Zawalczę o nas - Caitlin Crews - ebook

Zawalczę o nas ebook

Caitlin Crews

0,0
11,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Helene Archibald poślubia króla Gianlucę San Felice. Choć jest to aranżowane małżeństwo, Helene jest szczęśliwa. Pokochała Gianlucę od pierwszego wejrzenia, a on też wydaje się nią oczarowany. Jednak w noc poślubną dochodzi do konfliktu. Mąż niesłusznie oskarża Helene o zdradę. Decyduje jednocześnie, że nie będzie rozwodu, by nie dopuścić do skandalu. Publicznie będą udawali, że są szczęśliwym małżeństwem. Helene próbuje się dostosować do sytuacji, ale wkrótce uznaje, że nie chce tak żyć. Wciąż kocha Gianlucę, postanawia więc za wszelką cenę odzyskać jego zaufanie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 154

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Caitlin Crews

Zawalczę o nas

Tłumaczenie:

Barbara Kosiacka

Tytuł oryginału: Wedding Night in the King’s Bed

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2024

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2024 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2025

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

[email protected]

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-291-1649-7

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Rozdział pierwszy

– Nie musisz za niego wychodzić. – Kuzynka Helene Archibald, jej najlepsza przyjaciółka i jednocześnie druhna, odezwała się nagle, zupełnie nieproszona, kiedy stały w przedsionku katedry.

Na zewnątrz tego małego, choć hojnie ozdobionego pomieszczenia, wśród dźwięków organów znajdował się tłum dostojnych gości, ale tu były tylko one dwie. Zachwycający, ogromny i długi tren Helene rozlewał się po kamiennej posadzce elegancką kaskadą materiału w kolorze kości słoniowej. Otaczały ich chyba wszystkie możliwe kwiaty, które można było znaleźć w królestwie Fiammetty, umiejscowionym w wysokich Alpach, pomiędzy Włochami a Francją od wczesnego średniowiecza, drwiąc ze styczniowej pogody każdym jasnym i delikatnym pączkiem.

Jej kuzynka, wyraźnie ośmielona własnym głosem, rozchodzącym się echem pomiędzy nimi, kwiatami i religijnymi ikonami zdobiącymi kamienne ściany, ciągnęła dalej.

– Kogo obchodzi, że jest królem? Wyprowadzę cię stąd ukradkiem.

Helene uważała, że to słodkie, ale niepotrzebne, choć jednocześnie rozważała logistykę tej propozycji.

– Wybiegłybyśmy stąd na piechotę? Ulicami strzeżonymi przez ochronę i, o ile dobrze pamiętam, zatłoczonymi w tej chwili przez gapiów? – Rozważała sytuację, myśląc o strategii, której nie chciała, ale która byłaby miłą odmianą od oczekiwania z bijącym sercem na własne wejście do głównej części kościoła, by przejść aleją. Bardzo, bardzo wolno, w kierunku mężczyzny, którego zamierzała poślubić na oczach tłumów zgromadzonych w kościele i przed telewizorami. – A gdyby jakimś cudem nam się udało, to co dalej? Co zrobimy w tych strojach? Będziemy się wspinać po zboczach gór, aż ześliźniemy się na plecach do obrzeży Francji? Szczerze mówiąc, byłaby to niezła przejażdżka. Oczywiście zakładając, że wybrałybyśmy odpowiednie zbocze. Słyszałam, że niektóre zbocza po włoskiej stronie bywają zdradliwe.

Faith, urocza i lojalna Faith, spięła się, jakby właśnie przygotowywała się do sprintu po pokrytych śniegiem górach, choć na co dzień nie podejmowała się żadnych zajęć fizycznych, nie licząc powolnego spaceru ku plaży pod osłoną parasolki.

– Mówię poważnie, Helene, powiedz tylko słowo.

– Wiem – zapewniła Helene. Dźwięk organów za ścianą zaczął się unosić, przenikając przez ściany. Słychać było również odgłosy przesuwających się stóp setek gości. Wyobraziła sobie, że sam król już tam był, stojąc u szczytu nawy, jakby wszystkie przygotowania miały podkreślić chwałę jego, nie Boga. Być może właśnie tak było. Uśmiechnęła się, choć głęboko wewnątrz, pod warstwami jedwabiu i koronki, zabrzmiało coś mrocznego. – Równie dobrze możemy przez to przejść. Skoro wszyscy zadali sobie tyle trudu.

– Mam nadzieję, że to jeden z twoich uroczych żartów, Helene – powiedział jej ojciec, zamykając drzwi, których otwarcia nie zarejestrowała. Zmierzył ją tym swoim zimnym spojrzeniem. – Oczywiście, że przez to przejdziesz. To twój ślub z królem Fiammetty. Nad tym nie trzeba się zastanawiać.

Chciała odpowiedzieć ojcu, że on na pewno nie musiał się nad tym zastanawiać, ale obiecała sobie, że nie będzie się wdawać w bezsensowne kłótnie z ojcem. Herbert Marcel Archibald był chudy jak drut i biła od niego wrogość i obraza. Dyskusja z nim na żaden temat nie mogła przynieść nic owocnego. Ostatnią próbę takiej rozmowy podjęła, jeszcze zanim jej cudowna matka zmarła.

Kiedy mama odeszła, nie było już powodu wdawać się w dyskusje. Helene nie oczekiwała, że ojciec ją zauważy, a już na pewno nie, że ją zrozumie. On sam nie okazywał najmniejszej chęci na podjęcie takich prób. Zamiast tego określił swoje oczekiwania wobec córki wybitnie jasno: miała wyjść bardzo korzystnie za mąż, tak jak, jego zdaniem, uczyniła jej matka, wychodząc za niego. Helene miała kontynuować tradycję podnoszenia rangi rodziny poprzez zamążpójście. Miała górować w każdej dziedzinie, stając się w jego rękach cenną błyskotką, którą mógłby przehandlować dla własnego zysku, tak jak robiono to w rodzie Archibaldów od wieków.

Helene niekoniecznie była zachwycona swoim losem, zatapiając się czasem w marzeniach, w których widziała się zamiennie jako astronautkę, sędzinę lub syrenę. Pamiętała jednak historie, które opowiadała jej matka. Opowieści o księżniczkach i zamkach. Bajki, w których aranżowane małżeństwa miały swoje szczęśliwe zakończenia, o wiele przyjemniejsze do rozważania niż męskie poglądy wyznawane przez jej ojca.

Lubiła sobie przypominać, że gdyby chciała, mogła się zbuntować. Mogła odwrócić się od ojca i jego zapędów, jednak za każdym razem, kiedy taka myśl przychodziła jej do głowy, myślała o tym, że jej matka nigdy się od niego nie odwróciła. Trwała u boku Herberta pomimo bijącego od niego chłodu i twierdziła, że jest szczęśliwa.

– Jestem bezpieczna i niczego mi nie brakuje – mówiła matce Faith, swojej siostrze, dawno temu. – Nie wszyscy zostaliśmy zrodzeni z pasji. Niektórzy z nas rozkwitają spokojniej.

Podczas tej podsłuchanej rozmowy Helene podjęła decyzję, że jeśli dane jej będzie kwitnąć w ten sam sposób, jej życie będzie wartościowe.

Właśnie minęło zimne pięć lat od chwili, gdy w chłodny jesienny dzień złożyli jej matkę w grobie, ale Helene nadal lubiła sobie przypominać, że pozostanie z Herbertem było jej samodzielną decyzją. Tak jak poddanie się jego żądaniom i oczekiwaniom. Dorastała, patrząc, jak jej rodzice mrożą się wzajemnie, aż zaczęła uważać się za lodową różę.

– Powiedz tylko słowo – powtórzyła Faith. Jej rodzice pobrali się z miłości. Mogli to zrobić, w przeciwieństwie do jej matki, najstarszej z córek, która nie mogła.

– Chodź, Helene – przywołał ją Herbert, jakby ślub był czymś, czym mógł zająć się sam. Jakby powstrzymywała go przed jego własną ceremonią.

– Tak, tato – wyszeptała jak zawsze, rzucając uśmiech w kierunku Faith.

I pomyślała o mamie, której bez względu na to, jak do tego doszło, ten dzień bardzo by się podobał.

Helene objęła ramię zniecierpliwionego ojca i pozwoliła Faith nieść swój ogromny welon, o chęć założenia którego nikt jej nie pytał. Herbert poprowadził ją ostentacyjnie przez olbrzymie drzwi katedry, w których wiernie stała królewska straż.

Nikt nie sprawdził, jak się czuła. Nikogo nie interesowało, czy była na to gotowa. Helene tłumaczyła sobie, że to prawdopodobnie dlatego, że sprawiała wrażenie gotowej, tak jak tego oczekiwano.

Strażnicy czekali na znak od pracownicy pałacu, mówiącej łagodnie do słuchawki. Jej ubiór wskazywał nie tylko na elegancję, ale również na pełen profesjonalizm. Wewnątrz głównej nawy muzyka zabrzmiała głośniej, dźwiękiem tak przenikliwym, że Helene poczuła go w kościach. Pracownica pałacu uniosła palec do ucha i skinęła strażnikom, po czym posłała uśmiech Herbertowi ponad Helene, pomijając jej opatuloną postać. Ten gest przypomniał jej, że była tu najmniej liczącą się postacią. A może po prostu uznano, że tylko ona nie będzie się skarżyć?

Faith wyszeptała coś w stylu „Na twój znak”, ale Helene zdecydowała, że chodziło jej o ślub, nie o ucieczkę. Odczekała jeden wdech, potem drugi, po czym stanęła obok akurat w chwili, w której Herbert skinieniem głowy zaaprobował wręczony Helene przez pracownicę pałacu bukiet. Orkiestra grała wznoszącą się i opadającą symfonię, której dźwięki przenikały każdą część ciała Helene, elektryzując ją.

I wtedy otworzyły się ogromne wrota. Tłum wewnątrz katedry wstał, wpatrując się w nią, a ona pomyślała o wszystkim, co sprowadziło ją do tego miejsca.

Do tej katedry w połowie góry w małym królestwie z alpejskich snów. Gdzie okłamała Faith, pozwalając jej myśleć, że została do tego ślubu przymuszona. Tak było łatwiej. Bo Helene wątpiła, czy była w stanie znaleźć słowa, którymi zdołałaby wyrazić znacznie większą chęć do uczestniczenia w tej ceremonii, niż Faith była sobie w stanie wyobrazić.

Nawa katedry była tak długa, że Helene nie miała pewności, która z postaci stojących u jej końca należała do prawdziwego bohatera dzisiejszej ceremonii.

Pan Młody. Król Fiammetty we własnej osobie. Gianluca San Felice, znany ze swej męskiej postury i zwierzęcego magnetyzmu, który od razu powinien był przestraszyć Helene, tymczasem od pierwszego spotkania zdobył jej serce.

Nawet teraz bicie jej serca przyspieszało z każdym krokiem. Za chwilę zostanie jej mężem, a wkrótce również prawdopodobnie ojcem jej dzieci. Co najmniej dwójki, jak przypuszczała, ponieważ Gianluca zasiadał na tronie. A każdy wiedział, że władcy z reguły chcieli mieć pokaźną linię sukcesji, by zapewnić ciągłość rodu.

Helene wolała myśleć o sukcesji, jakby nie była związana z ludźmi. Ani z nią. W przeciwnym razie na myśl o dzieciach dosięgałoby ją dziwne, ciężkie uczucie powinności. A jednak myśl o nim była dla niej czymś znacznie więcej.

Jej jedyną powinnością jako córki było korzystne zamążpójście. Tak bez końca powtarzał jej ojciec, już kiedy była małą dziewczynką. Oczekiwał, że jej pozycja wzmocni i podniesie również jego status. To miał być główny cel jej wszelkich działań. Mówił o tym otwarcie, podczas gdy jej siedząca wówczas przy drugim końcu stołu matka uśmiechała się do niej spojrzeniem.

A potem, gdy były same, zasypywała Helene opowieściami, według których małżeństwo było wspaniałą przygodą, bez względu na to, co wyobrażał sobie ojciec. Roztaczała przed nią wizje, w których ona i jej rycerz na białym koniu przeżywali przygody, zabijali smoki i tańczyli na wielkich balach, wiodąc magiczne, szczęśliwe życie.

Jednak gdy Helene okazała się najpierw uroczą, potem ładną, aż w końcu piękną kobietą, Herberta ogarnęła chciwość. Szczególnie, gdy się okazało, że urodzie towarzyszył również bystry umysł. Wysłano ją do ekskluzywnej szkoły z internatem w Szwajcarii, gdzie posyłano wszystkie córki bogatych ludzi, szczególnie gdy chciano się upewnić, że nie będą miały szans na sekretne życie prywatne. Z Instytutu nie dało się wymknąć. W rzeczywistości było to luksusowe więzienie, otoczone wysokimi murami i strażą. Przebywało w nim jednocześnie nie więcej niż dziesięć dziewcząt w jednym roczniku, które przygotowywano do eleganckiego życia w zamkach. Ich zajęcia skupiały się na nauce i na marzeniach o książętach z bajki, z którymi i tak nie mogły się spotykać bez nadzoru.

Helene zawsze uważała, że fakt, że ojciec pozwolił jej dokończyć edukację, był prawdziwym szczęściem, nie danym wielu z jej koleżanek.

Skończyła szkołę tuż przed dwudziestymi urodzinami i spodziewała się, że ojciec natychmiast wystawi ją na małżeńskiej aukcji. Oczekiwała zatrzęsienia nudnych spotkań towarzyskich pod jego czujnym okiem, podczas których miałaby się zachowywać jak na ułożoną absolwentkę Instytutu przystało i w pokorze znosić ojcowskie komentarze, gdy tylko w jakiś sposób zawiedzie jego oczekiwania.

Szczerze mówiąc, nie miała pewności, czy byłaby w stanie znieść chociażby tydzień takich zabiegów, a co dopiero całe wakacje, które ojciec zaplanował już rok wcześniej. Mężczyźni, których dla niej rozważał, byli bogaci i utytułowani, a Helene i Faith czytały na ich temat informacje w internecie, szukając sposobów na zamienienie ich widocznych wad, takich jak posiadane kochanki czy skłonności do upijania się i hazardu, w czarujące dziwactwa. Ponieważ łatwiej było myśleć o tym jak o dziwacznej grze. Prawie sprawiało im to radość.

– Mogłybyśmy uciec – mawiała Faith. Zupełnie jakby sama, uwielbiana i adorowana przez swoich rodziców, również miała powody do ucieczki. – Myślę, że zrobiłabym fascynującą karierę w jakimś artystycznym mieście, karmiąc się swoimi dowcipami i kreatywnością.

– Zdaje się, że masz na myśli fabułę jakiegoś musicalu, a nie rzeczywistość – odpowiadała Helene.

I choć rzeczywistość po zakończeniu nauki, w której realni kandydaci do zamążpójścia z całej Europy zdawali się ustawiać do niej w kolejce, powoli zaczynała jej ciążyć, postanowiła poddać się swojemu losowi. Jej ojciec nie był ciepłym człowiekiem. O tym wiedziała od zawsze. Jeśli jednak był to jedyny sposób, że pokazać mu swoją miłość – jak również okazać szacunek swojej zmarłej matce i z pewnością jedyny, jaki był w stanie zauważyć, o ile to w ogóle możliwe – przynajmniej tyle mogła zrobić.

Ona też mogła rozkwitać w cieniu. Bezpieczna i pod dziwaczną opieką, pod którą była całe swoje życie. Helene będzie w stanie ujrzeć jasną stronę sytuacji, tak jak potrafiła to jej matka. Jak już osiądzie u boku mężczyzny, którego wybierze dla niej ojciec.

Aż pewnego dnia pojawił się królewski kurier.

Osobiście, jeszcze przed pierwszym przyjęciem, na którym Helene miała odbyć swój panieński debiut. Pojawił się ostentacyjnie i ogłosił wielką nowinę: Helene zdołała – nie określono, w jaki sposób – przyciągnąć uwagę samego króla Fiammetty, który zapragnął ją poznać.

Nie dołączono żadnego zaproszenia.

– Moja droga – rzekł Herbert tego wieczoru, sadzając ją obok siebie. – Jeśli to zaprzepaścisz, nigdy ci nie wybaczę.

Helene nie czuła potrzeby wspominania, że do tej pory niczego nie zaprzepaściła. Ani że zawsze była posłuszną, uległą córką do tego stopnia, że Herbert powinien być pod wrażeniem. Ale nie był, co, szczerze mówiąc, nawet jej się podobało. Oznaczało bowiem, że nadal pozostawała sobą, niezależnie jak bardzo się starała przypodobać ojcu w jego obecności.

Akceptacja królewskiego zaproszenia, które właściwie nie zawierało w sobie zaproszenia, była częścią skomplikowanego procesu.

Helene została przedstawiona szeregowi doradców, z których każdy pojawiał się z nowym planem i inną wersją agresywnego przesłuchania, zawoalowanego w kurtuazję. Spotykali się z nią zarówno na osobności, jak i w obecności jej ojca. Zażądano od niej oddania wszelkich urządzeń oraz listy haseł do wszystkich stron internetowych, które dorosła osoba chciałaby odwiedzać. Rozliczono ją ze wszystkiego, czego dokonała od dzieciństwa.

Zazwyczaj pytający znali już odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania, chcieli jednak sprawdzić, co powie.

– Napisałaś do kuzynki po ostatnim spotkaniu – stwierdziła pewnego dnia, mniej więcej miesiąc po rozpoczęciu się całego procesu, najbardziej zacięta z doradczyń. – Napisałaś jej, o ile dobrze pamiętam, że podejrzewasz, że król w ogóle nie istnieje. Czyż nie?

– Tak napisałam – potwierdziła Helene, ciesząc się, że nie ma przy niej ojca. Z pewnością zakazałby jej kontaktować się z Faith, tym bardziej że nigdy nie wykazywał szacunku dla rodziny zmarłej żony. Helene zaśmiała się bezwiednie. – Ma pani mi to za złe?

Król we własnej postaci pojawił się następnego dnia.

Omal się nie potknęła na to wspomnienie, idąc przez katedrę. Nie miała pojęcia, jak udawało jej się powstrzymać przed niezdarnym ruchem na oczach całego królestwa, być może silny uścisk ojca miał z tym coś wspólnego.

Helene pozwoliła mu się poprowadzić. Sama wróciła pamięcią do tego lipcowego poranka, który podzielił jej życie na etapy przed i po.

Królowie nie pojawiają się, ot tak, nawet jeśli podróżują incognito. Zanim więc stanął w progu zamku jej ojca, pojawił się mały znak. Rano przyjechał kolejny posłaniec, a za nim szereg strażników, którzy przeszukali posiadłość pod względem bezpieczeństwa, choć znaczące środki zostały podjęte już wcześniej.

Podczas gdy sprawdzany był każdy milimetr otoczenia, Herbert wykorzystał zamieszanie do poinstruowania Helene zniżonym głosem, jak powinna się zachowywać w tej podniosłej chwili. Razem ze sługami króla i własnymi pracownikami ustalił również przeprowadzenie perfekcyjnej sceny zapoznania.

Nie ominął najmniejszego detalu.

Trzykrotnie cofał Helene z powrotem do jej komnat, ponieważ za pierwszym razem jej włosy wyglądały nieodpowiednio, potem przesadnie, i znów zbyt zwyczajnie. Zadowolił go dopiero widok luźnego francuskiego warkocza, który nie wydawał się ani zbyt wystawny, ani codzienny.

Jej garderoba została poddana równie wnikliwej ocenie. Jedną z zasad, które Helene przyswoiła w Instytucie, było to, że nierozsądnym ludziom nie należy zadawać rozsądnych pytań. Jak na przykład tego, czy powinna się przedstawić królowi tak po prostu. W końcu jego uwagę przyciągnęła jej osoba. Z pewnością nie był zainteresowany knowaniami jej ojca, który nigdy nie odważył się myśleć, że rodzina królewska znajdowała się w jego zasięgu.

Nauczono ją, że prawdziwe damy nie zniżały się do wdawania się w kłótnie. Trwały w godności, aż we właściwej chwili torowały sobie drogę do wybranych celów.

Ugryzła się więc w język. Przebrała się najpierw we wskazane jej spodnie, a potem w suknię. Wymieniła pokaźne dodatki na skromniejsze. Zmywała makijaż, by nałożyć całkiem nowy, dopóki jej ojciec nie uznał, że wygląda odpowiednio.

Odmierzając krok za krokiem, pomyślała, że to zabawne, że nie pamiętała już końcowego efektu. Za każdym razem, kiedy myślała, że już skończyła, ojciec znajdował nowy powód do narzekań, bądź twierdził, że ktoś z królewskiej świty spojrzał na nią z dezaprobatą, co w jego oczach mogło oznaczać klęskę.

Wyraźnie jednak pamiętała, że nigdy w życiu tak bardzo nie była obca samej sobie jak w chwili, w której została w końcu odesłana do jednego z salonów, gdzie miała czekać, aż ojciec sam przywita króla, a potem przyprowadzi go i odbędą niezobowiązującą pogawędkę. Być może wypiją coś mocniejszego, w zależności od tego, jakim człowiekiem jest król, a potem Herbert wymówi się i zostawi ich samych.

– Ufam, że zachowasz się odpowiednio – warknął w obecności królewskiej służby i obsługi własnego pałacu. – W razie wątpliwości uśmiechaj się w milczeniu.

Usiadła w salonie, ćwicząc. W Instytucie dziewczęta organizowały konkursy na najbardziej enigmatyczny uśmiech, wiedząc, że odpowiedni mógł służyć za broń. Niestety Helene nigdy nie opanowała tej umiejętności. W jej uśmiechu było zbyt wiele nadziei i bajek.

W tej materii była nieodrodną córką swojej matki.

W oczekiwaniu zaczęła się na siebie złościć, gdyż ogarniało ją zdenerwowanie. Helene nie rozumiała, dlaczego denerwowała się wizytą mężczyzny, którego nigdy wcześniej nie widziała i prawdopodobnie już nie zobaczy. Nie miało znaczenia, czy był królem, czy jednym z partnerów biznesowych jej ojca.

Postanowiła wierzyć, że jej najważniejszym zadaniem jest podążanie za wskazówkami matki najlepiej, jak potrafi. A to oznaczało, że bez względu na sytuację miała poszukiwać magii. Miała szukać cudów w najbardziej niecudownych okolicznościach.

– A co, jeśli nie ma żadnego księcia z bajki? Co wtedy zrobię?

– Przyjrzysz się głębiej i na pewno go znajdziesz – odpowiedziała jej urocza matka, ściskając dłoń córki. – Nie mam co do tego wątpliwości, moja droga.

Zdenerwowanie w niczym nie pomagało, zdecydowała i wstała z narzuconej przez ojca pozycji. Przeszła do ogromnych drzwi z dzielonego szkła, które prowadziły na jedno z wielu patio w pałacu. To konkretne prowadziło do ogrodu jej matki.

Jednak nie z tego powodu ojciec wybrał ten salon. Wszystkie jego ściany zdobiły obrazy namalowane przez uznanych artystów. Herbert lubił się popisywać.

Helene otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz, wdychając słodkie letnie powietrze. Podeszła do krawędzi patio i uznała, że ma wystarczająco dużo czasu, by zejść po schodach, poczuć zapach ulubionych kwiatów matki i zerwać ich kilka. Zapach kwitnącej lawendy przywrócił jej poczucie bezpieczeństwa. Nutka rozmarynu spowodowała, że się uśmiechnęła, a woń róż przywiodła na myśl szczęśliwe zakończenia, które jej matka tak uwielbiała.

Helene wzięła głęboki wdech. A gdy odwróciła się gotowa do powrotu i usadowienia się w oczekiwanej pozycji, on już tam był.

Wdychając woń roślin, przykucnęła, on zaś zdawał się tak wysoki, że przysłonił jej niebo. Gardło wyschło jej boleśnie. Jednocześnie usłyszała dudnienie, które niemal zwaliło ją z nóg. Zdecydowanie za długo zajęło jej zrozumienie, że to jej własne serce. Wpatrywała się w niego.

Nie zapytała, kim jest, była tego pewna. Widziała zdjęcia pokazane jej przez jego służbę i wiele innych zaśmiecających internet, ale i bez nich by go poznała.

Stał na szczycie patio, jakby nie oczekiwał niczego innego niż kobiet wijących się u jego stóp. Jakby często to znajdował.

Helene doskonale wiedziała, że właśnie tak było. Według licznych źródeł był najbardziej pożądanym kawalerem na świecie.

Przez krótką chwilę nie mogła się zdecydować, czy powinna rzucić mu się do stóp, czy nie, gdyż wszystkie umiejętności zdobyte w Instytucie właśnie ją opuściły.

Nie było jej. Tylko to drżenie w jej wnętrzu. Liczył się tylko on, prawowity król, i nagła, pojedyncza myśl: ten mężczyzna nie jest ani trochę fotogeniczny.

Określano go jako przystojnego. Przyglądając się jego zdjęciom, myślała, choć zapytana o to zaprzeczyłaby, że dzięki jego wyglądowi to aranżowane małżeństwo mogłoby się okazać trochę mniej okropne. Być może był godny pożałowania, ale przynajmniej przyjemnie się na niego patrzyło. Dla Helene to odkrycie było nie lada zaskoczeniem, gdyż na każdym widzianym przez nią zdjęciu Gianaluca San Felice, król Fiammetty, był po prostu brzydki.

Zadziałała na nią jego oszałamiająca męska uroda. Uderzyła niczym piorun.

Helene nie była pewna, w jaki sposób udało jej się wytrzymać pierwsze spojrzenie. Podniosła się jakoś, choć ciało zdawało się nie należeć do niej. Nagle poczuła, jakby spaliło ją słońce, jakby spędziła na zewnątrz długie godziny, a nie zaledwie parę chwil. Jakby przypaliło jej każdą kość.

W jej głowie odezwał się szorstki głos dyrektorki Instytutu odmierzający sekundy niczym metronom. W ostatniej chwili przypomniała sobie o kurtuazji niezbędnej w chwili spotkania członka rodziny królewskiej.

Helene poczuła niespodziewaną wdzięczność wobec dyrektorki, która kazała im powtarzać wszystkie gesty do znudzenia. Była wdzięczna za to, że jej ciało zrobiło to, co ćwiczyła tak długo, z łatwością, która dała jej czas na zaczerpnięcie oddechu.

– Wstań – rozkazał król łagodnie, a ona usłuchała.

A potem, przez nieznośnie długą chwilę, po prostu się jej przypatrywał.

Pieczenie stało się trudniejsze do zniesienia. Zalało ją strumieniem, jednocześnie zmieniając wszystko, co znała. Targały nią przeciwstawne pragnienia. Chciała powiedzieć coś mądrego, by zrobić na nim wrażenie. Pragnęła udowodnić, że jest warta o wiele więcej, niż mógł wyczytać w jej życiorysie, bez względu na to, co tam zapisano. Że różni się od ojca, który jej zdaniem nie wzbudzał powszechnego uznania.

Nie odważyła się jednak.

– Za chwilę przejdę do głównego wejścia pałacu i dokonam oficjalnego wejścia – powiedział. Nie uśmiechnął się, ale była gotowa odwzajemnić uśmiech, gdyby się pojawił. – Widzisz, jestem znany z tego, że lubię niezauważony podejrzeć kobietę, którą mają mi przedstawić.

Otworzyła usta, po czym przypomniała sobie, że ma do czynienia z królem, a nie ze zwykłym człowiekiem, i obowiązywała ją etykieta, a to z pewnością była pułapka.

A jednak jego oczy były czarne niczym najgłębsza noc i lśniły.

– Możesz mówić szczerze. W końcu to ja skradam się po twoim ogrodzie, prawda?

Wiedziała, że nie powinna wierzyć jego słowom. To była gra, a on z pewnością grał w nią nie po raz pierwszy. A jednak nie zachowała ciszy.

– Co masz zamiar znaleźć podczas podglądania?

– To wielce pouczające – odpowiedział z taką łatwością, że zdała sobie sprawę, że potrafił być czarujący. – Dom często jest w nieładzie lub panuje w nim nadmierny porządek, niczym na miejscu zbrodni. Często kobieta, z którą mam się spotkać, wykrzykuje złośliwie polecenia do służby, krzycząc na wszystkich w zasięgu jej wzroku, lub zachowuje się w inny sposób, na jaki nie pozwoliłaby sobie, gdyby wiedziała, że na nią patrzę.

– Wybacz, ale z tego, co mi wiadomo, wiele królewskich osobistości zachowuje się w opisany przez ciebie sposób.

To było ryzykowne zagranie. Czekała, aż oddali się obrażony, skreślając ją ze swojej listy. Jednocześnie zastanawiała się, co ją podkusiło i dlaczego zamiast tego po prostu nie wymamrotała czegoś nieobraźliwego. Prawdopodobnie wstrzymała oddech, jednak nie zdawała sobie z tego sprawy, dopóki się nie uśmiechnął.

Jeśli jego oczy były nocą, uśmiech okazał się słońcem, a kiedy tak na nią patrzył, zobaczyła w nim zdecydowanie za wiele. Był nie tylko mężczyzną i śmiertelnikiem, ale z pewnością potrafił zamienić się w odpowiedniego męża, jeśli miał na to ochotę. Aż pod wpływem zalewającego ją gorąca zobaczyła przed sobą tego rodzaju przyszłość, o jakiej nie śniła nawet marzyć. Dłoń trzymającą jej rękę na tylnym siedzeniu limuzyny, kiedy słowa zdawały się zbędne. Taniec z zadartą głową ku jego uśmiechowi. Śmiech i dzieci, i pomieszczenia wypełnione śpiewem opowiadającym o ich miłości.

Wszystko to pojawiło się pod wpływem jego spojrzenia i uśmiechu, który obudził magię.

– Wielu członków królewskich rodów twierdzi również, że są ludźmi – odpowiedział, a uśmiech słychać było teraz również w jego głosie. – Dlaczego zakładasz, że przychodząc tu, oczekiwałem takich zachowań? Znam je aż za dobrze i wolałbym ich uniknąć za wszelką cenę.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam. Myślę, że mogłabym bezgłośnie obrażać rośliny, ale wątpię, żeby dzięki temu zakwitły. To był ogród mojej matki i dbałyśmy o niego razem, gdy byłam mała. Zapach posadzonych przez nią roślin mnie uszczęśliwia.

Jego uśmiech przygasł, a wyraz twarzy wskazywał na to, że się nad czymś zastanawia.

– I właśnie tego sobie dziś życzyłaś? Szczęścia?

– Życzę sobie tego codziennie – odpowiedziała, wciąż się uśmiechając. – Zapewniam cię, że nie zawsze udaje się je osiągnąć.

– A gdybym powiedział, że nie wierzę w szczęście? – zapytał lekkim tonem.

– Każdy w coś wierzy, Wasza Wysokość.

– Ja wierzę w obowiązek, panno Archibald.

– Moja matka mawiała, że musimy sadzić kwiaty wszędzie tam, gdzie mogłyby zakwitnąć, zamiast czekać, aż same wyrosną. Obowiązki to innymi słowy wyniki naszych działań.

Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę, a ona nigdy nie odczuwała takiego ciężaru jak ciężar jego spojrzenia. Intensywność jego uwagi. Bijące od niego ciepło, jakby sam był słońcem.

Ciarki wędrujące po jej całym ciele zlały się w jedno z brzęczeniem, zamieniając się we wspaniałe tornado, które przedzierało się przez nią, wyrzucając z wnętrza wszystko, czymkolwiek była do tej pory. Nie była już nawet pewna, czy od kiedy go zobaczyła, udało jej się zaczerpnąć choćby jeden oddech.

Król Gianluca pochylił głowę, a dziwne światło rozjaśniło ciemność jego spojrzenia.

– Z niecierpliwością czekam na nasze spotkanie, panno Archibald – powiedział, po czym skierował się ku głównemu wejściu do pałacu.

Stała przez chwilę jak zahipnotyzowana. Nie była pewna, czy sobie tego wszystkiego nie wyobraziła. Na szczęście jej ciało znów zaczęło działać samoistnie. Poprowadziło ją z powrotem po schodach, przez te same szklane drzwi, i usadowiło na poprzednim miejscu, by znów stała się dziewczyną sprzed wyjścia do ogrodu.

Jakby jeszcze kiedykolwiek się mogła stać tą dziewczyną.

Zdawało jej się, że minęły wieki, zanim w końcu usłyszała głos ojca. Sługi królewskie wtoczyły się do pomieszczenia, a w końcu z wielkimi fanfarami ogłoszono pojawienie się Jego Królewskiej Mości Króla Gianluci z Fiammetty we własnej osobie.

Helene wstała, po czym ukłoniła się zgodnie z ceremoniałem, a kiedy uniosła głowę, król uśmiechał się do niej. Nie był to jednak ten sam uśmiech z ogrodu. Ten był zaledwie delikatnym grymasem, ale ona i tak wiedziała już, że wyjdzie za mąż za tego człowieka, a jej wizja świetlanej przyszłości u jego boku na pewno się ziści.

Wizja ta przemknęła przez jej myśli również teraz w katedrze. Pielęgnowała ją przez całe lato, przechadzając się po ogrodzie i podczas wizyt w gabinecie ojca. Ten uśmiech, który zmienił wszystko i dotrzymywał jej towarzystwa podczas wykładów ojca, które wraz ze zbliżaniem się oficjalnych oświadczyn, stawały się coraz bardziej zjadliwe i wiązały się z koniecznością podpisania niekończących się kontraktów. Ten uśmiech przyciągał znacznie więcej jej uwagi, niż te kilka słów, które zamienili ze sobą, kiedy wszyscy ich słuchali.

Trzymała się tego uśmiechu przez całą jesień, podczas której stała się niejako własnością pałacu, gdzie ustawiano ją do zdjęć podczas różnych uroczystości, zarówno tych okazałych, jak i skromnych, podczas towarzyszenia królowi na innym królewskim ślubie, a także w trakcie pozornie zwyczajnego spaceru wzbudzającego falę plotek.

Tak naprawdę nigdy nie byli sami, zabierała więc ten uśmiech wieczorami do łóżka i wyobrażała sobie przyszłość. Śniła o tym, co miało nadejść. A kiedy po raz kolejny spojrzała ku ołtarzowi, wreszcie ujrzała go czekającego na nią.

Imponujący i jeszcze bardziej pociągający, niż kiedy widziała go ostatnio.

Przyglądał się jej podążającej w jego kierunku, a jego wzrok na nowo rozbudził emocje.

Myślała tylko o jego spojrzeniu i szalejącej w niej burzy. Zadrżała, a jej ojciec to zauważył, o czym świadczyło nagłe napięcie trzymającego ją ramienia i spojrzenie gorsze niż krzyk. Przez chwilę była zdezorientowana, aż pojęła, że Herbert obawiał się, że dopadły ją wątpliwości.

Nic bardziej mylnego.

Tego sekretu nie wyjawiła nawet Faith. Każda najmniejsza jej cząstka marzyła o poślubieniu tego mężczyzny. Nieważne, kim był. Jej uczucie nie miało nic wspólnego z tytułami i majątkiem. Nie dbała o nie.

Poślubiłaby Gianlucę San Felice bez względu na wszystko.

Bo kiedy na nią patrzył, całe jej ciało ożywało. Pod dotykiem jego dłoni czuła podniecenie i wilgoć pomiędzy nogami, a zesztywniałe piersi stawały się bolesne. Sprawiał, że marzyła o tym, by wypróbować z nim rzeczy, o których czytała tylko w książkach.

Jej kuzynka mogła nie aprobować tego małżeństwa, ale Helene pragnęła Gianluki od chwili, gdy ujrzała go po raz pierwszy. To było jej przeznaczenie, konieczność, nie wybór.

Minęły wieki, zanim ojciec w końcu doprowadził ją do ołtarza i przekazał królowi.

Gianluca ujął jej dłoń. Helene zapłonęła jak zawsze.

Wraz z rozpoczęciem ceremonii brzęczenie w jej wnętrzu wzmogło się i musiała się powstrzymać przed wykrzyczeniem swojej radości całemu światu, kiedy nadeszła jej kolej złożenia przysięgi. Zmusiła się, by brzmieć wystarczająco elegancko i wyszukanie, jak przystało na królową.

Powtarzała słowa przysięgi za kapłanem, aż w końcu nadszedł wyczekiwany moment. Gianluca wsunął na jej palec obrączkę pasującą do pierścionka z diamentem, który umieścił tam kilka miesięcy temu. Potem uniósł jej welon i pocałował ją po raz pierwszy, czyniąc ją swoją małżonką. A ona dowiedziała się, jak niewiele wiedziała o pożądaniu.

Rozdział drugi

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji