Błękitna laguna - Caitlin Crews - ebook
Opis

Hiszpański milioner Cayo Vila, właściciel międzynarodowej firmy, zawsze dostaje to, czego chce, i nie rozumie słowa „nie”. Dlatego, gdy jego najlepsza asystentka Drusilla Bennett składa wymówienie, Cayo nie zamierza go przyjąć. Jednak Drusilla ma ważny osobisty powód, by odejść i wyjechać na wyspę Bora-Bora, i nie zamierza już dłużej być posłuszna szefowi. Rozpoczynają się twarde negocjacje…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 136

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Caitlin Crews

Błękitna laguna

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Oczywiście nie zrezygnujesz z pracy – powiedział Cayo Vila. Nie uniósł nawet głowy znad wielkiego biurka z granitu i stali. Mebel świetnie pasował do obrazka widocznego zza wysokich od podłogi do sufitu okien, które wychodziły na samo centrum Londynu. Jednak sceneria za oknem nie interesowała go. Fakt, że znajduje się w miejscu, o którym marzy wielu ludzi, bardziej go uszczęśliwiał niż sam widok. Cayo Vila uwielbiał posiadać coś, o czym inni mogli jedynie pomarzyć.

To dawało Drusilli Bennett satysfakcję, że nie będzie już jedną z tych rzeczy.

– Nie dramatyzuj – dodał.

Z wielkim wysiłkiem uśmiechnęła się do mężczyzny, który przez ostatnich pięć lat wpływał na każdy aspekt jej życia: na to, o której godzinie się budziła, o której szła spać, i na wszystko, co działo się pomiędzy. Dzień i noc. Poprzez wszystkie strefy czasowe i we wszystkich zakątkach ziemi, do których docierało jego imperium biznesowe. Była na każde jego skinienie, bo taka jest rola osobistej asystentki. Zajmowała się wszystkim i niczym. Sprawy prywatne były tak samo ważne jak służbowe.

Nienawidziła go. Och, jak go nienawidziła.

Złość się w niej gotowała. W świetle tego, co wyszło właśnie na jaw, trudno jej było pojąć, że mogła żywić jakiekolwiek ciepłe uczucia do tego człowieka. Miała nadzieję, że już nie istniały.

Czuła smutek, który zamieniał się w przeszywający ostry ból. To uczucie nie było jej obce, zwłaszcza w ciągu ostatnich kilku miesięcy po śmierci brata Dominika.

Kolekcjonowała trudne doświadczenia. Nieraz dostawała w kość, jednak zawsze wracała do pionu. Nie miała zresztą innego wyjścia. Była jedyną bliską osobą, na którą Dominik mógł liczyć. Opiekowała się nim w czasie choroby. Walczyła z jego nałogami, a teraz zostały jej po nim jedynie rachunki medyczne. Ostatni udało jej się spłacić dopiero w tym tygodniu. Sama musiała się przedzierać przez trudne do zniesienia procedury związane z jego śmiercią.

Sprawa z pracą była bardzo prosta. Zdecydowała, że skończy ze spychaniem samej siebie i swoich potrzeb na dalszy plan. Choć czuła się upokorzona, kiedy rankiem znalazła te przeklęte dokumenty, starała się teraz nie dopuszczać do siebie złych myśli. Postanowiła, że zrezygnuje z pracy. I tak zrobiłaby to prędzej czy później. To była tylko kwestia czasu, a dzisiejsze odkrycie w przyszłości będzie miało drugorzędne znaczenie.

– Oto moje wypowiedzenie – oznajmiła. Jej głos brzmiał pewnie i spokojnie. To była jej zawodowa sztuczka, którą opanowała do perfekcji. Pomyślała, że wykorzysta okazję i pokaże, kto jest górą. Odwróci się na pięcie, opuści budynek i biuro tego człowieka. Uwolni się nie tylko od zimnego wnętrza, w którym rzadko była sobą, ale i od niego. Bedzie działać z pasją. Tak jak sama zaplanuje.

Cayo Vila był poważanym w świecie założycielem i prezesem Vila Group. W jej strukturach znajdowały się hotele, linie lotnicze i co tylko chciał. Bogatszy był od wszystkich diabłów i bezwzględny jak mało kto. Teraz unosił głowę z energią, która zawsze ją onieśmielała.

Dru z trudem łapała powietrze. Czarne jak węgiel brwi górowały nad jego brązowymi oczami. Twarz przybrała dość surowy i nieznoszący sprzeciwu wyraz. Przestraszyła się tej jego nagłej uwagi, którą skupił na niej, bo przez długie lata traktował ją dość instrumentalnie.

Nie lubiła takich emocji. Postrzegała je jako wielką słabość.

Atmosfera w pracy była coraz bardziej nie do zniesienia. Wydawało jej się, że przysłowiowa mglista pogoda angielska wdarła się do biura.

– Słucham?

Nuta hiszpańskiego akcentu zagrała w jego głosie, ujawniając jego pochodzenie i temperament, który starał się trzymać w ryzach.

Udało jej się nie jęknąć ze strachu. Nie bez powodu miał przydomek hiszpański diabeł, a ona najchętniej nazwałaby go jeszcze gorzej.

– Słyszałeś, co powiedziałam.

Zemsta smakowała wyśmienicie i miała oczyszczającą moc.

Pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Nie mam czasu na takie rzeczy – powiedział. – Cokolwiek to jest. Wyślij mi mejla, w którym wyszczególnisz swoje problemy…

– Oczywiście, że masz – przerwała mu. Oboje zamilkli. Nigdy wcześniej nie odważyła się na podobne zachowanie. Teraz zdobyła się na uśmiech. Udawała, że nie widzi zdziwienia na jego twarzy. – Masz wystarczająco dużo czasu – zapewniła go. – Tak ułożyłam twój grafik, że nie musisz się martwić żadnymi spotkaniami w ciągu najbliższego kwadransa.

Klimat spotkania nie poprawiał się, a czas wydał się płynąć coraz wolniej. Czuła na sobie ciężar jego uwagi. Jego wzrok miał siłę rażenia płomienia, który mógł ją spalić żywcem na węgiel w miejscu, w którym stała.

– Czy to jest twój sposób na negocjacje, panno Bennett? – Ton jego głosu był równie chłodny jak jej. – Czy jesteś niezadowolona ze swojej ostatniej oceny pracowniczej? Czy chodzi ci o podwyżkę? Lepsze przywileje socjalne?

Jego głos był ostry, a słowa opryskliwe, na krawędzi ironii i mrocznego humoru. Trzymała jednak emocje na wodzy. To należało do jej zawodowych obowiązków.

– To nie są żadne negocjacje i nie chcę od ciebie podwyżki – powiedziała. Myślała, że po tym wszystkim, co jej zrobił, nie działa już na nią tak jak dawniej. – Nie chcę od ciebie nawet referencji, a rozmawiam z tobą przez czystą grzeczność.

– Nie wyobrażasz chyba sobie, że wyfruniesz do konkurencji, zabierając wszystkie tajne informacje – starał się mówić spokojnym głosem, tak jakby prowadził zwyczajną przyjacielską rozmowę. Znała go zbyt dobrze i dla niej nie brzmiał przekonująco w takim wydaniu. – Musisz wiedzieć, że poświęcę życie, aby cię zniszczyć, a ty przeniesiesz się ze swoim na salę sądową. Uwierz mi.

– Nic mnie tak nie podnieca jak groźby – odpowiedziała w tym samym tonie, jednak w jej przypadku żołądek był ściśnięty bólem. – Nie musisz mi grozić, bo nie interesuje mnie świat biznesu.

Jego usta wykrzywił grymas cynizmu.

– Powiedz, jaka jest twoja cena, panno Bennett. – Jego głos był pełen perswazji. Brzmiał nawet podniecająco, bo przybrał bardzo niski ton. Tak samo rozmawiał z partnerami w biznesie. Nic dziwnego, że dawali mu to, co chciał. On był jak zaklinacz węży, tylko że tych biznesowych.

Jednak ona nie była jednym z nich i nie zamierzała dłużej tańczyć, tak jak jej zagra. Nie miało znaczenia, jak uwodzicielsko brzmiał jego głos. Za długo działała pod jego dyktando. Ale teraz to był już koniec. Musiała tak zdecydować. I tak też się stanie.

– Nie mam żadnej ceny – powiedziała szczerze. Kiedyś, czyli nawet jeszcze wczoraj, za jeden jego uśmiech mogłaby przeskoczyć bramy piekła. Ale to było wczoraj. Dzisiaj mogła się jedynie zastanawiać, czy istniało jakieś słowo, które mogłoby określić stopień jej naiwności. Doskonale sobie z nią wcześniej pogrywał.

– Każdy ma swoją cenę. – Wiedziała, że jego świat tak właśnie wyglądał. To był kolejny powód, by go opuścić.

– Bardzo mi przykro, panie Vila – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Ja nie mam.

Już nie miała. Po śmierci Dominika nie było nikogo, kto uzależniałby od niej swój byt. Niewidzialne, ale wyczuwalne więzy emocjonalne, przestały ją ograniczać. Teraz mogła sama decydować o sobie, skoro nic ją już tutaj nie trzymało. Zwłaszcza, kiedy odkryła, co tak naprawdę myślał o niej Cayo.

Przyglądał jej się bez słowa. Jego brązowe oczy lustrowały ją wnikliwe – czuła to z taką mocą, jakby jej dotykał. Dobrze wiedziała, kogo w niej widzi. Skrupulatnie wypracowała swój wizerunek służbowy. Bardzo się starała, by go zadowolić. Teraz też ją oceniał, lustrując po kolei elementy jej garderoby. Stała przed nim, wysoka, w obcisłej spódnicy do kolan i w jedwabnej bluzce. Obie części garderoby były w pastelowych kolorach, tak jak lubił. Wiedziała też, że prosty kucyk, który trzymał w ryzach jej ciemne włosy, był elegancki, jeśli nie doskonały. Unikała biżuterii, którą mógłby postrzegać jako zbyt wyzywającą. Makijaż jak i inne kosmetyki nakładała z umiarem. Wystarczyło, aby wyglądała świeżo. Właściwie rzadko używała kosmetyków, tylko wtedy, kiedy ich naprawdę potrzebowała. Natura nie poskąpiła jej dobrej cery, interesująco zaróżowionych ust i jasnych, błyszczących oczu. Świetnie grała rolę kobiety, której on potrzebował. Odgrywała ją od tak dawna, że była nią nawet wtedy, kiedy spała.

Dru precyzyjnie wychwyciła moment, w którym zrozumiał, że nie żartowała i nie używała argumentów, żeby go przekupić lub zmusić do czegokolwiek. Już wiedział, że to, co mówiła, było szczere, aczkolwiek dla niego nieracjonalne. Zniecierpliwienie widoczne na jego twarzy zmieniło się raczej w gniew. Rozparł się w fotelu, wychylając się lekko do tyłu. Brodę oparł na dłoni. Przeniósł swoją uwagę na Dru. Umiejętność koncentracji czyniła go jednym z najtrudniejszych przeciwników. Cayo Vila słowa nie przyjmował „nie” jako odpowiedzi ostatecznej. Można by powiedzieć, że od tego słowa rozpoczynał prawdziwe negocjacje.

Z kolei w jej przypadku „nie” było przepustką do wolności. W głębi duszy czuła satysfakcję, wiedząc, że może być tą jedną osobą, której nie uda mu przekonać do swojej wizji. Nie tym razem i nigdy więcej.

– O co tutaj chodzi? – zapytał cicho. Wysilił się na przyjazny ton. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że będzie skuteczniejszy, kiedy okaże jej odrobinę zainteresowania. – Czy jesteś nieszczęśliwa?

Cóż za głupie pytanie. Wydobyła z siebie sarkastyczne westchnienie połączone z ironicznym uśmiechem. Osiągnęła tym zamierzony efekt, bo potraktował to jako afront. Zmrużył oczy, które zabłysły złowrogo. Rzadko, kiedy pokazywał prawdziwe emocje. Zazwyczaj ukrywał je gdzieś głęboko, jak każdą mroczną obietnicę zemsty, której nikt nie chciałby doświadczyć.

– Oczywiście, że nie jestem szczęśliwa – odpowiedziała. Resztkami żelaznej samokontroli powstrzymała się, by nie przewrócić oczami. – Nie mam życia prywatnego. W ogóle nie mam życia od pięciu lat. Zajmuję się jedynie organizowaniem twojego.

– Otrzymujesz za to świetne wynagrodzenie – przypomniał jej złośliwie.

– Wiem, że trudno ci w to uwierzyć – powiedziała z politowaniem w głosie. Jego oczy zwęziły się jeszcze bardziej. – Wiem też, że sam nigdy nie dojdziesz do takiego wniosku, ale w życiu liczą się też inne rzeczy niż pieniądze.

To oświadczenie wywołało jeszcze większą konsternację w jego ciemnych oczach.

– Czy tutaj chodzi o jakiegoś mężczyznę? – Pytanie to wypowiedziane było głosem, który nie mógł należeć do niego. Zachichotała do siebie samej, bo zupełnie przez przypadek dotarł do sedna sprawy.

– A czy tobie się wydaje, że przy moim trybie pracy mam czas, żeby spotkać jakiegoś mężczyznę? W przerwach między spotkaniami i wyjazdami służbowymi? Czy może między takimi zajęciami jak wysyłanie prezentów do twoich byłych kochanek?

– Och – skwitował tonem, który od razu przypomniał jej dawne miejsce w szeregu. – Teraz rozumiem. – Jego uśmiech odzwierciedlał protekcjonalne nastawienie do niej. Złośliwy komentarz nieprzyjemnie ją zranił. – Powinnaś wziąć tydzień urlopu, panno Bennett. Może nawet dwa. Potrzebujesz plaży i może kilku ciepłych ciał. Trochę alkoholu na frustrację też nie zaszkodzi. Jesteś zupełnie bezużyteczna w obecnym stanie.

– To bardzo czarujące z twojej strony – odpowiedziała Dru. Emocje gotowały się w niej, a usta zbladły, bo tak bardzo chciała krzyczeć z wściekłości. – Bardzo doceniam propozycję, ale ja nie jestem tobą, panie Vila.

Wszystkie złe uczucia powróciły. Jej rozczarowanie potęgowały myśli o latach poświęceń i złudnych nadziejach, które miała właściwie do dzisiaj. Samo wspomnienie nocy w Kadyksie trzy lata temu, o której nigdy nie rozmawiali, budziło w niej wściekłość.

– Ja nie zapijam smutku alkoholem i nie porzucam swoich ofiar bez słowa jak jakaś napalona Godzilla.

Zamrugał powiekami, nie poruszył jednak żadnym innym mięśniem.

– Czy ty się dobrze czujesz? – zapytał delikatnie. Po zaciśniętej szczęce i głębszym niż zwykle głosie można było wyczuć, że jest zły. – A może po prostu zwariowałaś?

– To się nazywa szczerość, panie Vila. – odpowiedziała rezolutnie, co kompletnie zaprzeczało temu, co tak naprawdę czuła. Chciała uciec jak najdalej od niego, a nie dyskutować z nim, tak jakby to miało zmienić go w mężczyznę, o którym marzyła. – Zdaję sobie też sprawę, że nie jesteś do tego przyzwyczajony. Otacza cię banda klaunów i tchórzy, którzy boją się mówić, co myślą. Byłam jedną z nich przez te wszystkie lata.

Wyprostował się, kiedy usłyszał jej słowa. Czuła, że jego energia wypełnia pokój tak szczelnie, że zaraz szyby w oknach zaczną drgać. Wpatrywał się w jej twarz. Jego oczy były ciemniejsze niż zwykle i pełne furii.

– Ostrzegam cię. Zastanów się dobrze, zanim ponownie otworzysz usta – powiedział w bardzo wyważony sposób. Zabrzmiało to bezwzględnie. – W przeciwnym wypadku możesz żałować do końca życia.

Tym razem Dru głośno parsknęła śmiechem, choć, niestety, trochę histerycznie, musiała to sama przyznać.

– Ty po prostu tego nie rozumiesz – odpowiedziała. Smutek i satysfakcja walczyły w niej ze sobą. Sama nie wiedziała, jak zaraz postąpi i co powie. – Mam to gdzieś. Co mi zrobisz? Schowasz mnie do worka? Będziesz szantażował? Nie dasz mi referencji? Proszę bardzo. Ja już i tak złożyłam rezygnację.

Odwróciła się do niego plecami i zostawiła go, na zawsze. Była z siebie tak dumna, że pomyślała o fanfarach, które powinny wtórować jej krokom, choć czuła też smutek i żal. Jej odejście okazało się dużo trudniejsze, niż powinno być.

Dochodziła już do ostatnich drzwi. Znajdowała się prawie przy swoim biurku, kiedy usłyszała swoje imię. Brzmiało jak rozkaz, a ona była tak wytresowana i nauczona posłuszeństwa, że nie umiała nie zareagować. Nienawidziła siebie za to, że nadal wykonuje jego polecenia. Obiecała sobie, że to ostatni raz. Tak właściwie, co on mi może zrobić? – pomyślała.

Obejrzała się za siebie. Szedł zaraz za nią, choć nie słyszała jego kroków. Zaskoczył ją wyraz jego twarzy, wściekły i mroczny. Jej serce biło mocno ze strachu.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, twój kontrakt wyszczególnia fakt, że musisz zostać w pracy dwa tygodnie od momentu złożenia wypowiedzenia.

– Chyba sobie żartujesz.

– Może i jestem napaloną Godzillą, panno Bennett, ale to nie oznacza, że straciłem umiejętność rozumienia podpisanych umów. – Każde słowo wychodzące z jego ust było jak uderzenie. To, co mówił, bolało. Jego przenikliwy wzrok przypominał jej o tym, o czym tak bardzo chciała zapomnieć. – Dwa najbliższe tygodnie. W tym czasie, jeśli dobrze pamiętam, odbędzie się kolacja dla inwestorów w Mediolanie, którą planowaliśmy przez ostatnich kilka miesięcy.

– Nie rozumiem, dlaczego chcesz, żebym w tym uczestniczyła. – Dru zdała sobie sprawę, że odwróciła się do niego, choć nie chciała nawet drgnąć, a jej dłonie zacisnęły się w pięści. – Czyżbyś miał skłonności do perwersji?

– Dziwi mnie, że żadna z moich byłych kochanek, z którymi jesteś przecież tak blisko, nie odpowiedziała ci jeszcze na to pytanie – rzucił, uderzając celnie. – Czyż nie poświęciłaś tych wszystkich godzin swojego zmarnowanego życia na ich pocieszanie?

Po tej przemowie skrzyżował ręce na piersi, co wyeksponowało jego mięśnie. Doskonale wiedział, że potrafi onieśmielić ją swoim wyglądem, któremu trudno było się oprzeć.

Nie chciała widzieć w nim mężczyzny ani pamiętać jego napierających ust i gorących dłoni przesuwających się po jej ciele. Nie chciała też, by widział, że jego męskość nadal na nią działa. Wolałaby umrzeć, niż dać mu tę satysfakcję.

– Weź dzisiaj wolne – zasugerował, a jego oschły głos zdradzał stan jego zniecierpliwienia. – Proponuję też, żebyś okazała większą powściągliwość przy wypowiadaniu swoich szczerych komentarzy. Do zobaczenia jutro, o siódmej trzydzieści, tak jak zawsze, panno Bennett.

Wszystko było jasne. On się nigdy nie zmieni, a ona doskonale to wiedziała. Przez całe swoje życie udowadniał, że nie jest w stanie przyjąć odmowy. Nie akceptował słowa „nie”. Nie było reguł, których nie mógłby złamać, ścian, na które nie mógłby się wspiąć, czy barier, których nie mógłby przeskoczyć tylko dlatego, że stały na jego drodze.

Zajmował się braniem i kolekcjonowaniem. Tak można było w najprostszych słowach opisać Caya.

Dru wiedziała, że była najlepszą asystentką, jaką kiedykolwiek zatrudniał. Wiedza ta nie była wyrazem braku skromności. Musiała nią być, bo potrzebowała pieniędzy, które jej płacił. Przeznaczała je na terapie Dominika w najdroższych klinikach odwykowych w Stanach Zjednoczonych. Nawet teraz uważała, że jej wysiłek się opłacał. Warto było, bo Dominik nie umarł w samotności na rogu ulicy w jakimś szemranym sąsiedztwie, gdzie nikt nie znał jego imienia i nikt by po nim nawet nie zapłakał. I to było najważniejsze.

Wszystko zaczęło się od Dominika, bo on był pierwszym z powodów, dla których zawiązała się na tak długo z firmą Caya. Drugim, i dużo bardziej tragicznym w skutkach, było jej żałosne uzależnienie uczuciowe od samego właściciela firmy.

– Nie – postanowiła być twarda.

Uniósł ze zdziwienia brwi na sam dźwięk słowa, które tak nieczęsto słyszał.

– A co masz na myśli, mówiąc „nie”?

Pytanie to połączone z delikatnych hiszpańskim akcentem zabrzmiało jak muzyka. Dru wiedziała jednak, że jeśli słyszy akcent, to oznacza to, że nadchodzą problemy. Cayo z trudem trzymał swój wybuchowy temperament w ryzach.

– Rozumiem, że to słowo nie jest ci znane – wydawało jej się, że wypowiedziała to zdanie z dość dużą pewnością siebie, choć nie wiedziała, czy brzmiało ono mądrze. – Wyraża ono sprzeciw i odrzucenie, czyli dwa pojęcia, których znaczeń nie rozumiesz. Z przyjemnością powiem, że to już nie mój problem.

– Zaraz ponownie stanie się twoim problemem – powiedział tonem, którego jeszcze nigdy nie słyszała. Zmrużył oczy i jego wzrok był tak intensywny, że przyprawił ją o zawrót głowy.

– Proszę bardzo, weź mnie do sądu – przerwała mu ponownie i żeby dodać mocy wypowiedzi, machnęła ręką. Mogłaby przysiąc, że wyprowadziło go to z równowagi. – Myślisz, że wygrasz?

Cayo Vila zaniemówił. Takiego zachowania jeszcze nie widział w czasie ich długiej znajomości.

– Poświęciłam ci pięć lat i nie zamierzam pracować kolejnych dwóch tygodni, czy nawet kolejnych kilku minut. Prędzej umrę.

Cayo wpatrywał się w swoją asystentkę, bo nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. W jej twarzy dostrzegł coś innego. Sposób, w jaki przekrzywiła głowę, czynił różnicę, a kolor jej szarych oczu wydawał się dużo wyrazistszy niż zazwyczaj.

– To akurat możemy zaraz zaaranżować – powiedział. – Sama wiesz, że potrafię być niebezpieczny.

Po raz pierwszy od wielu lat Cayo czuł, że traci kogoś ważnego. O ile pamiętał, podobnych uczuć doświadczył jedynie w dzieciństwie. Nie tylko wychowywał się bez ojca; zostawiła go też matka, która zaraz po jego urodzeniu znalazła schronienie w zakonie. Nie mogła sobie poradzić z przekleństwem, jakim naznaczyła ją wieś, kiedy odkryto jej wielki grzech.

– Odchodzę. Dzisiaj rano zarezerwowałam bilet na Bora-Bora.

I nagle jego umysł ponownie zaczął pracować pełną parą. Mógłby się zgodzić na wszystko, na Londyn i okolice, Ibizę, ale nie na Polinezję Francuską, na miłość boską. To odległość całego świata.

– Przepraszam cię za moje zachowanie – powiedział, choć brzmiało to dość formalnie. – Zaskoczyłaś mnie.

Jej szare oczy wpatrywały się w niego podejrzliwie.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że będziesz musiała podpisać wiele dokumentów, zanim odejdziesz. Mam na myśli klauzulę o zachowaniu poufności. – Zerknął na zegarek. – Jeszcze jest wcześnie, mamy czas i możemy zaraz odlecieć.

– Odlecieć – jak echo powtórzyła jego ostatnie słowo.

– Wszyscy pracownicy są w Zurychu – przypomniał jej niby od niechcenia. – Mam nadzieję, że nie zapomniałaś.

Zauważył, że znieruchomiała. Czekał na jej protest, ale tylko odchrząknęła.

– Zgoda – powiedziała i westchnęła. – Podpiszę wszystko, co chcesz. Nawet w tym diabelnym Zurychu, skoro tak się upierasz. Chcę to już mieć za sobą.

Cayo uśmiechnął się, bo teraz miał ją w garści.

Tytuł oryginału: A Devil in Disguise

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2012

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2012 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1914-3

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.