Hiszpański opiekun - Caitlin Crews - ebook
Opis

Hiszpański milioner Izar Agustin prowadzi wraz z rodzicami Liliany Brooks słynną sieć domów mody. Po śmierci wspólników zostaje opiekunem prawnym kilkunastoletniej Liliany. Opiekę sprawuje wyłącznie na odległość, w listach wydając polecenia, co Liliana ma robić i jak się zachowywać. Gdy podopieczna osiąga pełnoletniość, postanawia zacząć żyć według własnego pomysłu i pragnień. Wówczas jednak Izar przedstawia jej swój plan. Chce, by Liliana została jego żoną…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 153

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Caitlin Crews

Hiszpański opiekun

Tłumaczenie: Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ Lily, to przyjęcie wreszcie wygląda tak, jak powinno! Jak prawdziwy prezent urodzinowy.

Współlokatorka Liliany, Kate, weszła do niewielkiej kuchni mieszkania, które wspólnie zajmowały w Bronksie, w Nowym Jorku.

‒ Właśnie przyszedł najprzystojniejszy facet, jakiego widziałam w życiu, i pytał o ciebie. Nie zapominaj, że obiecałaś odmienić swoje życie. – Kate uśmiechnęła się nieco lubieżnie. – Uwierz mi, ten facet jest wart grzechu.

Liliana Girard Brooks, znana jako Lily Bertrand, rzeczywiście powiedziała, że to przyjęcie, które zorganizowały z powodu jej dwudziestych trzecich urodzin, będzie w jej życiu początkiem czegoś nowego, zupełnie innego od szarej egzystencji, jaką wiodła do tej pory.

Tak naprawdę jednak nie sądziła, że uda jej się zrealizować ten postulat, a już na pewno nie w tę zimną listopadową noc.

‒ Może wreszcie stracisz dziewictwo! – krzyknęła znad pizzy Jules, jej kolejna współlokatorka. – Witaj w dwudziestym pierwszym wieku!

‒ Lily, nie słuchaj jej – zaoponowała Kay. – Nie musisz robić niczego, na co nie masz ochoty.

‒ Ale możesz też zrobić to, czego chcesz, i mieć to wreszcie z głowy – nie dawała za wygraną Jules.

‒ Nie martwcie się. – Liliana wiedziała, że jej przyjaciółki doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak skromne są jej doświadczenia w tym zakresie. – Zamierzam wreszcie przeobrazić się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia.

Wszystkie trzy się uścisnęły i Liliana pociągnęła spory łyk wina, do którego zresztą zupełnie nie nawykła. Od czasu, kiedy przełożona w jej szwajcarskiej szkole wmówiła im, że wino sprawia, że kobiety stają się dziwkami, jakoś za nim nie przepadała.

‒ Czy tak właśnie powinna się zachowywać spadkobierczyni ogromnej fortuny? – spytała Madame, kiedy Liliana została nakryta na popijaniu wina w jednej z knajpek nad Jeziorem Genewskim. Miała wtedy czternaście lat i przechodziła okres buntu.

‒ Możesz sobie poczytać o takich kobietach w kolorowych magazynach. Od ciebie zależy, czy chcesz pójść w ich ślady, czy nie.

Wspomnienie tamtej rozmowy sprawiło, że tym chętniej pociągnęła kolejny łyk. Słodkie białe wino, pomyślała uszczęśliwiona. Ono pomoże jej przeistoczyć się w pięknego białego łabędzia. Nawet jeśli miałoby się to wydarzyć tylko w jej głowie.

‒ Patrzycie na nową Lily Bertrand – oznajmiła, wznosząc kieliszek w stronę przyjaciółek. – Drżyjcie, piękni mężczyźni! Nadchodzę!

‒ Lily, ale żeby zacząć ich zdobywać, musisz wyjść z tej kuchni – zauważyła przytomnie Kay.

Liliana nie miała na to wielkiej ochoty. Nie przepadała za hałaśliwymi, pełnymi wstawionych młodych ludzi przyjęciami. Większości z nich nawet nie znała, bo byli to znajomi Kay i Jules. Ona sama nie miała wielu przyjaciół. Tak naprawdę to przyjaźniła się tylko z nimi. Wino – powtarzała sobie, idąc do zatłoczonego salonu. Ono mi pomoże. Upiła kolejny łyk. To dodało jej śmiałości i pozwoliło przystąpić do spełnienia przyrzeczenia, które tak pochopnie złożyła.

Im więcej piła, tym swobodniej się czuła i tym mniej się martwiła konsekwencjami tego, co zamierzała zrobić. Zupełnie, jakby to, co im powiedziała, rzeczywiście było prawdą, a nie tylko pobożnym życzeniem. Nie chciała teraz myśleć o Madame ani tym bardziej o swoim opiekunie, którego obecność wyczuwała, nawet gdy był daleko. Nie teraz i nie tutaj.

W głowie jej się lekko kręciło, a zarysy sprzętów i ludzi były nieco nieostre. Wreszcie czuła się tak, jak zawsze chciała się czuć: na luzie, nieskrępowana, rozbawiona. Być może byłaby taka, gdyby nie zamknięto jej w tej przypominającej klasztor szkole, w której spędziła samotne dzieciństwo i wczesną młodość. Może i ona miałaby mnóstwo romantycznych przygód, podobnie jak jej koleżanki, których życie pełne było takich wspaniałych historii. Może stałaby się podobna do swojej pięknej i szykownej matki, która była muzą wielu projektantów mody i obiektem westchnień niejednego mężczyzny. Wchodząc teraz do własnego salonu, kokietowała się myślą, że być może ona też ma w sobie ten potencjał i tylko nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja, by go uwolnić. Musiało minąć kilka lat, zanim przestała się zastanawiać, co powiedziałaby Madame, wiedząc, jakie myśli chodzą jej po głowie.

‒ To, co mówisz, nadaje się do rynsztoka – zwykła mawiać, gdy któraś z dziewcząt ją zawiodła. – Chyba nie chcesz się tam znaleźć, czyż nie?

Kolejnych kilka lat zajęło Lilianie zdobycie się na odwagę powiedzenia tego, co myślała, i to też tylko do kilku najbliższych osób. I dopiero teraz, kiedy minęło pół roku, odkąd skończyła Barnarda, zaczynała mieć świadomość tego, kim naprawdę jest i co chce robić w życiu. Nie była już tą smutną, zamkniętą w sobie dziedziczką dwóch ogromnych fortun Girardów i Brooksów, którymi miała kiedyś zarządzać.

We wczesnym dzieciństwie straciła oboje rodziców i wysłano ją do szkoły w Europie, a jej opiekunem został surowy człowiek, którego prawie nie znała. Po rodzicach odziedziczyła błękitną krew i ogromny majątek.

Jednak Liliana miała do siebie duży dystans. Dla niej ważne było prawdziwe życie, a nie to, co wypisywano o niej w gazetach, niejednokrotnie porównując ją do członka rodziny Onasisów. Przez ostatnie lata celowo używała jednego z mniej znanych nazwisk matki i mieszkała w Bronksie z przyjaciółkami, jak każda najzwyklejsza dziewczyna. Podobnie jak one skończyła studia i podjęła pracę. Nie afiszowała się ze swoim bogactwem, nie dawała powodu do plotek. Przepowiednie Madame się nie spełniły. Lily nie stała się jedną z tych próżnych bogatych panien, których życie stanowiło pożywkę dla brukowej prasy. Jeśli jej nazwisko już w ogóle się tam pojawiało, pisano, że wiedzie pustelnicze życie, co najzupełniej jej odpowiadało.

Najbardziej na świecie zależało jej na tym, by udowodnić swojemu opiekunowi, że nie jest pustą, bezmyślną istotą, której jedynym celem w życiu jest wydawanie pieniędzy.

Izar Agustin był człowiekiem szeroko znanym i uwielbianym nie tylko w rodzinnej Hiszpanii, ale w całej Europie. Jego kontakty z Lily były bardzo ograniczone i zdawkowe. Czasami nawet odnosiła wrażenie, że jest wobec niej niegrzeczny. Ulubioną formą porozumiewania się z nią były listy i mejle, w których wydawał jej lapidarne polecenia. Dla niego liczyło się tylko to, by Liliana nie dawała prasie tematu do plotek. Zajmował się zarządzaniem jej majątkiem do czasu, aż fortuna przejdzie pod jej kontrolę.

Ostatni raz widziała go, kiedy się jej przedstawił jako osobisty opiekun i wysłał do szkoły z internatem. Oczywiście nie zawiózł jej tam osobiście.

Okazało się, że nawet białe wino nie było w stanie sprawić, żeby zapomniała o Izarze. W ostatnim czasie myśli o nim nawiedzały ją nieustannie. W jej głowie powstało wyobrażenie jego osoby, mężczyzny silnego, dominującego, władczego. Niemal boga. Wszystkowiedzącego i wszechmocnego. Często widywała jego zdjęcia w prasie i zawsze na widok ciemnych oczu i wygiętych w drwiącym uśmiechu ust coś w jej wnętrzu się poruszało. Chociaż nie widziała go od lat, ten człowiek zdominował jej życie, zawładnął jej myślami i snami. Całymi miesiącami potrafiła niecierpliwie czekać na wiadomość od niego.

„Żadnych jachtów na Morzu Śródziemnym. Z tego, co wiem, nie jesteś dziewczyną na telefon” napisał, kiedy zapytała, czy może popłynąć z nowo poznanymi przyjaciółmi na rejs wzdłuż Riwiery Francuskiej i do Grecji. Miała wtedy siedemnaście lat. Spędziła to lato podobnie jak poprzednie, pracując wraz z innymi zapomnianymi przez Boga i ludzi studentami w chateau nad jakimś projektem.

Jak na człowieka, którego nie widziała od tylu lat i który skazał ją na przebywanie pod opieką Madame i pozostałych, równie surowych nauczycieli, Izar zadziwiająco skutecznie kontrolował jej życie.

Liliana zadrżała. Oparła się plecami o kamienną ścianę niewielkiego salonu i spojrzała na rozbawionych gości, których zaprosiły jej przyjaciółki. Jeśli rzeczywiście był wśród nich jakiś wspaniały mężczyzna, który miał odmienić jej życie, to ona go nie widziała. Ona widziała tylko Izara.

Miała już tego dosyć.

Niezależnie od tego, ile propozycji małżeństwa rocznie otrzymywał, a nie było tego mało, Izar wciąż pozostawał sam. Stał się już niemal legendą. Traktował kobiety jak słodycze. Szybko je konsumował i równie szybko o nich zapominał.

Liliana śledziła jego losy z wielkim zaangażowaniem. Na pamięć znała wszystkie szczegóły jego biografii, choć nie pomagało jej to znosić jego uciążliwej kurateli.

Jako nastolatek grał w piłkę nożną, ale kontuzja kolana przerwała jego doskonale zapowiadającą się karierę. Jednak to życiowe niepowodzenie nie załamało go. Wręcz przeciwnie, zmobilizowało do dalszego działania. Ku zdumieniu wielu zajął się handlem towarami luksusowymi. Tak poznał rodziców Liliany, z którymi z czasem zawiązał spółkę. Prowadzili wspólnie luksusowy dom mody, który od pokoleń należał do rodziny matki Liliany. Rodzina Brooksów zajmowała się handlem winami i tytoniem. Mieszkający z Afryce Południowej dziadek Liliany rozwinął ten interes w prawdziwie dochodowy biznes. Sam Izar produkował i sprzedawał kolekcje sportowe i wszystko, co wiązało się z tak zwanym zdrowym stylem życia. Wkrótce to konsorcjum stało się jednym z większych na światowym rynku. Niespodziewana śmierć rodziców Liliany sprawiła, że sam Izar musiał zająć się dosłownie wszystkim, włączając w to samą Lilianę, która była jedynym dzieckiem jego wspólników.

Do czasu ukończenia przez nią dwudziestu jeden lat Izar był jej prawnym opiekunem. Spełniał swoją rolę jako cień, unoszący się nad jej życiem. Prowadził jej firmę i miało tak być do chwili, gdy Liliana ukończy dwadzieścia pięć lat bądź wyjdzie za mąż.

Pocieszała się myślą, że z chwilą, kiedy nastąpi ten moment, będzie mogła traktować Izara tak, jak do tej pory on traktował ją. Jakby był osobą, którą napotkała przypadkowo, zdążając w kierunku czegoś, co było znacznie godniejsze jej uwagi i zainteresowania. Wyobrażała sobie, że raz na pół roku wyśle mu jakąś złośliwą uszczypliwą notatkę, która jasno zademonstruje jej brak zainteresowania jego osobą.

„Wolałabym wypić cyjanek, niż wesprzeć twoją propozycję. Niemniej jednak dziękuję”.

Być może było to z jej strony dziecinne, ale przecież dziesięć lat temu była dzieckiem. Co by mu szkodziło, gdyby okazał córce swoich wspólników odrobinę ciepła? Kiedy jej rodzice zginęli w katastrofie lotniczej gdzieś nad Pacyfikiem, miała dwanaście lat. Nagle znalazła się na świecie zupełnie sama, przepełniona bólem i rozpaczą. Czyż nie należała jej się odrobina ciepła, poczucia bezpieczeństwa? Rozumiała, że Izar był wtedy bardzo młody i zapewne opiekowanie się sierotą nie bardzo wpisywało się w jego styl życia, ale czy naprawdę musiał zabierać ją z jedynego domu, jaki miała, i wysyłać do tej okropnej szkoły w Szwajcarii? I nawet nie odwiedzić jej tam ani razu?

‒ Możesz mnie nienawidzić, jeśli musisz – powiedział po hiszpańsku. Stali w foyer domu rodziców Lily i Izar właśnie wydał polecenie służbie, żeby spakowała jej rzeczy. Dwunastoletnia Liliana była przekonana, że ma przed sobą wcielonego diabła. Czarne oczy, ostry nos i ten surowy sposób, w jaki na nią patrzył. – Czy ci się to podoba, czy nie, jestem twoim opiekunem i twoje uczucia nie mogą mieć wpływu na moje decyzje. Zrobisz dokładnie to, co ci każę.

Oczywiście miał rację. Nic innego jej nie pozostało.

‒ Trzymaj się – powiedziała do siebie na głos. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy usłyszała swój głos na tle głośnej muzyki. Miała nadzieję, że nikt jej nie usłyszał. Wiedziała, że i tak ma opinię osoby, delikatnie rzeczy ujmując, lekko dziwnej, i nie chciała nikogo w tym przekonaniu utwierdzać.

Izar nie był zadowolony, kiedy oznajmiła mu, że zamierza studiować w Stanach. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy obiecała mu, że wybierze uczelnię, na której mogły studiować jedynie dziewczyny. Nie podobało mu się to, że Liliana miała mieszkać w Nowym Yorku, i wcale tego nie ukrywał.

Posunął się nawet do tego, że do niej zadzwonił.

‒ Jeśli usłyszę na twój temat choćby cień jakiejś plotki, pożałujesz tego – oznajmił cichym głosem, od którego wszystkie włosy na ciele stanęły jej dęba. – Osobiście po ciebie przyjadę i zabiorę cię stamtąd w jednej chwili. Nie będziesz zadowolona, zapewniam cię. Czy dobrze się rozumiemy?

‒ Wyrażasz się niezwykle jasno – oznajmiła spokojnie, starając się, żeby w jej głosie nie było słychać złości. Zdobyła się nawet na to, żeby na końcu dodać uszczypliwe „sir”.

Przez dłuższą chwilę Izar nie odpowiadał i zrozumiała, że posunęła się za daleko. Że za karę pośle ją do kolejnej szkoły, żeby nie powiedzieć klasztoru, i nigdy już nie będzie miała możliwości nauczenia się normalnego życia. Od Izara nie było ucieczki.

‒ Na razie się na to zgadzam. Zobaczymy, co będzie dalej – powiedział w końcu.

Liliana uznała to za zwycięstwo.

Teraz jednak zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę to on wygrał. Stała tu jak idiotka oparta o ścianę własnego salonu i czuła się jak intruz. Izar jeszcze przez dwa lata miał decydować o jej życiu, ale dziś go tu nie było. Nie wiedziała nawet, gdzie on mieszka, a zresztą nigdy jej nie odwiedzał. Od miesięcy się już z nią nie kontaktował.

Przekonywała samą siebie, że uczucie, którego doświadcza, myśląc o tym, to ulga.

Po co chcesz się z nim zobaczyć? Powinnaś marzyć jedynie o tym, by jak najszybciej zniknął z twojego życia na zawsze, przekonywała samą siebie. Nie mogła przecież pragnąć zainteresowania ze strony człowieka, który opuścił ją, gdy była dzieckiem. To byłoby żałosne. Żałosne i smutne. A ona nie chciała już dłużej być osobą godną pożałowania.

Ruszyła między gości, szukając wzrokiem tego, który, według Kay, był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziała w życiu. Dostrzegła Jules stojącą obok biblioteczki, jak zwykle otoczoną wianuszkiem adoratorów. Kiedy spostrzegła Lilianę, w mało dyskretny sposób skinęła głową w kierunku przyległego pokoju. Prowadził do trzech oddzielnych sypialni, usytuowanych jedna za drugą, tak że tak naprawdę jedynie ta ostatnia zapewniała pełną prywatność. Kiedy się tu sprowadziły, ciągnęły losy, która ma ją zająć. Wygrała Liliana, ale potem niejednokrotnie tego żałowała. Miło było mieć spokojny kąt, ale często była zmuszona skradać się przez pokoje przyjaciółek i udawać, że nie widzi, co się dzieje w ich łóżkach.

Skinęła głową Jules i posłusznie ruszyła w stronę pierwszej sypialni. Na łóżku Jules leżało kilka dziewczyn, z których niektóre nawet znała. Rozchichotane oglądały coś na ekranie laptopa.

‒ Idź dalej – odezwała się jedna z nich. – Jules powiedziała mu, żeby zaczekał na ciebie w twoim pokoju.

Liliana zaczęła się zastanawiać, czy jej przyjaciółce nie przyszło do głowy wynająć dla niej jednego z tych striptizerów, o czym często w żartach wspominała. Na samą myśl zrobiło jej się gorąco. Widok nagiego tańczącego przed nią mężczyzny na pewno przyprawiłby ją o palpitację serca.

Otworzyła drzwi sypialni Kay. Tu, dla odmiany, nie było nikogo. Ogromne łóżko, zajmujące prawie całą wolną przestrzeń niewielkiego pokoju, było puste. Niemal na palcach przeszła obok niego i podeszła do drzwi swojej sypialni. Kiedy położyła rękę na klamce, ogarnęło ją złe przeczucie. Mimowolnie zadrżała. Miała nadzieję, że jej przyjaciółki nie zrobiłyby nic, co by ją zawstydziło. Choć zawsze była łatwym celem do żartów, one dwie nigdy nie sprawiły jej żadnej przykrości. Przez cały dzień nie zauważyła w ich zachowaniu nic podejrzanego, ale mimo to stała przed drzwiami własnego pokoju z walącym sercem, jakby jej ciało wiedziało coś, czego ona sama nie była świadoma.

Wcale jej się to uczucie nie podobało.

Ale przyrzekła sobie, że to zrobi i nie zamierzała się teraz wycofać. Miała już dość bycia tą inną, tą dziwną, za zachowanie której Kay i Jules często musiały się wstydzić. Skrytą w sobie, naiwną, pozostającą na uboczu. Nie była przekonana, czy kiedykolwiek uda jej się zmienić w pięknego łabędzia. Owszem, była córką pięknej kobiety, która budziła powszechny zachwyt. Wiedziała, jak wygląda prawdziwy łabędź i jak daleko jej do spełnienia tego wizerunku. Pogodziła się z tym, że będzie zwykłym wróblem. Chciała wreszcie wziąć rozwód z przeszłością i tragiczną historią swojej rodziny.

Z tą myślą nacisnęła klamkę i weszła do sypialni.

Pokój wyglądał dokładnie tak, jak go zostawiła, poza jednym szczegółem. Przy oknie stał wysoki mężczyzna, wyglądając na hałaśliwą ulicę. Ku jej uldze był całkowicie ubrany. Rozejrzała się pospiesznie po pokoju, aby się upewnić, że nie ma w nim nic, co pozwoliłoby mu pomyśleć, że jest odmieńcem. Na szczęście wszystko wydawało się w porządku. Zaścielone łóżko, biurko, na którym stał jedynie laptop i książka, którą ostatnio czytała. Jedna z szuflad w komodzie była lekko uchylona, ale widać w niej było jedynie schludnie poskładane ubrania. Żadnych zdjęć. Żadnych obrazów. Goła ściana po jednej stronie, okno po drugiej.

Nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że tak samo mógł wyglądać jej pokój w akademiku, w zakonnej celi albo nawet w więzieniu. Był zupełnie bezosobowy i nie mówił nic o osobie, która w nim mieszkała.

W tej chwili jednak nie miała czasu, żeby o tym myśleć. Mężczyzna, który do tej pory spoglądał na ruchliwą ulicę Bronxu, odwrócił się.

Przez chwilę miała wrażenie, że coś się stało z jej głową.

Przed nią stał Izar.

Okrutny Izar, którego tak naprawdę znała jedynie z fotografii. Człowiek, który był przyczyną tylu jej cierpień i, który, choć nieuchwytny, był stałym elementem jej życia. Przesłaniał je swoim cieniem, swoją milczącą obecnością.

Kay powiedziała o nim, że jest piękny.

Izar nie mógł być piękny. Izar był… Izarem. Nikim ponadto.

Nagle jednak stało się coś dziwnego. W jednej chwili przestała widzieć w nim jedynie monstrum, które ją prześladowało. Wmawiała sobie, że go nienawidzi, że jest jego ofiarą i że on może zrobić z nią, co tylko zechce. Stał przed nią we własnej osobie z pełną dezaprobaty miną.

Ona jednak była w stanie dostrzec jedynie to, że był mężczyzną.

Cokolwiek by sobie na jego temat myślała i wmawiała, bez wątpienia nim był.

Zrobiło jej się gorąco. Na policzkach wykwitły jej rumieńce, kolana zmiękły, a skóra zaczęła palić żywym ogniem.

Izar przypominał wykutą z brązu figurę. Wysoki szczupły, ale doskonale umięśniony, sprawiał niezwykłe wrażenie. Nawet kiedy się nie ruszał ani nie odzywał, emanował wdziękiem i przykuwał uwagę. Był szykownie ubrany, co specjalnie nie dziwiło, zważywszy na fakt, że był właścicielem jednego z najbardziej znanych na świecie domów mody.

Na zdjęciach zawsze tak wyglądał.

Na żywo był jak mroźny podmuch: okrutny, bezlitosny, niemożliwy do zignorowania.

A jednocześnie był tak nieprzyzwoicie przystojny, że Lilianie zabrakło tchu. Stała jak zamurowana, patrząc na niego. Jego obecność w jej sypialni była zupełnie irracjonalna. Wystarczyło, że mieszkał w jej głowie.

Co się z nią dzieje?

Ciemny wzrok przesunął się po niej, parząc ją. Rumieńce na jej policzkach pogłębiły się, a żołądek zacisnął. Nagle ogarnęła ją panika. Wyobraziła sobie, co mogłoby się stać, gdyby Izar domyślił się, co się z nią dzieje…

‒ Nie masz już dwunastu lat – powiedział, a jego głos zabrzmiał w jej uszach nadspodziewanie miło. Był ciepły i głęboki.

Boże, dopomóż. Zdecydowanie nie miała już dwunastu lat.

I nie zamierzała zachowywać się tak, jakby wciąż była dzieckiem. Choć jego widok ożywił w niej wszystkie niemiłe wspomnienia, postanowiła je zignorować.

‒ Moje przyjaciółki powiedziały mi, że czeka tu na mnie mój prezent urodzinowy – powiedziała swobodnie, co z pewnością w dużej mierze było zasługą wina, które wypiła. Normalnie nigdy nie odezwałaby się do niego z taką pewnością siebie. – Jeśli miały na myśli ciebie, to chyba im nie wyszło. Nie wyobrażam sobie gorszego urodzinowego prezentu.

Izar postąpił krok w jej stronę, po czym zatrzymał się gwałtownie. Zupełnie, jakby sobie nie ufał, co przecież było śmieszne. Jego ciemne oczy zalśniły w półmroku. Stał nieruchomo, przesłaniając jej sobą widok na resztę pokoju. Promieniował męskością i siłą, od których zrobiło jej się słabo.

Tym razem to nie był list. Ani krótki telefon, przez który wydawał jej polecenia, a ona je posłusznie spełniała. To była jej sypialnia i jej urodziny.

To było jej życie.

I nie pozwoli mu się zastraszyć, niezależnie od tego, jaką częścią jej majątku zarządza.

‒ Czyżbyś zastał tu jakiegoś ciekawszego od siebie mężczyznę i wyrzuciłeś go przez okno? – uśmiechnęła się do niego chłodno. Poczuła się przy tym doskonale. – Dziewczyny obiecały mi gorącego faceta, a nie ciebie. Tylko dlatego tu przyszłam. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, starając się nie pokazać po sobie, jakie wrażenie zrobił na niej jego widok. – Sir.

W szczęce Izara drgnął mięsień. Rzucił jej mroczne spojrzenie spod zmrużonych powiek.

‒ Powiedz mi coś, Liliano – odezwał się cichym głosem, od którego ścierpła jej skóra. Przez te wszystkie lata odezwał się do niej w ten sposób tylko raz albo dwa razy. – Tobie się wydaje, że grasz w jakąś grę?

Tytuł oryginału: The Guardian’s Virgin Ward

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3710-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.