzenie: Bogdanos to greckie nazwisko. Ojciec mojego ojca w wieku sześciu lat opuścił swój dom na greckiej wyspie Lemnos w północno-wschodniej części Morza Egejskiego, by wstąpić do terminu w Egipcie. Pracował jako piekarz w Aleksandrii, zaliczył wymagany okres nauki, po czym wrócił na Lemnos, by ożenić się z moją babcią. Wcześniej, podczas jednego z licznych tureckich pogromów Greków, jej rodzinę ukryła turecka rodzina z sąsiedztwa. Po ślubie oboje przyjechali do Stanów. Dziadek, światowej klasy zapaśnik, odłożył na bok marzenia o karierze sportowej, żeby wychować czwórkę dzieci, i przyjął jedyną pracę, jaką udało mu się zdobyć: kucharza w barze szybkiej obsługi w YMCA. Przez wiele lat mieszkaliśmy z rodzicami mojego ojca w ich dwupokojowym mieszkaniu przy Siedemdziesiątej Ulicy na Manhattanie, podczas gdy każde z moich rodziców tyrało na dwa etaty.

Kiedy rodzice się poznali, ojciec pracował jako sprzedawca w sklepie muzycznym. Był wielkim fanem jazzu i bluesa, uwielbiał Milesa Davisa, Louisa Armstronga i big-bandy. Odbył też służbę w piechocie morskiej i walczył w Korei, chociaż nie przyznał się do tego swym rodzicom, dopóki nie wrócił do Stanów. Miał tylko podstawowe wykształcenie, ale czytał dwie książki tygodniowo. I podobnie jak jego ojciec, potrafił przyrządzać greckie i włoskie potrawy o niebiańskim smaku. Imał się rozmaitych zajęć, był dyskdżokejem, pomywaczem, barmanem i szefem kuchni, by na koniec otworzyć własną restaurację, a potem dwie następne.

Siłą napędową w rodzinie była jednak moja matka — Amerykanka francuskiego pochodzenia, absolwentka szkoły średniej, anglofil-ka, a także nałogowa czytelniczka. Kiedy nie pracowała — co nie zdarzało się często — biegała zawsze na kursy francuskiego, rysunku, tańca lub historii sztuki. Rodzice ostatecznie rozwiedli się, gdy miałem dziewiętnaście lat, wcześniej jednak rozstawali się kilkakrotnie — często na całe pół roku. Prawdopodobnie rozeszliby się już, kiedy miałem dwa lata, ale jak wielu z ich pokolenia trzymali się razem ze względu na dzieci.

Owe „dzieci" to oprócz mnie mój brat bliźniak Mark oraz dwaj młodsi, Konstantine (Deno) i David. Żaden z nich nie był w collegeu, ale każdy potrafi cytować obszerne fragmenty z Szekspira, przygotować w dwie godziny trzydaniowy obiad na sześć osób i ograć was w karty z samymi blotkami w ręce. Szczerze odradzałbym też wdawanie się z nimi w bójkę.

„Domem" była dla nas knajpka na pięćdziesiąt miejsc na rogu Dwudziestej Szóstej Ulicy i Trzeciej Alei na Manhattanie, o nazwie Denos. Mój ojciec ma na imię Konstantine, co wymawia się po grecku „ko-standenos"; stąd „Deno". Tata gotował, mama obsługiwała gości, a my, po ukończeniu siódmego roku życia, wykonywaliśmy kolejno szereg prac od wycierania sztućców i sprzątania stolików aż po zmywanie naczyń i obieranie krewetek. Nadal wspominam z dumą dzień, w którym ojciec powiedział mi, że jako jedenastolatek jestem już dość duży, by obierać krewetki (jeśli zrobiło się to nieumiejętnie, krewetka była do wyrzucenia, a na to nie mogliśmy sobie pozwolić). Wszystkie posiłki jadaliśmy w restauracji. Obiad składał się zwykle z pomyłek: jeśli klient rozmyślił się i nie chciał musaki, nie było problemu: zjadał ją ktoś z nas. Ale nigdy więcej niż dwoje z nas nie mogło jeść w tym samym czasie. Mimo to, choćbyśmy byli nie wiem jak zajęci albo jak zapchana byłaby sala, stolik numer 1 służył do odrabiania lekcji. Każdy, kto zechciał pomóc nam z ortografią lub arytmetyką, mógł liczyć na darmową lampkę wina albo porcję baklawy. Przeszło dwadzieścia lat później, podczas procesu, Shirley Levitan, mierząca jakieś metr pięćdziesiąt dawna członkini francuskiego ruchu oporu i legendarna sędzina Nowego Jorku, nie mogła odmówić sobie przyjemności, by powiedzieć mi — w obecności ławy przysięgłych, rzecz jasna — „Uczyłam cię matematyki, kiedy miałeś osiem lat. Byłeś wtedy nad wiek rozwiniętym smarkaczem i takim zostałeś do dziś. Sprzeciw odrzucony!"

Czego nie nauczyłem się z Iliady, tego nauczyłem się od rodziców w restauracji. Wszystkie te lekcje przydały mi się bardzo w Afganistanie i Iraku. Bądź czujny: Kto już chce zamówić, a kto jeszcze się zastanawia? Zwracaj uwagę na mowę ciała: Kto myśli o deserze, a kto się spieszy i chce dostać rachunek? Przewiduj przyszłe zdarzenia w oparciu

0 doświadczenia z przeszłości: Kto ostatnim razem zamawiał suflaki

1 prosił o więcej pieprzu, kto lubi fetę na przystawkę? Szczególnie użyteczne w moim śledztwie muzealnym okazało się to, że wymagali, by cała nasza czwórka umiała wykonać w restauracji każdą pracę — od pomywacza po szefa kuchni — nie tylko po to, by móc zastąpić kogoś na wypadek choroby, ale żeby pokazać wszystkim, że dzieciaki właściciela, a co za tym idzie i sam właściciel, brudzą sobie ręce na równi z facetem, który zmywa podłogę.

Innych rzeczy uczyłem się pomiędzy godzinami szczytu. Gdy pewnego razu przesłuchiwałem policjanta, którego twarz zdawała mi się znajoma, on parsknął nagle śmiechem. Właśnie przypomniał sobie, że mój ojciec — w kucharskim fartuchu — uczył go grać w podwórkowy baseball przed restauracją w porze między zmianą obiadową a kola-cyjną. Bez względu na to, jak bardzo byliśmy zajęci albo jak bardzo był zmęczony, tato zawsze znajdował w ciągu dnia czas dla nas. To właśnie w restauracji nauczyłem się też, że misja jest na pierwszym miejscu. W pewien ruchliwy piątkowy wieczór skończyłem właśnie sprawdzać zamówienie ze ściągą (białą częścią rachunku, na której podstawie kuchnia realizuje zamówienie). W pośpiechu trzepnąłem ręką, aby nabić ściągę na szpikulec, i zobaczyłem, jak stalowy pręt wychodzi przez grzbiet mojej dłoni. Tato sięgnął z kuchni ponad ladą, wyciągnął szpikulec i odsunąwszy moją rękę za nadgarstek z dala od jedzenia, zalał ranę cloroksem. Zanim ból zdążył dotrzeć do mojej świadomości, pocałował mnie w rękę i powiedział:

— Stolik trzynasty czeka na kolację.

Podnosząc talerze drugą ręką, odwróciłem się do matki w poszukiwaniu współczucia. Pocałowała mnie w czoło, po czym powiedziała:

— Stolik trzynasty prosi też o wodę.

Muzyka w restauracji była stuprocentowo grecka, ale w domu słuchaliśmy wyłącznie melodii z przedstawień broadwayowskich. Jako dzieci znaliśmy na pamięć słowa każdej piosenki z My Fair Lady, The Boyfriend i The Musie Man. A kiedy klienci wyszli, tańczyliśmy z matką walca do Shall We Dance z The King and I. Kontynuuję tę tradycję. W moim mieszkaniu słychać na okrągło A Chorus Linę, Camelot, 1776 i City ofAngels. Moja najstarsza córka (pięcioletnia) potrafi zaśpiewać / CouldHave Danced.AU Night, mój najstarszy syn (sześcioletni) uwielbia Hi-Lili Hi-Lo i Theyre PlayingMy Song.

Doprowadzeni do rozpaczy czwórką chłopców, którzy nieustannie toczyli bójki — i to nie tylko między sobą, ale także na ulicy i w szkole — rodzice posłali nas do Don Bosco, parafialnego liceum przy George Washington Bridge w New Jersey. Mieliśmy się tam nauczyć porządku i dyscypliny. Mieliśmy też zaczerpnąć trochę wiedzy, ale tylko dla samej wiedzy, nie w jakimś konkretnym celu. Książki były rzeczą cenną i piękną, ale nigdy nie przyszło nam do głowy, że można za ich pomocą dostać się do dobrego college'u i stać się kimś ważnym w życiu.

Kiedy wraz z moim bratem bliźniakiem kończyliśmy Don Bosco — Mark jak zwykle pobił mnie, był, o ile pamiętam, czwarty w klasie, a ja piąty lub szósty — jako jedyni nie wybieraliśmy się na studia. Przedstawiciele college'ów prowadzili rekrutację w kampusie, ale my nawet nie chodziliśmy na te spotkania. Po co? Dla nas nauka oznaczała czytanie, a czytanie było sprawą osobistą, czymś, co robiło się stale, przez całe życie, a nie tylko przez cztery lata w jakimś młodzieżowym getcie otoczonym kordonem pizzerii.

Przez pierwsze dwa lata po skończeniu szkoły nadal pracowałem w restauracji — ale teraz, jak moi rodzice, na dwie zmiany. Miałem mieszkanko na czwartym piętrze bez windy na skrzyżowaniu Trzydziestej i Trzeciej, a ojciec postanowił udowodnić mi, że tak naprawdę wcale nie chcę wchodzić w ten interes. Nie chciał, żebym w jego wieku harował przy grillu osiemnaście godzin na dobę tylko po to, by związać koniec z końcem. W tym czasie miał trzy restauracje, jedną obok drugiej. Grecką przekazał mnie, a włoską Markowi. Rzecz jasna po zamknięciu spałem na stolikach, bo nie było sensu iść cztery przecznice do mojego mieszkania po to tylko, żeby zrobić w tył zwrot i wracać. Ojciec chciał dla mnie czegoś „lepszego". Nie miał konkretnego planu — jego zdaniem wszystko było lepsze niż to.