Zapomniany ogród - Kate Morton - ebook
Opis

Straszliwy sekret…

W noc dwudziestych pierwszych urodzin Nell O’Connor poznaje sekret, który na zawsze zmieni jej życie. Kilkadziesiąt lat później Nell wsiada na pokład statku płynącego do Anglii, aby wreszcie odnaleźć prawdę o sobie. Droga wiedzie ją na smagane wiatrem wybrzeża Kornwalii, do tajemniczej posiadłości Blackhurst, należącej do arystokratycznej rodziny Mountrachet.

Tajemnicze dziedzictwo…

Po śmierci Nell jej wnuczka, Cassandra, otrzymuje niespodziewany spadek. Dom zwany Cliff Cottage i otaczający go ogród kryją w sobie tajemnice związane z rodziną Mountrachetów i zaginioną autorką mrocznych wiktoriańskich baśni. To tam Cassandra odkryje prawdę o swojej rodzinie i rozwikła stuletnią tajemnicę zaginionej dziewczynki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 725

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Trzy pokolenia kobiet i łącząca je tajemnica. Powieść o poszukiwaniu korzeni i własnej tożsamości.

Rok 1913. Porzucona przez nieznajomą kobietę na statku płynącym z Londynu do Australii mała dziewczynka zostaje przygarnięta przez bezdzietnych rodziców. W dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin Nell O’Connor dowiaduje się od przybranego ojca, że jest podrzutkiem. Wiele lat później powraca do Anglii, by odkryć prawdę o swoim pochodzeniu, o matce, której nie pamięta. W 2005 roku w podobną podróż – do odległej Kornwalii, krainy intryg, miłości i zdrady – wyrusza jej wnuczka Cassandra. Dzięki zapiskom babci odsłania kolejne fragmenty mrocznej układanki, poznaje losy kobiet, które połączył pakt milczenia. Klucz do przeszłości leży w wybudowanej na szczycie klifu starej chatce, otaczającym ją sekretnym ogrodzie, wiekowym dworze należącym do arystokratycznej rodziny Mountrachet i tajemniczym labiryncie. Kryją go także pełne grozy baśnie, napisane przez zaginioną pisarkę Elizę Makepeace oraz niesamowite ilustracje słynnego portrecisty Nathaniela Walkera.

KATE MORTON

Współczesna pisarka australijska, od najmłodszych lat zakochana w książkach i teatrze. Ukończyła z wyróżnieniem University of Queensland, uzyskując dyplom z literatury angielskiej. Obecnie przygotowuje pracę doktorską. Autorka 4 bestsellerowych powieści wydanych w 39 krajach i wybranych Powieściami Roku w Australii – Dom w Riverton, Zapomniany ogród, Milczący zamek i Strażnik tajemnic. Szczególną popularnością Morton cieszy się w rodzinnym kraju oraz w Hiszpanii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA i we Włoszech. Prawa filmowe do Zapomnianego ogrodu kupiła firma producencka Clinta Eastwooda.

www.katemorton.com

Tej autorki

DOM W RIVERTONZAPOMNIANY OGRÓDMILCZĄCY ZAMEKSTRAŻNIK TAJEMNIC

Tytuł oryginału:THE FORGOTTEN GARDEN

Copyright © Kate Morton 2008All rights reserved

Published by arrangement with Alfred A. Knopf, Inc., New York, U.S.A.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2009

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcie na okładce: Corbis

Projekt graficzny okładki: Nada Backovic Designs

ISBN 978-83-7985-111-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

DLA OLIVERA I LOUISA

Cenniejszych niż wszystkie złote nici w Krainie Baśni

Ale dlaczego muszę przynieść trzy kosmyki z włosów Królowej Wróżek? — zapytał wiedźmę młody książę. — Dlaczego nie dwa albo cztery?

Starucha pochyliła się, nie przestając prząść.

— Nie ma innej liczby, moje dziecko. Trzy to liczba symbolizująca czas, bo czyż nie mówimy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości? To także liczba oznaczająca rodzinę: matkę, ojca i dziecko. Trzy to również liczba duszków, bo czyż nie szukamy ich pośród dębów, jesionów i głogu?

Młody książę pokiwał głową, wiedział bowiem, że wiedźma mówi prawdę.

— W takim razie, aby zapleść magiczny warkocz, muszę mieć trzy kosmyki włosów.

Eliza Makepeace Magiczny warkocz

CZĘŚĆ PIERWSZA

1Londyn, 1913

Miejsce, w którym kucała, było ciemne, jednak mała dziewczynka robiła, co jej kazano. Kobieta powiedziała, żeby czekała, że wciąż jeszcze nie są bezpieczne i że muszą siedzieć cicho jak myszy pod miotłą. Dziewczynka wiedziała, że to gra, zupełnie jak zabawa w chowanego.

Nasłuchiwała skulona za drewnianymi beczkami. Malowała w głowie obrazy, tak jak nauczył ją tata. Słyszała dalekie i bliskie pokrzykiwania mężczyzn, prawdopodobnie marynarzy. Były to szorstkie, donośne głosy, pełne morza i soli. Gdzieś w oddali słychać było wyjące syreny statków, świst blaszanych gwizdków, plusk wioseł, a wysoko w górze krakanie szarych mew, których rozpostarte skrzydła chwytały promienie dojrzewającego dnia.

Pani wróci, tak jak obiecała, jednak dziewczynka miała nadzieję, że nastąpi to szybko. Czekała już długo, tak długo, że słońce zdążyło przemknąć po niebie i ogrzewało jej kolana przez materiał nowej sukienki. Nasłuchiwała nadejścia pani, szelestu jej sukni na drewnianym pokładzie. Stukania obcasów, które w przeciwieństwie do obcasów mamy zawsze gnały w pośpiechu. Dziewczynka zastanawiała się w niejasny, beztroski sposób, tak charakterystyczny dla kochanych dzieci, gdzie jest teraz jej mama. Kiedy przyjdzie. Myślała też o pani. Wiedziała, kim jest, słyszała, jak babcia o niej mówiła. Nazywano ją Autorką. Mieszkała za labiryntem, w maleńkiej chatce na drugim końcu majątku. Dziewczynka nie powinna o tym wiedzieć. Nie pozwalano jej się bawić w ciernistym gąszczu. Mama i babcia mówiły, że zbliżanie się do klifu jest niebezpieczne. Ale czasami, kiedy nikt nie patrzył, dziewczynka lubiła robić zakazane rzeczy.

W przeświecającym pomiędzy dwoma beczkami srebrzystym świetle słońca tańczyły pyłki kurzu. Dziewczynka uśmiechnęła się i pani, klif, labirynt, a nawet mama, zniknęli z jej myśli. Wyciągnęła palec, próbując pochwycić wirującą drobinkę i roześmiała się, gdy pyłek niespodziewanie umknął przed jej dotykiem.

Dźwięki, które dochodziły spoza kryjówki, zaczęły się zmieniać. Dziewczynka usłyszała nagłe poruszenie, zgiełk i podekscytowane głosy. Po chwili zbliżyła twarz do smugi światła i poczuła na policzku chłodny dotyk drewna. Jednym okiem zerknęła na pokład.

Nogi, buty i rąbki halek. Ogony wyciętych z papieru, łopoczących na wietrze kolorowych wstęg i przebiegłe mewy krążące nad pokładem w poszukiwaniu okruchów.

Gwałtowne szarpnięcie i z trzewi ogromnego statku dobiegł przeciągły, niski jęk. Deski pokładu zadrżały i dziewczynka poczuła pod palcami delikatne wibracje.

Po chwili nastała cisza. Dziewczynka wstrzymała oddech, wsparła się na dłoniach, czując, jak rozkołysany kolos odpycha się od doku. Zagrzmiały syreny, a tuż po nich rozbrzmiały okrzyki radości i życzenia dobrej podróży. Byli w drodze. Do Ameryki, do miejsca zwanego Nowy Jork, gdzie urodził się tata. Już od jakiegoś czasu słyszała, jak szeptali między sobą i jak mama mówiła ojcu, że powinni wyjechać tak szybko, jak to możliwe, że nie mogą już czekać.

Dziewczynka się roześmiała. Statek ślizgał się po wodzie niczym ogromny wieloryb, jak Moby Dick w opowieści, którą tak często czytał jej ojciec. Mama nie lubiła, kiedy czytał jej takie historie. Mówiła, że są przerażające i podsuwają jej niedorzeczne pomysły. Kiedy to mówiła, ojciec całował mamę w czoło, przyznawał, że ma rację, i obiecywał, że w przyszłości będzie bardziej ostrożny. Jednak wciąż opowiadał dziewczynce historie o ogromnym wielorybie. A także inne — jej ulubione, z książki o bezokich wiedźmach, osieroconych pannach i długich podróżach przez morza. Upewniał się tylko, że mama o niczym nie wie.

Dziewczynka rozumiała, że muszą mieć tajemnice przed mamą. Mama nie czuła się dobrze, była chorowita, jeszcze zanim dziewczynka przyszła na świat. Odkąd sięgała pamięcią, babcia kazała jej być grzeczną, powtarzając, że jeśli mama się zdenerwuje, stanie się coś strasznego i będzie to jej wina. Dziewczynka kochała mamę i nie chciała sprawiać jej przykrości, nie chciała, by coś jej się stało, więc dochowywała tajemnic. Tak było w przypadku opowieści, zabaw w pobliżu labiryntu i wizyt, jakie ojciec składał Autorce mieszkającej na drugim końcu majątku.

— Aha! — krzyknął jej do ucha jakiś głos. — Znalazłem cię! — Beczka odsunęła się na bok, a oślepiona słońcem dziewczynka zmrużyła oczy. Przez chwilę mrugała, czekając, aż właściciel głosu przesłoni słońce. Był to wysoki chłopak, ośmio- może dziewięcioletni. — Nie jesteś Sally — zauważył.

Dziewczynka pokręciła głową.

— Kim jesteś?

Nie mogła nikomu zdradzić swego imienia. Była to kolejna gra, w którą grała razem z panią.

— No?

— To tajemnica.

Chłopiec zmarszczył piegowaty nos.

— Dlaczego?

Dziewczynka wzruszyła ramionami. Tata zawsze powtarzał, że nie powinna rozmawiać na temat pani.

— Gdzie jest Sally? — Chłopiec robił się niecierpliwy. Spojrzał w prawo i w lewo. — Biegła tędy, jestem tego pewien.

Gdzieś w dole pokładu dał się słyszeć śmiech i tupot stóp. Twarz chłopca pojaśniała.

— Szybko! — krzyknął, zrywając się do biegu. — Zaraz ucieknie!

Dziewczynka wychyliła głowę zza beczki i patrzyła, jak chłopiec lawiruje w tłumie, goniąc za rąbkiem białej halki.

Ach, jakże chciała pobiec za nim.

Ale pani kazała czekać.

Chłopiec znikał z pola widzenia. Widziała jeszcze, jak uskoczył przed korpulentnym mężczyzną z woskowanym wąsem, który nachmurzył się w zabawny sposób.

Dziewczynka się roześmiała.

Może to wszystko jest częścią tej samej gry. Pani bardziej przypominała dziecko niż dorosłych, których dziewczynka poznała w swoim życiu. Może ona także bierze udział w zabawie.

Dziewczynka wyślizgnęła się zza beczki i ostrożnie dźwignęła się na nogi. W zdrętwiałej lewej stopie pojawiło się nieprzyjemne mrowienie. Przez chwilę czekała, aż odzyska czucie, spoglądając, jak chłopiec znika za rogiem.

Dopiero wtedy uradowana pobiegła za nim.

2Brisbane, 1930

W końcu zdecydowali, że przyjęcie urodzinowe Nell odbędzie się w domu Foresterów na Latrobe Terrace. Hugh proponował nową salę taneczną, jednak Nell — naśladując swoją matkę — stwierdziła, że niemądrze byłoby narażać się na zbędne koszty, zwłaszcza w tak ciężkich czasach. Hugh przystał na to, jednak uparł się, że koronka do sukni powinna być sprowadzona aż z Sydney. Lil powiedziała mu o tym przed śmiercią. Pamiętał, jak pochyliła się nad gazetą, wzięła go za rękę i pokazała mu ogłoszenie wraz z adresem Pitt Street. Powiedziała, że mieli tam najlepsze koronki, wyjaśniła, jak wiele gest ten będzie znaczył dla Nellie i że jakkolwiek ekstrawagancka, koronka może zostać przerobiona na suknię ślubną. Później uśmiechnęła się do niego, jak wtedy, gdy miała szesnaście lat, a on był nią oczarowany.

Lil i Nell pracowały nad suknią przez kilka długich tygodni. Wieczorami, gdy Nell wracała do domu z kiosku i wypili już herbatę, młodsze dziewczynki leniwie sprzeczały się na werandach, a duszne powietrze aż wrzało od brzęczenia komarów, Nell wyciągała kosz z przyborami do szycia i siadała przy chorej matce. Czasami słyszał ich śmiech, kiedy z rozbawieniem rozmawiały o kłótni Maksa Fitzsimmonsa z kolejnym klientem, pani Blackwell i jej dolegliwościach albo błazeństwach bliźniaków Nancy Brown. Zatrzymywał się pod drzwiami, nabijał fajkę tytoniem i słuchał, jak Nell opowiada szeptem o czymś, co powiedział Danny: o domu, który obiecał kupić tuż po ślubie, samochodzie, który miał na oku, a który — według ojca — mógł kupić za grosze, albo najnowszym mikserze w domu towarowym McWhirtera.

Hugh lubił Danny’ego, nie mógł pragnąć dla Nell nikogo lepszego. Patrząc na nich, widział siebie i Lil z czasów młodości. Byli tacy szczęśliwi, mając przed sobą nieodkrytą, pełną tajemnic przyszłość. Ich małżeństwo również należało do udanych. Zanim dziewczynki przyszły na świat, mieli swoje wzloty i upadki, jednak potrafili stawić im czoło…

Nabiwszy fajkę, Hugh nie miał już pretekstu, by czaić się pod drzwiami. Siadał wówczas w ciemnym zakątku frontowej werandy, by cieszyć się spokojem lub tym, co po nim pozostało w domu pełnym rozwydrzonych dziewcząt, z których jedna była bardziej pobudliwa od drugiej. Tylko on i leżąca na parapecie packa na muchy, na wypadek, gdyby komary stały się zbyt natarczywe. W takich chwilach oddawał się rozmyślaniom o skrywanej od lat tajemnicy.

Czuł, że nadchodzi jego czas. Presja, przed którą tak zajadle się bronił, narastała z każdym dniem. Nell ma już prawie dwadzieścia jeden lat i jest dojrzałą kobietą, gotową, by wyjść za mąż i rozpocząć samodzielne życie. Ma prawo poznać prawdę.

Wiedział, co powiedziałaby na to Lil, dlatego o niczym jej nie mówił. Nie chciał jej denerwować, podobnie jak nie chciał, by poświęciła ostatnie dni swego życia, starając się wybić mu z głowy ten pomysł.

Czasami, myśląc o czekającym go wyznaniu, łapał się na tym, że żałuje, iż musi to powiedzieć akurat jej. Przeklinał się w duchu za to, że faworyzuje jedną z córek.

Jednak Nellie zawsze była wyjątkowa i tak niepodobna do innych. Pełna życia, obdarzona niezwykłą wyobraźnią. Była bardziej podobna do Lil, choć takie porównanie było przecież bez sensu.

Zawiesili wstążki wzdłuż krokwi — białe, by komponowały się z suknią, i czerwone, by pasowały do włosów Nell. W starej drewnianej sali nie było może tak czysto jak w nowszych ceglanych budynkach, jednak całokształt prezentował się okazale. Z tyłu, nieopodal sceny, cztery młodsze siostry Nell ustawiły stół, na którym rosła sterta prezentów. Niektóre z kobiet udzielających się w kościele przygotowały kolację, podczas gdy Ethel Mortimer grała na pianinie romantyczne utwory z czasów wojny.

Początkowo młodzieńcy i dziewczęta stali zbici w gromadki pod ścianami, jednak w miarę jak najbardziej towarzyscy spośród gości nabierali pewności siebie, na parkiecie pojawiły się pierwsze pary. Młodsze siostry spoglądały na nie tęsknym wzrokiem, dopóki nie zawołano ich, by postawiły na stole tace z jedzeniem.

Kiedy nadeszła pora przemówień, policzki gości płonęły, a podeszwy butów były zdarte od tańca. Marcie McDonald, żona pastora, stuknęła w kieliszek i wszyscy spojrzeli na Hugh, który rozkładał wyjęty z kieszonki maleńki kawałek papieru. Odchrząknął i przeczesał dłonią starannie ułożone włosy. Nigdy nie lubił publicznych przemówień. Był typem człowieka, który nie zadawał się z innymi, pozostawał wierny własnym przekonaniom i chętnie oddawał głos ludziom bardziej wygadanym. Jednak nieczęsto zdarzało się, by córka osiągała pełnoletność, i to on jako ojciec musiał to ogłosić. Hugh zawsze był służbistą, który w życiu kierował się zasadami. Przynajmniej w większości przypadków.

Uśmiechnął się, kiedy jeden z kolegów krzyknął coś, po czym ukrył kartkę w dłoniach i wziął głęboki oddech. Jeden po drugim, odczytywał nabazgrane drobnymi czarnymi literami kolejne punkty: o tym, jak on i Lil byli dumni z Nell, jakim błogosławieństwem było jej przyjście na świat, jak bardzo lubią Danny’ego. Wspomniał też, jak szczęśliwa była Lil, gdy tuż przed śmiercią dowiedziała się o zaręczynach.

Wspomnienie niedawno zmarłej żony sprawiło, że Hugh zaczęły szczypać oczy, a on sam zamilkł. W ciszy spoglądał na twarze znajomych i córek, zatrzymując wzrok na Nell, która uśmiechnęła się, gdy Danny szepnął jej coś do ucha. Ponura twarz Hugh miała w sobie zapowiedź czegoś istotnego, jednak po chwili pojaśniała, a skrawek papieru zniknął w kieszeni.

— Nadszedł czas, aby do rodziny dołączył kolejny mężczyzna — oznajmił z uśmiechem.

Po skończonym przemówieniu w kuchni zaczął się ruch. Kobiety podawały gościom filiżanki herbaty, podczas gdy Hugh wałęsał się po sali, lawirował wśród ludzi, pozwalał, by przyjacielsko klepali go po ramieniu, gratulowali przemowy, a nawet wetknęli mu do ręki spodek i filiżankę. Serce waliło mu jak młot i pocił się, choć wcale nie było mu gorąco.

Naturalnie wiedział, dlaczego tak się działo. Jego obowiązki tego wieczoru jeszcze się nie skończyły. Widząc, jak Nell wymyka się bocznymi drzwiami na niewielki podest, dostrzegł swoją szansę. Odchrząknął, odstawił filiżankę na stół z prezentami i uciekając od zgiełku, zanurzył się w chłodnym nocnym powietrzu.

Nell stała przy srebrnozielonym pniu samotnego eukaliptusa. Niegdyś, pomyślał Hugh, drzewa te porastały zbocza gór i parowów. To dopiero musiał być widok; prawdziwy las upiornych pni, nocą, kiedy księżyc był w pełni.

No proszę. Znowu coś odwleka. Nawet w tej chwili okazuje słabość i próbuje wymigać się od odpowiedzialności.

Para czarnych nietoperzy przecięła bezszelestnie nocne niebo, podczas gdy Hugh pokonał skrzypiące drewniane schody i wszedł na mokrą od rosy trawę.

Musiała usłyszeć, jak nadchodzi — być może wyczuła jego obecność — bo odwróciła się z uśmiechem.

Kiedy stanął obok, powiedziała, że myślała o mamie i o tym, z której gwiazdy teraz na nich spogląda.

Hugh mógł zapłakać, słysząc te słowa. Przekląć fakt, że właśnie w takiej chwili musi wspominać Lil. Uświadomić mu, że patrzyła wściekła za to, co zamierza uczynić. Niemal słyszał jej głos i wszystkie stare kłótnie…

Jednak to on miał podjąć decyzję i ją podjął. Koniec końców, to od niego wszystko się zaczęło. Jakkolwiek nieumyślnie, to właśnie on zdecydował się na krok, który pchnął ich na tę ścieżkę, i to on był odpowiedzialny za to, by wszystko naprawić. Tajemnice mają nadzwyczajny dar wychodzenia na jaw, tak więc lepiej, by dowiedziała się prawdy od niego.

Ujął dłonie Nell w swoje ręce i złożył na każdej z nich delikatny pocałunek. Chwilę później ścisnął je delikatnie, trzymając gładkie palce w swych twardych, spracowanych dłoniach.

Jego córka. Pierworodna.

Uśmiechnęła się do niego, tak promienna w zwiewnej, wykończonej koronką sukience.

Odpowiedział uśmiechem.

Następnie poprowadził ją, by usiadła obok niego na zwalonym zbielałym pniu eukaliptusa, i pochylił się, by móc szeptać jej do ucha. Przekazać sekret, którego wraz z Lil strzegli przez siedemnaście lat. Czekał, aż zrozumie, aż coś w jej twarzy podpowie mu, iż pojęła, co do niej mówił. Patrzył, jak cały jej świat legł w gruzach, a ona sama zniknęła w jego odmętach.

3Brisbane, 2005

Cassandra od kilku dni nie opuszczała szpitala, choć lekarz nie dawał nadziei na to, że jej babka odzyska świadomość. Według niego było to mało prawdopodobne. Nie w tym wieku i nie z taką ilością morfiny w organizmie.

Wieczorne pojawienie się pielęgniarki zwiastowało koniec dnia, jednak Cassandra nie była w stanie powiedzieć, która dokładnie jest godzina. Trudno to określić w miejscu, gdzie światła na korytarzach nigdy nie gasną, gdzie człowiek bez przerwy słyszy telewizję, choć nigdy nie widzi odbiornika i gdzie — niezależnie od pory dnia i nocy — po korytarzach kursują hałaśliwe wózki na kółkach. Najśmieszniejsze było to, że miejsce, które tak bardzo polegało na rutynie, funkcjonowało równie doskonale i bez niej.

Mimo to Cassandra czekała. Obserwując i pocieszając, gdy Nell tonęła w morzu wspomnień i od czasu do czasu wypływała na powierzchnię, by nabrać powietrza. Nie mogła znieść myśli, że babka wygra ze śmiercią i odzyska świadomość tylko po to, by odkryć, że została zupełnie sama.

Pielęgniarka zamieniła pustą kroplówkę na opasły pęcherz, przekręciła pokrętło za łóżkiem i zabrała się do poprawiania pościeli.

— Nic nie piła — powiedziała Cassandra głosem, który nawet jej samej wydał się obcy. — Przez cały dzień.

Zaskoczona pielęgniarka podniosła wzrok. Zerknęła znad okularów na krzesło, na którym siedziała Cassandra i leżący na jej kolanach niebiesko-zielony, szpitalny koc.

— Przestraszyła mnie pani — odrzekła. — Była tu pani przez cały dzień, prawda? Najlepiej, gdyby to się już skończyło.

Cassandra zignorowała tę uwagę.

— Może powinnyśmy dać jej coś do picia? Musi być spragniona.

Pielęgniarka złożyła prześcieradła i beznamiętnie wcisnęła je pod chude ramiona Nell.

— Nic jej nie będzie. Kroplówka zadba o wszystko. — Sprawdziła coś w karcie Nell i nie podnosząc głowy, stwierdziła: — Jeśli pani chce, na korytarzu są automaty z herbatą.

Po tych słowach wyszła i Cassandra zobaczyła, że oczy Nell są szeroko otwarte.

— Kim jesteś? — usłyszała słaby głos.

— To ja, Cassandra.

Chwila ciszy.

— Czy ja cię znam?

Lekarz ostrzegał ją przed tym, mimo to wciąż bolało.

— Tak, Nell.

Nell podniosła na nią szare wilgotne oczy i zamrugała niepewnie.

— Nie pamiętam…

— Ćśś… Już dobrze.

— Kim jestem?

— Nazywasz się Nell Andrews — wyjaśniła Cassandra, ujmując jej dłoń. — Masz dziewięćdziesiąt pięć lat. Mieszkasz w starym domu w Paddington.

Usta Nell drżały — starała się skupić, odnaleźć w słowach Cassandry jakieś znaczenie.

Cassandra wyjęła z szuflady nocnego stolika chusteczkę i starła z brody Nell cieniutką strużkę śliny.

— Masz sklepik z antykami w Latrobe Terrace — ciągnęła łagodnie. — Jest nasz, sprzedajemy stare rzeczy.

— Znam cię — wyszeptała Nell. — Jesteś córką Lesley.

Zaskoczona Cassandra zamrugała. Rzadko rozmawiały o jej matce, zarówno wtedy, gdy dorastała, jak i przez ostatnie dziesięć lat, odkąd wróciła i zamieszkała pod mieszkaniem Nell. Istniała między nimi niepisana umowa, na której mocy nie rozmawiały o przeszłości, bo chciały — z różnych powodów — o niej zapomnieć.

Tym razem to Nell zaczęła. Przerażonym wzrokiem wodziła po twarzy Cassandry.

— Gdzie jest chłopiec? Mam nadzieję, że nie tu. Jest tutaj? Nie chcę, żeby dotykał moich rzeczy. Popsuje je.

Cassandra poczuła, że robi jej się słabo.

— Moje rzeczy są cenne. Nie pozwól, by się do nich zbliżył.

— Nie… nie, nie pozwolę. Nie martw się, Nell. Jego tu nie ma — wykrztusiła Cassandra, potykając się o własne słowa.

Później, kiedy Nell znów straciła przytomność, Cassandra zastanawiała się nad okrucieństwem ludzkiego umysłu, który uporczywie przywołuje obrazy z przeszłości. Dlaczego teraz, u schyłku życia, w głowie babki rozbrzmiewały głosy ludzi, którzy dawno temu odeszli z tego świata? Czy zawsze tak było? Czy ci, którzy wykupili miejsce na milczącym statku śmierci, zawsze spoglądali na doki, poszukując znajomych twarzy?

Z tą myślą musiała zasnąć, ponieważ następną rzeczą, jaką zarejestrowała, był fakt, że panująca w szpitalu atmosfera uległa zmianie. Wjechali głębiej w mroczny tunel nocy. Światła na korytarzu zdawały się przyćmione, a zewsząd dobiegały odgłosy snu. Cassandra osunęła się w fotelu. Szyję miała zesztywniałą, a stopa, która wysunęła się spod cienkiego koca, była zupełnie zmarznięta. Było późno, wiedziała o tym i tym bardziej poczuła się zmęczona. Co ją zbudziło?

Nell. Oddychała głośno. Nie spała. Cassandra podeszła do łóżka i przycupnęła na jego skraju. W półmroku oczy Nell zdawały się szkliste, blade i mętne niczym brudna od farb woda. Jej głos, niegdyś silny i stanowczy, teraz był chrapliwy. Z początku Cassandra nie mogła go usłyszeć i zdawało jej się, że usta Nell układają się bezgłośnie w dawno wypowiedziane słowa. Dopiero wówczas zrozumiała, że Nell próbuje coś powiedzieć.

— Pani — mówiła — pani mówiła, żeby czekać…

Cassandra musnęła dłonią ciepłe czoło staruszki, odgarniając pasmo siwych włosów, które jeszcze niedawno lśniły jak polerowane srebro. Znowu ta „pani”.

— Nie miałaby nic przeciwko — odparła. — Pani nie miałaby nic przeciwko, gdybyś sobie poszła.

Usta Nell zacisnęły się i zadrżały.

— Nie wolno mi się ruszać. Powiedziała, że mam czekać, tu, na statku. — Jej głos był cichy jak szept. — Pani… Autorka… Nie mów nikomu.

— Ćśś… Nikomu nie powiem, Nell. Nie powiem tej pani. Możesz iść.

— Powiedziała, że po mnie przyjdzie, ale sobie poszłam. Nie zostałam tam, gdzie mi kazała.

Staruszka oddychała z trudem, jakby za chwilę miała wpaść w panikę.

— Proszę, nie martw się. Proszę, Nell. Wszystko jest dobrze. Obiecuję.

Głowa Nell opadła na bok.

— Nie mogę iść… Miałam się nie… Pani.

Cassandra nacisnęła przycisk, by wezwać pomoc, jednak nad łóżkiem nie zapaliła się żadna lampka. Zawahała się, czekając, aż na korytarzu rozlegną się szybkie kroki. Powieki Nell trzepotały niczym skrzydła motyli. Staruszka traciła przytomność.

— Sprowadzę pielęgniarkę…

— Nie! — Nell wyciągnęła rękę, starając się pochwycić dłoń Cassandry. — Nie zostawiaj mnie! — Płakała. Na bladej skórze zalśniły łzy.

Oczy Cassandry się zaszkliły.

— Już dobrze, babciu. Sprowadzę pomoc. Zaraz wrócę, obiecuję.

4Brisbane, 2005

Dom zdawał się wiedzieć, że jego pani odeszła i nawet jeśli nie opłakiwał jej śmierci, pogrążył się w uporczywej ciszy. Nell nigdy nie przepadała za ludźmi czy przyjęciami (nawet myszy kuchenne były głośniejsze od jej wnuczki), tak więc dom przyzwyczaił się do owej cichej egzystencji bez zamieszania i hałasu. Tym większy był szok, gdy nagle zaroiło się od ludzi, którzy krzątali się wokół domu i ogrodu, raczyli się herbatą i rozrzucali okruchy. Wtulony w zbocze za ogromnym zabytkowym centrum dom ze stoickim spokojem znosił ostatnie upokorzenie.

Naturalnie wszystko przygotowały ciotki. Gdyby to zależało od niej, Cassandra pożegnałaby babkę w ciszy i spokoju, jednak ciotki nie chciały nawet o tym słyszeć. Według nich Nell zasługiwała na czuwanie. Rodzina i przyjaciele chcieli pożegnać zmarłą. Poza tym wypadało tak zrobić.

Cassandra nie mogła rywalizować z tak prostoduszną pewnością. Dawno, dawno temu mogłaby się sprzeciwić, ale nie teraz. Poza tym nic nie było w stanie powstrzymać ciotek, każda z nich miała energię, która zadawała kłam ich wiekowi (nawet najmłodsza, ciotka Hettie, choć miała przeszło osiemdziesiąt lat).

Tak więc Cassandra wyzbyła się jakichkolwiek złych przeczuć, postanowiła przemilczeć fakt, że jej babka nie miała przyjaciół i zabrała się do przydzielonych jej obowiązków: ustawiania filiżanek i talerzyków, szukania widelczyków do ciasta i usuwania niektórych bibelotów, tak by członkowie rodziny mieli gdzie usiąść. Pozwoliła też, by ciotki krzątały się wokół niej z należytą pompą i poczuciem własnej ważności.

Naturalnie nie były to jej prawdziwe ciotki, a tylko młodsze siostry Nell i ciotki matki Cassandry. Jednak Lesley ich nie potrzebowała, dlatego ochoczo wzięły Cassandrę pod swoje skrzydła.

Cassandra miała nadzieję, że matka weźmie udział w uroczystościach pogrzebowych i pojawi się w krematorium, jak zwykle wyglądając trzydzieści lat młodziej i niezmiennie przyciągając pełne uwielbienia spojrzenia. Piękna, młoda i niefrasobliwa.

Jednak tak się nie stało. Przyjdzie kartka, myślała Cassandra, z obrazkiem, który nijak nie będzie pasował do okoliczności. Duże ozdobne litery, które zwracają uwagę, a na dole moc pocałunków. Jak łatwo je rozdawała, linijka po linijce.

Cassandra zanurzyła dłonie w zlewie i przesunęła leżące w nim naczynia.

— Myślę, że wszystko poszło doskonale — rzuciła Phyllis, najstarsza po Nell i jak do tej pory najbardziej apodyktyczna. — Nell byłaby zadowolona. — Cassandra zerknęła na boki. — To znaczy — przerwała, wycierając ręce — kiedy przestałaby zrzędzić, że wszystko to było zbyteczne. A ty? — spytała matczynym tonem. — Jak się trzymasz?

— Nic mi nie jest.

— Jesteś wychudzona. Czy ty w ogóle jesz?

— Trzy razy dziennie.

— Mogłabyś się podtuczyć. Wpadnij jutro wieczorem na herbatkę. Zaproszę rodzinę, przygotuję zapiekankę z mielonego mięsa i ziemniaków.

Cassandra nie oponowała.

Tymczasem Phyllis rozejrzała się po starej kuchni, spoglądając na wiszący nad kuchenką okap

— Nie boisz się być tu sama?

— Nie, nie boję się…

— Chociaż sama — dodała Phyllis, marszcząc nos. — Oczywiście, że jesteś sama. Tyle że to naturalne. Ty i Nell byłyście dla siebie doskonałym towarzystwem, prawda? — Nie czekając na odpowiedź, położyła na przedramieniu Cassandry pokrytą plamami słonecznymi dłoń. — Powiem ci, dlaczego dasz sobie radę. To zawsze smutne, gdy człowiek traci kogoś, na kim mu zależy, ale łatwiej to znieść, jeśli ta osoba miała już swoje lata. Tak właśnie powinno być. Gorzej, gdy odchodzi ktoś naprawdę młody… — Urwała w połowie zdania. Ramiona jej stężały, a na policzkach wykwitł rumieniec.

— Tak — odparła pospiesznie Cassandra — oczywiście, że tak. — Przestała myć filiżankę i wyjrzała przez kuchenne okno na podwórze. Mydliny spływały jej po palcach, zakrywając złotą obrączkę. — Powinnam wyjść i trochę poplewić. Jeśli dalej tak będzie, nasturcje przedrą się na drugą stronę ścieżki.

Phyllis z wdzięcznością powitała ten pomysł.

— Przyślę Trevora do pomocy. — Jej sękate palce jeszcze mocnej zacisnęły się na ramieniu Cassandry. — W przyszłą sobotę, dobrze?

W kuchni pojawiła się ciotka Dot, przynosząc z bawialni kolejną tacę brudnych filiżanek. Postawiła ją z brzękiem na stole i przytknęła do czoła pulchną dłoń.

— W końcu — jęknęła, mrugając do Cassandry i Phyllis przez niewiarygodnie grube okulary. — To już ostatnia. — Mówiąc to, zajrzała do okrągłego pudełka po cieście. — Strasznie zgłodniałam.

— Ależ, Dot — syknęła Phyllis, z radością przekuwając zakłopotanie w napomnienie — niedawno jadłaś.

— Godzinę temu.

— Z twoim woreczkiem żółciowym? Myślałam, że będziesz się pilnowała.

— Pilnuję się. — Dot wyprostowała się i obiema rękami ścisnęła pokaźną talię. — Od świąt Bożego Narodzenia straciłam prawie trzy kilo. — Odłożyła plastikowe wieczko i napotkała pełen powątpiewania wzrok Phyllis. — Trzy kilo.

Cassandra opanowała uśmiech i wróciła do zmywania filiżanek. Phyllis i Dot były równie pulchne jak reszta ciotek. Odziedziczyły to po matce, która z kolei odziedziczyła to po swej matce. Nell była jedyną, która umknęła przed rodzinną klątwą i wrodziła się w chudego irlandzkiego ojca. To dopiero był widok: wysoka smukła Nell i jej niskie kluchowate siostry.

Sprzeczka pomiędzy Phyllis i Dot rozgorzała na dobre. Cassandra wiedziała, że jeśli nie przerwie tej kłótni, będzie ona trwała do chwili, gdy jedna (albo obie) z nich ciśnie ręcznikiem kuchennym i niczym burza pogna do domu. Widziała to już wcześniej, jednak nigdy nie przywykła do sposobu, w jaki niektóre stwierdzenia czy mierzenie się wzrokiem wskrzeszają dawne animozje. Będąc jedynaczką, Cassandra postrzegała relacje między rodzeństwem jako coś fascynującego i przerażającego zarazem. Całe szczęście, że pozostałe ciotki zostały już wyprowadzone przez rodziny i nie mogły wtrącić swoich trzech groszy.

Cassandra odchrząknęła.

— Jest coś, o co chciałam zapytać. — Podniosła nieco głos i udało jej się zwrócić na siebie uwagę ciotek. — Chodzi o Nell. O coś, co powiedziała w szpitalu.

Phyllis i Dot zwróciły ku niej poczerwieniałe twarze. Wspomnienie siostry najwyraźniej uspokoiło emocje. Przypomniało, dlaczego stoją w jej kuchni, wycierając filiżanki.

— Chodzi o Nell? — spytała Phyllis.

Cassandra skinęła głową.

— Zanim odeszła, wspomniała o jakiejś kobiecie. Nazwała ją „autorką”. Chyba zdawało jej się, że są na statku.

Phyllis zacisnęła usta w wąską kreskę.

— Majaczyła, nie wiedziała, co mówi. Pewnie chodziło o jakąś postać z telewizyjnego serialu. Lubiła jakiś serial, którego akcja toczyła się na statku?

— Ależ, Phyll — wtrąciła Dot, kręcąc głową.

— Jestem pewna, że mówiła o…

— Daj spokój, Phyll. Nellie odeszła. Nie ma sensu dłużej udawać.

Phyllis skrzyżowała ramiona na piersi i naburmuszyła się.

— Powinnyśmy jej powiedzieć — dodała łagodnie Dot. — Przecież nic się nie stanie. Nie teraz.

— Co chcecie mi powiedzieć? — Cassandra spoglądała to na jedną ciotkę, to na drugą. Zadała pytanie, by zapobiec kolejnej rodzinnej awanturze. Nie spodziewała się żadnych tajemnic. Tymczasem ciotki były tak pochłonięte sobą, że najwyraźniej o niej zapomniały. — Co chcecie mi powiedzieć? — powtórzyła.

Dot spojrzała na Phyllis i delikatnie uniosła brwi.

— Lepiej, żeby dowiedziała się od nas niż z innych źródeł.

Phyllis skinęła niezauważalnie głową, spojrzała na Dot i uśmiechnęła się ponuro. To, co wiedziały, na powrót uczyniło je sojuszniczkami.

— W porządku, Cass. Lepiej chodź tu i usiądź — odparła w końcu. — Dotty, skarbie, wstaw proszę wodę i zrób nam filiżankę pysznej herbaty.

Cassandra podążyła za Phyllis do pokoju gościnnego i przycupnęła na sofie Nell. Phyllis rozsiadła się po przeciwnej stronie i wyraźnie zdenerwowana zaczęła szarpać wystający kłaczek.

— Nie wiem, od czego zacząć. Tak dawno o tym nie myślałam.

Cassandra była zaskoczona. O czym?

— To, co zaraz usłyszysz, jest rodzinnym sekretem. Możesz być pewna, że każda rodzina ma swoje tajemnice. Po prostu niektóre są większe od innych. — Mówiąc to, ściągnęła brwi i zerknęła w stronę kuchni. — Co ona tam robi? Wlecze się jak deszczowy tydzień.

— O co chodzi, Phyll?

Phyll westchnęła.

— Obiecałam sobie, że nigdy nikomu nie powiem. Cała ta sprawa i tak podzieliła już naszą rodzinę. Lepiej by było, gdyby tata zachował to dla siebie. Biedaczysko, myślał chyba, że tak właśnie należy postąpić.

— Co takiego zrobił?

Nawet jeśli Phyllis usłyszała pytanie, nie dała tego po sobie poznać. To była jej historia i zamierzała opowiedzieć ją po swojemu i we właściwym czasie.

— Byliśmy szczęśliwą rodziną. Nie opływaliśmy w dostatki, ale byliśmy szczęśliwi. Mama, tata i my, dziewczynki. Jak wiesz, Nellie była najstarsza. Później, z powodu pierwszej wojny światowej, długo, długo nic i po prawie dziesięciu latach cała reszta. — Uśmiechnęła się. — Nie uwierzyłabyś, ale Nellie była duszą rodziny. Wszyscy ją uwielbialiśmy. Dla nas, dziewczynek, była kimś w rodzaju matki, zwłaszcza gdy mama zachorowała. Nell opiekowała się nią tak troskliwie.

Cassandra mogła to sobie wyobrazić, ale żeby jej drażliwa babka była duszą rodziny…

— Co się stało?

— Przez długi czas żadna z nas nie miała o niczym pojęcia. Tego właśnie chciała Nell. Nagle wszystko się zmieniło, a my nie wiedziałyśmy dlaczego. Nasza starsza siostra zmieniła się nie do poznania, jakby przestała nas kochać. Naturalnie nie stało się to w ciągu jednej nocy, zmiana nie była aż tak drastyczna. Po prostu Nell wycofywała się, krok po kroku oddalała się od nas. Była to bolesna tajemnica i niezależnie od tego, jak bardzo nalegałyśmy, tata nie chciał o niej rozmawiać. Dopiero mój mąż, niech spoczywa w spokoju, naprowadził nas na właściwy trop. Rzecz jasna nie zrobił tego celowo, nie zamierzał odkryć sekretu Nell. Po prostu lubił historię. Kiedy urodził się Trevor, postanowił stworzyć drzewo genealogiczne. Było to w tym samym roku, w którym urodziła się twoja matka: w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym.

Przerwała, mierząc Cassandrę przenikliwym spojrzeniem, jakby spodziewała się, że dziewczyna domyśli się reszty. Myliła się.

— Pewnego dnia wszedł do kuchni — pamiętam, jakby to było wczoraj — i powiedział, że w archiwach nie ma wzmianki o narodzinach Nell. „Nic dziwnego, odparłam. Nellie urodziła się w Maryborough, zanim rodzina zebrała manatki i przeniosła się do Brisbane”. Słysząc to, Doug pokiwał głową i wyjaśnił, że też o tym pomyślał, ale kiedy wysłał do Maryborough list z prośbą, by przesłali akta Nellie, odpowiedzieli, że takie akta nie istnieją. — Phyllis spojrzała znacząco na Cassandrę. — To tak, jakby Nellie nie istniała. Przynajmniej nie oficjalnie.

Cassandra spojrzała na Dot, która wróciła z kuchni i wręczyła jej filiżankę herbaty.

— Nie rozumiem.

— Ależ oczywiście, że nie rozumiesz, skarbie — odparła Dot, siadając w fotelu obok Phyllis. — My również przez długi czas nie rozumiałyśmy. — Pokręciła głową i westchnęła. — Aż do czasu, gdy porozmawiałyśmy z June. To było na ślubie Trevora, prawda Phylly?

Phyllis skinęła głową.

— Tak, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym. Byłam wściekła na Nell. Niedawno straciłyśmy ojca, mój syn, siostrzeniec Nellie, żenił się, a ona nie raczyła się pojawić. Zamiast tego wyjechała na wakacje. To dlatego postanowiłam porozmawiać z June. Nie będę ukrywała, że nieźle się wtedy wyżyłam na Nell.

Cassandra wyglądała na zmieszaną. Nigdy nie orientowała się w szerokim gronie znajomych i członków rodziny.

— Kim jest June?

— To jedna z naszych kuzynek — wyjaśniła Dot. — Ze strony mamy. Na pewno miałaś okazję ją poznać. Była mniej więcej rok starsza od Nell i kiedy były dziewczynkami, znały się jak łyse konie.

— Musiały być sobie bliskie — parsknęła Phyllis. — June była jedyną osobą, której Nell powiedziała, gdy to się stało.

— Gdy co się stało? — spytała Cassandra.

Dot pochyliła się do przodu.

— Kiedy tata jej powiedział…

— Tatuś powiedział Nell coś, czego nigdy nie powinien jej mówić — odparła szybko Phyllis. — Biedaczek myślał, że postępuje właściwie. Żałował tej decyzji do końca życia, a między nim a Nell nigdy już nie było tak jak kiedyś.

— A musisz wiedzieć, że miał słabość do Nell.

— Kochał nas wszystkie — warknęła Phyllis.

— Boże, Phyll — jęknęła Dot, przewracając oczami — nawet teraz nie możesz się z tym pogodzić. Nell była ulubienicą taty, to oczywiste. I jak się okazało, przewrotne.

Phyllis nie odpowiedziała, tak więc Dot, zadowolona, że udało jej się przejąć ster, ciągnęła:

— To było w noc jej dwudziestych pierwszych urodzin. Po przyjęciu…

— Wcale nie po przyjęciu — sprostowała Phyllis — tylko w trakcie. — Mówiąc to, spojrzała na Cassandrę. — Myślę, że według taty był to idealny moment, by powiedzieć jej prawdę. Początek nowego życia i takie tam. Nell była zaręczona i szykowała się do ślubu. Nie z twoim dziadkiem, z innym mężczyzną.

— Naprawdę? — Cassandra była zaskoczona. — Nigdy o tym nie mówiła.

— Jeśli chcesz znać moje zdanie, to była miłość jej życia. Miejscowy chłopak, który w niczym nie przypominał Ala.

Phyllis wymówiła to imię z niesmakiem. Nie było tajemnicą, że ciotki odnosiły się z dezaprobatą do amerykańskiego męża Nell. Nie chodziło o sprawy osobiste, lecz o pogardę, jaką obywatele żywili wobec amerykańskich żołnierzy, którzy w czasie pierwszej wojny światowej napłynęli do Brisbane i dzięki swym pieniądzom i eleganckim mundurom zabrali ze sobą najładniejsze dziewczęta.

— A więc, co się stało? Dlaczego za niego nie wyszła?

— Odwołała ślub kilka miesięcy po przyjęciu — odparła Phyllis. — To dopiero był szok. Wszyscy tak bardzo lubiliśmy Danny’ego. Cała ta historia złamała biedakowi serce. W końcu, tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, poślubił inną. Małżeństwo nie przyniosło mu jednak szczęścia i po wojnie z Japończykami nie wrócił już do domu.

— Czy ojciec zakazał Nell wyjść za Danny’ego? — spytała Cassandra. — Czy to właśnie powiedział jej tamtej nocy? Żeby za niego nie wychodziła?

— Ależ skąd! — oburzyła się Dot. — Tatko uważał, że Danny to prawdziwy skarb. Żaden z naszych mężów nie mógłby się z nim równać.

— Więc dlaczego z nim zerwała?

— Nie chciała powiedzieć. Nawet Danny’emu. — odrzekła Phyllis. — Ta niewiedza doprowadzała nas do szału. Wiedziałyśmy tylko, że Nell nie rozmawia z ojcem ani z Dannym.

— Tyle wiedziałyśmy do chwili, gdy Phyll porozmawiała z June — wyjaśniła Dot.

— Prawie czterdzieści pięć lat później.

— Co powiedziała June? — chciała wiedzieć Cassandra. — Co się stało na przyjęciu?

Phyllis upiła łyk herbaty i unosząc brwi, zerknęła na dziewczynę.

— Tata powiedział Nell, że nie jest ich dzieckiem.

— Adoptowali ją?

Ciotki wymieniły spojrzenia.

— Niezupełnie — odparła Phyllis.

— Raczej znaleźli — uściśliła Dot.

— Przygarnęli.

— Zatrzymali.

Cassandra się nachmurzyła.

— Znaleźli? Gdzie?

— Na nabrzeżu Maryborough — odparła Dot. — W miejscu, do którego zawijały największe statki z Europy. Naturalnie teraz wygląda to inaczej, porty są większe, a ludzie latają samolotami…

— Tatuś ją znalazł — wtrąciła Phyllis. — Kiedy była maleńka. To było tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Ludzie masowo wyjeżdżali z Europy, a my z radością witaliśmy ich tu, w Australii. Tata był wtedy mistrzem portowym i miał za zadanie upewnić się, czy ci, którzy przyjeżdżają, są tymi, za których się podają i dotarli tam, dokąd chcieli. Niektórzy z nich w ogóle nie mówili po angielsku. Jeśli dobrze zrozumiałam, pewnego dnia zrobił się straszny zamęt. Do portu, po tragicznych wydarzeniach, zawinął statek z Anglii. Tyfus i udary słoneczne to tylko nieliczne nieszczęścia, jakie dotknęły pasażerów. Tak więc, gdy statek wpłynął do portu, na pokładzie znaleziono bagaże bez właścicieli, a los części pasażerów był nieznany. Zapanowało straszne zamieszanie. Oczywiście tatko opanował sytuację — nigdy nie miał problemu z zaprowadzaniem porządku — jednak został dłużej w pracy, by przekazać stróżowi wszystkie informacje i wyjaśnić, dlaczego w biurze jest tyle bagaży. Kiedy tak czekał, zauważył, że w dokach zostało coś jeszcze. Maleńka dziewczynka, ledwie czteroletnia, siedząca na małej walizeczce.

— W promieniu kilku mil nie było żywej duszy — dodała Dot, kiwając głową. — Była zupełnie sama.

— Tatko próbował ustalić, kim jest, ale dziewczynka nie chciała powiedzieć. Powtarzała tylko, że nie wie, że niczego nie pamięta. Jakby tego było mało, do walizki nie przyczepiono plakietki z nazwiskiem, a jej zawartość nie mówiła nic o tożsamości dziecka. Było już późno, ściemniało się i pogoda zaczęła się psuć. Tatko wiedział, że dziewczynka jest głodna, więc zdecydował, że zabierze ją do domu. Co innego mógł zrobić? Przecież nie mógł pozwolić, by całą noc siedziała zmoknięta w doku, prawda?

Cassandra pokręciła głową, jak gdyby starała się dopasować samotną, wyczerpaną dziewczynkę z opowieści Phyllis do Nell, którą znała.

— Z tego, co mówiła June, następnego dnia poszedł do pracy, oczekując odchodzących od zmysłów krewnych, policji i śledztwa…

— Ale nic takiego się nie stało — wtrąciła Dot. — Mijały kolejne dni, w czasie których nie wydarzyło się kompletnie nic.

— Zupełnie, jakby dziewczynka zatarła za sobą wszelkie ślady. Oczywiście próbowali dowiedzieć się, kim jest, ale wśród tych wszystkich ludzi, którzy codziennie przybywali do portu… Do tego cała ta papierkowa robota. W takim zamieszaniu nietrudno było coś przeoczyć.

— Albo kogoś.

Phyllis westchnęła.

— A więc wzięli ją do siebie.

— Co innego mogli zrobić?

— I wychowali w przeświadczeniu, że jest jedną z nich.

— Jedną z nas.

— Do czasu, aż ukończyła dwadzieścia jeden lat — ciągnęła Phyllis. — Wtedy tata zdecydował, że powie jej prawdę. Prawdę o tym, że jest podrzutkiem z małą walizką.

Cassandra siedziała w milczeniu, próbując oswoić się z tym, czego się dowiedziała. Oplotła palcami gorącą filiżankę.

— Musiała czuć się bardzo samotna.

— Święta prawda — przyznała Dot. — Zupełnie sama. Spędziła długie tygodnie na ogromnym statku, aż w końcu wylądowała w porcie.

— Nie mówiąc o tym, co było później.

— Co masz na myśli? — spytała Dot, ściągając brwi.

Cassandra przygryzła wargę. Co Phyll ma na myśli? To uderzyło ją niczym potężna fala, świadomość tego, jak bardzo samotna czuła się jej babka. Jak gdyby dostrzegła nagle ważny aspekt życia Nell, o którym nie miała wcześniej pojęcia. A może pojęła coś, o czym wiedziała od lat. Izolację Nell, jej niezależność i drażliwość.

— Boże, jakaż musiała poczuć się samotna, gdy dowiedziała się, że nie jest tym, za kogo się uważała.

— Tak — przyznała zaskoczona Phyllis. — Muszę wyznać, że z początku tego nie zauważałam. Kiedy June mi powiedziała, nie mogłam pojąć, dlaczego tak bardzo wpłynęło to na naszą rodzinę i za nic w świecie nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak bardzo wpłynęło to na Nell. Mama i tata kochali ją nad życie, a my widziałyśmy w niej idealną starszą siostrę. Nie mogła sobie wymarzyć lepszej rodziny. — Oparła się o podłokietnik i kładąc głowę na dłoni, pomasowała lewą skroń. — Z czasem jednak zrozumiałam. Bywa i tak, prawda? Pojęłam, że rzeczy, które bierzemy za pewnik, są ważne. Wiecie, rodzina, krew, przeszłość… To one czynią nas tym, kim jesteśmy, a tata nieświadomie je Nell odebrał. Nie chciał tego, ale to zrobił.

— Nell musiała czuć ulgę, wiedząc, że w końcu poznałyście prawdę — zauważyła Cassandra. — Jakoś musiało jej to pomóc.

Phyllis i Dot ukradkiem wymieniły spojrzenia.

— Chyba powiedziałyście jej, że znacie prawdę?

Phyllis się nachmurzyła.

— Kilka razy prawie to zrobiłam, ale kiedy przyszło co do czego, nie mogłam wykrztusić słowa. Nie mogłam jej tego zrobić. Przez tyle czasu nie powiedziała nam ani słowa, odbudowała swoje życie wokół tajemnicy i robiła wszystko, by nikt się o tym nie dowiedział. Zburzenie tego muru wydało mi się… nie wiem… okrutne. Jakbym po raz kolejny miała pozbawić ją tożsamości. — Mówiąc to, pokręciła głową. — Choć z drugiej strony może to tylko głupie gadanie. Nell bywała gwałtowna i może po prostu brakowało mi odwagi.

— To nie kwestia odwagi — stwierdziła stanowczo Dot. — Wszyscy uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Tego właśnie chciała Nell.

— Chyba masz rację — zgodziła się Phyllis. — Tak czy inaczej, człowiek się zastanawiał. Nie to, że nie było okazji, choćby dzień, w którym Doug znalazł walizkę.

— Tuż przed śmiercią — podjęła Dot — tata poprosił męża Phylly, żeby podrzucił walizkę Nell. Słowem nie wspomniał, o co chodzi. W kwestii tajemnic był równie dobry jak Nell. Przechowywał jej walizkę przez wszystkie te lata. W środku było dokładnie to, z czym przypłynęła do Australii.

— Zabawne — westchnęła Phyllis. — Tamtego dnia, kiedy tylko zauważyłam tę walizkę, pomyślałam o historii June. Wiedziałam, że to ta sama walizka, którą tata znalazł na nabrzeżu i choć przez tyle lat leżała w jego składziku, nigdy nie zwróciłam na nią uwagi. Nie skojarzyłam jej z Nell. Gdyby się nad tym zastanowić, ciekawe, co rodzice zamierzali zrobić z taką śmieszną walizką. Biała skóra i srebrne klamerki. Maleńka, w sam raz dla dziecka…

Phylly nie musiała opisywać walizki, Cassandra doskonale wiedziała, jak wyglądała.

Co więcej, wiedziała, co było w środku.

5Brisbane, 1976

Cassandra wiedziała, dokąd jadą, kiedy tylko matka opuściła szybę i kazała pracownikowi stacji benzynowej nalać do pełna. Mężczyzna powiedział coś, na co matka zareagowała dziewczęcym śmiechem. Chwilę później puścił do Cassandry oczko, zanim jego wzrok spoczął na obciętych, dżinsach i długich brązowych nogach Lesley. Cassandra była przyzwyczajona do tego, że mężczyźni gapią się na jej matkę i nie zwracała na to uwagi. Zamiast tego wyjrzała za okno i pomyślała o swojej babce, Nell. To właśnie do niej jechały. Jedynym powodem, dla którego jej matka tankowała za pięć dolarów, była godzinna podróż południowo-wschodnią autostradą do Brisbane.

Cassandra zawsze czuła respekt przed Nell. W całym swoim życiu spotkała ją zaledwie pięć razy (jeśli pamięć jej nie myliła), jednak Nell nie należała do ludzi, których łatwo zapomnieć. Po pierwsze, była najstarszą osobą, jaką Cassandra w życiu widziała. Do tego nie uśmiechała się, jak inni ludzie, przez co wydawała się jeszcze starsza i bardziej przerażająca. Lesley nie mówiła o niej zbyt często, ale pewnego razu, gdy Cassandra leżała w łóżku, a matka kłóciła się ze swoim chłopakiem sprzed epoki Lena, usłyszała, jak Lesley nazywa Nell wiedźmą i choć Cassandra od dawna nie wierzyła w czary, ten obraz na zawsze pozostał w jej umyśle.

Nell przypominała wiedźmę. Jej długie srebrzyste włosy były upięte w ciasny kok. Do tego mieszkała w wąskiej drewnianej chatce na wzgórzach Paddington, otoczona łuszczącą się cytrynową farbą, zapuszczonym ogrodem, kotami sąsiadów, które chodziły za nią krok w krok. No i sposób, w jaki patrzyła na ludzi: jakby zamierzała rzucić zaklęcie.

Jechały Logan Road. Opuściły szyby, a Lesley śpiewała piosenkę Abby, która zawsze leciała w Countdown. Po przejechaniu rzeki Brisbane, minęły centrum miasteczka i przejechały przez Paddington i wgryzające się we wzgórza, wycięte z falistej blachy muchomory. Nieopodal Latrobe Terrace, u podnóża stromego zbocza i w połowie wąskiej uliczki, stał dom Nell.

Lesley zatrzymała samochód i zgasiła silnik. Cassandra siedziała przez chwilę, patrząc, jak wpadające przez szybę promienie kładą się na jej nogach i czując, jak skóra pod kolanami klei się do winylowego siedzenia. Wyskoczyła z samochodu razem z matką i stojąc na chodniku, mimowolnie spojrzała na wysoki drewniany budynek.

Z jednej strony domu biegła w górę wąska, spękana, betonowa ścieżka. Na samym jej szczycie znajdowały się drzwi, jednak lata temu ktoś wybudował schody i, jak stwierdziła Lesley, „dziś nikt już nie korzysta z ukrytego wejścia”. Dodała też, że Nell to się podobało: dzięki temu ludzie nie odnosili wrażenia, że są mile widziani i nie nachodzili jej przy byle okazji. Rynny były stare i powyginane, a pośrodku ziała ogromna, przerdzewiała dziura, przez którą w czasie ulewy przepływały hektolitry wody. Na szczęście tego dnia nie zanosiło się na deszcz, a delikatny ciepły wietrzyk wygrywał na dzwoneczkach subtelne melodie.

— Chryste, co za dziura — mruknęła Lesley, spoglądając znad brązowych okularów i kręcąc głową. — Dzięki Bogu, że się stąd wyrwałam.

Na końcu ścieżki dał się słyszeć hałas. Zadbany kot o lśniącej karmelowej sierści zmierzył nowo przybyłe niechętnym spojrzeniem. Skrzypnęły zawiasy i rozległy się kroki. Obok kota pojawiła się wysoka srebrnowłosa kobieta. Cassandra wstrzymała oddech. Nell. Patrząc na nią, poczuła się, jakby stanęła twarzą w twarz z wytworem własnej wyobraźni.

Stały tak w milczeniu, mierząc się wzrokiem. Cassandra miała wrażenie, że bierze udział w tajemniczym rytuale dorosłości, którego nie potrafiła jeszcze zrozumieć. Zastanawiała się, dlaczego wciąż stoją i kto uczyni kolejny krok, kiedy nagle Nell przerwała milczenie:

— Chyba ustaliłyśmy, że następnym razem uprzedzisz mnie telefonicznie o swoim przyjeździe.

— Też się cieszę, że cię widzę, mamo — mruknęła Lesley.

— Jestem w trakcie sortowania pudełek na aukcję. W domu panuje bałagan, nie ma nawet gdzie usiąść.

— Przeżyjemy. — Lesley pstryknęła palcami w kierunku Cassandry. — Twojej wnuczce chce się pić. Cholernie tu gorąco.

Zmieszana Cassandra przestąpiła z nogi na nogę i wbiła wzrok w ziemię. W zachowaniu jej matki było coś dziwnego, jakaś nerwowość, do której nie była przyzwyczajona i której nie umiała nazwać. Usłyszała, jak Nell powoli wypuszcza powietrze.

— Dobrze więc. Lepiej wejdźcie do środka.

Nell nie przesadzała, mówiąc o bałaganie. Spod stert pogniecionych gazet nie było widać podłogi. Na stole, który zdawał się samotną wysepką na papierowym morzu, stała niezliczona ilość porcelany, szkła i kryształów. Bibeloty, pomyślała Cassandra, dumna z siebie, że zapamiętała nowe słowo.

— Nastawię wodę — rzuciła Lesley, przemykając na drugą stronę kuchni.

Nell i Cassandra zostały same i staruszka wbiła we wnuczkę przenikliwe spojrzenie.

— Urosłaś — stwierdziła w końcu. — Ale wciąż jesteś za chuda.

Miała rację, dzieciaki w szkole mówiły jej to samo.

— Też byłam taka chuda — ciągnęła Nell. — Wiesz, jak nazywał mnie ojciec?

Cassandra wzruszyła ramionami.

— „Szczęśliwe nogi”. Szczęśliwe, że jeszcze się nie złamały. — Nell zaczęła zdejmować filiżanki z haczyków przymocowanych do staromodnej szafki. — Kawa czy herbata?

Oburzona Cassandra pokręciła głową. Mimo że skończyła w maju dziesięć lat, wciąż była małą dziewczynką i nie przywykła, by proponowano jej napoje dla dorosłych.

— Nie mam soków owocowych ani napojów gazowanych — ostrzegła Nell — ani innych tego typu rzeczy.

— Lubię mleko — bąknęła Cassandra.

Nell zamrugała z niedowierzaniem.

— W lodówce jest mnóstwo mleka dla kotów. Butelka będzie śliska, więc nie upuść jej na podłogę.

Kiedy herbata została nalana, Lesley zaproponowała Cassandrze, żeby pobawiła się na dworze. Jej zdaniem dzień był zbyt ciepły i słoneczny, by dziewczynka siedziała w domu.

Nell pozwoliła jej pobawić się koło domu, pod warunkiem że niczego nie zniszczy i pod żadnym pozorem nie wejdzie do mieszkania na parterze.

Był to jeden z tych koszmarnych, antypodycznych okresów, kiedy kolejne dni zdają się tworzyć jeden, nieprzerwany. Wentylatory nie robią nic poza mieleniem rozgrzanego powietrza, cykanie cykad grozi trwałą utratą słuchu, oddychanie stanowi nie lada wysiłek, a człowiek ma ochotę położyć się na plecach i czekać do chwili, gdy styczeń i luty dobiegną końca, nadejdą marcowe burze, a niedługo po nich pierwsze kwietniowe wiatry.

Jednak Cassandra nie miała o tym pojęcia. Była dzieckiem i z dziecięcym uporem znosiła ciężkie warunki. Zatrzasnęła tylko drzwi z siatką i podążając ścieżką, pobiegła do ogrodu na tyłach domu. Kwiaty uroczynu spuściły smętnie głowy i smażyły się na słońcu — czarne, wyschnięte i skurczone. Zgniotła kilka z nich butem, z radością patrząc, jak rozmazują się na jasnym betonie.

Chwilę później przysiadła na żelaznej ławeczce i spojrzała w dół na przedziwny ogród swojej tajemniczej babki i połatany drewniany dom. Zastanawiała się, o czym rozmawiają Lesley i Nell i co jest powodem dzisiejszej wizyty. Jednak niezależnie od tego, w jaki sposób stawiała pytania, nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Po jakimś czasie ogród okazał się zbyt wielką pokusą. Pytania odeszły w zapomnienie i Cassandra zaczęła zbierać grube strąki niecierpka. Siedząca w oddali czarna kocica obserwowała dziewczynkę z udawanym brakiem zainteresowania. Gdy Cassandra narwała już sporą garść, wdrapała się na najniższy konar mangowca na tyłach ogrodu i zaczęła otwierać kolejne strąki. Ucieszył ją chłodny dotyk maziowatych nasion, zdziwienie kocicy, kiedy pusty strąk lądował pomiędzy jej łapami i gorliwość, gdy pomyliła go z konikiem polnym.

Kiedy otworzyła już wszystkie strąki, wytarła dłonie w spodenki i rozejrzała się po ogrodzie. Po drugiej stronie drucianej siatki znajdował się potężny, biały, prostokątny budynek. Mimo iż był zamknięty, wiedziała, że jest to kino Paddington. Gdzieś nieopodal babka miała sklep z używanymi rzeczami. Cassandra widziała go zaledwie raz, przy okazji innej spontanicznej wizyty w Brisbane. Została wtedy z babką, podczas gdy Leslie poszła na jakieś spotkanie.

Nell pozwoliła jej polerować srebrny serwis do herbaty. Było to ciekawe zajęcie: osobliwy zapach pasty Silvo, czerniejąca ściereczka i lśniący serwis. Nell wyjaśniła nawet Cassandrze, co symbolizują poszczególne znaki — lew — funta, głowa lamparta — Londyn, litera — rok, w którym wyprodukowano serwis. Niczym sekretny kod. Po powrocie do domu Cassandra urządziła prawdziwe polowanie z nadzieją, że znajdzie jakiekolwiek srebra, które mogłaby wyczyścić i objaśnić Lesley ich tajemne znaczenie. Nic jednak nie znalazła. Aż do teraz zapomniała, jak bardzo lubiła to zajęcie.

Z upływem dnia liście mangowca zaczęły więdnąć, a pokrzykiwania srok więzły im w gardłach. Dla Cassandry był to znak, że pora wracać do domu. Mama i Nell wciąż siedziały w kuchni — przez siatkę w drzwiach widziała ich niewyraźne sylwetki — więc postanowiła pokręcić się jeszcze w pobliżu domu. Jej uwagę przykuły potężne drewniane drzwi na prowadnicach i kiedy pociągnęła za uchwyt, jej oczom ukazało się chłodne, mroczne pomieszczenie na parterze.

Ciemność tak bardzo kontrastowała z panującą na zewnątrz jasnością, że Cassandra miała wrażenie, iż przestępuje próg innego świata. Wchodząc do pomieszczenia i spacerując pod ścianami, poczuła nagły przypływ emocji. Pomieszczenie było duże, jednak Nell zrobiła wszystko, by zagospodarować przestrzeń. Wzdłuż trzech ścian, od podłogi aż po sufit ciągnęły się rzędy rozmaitych pudeł. Czwarta ściana służyła jako oparcie dla dziwacznych okien i drzwi, niektórych z powybijanymi szybami. Jedyną wolną przestrzeń stanowiły widoczne na odległej ścianie drzwi, które prowadziły do pomieszczenia nazywanego przez Nell „mieszkaniem”. Zaglądając do środka, Cassandra dostrzegła, że „mieszkanie” ma wielkość sypialni. Na dwóch ścianach stały prowizoryczne półki uginające się pod ciężarem starych książek, a na wciśnięte w kąt rozkładane łóżko narzucono czerwono-biało-niebieską narzutę. Jedynym źródłem światła było niewielkie okienko, jednak ktoś zabezpieczył je od zewnątrz drewnianymi kołkami. Na pewno po to, by zatrzymać potencjalnych włamywaczy, pomyślała Cassandra. Nie miała jednak pojęcia, co można wynieść z tej graciarni.

Poczuła ochotę, by położyć się na łóżku i poczuć na rozgrzanej skórze chłodny dotyk narzuty. Ale Nell wyraziła się jasno, owszem może bawić się na dole, ale nie wolno było wchodzić do „mieszkania”. A Cassandra była posłusznym dzieckiem. Zamiast więc wejść do pomieszczenia i położyć się na łóżku, zawróciła. Podeszła do miejsca, gdzie dawno temu jakieś dziecko narysowało na cementowej podłodze kwadraty do gry w klasy. Przeczesała pomieszczenie w poszukiwaniu odpowiedniego kamyka, odrzucając kilka, zanim w końcu zdecydowała się na niewielki gładki.

Rzuciła go — kamyk wylądował dokładnie pośrodku pierwszego pola — i zaczęła skakać. Dotarła do liczby siedem, gdy usłyszała dobiegający z góry wrzask Nell:

— Co z ciebie za matka?!

— Nie gorsza od ciebie!

Cassandra zamarła, balansując na jednej nodze pośrodku pola numer siedem. Zapadła cisza albo przynajmniej tak jej się zdawało. Prawdopodobnie obie kobiety ściszyły głos, pamiętając o mieszkających obok ludziach. Kiedy się kłócili, Len zawsze upominał Lesley, mówiąc, że obcy ludzie nie muszą wiedzieć o ich problemach. Nie przeszkadzało im to, że Cassandra słyszała każde słowo.

Dziewczynka zachwiała się, straciła równowagę i opuściła nogę. Trwało to zaledwie ułamek sekundy i po chwili noga znów była w górze. Nawet Tracy Waters, która wśród uczennic klas piątych uchodziła za najsurowszego jurora w kwestii gry w klasy, pozwalała na coś takiego i z pewnością pozwoliłaby Cassandrze dokończyć rundę. Jednak Cassandra straciła ochotę do gry. Ton głosu Lesley był niepokojący. Po chwili rozbolał ją brzuch.

Dziewczynka cisnęła kamień i odsunęła się od kratek.

Było zbyt gorąco, by wracać na podwórko. Najchętniej poczytałaby teraz książkę. Uciekła do Zaklętego Lasu, wdrapała się na Odległe Drzewo albo razem ze Słynną Piątką z powieści Enid Blyton zdobyła Szczyt Przemytników. Wyobraziła sobie książkę leżącą na łóżku, gdzie zostawiła ją dziś rano, tuż obok poduszki. Głupio zrobiła, że nie wzięła jej z sobą. Jak zawsze, gdy zrobiła coś niemądrego, usłyszała w głowie głos Lena.

Pomyślała wówczas o półkach Nell i zamkniętych w „mieszkaniu” starych książkach. Z pewnością Nell nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby wzięła jedną i poczytała. Będzie uważała, żeby nie narobić żadnych szkód i zostawić wszystko w porządku.

Pomieszczenie pachniało kurzem i upływającym czasem. Cassandra zerknęła na grzbiety okładek, czerwone, zielone i żółte, szukając ciekawych tytułów. Na trzeciej półce, w wąskiej smudze światła wylegiwała się pręgowana kotka. Cassandra nie zauważyła jej wcześniej i zastanawiała się, skąd się tu wzięła i jak to możliwe, że umknęła jej uwagi. Kotka, wyczuwając, że oto stała się obiektem zainteresowania, przysiadła na tylnych łapkach i wbiła w Cassandrę majestatyczne spojrzenie. Chwilę później zeskoczyła miękko na podłogę i zniknęła pod łóżkiem.

Cassandra patrzyła, jak odchodzi, zastanawiając się, jakby to było, gdyby sama potrafiła poruszać się z taką lekkością i posiadła umiejętność rozpływania się w powietrzu. Zamrugała. Może jednak nie do końca chciała zniknąć. W miejscu, gdzie kot otarł się o narzutę, dostrzegła coś dziwnego. Przedmiot był mały, biały i prostokątny.

Cassandra uklękła na podłodze, podniosła rąbek tkaniny i zerknęła pod łóżko. Była to maleńka, bardzo stara walizka. Jej górna część była pogięta i przekrzywiona i Cassandra zdołała dostrzec jakieś kartki, białe płótno i kawałek niebieskiej wstążki.

Chwilę później nie miała już wątpliwości, musiała wiedzieć, co dokładnie kryje się w środku, nawet jeśli oznaczałoby to złamanie kolejnych zasad. Z walącym sercem wysunęła walizkę, oparła wieko o poręcz łóżka i zaczęła przeglądać jej zawartość.

Srebrna szczotka do włosów, stara i na pewno cenna, z wybitą tuż przy włosiu miniaturową głową lamparta — symbolem Londynu. Biała sukienka, mała i ładna. Przywodziła na myśl starodawne sukienki, których Cassandra nigdy nie widziała, nie mówiąc o tym, by taką miała — koleżanki w szkole wyśmiałyby ją, gdyby pojawiła się w czymś takim. Przewiązany niebieską wstążką plik papierów. Cassandra pozwoliła, by kokarda zwiędła między jej palcami i delikatnie szarpnęła końce wstążki.

Zdjęcie, biało-czarny szkic. Na nim stojąca pod ogrodową pergolą najpiękniejsza kobieta, jaką Cassandra widziała w życiu. Nie, to nie pergola, to porośnięte liśćmi drzwi, wejście do drzewiastego tunelu. Labirynt, pomyślała nagle. To dziwne słowo pojawiło się w jej umyśle niespodziewanie.

Z milionów cienkich czarnych linii, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyłonił się obraz i Cassandra zastanawiała się, jakie to uczucie, gdy tworzy się coś tak wspaniałego. Widok był dziwnie znajomy i z początku nie miała pojęcia, jak to możliwe. Po chwili zrozumiała — kobieta przypominała postać z książki dla dzieci. Była niczym ilustracja do baśni; dziewczę, które zmienia się w księżniczkę, gdy przystojny książę dostrzega w niej coś więcej niż tylko łachmany.

Położyła szkic na podłodze i zerknęła na pozostałe papiery. Były wśród nich koperty z listami, gruby pamiętnik zapisany smukłym ozdobnym pismem. Możliwe, że został napisany w innym języku, bo jedyne, co Cassandra zdążyła zauważyć, było to, że nie rozumie ani słowa. Z tyłu upchnięto rozmaite broszury i wyrwane strony gazet, a także zdjęcie mężczyzny, kobiety i małej dziewczynki z długimi warkoczami. Cassandra nie rozpoznała nikogo z nich.

Pod pamiętnikiem znalazła książkę z baśniami. Okładkę wykonano z grubej zielonej tektury i ozdobiono złotymi literami: Magiczne opowieści dla chłopców i dziewcząt autorstwa Elizy Makepeace. Cassandra powtórzyła imię autorki, czując, jak tajemnicze dźwięki ocierają się o jej usta. Chwilę później otworzyła książkę i spojrzała na okładkę oraz rysunek wróżki siedzącej w ptasim gnieździe. Bajkowa postać miała długie włosy, duże przezroczyste skrzydła, a jej głowę okalał wianuszek gwiazd. Po bliższym przyjrzeniu się Cassandra zdała sobie sprawę, że twarz wróżki jest twarzą kobiety ze szkicu. Wokół gniazda wił się koślawy napis, który przedstawiał ją jako „Waszą bajarkę panią Makepeace”. Podekscytowana Cassandra przewróciła kolejną kartkę, spod której czmychnęły przerażone rybiki. Czas zabarwił stronice książki mdłym odcieniem żółci, zniszczył i wystrzępił ich krawędzie. Papier zdawał się kruchy tak bardzo, że gdy potarła zagięty róg, ten oddzielił się od kartki i na jej oczach obrócił w pył.

Cassandra nie mogła się powstrzymać. Po chwili leżała zwinięta w kłębek pośrodku polowego łóżka. Było to idealne miejsce do czytania, chłodne, ciche i sekretne. Czytając książkę, Cassandra zawsze chowała się przed światem, choć sama nie wiedziała dlaczego. Zupełnie, jakby nie mogła znieść tego, że zostanie posądzona o lenistwo i jakby czuła, że oddanie się w pełni czemuś tak radosnemu jest z gruntu złe.

Mimo to po raz kolejny oddała się tej przyjemności. Świadomie wpadła do króliczej nory, wprost do baśniowego świata pełnego magii i tajemnic, do historii o księżniczce, która mieszkała z niewidomą wiedźmą w chatce na skraju ciemnego lasu. Dzielnej księżniczce, dużo dzielniejszej od Cassandry.

Do końca baśni zostały zaledwie dwie strony, kiedy usłyszała nad głową czyjeś kroki.

Zmierzały w jej kierunku.

Cassandra zerwała się z łóżka i stanęła na podłodze. Pragnęła dokończyć historię i odkryć, co przydarzyło się księżniczce, nie było jednak czasu. W pośpiechu zebrała papiery, wrzuciła wszystko do walizki i ukryła pod łóżkiem, w ten sposób pozbywając się dowodów swego nieposłuszeństwa.

Wymknęła się z pomieszczenia, podniosła porzucony kamień i ruszyła w kierunku namalowanych kredą kwadratów.

Kiedy Lesley i Nell dotarły do rozsuwanych drzwi, Cassandra sprawiała wrażenie, jakby całe popołudnie grała w klasy.

— Chodź, dzieciaku — rzuciła Lesley.

Cassandra posłusznie otrzepała spodenki i podeszła do matki, która otoczyła ją ramieniem.

— Dobrze się bawisz?

— Tak — odparła powściągliwie Cassandra. Czyżby wiedziały?

Jednak matka nie była zła. Wręcz przeciwnie, zdawała się triumfować. Zerknęła na Nell.

— Widzisz, mówiłam ci. Potrafi się sobą zająć.

Nell nie odpowiedziała, za to Lesley ciągnęła:

— Na jakiś czas zostaniesz tu z babcią Nell, Cassie. To będzie jak przygoda.

To dopiero niespodzianka. Najwyraźniej mama musi załatwić w Brisbane dużo różnych spraw.

— Będę jadła tutaj lunch?

— Każdego dnia, dopóki po ciebie nie wrócę.

Cassandra poczuła nagle, jak ostre są krawędzie kamienia, który ściskała w dłoni. Z jaką siłą wrzynały się w delikatne opuszki palców. Spojrzała na matkę, by po chwili zerknąć na Nell. Czy prowadzą z nią jakąś grę? Czy jej matka żartuje? Czekała, aż Lesley wybuchnie śmiechem.

Ale nic takiego się nie stało. Duże niebieskie oczy Lesley prawie w ogóle na nią nie patrzyły.

Cassandra nie wiedziała, co powiedzieć.

— Nie wzięłam piżamy. — Tylko tyle zdołała wydusić.

Po tych słowach na twarzy Lesley pojawił się szeroki, pełen ulgi uśmiech i Cassandra poczuła, że chwilowe odrzucenie dobiegło końca.

— Nie przejmuj się tym, matołku. W samochodzie masz spakowaną torbę. Chyba nie myślałaś, że podrzucę cię do babci bez twoich rzeczy?

Przez cały ten czas Nell była milcząca i spięta. Patrzyła tylko na Lesley z czymś, co Cassandra odczytywała jako dezaprobatę. Najwyraźniej wcale nie życzyła sobie towarzystwa wnuczki. Jak mówił Len, „małe dziewczynki mają fatalny nawyk pałętania się pod nogami”.

Lesley podbiegła do samochodu i przez tylną szybę wyciągnęła niewielką torbę podróżną. Cassandra zastanawiała się, kiedy ją spakowała i dlaczego ona sama tego nie zrobiła.

— Masz, skarbie — zaszczebiotała Lesley, rzucając córce torbę. — W środku jest niespodzianka. To nowa sukienka. Len pomógł mi ją wybrać. — Po tych słowach wyprostowała się i spojrzała na Nell. — Tylko tydzień lub dwa. Obiecuję. Aż Len i ja wszystko uporządkujemy. — Mówiąc to, zmierzwiła włosy Cassandry. — Babcia Nell bardzo się cieszy, że w końcu trochę u niej pomieszkasz. To będą prawdziwe wakacje w wielkim mieście. Będziesz miała co opowiadać, kiedy wrócisz do szkoły.

Po tych słowach na twarzy Nell pojawił się uśmiech, tyle tylko, że kobieta wcale nie wyglądała na szczęśliwą. Widząc to, Cassandra pomyślała, że doskonale wie, co taki uśmiech oznacza. Sama uśmiechała się w ten sposób, kiedy mama obiecała coś, czego naprawdę pragnęła, a co równie dobrze mogło się nie spełnić.

Lesley musnęła ustami policzek córki, uścisnęła jej drobną dłoń i dosłownie zniknęła. Cassandra nie zdążyła nawet się do niej przytulić, powiedzieć, żeby jechała ostrożnie, i zapytać, kiedy właściwie po nią wróci.

Później tego samego dnia Nell przygotowała obiad, grube wieprzowe parówki, purée ziemniaczane i brejowaty groszek z puszki, który zjadły w wąskim pokoju obok kuchni. W domu Nell nie było siatek przeciw owadom, jak w mieszkaniu Lena przy Burleigh Beach. Zamiast tego babcia trzymała na parapecie plastikową packę na muchy. Sięgała po nią za każdym razem, gdy w pokoju pojawiła się mucha lub komar. Była przy tym tak szybka i doświadczona, że śpiący na jej kolanach kot nawet nie drgnął.

Stojący na lodówce klockowaty wiatrak leniwie mielił wilgotne, duszne powietrze. Cassandra uprzejmie odpowiadała na zadawane od czasu do czasu pytania, aż koszmar obiadu dobiegł końca. Po nim nastąpił kolejny rytuał mycia i wycierania naczyń, po czym Nell zaprowadziła Cassandrę do łazienki i zaczęła nalewać do wanny letnią wodę.

— Gorsza od zimnej kąpieli zimą może być tylko gorąca kąpiel latem — zauważyła rzeczowo. — Mówiąc to, wyjęła z szafki brązowy ręcznik i położyła go na spłuczce. — Możesz zakręcić wodę, kiedy dojdzie do tego poziomu. — Wskazała pęknięcie w zielonej porcelanie, wyprostowała się i wygładziła sukienkę. — Dasz sobie radę?

Cassandra pokiwała głową i się uśmiechnęła. Miała nadzieję, że udzieliła poprawnej odpowiedzi; dorośli bywają czasem podstępni. Przede wszystkim wiedziała, że nie lubią, gdy dzieci okazują uczucia, zwłaszcza te negatywne. Len często przypominał Cassandrze, że grzeczne dzieci powinny się uśmiechać i zachowywać czarne myśli wyłącznie dla siebie. Jednak Nell była inna. Cassandra nie miała pojęcia, skąd to wie, ale instynktownie wyczuwała, że w tym domu obowiązują inne zasady. Mimo wszystko lepiej było się nie wychylać.

Dlatego właśnie nie wspomniała o szczoteczce do zębów, a raczej o jej braku. Kiedy wyjeżdżali, Lesley zawsze zapominała o takich rzeczach, jednak Cassandra wiedziała, że nie umrze, jeśli przez tydzień lub dwa nie umyje zębów. Zebrała włosy i spięła je na czubku głowy elastyczną przepaską. W domu zakładała czepek kąpielowy matki, jednak nie była pewna, czy Nell ma coś takiego, a nie chciała pytać. Zamiast tego weszła do wanny, zanurzyła się w letniej wodzie, podkurczyła nogi i zamknęła oczy. Przez chwilę wsłuchiwała się w plusk wody, która łagodnie obmywała krawędzie wanny, brzęczenia żarówki i latającego wokół niej komara.

Siedziała tak przez jakiś czas, aż w końcu podniosła się z ociąganiem, w obawie, że jeśli zostanie tu chwilę dłużej, Nell zacznie jej szukać. Wytarła się, powiesiła ręcznik na wieszaku, wygładziła jego wilgotne brzegi i włożyła piżamę.

Znalazła Nell na werandzie. Krzątała się przy leżance, poprawiając pościel i przykrywając ją kocem.