Zaplątani - Iza Maciejewska  - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Zaplątani ebook i audiobook

Maciejewska Iza

4,5

466 osób interesuje się tą książką

Opis

Każda decyzja ma swoje konsekwencje.

Marta nigdy nie chciała mieć dzieci. Żyła w luksusie, beztrosko i z przystojnym mężem u boku. Jednak pewnego dnia musiała stanąć przed wyborem: ciąża albo rozwód. Problemem było tylko to, że z powodu swojego kłamstwa nie mogła zajść w ciążę z mężem.
Wpadła zatem na szalony pomysł.

STOP!

Jej najlepsza przyjaciółka wpadła na ten pomysł i… dziewięć miesięcy później Marta została matką. Samotną. Sfrustrowaną, ale też zakochaną w swoim synu.

Jednak w jej życiu w dalszym ciągu brakowało tego czegoś, o czym ona naturalnie nie miała pojęcia. No bo niby skąd miała to wiedzieć?
Z programów telewizyjnych?
Z gazet?
Z radia?
Z informacji zasięgniętych w
osiedlowym sklepie?

Pewna noc zmienia wszystko.
Pojawiają się ONI. Otwierają niedomknięte drzwi.

Czy Marta znajdzie sposób na to, aby je zamknąć? Czy będzie umiała zmierzyć się z samą sobą? Czy zapracuje na wybaczenie? I czy sama też będzie potrafiła wybaczyć?

Ta książka to miks wielu gatunków: obyczaju, kryminału, dramatu, romansu i erotyku.

Dasz się WPLĄTAĆ w nieszablonową opowieść?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 58 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
4,5 (408 ocen)
282
76
37
8
5
Sortuj według:
aga1420

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Myślałam, że dla zołzy Marty nie ma już ratunku, a tu zaskoczenie. Taka historia! Z niecierpliwością czekam na kolejną część.
40
Marlenag55

Nie oderwiesz się od lektury

Intrygująca książka, czekam na kolejną część 💗
20
Weronika8608

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna! Historia zdecydowanie zaplątana, przyjemny lektor audiobooka, jestem ciekawa losów Pawła
10
ewabassa

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna historia. Wciągnęłam się od pierwszych stron książki i nie mogłam oderwać ani na moment. Lubię takie magiczne zakończenia 😍
00
za_czy_ta_na

Nie oderwiesz się od lektury

Moi Drodzy, przychodzę do was z książką, którą polecać będę z czystym sumieniem każdemu (no może oprócz najmłodszych czytelników 😅). Izy Maciejewskiej chyb nie muszę nikomu przedstawiać, za to o najnowszej książce autorki chętnie wam poopowiadam. „Zaplątani” to historia Marty, dziewczyny, która nie jedno w życiu przeskrobała. To ten typ kobiety, która nie chce mieć dzieci, bo przeraża ją wizja późniejszego zrzucania wagi i babrania się w pieluchach. Dlatego nie czuje wyrzutów sumienia, okłamując męża, że nie może zajść z nim w ciążę. Kiedy jednak zostaje postawione jej ultimatum: ciąża albo rozwód, wygrywa wizja wygodnego i dostatniego życia u boku męża. Przyjaciółka podrzuca jej szalony pomysł, a dziewięć miesięcy później Marta zostaje matką. Samotną. Jest jednak absolutnie zakochana w swoim synku i nie wyobraża sobie życia bez niego. Marta była przekonana, że ma wszystko pod kontrolą, aż pewnej nocy ta pewność została mocno zachwiana. Zauważa go w klubie. Jej synek ma Jego oczy. Uc...
00

Popularność




Bądź odważny. Bądź sobą

Prolog

Marta zerknęła na zegarek.

Gdyby ktokolwiek z obecnych w lokalu wiedział, że ta piękna blondynka jest samotną matką i marzy teraz tylko o tym, aby patrzeć na swojego śpiącego synka, popukałby się w czoło szklanką z drinkiem. Ewentualnie czymś innym by się puknął. Kobieta wyglądała apetycznie i logiczne wydawało się, że przyszła tutaj, żeby się pobawić, sięgnąć do czyjegoś rozporka lub w ostateczności po prostu się upić.

Błąd.

Przyszła do klubu dlatego, że jej najlepsza – warto również wspomnieć, że jedyna – przyjaciółka miała urodziny i nie wypadało odmówić. W pewnym momencie poczuła jednak, że potrzebuje wyjść na zewnątrz i się przewietrzyć. Na dworze czuć było październikowy chłód, ale jej to nie przeszkadzało. Usiadła na ławce i wdychała rześkie powietrze. Po chwili usłyszała, jak ktoś kaszle w dość wymowny sposób.

Odwróciła głowę.

1

– Cholera! Zostawiłam torebkę na ławce! – Marta uderzyła potylicą w zagłówek. Mężczyzna siedzący za kierownicą taksówki uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Mam zawrócić?

– Nie ma sensu. – Nie chciała wracać. Nie mogła.

– Jest pani pewna? To żaden problem. – Zerknął w lusterko. Jego pasażerka ukryła twarz w dłoniach i kręciła głową. Chyba z niedowierzania. – Co było w środku? Pieniądze? Dokumenty?

– Pieniądze, telefon i kosmetyki. W dupie z pieniędzmi, ale w telefonie miałam mnóstwo zdjęć mojego dziecka. – Ostatnią część zdania powiedziała głosem tak smutnym, że aż jemu zrobiło się przykro.

– Nie musi mi pani płacić za ten kurs. I tak już wiele pani straciła.

– Nie ma mowy. Ureguluję należność. – Z racji zawodu, jaki wykonywali jej ojciec oraz były już mąż, Michał, miała wpojone, że każdy dług trzeba spłacić.

Mężczyzna ponownie spojrzał w lusterko. Wyglądała jak milion dolarów, a drugi zapewne miała w sejfie. Ledwo co podjechał na postój, a ona już wsiadała, a raczej wskakiwała do samochodu z takim impetem, jakby ją sam diabeł gonił, i kazała jechać daleko stąd. Żądała w zasadzie. Po dziesięciu minutach bezcelowego krążenia po ulicach podała mu adres, pod który miał ją zawieźć. Po kolejnych dziesięciu zorientowała się, że zapomniała torebki.

– Zrobi pani nowe zdjęcia. Jeszcze ładniejsze.

– Oczywiście – prychnęła coraz bardziej poirytowana. – Pierwsze dni życia mojego syna też sfotografuję jeszcze raz?

– A może chce pani zadzwonić na swój numer? Może znalazca okaże się uczciwy.

– Naprawdę pan w to wierzy? – zapytała z nieukrywaną wściekłością, a potem spojrzała w szybę. Miała w tym nieszczęsnym smartfonie wszystkie zdjęcia, jakie zrobiła małemu przez ostatnie pół roku, czyli od dnia, w którym pojawił się na świecie. I teraz została z niczym. Jednak na samą myśl, że miałaby wrócić i natknąć się na mężczyznę, który wyrósł jakby spod ziemi, zatrzęsła się ze strachu. Świadomość tego, że właśnie w jego ręce mógł trafić jej telefon, wywołała nieprzyjemne uczucie w dole jej brzucha i skutecznie wywróciła żołądek na drugą stronę. Praktycznie całą trasę przejechała przy otwartym oknie, oddychając głęboko i wmawiając sobie, że ten człowiek nie był tym, o kim w pierwszej chwili pomyślała. Nawet ona nie mogła mieć takiego pecha.

Jeśli jednak ten mężczyzna jakimś cudem okaże się tym, o kim myślała, to może być źle. W zasadzie bardzo, kurwa, tragicznie.

Taksówkarz podjechał pod dom w podwarszawskim Konstancinie. No, no, pomyślał, przecież ona może sobie kupić ze sto takich telefonów. Szybko się jednak zreflektował, bo to nie zaginiony przedmiot był dla niej ważny, tylko zdjęcia, które się w nim znajdowały.

– Niech pan chwilkę poczeka, zaraz przyniosę… – Chciała powiedzieć, że przyniesie mu pieniądze, lecz nie pozwolił jej dokończyć. Zapalił światełko i odwrócił się do niej. W końcu mogła zobaczyć jego twarz, bo do tej pory kojarzyła go tylko z głosu, pleców i tyłu głowy. Jak większość taryfiarzy zresztą. Miał miłe oblicze. Żaden amant, raczej typ grzecznego chłopaka z sąsiedztwa w wydaniu około czterdziestoletnim. Uroda zdecydowanie niepospolita. Ciemne, gęste, lekko kręcone włosy, krótko przystrzyżona broda i pasujące do całości wąsy, które dodawały mu charakteru. Oczy miał chyba niebieskie i jeśli można tak powiedzieć, uśmiechnięte. Musiał mieć też silne ramiona, takie idealne do przytulenia i ukojenia w chwili cierpienia i bólu. Marta oczywiście nie pomyślała o własnym bólu. Ot, tak ogólnie. O czyimś.

Ją skutecznie tuliły własne ramiona.

– Nie przyjmę od pani pieniędzy, ale chętnie zaproszę na kawę. Niedawno otworzyłem kawiarenkę i będzie mi naprawdę miło, jeśli przyjdzie pani do nas. To znaczy do mnie, bo jeszcze sam wszystko nadzoruję. – Co zapewne znaczyło, że nie stać go na pracownika i żeby spełniać swoje marzenia, niestety nie może się za bardzo wyspać, bo zaraz po zamknięciu lokalu wsiada do taryfy i czeka na klientów, których rozwozi po domach albo innych przybytkach.

– Prowadzi pan swoją kawiarenkę i jeździ taksówką? – Marta była szczerze zdziwiona, jak tak w ogóle można. – Daje sobie pan radę?

– Jakoś daję. To co, da się pani zaprosić? – Podał jej wizytówkę z adresem kafejki.

Wzięła kartonik i nawet na niego nie patrząc, włożyła go do kieszeni kurtki. Nie powiedziała też ani „tak”, ani „nie”. Nie miała ochoty na nawiązywanie bliższych znajomości z jakimkolwiek mężczyzną, a ten tutaj ewidentnie o to zabiegał.

– Dobranoc. – Wysiadła z samochodu.

Kiedy zatrzasnęły się za nią drzwi, mężczyzna ze smutkiem pokręcił głową. No bo co miał innego zrobić? Może tylko wziąć od niej należność za kurs, bo przecież odmawiając przyjęcia pieniędzy, tylko sam siebie okradał. Cóż, pomyślał, nie dla psa kiełbasa.

Odjechał, wsłuchując się w najsmutniejszą balladę Erica Claptona.

***

Marta weszła do domu.

– Co tak wcześnie? Stało się coś? – Zanim zdążyła zdjąć buty, przywitał ją głos mamy, która podczas jej nieobecności opiekowała się wnukiem.

– Źle się poczułam i na dodatek zgubiłam torebkę. Daj mi swój telefon, muszę zadzwonić do Kasi.

Dzierżąc w dłoni smartfon swojej mamy, poszła na górę, do sypialni. Pierwsze, co zrobiła, to podeszła do łóżeczka i ukucnęła obok niego. Jej ulubionym zajęciem było patrzenie na śpiącego synka. Chłopiec spał z rączkami ułożonymi obok główki, na maleńkich ustach igrał delikatny uśmieszek, oddychał miarowo i spokojnie. Pocałowała ciemną czuprynkę, pogładziła pyzaty policzek, popatrzyła na małego jeszcze przez chwilę i usiadła na fotelu. Postanowiła zadzwonić do przyjaciółki, bo przecież mogło się okazać, że torebka dalej leży na ławce i nikt się nią nie zainteresuje, co oczywiście było tak samo prawdopodobne, jak zdobycie przez reprezentację Polski tytułu mistrzów świata w piłce nożnej.

– Halo, pani Aniu! Niech pani chwilę poczeka, muszę znaleźć kawałek ustronnego miejsca! Bo tu strasznie głośno jest! – Kaśka krzyczała do telefonu. – Marty pani szuka? – zapytała po chwili, a jej głos wskazywał na to, że zdążyła już solidnie podlać się alkoholem. – To się dobrze składa, bo ja też. Gdzieś polazła i…

– To ja.

– Jaka ja?

– Marta.

– Co ty robisz po drugiej stronie telefonu swojej mamy?

– Szybko się zorientowałaś, że mnie nie ma. Prawie godzinę temu wyszłam z klubu – skarciła przyjaciółkę, chociaż miała świadomość, że tamta mało co dziś ogarniała. Postanowiła też, że nie będzie wtajemniczała jej w szczegóły. Nie było sensu, ponieważ pijana głowa Kaśki nigdy nie tolerowała zbytniego natłoku informacji. – Wsiadłam do taksówki i przyjechałam do domu. I niestety zostawiłam na ławce przed klubem torebkę. Możesz coś dla mnie zrobić?

– W jakiej pozycji i z kim? – Kaśka zarechotała z własnego, w jej mniemaniu bardzo udanego, żartu. Marta była innego zdania, bo tylko westchnęła, ale zrobiła to na tyle głośno, że przyjaciółka wyraziła zgodę na to, aby kontynuowała. – Wyluzuj, sztywniaro, i mów, o co chodzi.

– Możesz wyjść przed klub i zobaczyć, czy moja torebka leży na tej ławce?

Poszła. Powiedziała, że torebki nigdzie nie ma. Zapytała tylko, czy Marta jeszcze do nich przyjedzie.

– Nie przyjadę. – Od pewnego czasu, konkretnie od pierwszego kwietnia, w jej zachowaniu nastąpiła zmiana, można by rzec, że taka ocierająca się o rewolucję. Stara Marta, ta sprzed ciąży, gnałaby do klubu od razu. W nowej kiecce, ma się rozumieć. Marta matka miała inne priorytety. – Wpadnę do ciebie jutro. Baw się dobrze.

– Posiadam zdolności jasnowidzące i jutro to raczej niekoniecznie będę w nastroju na przyjmowanie wizyt. Wiesz, zapalenie spojówek, turbokac i te sprawy. Ale zadzwoń, bo może się okazać, że ktoś będzie musiał mi udzielić pierwszej pomocy. Pa!

Kiedy skończyły rozmowę, Marta wstała i wyjrzała na korytarz. Na dole panowały egipskie ciemności, uznała więc, że jej rodzice poszli spać. Zamknęła drzwi i skierowała kroki do łazienki sąsiadującej z jej sypialnią. Dla pewności odkręciła jeszcze wodę. Zanim wykonała połączenie, pomodliła się, żeby znalazcą jej telefonu okazał się ktoś zupełnie inny niż człowiek, z którym poszła do łóżka tylko po to, aby zajść w ciążę.

Trzęsącymi się rękoma wybrała swój numer.

2

Adam patrzył na kobietę, która kiedy tylko zorientowała się, że jest obserwowana, poderwała się z ławki i pobiegła przed siebie. Nie miał zamiaru jej gonić, ale to musiała być ona. To przecież ta sama panienka, która jakieś półtora roku temu zostawiła go w hotelu, czym ugodziła jego męską dumę. Na pół godziny co prawda, ale zawsze. Już miał wejść do klubu, aby upolować sobie coś apetycznego na kolację, a może i na śniadanie, kiedy jego wzrok spoczął na ławce.

– A jednak Kopciuszek – powiedział i wziął do ręki czarną torebkę. – Możliwe, że się jeszcze kiedyś spotkamy, księżniczko.

W środku, poza telefonem i pieniędzmi, znajdowały się – jego zdaniem oczywiście – bezwartościowe pierdoły, idealne jako wypełnienie kosza na śmieci. Tego, który stał zaraz obok ławki. Torebka też tam wylądowała. Smartfon nie był chroniony żadnym hasłem. Na ekranie zobaczył zdjęcie śpiącego dziecka. Uznał, że zajmie się identyfikacją właścicielki później. Wsadził znalezisko do kieszeni swojej ramoneski i wszedł do klubu w nadziei, że za chwilę wyjdzie z niego w miłym towarzystwie. Po półgodzinnym rekonesansie doszedł do wniosku, że dziś sam go sobie dotrzyma.

Wyszedł na zewnątrz i zanim pomyślał o tym, gdzie ma się teraz udać, w wewnętrznej kieszeni jego skórzanej kurtki rozdzwonił się telefon. Ten znaleziony. Dzwoniła „Mama”. Uśmiechnął się pod nosem i odebrał, uważał się bowiem za człowieka dobrze wychowanego. No, może poza łóżkiem – tam jego maniery pozostawiały wiele do życzenia, o czym doskonale wiedział. I może jeszcze poza pracą, którą się parał. O tak, w zajęcie, które wykonywał, wpisane było skurwysynowate podejście do ludzi, a to i tak najłagodniejsze określenie, jakiego można było użyć.

Miły mógł być zatem tylko po godzinach.

– Halo. – Barwa jego głosu była niska, ochrypła i bardzo seksowna. Marta zdała sobie z tego sprawę i lekko zbiło ją to z pantałyku. Wszak nie przygotowała żadnej przemowy, a w improwizowaniu była wyjątkowo słaba. Odezwał się ponownie. – Halo, jest tam kto?

– Dobry wieczór. Ma pan moją własność. Chciałabym ją odzyskać. – Coś powiedzieć musiała, wybrała więc wariant najbardziej jej zdaniem pasujący do zaistniałej sytuacji.

– Dobry wieczór. Na to wychodzi.

– Chciałabym odzyskać swoje rzeczy – powtórzyła, onieśmielona pewnością siebie tego faceta. – Czy mógłby mi pan odesłać je pocztą? Oczywiście pokryję wszelkie koszty.

– Nie, nie mógłbym – rzekł mocno rozbawiony.

– Ale… dlaczego?

– Jeśli chce pani je odzyskać, to tylko pod pewnymi warunkami.

– Jakimi niby? – W głowie Marty zapaliła się lampka.

– Może najpierw przejdźmy na „ty”. Chociaż, jeśli pamięć mnie nie myli, już się kiedyś spotkaliśmy, prawda?

– Nie przypominam sobie, musiał mnie pan z kimś pomylić – powiedziała szybko. Ciut za szybko.

– Naprawdę? Bo ja mogę nawet powiedzieć, w jakich pozycjach odbywała się nasza znajomość i w którym hotelu miało to miejsce.

W łazience zaległa cisza. Marta osunęła się na podłogę i oparła plecami o kafelki. Pomyślała sobie tylko, że ludzie przecież gubili telefony co chwilę, ale dlaczego, kiedy i jej się coś takiego przytrafiło, to zgubę musiał znaleźć akurat ten człowiek? Dlaczego? Czy ona była przeklęta? Przytulona do ściany, zaczęła się zastanawiać, czy zależy jej na zdjęciach tak bardzo, aby dalej prowadzić rozmowę. Jej wzrok spoczął na przewijaku.

Tak, zależało jej.

– Naprawdę mnie pan z kimś pomylił, ja chciałam tylko odzyskać swoją własność. Wierzę, że jest pan uczciwy i jakoś się dogadamy.

– Też optuję za tym, abyśmy się dogadali, ale najpierw chyba muszę ci przypomnieć o tym, gdzie się poznaliśmy. – Adam usiadł na tej samej ławce, na której jeszcze niedawno siedziała ona. – W tym klubie, z którego dziś wyszłaś. Nie miałaś na sobie majtek, o czym raczyłaś poinformować mnie jeszcze w lokalu. Pamiętasz? – Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej. – Przyznam, że zaimponowałaś mi bardzo, w końcu pieprzyć się w kiblu to żaden wyczyn, ty poszłaś o krok dalej i pozwoliłaś się pieścić w tłumie ludzi. Takich rzeczy się nie zapomina.

– Ja już o tym zapo… – Zakryła usta dłonią, a on zaczął się śmiać.

– Odnoszę wrażenie, że wstydzisz się swojego zachowania i dlatego uciekłaś. Zupełnie niepotrzebnie. To przecież ja powinienem czuć się niezręcznie i mieć żal, że mnie wykorzystałaś, zostawiłaś i wyszłaś bez pożegnania – zamilkł, pozwalając jej przetrawić te słowa, a gdy uznał, że już to zrobiła, mówił dalej. – Bo wiesz, księżniczko, zwykle bywa odwrotnie. To ja porzucam. I jestem w tym naprawdę dobry.

Ostatni raz, kiedy Marta uprawiała seks, był z tym facetem, z którym właśnie rozmawiała. Pamiętała wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Pamiętała to, jak podeszła do niego w klubie i zaczęła się przymilać. Gdzie tam przymilać – łasiła się jak pies do nogi swego pana, a idąc za radą przyjaciółki, naprawdę nie założyła majtek. On na początku nie wykazał jakiegoś większego zainteresowania jej osobą, postanowiła zatem wziąć sprawy w swoje ręce.

W zasadzie to w jego.

Korzystając z okazji, że znajdowali się na samym końcu baru, stanęła jak najbliżej tylko zdołała, ujęła go za dłoń i wsadziła ją sobie pod sukienkę. Uśmiechnął się z uznaniem, a potem zaczął ją pieścić, co – musiała przyznać – w pakiecie z tłumem ludzi, którzy ich otaczali, było wspaniałym doznaniem. Nie doprowadził jej, przerwał w szczytowym momencie, a potem złapał ją za rękę i ruszył przed siebie. Gdy Marta zorientowała się, że zmierza w kierunku toalety, mocno zaoponowała. Nie miała zamiaru zachodzić w ciążę, o ile się oczywiście uda, w klubowej ubikacji. W życiu by sobie tego nie wybaczyła. Wystarczyło, że dawca spermy to jednorazowa znajomość. Powiedziała, że hotel i że ona płaci. Wzruszył ramionami i pokiwał głową. Wsiedli do taksówki i pojechali. W trakcie jazdy trzymał swoją dłoń pomiędzy jej nogami, od czasu do czasu poruszając palcem, tak żeby utrzymywać ją w podnieceniu. Zdecydowanie wiedział, co robić. To właśnie wtedy wyszeptała mu do ucha, że obejdzie się bez prezerwatyw, bo ma na nie uczulenie.

W odpowiedzi zaczął ją bardzo zachłannie całować.

Marta zdążyła jeszcze pomyśleć, że wystarczy rozstawić nogi, żeby osiągnąć cel. Kiedy znaleźli się w pokoju, rzuciła się na niego, a konkretnie to do jego rozporka. Była świadoma tego, że faceci uwielbiają obciąganie, i chociaż ta czynność zdecydowanie wykraczała poza jej seksualne kompetencje, to dziś, właśnie dziś, postanowiła wyrzucić z głowy swoje uprzedzenia i lizać tak, żeby było mu dobrze. Chyba było, bo kilka razy westchnął. Chwilę potem pociągnął ją do góry, zdjął z niej sukienkę i stanik, ciesząc oczy widokiem jej ciała. Oparł ją o ścianę, chwycił za włosy, rozpiął rozporek i wprowadził w nią swojego penisa. Była od niego sporo niższa, pociągnął ją więc tak, że oparła głowę na jego klatce piersiowej. Pozycja ta była mało komfortowa, ale gdy tylko zobaczyła spojrzenie tego faceta, przepadła. W swym zachowaniu był agresywny, ale przy tym cholernie pociągający. Poddała mu się całkowicie. Ten jeden jedyny raz pozwoliła, aby przemawiało przez nią pożądanie.

Wszystko dla dobra sprawy.

Kochali się kilka razy, a gdy upewniła się, że usnął, pozbierała ciuchy i wymknęła się z pokoju, święcie wierząc w to, że jest w ciąży i że już nigdy tego człowieka nie spotka. Tymczasem nie dość, że spotkała, to jeszcze była uzależniona od tego, jaką ten dupek podejmie decyzję.

Pomyślała sobie, że właśnie tak można rozpoznać klątwę.

– Odda mi pan moje rzeczy? – Wiedziała, że jej głos może zdradzić emocje, ale w tym momencie miała to gdzieś.

– Torebkę wyrzuciłem do kosza, zostawiłem tylko to, co wartościowe.

– Ona kosztowała dwa tysiące… – Tak naprawdę sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała.

– Skoro stać cię na torebkę za dwa patyki, to kupisz sobie kolejną.

– Czy mogę odzyskać mój telefon? – powtórzyła niczym zdarta płyta.

– Oczywiście.

– Proszę mi zatem powiedzieć, ile jestem panu winna? – Jedyne, o czym teraz marzyła, to zakończenie tej rozmowy i zakopanie się pod kołdrą. Jeszcze chwila, pomyślała, jeszcze chwila. – Prześle mi pan numer konta, ja za moment zrobię przelew i podam panu adres do wysyłki. Ile w takim razie wynosi znaleźne?

– Nie ile, tylko co.

– Co więc? – Jej cierpliwość powoli się kończyła.

– Ty.

– Słucham? – Chyba się przesłyszała.

– Noc z tobą.

– SŁUCHAM?!

– Oczywiście nie możesz mieć na sobie bielizny…

Odsunęła telefon od ucha, spojrzała z niedowierzaniem na wyświetlacz i nacisnęła czerwoną słuchawkę. Musiała zakryć usta dłonią, bo gdyby było inaczej, zaczęłaby krzyczeć ze złości i frustracji, i z niemocy też. Po chwili przyszedł SMS, w którym pisał, że w razie gdyby zmieniła zdanie, numer zna.

Zablokowała jego numer. Swój w zasadzie.

***

Adam czuł, że bardzo zależało jej na telefonie. Wszedł w galerię i zobaczył w folderze „Wojtek” ponad cztery tysiące plików. Szybko, bez szczególnego przyglądania się obrazkom, bo niespecjalnie interesowały go zdjęcia jakiegoś dzieciaka, przejrzał miniaturki i doszedł do wniosku, że właścicielka tego przedmiotu odezwie się do niego prędzej niż później. Istniało wielkie prawdopodobieństwo, że to jedyne zdjęcia, jakie miała.

Zaczął się głośno śmiać.

3

Zanim Marta została mamą, jej dzień zaczynał się w okolicach południa. Najpierw prysznic, później kawa i śniadanie w domu lub w mieście. Następne do odhaczenia były wizyty u kosmetyczek, fryzjerek i innych specjalistów od dbania o urodę. Potem obiad w knajpie albo u rodziców, zakupy, spotkania ze znajomymi, a w międzyczasie kilka seriali w TV też przecież trzeba było obejrzeć. Tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, a ona trwała w tym swoim idealnym królestwie. Jednak pewnego pierwszego kwietnia, kiedy to na świat przyszedł jej synek, życie Marty uległo drastycznej zmianie. Z osoby przesadnie dbającej o swoją urodę zmieniła się w kobietę, która częściej wskakiwała w dresy niż w szpilki.

I było jej z tym naprawdę dobrze.

Poród wywołał u niej odruch bezwarunkowej miłości do tej małej istotki. Aby jednak równowaga dobra i zła została zachowana, codziennie powtarzała sobie, jak bardzo nienawidzi byłego męża, który miał czelność zostawić ją dla innej kobiety. Jej nienawiść spotęgowała się jeszcze bardziej, gdy podsłuchała rozmowę rodziców – wynikało z niej, że został ojcem. Na samą myśl, że tamto dziecko ma tatę, a ona jest samotną matką, cała się gotowała. Bez jakichkolwiek skrupułów życzyła i Michałowi, i jego partnerce, i nawet ich małemu synkowi wszystkiego, co najgorsze.

Wszystkiego.

Nie miała tylko pojęcia, jak działa energia. Bo gdyby wiedziała, że każde wypowiedziane przez nią słowo i nawet każda zła myśl, która chociaż na chwilę zagościła w jej głowie, prędzej czy później się spełni i na dodatek nie ugodzi w Michała, tylko w nią samą, to może powstrzymałaby się przed tym złorzeczeniem.

Może.

Z niewyjaśnionego powodu nad jej byłym mężem i jego nową rodziną rozpostarł się parasol ochronny, od którego odbijały się wszystkie złe życzenia, jakie Marta skierowała w ich stronę. Skoro zatem odbiły się od nich, to wiadomym było, że w kogoś ten rykoszet trafić musiał, i to ze zdwojoną siłą. W kogo zatem?

W nią.

Tyle tylko, że gdyby ktokolwiek jej o tym wszystkim powiedział, nie dałaby wiary tym bzdurom. No bo jak to w ogóle możliwe? Marta twardo stąpała po ziemi, nie wierzyła w przeznaczenie, jednorożce, obce cywilizacje czy też w to, że bycie miłym dla innych może przynieść korzyści w postaci dobrego życia dla niej samej. Sympatię odczuwała tylko w stosunku do garstki najbliższych. Nie współczuła i nie niosła pomocy nikomu, a ludzi traktowała z dystansem i wrodzoną wyższością.

Następnego dnia po powrocie z urodzin przyjaciółki Marta czuła się tak, jakby miała kaca – moralniaka, ma się rozumieć. Jego powodem był facet, który aktualnie był w posiadaniu jej telefonu i który, paradoksalnie, uczynił ją najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale o tym przekonała się dopiero dziewięć miesięcy po ich pierwszym spotkaniu, bo przecież już nad ranem, gdy opadło podniecenie i cichaczem opuszczała hotelowy pokój, była wściekła. W skali od jednego do dziesięciu poziom jej wkurwienia wynosił osiemdziesiąt osiem, czyli dużo ponad normę. A jeśliby połączyć to z obrzydzeniem do mężczyzny, z którym spędziła noc i zachowywała się przy tym jak ladacznica, to śmiało mogłaby uchodzić za ludzki granat. Odbezpieczony. O tym, że momentami nawet się jej takie dziwkarskie zachowanie podobało, starała się nie myśleć. Skurwiła się, ale ufała, że cel został osiągnięty i jej poświęcenie nie pójdzie na marne.

Potrzebowała być w ciąży, żeby zatrzymać przy sobie męża. No a że z nim nie mogła już zajść, to wraz z Kaśką uznały, że dawcą spermy będzie ktoś inny.

Gdy wychodziła z hotelu, na jej drodze stanął bezdomny. Zamiast rześkiego powietrza w jej nozdrza wdarł się odór stęchlizny, co w połączeniu z fatalnym nastrojem okazało się mieszanką wybuchową. Mężczyzna zdawał się nie mieć z tym problemu, gdyż uśmiechnął się do niej życzliwie, pytając, czy poratowałaby go jakimś drobnym datkiem na jedzenie. Powiedział, że ostatnio jadł dwa dni temu. Mimo że było bardzo ciepło, miał na głowie paskudną czerwoną czapkę, która podziałała na Martę niczym płachta na byka. Wyjęła z torebki sto złotych i na jego oczach podarła banknot na drobne kawałki, a potem powiedziała z pogardą i nienawiścią, że dla świata byłoby lepiej, gdyby ten jebany żebrak zdechł. Z uniesioną wysoko głową wsiadła do taksówki i odjechała.

Marta Rauzel była złą kobietą. Nawet narodziny dziecka tego nie zmieniły, bo chociaż przelała na syna całą swoją miłość, to w dalszym ciągu nienawidziła, gardziła, czuła się lepsza od innych i tak pewna własnych racji, jak… jak w sumie zawsze. Gdyby ktoś kazał jej wymienić swoje wady, toby takowych nie znalazła.

Teraz leżała w łóżku, nakarmiony synek gaworzył obok, a ona myślała o tym, że musi odzyskać swoją własność.

Tylko jak?

Tutaj niestety rozpościerała się przed nią biała plama, sugerująca, że w tej chwili brakuje jej cwanych pomysłów. O improwizowaniu mowy nie było. I mimo że największy spontan, na jaki się w swoim życiu zdobyła, właśnie leżał obok i próbował wsadzić sobie stopę do buzi, uznała, że powtórki z rozrywki to ona nie potrzebuje. I wtedy w jej głowie pojawiła się myśl, która sugerowała, podpowiadała, popychała wręcz, aby zgodzić się na propozycję tego człowieka. Bo dlaczego nie? Przecież już raz poszła z nim do łóżka i chociaż ze wstydem, to musiała przyznać, że ten seks rozpalił ją do czerwoności. Nie to co z Michałem. No, może na samym początku ich małżeństwa chętnie chodziła z nim do łóżka, jednak im dłużej byli ze sobą, tym jej mąż chciał się kochać częściej i częściej, i to nie tylko w sypialni. Wymyślał stół w kuchni, prysznic, samochód, a kiedyś chciał to nawet zrobić w lesie.

Idiota!

– Jesteś kretynką, jesteś pieprzoną… – Zerknęła na synka, który patrzył na nią swoimi ogromnymi oczami. Uśmiechnęła się i włożyła go do łóżeczka, nakazując dziesięć minut spokoju.

Kiedy stała w strumieniu wody, w jej umyśle ponownie pojawił się cichy podszept, nawołujący do skorzystania z oferty. No, przecież podobało ci się za pierwszym razem, kusił uwodzicielsko, zgódź się, zaszalej. Nie pomyślała „nie”. Nie pomyślała „tak”. Kiedy wyszła spod natrysku i zaczęła suszyć włosy, do jej sypialni zapukała mama.

– Za chwilę jedziemy do domu. – Anna wyciągnęła wnuka z łóżeczka.

Kiedy wyszła z pokoju, Marta rozsunęła szlafrok i spojrzała w lustro. Miała na sobie czarne koronkowe stringi. Przez dłuższą chwilę patrzyła na swoje półnagie ciało, a później, jakby nagle wyszła z jakiegoś transu, szybko potrząsnęła głową i skarciła się za swoje myśli.

Zeszła na dół.

– Mamo, pożyczysz mi na kilka dni telefon? Jeśli nie odzyskam swojego, to i tak muszę mieć jakiś kontakt z wami i ze światem, zanim kupię nowy. – Postanowiła nie wtajemniczać rodziców w całą sprawę. Kiedy pół godziny później wyszli, zadzwoniła do Kaśki i powiedziała, że potrzebuje przedyskutować z nią pewną kwestię. Okazało się jednak, że przyjaciółka, zgodnie z wczorajszymi przepowiedniami, nie nadawała się dziś na towarzyszkę jakichkolwiek konwersacji. Ewentualnie gdyby były to bełkoty w języku bliżej nieokreślonym, to ona bardzo chętnie się takowych podejmie, w innym przypadku niech Marta dzwoni do niej najwcześniej za trzy dni. Katarzyna uznała, że chyba podzieli losy Chrystusa.

Mając kaca, przeżywała go całą sobą.

Marta była niepocieszona. Za oknem świeciło piękne słońce, aż żal było siedzieć w domu w taką pogodę. Postanowiła, że pojedzie do miasta, pospaceruje po centrum, zahaczy też o jakieś sklepy i wejdzie na kawę. Gdy tylko o tym pomyślała, wyjęła z szafy kurtkę, którą miała na sobie wczorajszego wieczora, i po chwili trzymała w dłoni wizytówkę. Przez kilka minut obracała w palcach prostokątny kartonik, zastanawiając się nad czymś bardzo intensywnie.

Czemu nie, pomyślała, to tylko kawa.

4

Artur ostatni kurs kończył zazwyczaj około piątej nad ranem, co oznaczało, że ma trzy, może cztery godziny na to, aby się przespać, nim otworzy kawiarenkę. Żeby jednak nie marnować czasu na dojazd z mieszkania do drugiej pracy, zorganizował sobie miejsce odpoczynku w kawiarni. Zakupił dmuchany materac i kiedy sytuacja tego wymagała, zamiast do domu, od razu jechał do lokalu. Jego mama śmiała się, że mógłby komuś odstąpić własne mieszkanie i całkiem nieźle na tym jeszcze zarobić.

Jaką drogę przeszedł Artur, aby znaleźć się w tym miejscu, w którym był dziś? Pod koniec studiów na jednej z imprez poznał Basię. Była śliczna – tak właśnie Artur nieśmiało pomyślał, gdy na nią patrzył, opierając się o ścianę i sącząc kolejne piwo. Stał razem z kolegami, którzy delektując się pszenicznym smakiem alkoholu, głośno komentowali wygląd kobiet. Największym znawcą damskich wdzięków okazał się Igor, który podobno przeleciał pół akademika. Złośliwi twierdzili, że połowa tej połowy miała penisy.

– Ta blondynka, nie ta, tamta, w różowym sweterku – mówił, wskazując palcem na dziewczynę. – Ta to jest dopiero lachociąg. Zasysa lepiej niż odkurzacz.

– Masz porównanie z rurą od odkurzacza? – spytał pryszczaty kolega stojący po jego prawicy.

– Żadna rura nie pomieściłaby mojego sprzętu – odpowiedział Igor, łapiąc się w wymownym geście za genitalia, co wywołało salwę śmiechu. – A tamta znowu – wskazał na wysoką szatynkę, w czerwonej sukience – tamta lubi analnie.

– A tamta? – zapytał któryś, wskazując blondynkę siedzącą na kanapie.

– Jutro ci opowiem – rzekł pewny siebie i podszedł do dziewczyny.

Zanim zdążył się do niej odezwać, wyciągnęła środkowy palec, pokazując znany na całym świecie znak, wstała z sofy, wyminęła jego oraz wszystkich kumpli stojących pod ścianą, uśmiechnęła się tylko do Artura… i już jej nie było.

– Chyba coś poszło nie tak. – Chłopaki nie mogli sobie odmówić naigrywania się z kumpla.

– To jehowa. – Igor wywrócił oczyma i pociągnął solidny łyk złocistego płynu.

Artur odszedł od grupki i ruszył w kierunku, w którym podążyła nieznajoma, nie mając pewności, czy jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy. W końcu przez pięć lat studiowania ani razu na siebie nie wpadli, mogła więc być koleżanką koleżanki, która zaplątała się tutaj przypadkowo, jak to często bywało na tego typu imprezach. Kiedy wyszedł na zewnątrz, ona siedziała na murku i zdawało się, że na kogoś czeka. Gdy go zobaczyła, zeskoczyła i zapytała:

– Idziesz?

Bez słowa ruszył za nią. Doszli do bloku usytuowanego jakieś trzysta metrów dalej. Poczekała na niego pod klatką i powiedziała:

– Mieszkam z dwiema koleżankami, tak że jak skończymy, masz się zmyć.

Zanim pomyślał o tym, co skończą, ona otwierała drzwi i wchodziła po schodach, tak ponętnie kręcąc pośladkami, że brakło mu tchu. Gdy znaleźli się w jej pokoju, wyjęła z szafki prezerwatywę i podała ją Arturowi, sama natomiast ściągnęła z siebie ciuchy i uklęknęła na łóżku w bardzo kuszącej pozycji.

– Długo będziesz się jeszcze tak czaił? Mam ci instrukcję obsługi przeczytać? Wchodzisz czy wychodzisz? – Spojrzała wymownie najpierw na swoje nagie, lustrzane odbicie, a później na drzwi pokoju.

Chwilę później napalony Artur, który do tej pory jedyny seks uprawiał z własną prawicą, bo w temacie dziewczyn był tak cholernie nieśmiały, że praktycznie dla nich niewidoczny, niezdarnie zakładał na penisa gumkę. Właśnie rozprawiczył się tak naprawdę, co w jego wieku było wyczynem doprawdy spektakularnym. Błagał niebiosa o to, aby nie mieć przedwczesnego wytrysku, aby się nie skompromitować i aby ta kobieta okazała się wybranką jego serca. Powstrzymywał się ze wszystkich sił, był dzielny przez całe sześć minut, w trakcie których, z nieukrywaną dumą, zdążył się zorientować, że jego partnerka osiągnęła spełnienie. Wytrysnął, przywołując na usta uśmiech zdobywcy czy też innego superogiera.

Po wszystkim dziewczyna kazała mu się ubrać, sama zrobiła to samo i powiedziała, że w sumie to mogą iść jeszcze po piwo do nocnego. Artur patrzył na nią jak zaczarowany, jakby jakiś urok na niego rzuciła. Nie miał pojęcia, kim ona jest, jak ma na imię, czy przechodziła ospę, świnkę lub odrę, ale chciał, aby to właśnie ona była jego żoną i matką jego dzieci. Miał prawie dwadzieścia pięć lat i właśnie się zakochał.

– Mam na imię Basia. – Stuknęła swoją butelką w jego butelkę.

– Artur.

– Ja nie chodzę z każdym facetem do łóżka. Ty mi się spodobałeś i gdybyś nie zrobił mi dobrze, to nie siedziałabym teraz tutaj z tobą. I jutro też byśmy się nie zobaczyli.

– A zobaczymy się jutro?

– No pewnie.

Basia przyjechała na studia z małej podwarszawskiej wioski. Rodzice zaciągnęli kredyt, żeby mogła się kształcić w stolicy. Był to jej pierwszy rok na uczelni, co rozwikłało tajemnicę, dlaczego ani razu się jeszcze nie spotkali.

Artur studiował socjologię, ona wybrała kosmetologię. Zaczęli się spotykać. Najpierw albo u niej w pokoju, albo u niego w samochodzie, bo ciągle mieszkał w swoim rodzinnym domu, więc o prywatność było tam naprawdę trudno. Kiedy obronił magistra, uznał, że wspólnie wynajmą mieszkanie w takiej lokalizacji, aby jego dziewczyna miała blisko na uczelnię. Basia ochoczo przytaknęła i przeprowadziła się do nowego lokum. Tutaj mogła chodzić nago, nie to co w poprzednim mieszkaniu, które współdzieliła z koleżankami i w wyznaczone dni sprzątała. Tutaj od sprzątania był Artur. Był też od gotowania, opłacania rachunków, załatwiania wszelkich spraw związanych z mieszkaniem, zakupów czy też napraw. Ona z kolei się uczyła i musiała całą swoją uwagę skupiać na zajęciach, co Artur oczywiście doskonale rozumiał. Tyle tylko, że w natłoku tych obowiązków, które na niego spadły, oraz swojej własnej pracy, po pewnym czasie kompletnie zdziadział. W łóżku, ma się rozumieć. A przecież Basia tak strasznie lubiła seks. Nie musiała być pieszczona ręką czy też językiem, potrzebowała być pieprzona konkretnie, szybko, mocno, najlepiej kilka razy dziennie. Najlepiej na psa.

Artur nie podołał.

Mieszkali ze sobą prawie trzy lata i jakoś nie złożyło się, aby poznali swoje rodziny. Basia uznała, że jeśli nastąpi zapoznanie, to obu familii w tym samym czasie. Dziewczyna jasno przedstawiła swoje stanowisko w tej sprawie – gdyby jej rodzice dowiedzieli się, że mieszka z mężczyzną bez ślubu, wydziedziczyliby ją. Artur zaczął się śmiać i powiedział, że w sumie dobrze, bo wtedy nie musiałaby spłacać tej pożyczki, którą zaciągnęli na jej edukację. Basia niestety nie zrozumiała, o co mu chodziło. Miała problem z kojarzeniem niektórych faktów, a już socjologiczne wynurzenia Artura przyprawiały ją o ból głowy. Artur to wiedział. Wiedzieli o tym także jego znajomi, którzy próbowali mu delikatnie zasugerować, że z tą dziewczyną to on szczęścia nie znajdzie. Podskórnie to czuł, ale ona była jego pierwszą i jedyną kobietą, co ciągle sobie powtarzał. Był romantykiem.

Pewnego czwartku wrócił z pracy wcześniej, bo okazało się, że nastąpiła awaria i wszystkie maszyny padły, co spowodowało ogromny chaos i brak zajęcia dla większości załogi. Dostał wolne do końca tego dnia i na cały następny. Postanowił, że ugotuje obiad i może jeszcze jakiś wymyślny deser zrobi. Objuczony torbami wszedł do domu. Na jego „dzień dobry” odpowiedziała cisza. Uznał, że Basia pewnie poszła do koleżanki albo do sklepu, bo przecież dziś nie miała zajęć. Zabrał się za przygotowywanie obiadu, czas umilała mu muzyka. Słuchał głównie jazzu, a jego ulubieńcem był Miles Davis. Zasiedział się w kuchni długo i dopiero kiedy na dworze usłyszał krzyki dzieci wracających ze szkoły, zorientował się, że spędził tam dwie godziny, i to bez przerwy na siku. Basi ciągle nie było. Zaczął się martwić. Złapał za komórkę i zadzwonił do niej. Telefon był wyłączony. Postanowił, że skorzysta jeszcze z toalety, a potem zacznie jej szukać.

Otworzył drzwi od łazienki i zdębiał.

W środku było pusto. Zniknęły wszystkie kosmetyki Basi, czyli – jeśli dobrze liczyć – dwie trzecie całego wyposażenia pomieszczenia. Artur przez dłuższą chwilę stał z otwartą buzią, a potem odwrócił się i pobiegł do ich sypialniosalonu. Z szafy zniknęły rzeczy jego dziewczyny. Nawet telewizor ze sobą zabrała. Osunął się na podłogę, nic nie rozumiejąc. Uznałby to za kiepski żart, jeśli Basia oczywiście potrafiłaby żartować. Nie potrafiła, była nieco ograniczona, ale poczciwa.

Tak uważał.

Naraz, tknięty bardzo złym przeczuciem, zerwał się na równe nogi, a w zasadzie to na kolana, i na czworakach zbliżył do szafki, na której do tej pory stał telewizor. Wsadził rękę pod spód. Odetchnął z ulgą, kiedy wymacał to, czego szukał. Miała w sobie tyle przyzwoitości, żeby nie zabierać jego oszczędności. W pudełeczku leżącym pod półką znajdowały się pieniądze, które bardzo sumiennie, odmawiając sobie wszelakich uciech, odkładał na otworzenie wymarzonej kawiarni. Przez trzy lata zebrała się tam naprawdę pokaźna kwota, bo aż osiemnaście tysięcy złotych. Żeby je zdobyć, Artur sprzedał także swój samochód, ukochanego maluszka, którego dostał od mamy. W weekendy dorabiał też w restauracjach, co w sezonie dawało mu naprawdę potężny zastrzyk gotówki. Obliczył, że jeśli będzie odkładał jeszcze przez dwa lata, czyli do momentu, kiedy Basia skończy studia, dołoży do zaskórniaków jakieś dziesięć tysięcy.

Nie rozumiał tego, co go spotkało. Co więcej, wydawało mu się, że nie było nawet żadnych symptomów, które świadczyłyby o tym, że Basia chce go zostawić. Nie dalej jak poprzedniego wieczoru wpadła do mieszkania, zaciągnęła go do sypialni, zdjęła majtki i klęcząc na łóżku, krzyknęła:

– Wypierdol mnie jak sukę! Mocno! Ruchaj mnie, Artur! Ruchaj mnie!

Spełnił jej wulgarną prośbę, mimo że był zmęczony i jedyne, na co miał ochotę, to przytulić ją do siebie i zasnąć. A dziś się okazało, że odeszła. Zero wyjaśnień, listu czy chociażby SMS-a. Klęczał przy szafce od telewizora, która teraz była szafką, ale już bez telewizora. Wyciągał pudełko z oszczędnościami. Otworzył je. W środku była kartka złożona na pół i nic więcej.

Zaczął czytać.

Jest mi przykro, że tak nas zaniedbałeś i nie miałeś dla mnie czasu. Nie umiem sobie z tym poradzić. Będę musiała iść do psychologa, dlatego zabieram nasze pieniądze. Ty sobie dasz radę sam, ja osiągnęłam szczyt rozpaczy.

To wszystko.

Artur dwadzieścia razy przeczytał końcówkę tej wiadomości, w której napisała o pieniądzach „nasze”. Czyli że były ich wspólne? Czyli że ona niby też się dokładała? Kiedy, kurwa?!

Zgniótł kartkę, założył buty i poszedł do sklepu. Po piwo. Ostatnie pił w okolicach Bożego Narodzenia, czyli jakieś pół roku wcześniej, dlatego mimo iż kupił tych browarów dziesięć i miał naprawdę najszczersze chęci wlania w siebie wszystkich, to ubzdryngolił się szybko i przy trzecim zasnął. Obudził go deszcz i wiatr, które chwilę później zmieniły się w burzę. Identyczną, jaka właśnie rozszalała się w jego sercu. I chociaż rozum mówił, żeby poszedł na policję i zgłosił kradzież, i że trudno, przecież to tylko pieniądze, ale życie ma uratowane, bo ta kobieta prędzej czy później i tak by go zniszczyła, to serce cichutko szeptało, że przecież łączyła ich prawdziwa miłość. Jedyna taka, a ludzie często popełniają błędy. I może Basia jeszcze dostrzeże swój i wróci do niego.

Czekał na nią całe dwa lata, dokładnie tyle, ile trwałaby jej nauka. A potem, gdy wreszcie zrozumiał, że ona już nigdy nie wróci, zdał mieszkanie i wraz z nowym pudełkiem, z o wiele szczuplejszą zawartością, wyprowadził się na drugi koniec miasta. Miał trzydzieści lat i postanowił, że i tak otworzy swoją wymarzoną kawiarenkę.

Zrobił to trzynaście lat później.

W tej chwili spuszczał powietrze z materaca i powoli zabierał się za przygotowywanie knajpy na przyjęcie klientów. Z dumą stwierdził, że z dnia na dzień było ich tutaj coraz więcej. Włożył mnóstwo serca w urządzenie tego miejsca i jak widać, opłacało się. Skrycie marzył o tym, aby przestać zarywać nocki i do samochodu wsiadać tylko wtedy, kiedy będzie tego chciał, a nie wtedy, kiedy zmusi go sytuacja, jak to było teraz.

Z wybiciem godziny dziesiątej podszedł do drzwi i je otworzył. Chwilę później w lokalu pojawili się pierwsi klienci. Po południu ruch się nieco zmniejszył, mógł więc wyskoczyć na chwilę do pobliskiej drogerii. Już miał przekręcać klucz, gdy zobaczył, kto idzie w jego stronę. To była ona – kobieta, którą wczorajszego wieczoru odwiózł do domu. Na rękach niosła dziecko. Była bardzo blada. Zanim wykonała kolejny krok, on już był obok i z wprawą godną ojca z co najmniej dwudziestoletnim stażem wziął od niej malca i przytrzymując ją ramieniem, wprowadził do pomieszczenia. Posadził na fotelu i ciągle trzymając chłopca na rękach, przekręcił zamek, zawiesił tabliczkę z informacją „zamknięte” i opuścił rolety. Kobieta spojrzała na niego i ostatkiem sił wyszeptała, że jest bardzo zmęczona.

Zamknęła powieki i odpłynęła.

5

Marta otworzyła oczy.

Pomieszczenie, w którym się znajdowała, miało jasne ściany. Wisiały na nich obrazy przedstawiające momenty zaparzania kawy. Ona sama ni to siedziała, ni leżała w fotelu. Jej nogi spoczywały na drugim, identycznym. Była przykryta kocem. Dookoła roznosił się przyjemny, aromatyczny zapach czarnego napoju. Kiedy spojrzała w lewo, jej serce zabiło tak szybko jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyła swego nowo narodzonego synka.

Teraz też go widziała.

Spał, wtulony w ogromne męskie ramiona. Mężczyzna również drzemał, w podobnej jak ona pozycji, bo na dwóch złączonych fotelach. Marta zmieściła się cała w tym prowizorycznym łóżku, on natomiast swoje długie nogi musiał przełożyć przez oparcie. Instynktownie wyczuła, że w tym miejscu nie stanie się żadna krzywda ani jej, ani małemu.

Dotarło do niej, dlaczego się tutaj znalazła.

Najpierw pojechała na zakupy, potem na obiad. Nim poszła do restauracji, nakarmiła synka, a on, jak to zwykle po jedzeniu, zasnął. Mogła zatem w spokoju coś przekąsić. Wybrała pierwszą lepszą knajpkę. Kiedy pół godziny później odchodziła od stolika, poczuła, że robi jej się niedobrze. Zbagatelizowała mdłości, uznając, że przyczyną złego samopoczucia są nieciekawe myśli, kłębiące się w jej głowie od samego rana. Nie bez trudu, bo brzuch bolał ją coraz bardziej, a odruch wymiotny był przy tym naprawdę silny, zapakowała wózek do samochodu i mimo wszystko postanowiła pojechać na kawę do taksówkarza, który wczoraj przywiózł ją z urodzin Kasi. Uznała, że kofeina pomoże jej dojść do siebie. Kiedy udało się jej znaleźć miejsce parkingowe, ledwo oddychała i była mokra. Trzęsącymi się rękoma wyjęła dziecko z fotelika. Do przejścia miała może pięćdziesiąt metrów. Gdzieś w połowie drogi zaczęły ją opuszczać siły i pomyślała sobie, że jeśli za moment nie usiądzie albo się nie położy, zemdleje. Miała świadomość, że na rękach trzyma swojego synka i może się to bardzo źle skończyć. Wtedy zobaczyła ogromny szyld z napisem „Przystań”. Chwilę później poczuła, że ktoś bierze od niej dziecko, a ją obejmuje i… to by było na tyle.

Gdy ponownie nawiązała kontakt ze światem, znowu zaczął ją boleć żołądek, ale teraz przynajmniej miała pewność, że jest bezpieczna. Mimo niemocy, jaka po raz kolejny zaczęła ogarniać jej ciało, nie mogła oderwać wzroku od swego syna i tego mężczyzny. Nagle poczuła, jak zupa, którą jadła jakiś czas temu, momentalnie się jej cofnęła i za moment ją zwróci. Szybko odsunęła fotel, zrzuciła z siebie koc i zakrywając usta wierzchem dłoni, pobiegła do łazienki. Spędziła tam dobre pół godziny, aż w końcu nie miała czym wymiotować. Gdy spojrzała w swoje lustrzane odbicie, przeraziła się. Miała przekrwione oczy, zapuchnięte policzki, a czerwona szminka rozmazała się na połowie jej twarzy. Na półce leżały nawilżone chusteczki, użyła ich, aby zmyć pozostałości po makijażu. Kilkukrotnie ochlapała się zimną wodą i wyszła z toalety. Spojrzała na zegarek wiszący na ścianie, pamiętała, że przyjechała tutaj o czternastej. Dochodziła szesnasta.

Jej syn leżał na dwóch złączonych fotelach i wpatrywał się w lampę zwisającą z sufitu. Właściciel kawiarenki stał za bufetem. Gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się i zapytał:

– Już lepiej?

– Tak, dziękuję za… – zamilkła, bo sama tak naprawdę nie wiedziała, za co ma mu dziękować. Chyba za wszystko. Jeszcze nigdy nikt nie okazał jej bezinteresownej pomocy, a ten człowiek był przecież całkiem obcy i tak po prostu zaopiekował się jej synkiem. – Dziękuję.

– Proszę to wypić. – Wyszedł zza lady i postawił na stoliku kubek z parującym napojem.

Marta spojrzała na Wojtka. Machał rączkami na lewo i prawo, śmiał się w głos i piszczał z radości. Było mu tutaj dobrze.

– Dziękuję. – Usiadła na fotelu i nakryła się kocem. – Nie tak to sobie zaplanowałam. Rano uznałam, że jednak przyjadę do pana na kawę. Wcześniej byłam w restauracji w centrum handlowym, gdzie zjadłam zupę rybną, chyba nieświeżą. – Upiła łyk naparu. – Co to takiego? Jest pyszne.

– Herbata ziołowa z dodatkiem wódki i pieprzu. Spokojnie – dodał, widząc jej minę – alkoholu jest tam niewiele. Jeśli pani karmi piersią, to małemu na pewno nie zaszkodzi. Mama podawała ten specyfik mojej siostrze, kiedy ona się źle czuła. Proszę mi zaufać, pomoże.

– Mam na imię Marta. Proszę mi mówić po imieniu.

– Artur. A jak ma na imię ten młody człowiek?

– Wojtuś. – Spojrzała z dumą na swojego syna.

– Pytałem się go o to, ale powiedział, że mama nie pozwoliła mu rozmawiać z obcymi. – Puścił do niej oczko.

Dopiero po chwili załapała, o co mu chodziło. Zrobiła się czerwona ze wstydu, myśląc o tym, jak ogromny ma problem z przyswajaniem słownych aluzji. Zawsze miała żal do byłego męża, że wręcz nadużywa tego typu wyrażeń, wiedząc, że ona ma z tym kłopot. Ileż było z tego powodu awantur, trzaskania drzwiami i rozbitego szkła.

– Piękną ma pan… piękną masz kawiarenkę.

– Otworzyłem ją cztery miesiące temu. Wcześniej brakowało mi środków, a nie chciałem brać kolejnego kredytu. Wystarczy mi ten na mieszkanie. Bo ten na auto już spłaciłem. – O swoich finansowych zobowiązaniach mówił bez skrępowania i na dodatek z uśmiechem.

Marta upiła kolejny łyk napoju, myśląc o tym, że branie kredytów na cokolwiek jest beznadziejne i skrajnie nieodpowiedzialne. Przecież jak człowiek przestanie je spłacać, to potem przyjdzie komornik i zabierze wszystko, co tylko będzie mógł. Kto jak kto, ale ona doskonale wiedziała, jak bezwzględni potrafią być komornicy. Sama miała ogromne szczęście, że nie musiała pracować, była właścicielką pięknego domu, dobrego samochodu, a na jej koncie w banku widniała siedmiocyfrowa kwota. Była przy tym wolna od wszelkiego rodzaju zadłużeń. Myśli te jednak nie wprawiły jej w dobry nastrój, wręcz przeciwnie, spowodowały, że poczuła się zażenowana swoim bogactwem. W tej samej chwili jej syn chyba poczuł się zaniedbany, bo zaczął lekko postękiwać. Bardzo potrzebował pooglądać świat z nieco innej perspektywy niż do tej pory. Zanim wstała, Artur nachylił się nad nim i po chwili trzymał chłopca na rękach. Usiadł naprzeciwko Marty, trzymając malca na kolanach. Chłopczyk z kolei zaczął się bawić jego palcem, co jakiś czas zerkał tylko w kierunku mamy, upewniając się, że ona tutaj jest, da mu jeść i go przewinie. Oczywiście w swoim czasie poinformuje ją o tym, kiedy ma to zrobić. Ta sama mama patrzyła rozczulona na obrazek, który rozpościerał się przed jej oczyma.

Ogarnęło ją uczucie, jakiego jeszcze nigdy w swoim życiu nie zaznała – wdzięczność.

– Widzę, że masz wprawę w opiece nad dziećmi.

– Coś tam wiem o takich smerfach. Moja siostra ma dwóch synów. Teraz to już są duzi chłopcy, mają dziewięć i dwanaście lat, ale przysiągłbym, że dopiero co się urodzili. Dzieci tak szybko dorastają. Za szybko.

– A swoje dzieci masz? – Marta zadała to pytanie, kierując się ciekawością.

– Do powołania na świat dziecka potrzebna jest druga osoba, a u mnie pod tym względem panuje duży deficyt.

– Wojtek nie ma ojca – wypaliła bez zastanowienia.

Nastąpiła cisza, w trakcie której Marta wbiła wzrok w swoje dłonie. Artur patrzył na nią z zaciekawieniem, z czułością głaszcząc chłopca po główce.

– Dlaczego? – zapytał.

– Co dlaczego?

– Dlaczego nie ma ojca?

Wzruszyła ramionami i zaczęła się nerwowo kręcić w fotelu, co on od razu odczytał. Nie na darmo był najlepszym studentem w swojej grupie, a może i na roku. Poza socjologią interesował się też psychologią i problemami, z którymi dzień w dzień zmagali się ludzie. A i dorosłe życie nauczyło go obserwacji i czytania zachowań.

– Jeśli jestem nietaktowny, przepraszam. Nie musisz odpowiadać. Dziw mnie jednak bierze, że tak fantastyczny mały facet, jakim jest twój synek, nie ma taty. No cóż, pozostaje tylko współczuć palantowi, który go nie chciał. Ja dałbym się pokroić za takiego syna, ale podobno mówi to każdy, kto nie ma dzieci. – Zaczął się śmiać, czym nieco rozładował napięcie.

– Nigdy tak nie mówiłam. Ja… ja tak naprawdę nigdy nie chciałam mieć dzieci. – Czy to herbata, którą piła, czy może ciasne owinięcie kocem albo ciepły głos tego mężczyzny i cudowna energia miejsca, w jakim się właśnie znajdowała… Trudno powiedzieć, ale coś przyczyniło się do tego, że poczuła chęć do zwierzeń. – Mój były mąż bardzo chciał zostać ojcem, a ja nie czułam potrzeby bycia matką, przerażała mnie wizja pieluch, nieprzespanych nocy, braku czasu dla siebie, zrzucanie wagi po porodzie, bałagan w domu, odpowiedzialność, choroby, no, wszystko. Dlatego… dlatego okłamywałam go, mówiąc, że nie mogę mieć dzieci. – Kiedy wypowiedziała te słowa, dotarło do niej, że chyba ciut się zagalopowała, i spłonęła purpurą.

– Jak to okłamywałaś?

– Zwyczajnie. – Wzruszyła ramionami, unikając jego wzroku. – Powiedziałam mu, że jestem bezpłodna, a on w to uwierzył.

– To czemu jednak masz syna?

– Ocenisz mnie? – Od zawsze liczyła się z tym, jaką inni ludzie mają opinię na jej temat.

– Staram się nie oceniać, a raczej doradzać wtedy, kiedy mogę i potrafię to zrobić. Bo wiesz, ja wychodzę z założenia, że życia nie zamiata się pod dywan i trzeba się zmierzyć ze wszystkim, a już najbardziej z tym, co nas przeraża. Ty, jak widzę, jesteś przerażona tym, co chciałabyś mi powiedzieć.

– Aż tak to widać?

– Ja to widzę.

– A inni? Oni też widzą?

– Nie mam pojęcia, co widzą i myślą inni ludzie. Nikt z nas tego nie wie. Każdy może odpowiadać tylko za swoje słowa, myśli i czyny. Chyba się ze mną zgodzisz?

– A jeśli ja nic złego nie zrobiłam, a ktoś mnie skrzywdzi, to za co, przepraszam, mam odpowiadać? Za swoją niewinność? Za bycie ofiarą? Za poświęcenie się dla kogoś? – Na samą myśl o byłym mężu przybrała wojowniczy ton.

– Naprawdę uważasz, że nie popełniłaś żadnego błędu?

– Oczywiście. – Odpowiedź pojawiła się błyskawicznie.

Artur zmarszczył brwi i przez chwilę o czymś myślał. Wojtek natomiast zapomniał o tym, że jego mały brzuszek zaczyna być głodny, a mokra pieluszka uwiera go w pupę. Pod wpływem delikatnego kołysania zasnął w ramionach tego człowieka. Ponownie już dziś.

– Kto w takim razie popełniał te błędy? Bo jak rozumiem, ktoś musiał to robić.

– Mój były mąż. – Ogarnęło ją wzburzenie. – Nienawidzę go. Zniszczył mi życie.

I tu cię mam, pomyślał Artur, to jest twój problem.

– Opowiedz mi o nim – poprosił niby od niechcenia, wiedząc doskonale, że ona powie mu teraz wszystko, co chce powiedzieć. To, czego nie chciała, też mu powie. Między słowami. – Jeśli oczywiście chcesz to zrobić – dodał, przeszywając ją spojrzeniem.

Tylko czekała na to pytanie. Uwielbiała mówić o tym, jakim strasznym człowiekiem okazał się Michał. I jeśli jeszcze niedawno miała komu o tym paplać, tak z biegiem czasu takich ludzi było coraz mniej, a ci, którzy pozostali, słuchali jej z nieukrywanym znudzeniem. Nawet Kaśka powiedziała, że rzyga już opowieściami o Michale i Marta powinna całować ją nie tylko po stopach, ale i po paznokciach za ten pomysł z ciążą i za to, że dzięki niej pozbyła się tego durnia, a zyskała cudownego synka.

Marta mówiła, a Artur ze zdumieniem obserwował, że im gorzej wyrażała się o byłym mężu, tym bardziej się nakręcała, policzki jej płonęły, a samopoczucie ulegało poprawie. Kiedy skończyła swój monolog, bo ani razu jej nie przerwał, doszedł do wniosku, że siedząca przed nim kobieta karmi się nienawiścią.

– Sam widzisz, jaki to jest zły człowiek i jak strasznie mnie skrzywdził.

– Ale to ty go okłamałaś jako pierwsza, mówiąc, że nie możesz mieć dzieci. A wiedziałaś przecież, jak bardzo on ich pragnie – zauważył bardzo obiektywnie. – Może gdyby w waszym małżeństwie od samego początku była szczerość, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Tego się już nigdy nie dowiesz i tak naprawdę nie jest to istotne w tym momencie. Jednak rozumiem, że to nie on jest ojcem tego bąka. – Wskazał na przytulone do siebie dziecko. W trakcie wymiany zdań Artur zdążył zauważyć, że Marta odbiera wszystko bardzo poważnie, starał się więc, aby nie odczytała jego słów jako kpiny.

– Nie. – Spojrzała na niego przeciągle. Nie musiała mu nic mówić, ale chciała. Z jakiegoś powodu potrzebowała to zrobić. – Przespałam się z facetem, którego poznałam w klubie. Zrobiłam to tylko po to, żeby wmówić mojemu mężowi, że jestem z nim w ciąży. Kiedy wszystko się wydało i gdy mój były mąż się dowiedział, że dziecko, które urodzę, nie jest jego, nie miałam już żadnej karty przetargowej. Zostałam sama z brzuchem i perspektywą porodu. Chciałam oddać dziecko do adopcji. Do chwili rozwiązania chciałam to zrobić, a potem…

Zamilkła, a po jej policzkach popłynęły łzy. Artur patrzył na nią jak urzeczony. W jednej chwili zachowywała się jak zimna suka, a w następnej roztaczała wokół siebie aurę wrażliwości. Siedział przed nim chodzący paradoks, który dodatkowo uważał, że nie popełnił w swoim życiu żadnego błędu. Marta zafascynowała go bardziej niż spadająca gwiazda.

– A potem go zobaczyłaś i uznałaś, że jest tylko twój – dokończył za nią zdanie.

– Tak. Skąd to wiesz?

– Przecież wystarczy tylko na niego spojrzeć, żeby się zakochać. Jest cudowny. Czy jego ojciec o nim wie? – Z czułością pogłaskał śpiącego chłopca po pulchniutkim policzku, co wywołało delikatny uśmiech na małych usteczkach.

– Nie i mam nadzieję, że nigdy się nie dowie. Dla mnie był tylko dawcą spermy. Ja i Wojtek nie potrzebujemy nikogo. Dajemy sobie świetnie radę sami.

Mały zaczął popłakiwać przez sen, co oznaczało, że pielucha potrzebuje wymiany, a jego brzuszek nakarmienia. Marta zapytała, czy może iść do samochodu po torbę. Artur pokiwał w milczeniu głową, a kiedy wyszła, zaczął mówić do budzącego się chłopca.

– Masz bardzo dziwną mamę. Widać, że kocha cię nad życie i zrobiłaby dla ciebie wszystko. Jak w zasadzie prawie każda matka dla swojego dziecka. Ale jest też w niej wiele nienawiści i zła, które mnie przeraża. Jeśli będzie się nim karmić, to zrobi krzywdę i sobie, i tobie. I nigdy nie będzie szczęśliwa. Naprawdę wiem, co mówię. Wybaczanie uwalnia nas samych. Wybaczanie daje spokój.

Chłopiec otworzył oczy i zaczął przyglądać się mężczyźnie z ciekawością. W tym momencie wróciła Marta. Artur podał jej dziecko i poszedł na zaplecze. Marta zagłębiła się w fotelu, przygarnęła do siebie synka i przymknęła powieki. Kiedy tuliła go do piersi, czuła z nim fascynujące połączenie.

I spokój.

Artur wszedł do małego pomieszczenia przylegającego do baru. Plecami oparł się o ścianę i zakrył twarz dłońmi. Uznał, że to był bardzo dziwny dzień. Zaledwie wczoraj poznał kobietę, która dziś spędziła u niego kilka godzin, opowiadając o swoim życiu. No, dobra, więcej było w tej historii nienawiści do byłego męża niż jej autobiografii, jednak można to było śmiało podciągnąć pod zwierzenia. Jeszcze bardziej niepokojące okazało się dla niego to, że mimo tego, co mu powiedziała, on i tak chciał utrzymywać z nią kontakt.

Fascynowała go i przerażała jednocześnie.

Pół godziny później odjechała, dziękując mu za pomoc i poświęcony czas. Kiedy sprzątał ze stolika, okazało się, że pod talerzykiem, na którym leżały ciastka, położyła trzysta złotych i karteczkę z napisem „Za wczoraj i za dziś”. Przez dłuższą chwilę nie wiedział, w jaki sposób ma odebrać ten gest. Później poczuł się jak przepłacona dziwka i o ile jeszcze rozumiał wczoraj, to przecież dziś chciał jej tylko pomóc. Tak zwyczajnie, tak po ludzku. Ta kwota to jakaś jałmużna? Zadośćuczynienie za zamknięty lokal? No bez przesady, kurwa, pomyślał ze złością i uznał, że pojedzie do tego pieprzonego Konstancina i odda jej pieniądze.

Uznał też, że jednak więcej w niej wyrachowanej zołzy niż człowieka.

6

Zaczynało się ściemniać.

Gdy Adam otwierał bagażnik swojego samochodu, przywołał na usta kpiący uśmiech.

– Jestem przystojny, ale przede wszystkim niebezpieczny. Ostrzegałem, że jeśli będziesz przeginała, to wywiozę cię do lasu. Mogłaś mieć naprawdę dobre życie, ale ty zdecydowałaś, że ono za moment się skończy. O tam – wskazał palcem przed siebie – pod tym drzewem.

Zawartość bagażnika była związana, zakneblowana i przerażona.

Jak znalazła się w tak patowej sytuacji? Zdecydowanie na własne życzenie. Laura należała do ludzi, którzy dostając palec, zabierali się za całą dłoń. A nawet i obie dłonie. Adam poznał ją w jednym z nocnych klubów, a ich znajomość potoczyła się bardzo dynamicznie. Dziewczyna była konkretna i powiedziała mu, że potrzebuje sponsora.

– Nie korzystam z usług dziwek. – Zmierzył ją litościwym spojrzeniem.

– Nie jestem dziwką. – Uniosła podbródek z godnością.

– Proponujesz mi swoje wdzięki w zamian za pieniądze. Rozumiem, że w tym pakiecie uwzględniony jest też pełen serwis mojego kutasa. Czyli dziwka jak się patrzy.

– Ja nie jestem dziwką – powtórzyła. – Robię to za pieniądze, ale tylko z jednym facetem.

W dalszej części rozmowy przekonywała go do tego, że warta jest każdej złotówki, którą na nią wyda.

– Muszę mieć pewność, że ta inwestycja będzie opłacalna.

Wyjął z portfela banknot i podał go barmanowi. Resztę kazał zatrzymać. Gestem wskazał dziewczynie, aby poszła za nim. Była bardzo chętna, zdążyła się już bowiem zorientować, że ten gość ma kasy jak lodu. Gołodupiec nie zostawiłby takiego napiwku za jednego drinka. Ani nie ubierałby się tak, jak on.

Weszli do męskiej toalety. On oparł się o ścianę i czekał, ona nie bawiła się w gry wstępne, co oczywiście podziałało tylko na jej korzyść. Od razu zeszła do parteru. Adam przywołał na usta leniwy uśmieszek, delektując się tym, co działo się poniżej jego pępka. Dziewczyna udowodniła mu właśnie, że faktycznie ma głębokie gardło i chociaż podeszła do sprawy mocno mechanicznie, co jego zdaniem świadczyło o ogromnym doświadczeniu w wykonywaniu tej czynności, musiał przyznać, że była w tym dobra. Na tyle dobra, żeby chciał skorzystać z jej usług w przyszłości.

– I jak. Jest pan zadowolony? – Gdy skończyła, zbliżyła się do niego.

Adam uśmiechnął się czule, wierzchem dłoni pogłaskał ją po policzku. A potem złapał za włosy, mocno odchylając jej głowę do tyłu.

– Tak, pan jest bardzo zadowolony. Umawiamy się tak, że ja dzwonię, ty jesteś. I chuj mnie obchodzi, że akurat masz jakieś zobowiązania czy też jesteś niedysponowana. Musisz mieć też świadomość, że twoje miejsce bardzo szybko może zająć ktoś inny. Jestem bardzo wymagający. – Nigdy nie musiał płacić za seks, uznał jednak, że będzie to odskocznia od monotonii i swego rodzaju eksperyment, dlatego postanowił skorzystać z okazji.

Laura, początkująca studentka psychologii, jakiegoś szczególnie wielkiego doświadczenia w sponsoringu nie miała. Do tej pory było to tylko dwóch facetów, dość atrakcyjnych i fizycznie, i finansowo, jednak nie aż tak, aby kręciła się przy nich dłużej. Z każdym z nich była do momentu, aż jej wymagania okazały się zbyt wygórowane. Zarówno jeden, jak i drugi uznali, że pora przerzucić się na tańszy model. Teraz czuła, że trafiła się jej prawdziwa kura znosząca złote jaja.

Po tygodniu znajomości jej finansowe zachcianki poszły mocno w górę, a kiedy po następnym chciała zrobić kolejną podwyżkę, Adam pokazał jej drzwi, uznając, że i tak przepłacił, ale miał akurat dobry humor i udawał, że mu zależy. Wtedy zmiękła i powiedziała, że dobrze, niech już będzie tak, jak ustalili ostatnim razem. On jednak zdążył się nią znudzić, więc drzwi jego apartamentu dalej były otwarte i czekały, aż dziewczyna znajdzie się po ich drugiej stronie. Wtedy właśnie pokazała swoje pazurki i nie wiedząc tak naprawdę, z kim ma do czynienia, powiedziała, że jeśli do końca miesiąca na jej konto nie wpłynie sto tysięcy złotych, to ona idzie na policję i oskarży go o gwałt. Adam powiedział jej, żeby dla własnego dobra wyszła, bo jeśli tego nie zrobi, to wsadzi ją do bagażnika, wywiezie do lasu i zakopie pod drzewem. Chciał ją wystraszyć. Laura z impetem trzasnęła drzwiami, krzycząc wcześniej coś o popamiętaniu jej osoby. Spotkał ją ponownie po kilku dniach, pod swoim blokiem. Towarzyszyła mu atrakcyjna brunetka, dlatego gdy tylko ujrzał Laurę, poczuł się zażenowany faktem, że zgodził się na ten śmieszny sponsoring i teraz ma ją na głowie.

Na własne życzenie.

Miał ochotę jej jebnąć, no ale w towarzystwie świadka nie bardzo wypadało. Szepnął do swojej znajomej, aby weszła do budynku i poczekała na niego pod drzwiami mieszkania. Dziewczyna była na tyle inteligentna, żeby wiedzieć, że temu człowiekowi nie należy się sprzeciwiać. Obrzucając pogardliwym spojrzeniem Laurę, pozwoliła, aby otworzył jej drzwi wejściowe. Adam, upewniwszy się, że został z nią sam i nikt ich nie obserwuje, w mało pieszczotliwy sposób chwycił ją za gardło i zbliżył swoją twarz do jej twarzy.

– To jest ostatnie ostrzeżenie. Jeśli się nie odpierdolisz, to źle skończysz. Pamiętaj, że granica między wkurwem a morderstwem jest bardzo cienka.

Podziałało na jakieś dwa tygodnie. Ponownie natknął się na nią, gdy wyszedł do osiedlowego sklepu po papierosy. Zanim ona zrobiła cokolwiek, podszedł do niej i ją pocałował. Mocno, natarczywie, tak aby uśpić jej czujność. Zapytał też, czy dalej ma zamiar odpierdalać te szopki, czy może raczej spędzą czas nieco przyjemniej.

– Przecież jeszcze nie tak dawno kazałeś mi spieprzać. – Zmierzyła go nieufnym spojrzeniem. – Zmieniłeś zdanie?

– Od ciebie nie da się uwolnić. Jeśli jednak zaczniesz robić sceny, to ja naprawdę kogoś wynajmę, żeby cię sprzątnął. – Zaczął się śmiać i dla rozluźnienia atmosfery pstryknął ją palcem w nos. – Jaka jest zatem decyzja?

Chciwość Laury była doprawdy imponująca. No tak wielka, że przysłoniła jej racjonalne myślenie. Adam z kolei nie miał zamiaru odmawiać sobie orgazmu, dlatego zabrał ją do swojego apartamentu. Uznał, że skazaniec przed śmiercią też zasługuje na odrobinę przyjemności. Po wszystkim zaproponował, że może ją odwieźć, bo i tak ma coś do załatwienia w mieście. Wsiedli do windy i zjechali na podziemny parking. Laura zajęła fotel pasażera…

Ocknęła się w ciemnym i ciasnym miejscu, dodatkowo była związana i miała zakneblowane usta, więc jej sytuacja była naprawdę nieciekawa.

Adam wiedział, gdzie i z jaką siłą nacisnąć, żeby ktoś stracił przytomność. Anatomię człowieka miał w małym palcu. Upewnił się, że w pobliżu nie ma kamer, zapakował dziewczynę do bagażnika, a później zupełnie opanowany wyjechał z garażu i ruszył w stronę pobliskiego lasu. Wjechał w jedną z dróżek. Po przejechaniu trzystu metrów zgasił silnik i otworzył tylną klapę. Z satysfakcją zauważył, że Laura jest przerażona. Wygłosił niezwykle kwiecistą pożegnalną mowę i wyciągnął ją z bagażnika. Nawet się nie poruszyła, ale kiedy zobaczyła, że wyciąga broń, zaczęła się szamotać, a jej zwieracze puściły. Pomyślał, że na całe szczęście zrobiła to poza samochodem, bo miałby jeszcze problem z czyszczeniem tego gówna. O tym, że chciał ją tylko skutecznie nastraszyć i tak naprawdę nie ma zamiaru jej zabijać, postanowił jej jeszcze nie mówić.

Ukucnął i przystawił jej lufę do skroni.

– Zdejmę ci teraz knebel i zadam kilka pytań. Jeśli zaczniesz krzyczeć, to cię zastrzelę. Nic mnie nie powstrzyma. Jeśli rozumiesz, pokiwaj głową.

Pokiwała.

Nie chciała umierać. Była na to zbyt młoda, ale to chyba nie miało nic do rzeczy, bo to on był panem życia i śmierci. Jej życia i jej śmierci. Mamo, pomyślała przerażona, przepraszam cię za wszystko, co złego w życiu zrobiłam, tak bardzo cię przepraszam.

– Po chuj ci to było? – zapytał. W jego głosie słychać było drwinę.

– Dla… dla… – Ze strachu nie mogła dokończyć zdania.

– Dla pieniędzy? – podpowiedział.

Po chwili pokiwała głową.

– Muszę przyznać, że wyobraźnię to ty masz nieprzeciętną. Sto tysięcy? Serio? – mówiąc to, przejechał bronią po jej policzku, zupełnie tak, jakby ją pieścił. – Jesteś bardzo uparta i zdeterminowana w dążeniu do celu, aczkolwiek strasznie przy tym głupia. Zrzucam to na karb młodości i braku doświadczenia. Ewentualnie możesz przechodzić ciężkie chwile z powodu menstruacji, co cię poniekąd tłumaczy. Z autopsji wiem, że wy, kobiety, jesteście wtedy strasznie pojebane. W innych okolicznościach uznałbym te cechy za pożądane, niestety w środku lasu nie przydadzą ci się do niczego. Powiedz mi jeszcze na koniec: chcesz umrzeć z opaską na oczach czy jednak wolisz wszystko widzieć? Uprzedzam tylko, że za brak odpowiedzi dostaniesz strzał w rękę lub nogę. Zaboli strasznie, ale nie zabije cię. To jak?

Przełknęła ślinę. Nie miała już przecież nic do stracenia. Jej życie nie było warte złamanego grosza.

– W… w… w…

– Wiążemy? – podpowiedział z uśmiechem.

Zaprzeczyła ruchem głowy. Pomimo tego, w jakim znalazła się położeniu, chciała zachować resztki godności.

– Przyznam, że mi teraz zaimponowałaś. Nie brak ci odwagi, Lauro. Masz ochotę na papierosa?

Czyżby ostatni papieros przed egzekucją w zamian za to, że okazała odwagę? Zrób to, krzyczała w myślach, zabij mnie i skończ z tym! Jej usta jednak wyjąkały tylko cichutkie:

– T… ttt… tttaaak.

Adam wstał, obszedł auto i po chwili wrócił z paczką papierosów. Usiadł obok niej. Odpalił i wypuścił chmurę dymu. Pociągnął jeszcze kilka razy i przystawił papierosa do jej ust. Zaciągnęła się. Siedzieli w milczeniu. Ona pełna strachu, ale też jakby pogodzona ze swoim losem, on pogrążony w myślach.

– Gdybyś miała wybierać pomiędzy rodziną a pieniędzmi, to co byś wybrała? I proszę cię, kotku, nie sugeruj się tym, w co się teraz wpieprzyłaś. Wyobraź sobie, że siedzisz właśnie na plaży, a kelner przynosi ci drinka z palemką. – Pomachał jej przed oczyma źdźbłem trawy. – No, to co, siano czy familia?

Spojrzała na niego jak na wariata. Dlaczego nie mogła trafić na jakiegoś normalnego mordercę? Dlaczego spotkała takiego ze skłonnościami do filozofowania i psychicznego znęcania się nad człowiekiem? No ale chyba nie miała wyjścia.

– Pie… pieniądze.

– Kogoś takiego jak ty szukałem. – Zerwał się na równe nogi, ją też ciągnąc do góry. A potem wyjął z kieszeni scyzoryk i rozciął sznury krępujące jej nadgarstki. Później podszedł do samochodu, chwilę w nim pogrzebał i rzucił w jej stronę butelkę z wodą. Mimo szoku, w jakim była, złapała ją w locie. – Refleks też, widzę, niezgorszy panienka ma. Masz tydzień na przemyślenie mojej propozycji. Za chwilę ci ją przedstawię. Jeśli jednak wpadniesz na pomysł, żeby iść na policję, to pamiętaj, że zanim zrobisz pierwszy krok w kierunku komisariatu, ja cię znajdę i zabiję. Drugiej szansy nie dostaniesz.

Uwierzyła mu.

Adam podszedł do niej, nachylił się i zaczął mówić jej do ucha. Kiedy skończył, musiała usiąść i zapalić papierosa.