Zapiski syna tego kraju - James Baldwin - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

Pierwsze pełne polskie wydanie głośnego tomu esejów wybitnego amerykańskiego pisarza i działacza na rzecz praw obywatelskich. Znajdziemy tu jego szkice poświęcone afroamerykańskiej literaturze i kinematografii oraz głębokie, przejmujące eseje, w których w wyjątkowy sposób łączył zapis osobistego doświadczenia z refleksjami na temat polityki, amerykańskiego i europejskiego społeczeństwa, naznaczonych piętnem niewolnictwa i apartheidu relacji między czarnymi i białymi. Pisząc o śmierci cierpiącego na demencję ojca, Baldwin opowiada równocześnie o zamieszkach w Harlemie w 1943 roku, sprawozdanie z pobytu w więzieniu prowadzi go do pytania o francuską kolonizację, kronika podróży grupy muzyków do Atlanty pozwala opisać systemowy rasizm i paternalizm polityków, którzy infantylizują czarną społeczność. Wiele z tych esejów trafiło do kanonu literatury XX wieku i stało się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń pisarek i pisarzy. Siła i piękno głosu Baldwina wciąż poruszają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ja­mes Bal­dwin

Za­pi­ski syna tego kra­ju

Prze­ło­żył Mi­ko­łaj Den­der­ski

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Przed­mo­wa do wy­da­nia z 1984 roku

To Sol Ste­in, kum­pel z li­ceum, re­dak­tor, po­wie­ścio­pi­sarz, au­tor sztuk te­atral­nych, jako pierw­szy zwró­cił się do mnie z su­ge­stią na­pi­sa­nia tej książ­ki. Nie za­re­ago­wa­łem en­tu­zja­stycz­nie – je­śli do­brze pa­mię­tam, po­wie­dzia­łem mu, że je­stem za mło­dy na pu­bli­ko­wa­nie pa­mięt­ni­ków.

Ni­g­dy nie my­śla­łem, by z tych ese­jów mo­gła po­wstać książ­ka. Nie wy­da­je mi się, bym – zo­sta­wiw­szy je za sobą – wra­cał do nich my­ślą. Su­ge­stia Sola wy­wo­ła­ła ten szo­ku­ją­cy i nie­mi­ły efekt, że uzmy­sło­wi­ła mi upływ cza­su. Jak gdy­by chlu­snął mi w twarz zim­ną wodą.

Sol nie da­wał jed­nak za wy­gra­ną, po­dob­nie jak tru­dy i nie­bez­pie­czeń­stwa mo­je­go po­ło­że­nia. Ja­kiś czas przed tym, w 1954 roku, wró­ci­łem z Pa­ry­ża – z po­wo­dów, któ­re nie były dla mnie do koń­ca ja­sne. Obie­ca­łem szwaj­car­skie­mu przy­ja­cie­lo­wi wi­zy­tę w kra­ju mo­ich na­ro­dzin, jed­nak to aku­rat, jak są­dzę, na­le­ży uznać za pre­tekst – brak temu wagi mo­ty­wu. Nie znaj­du­ję żad­ne­go obiek­tyw­ne­go po­wo­du mo­je­go po­wro­tu do Ame­ry­ki w tam­tym cza­sie – nie je­stem pe­wien, czy znaj­du­ję ja­kiś su­biek­tyw­ny.

Tak czy ina­czej przy­je­cha­łem, na po­cząt­ku 1954 roku, kil­ka mie­się­cy przed trzy­dziest­ką, na śmierć wy­stra­szo­ny, ale szczę­śli­wy, że je­stem wśród ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Był to mój dru­gi po­wrót od cza­su wy­jaz­du w 1948 roku.

Wcze­śniej wró­ci­łem w roku 1952 z pierw­szą po­wie­ścią, zo­sta­łem na tyle dłu­go, by po­ka­zać ją ro­dzi­nie i sprze­dać, i czym prę­dzej się wy­nio­słem. W 1954 przy­wo­zi­łem Za­ułek Amen i by­łem w trak­cie pra­cy nad Moim Gio­van­nim, któ­ry od­dzie­lił się od tego, co mia­ło przy­brać kształt In­ne­go kra­ju.

Na do­brą spra­wę okres 1954–1955, po­mi­mo prze­ra­ża­ją­cych mo­men­tów, był wspa­nia­łym ro­kiem, i to nie tyl­ko z per­spek­ty­wy cza­su. Coś w koń­cu prze­ży­łem – do­wo­dem było to, że pra­co­wa­łem. By­łem w ko­lo­nii ar­ty­stycz­nej Yad­do w Sa­ra­to­ga Springs, kie­dy mój kum­pel Mar­lon Bran­do otrzy­mał Osca­ra, i oglą­da­łem w te­le­wi­zji, jak Bet­te Da­vis wrę­cza mu na­gro­dę i ca­łu­je go. Za mo­je­go po­by­tu tam za­dzwo­nił też do mnie z Wa­szyng­to­nu świę­tej pa­mię­ci Owen Do­dson, żeby mnie za­wia­do­mić, że re­ży­se­ru­je stu­denc­ką in­sce­ni­za­cję mo­jej sztu­ki na Uni­wer­sy­te­cie Ho­war­da. Po­je­cha­łem do Wa­szyng­to­nu, gdzie po­zna­łem nie­ży­ją­ce­go już wiel­kie­go E. Fran­kli­na Fra­zie­ra oraz wiel­kie­go Ster­lin­ga Brow­na. Ho­ward1 był pierw­szym kam­pu­sem uni­wer­sy­tec­kim, jaki wi­dzia­łem, i nie wiem, co by się sta­ło z moim mo­ra­le, gdy­by nie ci męż­czyź­ni. Przed­sta­wie­nie, Bogu dzię­ki, oka­za­ło się ol­brzy­mim sied­mio- czy dzie­się­cio­dnio­wym dzi­wem, któ­ry do­pie­ro ostat­nie­go wie­czo­ru oglą­da­ła prze­peł­nio­na sala, i to po­mi­mo nie­chęt­nie na­sta­wio­nej, jesz­cze nie czar­nej ka­dry wy­dzia­łu („Ta sztu­ka cof­nie Wy­dział Ję­zy­ko­wy o trzy­dzie­ści lat!”), zdu­mio­nej re­ak­cji „Va­rie­ty” („Jak pan są­dzi, co o tej sztu­ce po­my­ślą Mu­rzy­ni na Pół­no­cy?”) oraz fak­tu, że na­stęp­ny raz wy­sta­wio­no ją do­pie­ro nie­mal dzie­sięć lat póź­niej. I za­ko­cha­łem się. By­łem szczę­śli­wy – świat ni­g­dy wcze­śniej nie był tak pięk­nym miej­scem.

Ist­niał tyl­ko je­den mały szko­puł. Ja, my nie mie­li­śmy zła­ma­ne­go gro­sza, garn­ka, żeby się od­lać, ani okna, żeby go opróż­nić.

Sol Ste­in po­no­wił atak. Umó­wi­li­śmy się na dzie­więć ese­jów, on chciał dzie­sią­ty, więc na­pi­sa­łem ty­tu­ło­wy tekst mię­dzy do­mem Owe­na a Dun­bar Ho­tel. Wró­ci­łem do No­we­go Jor­ku i tam skoń­czy­łem Mo­je­go Gio­van­nie­go. Przy alei Wy­daw­ców, w owym opi­nio­twór­czym ma­tecz­ni­ku pa­trzo­no na książ­kę ze zgro­zą i wstrę­tem, nie chcia­no jej tknąć i ar­gu­men­to­wa­no, że je­stem mło­dym mu­rzyń­skim pi­sa­rzem, któ­ry wy­da­jąc tę książ­kę, zra­ził­by do sie­bie swo­ich czy­tel­ni­ków i znisz­czył so­bie ka­rie­rę. Krót­ko mó­wiąc, nie za­mie­rza­li jej pu­bli­ko­wać, da­jąc przy tym do zro­zu­mie­nia, ja­ko­by wy­świad­cza­li mi w ten spo­sób przy­słu­gę. Prze­ka­za­łem im moją wdzięcz­ność, moż­li­we, że w odro­bi­nę zbyt ostrych sło­wach, po­ży­czy­łem pie­nią­dze od zna­jo­me­go, po czym ja oraz mój ko­cha­nek wsie­dli­śmy na sta­tek do Fran­cji.

Nie my­śla­łem o so­bie jako ese­iście – po­dob­ny po­mysł ni­g­dy nie za­świ­tał mi w gło­wie. Na­wet, a być może zwłasz­cza, te­raz trud­no mi od­two­rzyć ko­le­je tej dro­gi.

Ma to na pew­no coś wspól­ne­go z tym, co pró­bo­wa­łem od­kryć i cze­go rów­nież sta­ra­łem się unik­nąć. Je­że­li usi­ło­wa­łem od­kryć sie­bie – co w grun­cie rze­czy, je­śli się nad tym za­sta­no­wić, było po­my­słem co­kol­wiek wąt­pli­wym, zwa­żyw­szy że sta­ra­łem się rów­nież przed sobą uciec – to na pew­no mię­dzy tym wła­snym ja a mną le­ża­ła na­ro­sła przez wie­ki ska­ła. Ta ska­ła ra­ni­ła rękę, w ze­tknię­ciu z nią kru­szy­ły się wszel­kie na­rzę­dzia. A jed­nak moje ja gdzieś tam było: czu­łem, jak wierz­ga w nie­wo­li i prze­ciw­ko niej. Na­dzie­ja oca­le­nia – toż­sa­mość – za­le­ża­ła od tego, czy tę ska­łę bę­dzie się po­tra­fi­ło roz­szy­fro­wać i opi­sać.

Głos w jed­nej z pie­śni woła: „na ska­łę zbyt dla mnie wy­so­ką wy­pro­wadź mnie”; inny zaś woła: „ukryj mnie w ska­le!”; jesz­cze inny oświad­cza: „w tej ska­le mój dom”. Albo: „Po­bie­głam ku ska­le, by twarz mą skryć / za­wo­ła­ła ska­ła: nie ukry­jesz nic!”.

Te na­gro­ma­dzo­ne w cią­gu stu­le­ci po­kła­dy ska­ły po od­cy­fro­wa­niu oka­zy­wa­ły się czę­ścią mo­je­go dzie­dzic­twa – czę­ścią, za­zna­czam, nie ca­ło­kształ­tem – ale je­że­li chcia­łem upo­mi­nać się o pra­wo przy­słu­gu­ją­ce mi z uro­dze­nia, któ­re­go le­d­wie cie­niem była dzie­dzi­czo­na prze­ze mnie spu­ści­zna, mu­sia­łem zmie­rzyć się ze ska­łą i przy­jąć ją do sie­bie. W prze­ciw­nym ra­zie to ona upo­mnia­ła­by się o mnie.

Albo też, uj­mu­jąc to ina­czej, po­zo­sta­wio­na mi spu­ści­zna była oso­bli­wa, w szcze­gól­ny spo­sób ogra­ni­czo­na i ogra­ni­cza­ją­ca – moje uro­dze­nie da­wa­ło mi roz­leg­łe pra­wo udzia­łu, łą­cząc mnie ze wszyst­kim, co żyje, i z każ­dym, po wsze cza­sy. Ale nie spo­sób do­cho­dzić pra­wa przy­słu­gu­ją­ce­go z uro­dze­nia, nie przyj­mu­jąc jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wio­nej spu­ści­zny.

Dla­te­go kie­dy za­czą­łem na po­waż­nie pi­sać – kie­dy wie­dzia­łem już, że się za­an­ga­żo­wa­łem, że bę­dzie to moim ży­ciem – mu­sia­łem sta­rać się opi­sać tę szcze­gól­ną kon­dy­cję, któ­ra była – jest – ży­wym do­wo­dem odzie­dzi­czo­nej prze­ze mnie spu­ści­zny. A jed­no­cze­śnie, po­słu­gu­jąc się tym sa­mym opi­sem, mu­sia­łem upo­mnieć się o pra­wo przy­słu­gu­ją­ce mi z uro­dze­nia. Je­stem tym, czym uczy­ni­ły mnie czas, oko­licz­no­ści, hi­sto­ria – to pew­ne – ale je­stem też czymś dużo wię­cej. Wszy­scy je­ste­śmy.

Kwa­dra­tu­ra koła, jaką jest ko­lo­ro­wość, to dzie­dzic­two każ­de­go Ame­ry­ka­ni­na i każ­dej Ame­ry­kan­ki, za­rów­no czar­nych, jak i bia­łych, czy to w świe­tle pra­wa, czy w świe­tle dnia. To strasz­li­we dzie­dzic­two, za któ­re nie­wy­sło­wio­ne rze­sze sprze­da­ły swo­je przy­ro­dzo­ne pra­wo. Rze­sze lu­dzi ro­bią tak do dziś. Owa po­twor­ność tak sil­nie ze­spo­li­ła z sobą prze­szłość i te­raź­niej­szość, że jest prak­tycz­nie rze­czą nie­moż­li­wą – a z pew­no­ścią po­zba­wio­ną sen­su – mó­wić o niej jak o czymś, co roz­gry­wa się, by tak rzec, w cza­sie. Ge­stem sa­mo­bój­czym, tak jak zresz­tą było do­tąd, może być pró­ba mó­wie­nia o niej do ludz­kich rzesz, któ­re – je­śli przy­jąć, że mają świa­do­mość ist­nie­nia cza­su – wie­rzą, że czas da się prze­chy­trzyć.

W każ­dym ra­zie coś po­dob­ne­go ma pe­wien zwią­zek z mo­imi po­cząt­ka­mi. Pró­bo­wa­łem umiej­sco­wić się w okreś­lo­nym dzie­dzic­twie i po­słu­żyć się tym dzie­dzic­twem wła­śnie po to, żeby upo­mnieć się o moje przy­ro­dzo­ne pra­wo, któ­re­go owo dzie­dzic­two tak bru­tal­nie i wy­raź­nie mi od­ma­wia­ło.

Nie jest przy­jem­ne być zmu­szo­nym przy­znać, z górą trzy­dzie­ści lat póź­niej, że ani ta dy­na­mi­ka, ani ta ko­niecz­ność nie ule­gły prze­kształ­ce­niu. Za­szły po­wierz­chow­ne zmia­ny, któ­rych skut­ki są w naj­lep­szym ra­zie nie­jed­no­znacz­ne, w naj­gor­szym zaś – ka­ta­stro­fal­ne. Pod wzglę­dem mo­ral­nym nie za­szła żad­na zmia­na, a zmia­na mo­ral­na to je­dy­na zmia­na rze­czy­wi­sta. Plus ça chan­ge, uty­sku­ją zi­ry­to­wa­ni Fran­cu­zi (któ­rym moż­na za­ufać, że wie­dzą, co mó­wią), plus c’est la même cho­se („Im bar­dziej się zmie­nia, tym bar­dziej po­zo­sta­je ta­kie samo”). Przy­naj­mniej mają dość kla­sy, że stać ich w tej kwe­stii na szcze­rość.

Je­dy­ną praw­dzi­wą zmia­ną ostro ry­su­ją­cą się w tym obec­nym, nie­wy­sło­wie­nie groź­nym cha­osie jest pa­nicz­ny nie­po­kój po stro­nie tych, któ­rzy oczer­nia­li i pod­po­rząd­ko­wy­wa­li so­bie in­nych tak dłu­go, że sy­tu­acja od­wró­ci­ła się na ich nie­ko­rzyść. Ani razu Cy­wi­li­zo­wa­ni nie zdo­ła­li usza­no­wać, uznać czy opi­sać Dzi­ku­sa. Jest on, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, źró­dłem ich bo­gac­twa, a nie­prze­rwa­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie go ich jarz­mu – klu­czem do ich wła­dzy i chwa­ły. To praw­da ab­so­lut­na i nie­zbi­ta w Afry­ce Po­łu­dnio­wej – by ogra­ni­czyć się do tyl­ko jed­nej czę­ści Afry­ki – a tak­że w od­nie­sie­niu do co­dzien­no­ści czar­nych męż­czyzn i ko­biet; tu­taj czar­ne­go z punk­tu wi­dze­nia gos­po­dar­ki naj­zwy­czaj­niej spi­sa­no na stra­ty i z tego po­wo­du za­chę­ca się go, by wstę­po­wał do ar­mii albo, zgod­nie z prze­ko­na­niem, ja­kie ży­wią choć­by Da­niel Moy­ni­han i Na­than Gla­zer, by zo­stał li­sto­no­szem, by na coś się, na mi­łość bo­ską, przy­dał, gdy bia­li męż­czyź­ni bio­rą na swo­je bar­ki cięż­kie brze­mię rzą­dze­nia świa­tem.

Cóż. Plus ça chan­ge. A co do­pie­ro miał­by po­wie­dzieć czar­ny oby­wa­tel o „ta­kich przy­ja­cio­łach”, ma­jąc na my­śli swo­ich kra­ja­nów!

Pod rusz­to­wa­niem z bie­żą­cych dni, na­dziei, przed­się­wzięć czai się nie­wy­po­wie­dzia­na, lo­do­wa­ta pa­ni­ka. Po­wie­dzia­łem, że Cy­wi­li­zo­wa­ni ani razu nie zdo­ła­li usza­no­wać, uznać czy opi­sać Dzi­ku­sa. Z chwi­lą, gdy stwier­dzi­li, że jest on dzi­ku­sem, znik­nę­ło wszyst­ko, co moż­na by sza­no­wać, uzna­wać czy opi­sy­wać. Za to dzi­ku­sy opi­su­ją Eu­ro­pej­czy­ków – któ­rzy, wy­lą­do­waw­szy w No­wym (!) Świe­cie, nie byli jesz­cze bia­ły­mi – jako „lu­dzi z nie­bios”. Po­dob­nie dzi­cy w Afry­ce żad­ną mia­rą nie mo­gli prze­wi­dzieć udrę­ki tej dia­spo­ry, na któ­rą mie­li być ska­za­ni. Na­wet wo­dzo­wie sprze­da­ją­cy Afry­kań­czy­ków w nie­wo­lę nie mo­gli przy­pusz­czać, że nie­wo­la ta bę­dzie trwać wiecz­nie, a w każ­dym ra­zie przy­naj­mniejty­siąc lat.Do­świad­cze­nie dzi­kich nie mo­gło przy­go­to­wać ich na tego ro­dza­ju wy­obra­że­nie, po­dob­nie jak na to, że o zie­mi bę­dzie się my­śleć jak o czymś, co moż­na ku­po­wać i sprze­da­wać (tak jak ja nie mogę uwie­rzyć, że lu­dzie na­praw­dę ku­pu­ją i sprze­da­ją prze­strzeń po­wietrz­ną nad wie­żow­ca­mi Man­hat­ta­nu).

A jed­nak to wszyst­ko się sta­ło i dzie­je się na­dal. Z głę­bi tego nie­wia­ry­god­ne­go okru­cień­stwa otrzy­mu­je­my mit o we­so­łym Bam­bo i Prze­mi­nę­ło z wia­trem. Wy­da­je się, że miesz­kań­cy Ame­ry­ki Pół­noc­nej do dziś wie­rzą w te le­gen­dy, któ­re stwo­rzy­li i któ­re nie mają ab­so­lut­nie żad­ne­go po­twier­dze­nia w rze­czy­wi­sto­ści. A kie­dy le­gen­dy te są ata­ko­wa­ne, jak obec­nie – na ca­łym ziem­skim glo­bie, któ­ry ni­g­dy nie był i nie bę­dzie bia­ły – moi ziom­ko­wie ro­bią się dzie­cin­nie mści­wi i nad wy­raz nie­bez­piecz­ni.

Owa nie­wy­ra­żo­na pa­ni­ka, o któ­rej mó­wi­łem wcze­śniej, bie­rze się z prze­ra­że­nia fak­tem, że oto Dzi­kus może już opi­sać Cy­wi­li­zo­wa­ne­go – je­dy­nym spo­so­bem, by temu prze­szko­dzić, jest uni­ce­stwie­nie czło­wie­czeń­stwa. Pa­ni­ka ta świad­czy o tym, że za­rów­no po­je­dyn­cza oso­ba, jak i ludz­ka zbio­ro­wość nie mogą uczy­nić ni­cze­go, nie wie­dząc, co czy­nią. I po­dob­nie nikt nie zdo­ła unik­nąć za­pła­ty za wy­bo­ry, któ­rych do­ko­nał. Na dzi­ką – je­śli moż­na tak po­wie­dzieć – iro­nię za­kra­wa fakt, że je­dy­nym do­wo­dem wo­bec świa­ta – ludz­ko­ści – na pry­mat bia­łych są czar­na twarz i głos: twarz ni­g­dy nie­prze­stu­dio­wa­na, głos ni­g­dy nie­usły­sza­ny. Oczy w tej twa­rzy sta­no­wią świa­dec­two nie­wy­ba­czal­nej i nie­wy­obra­żal­nej zgro­zy ży­cia tego, któ­ry jest nie­wol­ni­kiem w zie­mi obie­ca­nej, ale do­wo­dzą też tego, że tro­uble don’t last al­ways2; co do gło­su – nie­gdyś prze­peł­nio­ne­go gnie­wem i bó­lem, któ­re pod­trzy­my­wa­ły rze­czy­wi­stość straż­ni­ka – od­wo­łu­je się on do in­nej rze­czy­wi­sto­ści, w in­nych ję­zy­kach. Lu­dzie, któ­rzy my­ślą o so­bie jako o bia­łych, mają do wy­bo­ru stać się ludz­ki­mi albo nie­istot­ny­mi.

Albo ta­ki­mi, ja­ki­mi już się sta­li pod każ­dym wzglę­dem poza swo­ją fak­tycz­ną po­sta­cią – za­mierz­chły­mi. Bo­wiem je­śli zmar­twie­nie, jak po­wia­da nam Ekle­zja­sta, nie trwa po wsze cza­sy, po­dob­nie wiecz­na nie jest Wła­dza, a to bo­daj na fak­cie, na­dziei czy też mi­cie Wła­dzy owa toż­sa­mość, któ­ra na­zy­wa sie­bie bia­łą, od za­wsze ba­zo­wa­ła.

Gdy ta książ­ka uka­zy­wa­ła się po raz pierw­szy, do­pie­ro co skoń­czy­łem trzy­dzie­ści je­den lat, a w chwi­li, kie­dy to prze­czy­ta­cie, będę już po sześć­dzie­siąt­ce. Uwa­żam to za coś zgo­ła nie­sa­mo­wi­te­go, ale nie wspo­mi­nam o tym te­raz, by coś świę­to­wać czy nad czymś pła­kać. Nie są­dzę, bym miał po­wo­dy, aby się skar­żyć: z całą sta­now­czo­ścią my­ślę, że wręcz prze­ciw­nie – ra­czej by przy­stać na to, co było, i to nie­za­leż­nie od tego, co przy­nie­sie ju­tro. Mam jed­nak po­wo­dy do roz­my­ślań – za­wsze się je ma, gdy trze­ba spoj­rzeć wstecz. Pa­mię­tam wie­lu lu­dzi, któ­rzy po­mo­gli mi na róż­ne spo­so­by, któ­rych nie po­dej­mu­ję się tu opi­sy­wać, tyle lat temu, kie­dy by­łem tam­tym onie­mia­łym dzie­cia­kiem z wy­ba­łu­szo­ny­mi ocza­mi, sie­dzą­cym w moim wspo­mnie­niu gdzieś w ką­cie na pod­ło­dze. Było mi trud­no w Vil­la­ge, gdzie masa lu­dzi, za­grze­wa­na przez gli­nia­rzy, uwa­ża­ła za świet­ną za­ba­wę obi­ja­nie moją gło­wą sto­łów i krze­seł, tak że wkrót­ce prze­sta­łem mó­wić o swo­ich „kon­sty­tu­cyj­nych” pra­wach. Je­stem, jak są­dzę, oca­lo­nym.

Oca­lo­nym z cze­go? W tam­tych la­tach, kie­dy ogar­nia­ło mnie prze­ra­że­nie, kie­dy pa­ła­łem gnie­wem albo zbie­ra­ło mi się na płacz, mó­wio­no mi: „Trze­ba cza­su, Jim­my. Trze­ba cza­su”. Zga­dzam się, wciąż się zga­dzam, jak­kol­wiek wca­le nie trze­ba było dużo cza­su, by wie­lu z tych lu­dzi, któ­rych wów­czas, w la­tach pięć­dzie­sią­tych, zna­łem, zrej­te­ro­wa­ło, po­sta­no­wi­ło mieć z tego coś dla sie­bie i ustro­iło się w ame­ry­kań­ską fla­gę. Ża­ło­sna i nik­czem­na ban­da tchó­rzy, któ­rej nie­gdyś za­wie­rzy­łem ży­cie – „tacy przy­ja­cie­le”!

Ale o tym wszyst­kim po­roz­ma­wia­my in­ne­go dnia. Kie­dy mó­wio­no mi, gdy by­łem mło­dy, że trze­ba cza­su, mó­wio­no mi, że trze­ba cza­su, by czar­ną oso­bę w tym kra­ju za­czę­to trak­to­wać jak isto­tę ludz­ką, ale że to się sta­nie. Bę­dzie­my dzia­łać, by tak się sta­ło. Przy­rze­ka­my ci.

Sześć­dzie­siąt lat ludz­kie­go ży­cia to dużo cza­su na wy­wią­za­nie się z obiet­ni­cy, zwłasz­cza je­śli się weź­mie pod uwa­gę wszyst­kie ży­wo­ty po­prze­dza­ją­ce mój i te prze­bie­ga­ją­ce rów­no­le­gle z nim.

To, co wy­da­rzy­ło się za mo­je­go ży­cia, to wy­li­cze­nie do­ko­nań mo­ich przod­ków. Nie do­trzy­ma­no żad­nej z da­nych im obiet­nic, żad­nej z da­nych mnie, a ja sam nie mogę do­ra­dzać tym, któ­rzy przy­cho­dzą po mnie, ani moim krew­nym z ca­łej kuli ziem­skiej, by wie­rzy­li w ja­kie­kol­wiek sło­wo wy­po­wia­da­ne przez mo­ich upa­dłych mo­ral­nie ro­da­ków.

„A cho­ciaż – jak pi­sze Do­ris Les­sing w przed­mo­wie do Opo­wie­ści afry­kań­skich – okru­cień­stwa wy­rzą­dzo­ne przez bia­łe­go czło­wie­ka czar­ne­mu czło­wie­ko­wi za­li­cza­ją się do naj­cięż­szych za­rzu­tów w ak­cie oskar­że­nia prze­ciw ludz­ko­ści, uprze­dze­nie ze wzglę­du na ko­lor skó­ry nie jest na­szą winą pier­wot­ną, a tyl­ko jed­nym z aspek­tów za­ni­ku wy­obraź­ni, któ­ry utrud­nia nam do­strze­że­nie nas sa­mych w każ­dym stwo­rze­niu, któ­re od­dy­cha pod słoń­cem”3.

Amen. En avant.

Ja­mes Bal­dwin

18 kwiet­nia 1984

Am­herst, Mas­sa­chu­setts

Za­pi­ski syna tego kra­ju

Dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go lip­ca 1943 roku umarł mój oj­ciec. Tego sa­me­go dnia, kil­ka go­dzin wcze­śniej uro­dzi­ło się jego naj­młod­sze dziec­ko. Z górą mie­siąc przed tymi wy­da­rze­nia­mi, kie­dy ocze­ki­wa­li­śmy na nie w wiel­kim na­pię­ciu, w De­tro­it do­szło do naj­krwaw­szych za­mie­szek na tle ra­so­wym w na­szym stu­le­ciu. Kil­ka go­dzin po na­bo­żeń­stwie ża­łob­nym, kie­dy mój oj­ciec spo­czy­wał na ka­ta­fal­ku w ka­pli­cy za­kła­du po­grze­bo­we­go, za­miesz­ki ra­so­we wy­bu­chły w Har­le­mie. Ran­kiem 3 sierp­nia wieź­li­śmy mo­je­go ojca na cmen­tarz przez pu­sty­nię usia­ną tłu­czo­nym szkłem okien­nym.

Dzień po­grze­bu mo­je­go ojca był rów­nież dniem mo­ich dzie­więt­na­stych uro­dzin. Gdy od­pro­wa­dza­li­śmy go na cmen­tarz, wszę­dzie po dro­dze mi­ja­li­śmy po­kło­sie nie­spra­wie­dli­wo­ści, anar­chii, roz­cza­ro­wa­nia i nie­na­wi­ści. Mia­łem wra­że­nie, jak­by sam Bóg, chcąc pod­kre­ślić odej­ście mo­je­go ojca, wy­my­ślił tę prze­dłu­ża­ną w nie­skoń­czo­ność i roz­dzie­ra­ną dy­so­nan­sa­mi kodę. I wy­da­wa­ło mi się rów­nież, że okru­cień­stwo, któ­re wzbie­ra­ło wszę­dzie wo­kół nas, kie­dy oj­ciec opusz­czał świat, ob­my­ślo­no jako śro­dek dys­cy­pli­nu­ją­cy, któ­ry miał zła­mać dumę jego naj­star­sze­go syna. Od­rzu­ci­łem wia­rę w tę apo­ka­lip­sę, któ­ra sta­no­wi­ła cen­trum wy­obraź­ni mo­je­go ojca – pro­szę bar­dzo, zda­wa­ło się mó­wić ży­cie, masz tu coś, co z pew­no­ścią bę­dzie ucho­dzić za apo­ka­lip­sę, jesz­cze za­nim przyj­dzie ta praw­dzi­wa. Czę­sto ży­wi­łem po­gar­dę dla ojca z po­wo­du wa­run­ków jego – na­sze­go – ży­cia. Kie­dy nad­szedł kres, za­czą­łem się nad jego ży­ciem za­sta­na­wiać, a przy tym, ina­czej niż do­tąd, od­czu­wać nie­po­kój w związ­ku z wła­snym.

Nie zna­łem ojca zbyt do­brze. Nie do­ga­dy­wa­li­śmy się z sobą, po czę­ści dla­te­go, że łą­czy­ła nas – przy­bie­ra­jąc u każ­de­go inną po­stać – przy­wa­ra upar­tej dumy. Kie­dy umarł, zda­łem so­bie spra­wę, że pra­wie ni­g­dy z nim nie roz­ma­wia­łem. Kie­dy nie żył już od dłuż­sze­go cza­su, za­czą­łem tego ża­ło­wać. To chy­ba ty­po­wy rys ży­cia w Ame­ry­ce – gdzie od moż­li­wo­ści, praw­dzi­wych i wy­obra­żo­nych, roi się bar­dziej niż gdzie­kol­wiek na zie­mi – że dru­gie po­ko­le­nie nie ma cza­su, by roz­ma­wiać z pierw­szym. Bo­daj nikt, włącz­nie w nim sa­mym, nie wie­dział, ile do­kład­nie ma lat, ale jego mat­ka uro­dzi­ła się jesz­cze za cza­sów nie­wol­nic­twa. Był z pierw­sze­go po­ko­le­nia wol­nych lu­dzi. Ra­zem z ty­sią­ca­mi in­nych Mu­rzy­nów przy­był na Pół­noc po 1919 roku i ja na­le­żę do ge­ne­ra­cji, któ­ra ni­g­dy nie wi­dzia­ła oko­lic okre­śla­nych cza­sem przez Mu­rzy­nów jako Sta­ry Kraj.

Przy­szedł na świat w No­wym Or­le­anie i był cał­kiem mło­dy w cza­sach, kie­dy Lo­uis Arm­strong był chłop­cem na po­sył­ki wła­ści­cie­li spe­lu­nek i tanc­bud w tym mie­ście, któ­re za­wsze przed­sta­wia­no mi jako naj­nik­czem­niej­sze ze wszyst­kich miejsc – do dziś, ile­kroć my­ślę o No­wym Or­le­anie, mi­mo­wol­nie my­ślę tak­że o So­do­mie i Go­mo­rze. Mój oj­ciec ni­g­dy nie wspo­mi­nał Lo­uisa Arm­stron­ga, chy­ba że chciał aku­rat za­bro­nić nam słu­cha­nia jego płyt, ale jego zdję­cie dłu­go wi­sia­ło u nas na ścia­nie. Umie­ści­ła je tam jed­na z bar­dziej upar­tych krew­nia­czek ojca i za­bro­ni­ła mu je zdej­mo­wać. Ni­g­dy go nie zdjął, ale osta­tecz­nie do­pro­wa­dził do tego, że ko­bie­ta trzy­ma­ła się z dala od nas, a gdy ja­kiś czas póź­niej zna­la­zła się w trud­nej sy­tu­acji i była bli­ska śmier­ci, od­mó­wił jej po­mo­cy.

Był, tak mi się zda­je, bar­dzo przy­stoj­ny. Opie­ram to przy­pusz­cze­nie na fo­to­gra­fiach i na wła­snych wspo­mnie­niach o nim, w któ­rych w naj­lep­szym gar­ni­tu­rze idzie wy­gło­sić gdzieś ka­za­nie, bo ta­kie­go pa­mię­tam go z dzie­ciń­stwa. Przy­stoj­ne­go, dum­ne­go i wro­śnię­te­go w sie­bie, „jak pa­zno­kieć w pa­lec u nogi” – ktoś tak się kie­dyś o nim wy­ra­ził. Ale mnie, gdy by­łem już star­szy, przy­po­mi­nał wi­ze­run­ki afry­kań­skich wo­dzów ple­mien­nych: tak na­praw­dę po­wi­nien stać nagi, zdob­ny w bar­wy wo­jen­ne i bar­ba­rzyń­skie amu­le­ty, w oto­cze­niu włócz­ni. Po­tra­fił być przej­mu­ją­cy, gdy prze­ma­wiał z am­bo­ny, i nad wy­raz okrut­ny w ży­ciu oso­bi­stym – i był z całą pew­no­ścią naj­bar­dziej zgorzk­nia­łym czło­wie­kiem, ja­kie­go zna­łem; mu­szę jed­nak po­wie­dzieć, że było w nim też coś jesz­cze, po­grze­ba­ne w jego wnę­trzu, coś, co przy­da­wa­ło mu tej nie­sa­mo­wi­tej siły, a na­wet nie­co przy­tła­cza­ją­ce­go cza­ru. Są­dzę, że mia­ło to coś wspól­ne­go z jego czar­no­ścią – bo oj­ciec był bar­dzo czar­ny – z jego czar­no­ścią i jego pięk­nem, i jesz­cze z tym, że wie­dział, iż jest czar­ny, ale nie, że jest pięk­ny. Twier­dził, że jest dum­ny ze swo­jej czer­ni, choć z jej po­wo­du do­świad­czył rów­nież wie­lu upo­ko­rzeń i choć na­ło­ży­ła ona na jego ży­cie po­nu­re ogra­ni­cze­nia. Nie był już mło­dy, kie­dy do­ra­sta­li­śmy, i zdą­żył do­świad­czyć wie­lu form upad­ku; na swój wła­sny, nie­wy­obra­żal­nie wy­ma­ga­ją­cy i za­zdro­śnie opie­kuń­czy spo­sób ko­chał swo­je dzie­ci – czar­ne jak on i jak on ży­ją­ce w za­gro­że­niu; i by­wa­ło, że wszyst­ko to da­wa­ło się wy­czy­tać z jego twa­rzy, kie­dy pró­bo­wał, bez­sku­tecz­nie, o ile wiem, na­wią­zać kon­takt z któ­rymś z nas. Kie­dy sa­dzał so­bie jed­no ze swych dzie­ci na ko­la­nie, żeby się z nim po­ba­wić, dziec­ko za­wsze ro­bi­ło się mar­kot­ne i za­czy­na­ło pła­kać; kie­dy pró­bo­wał po­móc któ­re­muś z nas w za­da­niu do­mo­wym, owo ni­g­dy nie­słab­ną­ce na­pię­cie, któ­re z nie­go ema­no­wa­ło, pa­ra­li­żo­wa­ło na­sze umy­sły i na­sze ję­zy­ki tak, że – nie wia­do­mo wła­ści­wie cze­mu – wście­kał się, dziec­ko zaś – nie wia­do­mo cze­mu – było kar­co­ne. Je­że­li cza­sa­mi wpa­dał na po­mysł, by przy­nieść dzie­ciom do domu nie­spo­dzian­kę, była to pra­wie za­wsze nie­wła­ści­wa nie­spo­dzian­ka, i na­wet wiel­kie ar­bu­zy, któ­re czę­sto la­tem dźwi­gał do domu na ple­cach, by­wa­ły po­wo­dem naj­prze­raź­liw­szych scen. Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby przez te wszyst­kie lata któ­reś z dzie­ci ucie­szy­ło się z jego przyj­ścia. Gdy snu­łem do­my­sły na te­mat jego wcze­sne­go ży­cia, po­dej­rze­wa­łem, że ta nie­zdol­ność do na­wią­za­nia kon­tak­tu z in­ny­mi ludź­mi była czymś, co za­wsze czy­ni­ło go na­zna­czo­nym, i sta­ła się jed­ną z przy­czyn, któ­re wy­gna­ły go z No­we­go Or­le­anu. Było w nim za­tem coś wła­śnie ta­kie­go – coś po­szu­ku­ją­ce­go, nie­pew­ne­go, coś, co po­zo­sta­wa­ło nie­wy­ra­żo­ne i co ra­zem z nim zło­żo­no do zie­mi. Naj­wy­raź­niej było to wi­dać w jego kon­tak­tach z nie­zna­jo­my­mi, kie­dy miał na­dzie­ję wy­wrzeć na nich wra­że­nie. Ale ni­g­dy mu się to nie uda­wa­ło, w każ­dym ra­zie nie na dłu­go. Prze­no­si­li­śmy się z jed­ne­go ko­ścio­ła do dru­gie­go, za każ­dym ra­zem mniej­sze­go i mniej wia­ry­god­ne­go, co­raz mniej­sze było za­po­trze­bo­wa­nie na jego po­słu­gę jako dusz­pa­ste­rza, a kie­dy umie­rał, już od daw­na nie od­wie­dzał go ża­den z jego przy­ja­ciół. Żył i umarł w nie­zno­śnym roz­go­ry­cze­niu i kie­dy wieź­li­śmy go na cmen­tarz tymi nie­spo­koj­ny­mi, zde­wa­sto­wa­ny­mi uli­ca­mi, by­łem prze­ra­żo­ny, zo­ba­czyw­szy, jak po­tęż­ne i bez­brzeż­ne może być owo roz­go­ry­cze­nie, a przy tym zda­łem so­bie spra­wę, że jest ono te­raz moim udzia­łem.

Kie­dy umie­rał, nie miesz­ka­łem w domu od nie­co po­nad roku. Był to czas wy­star­cza­ją­co dłu­gi, bym po­jął, co zna­czy­ły wszyst­kie gorz­kie prze­stro­gi ojca, bym po­znał se­kret jego dum­nie wy­dę­tych warg i sztyw­nej po­sta­wy – do­wie­dzia­łem się, ile w świe­cie zna­czą bia­li lu­dzie. Zro­zu­mia­łem, że świa­do­mość tego była dla mo­ich przod­ków – a te­raz bę­dzie i dla mnie – czymś, z czym okrut­nie trud­no jest żyć, roz­go­ry­cze­nie zaś, któ­re przy­czy­ni­ło się do śmier­ci mo­je­go ojca, może za­bić rów­nież mnie.

Przy­pi­sy

Przed­mo­wa do wy­da­nia z 1984 roku

1 Uni­wer­sy­tet Ho­war­da to tra­dy­cyj­nie je­den z uni­wer­sy­te­tów, na któ­rym kształ­ci­li się głów­nie Afro­ame­ry­ka­nie, ale w tam­tym cza­sie za­rzą­dza­li nim bia­li.

2Tro­uble don’t last al­ways (ang.) – pro­ble­my nie trwa­ją wiecz­nie. Ty­tuł utwo­ru ame­ry­kań­skie­go pie­śnia­rza go­spel i pa­sto­ra Ko­ścio­ła Bo­że­go w Chry­stu­sie Ti­mo­thy’ego Wri­gh­ta. Pieśń zna­la­zła się na al­bu­mie I’m Glad Abo­ut It wy­da­nym w roku 1991. Por. Koh 3,1. Bi­blia Ty­siąc­le­cia (dal­sze cy­ta­ty z Bi­blii tak­że we­dług tego wy­da­nia).

3 „And whi­le the cru­el­ties of the whi­te man to­wards the black man are among the he­aviest co­unts in the in­dict­ment aga­inst hu­ma­ni­ty, co­lo­ur pre­ju­di­ce is not our ori­gi­nal fault, but only one aspect of the atro­phy of the ima­gi­na­tion that pre­vents us from se­eing our­se­lves in eve­ry cre­atu­re that bre­athes un­der the sun” (D. Les­sing, Pre­fa­ce, w: tej­że, Afri­can Sto­ries, New York 2014, s. 6). Zob. D. Les­sing, Opo­wie­ści afry­kań­skie, przeł. J. Ma­nic­ki, K. Ob­łuc­ki, War­sza­wa 2014 (w wy­da­niu pol­skim brak przed­mo­wy au­tor­ki).

Ty­tuł ory­gi­na­łu: No­tes of a Na­ti­ve Son

Re­dak­cja: Ka­ro­li­na Gór­niak-Pra­snal

Ko­rek­ta: Pau­li­na Bie­niek, Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­matw EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Fo­to­gra­fia au­to­ra na okład­ce: Mark B. An­sten­dig

Co­py­ri­ght © 1955, re­ne­wed 1983 by Ja­mes Bal­dwin

In­tro­duc­tion © 1984 by Ja­mes Bal­dwin

In­tro­duc­tion © 2012 by Edward P. Jo­nes

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Be­acon Press

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Mi­ko­łaj Den­der­ski, 2019

ISBN 978-83-66147-22-5

127. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­[email protected]­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317