Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Jak to się stało, że Donald Trump – polityk skreślony przez wielu po przegranych wyborach – wrócił na szczyt amerykańskiej sceny politycznej? „Zemsta” to wnikliwa i pełna napięcia opowieść o jednym z najbardziej spektakularnych powrotów w historii współczesnej polityki.
To książka, która odsłania mechanizmy władzy, zakulisowe rozgrywki i strategiczne decyzje, które doprowadziły do politycznego rewanżu. Pokazuje, jak determinacja, lojalność i bezkompromisowość mogą zmienić bieg wydarzeń – nawet w najbardziej nieprzewidywalnym środowisku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Data ważności licencji: 3/20/2031
Originally published under the title
Revenge: The Inside Story of Trump’s Return to Power
Copyright © 2025 by Alex Isenstadt
This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, an imprint of Hachette Book Group, Inc., New York, NY, USA. All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2026
All rights reserved.
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2026
All rights reserved.
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym.
Projekt okładki: Eliza Luty
Redakcja: Monika Łojewska-Ciępka
Korekta: Justyna Jagódka
ISBN 978-83-68536-94-2
Wydanie I, Kraków 2026
Published by Quello, an imprint of Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.
Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.
ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków
tel. 12 267 05 69, 12 264 37 09
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl
Uwaga od autora
Prolog
1. „Nie uwierzycie w to”
2. FNG
3. „Pogódź się z tym, że będzie do bani”
4. Jesteście ze mną lub przeciwko mnie
5. Boris i „człowiek drukarka”
6. „Czy ta kobitka z RNC już sobie poszła?”
7. „Paskudny tytuł”
8. „Jebać to, będziemy walczyć”
9. „Nie chcę go wyeliminować”
10. Najbardziej amerykańskie zdjęcie
11. On „nigdy nie lubił Trumpa”
12. Na drodze samozniszczenia
13. „Coś się święci”
14. Lato dzieciaków, jesień bracholi
15. Zemsta
Epilog
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla Catherine, Lestera i Joeya
Niniejsza książka jest owocem ponad trzystu wywiadów. Moje dziennikarskie dociekania podjąłem w lutym 2023 roku, kilka miesięcy po tym, jak Trump rozpoczął kampanię. Zbierałem informacje na bieżąco z wielu źródeł, w tym od pomocników i darczyńców Trumpa, senatorów, członków Izby Reprezentantów oraz wysoko postawionych analityków związanych z Partią Republikańską. Mój cel był następujący: chciałem uchwycić wspomnienia ludzi, póki jeszcze nie zdążyły się zatrzeć, oraz ukazać czytelnikom „zakulisowe” zmagania Trumpa w jego wyścigu do Białego Domu. W niniejszej publikacji stosuję cudzysłów jedynie przy cytatach przekazanych mi bezpośrednio – przez osobę będącą autorem danego komentarza lub przez kogoś, kto osobiście taki komentarz słyszał. Gdy wypowiedzi zapisane są w inny sposób, oznacza to, że osoba, która wypowiedziała lub usłyszała dane słowa, nie pamiętała dokładnie ich treści lub uzyskałem daną informację od kogoś, kto nie był osobiście obecny podczas rozmowy, ale znał jej treść. Jeśli przekazuję czyjeś przemyślenia, to pochodzą one od tej osoby lub od kogoś, kto miał bezpośrednią wiedzę na ich temat. Przy opisywaniu przytoczonych rozmów i sytuacji podjąłem wszelkie wysiłki, aby potwierdzić moją relację z osobami uczestniczącymi w danym wydarzeniu. W rzadkich przypadkach, gdy na temat zaistniałych sytuacji pojawiały się sprzeczne opinie, starałem się je rozsądzić z należytą starannością.
Donald Trump i jego najbliżsi współpracownicy zebrali się na zapleczu sceny Van Andel Arena w Grand Rapids w Michigan, obiektu sportowego znanego także jako lodowisko na ulicy Fulton (Freezer on Fulton). Na zegarze wybiła północ. Nadszedł dzień wyborów.
Były prezydent nigdy nie był przesadnie wylewny, ale ten wiec, siedemdziesiąty ósmy w kampanii z 2024 roku, miał być jego ostatnim w roli kandydata na prezydenta. Sugestywne spotkania z wyborcami były podstawą kształtowania jego stronnictwa i umożliwiały mu nawiązywanie nici porozumienia z sympatykami, którzy widzieli w nim taran rozbijający skompromitowany system. Pierwszy wiec Trumpa w New Hampshire, który odbył się 17 czerwca 2015 roku – dzień po tym, jak zjechał on windą ze szczytu Trump Tower i ogłosił swoją kandydaturę – przyciągnął kilkaset osób1. Miesiąc później pięć tysięcy jego zwolenników wypełniło Phoenix Convention Center, gdzie Trump ogłosił: „Milcząca większość odzyskała głos i wspólnie odzyskamy nasz kraj”. W sierpniu natomiast już trzydzieści tysięcy zwolenników MAGA z czerwonymi czapkami na głowach wlało się niczym fala na stadion Ladd-Peebles w Mobile w stanie Alabama2. Trump wkroczył na scenę polityczną jako siła pragnąca dobrej zmiany3.
Teraz jednak pewien etap dobiegał końca. Trump przez cały tydzień krążył myślami gdzieś indziej. „Te kilka wieców kampanijnych będzie ostatnimi, na jakich kiedykolwiek się pojawię” – oznajmił na pokładzie swojego samolotu.
Wybór Grand Rapids nie był przypadkowy. Cały wiec przesiąknięty był nostalgią, gdyż to tam Trump zakończył swoją zwycięską kampanię z 2016 roku. Miał dobre samopoczucie i wiedział, że ma szansę na zwycięstwo, a mimo to pogrążony był w zadumie.
Tysiące zwolenników czekało w kolejkach, aby móc ujrzeć byłego i niewykluczone, że też przyszłego prezydenta. Siedząc w swojej poczekalni, Trump słyszał, jak publikę ogarniała coraz większa ekscytacja. Bliscy pomocnicy Trumpa zebrali się wokół niego, a ten podchodził do każdego po kolei i zbijał z nimi żółwika.
Pozdrowienie otrzymał między innymi Walt Nauta, wierny asystent Trumpa, wobec którego (a także wobec Trumpa) wysunięto federalny akt oskarżenia o przetrzymywanie tajnych dokumentów. Żółwika zbili także osobisty asystent Chamberlain Harris, starszy doradca Taylor Budowich oraz jeden z ostrzejszych rzeczników byłego prezydenta, Steven Cheung. Trump podczas tego obchodu nie odezwał się choćby słowem, ale jego milczenie było donioślejsze niż kanonada płynąca z głośników. Trump był wymagającym i trudnym do zadowolenia przełożonym, a w ostatnich tygodniach kampanii doprowadził swój sztab do granic wytrzymałości. W jego planie nie było czasu na przerwy. Codziennie pojawiał się w trzech lub czterech miejscach, a na dodatek organizował wiece w formie wideo z pokładu samolotu oraz późnym wieczorem, już ze swojego domu. W październiku współkierowniczka kampanii Trumpa, Susie Wiles, wysłała maila do członków sztabu z informacją, że od tej pory mają pojawiać się w pracy o dziewiątej rano, a wychodzić o siódmej wieczorem, przez siedem dni w tygodniu. Część asystentów wyznała, że mdliło ich ze zmęczenia. Zbijanie żółwików było wyrazem podziękowania za ich pracę.
Po zakończeniu odprawy za sceną Trump przemaszerował po długim czerwonym dywanie, wspiął się po kilku schodkach i wyłonił zza amerykańskiej flagi pełniącej rolę kurtyny. Arenę wypełniły dźwięki piosenki God Bless the USA Lee Greenwooda. Wiwaty fanów Trumpa nie milkły przez cztery i pół minuty i dopiero po tym czasie kandydat mógł zabrać głos. Podjął ostatnią walkę o wyborców: „Wasze wypłaty wzrosną, wasze ulice będą bezpieczniejsze i czystsze, wasze społeczności się wzbogacą, a jeśli to ja zwyciężę, wówczas wasza przyszłość jako Amerykanów będzie pomyślniejsza niż kiedykolwiek wcześniej”4. Spotkanie zakończyło się około drugiej w nocy wezwaniem do „walki, walki, walki” – taką samą deklaracją, jaką złożył trzy i pół miesiąca wcześniej w Butler w Pensylwanii, o włos uniknąwszy próby zabójstwa. „To by było na tyle – rzucił do swojego zespołu już za sceną. – To nasz ostatni wiec w historii”.
Korowód samochodów sztabu Trumpa zniknął w strugach deszczu. Pięć godzin później Trump był już z powrotem w Mar-a-Lago5. Dwadzieścia cztery godziny później był już prezydentem elektem.
Zwycięstwo Trumpa w wyborach w 2024 roku stanowi najbardziej niezwykły przykład politycznego powrotu w dziejach Stanów Zjednoczonych. Niecałe cztery lata wcześniej prezydent opuścił Biały Dom okryty niesławą po szturmie na Kapitol z 6 stycznia, do którego podżegał i przez co został postawiony w stan oskarżenia w ramach impeachmentu. Gdy kurz już opadł, u jego boku nie pozostało wielu przyjaciół czy sojuszników, a jego potężna machina polityczna utraciła swoją moc.
Przeszkody, z jakimi musiał się zmierzyć podczas następnej kampanii, złamałyby słabszych polityków. Trump jednak rozprawił się ze swoimi rywalami w prawyborach, w tym z gubernatorem Florydy Ronem DeSantisem oraz byłą ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ Nikki Haley, wspieranych przez establishment Partii Republikańskiej gorączkowo pragnącej go zniszczyć. Czterokrotnie był postawiony w stan oskarżenia. Raz uznano go winnym płacenia aktorce porno za jej milczenie. Wyszedł cało z dwóch zamachów. Stanął w szranki nie z jednym, ale z dwoma kandydatami na prezydenta z ramienia Partii Demokratycznej, jako że sto siedem dni przed głosowaniem Joe Bidena zastąpiła Kamala Harris – ta próba pokonania Trumpa kosztowała ją półtora miliarda dolarów.
Żaden polityk nie wywołał takich podziałów w społeczeństwie amerykańskim w ostatniej dekadzie jak Donald Trump. Opinia publiczna podzieliła się na dwie grupy: według jednej był on zagrożeniem dla demokracji i niszczycielem norm społecznych, a w oczach drugiej – butnym bojownikiem zamierzającym „postawić się władzy” i wstrząsnąć systemem, który nie pracował już dla ludzi. Po jego zwycięstwie z 2024 roku co do jednej rzeczy nie ma już wątpliwości: Trump udowodnił, że jest jednym z najsilniejszych zawodników politycznych w historii Stanów Zjednoczonych.
Trump odwołał się do gniewu, żalu oraz wyobcowania wyrażanych przez znaczną część społeczeństwa. Jego trudne położenie nie tylko mu nie zaszkodziło, ale stało się atutem. Popierający go ludzie identyfikowali się z nim i widzieli w nim bojownika przeciwko establishmentowi. Po tym, jak Donald Trump zgłosił się do więzienia w hrabstwie Fulton w Atlancie w związku z oskarżeniem go o próbę unieważnienia przegranych przez niego wyborów w 2020 roku, jego pełna gniewu twarz uwieczniona na zdjęciu policyjnym wywołała prawdziwą sensację. Old Row, strona internetowa należąca do portalu Barstool Sports skierowanego do studentów stanów Południa, zaczęła sprzedawać koszulki z nadrukiem zdjęcia i napisem „LEGENDA” nad głową Trumpa. Równie ikoniczny status zyskało zdjęcie zakrwawionego byłego prezydenta wyrzucającego pięść nad głowę chwilę po postrzale, którego doznał podczas wiecu w Butler w Pensylwanii. Z kolei w sklepie internetowym Etsy można było dostać pokrowce na puszki z piwem przedstawiające wizerunek Trumpa chwilę po zamachu i opatrzone podpisem: „IMPEACHMENT. ARESZTOWANIE. SKAZANIE. POSTRZAŁ. NIGDYSIĘNIEPODDAŁ”. Trumpowi spodobała się idea bycia wojownikiem i sam przyjął taką narrację. Pojawiał się podczas sobotnich walk na gali UFC. W jego kampanii brał udział wrestler Hulk Hogan. „Walcz, walcz, walcz” rozbrzmiewało regularnie podczas wieców jego kampanii.
Choć zwycięstwo z 2016 roku Trump zawdzięczał głównie białym wyborcom, w 2024 roku poszerzył grono swoich zwolenników o czarnych i latynoskich przedstawicieli klasy robotniczej, a także młodych ludzi ze wszystkich grup społecznych, widzących w Trumpie wojownika ścierającego się ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Witali go w swoich zakładach fryzjerskich, bodegas6 czy bractwach studenckich. Uginający się pod ciężarem rosnącej inflacji wywołanej globalną pandemią, rozgniewani imigracją i zniesmaczeni liberalną polityką woke, zwrócili się do człowieka, w którym widzieli swojego bojownika. Jak pokazały wyniki wyborów, Trump zdobył czterdzieści sześć procent głosów Latynosów, podczas gdy w 2016 roku głosy tej grupy stanowiły osiemnaście procent. Wśród młodych wyborców w wieku od osiemnastu do dwudziestu czterech lat zdobył o dziewięć punktów procentowych więcej niż osiem lat wcześniej, zaś wśród Afroamerykanów o osiem punktów procentowych więcej. Z kolei udział mieszkańców miast w jego zwycięstwie wzrósł o cztery punkty procentowe7.
Trump nie był już wyrzutkiem, jak podczas kampanii w 2016 roku, i często pojawiał się w przestrzeni mediów alternatywnych – głównie u autorów podcastów i influencerów, przede wszystkim mężczyzn, którzy widzieli w Trumpie podobnie myślącego wroga establishmentu. Podczas gdy Harris prowadziła kampanię w ramach tradycyjnych mediów, Trump siadał do rozmów z dwudziestotrzyletnim streamerem Adinem Rossem, byłym wrestlerem i gospodarzem talk-show Markiem „The Undertaker” Calawayem, a przede wszystkim z królem podcastów Joe Roganem. Zaangażował Nelk Boys, ekipę podcastową zajmującą się robieniem żartów, aby pozyskać głosy młodych wyborców. Na konwencję Partii Republikańskiej zaprosił też Tuckera Carlsona, który po tym, jak wyrzucono go z Fox News, założył podcast cieszący się wielką popularnością.
Trump zapuszczał się do niebieskich stanów8, gdzie wyborcy wyrażali swoje niezadowolenie związane z problemami bezdomności czy rosnącej przestępczości. W stanie Nowy Jork Trump osiągnął najlepszy wynik spośród wszystkich kandydatów republikańskich od 1988 roku. W New Jersey i Kalifornii poradził sobie lepiej niż ktokolwiek inny od czasów George’a W. Busha.
Już poza wzrokiem kamer Trump podejmował inne kroki, aby z powrotem sięgnąć po władzę. Ponieważ w przeszłości jego ruchy paraliżowała dysfunkcyjna struktura Białego Domu i sztabu wyborczego, tym razem otoczył się grupą bystrych i zdyscyplinowanych strategów, na czele z Susie Wiles i Chrisem LaCivitą, którzy nie zamierzali dopuścić do żadnych zdrad, przecieków czy chaosu. Trump skupił się na pielęgnowaniu relacji i dogadzaniu miliarderom będącym jego darczyńcami, wśród których znalazł się Elon Musk, najbogatszy człowiek świata. Sprawował władzę niczym polityczny rządca starej szkoły, wywierając presję na ludziach ze swojej partii, aby mu się podporządkowali. Przyjął skuteczną strategię walki w sądach, nakierowaną na opóźnianie i przeciąganie spraw, które nad nim ciążyły. Wyrażał gotowość zerwania ze skrzydłem konserwatystów, kiedy widział, że mogłoby mu to przynieść polityczne korzyści. Pozostawał cierpliwy w kontaktach ze swoim kandydatem na wiceprezydenta J.D. Vance’em. Choć początki ich współpracy były trudne, nie pozbył się go z drużyny pod wpływem impulsywnej decyzji. Przede wszystkim jednak udowodnił, że w intuicyjny sposób rozumie siłę symboli.
Oczywiście po drodze pojawiły się także błędy. Trump zniechęcił do siebie wielu członków własnej partii, często działał impulsywnie i wygłaszał niestosowne komentarze. Tyle że wyborców interesowało nie zachowanie Trumpa – zdążyli się już do niego przyzwyczaić w poprzedniej dekadzie – ale raczej to, co Trump dla nich reprezentował.
Dzięki swojemu zdecydowanemu zwycięstwu Trump wywarł wreszcie zemstę – na wymiarze sprawiedliwości, który jego zdaniem sprzysiągł się przeciwko niemu, na nieustannie krytykujących go mediach, a także na Partii Demokratycznej, z rąk której cztery lata wcześniej poniósł klęskę. Zwycięstwo Trumpa nie było jednak wyłącznie aktem jego osobistej zemsty. Była to zemsta milionów jego zwolenników, dla których był on ucieleśnieniem ich poglądów, i zemsta połowy społeczeństwa widzącej w nim nadzieję na rozwiązanie problemów państwa.
Historia powrotu Donalda Trumpa do władzy obejmuje cztery lata i jest pełna niespodziewanych zawiłości i zwrotów akcji. Rozpoczyna się zaś na miesiąc przed groźnym szturmem na amerykański Kapitol, w pewien pochmurny, grudniowy dzień w Waszyngtonie.
Donald Trump spoglądał nieruchomo przed siebie.
Dokładnie miesiąc po przegranej walce o reelekcję – a cztery tygodnie przed tym, jak podjudzony przez niego tłum podejmie brutalną i nieudaną próbę powstrzymania pokojowego przekazania władzy – jego najbliżsi współpracownicy zebrali się z nim w Gabinecie Owalnym. Prezydent nie krył tego, że myślami był już przy następnej kampanii, do której wówczas zostały jeszcze cztery lata.
„Wiecie, dlaczego to robimy, tak?” – rzucił Trump. Jego słowa zawisły w powietrzu. Po tygodniach publicznego kwestionowania swojej przegranej z Joe Bidenem Trump spotkał się z najbliższymi współpracownikami. Pretekstem do spotkania miała być rozmowa na temat milionów dolarów pochodzących od darczyńców, które spływały na konta jego adwokatów. Pieniądze te zamierzał wykorzystać do opłacenia całego szeregu wydumanych procesów, jakie wytoczył w celu unieważnienia wyborów.
Prezydent poprowadził jednak rozmowę w kierunku, który zaskoczył szychy przybyłe do Gabinetu Owalnego. Gwardia Trumpa utworzyła wokół biurka prezydenta półkole, zachowując między sobą bezpieczną odległość, czym dali wyraz, że pandemia COVID-19 nadal nie wygasła. W rogu pomieszczenia, tuż obok portretu Abrahama Lincolna, stało drzewko świąteczne. Przy lewej dłoni Trumpa spoczywała szklanka wypełniona po sam brzeg dietetyczną colą. Jared Kushner, zięć Trumpa i jego wysoko postawiony doradca, przerwał swoje obowiązki na Bliskim Wschodzie i zjawił się na spotkaniu w krawacie w niebieskie i zielone pasy, ze starannie zaczesanymi włosami oraz piórem w dłoni, gotowy do sporządzania notatek. Nie zabrakło prawnika Białego Domu, Erica Herschmanna, który ze skrzyżowanymi nogami obserwował przebieg obrad, trzymając w dłoniach biało-niebieski folder. Po prawej stronie Trumpa miejsce zajął jego polityczny doradca Jason Miller, a obok niego znaleźli się dwaj weterani kampanii z 2020 roku: Sean Dollman i Alex Cannon.
„Wykorzystamy wszelkie możliwe narzędzia prawne” – stwierdził prezydent, wprost oznajmiając, że to on zwyciężył w wyborach. Był przekonany, że został ograbiony ze zwycięstwa. Nie ukrywał jednak, że walka będzie trudna. „Jeśli sprawa nie pójdzie po naszej myśli, to i tak wrócimy i spróbujemy jeszcze raz. Rozumiecie to, tak?”
Było to zaskakujące oświadczenie. Pomimo odgrażania się, że to on zwyciężył w wyborach i że padł ofiarą niekontrolowanych fałszerstw wyborczych, po wszystkich nieprzemyślanych chwytach sądowych, mających posłużyć do utrzymania się przy władzy, Trump wiedział, że i tak najprawdopodobniej 20 stycznia będzie musiał opuścić Biały Dom. Ale zdawał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: przeciwstawiając się wynikowi wyborów, gotował krew w swoich zwolennikach, ukazywał siebie jako ofiarę i szykował scenę pod wydarzenia z 2024 roku.
Niektórzy z jego współpracowników po raz pierwszy usłyszeli tak jasną deklarację, że prezydent zamierzał ponownie startować w wyborach. Oczywiście Trump już od wielu tygodni delikatnie sugerował, że nie wyklucza kolejnej kampanii. Tyle że siedemdziesięcioczteroletni Donald Trump nieustannie zasypywał ludzi swoimi pomysłami, z czego tylko niektóre były realne. Mało tego – wyglądało to tak, jakby podsuwał innym swoje opinie, aby tylko ujrzeć ich reakcje. Sporo z tych rozmów wyciekło do prasy, stanowiąc niekończące się źródło materiałów z prywatnych spotkań, którymi programy informacyjne upajały się niczym narkotykiem. Ale ile z tych pomysłów faktycznie weszło w życie? Niewiele. Ta deklaracja była jednak inna. Ostrzejsza. Prezydent mocniej chwycił za ster. Jego kadencja w Białym Domu dobiegała końca i było jasne, że Trump coraz bardziej koncentrował się na swojej przyszłości.
Brian Jack opuścił biura rządowe w budynku Eisenhowera i udał się do Zachodniego Skrzydła9. Był 13 stycznia, tydzień po tym, jak tysiące zwolenników Trumpa przypuściło szturm na Kapitol. Wcześniej tego samego dnia Izba Reprezentantów zagłosowała za impeachmentem Trumpa, uznając, że to on sprowokował atak z 6 stycznia. Zamieszki te niejako zdefiniowały cztery burzliwe lata jego prezydentury, a fala uderzeniowa, jaką wznieciła ta eksplozja społeczna, już na dobre miała ukształtować przyszłość Trumpa – bez względu na to, w jakim kierunku miałaby ona podążyć.
Jack, cichy chłopak o zmierzwionych włosach pochodzący z Georgii, który był dyrektorem Biura Spraw Politycznych w Białym Domu za kadencji Trumpa, został wezwany na spotkanie z prezydentem w jego prywatnej jadalni tuż obok Gabinetu Owalnego. W przeciwieństwie do wielu innych współpracowników Trumpa, którzy robili wszystko, aby znaleźć się w świetle reflektorów, gotowi byli roznieść na kawałki swoich współpracowników i budowali własną markę, Jack nie wychylał się, był lubiany przez innych i trzymał się swojego toru. Podczas gdy inni pracownicy Białego Domu gromadzili się w modnych waszyngtońskich lokalach, jak Cafe Milano, Jack wolał stołować się w Buffalo Wild Wings lub w P.F. Chang’s, gdzieś w małych miasteczkach Wirginii.
W obiedzie uczestniczyło również kilku innych doradców z wyższego szczebla, w tym Kushner, Miller oraz Bill Stepien, szef kampanii Trumpa. Po wydarzeniach z 6 stycznia każdego dnia ze sztabu prezydenta odchodzili kolejni członkowie, a Trump chciał wiedzieć, kto zostanie przy nim w jego dalszej drodze. Chciał wiedzieć, na czym stoi w kwestii wyborów śródokresowych oraz kim było dziesięciu republikanów z Izby Reprezentantów, którzy zagłosowali za jego impeachmentem – od tamtej pory nie istnieli oni dla Trumpa. Na szczycie jego „czarnej listy” znalazły się Liz Cheney, członkini Izby Reprezentantów z Wyoming, oraz senator Lisa Murkowski, członkini izby wyższej Kongresu, która nie zostawiła suchej nitki na Trumpie po jego zachowaniu z 6 stycznia. Obie polityczki miały ubiegać się o reelekcję dwa lata później, co dałoby Trumpowi sposobność, aby się ich pozbyć.
Podczas obiadu dotarło do Jacka, że Trump zamierza dokonać czegoś, na co nie poważył się żaden z pokonanych prezydentów – przynajmniej w najnowszej historii. Czy Jimmy Carter lub George H.W. Bush rozważali ponowny start w wyścigu po tym, jak przegrali walkę o reelekcję? Czy wywierali presję na swoich ludziach, aby obmyślili plan zemsty na przeciwnikach? Odpowiedź brzmi: nie. Trump za tydzień miał przekazać klucze do posiadłości przy 1600 Pennsylvania Avenue nowemu gospodarzowi. Właśnie został poddany po raz drugi procedurze impeachmentu i rzucił państwo w wir sporów o przyszłość demokracji amerykańskiej – wydawał się jednak tak jak zawsze pochłonięty zawiłościami wyborów.
Po skończonym spotkaniu Jack zamknął się w swoim gabinecie, a w głowie kołatała mu się jedna myśl: ten facet zamierza utrzymać lejce władzy w Partii Republikańskiej i nigdzie się nie wybiera.
Trump karmił się własnym gniewem aż do ostatniego dnia służby w Gabinecie Owalnym. Odmówił udziału w inauguracji Bidena, czym zerwał z ponad wiekową tradycją. W tym czasie wygłosił orędzie do swoich zwolenników w bazie wojskowej Joint Base Andrews podczas ceremonii uświetnionej salwą honorową z dwudziestu jeden dział oraz utworem YMCA zespołu Village People, w rytm którego Trump zszedł ze sceny. Stamtąd poleciał do Mar-a-Lago, swojej rezydencji w Palm Beach na Florydzie, zwanej za jego kadencji „zimowym Białym Domem”, która teraz miała przemienić się w bazę operacyjną, gdzie Trump snuł plany na przyszłość.
Pod koniec stycznia Trump rozpoczął życie byłego prezydenta. Każdego ranka po wyjściu z łóżka wdziewał garnitur ze spinkami ozdobionymi diamentami i ruszał do swojego biura, w którym dawniej mieścił się apartament dla nowożeńców. Grał w golfa, godzinami śledził informacje w telewizji i pałaszował dobrze wysmażone steki przygotowane przez jego kucharzy w Mar-a-Lago. Ale robił też coś jeszcze: zadręczał się. Bidenem. Swoimi dawnymi lojalistami, którzy udowodnili, że nie mają w sobie za grosz lojalności. I republikanami, którzy go zdradzili.
Trump był przekonany – mimo iż dowody wskazywały na coś zupełnie innego – że został okradziony ze zwycięstwa w wyborach. „Jeśli złodziej wykradnie diamenty jubilerowi, to musi je zwrócić” – zwykł mawiać.
John McLaughlin, od dawna związany z republikanami badacz opinii społecznej, pojawił się w Mar-a-Lago 10 lutego około piątej po południu. McLaughlin znał się z Trumpem od 2011 roku, kiedy to ten rekin rynku nieruchomości po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad startem w wyborach. Współpracował z Trumpem przy jego kampaniach z 2016 i 2020 roku i utrzymywał z nim kontakt, gdy ten był gospodarzem Białego Domu.
McLaughlin przybył z podarkami. Ruszył w kierunku gabinetu Trumpa, gdzie zastał byłego prezydenta oglądającego materiał stacji Fox News poświęcony przesłuchaniom w Senacie na temat wydarzeń z 6 stycznia. Demokraci kierujący procedurą impeachmentu puszczali materiały ukazujące tłum zwolenników Trumpa atakujący policjantów, dopuszczający się gorszących scen oraz szturmujący Kapitol – poszczególne obrazy były zaś poprzetykane fragmentami mowy Trumpa z tamtego dnia, w której zagrzewał protestujących, aby „walczyli bez umiaru”.
Trumpa na dobre powiązano z eksplozją przemocy, do jakiej doszło na Kapitolu. Jednak McLaughlin był przekonany, że Trump nadal miał przed sobą przyszłość w polityce, i chciał, aby zaczął myśleć o tym w dłuższej perspektywie. Przedstawił Trumpowi wyniki swoich najnowszych sondaży, z których wynikało, że po zamieszkach na Kapitolu były prezydent nadal cieszył się ogromną popularnością wśród republikanów. Liczący trzydzieści stron raport McLaughlina stwierdzał również, że zdaniem większości wyborców Kongres powinien skupić się raczej na walce z pandemią koronawirusa niż na impeachmencie Trumpa.
Ale to nie wszystko. McLaughlin przyjrzał się również układowi sił na scenie politycznej i okazało się, że prawie dwie trzecie republikanów chciało, aby Trump ponownie wystartował w wyborach. Oprócz tego, zdaniem McLaughlina, niecały miesiąc po objęciu urzędu poparcie dla Bidena było bardzo słabe. Z sondaży wynikało, że w siedemnastu stanach wahających się więcej ludzi nie pochwalało Bidena, niż się z nim zgadzało.
„Gdy Biden poniesie porażkę, ludzie zaczną żałować swojej decyzji, a ty możesz zwyciężyć w następnych wyborach” – oznajmił Trumpowi McLaughlin.
Dokładnie to chciał usłyszeć Trump. Był atakowany ze wszystkich stron – śledztwa w Kongresie, ostre słowa krytyki ze strony republikanów – a te procenty dawały mu nadzieję, że nadal trzyma partię w szachu i ma szansę na powrót.
Było jasne, że Trump nie zamierza odpuszczać. Mało tego – zamierza mocniej ściągnąć lejce. Może i odszedł z Białego Domu, ale z przekonaniem, że odbywające się za dwadzieścia jeden miesięcy wybory śródokresowe stanowią dla niego okazję do umocnienia swojej kontroli w Grand Old Party10.
Żaden z byłych prezydentów nie zabrał się do tak agresywnego kształtowania swojej partii tuż po odejściu z urzędu. Tylko że Trump nie był po prostu kolejnym byłym prezydentem. Nie zamierzał siedzieć i przyglądać się wszystkiemu z boku – chciał kierować partią niczym wielkomiejską maszyną polityczną. Miał nawet wzór do naśladowania. W czasie kadencji w Białym Domu w prywatnych rozmowach Trump nie krył swojego podziwu dla Meade’a Esposito, nieżyjącego już, rozmiłowanego w cygarach przywódcy politycznego z Brooklynu, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku rządził tym okręgiem żelazną ręką – wykorzystywał długi wdzięczności, domagał się lojalności i bez skrępowania uprawiał politykę klientelizmu.
Wzorem Esposito Trump zamierzał zniszczyć każdego, kto wszedłby mu w drogę. Co równie ważne, chciał obsadzić wszystkie szczeble partii swoimi nieprzejednanymi sojusznikami. Cel ten zaczął realizować już kilka dni po opuszczeniu Białego Domu, kiedy to udzielił poparcia Kelli Ward ubiegającej się o reelekcję na stanowisko szefowej Partii Republikańskiej w Arizonie i w zajadły sposób kwestionującej wynik wyborów11. Trump posłużył się Arizoną, aby dać upust swojemu gniewowi poprzez głoszenie niedorzecznych teorii spiskowych, że jego porażka w Arizonie – pierwsza porażka kandydata Partii Republikańskiej od 1996 roku w tym stanie – była konsekwencją wypełniania kart piórami marki Sharpie, przez co nie mogły ich sczytać maszyny do głosowania.
Zamknięty w ścianach Mar-a-Lago Trump nie miał już dostępu do nowoczesnych technologii, jakie zapewniało mu gospodarowanie Białym Domem, i nie mógł bez żadnych ograniczeń rozsyłać zautomatyzowanych wiadomości głosowych popierających faworyzowanych przez niego kandydatów. Przez kilka tygodni po powrocie do Palm Beach mógł co najwyżej połączyć się ze wspólną siecią wi-fi, z której korzystali także inni członkowie klubu. Trump postanowił zatem improwizować: zadzwonił do Jacka, który włączył tryb głośnomówiący i nagrał poparcie Trumpa dla Ward. Przekaz trafił do stanowych działaczy partyjnych, którzy wybierali przewodniczącego – może nie w tak oficjalny i dopieszczony sposób, do jakiego był przyzwyczajony Trump, ale koniec końców dopiął swego.
Mając na podorędziu badania sondażowe McLaughlina, Trump zyskał jeszcze większą pewność, że choć Cheney, Murkowski i inni słali w niego strzały, to po 6 stycznia jego żelazny uścisk, w jakim trzymał partię, nie osłabł. Był gotów do starcia w wyborach śródokresowych – jego pierwszym kroku w powrocie na scenę polityczną.
W pierwszych miesiącach 2021 roku Trump coraz bardziej otwarcie mówił o swoich planach ponownego startu w wyborach. „Zamierzam to zrobić” – wyjawił Trump Lindseyowi Grahamowi, senatorowi z Karoliny Południowej, swemu dawnemu kumplowi i lojaliście, podczas jednej z partyjek golfa tamtej wiosny. „Jesteś tego pewien?” – spytał Graham. „Tak – odparł Trump. – Mam jeszcze do załatwienia pewne sprawy”.
Graham był zachwycony tym pomysłem i oznajmił Trumpowi, że jeśliby zwyciężył, byłby to największy powrót w dziejach polityki.
Kolejne półtora roku Trump spędził na kreśleniu swojej przyszłości w polityce i cieszeniu się spokojniejszym życiem poza Białym Domem. Z jednej strony nieustannie rozważał, kiedy powinien ogłosić narodowi, który dopiero co odsunął go na bok w wyborach, że zamierza ponownie ubiegać się o urząd. Trump po prostu musiał być w centrum uwagi. Nie miał już swojej mównicy w Białym Domu, jego konta na Twitterze i Facebooku zostały zawieszone, a on wyraźnie nadal pragnął przyciągać dociekliwe spojrzenia publiki, tak jak urzędujący prezydent.
Równocześnie jednak nie krył zadowolenia z uroków życia poza kampanią wyborczą. Oprócz całej złości wynikającej z tego, że to on, a nie Biden, powinien zasiadać w Gabinecie Owalnym, jakaś część Trumpa radowała się, że był już wolny od tego urzędu. Nie było to bowiem złe życie: gra w golfa, kablówka, obiady na dziedzińcu Mar-a-Lago przy stole odgrodzonym od innych członków klubu purpurową liną rozciągniętą na słupkach. I tak w kółko. Jeśli wówczas ogłosiłby swoją decyzję, cała ta idylla dobiegłaby końca.
Napięcie dało o sobie znać w połowie sierpnia. Trump miał udzielić Seanowi Hannity’emu z Fox News wywiadu na temat niezorganizowanego wycofania wojsk z Afganistanu przeprowadzonego przez Bidena. Cały świat był świadkiem scen chaosu, gdy Amerykanie i Afgańczycy ściągali na lotnisko w Kabulu, a Talibowie zajmowali stolicę. Zamysł był taki, aby były prezydent pojawił się na żywo przed kamerami, sprawiając wrażenie, jakby był kandydatem na objęcie najwyższego urzędu w państwie. Tyle że Trump nie miał ochoty zjawiać się w studiu osobiście i wolał połączyć się jedynie telefonicznie. Nie sprawował już swojej dawnej funkcji. Po co miałby siedzieć w garniturze aż do późnego wieczora?
Wraz ze zbliżaniem się wyborów w środku kadencji Trump angażował się powoli w każdy możliwy wyścig kandydatów. Naśladowanie Meade’a Esposito sprawiało mu niemałą przyjemność: od kandydatów wymagał aktów posłuszeństwa, sojuszników nagradzał swoim poparciem, a zdrajców karał wspieraniem ich przeciwników. Zebrał niemalże encyklopedyczną wiedzę na temat kampanii wyborczych we wszystkich stanach i rozprawiał o nich niczym fanatyk sportowy przytaczający statystyki. Elise Stefanik, członkini Kongresu wybrana z Nowego Jorku, a także czwarta najważniejsza przedstawicielka republikanów w Izbie Reprezentantów, zauważyła, że Trump swoją wiedzą w zakresie okręgów wyborczych przewyższał wszystkich doradców politycznych, z jakimi miała do czynienia.
Ostatecznie Trump udzielił poparcia ponad dwustu pięćdziesięciu kandydatom – były to pewnego rodzaju weksle wdzięczności, które mogły zaprocentować w przyszłości. Tyle że wszystko to zależało od wyniku wyborów w środku kadencji. Spodziewano się, że republikanie przejmą władzę w Izbie Reprezentantów, a może też i Senacie, korzystając z nagłej fali niezadowolenia wywołanej inflacją, chaotycznym wycofaniem wojsk amerykańskich z Afganistanu oraz ogólną niechęcią wobec ekipy rządzącej w Białym Domu. Co jednak, jeśli powinęłaby się im noga? Cóż, wówczas byłby to bolesny cios dla Trumpa oraz woda na młyn jego krytyków w szeregach Partii Republikańskiej, którzy stanowczo twierdzili, że należało odwrócić się od byłego prezydenta.
Wszystko jednak zmieniło się 8 sierpnia.
Tamtego ranka agenci FBI weszli do rezydencji Mar-a-Lago w poszukiwaniu tajnych dokumentów, które Trump zabrał ze sobą z Białego Domu, czym zwieńczyli miesiące wysiłków służb federalnych próbujących odzyskać te materiały. Trump wpadł w poważne prawne tarapaty. Oprócz tego wiszący nad nim federalny akt oskarżenia gwarantował, że będzie zmagał się z tą sprawą nawet wówczas, jeśli zdecydowałby się wystartować w wyborach prezydenckich.
Trump tamtego dnia znajdował się w Bedminster12 oddalonym o prawie dwa tysiące kilometrów na północ od Mar-a-Lago. O nalocie na rezydencję dowiedział się od swojego syna Erica, który występował u boku ojca w emitowanym w stacji NBC programie The Apprentice, pomagał w zarządzaniu rodzinnym imperium biznesowym, a także zabrał głos podczas wiecu poprzedzającego szturm na Kapitol 6 stycznia13. Jeszcze przed południem tego dnia ludzie z najbliższego otoczenia Trumpa wiedzieli, że informacja o nalocie się rozejdzie i na pewno rozpęta burzę. Szybko zatem zabrali się do spisywania oświadczenia.
Tego popołudnia rozległ się dźwięk telefonu starszego doradcy Taylora Budowicha. Dzwonił Peter Schorsch, dysponujący licznymi wtykami lobbysta i bloger z Florydy. „Znienawidzisz mnie, ale chyba mam dla ciebie niezłą bombę” – rzucił Schorsch. Wiedział już o nalocie.
Budowich był w Sacramento i musiał kupić sobie trochę czasu. Oznajmił Schorschowi, że odezwie się do niego. Po trzydziestu minutach Budowich oddzwonił i miał już gotowe oświadczenie byłego prezydenta. Jak stwierdził Trump, „liczna grupa agentów FBI przypuściła oblężenie, szturm, a następnie zajęła Mar-a-Lago”.
Trump zareagował na to zajście w typowy dla siebie sposób, wyrażając sprzeciw oraz oburzenie. Twierdził, że niczym nie zawinił, i był przekonany, że jako były prezydent miał pełne prawo do tych dokumentów. Nalot, jak można było usłyszeć w oświadczeniu, „był niepotrzebny i niefortunny”. „Żaden z prezydentów Stanów Zjednoczonych nie spotkał się jak dotąd z czymś takim” – dodał14.
W uniwersum Trumpa wrzało od spekulacji w kwestii tego, kto wypuścił informacje. Niektórzy wskazywali na gubernatora Florydy, Rona DeSantisa, który coraz głośniej mówił, że zamierzał stanąć w szranki z Trumpem o nominację partii w 2024 roku. Stephen Miller, autor przemów Trumpa wygłaszanych w Białym Domu i starszy doradca, skarżył się w prywatnej rozmowie, że to prawniczka Christina Bobb przebywająca w czasie nalotu na terenie Mar-a-Lago wpuściła agentów FBI na teren posiadłości. „Żaden prawnik nie powinien ustąpić choćby na krok” – żachnął się Miller.
Wszystkich zdjęła paranoja. Współpracownicy Trumpa obawiali się, że federalni mieli ich telefony na podsłuchu. Od tamtej pory podczas spotkań z Trumpem w jego gabinecie zostawiali telefony na zewnątrz.
Co zaskakujące, Trump zachował jednak zimną krew. Dzień po nalocie FBI na Mar-a-Lago miał zjeść kolację z Jimem Banksem, kongresmenem z Indiany, oraz kilkoma innymi konserwatystami z Kongresu. Banks spodziewał się, że Trump odwoła ich spotkanie, ale ku swojemu zaskoczeniu otrzymał wiadomość od zespołu byłego prezydenta, że kolacja jest aktualna.
Po posiłku tamtego wieczoru Banks był pod wrażeniem, jak niewzruszony całą sytuacją pozostawał Trump. Zaledwie kilka godzin po nalocie federalnych na jego posiadłość rozprawiał on o aktualnej sytuacji z politykami i robił sobie zdjęcia, na których prężył kciuk w górę. Banks nie mógł w to uwierzyć.
Budowich odniósł identyczne wrażenie. Wkrótce po nalocie rzecznik spotkał się z Trumpem w jego gabinecie. Były prezydent wyglądał przez okno. „Co zamierzamy z tym zrobić?” – spytał swojego człowieka. „Będziemy walczyć – odparł Budowich – bo w tym jesteśmy naprawdę dobrzy”. „Masz rację, podejmiemy walkę – odpowiedział Trump ze spojrzeniem wbitym w Budowicha. – Bo w tym jesteśmy naprawdę dobrzy”.
W listopadzie, w przededniu wyborów śródokresowych, Trump wybrał się do Ohio, aby zapewnić poparcie republikańskiemu kandydatowi do Senatu J.D. Vance’owi, zyskującemu uznanie populiście w stylu Trumpa. Vance dawniej pracujący jako inwestor venture capital 15, a także autor bestsellerowej autobiografii Elegia dla bidoków (Hillbilly Elegy), był niegdyś krytykiem Trumpa, jednak po rozpoczęciu swojej kampanii do Senatu zmienił zdanie i stał się jego zagorzałym zwolennikiem. Vance wiedział, że jeśli chce liczyć na zwycięstwo w prawyborach, musi zyskać sobie przychylność byłego prezydenta.
Wśród ludzi z otoczenia Trumpa zaczęły krążyć pogłoski, że były prezydent na poważnie rozważa potraktowanie wiecu jako platformy do ogłoszenia swojego startu w kampanii. Dla wierchuszki Partii Republikańskiej był to zapewne najgorszy możliwy scenariusz. Jeśli tamtej nocy Trump zdecydowałby się rzucić im rękawicę, byłaby to ostatnia rzecz, jaka utkwiłaby w pamięci niezdecydowanym wyborcom, zanim nad ranem ruszyliby do urn. Ronna McDaniel, przewodnicząca Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej (Republican National Committee; RNC), w chwili gdy usłyszała plotkę o rzekomo zbliżającym się oświadczeniu Trumpa, przebywała w towarzystwie Mehmeta Oza, kandydata do Senatu z Pensylwanii, i natychmiast podzieliła się z nim tą wieścią. Powodzenie Oza w wyborach było częściowo uzależnione od tego, czy byłby w stanie przekonać do siebie wyborców z przedmieść Filadelfii, tych samych, którzy odwrócili się od partii za czasów Trumpa. „To byłaby bardzo zła informacja” – odparł Oz z grymasem na twarzy.
McDaniel zadzwoniła do Trumpa i próbowała odwieść go od jego decyzji. Również zespół politycznych weteranów Trumpa przekonanych, że dla jego kariery politycznej lepiej by było, aby wstrzymał się z oświadczeniem do zakończenia wyborów, próbował powstrzymać byłego prezydenta. Jego najbliżsi współpracownicy wiedzieli, że jedynym sposobem na to, aby zmienił zdanie, jest wsadzenie wszystkich, w tym członków rodziny Trumpa, do samolotu i wywarcie na nim pełnej presji.
Jeszcze tamtego wieczora Trump Force One wystartował z West Palm Beach w kierunku lotniska międzynarodowego w Dayton. Na pokładzie samolotu był Donald Trump Jr., konfrontacyjny i aktywny w sieci najstarszy syn byłego prezydenta, który wyrósł na kluczową postać w otoczeniu Trumpa po tym, jak inni jego krewni, w tym córka Ivanka Trump i Jared Kushner, usunęli się w cień. Publicznie Don Jr. posługiwał się wybuchową retoryką i swoimi wypowiedziami karmił twardy elektorat Trumpa, jednak prywatnie był kalkulującym strategiem. W ostatnim czasie doradzał ojcu, że jeśli na poważnie myśli o kolejnej kampanii, nie może skupiać się wyłącznie na rozpamiętywaniu wyborów z 2020 roku. To on zalecił Trumpowi, aby odroczył ogłoszenie swojego startu. „To kiepski pomysł, nie powinieneś tego robić” – oznajmił Don Jr., dodając, że jego deklarację szybko przyćmiłyby odbywające się następnego dnia wybory.
Jego wybieg okazał się skuteczny. Już na scenie Trump nie szczędził pochwał Vance’owi: „Zdążyłem go już bardzo dobrze poznać. To świetny facet”. Był o włos od ogłoszenia swojej kandydatury, ale zamiast tego zapowiedział tylko, że w następnym tygodniu w Mar-a-Lago „ogłosi coś wielkiego”. Podczas przemowy zwrócił się do „szaleńców ze skrajnego lewego skrzydła” Partii Demokratycznej, oskarżając ich o „duszenie rodzin w Ohio rosnącymi cenami i niszczącą inflacją”. Znaczną część wystąpienia Trump poświęcił litanii imion kilkudziesięciu kandydatów w wyborach w środku kadencji, którym zapewniał wsparcie: ich listę sporządził w samolocie. Trump dobrze wiedział, że jeśli zwyciężyliby następnego dnia, wówczas ciążyłby na nich dług wdzięczności, który mógłby wykorzystać, by rozniecić płomień swojego politycznego odrodzenia.
Gdy następnego dnia zaczęły spływać wyniki, okazały się one tragiczne dla ugrupowania Trumpa. Republikanie zdobyli znacznie mniej głosów, niż zakładano, nie udało im się przejąć kontroli nad Senatem, ledwo zwyciężyli w Izbie Reprezentantów, a także ponieśli klęski w tych wyścigach o fotele gubernatorskie, w których mieli nadzieję wygrać. Na domiar złego wielu kandydatów, którzy uzyskali wsparcie Trumpa, także przegrało. Zaczęto szukać winnych i najczęściej wskazywano byłego naczelnego dowódcę. Krytycy Trumpa podkreślali, że jego imię zszargało markę, jaką była GOP, a rozczarowujący wynik był dowodem na to, że partia potrzebowała zmiany.
Trump zaś jasno oznajmił swoim doradcom, że dla niego nic się nie zmieniło – 15 listopada zamierzał oficjalnie ogłosić swój start w wyborach.
Popołudnie 15 listopada Trump spędził, ćwicząc swoje przemówienie w ornamentowanej i wyłożonej drewnianymi panelami bibliotece Mar-a-Lago. Jego zespół chciał, aby wygłosił mowę późno, co pozwoliłoby wyemitować ją na żywo podczas programu Hannity’ego, dając prezydentowi dostęp do jakże ważnej widowni kanału Fox News. Podczas wystąpienia Trump miał uzyskać wsparcie na przykład ze strony byłego spikera Izby Reprezentantów, Newta Gingricha. Były prezydent odczytywał swoją mowę z telepromptera i nieustannie ją poprawiał, linijka po linijce, zdanie po zdaniu.
Ubrany w garnitur Trump oczekiwał na wejście na scenę rozstawioną w sali balowej Mar-a-Lago. Jeden z obecnych na miejscu współpracowników stwierdził, że były prezydent wyglądał na przytłumionego – raczej nie tego oczekiwano od kogoś, kto właśnie miał ogłosić swoją kandydaturę na najwyższy urząd w państwie. Może – pomyślał rzeczony współpracownik – przegrana w wyborach śródokresowych odcisnęła piętno na przywódcy.
Rozradowani zwolennicy tłoczyli się w sali balowej, kiedy Trump wreszcie oficjalnie ogłosił swoją decyzję następującą deklaracją: „Od tej chwili Ameryka wraca do gry”. W tych słowach pobrzmiewało echo jego pierwszego startu w wyborach prezydenckich sprzed siedmiu lat. Roztoczył ponury obraz kraju, mówiąc o „narodzie w upadku” i wskazując, że „zlane krwią ulice naszych niegdyś wspaniałych miast przemieniły się w wylęgarnie brutalnych przestępstw”.
Porażka z 2020 roku oraz słabe wyniki, jakie partia osiągnęła dwa lata później, nie stłumiły jego pewności co do przebiegu wyborów czekających go za dwa lata. „Każdy przyzna nam rację, bo każdy widzi, jak źle się działo [za rządów Bidena]” – dodał Trump16.
Trump pociągnął za spust. Jego lojaliści byli zachwyceni. A elity partyjne? Już mniej. Oświadczenie wprawiło w osłupienie mandarynów z GOP zebranych w tamtym tygodniu w Orlando na konferencji Stowarzyszenia Republikańskich Gubernatorów (Republican Governors Association). Chris Sununu, gubernator New Hampshire, który sam rozważał start w wyborach, oświadczył zebranym w hotelu Waldorf Astoria, że Trump włączył się do gry w momencie swojej największej słabości. Z kolei DeSantis wykorzystał wystąpienie do podkreślenia swojego miażdżącego zwycięstwa sprzed zaledwie kilku tygodni – bez ogródek w ten sposób wbił szpilę byłemu prezydentowi. Zasugerował, że to on jest zwycięzcą, a nie Trump17.
Po wygłoszeniu oświadczenia Trump oznajmił najbliższym współpracownikom, że przez resztę roku nie zamierza już podgrzewać atmosfery. Za nieco ponad tydzień wypadało Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie było za pasem, a naród miał za sobą długi sezon polityczny.
1 C. Huey-Burns, At Trump’s N.H. Rally, True Believers and Big Fans, „RealClearPolitics”, [dostęp: 18.06.2015], https://www.realclearpolitics.com/articles/2015/06/18/at_trumps_nh_rally_true_believers_and_big_fans_127030.html.
2MJ Lee, P.St. Claire, Trump Draws Thousands in Phoenix, Continues Immigration Theme, „CNN”, [dostęp: 12.07.2015], https://www.cnn.com/2015/07/11/politics/donald-trump-phoenix-rally/index.html.
3 N. Gray, T. Schleifer, 30,000 Turn Out for Trump’s Alabama Pep Rally, „CNN”, [dostęp: 21.08.2015], https://www.cnn.com/2015/08/21/politics/donald-trump-rally-mobile-alabama/index.html.
4Speech: Donald Trump Holds a Campaign Rally in Grand Rapids, Michigan – November 4, 2024, „Roll Call”, [dostęp: 4.11.2024], https://rollcall.com/factbase/trump/transcript/donald-trump-speech-campaign-rally-grand-rapids-michigan-november-4-2024.
5 Mar-a-Lago to luksusowa rezydencja Donalda Trumpa na Florydzie, w której odbywają się także oficjalne spotkania funkcjonariuszy państwowych [przyp. tłum.].
6Bodegas to sklepy osiedlowe w dzielnicach latynoskich [przyp. tłum.].
7Election 2024: Exit poll, „CNN”, [dostęp: 25.11.2024], https://www.cnn.com/election/2024/exit-polls/national-results/general/president/0; Exit Polls, „CNN”, [dostęp: 23.11.2016], https://www.cnn.com/election/2016/results/exit-polls.
8 „Niebieskie stany” to nazwa stanów zdominowanych przez demokratów [przyp. tłum.].
9 Zachodnie Skrzydło to część Białego Domu, w której mieści się między innymi Gabinet Owalny [przyp. tłum.].
10 Grand Old Party to nazwa Partii Republikańskiej stosowana od XIX wieku [przyp. tłum.].
11 J. Dawsey, M. Scherer, Trump Jumps into a Divisive Battle over the Republican Party – with a Threat to Start a ‘maga Party’, „Washington Post”, [dostęp: 23.11.2021], https://www.washingtonpost.com/politics/trump-republican-split/2021/01/23/d7dc253e-5cbc-11eb-8bcf-3877871c819d_story.html.
12 W Bedminster w stanie New Jersey znajduje się prywatny klub golfowy, którego właścicielem jest Donald Trump [przyp. tłum.].
13 A. Griffin, Eric Trump Alerted His Dad to fbi Raid, Said Agents ‘Ransacked’ the Ex-President’s Office, „New York Post”, [dostęp: 9.08.2020], https://nypost.com/2022/08/09/eric-trump-alerted-his-dad-to-the-mar-a-lago-raid.
14 M. Balsamo, E. Tucker, Trump Says fbi Searched Estate in Major Escalation of Probe, „Associated Press”, [dostęp: 9.08.2022], https://apnews.com/article/donald-trump-mar-a-lago-government-and-politics-9e8d683afe87389407950af7ccfdbdd6.
15Venture capital to inwestycje wysokiego ryzyka w przedsiębiorstwa znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju [przyp. red.].
16Here’s Donald Trump’s Presidential Announcement Speech, „Time”, [dostęp: 16.06.2015], https://time.com/3923128/donald-trump-announcement-speech.
17 A. Isenstadt, DeSantis Draws Contrast with Trump as Party Hunts for 2024 Alternative, „Politico”, [dostęp: 16.11.2022], https://www.politico.com/news/2022/11/16/desantis-trump-2024-election-00067834.
