38 osób interesuje się tą książką

Opis

„Zapiski z Królestwa” to piękny hołd złożony angielskiej piłce i próba znalezienia odpowiedzi na pytanie: dlaczego tamtejszy futbol jest taki magiczny? Zapomniani bohaterowie i niesamowite mecze. 50 historii o marzeniach, rekordach, coraz większych pieniądzach, triumfach i porażkach, ale też pouczająca podróż w czasie. Dzięki niej dowiesz się, w jaki sposób powstawało brytyjskie imperium piłkarskie, które znamy dziś. Odwiedzisz nie tylko wielkie areny, ale i małe stadiony z niższych lig. Narodziny zawodowej piłki, transfery, wojenny wstrząs czy pies, który pogryzł piłkarza – za każdym rogiem czeka historia godna przedstawienia. „Zapiski” to nie tylko zwykła książka o „kick and run”, ale też opowieść o zmieniającej się przez dekady Anglii.

Autor: Przemysław Rudzki

urodzony w 1977 roku w Czeladzi. Od ponad 15 lat jest dziennikarzem sportowym, specjalizuje się w angielskim futbolu. Trzynaście lat temu rozpoczął pracę w Canal+, gdzie do dziś komentuje co weekend mecze Premier League. W „Przeglądzie Sportowym” był stażystą, reporterem, a następnie redaktorem naczelnym tego dziennika. Relacjonował najważniejsze wydarzenia sportowe – finały wielkich turniejów czy Ligi Mistrzów. Przez kilka w „PS” ukazywała się jego autorska kolumna „English Breakfast”, w której w każdy poniedziałek pisał o angielskiej piłce. Prowadzi kanał Kick Off na YouTube poświęcony futbolowi z Wysp Brytyjskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Od autora

W chwili, gdy reali­za­tor tele­wi­zyjny poka­zał na tablicy świetl­nej twarz Raya Wil­kinsa, uświa­do­mi­łem sobie coś kom­plet­nie absur­dal­nego. Kibice na sta­dio­nie Chel­sea wła­śnie wstali, by okla­skami oddać hołd zmar­łej legen­dzie klubu, a ja – sie­dząc w dziu­pli komen­ta­tor­skiej w War­sza­wie – bez pro­blemu odtwo­rzy­łem z pamięci nie tyle widok czło­wieka, któ­rego spo­tka­łem dosłow­nie dwa tygo­dnie wcze­śniej w pubie przy­le­ga­ją­cym do Stam­ford Bridge, roz­ma­wia­ją­cego z kibi­cami i robią­cego sobie z nimi sel­fie, ale wygląd mojego pokoju w Cze­la­dzi, przy ulicy Mic­kie­wi­cza.

I choć nie mam poję­cia, dla­czego na ścia­nie, którą pokry­wała tapeta mająca imi­to­wać boaze­rię (o matko!), przy­kle­iłem wtedy aku­rat pla­kat byłego gra­cza The Blues, jest to bez cie­nia wąt­pli­wo­ści jedno ze wspo­mnień dobit­nie uświa­da­mia­ją­cych mi, że liga angiel­ska i ja two­rzymy zwią­zek, który los już od dawna zapla­no­wał.

Inne posta­cie spo­glą­da­jące z pla­ka­tów – Matt Le Tis­sier, David Platt, Paul Gasco­igne czy Lee Dixon – były dla mnie przy­by­szami z kosmosu. Ni­gdy nie widzia­łem żad­nego z nich w akcji ani nie mia­łem oka­zji oglą­dać ich goli, ale z jakie­goś zupeł­nie nie­zna­nego mi powodu uwie­rzy­łem, że oni i ja to coś wię­cej niż tylko zdję­cie na ścia­nie w pokoju 13-let­niego chłopca. Chyba po pro­stu uwie­rzy­łem, że są warci zaist­nie­nia we wnę­trzu miesz­ka­nia na pol­skim blo­ko­wi­sku. Dali­śmy sobie kre­dyt zaufa­nia spła­cony wiele lat póź­niej.

Ni­gdy nie pró­bo­wa­łem nawet ukry­wać, że liga angiel­ska jest moją obse­sją. Są trzy rze­czy, bez któ­rych nie potra­fił­bym żyć: kawa, piwo i Pre­mier League. Ta ostat­nia wiele lat temu stała się inte­gralną czę­ścią mojego świata. Jeste­śmy nie­roz­łączni i muszę Wam wyznać w tajem­nicy, że naprawdę ni­gdy jej nie zdra­dzi­łem. Gdy­bym miał do wyboru: pole­cieć na raj­ską wyspę czy obej­rzeć na żywo mecz Ever­tonu z Southamp­ton na Goodi­son Park, bez waha­nia wybrał­bym to dru­gie i jeśli myśli­cie teraz, że ble­fuję, to chyba tylko dla­tego, że mnie nie zna­cie i nie wie­cie, jak jestem szur­nięty.

W fut­bo­lo­wych mene­dże­rach na moich pierw­szych kom­pu­te­rach typu Atari, Com­mo­dore i Amiga 500 pró­bo­wa­łem zbu­do­wać potęgę Ley­tonu Orient (zapewne ze względu na piękny herb i dostojną nazwę), wpro­wa­dzić Sun­der­land do euro­pej­skich pucha­rów czy ścią­gać do Aston Villi gwiazdy Milanu i Realu. Moja pierw­sza pił­kar­ska koszulka miała na ple­cach tajem­ni­czy i nie­moż­liwy wów­czas do wypo­wie­dze­nia napis: GASCO­IGNE. Dla­czego tak było? Nie umiem tego wyja­śnić, wybacz­cie.

Pomysł napi­sa­nia książki, którą trzy­ma­cie teraz w rękach, tak naprawdę wziął się z… kina. Za każ­dym razem, kiedy oglą­dam jakiś film oparty na auten­tycz­nych wyda­rze­niach, muszę zgłę­bić histo­rię boha­te­rów, więc czy­tam wszystko, co się da, aż uznam temat za wyczer­pany. Po sean­sie Jak zostać kró­lem z Coli­nem Fir­them czy­ta­łem sporo na temat króla Jerzego VI. Chcia­łem dowie­dzieć się nieco wię­cej na temat jego pro­ble­mów z wysła­wia­niem się. To nie­sa­mo­wita histo­ria, a zara­zem genialna w swo­jej pro­sto­cie: oto władca wiel­kiego kraju nie potrafi prze­ma­wiać publicz­nie. Jąka się i stre­suje, gdy spada na niego taki obo­wią­zek. Wynaj­muje więc nauczy­ciela, który pomaga mu prze­ła­my­wać bariery. The King’s Spe­ech (tak brzmi ory­gi­nalny tytuł filmu) to cudowna opo­wieść o czło­wieku, który wła­ści­wie nie chciał wła­dzy, lecz został posta­wiony w trud­nej sytu­acji po abdy­ka­cji brata, Edwarda VIII. Na tro­nie zasia­dał w trud­nych oko­licz­no­ściach, nad­cią­gała bowiem II wojna świa­towa i rodacy szu­kali otu­chy w prze­mo­wach władcy. Czyż to nie genialny para­doks?

Zasko­czyło mnie mocno, że w anglo­ję­zycz­nej Wiki­pe­dii, świet­nie zresztą roz­wi­nię­tej, na temat jąka­nia się Jerzego VI pada zale­d­wie jedno zda­nie: „Miał pro­blemy z wysła­wia­niem się”. Kropka. Z tej jakże krót­kiej infor­ma­cji sce­na­rzy­sta David Seidler i reży­ser Tom Hooper stwo­rzyli fun­da­ment pod znacz­nie waż­niej­szy temat: zma­ga­nie się ze swo­imi sła­bo­ściami, trudy bycia wiel­kim władcą wobec faktu, że jest się tylko czło­wie­kiem.

Tam­tego wie­czoru wpa­dłem na pomysł. A gdyby tak przej­rzeć losy klu­bów i pił­ka­rzy z Anglii, by poszu­kać tego jed­nego zda­nia? Następ­nie zła­pać się go i na nim wspiąć wyżej? Mia­łem jed­nak świa­do­mość, jak żmudne poszu­ki­wa­nia mnie cze­kają. Mało tego, byłem prze­ko­nany, iż wymaga to wizyty w Anglii i spę­dze­nia dłu­gich godzin w biblio­tece. Porzu­ci­łem więc pomysł na jakiś czas. Któ­re­goś dnia jed­nak wró­cił.

Spraw­dzi­łem, czy histo­ryczne archiwa angiel­skiej prasy są dostępne online. Oka­zało się, że Bri­tish New­spa­per Archive za naprawdę nie­wielką opłatą udo­stęp­nia ludziom z całego świata swe prze­pastne zasoby się­ga­jące XVII wieku! Jesz­cze tego samego dnia poło­ży­łem córkę spać i na kilka godzin uto­ną­łem w lek­tu­rze. Ta fascy­nu­jąca podróż stała się dla mnie zara­zem lek­cją tam­tego spo­sobu pisa­nia i tego, jak się zmie­niała prasa dru­ko­wana. Odkry­wa­łem kolejne i kolejne histo­rie. Wtedy już wie­dzia­łem, że książka powsta­nie, potrzebne były tylko mobi­li­za­cja i deadline.

Dostar­czył mi ich czwart­kowy doda­tek do „Prze­glądu Spor­to­wego” – „PS Histo­ria”. Z batem w postaci ter­minu wysyłki do dru­karni, wiszą­cym nade mną co sie­dem dni, pra­co­wało się dużo łatwiej. Tema­tów szybko zro­biło się tyle, że musia­łem je zacząć sta­ran­nie selek­cjo­no­wać. Rekordy, tre­ne­rzy, pił­ka­rze, nie­sa­mo­wite mecze. Nie ma dru­giej tak boga­tej kul­tury fut­bo­lo­wej jak angiel­ska.

Chciał­bym, żeby to była dla Was cie­kawa podróż. Nie pla­no­wa­łem trasy, nie trzy­ma­łem się chro­no­lo­gii. Inte­re­so­wały mnie po pro­stu cie­kawe osoby i zda­rze­nia, nie­które poru­sza­jące, inne śmieszne. Przede wszyst­kim takie, które miały duży wpływ na to, co działo się potem. Szu­ka­łem odpo­wie­dzi na różne pyta­nia. Dla­czego zaczęto tyle pła­cić pił­ka­rzom? Skąd się wzięło gra­nie w nie­dzielę? Kiedy na koszul­kach poja­wili się spon­so­rzy? Jak wyglą­dała piłka nożna w cza­sie wojny? Każda z tych opo­wie­ści jest cząstką, która two­rzy całość nie­po­wta­rzal­nego kli­matu cha­rak­te­ry­zu­ją­cego angiel­ski fut­bol od ponad stu lat.

W cza­sach, kiedy piłka nożna stała się bez­dusz­nym, bru­tal­nym biz­ne­sem, warto przy­po­mnieć sobie, gdzie się to wszystko zaczęło, jak bar­dzo było kie­dyś roman­tyczne, a także zro­zu­mieć, że ważne histo­rie nie zawsze muszą doty­czyć wiel­kich klu­bów i sław­nych pił­ka­rzy. Jeśli po prze­czy­ta­niu tej książki choć jedna osoba zako­cha się w angiel­skiej piłce tak, jak ja przed laty, uznam to za wielki suk­ces. Sam dowie­dzia­łem się tak wielu fascy­nu­ją­cych rze­czy, że poczu­łem, jak­bym na nowo poznał swoją wielką miłość. To była podróż warta każ­dego prze­czytanego i napi­sa­nego wersu. Dzię­kuję temu, kto wymy­ślił angiel­ską piłkę, ponie­waż spra­wił zara­zem, że moje życie zawo­dowe stało się fascy­nu­jącą przy­godą. Teraz chciał­bym zapro­sić Was na kilka godzin do tego świata.

Prze­my­sław Rudzki

War­szawa, 24 kwiet­nia 2019 r.

1

Książę dry­ble­rów

Jak wyglą­dał świat przed powsta­niem rynku trans­fe­ro­wego

Oto opo­wieść o fut­bolu, który dopiero zaczy­nał być psuty przez pie­nią­dze, z pogry­wa­jącą w tle wio­lon­czelą. Więk­szość histo­ry­ków uważa, że pierw­szy trans­fer łamiący barierę dwóch zer to prze­no­siny Wil­liego Gro­vesa z West Brom­wich Albion do Aston Villi za 100 fun­tów. Praw­dziwa wielka licy­ta­cja na racz­ku­ją­cym rynku trans­ferowym w Anglii zaczyna się fak­tycz­nie w 1893 roku, ale od innego gra­cza – Jacka South­wor­tha. To jego histo­ria jest godna uwagi.

Powie­trze w Man­che­ste­rze było rześ­kie. W piąt­kowy, wrze­śniowy wie­czór 1895 roku ulice zaczęły się wypeł­niać prze­chod­niami spie­szą­cymi w kie­runku cen­trum, gdy z dużego budynku wyszła grupa roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych osób i zlała się z tłu­mem. Wyraź­nie prze­ży­wali coś, co stało się kilka chwil wcze­śniej. To był dobry kon­cert, nic więc dziw­nego, że ekipa The Halle, zado­wo­lona z wytrwa­łej, wie­lo­ty­go­dnio­wej pracy pod­czas prób, uznała teraz zgod­nie, iż wszy­scy zasłu­żyli na piwo lub kie­li­szek moc­niej­szego trunku.

Ele­gancko ubrani, roze­śmiani, ide­al­nie wpi­sy­wali się w to, czym stało się mia­sto Man­che­ster – kosmo­po­li­tyczną metro­po­lią, która przy­cią­gała ludzi. Prze­ży­wa­jącą swój naj­lep­szy czas. Dobrze znali sens hasła: „Co Man­che­ster robi dziś, reszta świata zrobi jutro”.

Wąsaty męż­czy­zna w ele­ganc­kim kape­lu­szu pozo­sta­wał lekko w tyle. Cza­sem bolała go noga. Było to efek­tem daw­nych zda­rzeń, o któ­rych nie chciał już pamię­tać. Oddzie­lił je grubą kre­ską. Naj­waż­niej­sze było to, że dziś nie zawiódł, a wio­lon­czela słu­chała go i sta­no­wili pod­czas całych dwóch godzin wyjąt­kowo zgrany duet.

Kochał ten instru­ment. Piękny z zewnątrz, a przy tym wyda­jący cudowne dźwięki. Dzię­ko­wał w duchu Luigiemu Boc­che­ri­niemu za to, że ten tak bar­dzo uwie­rzył w moc wio­lon­czeli, iż uczy­nił ją godną naj­pierw ary­sto­kra­cji, a potem hal kon­cer­to­wych. Spra­wił, że została gwiazdą wśród instru­mentów. Wło­ski lut­nik Stra­di­va­rius nadał jej zaś formę nie­mal dosko­nałą. Nie­któ­rzy twier­dzili, że kobie­tom dla­tego nie pozwala się grać na wio­lon­czeli, bo taki widok mógłby roz­pa­lić nie­po­trzebne żądze. Wio­lon­czela była więc dla męż­czyzn.

Od jakie­goś czasu czuł na sobie wzrok jed­nego z mło­dych skrzyp­ków. Po pró­bach w zeszłym tygo­dniu miał go nawet zapy­tać, dla­czego tak bacz­nie mu się przy­gląda, ale kiedy zoba­czył, jak chło­pak wer­tuje wni­kli­wie spor­towe strony „Liver­pool Echo”, zro­zu­miał. Dziś rów­nież dostrzegł, że skrzy­pek odstaje od reszty grupy, spe­cjal­nie zwal­nia­jąc tempo mar­szu, by wresz­cie zrów­nać się z nim i iść tak chwilę w mil­cze­niu.

– Coś cię gry­zie, chłop­cze? – zapy­tał wąsaty wio­lon­cze­li­sta z ojcow­ską tro­ską w gło­sie.

– Sły­szał pan? W Bir­ming­ham ukra­dli Puchar Anglii! Nie dalej niż wczo­raj, dasz pan wiarę? Z witryny sklepu! Nie­po­jęte! – eks­cy­to­wał się skrzy­pek.

– Dla­czego mi o tym mówisz?

– Myśla­łem, że to pana zain­te­re­suje – spło­szył się młody czło­wiek.

– Uwa­żasz, że zagi­niony puchar Anglii to cie­kawa infor­ma­cja dla wio­lon­cze­li­sty? – spy­tał wąsacz.

– Panie South­worth, pan wyba­czy śmia­łość. Prze­cież ja wiem dobrze, kim pan jest. Ja… Ja muszę poznać pań­ską histo­rię. Ja chcę wie­dzieć wszystko o piłce noż­nej. Ja wiem, że pan nie lubi…

– No cóż, trzeba było po pro­stu zapy­tać. Patrzysz na mnie od tygo­dnia, jak­bym coś ci ukradł. – Jack South­worth przy­sta­nął na chwilę, by dać odpo­cząć nodze. Tej samej, któ­rej kon­tu­zja prze­rwała jego wielką karierę pił­kar­ską.

Pozwo­lili resz­cie orkie­stry iść dalej, sami zaś znik­nęli po angiel­sku, skrę­ca­jąc do pubu Mar­ble Arch. Wio­lon­cze­li­sta pomy­ślał, że po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu ma ochotę wró­cić do tam­tego świata. Przy­naj­mniej w opo­wie­ściach. Zbu­do­wany w 1888 roku pub przy­wi­tał ich gwa­rem i cudow­nie zim­nym piwem.

W trzy­gwiazd­ko­wym hotelu w Che­ster sto­ją­cym przy City Road nikt już tego pew­nie nie pamięta. Prze­cież ściany nie potra­fią przy­po­mnieć gościom, że jesz­cze w tym stu­le­ciu stał w tym miej­scu inny obiekt. Nazy­wał się The Roy­alty The­atre. W koń­cówce XIX wieku wysta­wiono na jego deskach adap­ta­cję Ala­dyna, opo­wie­ści o magicz­nej lam­pie, z któ­rej wyła­niał się dżin. Kró­lew­ski Teatr poja­wił się i znik­nął dokład­nie tak jak on.

Cha­rak­te­ry­styczny biały budy­nek ozdo­biony ciem­no­brą­zo­wymi bel­kami prze­trwał ponad 120 lat, osta­tecz­nie prze­gry­wa­jąc bez­po­śred­nie star­cie z komer­cją. Dzie­dzic­two kul­tu­rowe liczą­cego ponad 100 tysięcy miesz­kań­ców mia­sta legło dosłow­nie w gru­zach. Miej­scowi żalili się w listach do lokal­nych gazet na taki stan rze­czy a wśród nich byli nawet mło­dzi ludzie, któ­rzy nie mieli prze­cież prawa pamię­tać jedy­nego występu grupy The Beatles w tym zacnym przy­bytku.

30 grud­nia 1893 roku Jack South­worth strze­lił sześć goli w meczu Ever­tonu z West Brom­wich Albion. Pił­karz pocho­dzący z rodziny, która od poko­leń była prze­siąk­nięta muzyką, grał na wio­lon­czeli, bez trudu radził sobie także z instru­men­tami dętymi, a debiut sce­niczny zali­czył w wieku 14 lat. Jego pra­dzia­dek był zako­chany w melo­diach do tego stop­nia, że zor­ga­ni­zo­wał w Roy­alty The­atre występ Nic­colo Paga­ni­niego, wło­skiego wir­tu­oza skrzy­piec z Genui.

„Ojciec Jacka, Robert, łączył pracę sto­la­rza z gra­niem na kor­ne­cie i dyry­go­wa­niem Black­burn Boro­ugh Band. Robert i jego żona Mar­tha cie­szyli się posia­da­niem dzie­wiątki dzieci, z któ­rych każde prze­ja­wiało muzyczny talent” – wspo­mina w tek­ście poświę­co­nym Jac­kowi South­wor­thowi, zaty­tu­ło­wa­nym Maestro, Rob Sawyer z www.tof­fe­eweb.com.

Doko­na­nia South­wor­tha prze­trwały, o czym za chwilę, w prze­ci­wień­stwie do Roy­alty The­atre, gdzie miał oka­zję wystę­po­wać. I nie cho­dzi by­naj­mniej o rekor­dową liczbę kon­cer­tów. Bo choć więk­szość jego rodzeń­stwa zro­biła karierę w branży muzycz­nej, z powo­dze­niem wystę­pu­jąc w róż­nych orkie­strach, Jack naj­le­piej jed­nak grał w piłkę.

W pracy nauko­wej sprzed ponad 20 lat, napi­sa­nej przez nie­ja­kiego Johna Sim­kina, można zna­leźć nie­zwy­kle inte­re­su­jące wątki. Na przy­kład taki, że dwa lata po trans­fe­rze South­wor­tha Ever­ton kupił świet­nego bram­ka­rza, Jacka Hil­l­mana (o jego korup­cyj­nej dzia­łal­no­ści znaj­dzie­cie osobny roz­dział Zapi­sków). Poka­zuje to, że klub, będący jed­nym z zało­ży­cieli Foot­ball League, szedł z duchem czasu, już wtedy bowiem dzia­ła­cze rozu­mieli, że wydatki prze­kła­dają się na kon­kretne wyniki. The Tof­fees mieli zresztą oso­bliwą przy­pa­dłość – się­gali po tytuły mistrzow­skie mię­dzy innymi w latach, w któ­rych wybu­chały dwie wiel­kie wojny świa­towe, w 1914 i 1939 roku.

Pił­kar­ska cen­trala naka­zała w 1893 roku obo­wiąz­kową reje­stra­cję wszyst­kich gra­czy w kraju. Nie mogli oni rów­nież zmie­niać barw bez zgody kra­jo­wej fede­ra­cji. Pił­karz, który chciał prze­nieść się do innego klubu, musiał uzy­skać akcep­ta­cję swo­jego macie­rzy­stego. Tak kła­dziono pod­wa­liny pod rynek trans­fe­rowy. Usta­lono choćby to, jak opi­sy­wał Sim­kin, że „jeśli pił­karz odrzu­cił ofertę pod­pi­sa­nia nowego kon­traktu na początku sezonu, nie mógł pod­pi­sać umowy z żad­nym innym klu­bem, do kiedy nie uzy­skał zgody obec­nego pra­co­dawcy”.

Kluby pró­bo­wały się bro­nić przed finan­so­wym pędem. Na przy­kład przed­sta­wi­ciele Derby County wyszli z pro­po­zy­cją, by mak­sy­malna tygo­dniówka dla zawod­nika wyno­siła 4 funty. Jed­nak naj­lepsi mogli zaro­bić około 10 fun­tów i taki pomysł ude­rzał w ich dochody. Trans­fery miały się stać roz­wią­za­niem pro­ble­mów finan­so­wych klu­bów, szcze­gól­nie tych, które chciały roz­wi­jać infra­struk­turę. Tak było w przy­padku South­wor­tha. W koń­cówce sezonu 1893/94 klub z Black­burn prze­stał być wypła­calny w wyniku złego osza­co­wa­nia zysków z bile­tów na Ewood Park. Sta­dion chciano roz­bu­do­wy­wać, ale to pochła­niało dużo środ­ków. Pozby­cie się rodo­wego klej­notu przez Rovers stało się nie­unik­nione.

Czte­ry­sta fun­tów, tyle wyno­siła cena za ten pił­kar­ski dia­ment – pew­nie zasta­na­wia­cie się, ile to by było dzi­siaj. Otóż siła nabyw­cza tych czte­rech setek z 1893 roku to mniej wię­cej rów­no­war­tość około 50 tysięcy fun­tów w obec­nym świe­cie. Za tyle Ever­ton pozy­skał więc gra­cza kom­plet­nego, który nazy­wany był „Księ­ciem Dry­ble­rów”. Dla Black­burn strze­lił 97 goli w 108 meczach ligo­wych, do tego dorzu­cił 22 tra­fie­nia w pucha­rach. Wciąż do niego należy klu­bowy rekord – pięć hat tric­ków w jed­nym sezo­nie (1890/91). Łącz­nie uzbie­rał ich aż 13.

Wśród fanów Ever­tonu szybko stał się kul­tową posta­cią. A prze­cież zagrał na Goodi­son Park tylko jeden cały sezon. Zdo­był w nim jed­nak 27 bra­mek.

W „Black­burn Stan­dard” z 9 wrze­śnia 1893 roku zna­la­złem list, który Jack napi­sał do redak­cji (co za piękne czasy!). Nosi on nagłó­wek: Jack wresz­cie prze­mó­wił. South­worth wysłał jak zwy­kły czy­tel­nik list, w któ­rym chciał uciąć wszel­kie spe­ku­la­cje doty­czą­cego jego odej­ścia z Black­burn. Zarzu­cano mu bowiem chci­wość i nie­spor­tową postawę. Pod­kre­ślał, że przez dwa lata jako środ­kowy napast­nik zara­biał funta tygo­dniowo, podał dokład­nie swoje roczne zarobki i popro­sił, by zro­zu­miano, że kiedy już prze­sta­nie grać w piłkę, Liver­pool jako mia­sto będzie lep­szym miej­scem do kon­ty­nu­owa­nia kariery muzycz­nej. Zazna­czył też, że ni­gdy nie był chciwy, a w innym klu­bie spo­koj­nie zaro­biłby nie­mal dwu­krot­ność tego, co w Black­burn (460 fun­tów przez 6 lat!). „Chciał­bym zoba­czyć, ilu spo­śród tych, któ­rzy tak gorzko wypo­wia­dają się w mej mate­rii, odrzu­ci­łoby pokusę ofert” – spu­en­to­wał.

Paskudna kon­tu­zja wkrótce zmu­siła go do wyco­fa­nia się z fut­bolu. South­worth kochał piłkę, ale jego naj­więk­szą miło­ścią zawsze była wio­lon­czela. Do gry na tym instru­men­cie wró­cił po zakoń­cze­niu kariery pił­kar­skiej. Po trans­fe­rze do nie­bie­skiej czę­ści Liver­po­olu został po kres życia w tym mie­ście, co poka­zało, że w liście sprzed lat był szczery. Gry­wał mię­dzy innymi kon­certy dla tury­stów. Przez pięć lat zwią­zany był z orkie­strą BBC w Man­che­ste­rze, a jego syn Harry także zako­chał się w wio­lon­czeli, co poka­zał, gra­jąc w kilku liver­po­ol­skich zespo­łach muzycz­nych.

John „Jack” South­worth odszedł w 1956 roku w wieku 89 lat. Jak napi­sano w dużym skró­cie w „Echo”: „Zjadł śnia­da­nie i umarł…”.

Miał dobre życie. Zosta­wił po sobie tysiące zagra­nych melo­dii i trzy gole w trzech meczach repre­zen­ta­cji Anglii, choć w koń­cówce XIX wieku klub mógł się wszak wypiąć na fede­ra­cję i zwy­czaj­nie nie pozwo­lić pił­ka­rzowi wyje­chać na mecz kadry, 156 bra­mek dla Black­burn i Ever­tonu, choć ich też mogło być wię­cej. Strzel­ców 10 goli z cza­sów jego gry w Rovers do dziś nie ziden­ty­fi­ko­wano. Ist­nieje bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, że wśród nich mógł być Jack.

2

Syn Albionu

Jak dwu­dzie­sto­la­tek z chłopca na posyłki stał się wiel­kim mene­dże­rem

Mene­dżer­skie przy­wią­za­nie do tych samych barw klu­bo­wych sir Alexa Fer­gu­sona, legendy Man­che­steru Uni­ted, i Arsène’a Wengera, pra­cu­ją­cego ponad dwie dekady w Arse­nalu, robi wra­że­nie, ale to Fred Eve­riss jest posta­cią wyra­sta­jącą ponad wszyst­kich w histo­rii angiel­skiego fut­bolu. Kiedy zaczy­nał w West Brom­wich Albion pracę gońca, nawet ktoś sza­lony nie wpadłby na to, że przez 46 lat będzie mene­dże­rem tego klubu i naj­waż­niej­szą posta­cią w jego histo­rii. To rekord, który z pew­no­ścią już ni­gdy nie zosta­nie pobity.

Miesz­kańcy West Brom­wich nie mogli uwa­żać się za szczę­ścia­rzy. Jakby nad mia­stem wciąż uno­siła się zła aura zwią­zana z wybi­ciem znacz­nej czę­ści lud­no­ści w wyniku epi­de­mii cho­lery, która na Wyspach Bry­tyj­skich sza­lała kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej, po uprzed­nim zebra­niu czar­nego żniwa na Kon­ty­nen­cie, w tym rów­nież w Pol­sce. Także powsta­jące jak grzyby po desz­czu budynki socjalne wcale nie wle­wały w serca miesz­kań­ców nadziei. Świa­do­mość, że mia­stu daleko do naj­pięk­niej­szych metro­po­lii świata, wpra­wiała jego oby­wa­teli w rodzaj przy­krej melan­cho­lii. Na doda­tek wciąż padał deszcz.

W domu pań­stwa Eve­ris­sów nara­stał nie­po­kój wyni­ka­jący z cze­goś zupeł­nie innego. Oto 13-letni Fred­die, wczo­raj jesz­cze dziecko prze­cież, posta­no­wił zostać męż­czy­zną, rzu­cić szkołę i zacząć zara­biać pie­nią­dze. Uznał, że tylko tak nadąży za coraz szyb­ciej pędzącą Wielką Bry­ta­nią, gdyż nawet tutaj, z dala od wiel­kiego Lon­dynu, gdzie bra­cia Lumière wła­śnie wyświe­tlali swoje pierw­sze filmy na Leice­ster Squ­are, też można było zro­bić karierę.

Rok 1896 miał być obiet­nicą cze­goś nowego, lep­szego, a cztery szy­lingi wypłaty za bycie chłop­cem na posyłki w klu­bie pił­kar­skim West Brom­wich Albion – począt­kiem więk­szego planu. Fred prze­mie­rzał ulice mia­sta pełen wiary, pogwiz­du­jąc popu­larną melo­dię Auld Lang Syne, nie czu­jąc powiewu zim­nego powie­trza. Uliczni sprze­dawcy krzy­czeli na cały głos: „Nowość, cał­ko­wita nowość, Daily Mail! Daily Mail, nowa gazeta, kupuj­cie Daily Mail! Naj­lep­sze wia­do­mo­ści spor­towe i nie tylko, Daily Mail!”.

Trzy­na­sto­letni Fred Eve­riss wie­rzył, że dla kogoś, kto kocha sport, praca w klu­bie, który kilka lat temu zdo­był Puchar Anglii, był jed­nym z zało­ży­cieli ligi pił­kar­skiej, a przy oka­zji wciąż się roz­wi­jał, to wielka szansa. Z pew­no­ścią dużo więk­sza niż malo­wa­nie ścian, któ­rym parał się oka­zjo­nal­nie.

Sie­dziba West Brom­wich Albion mie­ściła się na Sto­ney Lane, ale już wkrótce pla­no­wano prze­nie­sie­nie jej na The Haw­thorns. Fred był na Sto­ney Lane w dniu, kiedy pił­ka­rze WBA poko­nali lokal­nego rywala, Wolver­hamp­ton Wan­de­rers 1:0 w Pucha­rze Anglii. Głowa chłopca zlała się w całość z bli­sko 21 tysią­cami innych głów, wspól­nie usta­na­wia­ją­cych rekord fre­kwen­cji. Był prze­ko­nany, że musi być jesz­cze bli­żej fut­bolu.

Wziął głę­boki oddech i popchnął drzwi wio­dące do pomiesz­czeń klu­bo­wych, jakby wcho­dził do jakie­goś innego wymiaru. Czuł, że dzieje się coś bar­dzo waż­nego, cho­ciaż nie potra­fił sobie tego wytłu­ma­czyć.

Pierw­sza wzmianka, jaką udało mi się zna­leźć na temat Freda Eve­rissa w archi­wum bry­tyj­skiej prasy, pocho­dzi z „Wor­ce­ster­shire Chro­nicle”: „Pan Fred Eve­riss, sekre­tarz i mene­dżer Albionu, liczy sobie tylko 20 lat i musi być naj­młod­szym mene­dżerem w First Divi­sion”. W „Sun­der­land Daily Echo” z 1903 roku, gdzie jego nazwi­sko poja­wia się po raz drugi, nie­mal pół strony zaj­mują infor­ma­cje o West Brom­wich Albion, a zamiesz­czony w arty­kule opis klu­bo­wej rze­czy­wi­sto­ści opa­trzono rysun­kami.

Fred Eve­riss w isto­cie sta­wił się do pracy w WBA w 1896 roku. Po sze­ściu latach spę­dzo­nych na mniej istot­nych sta­no­wi­skach otrzy­mał posadę sekre­ta­rza. Choć tech­nicz­nie ozna­czało to, że to nie on sam wysta­wiał skład, miał bez­po­średni wpływ na tre­ne­rów, metody tre­nin­gowe, tak­tykę czy trans­fery.

Zna­la­złem jego wypo­wiedź z 1935 roku. „Mój zarząd byłby w szoku, gdy­bym popro­sił ich o 1000 fun­tów na nowego pił­ka­rza” – stwier­dził wów­czas, a trzeba pod­kre­ślić, że trzy dekady wcze­śniej Sun­der­land zapła­cił taką sumę Mid­dles­bro­ugh za Alfa Com­mona.

To jed­nak wyróż­niało Eve­rissa spo­śród innych mene­dże­rów. Sta­wiał na lokal­nych chło­pa­ków, jakby chciał dać wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że skoro on sam dostał szansę poważ­nej pracy w bar­dzo mło­dym wieku, to tym bar­dziej mogą ją otrzy­mać pił­ka­rze. Kiedy w 1902 roku obej­mo­wał dru­żynę, miał 20 lat. W klu­bie prze­czu­wano, że świeże oko i głód nauki mogą spra­wić, że pod wodzą Eve­rissa WBA będzie się roz­wi­jać. Fred potra­fił wpro­wa­dzić nowo­cze­sne metody tre­nin­gowe. Jed­nym z jego małych suk­ce­sów było naucze­nie pił­ka­rzy zmian pozy­cji na boisku. Uwa­żał, że to pomoże im uzy­skać więk­szą wszech­stron­ność, a w efek­cie pozwoli zaska­ki­wać rywali pod­czas meczów ligo­wych.

W 1920 roku młoda dru­żyna WBA się­gnęła po mistrzo­stwo Anglii. To jedyny tytuł w histo­rii klubu. W cza­sach rzą­dów Eve­rissa ekipa z West Midlands zdo­była jesz­cze Puchar Anglii w 1931 roku. „Fred Eve­riss pod­niósł renomę i god­ność klubu, któ­rego przy­wią­za­nie do ducha sportu jest sła­wione wszę­dzie tam, gdzie gra się w piłkę” – napi­sano w „Daily Mir­ror” w 1949 roku.

Rok wcze­śniej Eve­riss – już jako legenda WBA – prze­szedł na eme­ry­turę, ale tylko czę­ściowo, bo była to rezy­gna­cja ze sta­no­wi­ska okre­śla­nego na Wyspach Bry­tyj­skich mia­nem secre­tary-mana­ger (coś w rodzaju połą­cze­nia obo­wiąz­ków admi­ni­stra­cyj­nych z zarzą­dza­niem dru­żyną). Eve­riss miał na­dal pra­co­wać dla West Bromu, tym razem jako dyrek­tor, jed­nak trzy lata póź­niej zmarł. Miło­ścią do The Bag­gies tak zara­ził swo­jego syna, Alana, że ten zwią­zany był z klu­bem z The Haw­thorns przez 66 lat! Odgry­wał w nim role sprze­dawcy, asy­stenta sekre­ta­rza, sekre­ta­rza, a wresz­cie dyrek­tora. Rodzina Eve­rissów oddała swoje serce zało­żo­nemu 140 lat temu klu­bowi. Ojciec i syn zwią­zani byli z klu­bem przez dłu­gie lata.

11 maja 1931 roku WBA na The The Haw­thorns ze zdo­by­tym mie­siąc wcze­śniej Pucha­rem Anglii. Drugi od lewej nasz boha­ter, a w jasnej jesionce i czar­nym melo­niku póź­niej­szy król Edward VIII (wtedy jesz­cze jako książę Walii).

Kiedy zaczy­nał pracę, Fred Eve­riss był odpo­wie­dzialny za pro­gramy meczowe. Pisał do nich tek­sty, reda­go­wał je, peł­nił obo­wiązki sprze­dawcy. We wszyst­kim był nie­zwy­kle sumienny, co szybko zauwa­żyli jego prze­ło­żeni. Kiedy więc Frank Heavan zre­zy­gno­wał z posady mene­dżera, zatrud­nie­nie mło­kosa oka­zało się strza­łem w dzie­siątkę. Na The Haw­thorns stał się kul­tową posta­cią. Fani go uwiel­biali.

Trudno się dzi­wić. Kiedy nade­szła wojna, dbał o to, by klub dalej funk­cjo­no­wał. Wła­ści­wie pro­wa­dził go solo, peł­nił nawet funk­cję stróża noc­nego. Wcze­śniej też nie miał łatwego życia. Zaraz po tym, jak prze­jął rządy, roz­padł się zarząd WBA, a jedna z try­bun sta­dionu spło­nęła. Eve­riss nie­zwy­kle umie­jęt­nie zarzą­dzał sytu­acjami kry­zy­so­wymi, myśląc rów­no­le­gle o roz­woju dru­żyny. W 1927 roku wszedł do Związku Sekre­ta­rzy i Mene­dże­rów Ligi Pił­kar­skiej, tworu, któ­rego odpo­wied­ni­kiem jest dzi­siaj Zwią­zek Mene­dże­rów Ligo­wych (LMA). Człon­kiem tego sto­wa­rzy­sze­nia był do dnia, w któ­rym zde­cy­do­wał się na zosta­nie pre­ze­sem klubu.

W książce Neila Car­tera zaty­tu­ło­wa­nej The Foot­ball Mana­ger: A History zna­la­złem taki frag­ment: „Fred Eve­riss rów­nież nie był pił­ka­rzem i opu­ścił szkołę w wieku 13 lat, w 1895 roku. Począt­kowo pra­co­wał jako malarz, potem chło­piec na posyłki u dru­ka­rza, zanim dołą­czył do West Brom­wich Albion jako goniec za cztery szy­lingi tygo­dniowo w 1896 roku i miał zale­d­wie 20 lat, gdy został sekre­ta­rzem klubu. Jak Her­bert Chap­man [legen­darny mene­dżer Arse­nalu – przyp. PR] Eve­riss pra­co­wał w miej­sco­wej fabryce zbro­je­nio­wej – John’s Spen­cer w Wednes­bury – pod­czas I wojny świa­to­wej, gdzie został zatrud­niony przy pro­duk­cji poci­sków arty­le­ryj­skich”.

Prze­ło­mowy dla Eve­rissa był rok 1910. Po uga­sze­niu kilku poża­rów – w tym jed­nego, wspo­mnia­nego wyżej, dosłow­nie – dru­żyna wresz­cie zaczęła grać na miarę ocze­ki­wań. Zwy­cię­żyła w Divi­sion Two, a rok póź­niej dotarła do finału Pucharu Anglii. Eve­riss nie usta­wał w poszu­ki­wa­niach dobrych pił­ka­rzy mogą­cych wzmoc­nić dru­żynę i cały czas dbał o zrów­no­wa­żony budżet klubu. Oto ogło­sze­nie, jakie zna­la­złem w „Ath­le­tic News”, z ponie­działku, 9 maja 1910 roku: „West Brom­wich Albion zatrudni pił­ka­rzy, tylko pierw­szego sortu, na wszyst­kie pozy­cje, w następ­nym sezo­nie. Fred Eve­riss, The Haw­thorns, West Brom­wich”. Jego metody były sku­teczne. Mistrzo­stwo Anglii z 1920 roku pozo­staje do dziś naj­więk­szym osią­gnię­ciem w histo­rii WBA, nie­do­ści­gnio­nym marze­niem fanów The Bag­gies, któ­rych uko­chana dru­żyna spa­dła z Pre­mier League w na koniec sezonu 2017/18.

Eve­riss poświę­cił łącz­nie 55 lat życia jed­nemu klu­bowi. Patrząc jed­nak na tę bez wąt­pie­nia roman­tyczną histo­rię, można powie­dzieć, że było warto. Zosta­wił po sobie fan­ta­styczne wspo­mnie­nia. W ser­wi­sie aukcyj­nym ebay.com nie­dawno ktoś kupił za 1400 fun­tów 24-gra­mowy medal z 15-kara­to­wego złota, który Eve­riss otrzy­mał za długą i wierną służbę West Bro­mowi. Nawet dziś można nabyć kartę z auto­gra­fem byłego bossa West Brom­wich Albion, pod­pi­saną „Fred Eve­riss. Mana­ger”. Kosz­tuje bli­sko 100 fun­tów. Na początku XX wieku Fred kupiłby za to kilku nie­złych pił­ka­rzy.

* * *

Latem 2019 roku grupa zago­rza­łych fanów WBA dopięła swego. Z oka­zji set­nej rocz­nicy sezonu, w któ­rym The Bag­gies się­gnęli po mistrzo­stwo Anglii, pokój mene­dżer­ski na The Haw­thorns przy­jął nazwę „The Eve­riss Suite”. Pamięć o Fre­dzie, mimo upływu stu lat, wciąż żyje w ser­cach kibi­ców West Bromu.

3

Happy Jack

Jak kie­dyś kupo­wało się mecze

Jack Hil­l­man lubił kło­poty: próby prze­kup­stwa, lewą kasę, udział w podej­rza­nych meczach. Gdyby nie fakt, że tak czę­sto kom­bi­no­wał, zapewne zro­biłby dużo więk­szą karierę. Ale to nie­zwy­kle barwna i cie­kawa postać. Uwiel­biał się zakła­dać, jak wtedy gdy, gra­jąc prze­ciwko Stoke City, powie­dział, że może bro­nić z jedną zwią­zaną z tyłu ręką, a i tak nie wpu­ści gola. Spo­tka­nie było ordy­nar­nie wyre­ży­se­ro­wane, obie dru­żyny nie oddały ani jed­nego cel­nego strzału, ale prze­grany w tym zakła­dzie nie mógł wcze­śniej na to wpaść. Absurd całej sytu­acji dość dobrze odzwier­cie­dla krnąbrny żywot Hil­l­mana.

City Gro­und, West Bridg­ford, wybrzeże rzeki Trent. Rok 1900.

– Pano­wie, za nami spo­kojny sezon, jeste­śmy już bez­pieczni, dzi­siaj cieszmy się po pro­stu grą i dajmy ludziom tro­chę rado­ści. Sły­szy­cie tę melo­dię? – John Calvey zawie­sił głos, uno­sząc w górę palec wska­zu­jący.

Gwar w cia­snym pomiesz­cze­niu zamie­nił się w ciszę.

– Naj­pięk­niej­sza muzyka – skwi­to­wał Fred For­man, zamy­ka­jąc oczy. Nie mógł uwie­rzyć, że dobie­ga­jący ich tumult two­rzy zale­d­wie trzy tysiące osób. Tylu widzów przy­szło bowiem na City Gro­und, by obej­rzeć ich poże­gnalny mecz sezonu prze­ciwko Burn­ley.

Dru­żyna Not­tin­gham Forest szy­ko­wała się do bez­piecz­nego lądo­wa­nia w sezo­nie 1899/1900. Ostatni mecz. Czas na show.

Drzwi z odła­żącą czer­woną farbą, które nosiły ślady zarówno kop­nięć (cho­lerny Sun­der­land i twardy, pod­kuty but Johna McPher­sona w akcie zemsty), jak i zga­szo­nych petów, lekko się uchy­liły. Gigan­tyczna postać, mie­rząca ponad 190 cen­ty­me­trów wzro­stu, musiała mocno się pochy­lić, by wejść do środka, nie zawa­dza­jąc głową o futrynę.

– Nie prze­szka­dzam w świę­to­wa­niu? – spy­tał męż­czy­zna ubrany w gruby, ciemny swe­ter, nacią­gnięty na biały pod­ko­szu­lek. Rumieńce na jego twa­rzy wska­zy­wały, że roz­grzewka zmę­czyła go na tyle mocno, iż roze­gra­nie meczu jawiło się jako coś zupeł­nie zbęd­nego. Kolos sapał głę­boko i wodził oczami po nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu, deli­kat­nie drżą­cym od wrzawy na zewnątrz.

– Świę­to­wa­niu? To chyba dopiero po meczu. – For­man się skrzy­wił.

– Ja wła­śnie w tej spra­wie. – Olbrzym gniótł czapkę w wiel­kiej jak bochen chleba dłoni.

Było kilka minut po godzi­nie sie­dem­na­stej, gdy sędzia A.J Bar­ker dał znak do roz­po­czę­cia meczu. Try­buny City Gro­und ryk­nęły jak głodny lew. Gra­cze Forest wyszli na to spo­tka­nie w usta­wie­niu 1-2-3-5, w tym sezo­nie bar­dzo popu­lar­nym. Rywal odpo­wie­dział iden­tyczną stra­te­gią. Kwiet­niowe powie­trze było rześ­kie, warunki ide­alne do gry.

Kiedy Jack Calvey zdo­był pierw­szą bramkę, zro­bił groźną minę. Posłał wro­gie spoj­rze­nie Jac­kowi Hil­l­ma­nowi. Dru­gie tego dnia. Wcze­śniej w szatni, gdy bram­karz Burn­ley zło­żył swoją ofertę, zapa­no­wała cisza. Młodsi gra­cze wbili wzrok w drew­nianą pod­łogę, pełną wysta­ją­cych drzazg. Nie zamie­rzali się wychy­lać przed sze­reg. Cze­kali na głos star­szy­zny. Śpiewy kibi­ców docho­dzące z zewnątrz stały się na chwilę draż­niące. Harry Lina­cre, Ted Peers, Jim Ire­mon­ger, Geo­rge Robin­son, John McPher­son, Bob Nor­ris, Fred For­man, Jack Calvey, Gre­nville Mor­ris, Arthur Capes, Alf Spo­un­cer – zawod­nicy prze­zna­czeni do gry w pierw­szej jede­na­stce – przy­jęli pro­po­zy­cję olbrzyma ze zdzi­wie­niem.

– Wiesz, że nie odpu­ścimy? – zapy­tał Geo­rge Robin­son, pocią­ga­jąc łyk gorą­cej her­baty.

Hil­l­man wes­tchnął głę­boko.

– Musi­cie mnie zro­zu­mieć, przy­cho­dzę jako kapi­tan. – Wzru­szył sze­ro­kimi jak dyby ramio­nami.

Billy Brown zerwał się z miej­sca i sko­czył do wiel­ko­luda.

– Jako kapi­tan powi­nie­neś wie­dzieć, że nie odpusz­czamy. Koniec dys­ku­sji – syk­nął.

Gdy w 40. minu­cie meczu Alf Spo­un­cer pod­wyż­szył na 2:0, Hil­l­man nie miał wąt­pli­wo­ści, że dwa funty na głowę, które ofe­ro­wał rywa­lom, by ci pode­szli do spo­tka­nia z Burn­ley na zasa­dzie take it easy, tylko ich roz­draż­niły.

Forest to klub, który sły­nął z pomocy innym. Takie podej­ście do oto­cze­nia spra­wiło, że fut­bol zaczął się roz­wi­jać w kilku miej­scach, mię­dzy innymi w Lon­dy­nie, ponie­waż z Not­tin­gham wysłano tam stroje. Kil­ka­na­ście lat wcze­śniej, w 1886 roku, klub poda­ro­wał Arse­na­lowi ubiory pił­kar­skie, nie wie­dząc wów­czas, że ich czer­wona barwa sta­nie się na wieki ele­men­tem kolo­ry­stycz­nym The Gun­ners. Forest wycią­gał pomocną dłoń także do innych klu­bów – Bri­gh­ton and Hove Albion czy Liver­po­olu, wysy­łał sprzęt do Ever­tonu. Pochy­lał się z tro­ską nad innymi, by liga mogła się roz­wi­nąć, kon­ku­ren­cja rosła, a roz­grywki stały się bar­dziej atrak­cyjne. Dla­tego o sprze­da­niu meczu nie było nawet mowy.

Hil­l­man ude­rzył z tępym łosko­tem o zie­mię, prze­kli­na­jąc przy tym siar­czy­ście, a strze­lec gola na 3:0, Calvey, uśmiech­nął się tylko pod sumia­stym wąsem. Cztery minuty póź­niej Mor­ris doło­żył czwartą bramkę.

– Chcia­łeś podwo­je­nia stawki? No to podwo­ili­śmy – zawo­łał w kie­runku Hil­l­mana, a sędzia Bar­ker udał, że tego nie sły­szy.

W isto­cie gol­ki­per przy­szedł do szatni Forest w prze­rwie raz jesz­cze i fak­tycz­nie, jego oferta była wyż­sza. Uznał, że skoro dru­żyna broni się przed spad­kiem, wszyst­kie chwyty są dozwo­lone. Stawką było w końcu pozo­sta­nie w First Divi­sion, naj­wyż­szej kla­sie roz­gryw­ko­wej w ówcze­snej Anglii.

Ponad 100 wystę­pów w Burn­ley w dwóch podej­ściach, 116 ligo­wych spo­tkań w Man­che­ste­rze City – na prze­ło­mie XIX i XX wieku Jack Hil­l­man był dobrze zna­nym bram­ka­rzem. Nosił pseu­do­nim „Happy Jack”. Jego nazwi­sko poja­wia się przy oka­zji kilku afer, opi­sane zaś powy­żej zda­rze­nia to sta­ranna próba odtwo­rze­nia meczu, w cza­sie któ­rego zło­żył ofertę korup­cyjną. Było to iście pio­nier­skie dzia­ła­nie.

Fak­tem jest, że Hil­l­man został w sezo­nie 1897/98 zawie­szony przez Dun­dee, w któ­rym ode­grał rów­nież epi­zod, za to, że „nie pró­bo­wał”, co wią­zało się z jego postawą w nie­któ­rych meczach, gdy zagad­kowo zapo­mi­nał nagle dobrze bro­nić. Inna sprawa, że zarzu­cane mu próby doro­bie­nia sobie (praw­do­po­dob­nie za wpusz­cza­nie goli) mogły być – choć marne to uspra­wie­dli­wie­nie – spo­wo­do­wane nie­wy­pła­cal­no­ścią szkoc­kiego klubu. Hil­l­man szybko wró­cił do Burn­ley.

Ten jed­no­krotny repre­zen­tant Anglii przy­godę z kadrą może uznać za bar­dzo udaną, wszak Syno­wie Albionu roz­bili wtedy Irlan­dię 13:2. Wkrótce nade­szły jed­nak czarne dni i jego kariera w bar­wach naro­do­wych już ni­gdy nie mogła być kon­ty­nu­owana. Hil­l­ma­nowi przy­pięto bowiem łatkę cwa­niaka i kom­bi­na­tora. Po, opi­sa­nym na początku, meczu z Forest sekre­tarz klubu z Not­tin­gham wysłał do fede­ra­cji skargę doty­czącą prak­tyk gol­ki­pera. The Foot­ball Asso­cia­tion zajęła się sprawą, a bram­karz w cza­sie prze­słu­cha­nia powie­dział, że… żar­to­wał. Nie doce­niono jed­nak jego poczu­cia humoru. Zawie­szono go na sezon, a cała sytu­acja to według histo­ry­ków pierw­szy zare­je­stro­wany przy­pa­dek próby usta­wie­nia meczu.

Hil­l­man przy­cią­gał kolejne kło­poty jak magnes. Pod­czas pobytu w Man­che­ste­rze City zna­lazł się na liście 17 gra­czy, któ­rych The Foot­ball Asso­cia­tion zawie­siła na kilka mie­sięcy po tym, jak prze­pro­wa­dzono śledz­two doty­czące kont klu­bo­wych i wyka­zano, że zawod­nicy otrzy­mują bonusy, czego zaka­zy­wały prze­pisy. Jack dostał karę finan­sową w wyso­ko­ści 50 fun­tów i nie mógł już wię­cej repre­zen­to­wać barw City. Tę drugą karę osta­tecz­nie zdjęto, jed­nak koszulki The Citi­zens ni­gdy wię­cej nie zało­żył. Wró­cił do Burn­ley i został cukier­ni­kiem.

* * *

Męż­czy­zna spoj­rzał na pudełko papie­ro­sów leżące na bla­cie. Wid­niała na nim nazwa Odgen’s Ciga­ret­tes. W środku wciąż była karta. Pod­pi­sana: „J. Hil­l­man, Burn­ley”. To Ame­ry­ka­nie wymy­ślili takie karty. Przed­sta­wiały aktorki, bejs­bo­li­stów i indiań­skich wodzów. W Euro­pie poja­wiły się kilka lat póź­niej. W Wiel­kiej Bry­ta­nii, w Liver­po­olu, Tho­mas Odgen pro­wa­dził sklep z wyro­bami tyto­nio­wymi. To on zde­cy­do­wał się na doda­wa­nie do paczek papie­ro­sów dar­mo­wych kart z pił­ka­rzami.

Męż­czy­zna wycią­gnął papie­rosa i zapa­lił. Na zewnątrz pano­wał przy­jemny chłód. To trzeci papie­ros dzi­siaj. Rzuci, kie­dyś na pewno. Spoj­rzał w niebo, które wkrótce miało ujrzeć znaki wojny w postaci sta­lo­wych, ryczą­cych pta­ków. Nie mar­twił się tym spe­cjal­nie. Myślał o minio­nych dniach, stra­co­nych szan­sach, nad­uży­tym zaufa­niu i dziw­nych meczach – takich jak ten prze­ciwko Stoke, gdzie miało być 0:0 i było 0:0. Lubił spę­dzać czas na tyłach cukierni. W myślach wie­lo­krot­nie zwra­cał sobie uwagę, by ni­gdy nie palić przy klien­tach, sło­dy­cze jakoś nie kom­po­nują się z dymem.

Zacią­gnął się papie­ro­sem marki Guinea Gold, jakby to miał być ostatni raz w życiu. Obra­cał w pal­cach kartę. Wypu­ścił dym, rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i wsu­nął się do budynku. Musiał porząd­nie się schy­lić, by nie zawa­dzić głową o fra­mugę. Zasta­na­wiał się, dla­czego ludzie mówili na niego „Happy Jack”. Wcale nie czuł się szczę­śliwy.

4

Pies ratow­nik

Jak owcza­rek nie­miecki oca­lił dru­żynę przed spad­kiem z ligi

W histo­rii ligi angiel­skiej było wiele great esca­pes, cudow­nych ucie­czek przed ligową degra­da­cją w ostat­niej chwili. Ale jedna bez wąt­pie­nia jest szcze­gólna. To dzień, w któ­rym kibice Torquay Uni­ted świę­to­wali spek­ta­ku­larne ura­to­wa­nie zawo­do­wej piłki dla ich mia­sta maso­wym wbie­gnię­ciem na murawę. Tam­tego popo­łu­dnia w rolach głów­nych wystą­pili szkocki obrońca Jim McNi­chol i owcza­rek nie­miecki o imie­niu Bryn. Brzmi absur­dal­nie? No cóż, może wła­śnie dla­tego ta opo­wieść jest tak nie­sa­mo­wita, że posta­no­wił ją zekra­ni­zo­wać seria­lowy gigant Net­flix.

Męż­czy­zna pocze­kał kilka sekund, aż ostat­nie kro­ple spadną do kubka, i odło­żył zużytą torebkę z her­batą na kolo­rowy spodek. Spoj­rzał przez okno i doszedł do wnio­sku, że każ­dego dnia uważa Exe­ter za naprawdę ładne miej­sce. Nie umiał okre­ślić, dla­czego tak mu się tutaj podo­bało.

Popa­trzył na wiszący na ścia­nie kalen­darz i nawet nie był zasko­czony tym, że jest 9 maja. Roz­pra­wiał o tym długo przed snem, jesz­cze poprzed­niego wie­czoru. Równo za mie­siąc skoń­czy 60 lat. Pomy­ślał przez chwilę, że nie 9 czerwca, dzień jego uro­dzin, a wła­śnie 9 maja jest tą datą, która nazna­cza go naj­moc­niej. Pogo­dził się już z tym. W głębi duszy uwa­żał, że każ­demu czło­wie­kowi jest pisane, by coś po sobie zosta­wić. Cokol­wiek.

Była godzina 10.00 i zaczął się zasta­na­wiać, jaką porę dzien­ni­ka­rze uznają za sto­sowną, by już móc zadzwo­nić. Poznał wielu z nich i wie­dział, że cenią sobie wła­sny czas, dla­tego zawsze chcieli mieć mate­riał na tyle wcze­śnie, aby oddać go do redak­cji i mieć potem wolne. Odha­czyć dzień. Nie miał o to pre­ten­sji.

Rok temu dzwo­nili z lokal­nej gazety. Dwa lata temu z Lon­dynu, trzy lata wcze­śniej z „Daily Mail” i tak dalej. Dzie­sięć lat temu z „The Guar­dian”. Wtedy mijały 22 lata od tych absur­dal­nych wyda­rzeń.

Dziś też ktoś musiał zadzwo­nić. To tylko kwe­stia czasu. Jakiś dzien­ni­karz znów sobie przy­po­mni, a on ze spo­ko­jem opo­wie to samo, z deta­lami. W głębi duszy będzie tro­chę zły, że boha­tera robi się z psa, a nie z niego, choć prze­cież strze­lił wtedy gola z rzutu wol­nego. Po latach nie­wiele osób o tym jed­nak pamięta. On tak. Nie zapo­mniał także tam­tego bólu.

Zaraz po prze­bu­dze­niu zaj­rzał do albumu z wycin­kami z gazet. Spoj­rzał w lustro i nie był w sta­nie wyobra­zić sobie, że czło­wiek, który na niego patrzy, to ta sama osoba, co na foto­gra­fii. Łysina zastą­piła bujną czu­prynę. Ale tamta histo­ria wcale w nim nie wysty­gła.

Równo o 10.30 na wyświe­tla­czu komórki Jima McNi­chola poja­wił się obcy numer. „Kogo tu mamy?” – pomy­ślał i wci­snął zielny sym­bol słu­chawki. To nie był dzien­ni­karz spor­towy z jed­nej z angiel­skich gazet. Dzwo­niono z seria­lo­wego giganta, mają­cego dzie­siątki milio­nów abo­nen­tów na całym świe­cie, Net­flixa. Histo­ria, któ­rej Jim był jed­nym z głów­nych boha­te­rów, miała zostać prze­nie­siona na ekran jako część serialu Losers, choć on i jego kole­dzy tam­tego dnia z pew­no­ścią prze­grani nie byli. McNi­chol zapro­sił ekipę tele­wi­zyjną do sie­bie i uśmiech­nął się po zakoń­czo­nej roz­mo­wie. Torquay Uni­ted będzie teraz naprawdę nie­śmier­telne. Nawet jeśli – jak ujmie to w serialu jeden z fanów – „ktoś, kto idąc na mecz, spo­dziewa się ich zwy­cię­stwa, jest idiotą”.

„Nie zapo­mi­nasz ugry­zie­nia psa. Minęło ponad dwa­dzie­ścia lat, a ja wciąż mam nie­złą bli­znę, która mi o tym przy­po­mina. Mia­łem też trzy dziury w nodze, zało­żono mi sie­dem­na­ście szwów. Nikt o tym nie zapo­mniał. Gdyby sytu­acja zda­rzyła się w innym meczu, o mniej­szą stawkę, nie sądzę, że wciąż był­bym o to pytany” – tak McNi­chol, były obrońca Torquay Uni­ted, opi­sy­wał zda­rze­nia z lat 80. na łamach dzien­nika „Guar­dian” w 2009 roku, równo 22 lata po słyn­nym incy­den­cie z psem – w dniu, który na zawsze zapadł mu w pamięci.

To nie był łatwy sezon dla ekipy z Torquay, a widmo okrut­nie wsty­dli­wego spadku z czwar­tej ligi przy­bie­rało z każdą kolejką coraz bar­dziej realne kształty. W ostat­niej serii gier Uni­ted mie­rzyli się z Crewe Ale­xan­dra. Do prze­rwy rywale z mło­dziu­teń­kim Davi­dem Plat­tem, póź­niej­szym repre­zen­tan­tem Anglii, w skła­dzie pro­wa­dzili 2:0 i już tylko cud mógł ura­to­wać gospo­da­rzy.

McNi­chol miał rację, stawka była wtedy nie­zwy­kle wysoka, bowiem porażka ozna­czała wsty­dliwe miano pierw­szego zespołu w histo­rii, który wypa­dał z Foot­ball League, czyli tak naprawdę z zawo­do­wego gra­nia. Lot w nie­byt ama­tor­skiego fut­bolu nabie­rał potęż­nego roz­pędu. Nic dziw­nego, że na try­bu­nach było coraz bar­dziej ner­wowo. Poli­cja musiała być cały czas czujna i mieć oko na krew­kich fanów, chcą­cych wedrzeć się na murawę, szar­pią­cych raz po raz za barierki. Całe spo­tka­nie można obej­rzeć w YouTube – typowa angiel­ska „rąbanka” z lat 80. ubie­głego stu­le­cia, nie­wielki sta­dion rodem z niż­szych lig osa­dzony pomię­dzy budyn­kami miesz­kal­nymi.

To wła­śnie McNi­chol dał sygnał. Jego gol kon­tak­towy spra­wił, że gospo­da­rze uwie­rzyli w cud. A naj­bar­dziej sam zdo­bywca bramki, w któ­rego wstą­piły dodat­kowe siły. Wal­czył, bie­gał do każ­dej piłki. Pod­czas jed­nej z takich akcji poli­cyjny pies źle odczy­tał inten­cje pił­ka­rza. Roz­ju­szony gło­śnym tłu­mem owcza­rek nie­miecki Bryn ruszył na zawod­nika, chro­niąc swo­jego pana. Zato­pił zęby w nodze gra­cza Torquay, chcąc roz­szar­pać jego koń­czynę. Kamera nie zdą­żyła uchwy­cić tego incy­dentu, sfil­mo­wane jest tylko zbie­go­wi­sko wokół abs­trak­cyj­nego wyda­rze­nia i jego ofiary. Dzien­ni­ka­rze, zawod­nicy i tre­ner byli prze­ko­nani, że to kon­tu­zja. Na forum kibi­ców Torquay prze­czy­ta­łem rela­cję jed­nego z fanów, który tam­tego dnia był na Pla­in­moor. Napi­sał, że w ogóle nie zda­wał sobie sprawy z takiego zaj­ścia, dopiero potem prze­czy­tał o nim w gaze­tach.

Defen­sor leżał na mura­wie przez pięć minut po tym, jak osta­tecz­nie wyrwano go z uści­sku szczęk psa. Zwie­rzę zdo­łał przy­wo­łać do porządku John Har­ris, poli­cyjny opie­kun, z któ­rym McNi­chol spo­tka się wkrótce na komi­sa­ria­cie w obec­no­ści kamer. Owcza­rek Bryn poda mu wtedy łapę na zgodę. Obrońca Torquay, mający zresztą w Szko­cji brata hodu­ją­cego psy tej samej rasy, zapo­zuje do zdjęć zamiesz­czo­nych we wszyst­kich gaze­tach w Anglii. Dzięki pra­sie i tele­wi­zji tą histo­rią przez kolej­nych kilka dni będą żyli wszy­scy nad Tamizą.

Mecz trwał. Dru­żyna Torquay wciąż szu­kała jed­nej, upra­gnio­nej bramki, dają­cej utrzy­ma­nie. Wyniki innych spo­tkań ewi­dent­nie nie sprzy­jały eki­pie Stu­arta Mor­gana. Sytu­acja przed ostat­nią kolejką ukła­dała się nastę­pu­jąco: Torquay był trzeci od końca z 47 punk­tami, Burn­ley miało punkt mniej, a Tran­mere Rovers tyle samo oczek, co Uni­ted, ale korzyst­niej­szą róż­nicę bra­mek. Zespół Lin­coln City nato­miast, z 48 punk­tami, miał wszyst­kie karty w swo­ich rękach.

Teraz, przy wyniku 1:2, fani nasłu­chi­wali wie­ści z innych sta­dio­nów. Tran­mere było już bez­pieczne, bo wygrało swój mecz wcze­śniej, w pią­tek. Burn­ley pro­wa­dziło w roz­gry­wa­nym rów­no­le­gle sobot­nim spo­tka­niu, zaś Lin­coln prze­gry­wało ze Swan­sea, ale i tak miało punkt wię­cej niż Torquay. Bez gola nawet mate­ma­tyka na naj­wyż­szym pozio­mie nie mogła pomóc.

Zda­rze­nie z udzia­łem psa miało miej­sce sie­dem minut przed koń­cem meczu. McNi­chol leżał na boisku około pię­ciu minut. Tyle zatem musiał zatem doli­czyć sędzia. Na 60 sekund przed koń­cem doli­czo­nego czasu Paul Dobson strze­lił naj­waż­niej­szego gola w histo­rii klubu. 2:2, spa­dało Lin­coln City. Pił­ka­rze tego zespołu prze­grali ze Swan­sea, sie­dzieli więc w szatni i nasłu­chi­wali w radio wie­ści z Torquay.

Przed 1987 rokiem spa­dek z Foot­ball League nie musiał ozna­czać… spadku. Ostat­nia dru­żyna naj­niż­szej klasy roz­gryw­ko­wej mogła po pro­stu zostać wybrana ponow­nie do wystę­pów w niej. Była zatem jesz­cze deska ratunku. W 1987 roku zmie­niały się reguły gry i pił­ka­rze Torquay za wszelką cenę chcieli unik­nąć takiego wstydu. Zamiast zespołu wyśmie­wa­nego nad Tamizą stali się boha­te­rami czo­łó­wek gazet i infor­ma­cji tele­wi­zyj­nych. Świę­to­wali do bia­łego rana, a w kasy­nie prze­pu­ścili pre­mie za utrzy­ma­nie.

Torquay Uni­ted, w któ­rym przed laty wystę­po­wał mię­dzy innymi młody Lee Sharpe (póź­niej gwiazda Man­che­steru Uni­ted), a tre­ne­rem, już w XXI wieku, był – znany w Pol­sce z fatal­nego w skut­kach faulu na Wło­dzi­mie­rzu Lubań­skim – Roy McFar­land, gra obec­nie w szó­stej lidze (Natio­nal League South) i wal­czy o powrót na piąty poziom, z któ­rego dopiero co spadł. Dwa razy z rzędu w swoim stylu, w ostat­niej chwili, cudem rato­wał się przed spad­kiem, ale trze­cia ucieczka mu nie wyszła.

„Nie widzia­łem świę­to­wa­nia. Przyj­mo­wa­łem zastrzyki. Nasz lekarz klu­bowy, dok­tor Foster, który był nie­złym apa­ra­tem, powie­dział, że musi spraw­dzić, czy pies nie ma AIDS i innych cho­rób. Potem poje­cha­łem do domu i posze­dłem do łóżka” – to też z opo­wie­ści McNi­chola w „Guar­dia­nie” sprzed dekady.

Szkot ma dzi­siaj 61 lat. Jest sze­fem, mówiąc ład­niej lan­dlor­dem, w pubie The Exe­ter Inn, w Ash­bur­ton. Na zdję­ciach widać ładny ogró­dek. Pozwala tam wcho­dzić klien­tom z psami, choć sam nie ma czwo­ro­noga. Do Bryna nie żywi urazy. Zresztą jego kariery nie zakoń­czyły ugry­zie­nia z tam­tego dnia, lecz kon­tu­zja kostki.

Bryn prze­szedł na eme­ry­turę razem ze swoim panem. Kiedy nad­szedł czas poże­gna­nia psiaka, były poli­cjant skre­mo­wał jego ciało i pro­chy zacho­wał w domu. Dzięki psu stał się jedną z naj­bar­dziej popu­lar­nych osób w Torquay, choć gdyby Uni­ted prze­grali tam­ten mecz, miałby pro­blem z wyj­ściem na ulicę przez kilka następ­nych tygo­dni.

Choć histo­ria brzmi fil­mowo, to prze­cież nie owcza­rek ura­to­wał Torquay Uni­ted. Sym­pa­tyczny pies skradł całą chwałę strzel­cowi upra­gnio­nego gola na 2:2, Pau­lowi Dobso­nowi, który po latach tuła­nia się po niż­szych ligach skoń­czył jako cier­piący na zaawan­so­waną cukrzycę spa­wacz. Ale tam­ten wie­czór nale­żał do niego. Ruszył w tango tak mocno, że wró­cił do domu po trzech dniach. Roz­wiódł się rok póź­niej.

5

Mecz widmo

Jak Arse­nal grał z Dyna­mem Moskwa, nie widząc rywali we mgle

Wokół tego spo­tka­nia naro­sło mnó­stwo legend, a opo­wie­ści o nim, prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie, tak bar­dzo znie­kształ­ciły rze­czy­wi­ste wyda­rze­nia, jak robi to zabawa w głu­chy tele­fon. Im głę­biej drąży się temat, tym bar­dziej czło­wiek zaczyna się oba­wiać, że po ostat­nim gwizdku towa­rzy­skiego meczu Arse­nal Lon­dyn – Dynamo Moskwa na środku boiska wylą­do­wało UFO, które porwało gra­czy obu dru­żyn na obcą pla­netę w celu robie­nia eks­pe­ry­men­tów. Tak czy siak – działo się.

W dniu 27 sierp­nia 1776 roku ame­ry­kań­ski gene­rał Geo­rge Washing­ton wyko­rzy­stał mgłę, by jego armia mogła sal­wo­wać się ucieczką przed Bry­tyj­czy­kami pod­czas bitwy na Long Island w cza­sie kam­pa­nii nowo­jor­skiej.

Dawno temu uwa­żano, że we mgle czai się zło. Takie jak to, któ­rego doświad­czyli miesz­kańcy małego mia­steczka w thril­le­rze Ste­phena Kinga zaty­tu­ło­wa­nym Mgła. A prze­cież jest to – za Wiki­pe­dią – „natu­ralny, widoczny aero­zol skła­da­jący się z drob­nych kro­pe­lek wody lub krysz­tał­ków lodu zawie­szo­nych w powie­trzu w pobliżu powierzchni Ziemi, który powo­duje w przy­ziem­nej war­stwie powie­trza zmniej­sze­nie widzial­no­ści poni­żej 1000 m. Gdy widzial­ność wynosi od 1000 do 2000 m mówi się potocz­nie, że jest mgli­sto. Gdy widzial­ność wynosi ponad 2000 m zja­wi­sko nazywa się zamgle­niem”.

Opi­sane poni­żej wyda­rze­nia stają coraz bar­dziej mgli­stym wspo­mnie­niem, choć ze sta­rych foto­gra­fii wyraź­nie wynika, że widocz­ność była bli­ska zeru. Na szczę­ście nikomu nie stało się nic złego.

Rok 1945. Już samo to, że Arse­nal jest gospo­da­rzem meczu pił­kar­skiego na nale­żą­cym do Tot­ten­hamu obiek­cie White Hart Lane może się komuś dzi­siaj wyda­wać wyna­tu­rze­niem, jed­nak ktoś taki powi­nien wie­dzieć, że pod­czas II wojny świa­to­wej sta­dion High­bury sta­no­wił ARP (ang. Air Raid Pre­cau­tions), czyli jedno z tych miejsc w Wiel­kiej Bry­ta­nii, które miały słu­żyć lud­no­ści cywil­nej jako schro­nie­nie w przy­padku nalo­tów bom­bo­wych.

AFC jako klub spor­towy dobrze znał smak wojny. Pod­czas dzia­łań z nią zwią­za­nych aż 42 pro­fe­sjo­nal­nych pił­ka­rzy Kano­nie­rów słu­żyło na fron­cie. A dru­żyna, w któ­rej gościn­nie wystę­po­wali różni zawod­nicy, wśród nich słynny Stan­ley Mat­thews (ten skle­cony na szybko skład gospo­da­rzy nie spodoba się zresztą Rosja­nom, ale o tym póź­niej), musiała grać na White Hart Lane, obiek­cie odwiecz­nego rywala – Tot­ten­hamu Hot­spur. Wyczy­ta­łem gdzieś, że mene­dżer The Gun­ners, Geo­rge Alli­son, prze­kształ­cił pokój słu­żący w cza­sie meczów sędziom w swoje miesz­ka­nie. Osta­tecz­nie High­bury zostało zbom­bar­do­wane, a pół­nocne nabrzeże Tamizy ule­gło nie­mal cał­ko­wi­temu znisz­cze­niu przez wro­gie siły lot­ni­cze. Kilku pił­ka­rzy Arse­nalu, wśród nich Bobby Daniel, Sid­ney Pugh, Harry Cook i Leslie Lack, stra­ciło życie, słu­żąc ojczyź­nie.

Radziecki bram­karz Alek­siej Cho­micz prze­pu­ścił w mgli­stym meczu trzy gole. Wszyst­kie w pierw­szej poło­wie.

Parę lat temu w muzeum RAF zapre­zen­to­wano wystawę, która miała przy­po­mnieć Angli­kom mię­dzy innymi to, jak rywa­li­zu­jące ze sobą kluby dzia­łały razem dla dobra sto­licy, by fut­bol pozwa­lał ludziom zapo­mnieć o kosz­ma­rze wojny choć przez 90 minut. Po woj­nie dru­żyny z Lon­dynu chciały jed­nak jak naj­szyb­ciej wró­cić do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia i zdro­wej, spor­to­wej rywa­li­za­cji. Dla­tego z rado­ścią przy­jęto moż­li­wość zmie­rze­nia się z egzo­tycz­nym rywa­lem, jakim wów­czas bez wąt­pie­nia było Dynamo Moskwa. To nie był czas, w któ­rym wizyta ekipy ze Związku Radziec­kiego na Wyspach Bry­tyj­skich jawić się mogła jako coś zwy­czaj­nego.

Frag­ment tam­tego spo­tka­nia Arse­nalu z radziec­kim gigan­tem można zoba­czyć w bry­tyj­skich kro­ni­kach fil­mo­wych i aż trudno uwie­rzyć, że… w ogóle się ono odbyło. W kilku źró­dłach zna­la­złem infor­ma­cję, że sędzia spo­tka­nia został przy­wie­ziony do Lon­dynu przez gości. Być może dla­tego pozwo­lił grać mimo nie­sa­mo­wi­cie gęstej mgły, jaka spo­wiła White Hart Lane.