Zanurzony w ogniu - Allegri Roberto - ebook + książka

Zanurzony w ogniu ebook

Allegri Roberto

5,0

Opis

Największa tajemnica Ojca Pio

Pragnął wieść spokojne życie zakonnika, sprawować mszę świętą, posługiwać w konfesjonale… Bóg przeznaczył mu jednak dodatkową, wyjątkowo trudną misję.

Jestem zanurzony w oceanie ognia. To rozdarcie, które ciągle krwawi. Wydaje mi się, że każda chwila jest moją ostatnią, ale to nieprawda: wykrwawiam się, lecz nie umieram.

Jak wyglądał ten dzień, w którym ojciec Pio został obdarzony stygmatami? Czy potrafił z ufnością przyjąć cierpienie jako znak pochodzący od Boga? Czy zostałby uznany za człowieka niezwykłego, gdyby nie to doświadczenie?

Roberto Allegri, opierając się na źródłach, opowiada tajemniczą historię ojca Pio. Prowadzeni poruszającym językiem opowieści zaglądamy za surowe klasztorne mury oraz wnikamy w serce i myśli jednego z najbardziej fascynujących świętych w historii.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 119

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: La dolcezza del fuoco. Le stimmate di Padre Pio© 2018 ÀNCORA S.r.l.© Wydawnictwo WAM, 2019Opieka redakcyjna: Klaudia BieńRedakcja: Anna Poinc-ChrabąszczKorekta: Irena GubernatProjekt okładki: Dawid Polkowskifot. © PAP/EPA Skład: Anna KrawiecISBN 978-83-277-2122-8WYDAWNICTWO WAMul. Kopernika 26 • 31-501 Krakówtel. 12 62 93 200e-mail: [email protected]ł HANDLOWYtel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496e-mail: [email protected]ęGARNIA WYSYŁKOWAtel. 12 62 93 260 www.wydawnictwowam.plDruk: OPOLGRAF • OpolePublikację wydrukowano na papierze Ecco book 70 g vol. 2.0dostarczonym przez Antalis Poland Sp. z o.o.

Moim rodzicom.To oni są ogniem, który ogrzewa,i delikatnością, która ubogaca

Sto lat temu, 20 września 1918 roku, bohaterem jednego z najniezwyklejszych przypadków w dziejach świętych stał się młody zakonnik kapucyński z ukrytego pośród skał Gargano klasztoru. Był to ojciec Pio z Pietrelciny.

Owego dnia doświadczył on pewnej wizji, gdy w samotności modlił się przed krucyfiksem na chórze niewielkiego kościółka klasztornego. Otrzymał wówczas stygmaty, znaki męki Chrystusa: na jego dłoniach, stopach i lewym boku pojawiły się otwarte rany. Odtąd krwawiły przez pięćdziesiąt lat, stając się przyczyną podziałów w Kościele i opinii publicznej.

Kończyła się pierwsza wojna światowa i świat zaczynał liczyć ofiary niewyobrażalnej masakry. Pomimo tego okresu dzikiego okrucieństwa, które niejako cofnęło Europę do epoki kamienia, były to jednak czasy nowożytne, ze swoimi wynalazkami i postępem, fotografią i gazetami, pociągami i wielkimi statkami. Wiadomość o zakonniku, który nosił na swoim ciele rany ukrzyżowania, rozniosła się zatem bardzo szybko. Wielu uznało ją za średniowieczny wymysł i dlatego zwalczało. Kościół, w takich przypadkach niezwykle ostrożny, bardziej zajął się niebezpieczeństwem, jakie dla wiernych mogło nieść tego rodzaju oszustwo, niż badaniem prawdy, mimo że miał do dyspozycji wszystkie potrzebne środki. A dając posłuch fałszywym informacjom i oszczerstwom, wolał przymknąć oczy. Cierpiący zakonnik, który nie chciał niczego poza możliwością spokojnego sprawowania swojej kapłańskiej posługi, stał się obiektem trzech wyroków Świętego Oficjum, czyli najwyższej i najpotężniejszej dykasterii Watykanu, której zadaniem było czuwanie nad obyczajami i wiarą katolików. W tamtym czasie ojciec Pio wyobrażał Dobro, które zstąpiło na ziemię: dlatego wokół niego rozpętały się moce zła. Znaki, które ojciec Pio nosił na sobie i które odsyłały do największej w dziejach manifestacji miłości, odsłoniły wszystkie ciemne strony duszy ludzkiej – zepsucie ludzi Kościoła, wojny o władzę, zachłanność, kłamstwo, lekceważenie. Pomimo przeszkód realizował się jednak plan Boga wobec tego zakonnika. A dziś ojciec Pio jest jednym z najbardziej znanych i kochanych świętych na całym świecie.

Znamy jego historię. Powiedziałbym nawet, że znamy ją bardzo dobrze, ponieważ o ojcu Pio napisano setki książek, tysiące artykułów, nakręcono filmy fabularne i dokumentalne. Wystarczy wpisać w Google’u „ojciec Pio”, aby móc wybierać spośród prawie półtora miliona poświęconych mu stron. Dlatego nie jest potrzebna kolejna biografia. I ta książka nie jest biografią.

Nie postawiłem sobie za cel opowiadania dziejów człowieka, którym był ojciec Pio, chronologii wydarzeń z jego życia, jak to się robi w przypadku „klasycznych” biografii. Nie zamierzałem też pisać rozprawy o jego świętości. Pragnąłem natomiast zanurzyć się w myślach ojca Pio, w jego emocjach: chciałoby się powiedzieć „w jego sercu”, wykorzystując język powieści, której myślą przewodnią są stygmaty, czyli najbardziej przyciągająca i tajemnicza cecha tego świętego. Opowiadanie „beletryzujące”, wyrażone w krótkich, ale wcale nie wymyślonych rozdziałach – tworząc je, opierałem się bowiem na faktach, najbardziej autorytatywnych biografiach, a przede wszystkim na obszernym epistolarium, jakie pozostawił sam ojciec Pio.

Była to dla mnie wspaniała podróż, na którą złożyły się lektura, modlitwa, przemyślenia i wczuwanie się w sytuację tego świętego. Pozwoliła mi ona jeszcze głębiej poznać kapucyna z Pietrelciny. Teraz zaś mam nadzieję, że tego samego doświadczą ci, którzy tę książkę wezmą do ręki.

R.A.

1San Giovanni Rotondowrzesień 1968 roku

…w oczekiwaniu, by mały przyjaciel mojego dzieciństwa przybył obudzić mnie i w ten sposób wspólnie zakończyć poranne modlitwy do miłości naszych serc.

Z listu ojca Pio do ojca Agostina, 14 października 1912 roku

Wydaje się, że gwiazdy chcą wejść przez okno.

Nocne niebo jest jak głęboki oddech: rozedrgane migotaniem ciał niebieskich, rozszerza się i kurczy.

Gwiazdy to miliony błyszczących oczu, które śledzą zakonnika siedzącego w korytarzu naprzeciwko okna. Ich światło dociera do niego, by dotrzymać mu towarzystwa, by go ogarnąć. Całkowita cisza. Wydaje się, że słychać tylko ich szelest.

Po klasztorze roznosi się zapach zupy i kadzidła. A przez otwarte okno wlewa się zapach jesieni, woń mokrej ziemi i drewna.

Zakonnik siedzi nieruchomo w wiklinowym fotelu przysuniętym do kaloryfera. Ciężko oddycha, a przy każdym oddechu fotel skrzypi, jakby chciał odpowiedzieć.

Ojciec Pio z Pietrelciny siedzi pochylony, z głową spuszczoną tak, że spod kaptura widać tylko białą brodę. Gdyby ktoś go tak zobaczył, myślałby, że drzemie, ale zbliżając się do niego, odkryłby, że się modli.

W palcach prawej dłoni trzyma różaniec. Palce są opuchnięte, paznokcie przycięte, a skóra gładka niczym u dziecka. Między palcem wskazującym a kciukiem powoli przesuwają się paciorki. Ojciec Pio przy okazji je gładzi, dlatego są wyślizgane od ciągłego używania.

W rytm modlitwy drga również broda.

Sancta Maria, Mater Dei, ora pro nobis peccatoribus…*

* Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi… (łac.).

Niczym szept, szelest.

Od czasu do czasu zakonnik oddycha pełną piersią jak ktoś, kto idzie pod górę, niosąc ciężar, i musi zrównoważyć wysiłek wyregulowaniem oddechu.

Unosi prawą rękę i na chwilę kładzie ją na ustach, nabrzmiałych i różowych. Wysunięta z rękawa habitu dłoń jest zakryta ciemną wełnianą rękawiczką, z której wystają tylko palce. Palce, które pospiesznie głaszczą brodę i przenoszą się na czoło, delikatnie je podpierając. Z przymkniętymi oczami ojciec Pio jawi się jako pogrążony w myślach, skupiony. A zmarszczki rozchodzące się pomiędzy ciemnymi brwiami tworzą swoistą pajęczynę.

Ora pro nobis, ora pro nobis…

Czoło zakonnika marszczy się niczym powierzchnia jeziora smagana wiatrem. Intensywność jego modlitwy daje się niemal dotknąć: nawet cisza jej nasłuchuje.

Aż nagle ojciec Pio otwiera oczy i spogląda w jakiś punkt przed sobą. Jego twarz łagodnieje niczym u dziecka, które rozmawia ze swoim dziadkiem.

– Przyszedłeś, aby mnie odwiedzić – mówi z uśmiechem.

Światło spływające powoli z gwiazd niczym płatki śniegu gęstnieje przed werandą klasztoru i jak dym unoszony lekkim wietrzykiem zdaje się teraz przenikać przez okna i zatrzymywać przed zakonnikiem. Światło, które jest też czymś innym, co tylko on może dostrzegać.

„Mój mały przyjacielu – szepcze – przynosisz mi wieczorne pozdrowienie. To miłe. Jak powietrze, które unosi się nad polami latem o zachodzie słońca. Pachnąca pieszczota, która daje wytchnienie. Ileż jest wdzięku w twoim wsparciu, mój przyjacielu! Zawsze podtrzymywałeś mnie na duchu, zawsze pomagałeś w chwilach ciemności. Zawsze pomagałeś znosić słodkie jarzmo nałożone na mnie przez Jezusa. Ciąży to jarzmo… od pięćdziesięciu lat ciąży nad moją duszą i nad moim nędznym ciałem. Ale jakże lekkie jest zarazem! Wiedzieć, że jest się w Bożych planach! Czego więcej może pragnąć człowiek?

Zawsze kiedy cię widzę, czuję woń mojej ziemi. Zapachy mojej małej wioski. Przynosisz ze sobą wspomnienie mojego dzieciństwa, drogi aniołku. Starej wioski, kolonii zamkowej, gdzie się urodziłem… Zdaje mi się, że słyszę teraz podmuch wiatru w wąskich kamiennych uliczkach, które nagrzane letnim słońcem, uwalniają ciepło przesycone zapachem chleba dopiero co wyciągniętego z pieca. A wraz z początkiem zimy z wykutych w kamieniu piwnic roznosi się cierpki zapach moszczu i niemal nadaje powietrzu barwę wina. Ciemnego i mocnego wina z naszych pól.

Codziennie byłeś przy mnie. Ty, mój pierwszy nauczyciel. W ciszy pól, pod zadaszeniem z liści i trzciny, przez które zaglądało słońce, uczyłeś mnie modlitwy. Wtedy jeszcze niczego nie rozumiałem: zaledwie przeczuwałem, oświecany Bożym Światłem. I szybko wydoroślałem, gdyż Bóg od początku sposobił mnie do walki. Pamiętasz? Powiedział mi: «Warto, abyś walczył jak mocarz!». A wróg śmiał się i ostrzył swoją broń. Ale nie byłem sam: miałem ciebie przy boku. Bystrego, uważnego, posłusznego Woli, która wystawiała mnie na próbę, nigdy jednak nie byłem pokonany”.

Ojciec Pio trwa zatopiony w myślach. Jego oczy błyszczą, skąpane w rzece wspomnień. Emocje przyprawiają usta o drżenie. Ból, który nigdy nie ustaje, utrudnia oddech. To już bowiem pół wieku, odkąd dłonie, stopy, bok i barki zakonnika noszą znaki cierpienia Chrystusa.

– Największą tajemnicą jest – mówi, spoglądając na rękawiczki, które kryją stygmaty – jak Bóg mógł wybrać mnie na pokorne naczynie, które tak obficie napełnił łaską. Tajemnicą jest ta łaska, która wypływała ze mnie, bym mógł nią obdarzyć moje dzieci. To zawładnięcie mojej duszy przez Boga. I te znaki… te znaki będące Jego pieczęcią. Na mnie, który jestem nicością. Nic nie zbliża mnie do Jezusa bardziej niż cierpienie, które jest tak silne, że czasami nie mogę nawet mówić. A przecież najbardziej przejmujące były te rzadkie chwile, kiedy nie cierpiałem.

Zakonnik spuszcza głowę, zamyka oczy. Zdaje się kołysać powoli niczym płatki kwiatów, którymi porusza wiatr. Zbierająca się pod powieką łza szybko spływa na brodę. Za nią następna, ale nagle zatrzymuje się na policzku i znika, otarta przez niewidzialną rękę.

„Aniołku mój, wiesz, że nigdy się nie uchylałem” – kontynuuje rozmyślania. „Jestem w Jego rękach, całkowicie. Nie ma nic większego ponad takie powierzenie siebie. Czy można by postąpić inaczej? To właśnie jest pełnia. Jakżeż oprzeć się tak nieskończonej łagodności? Takie jest życie ludzkie, to jest jego najgłębsza tajemnica. Bez Boga nie jesteśmy niczym więcej niż kruszynką. Gdyby wszyscy ludzie mogli to zrozumieć! W Jego ramionach jesteśmy jak dzieci, zupełnie bezbronni. I głupi w naszej zuchwałości… Bóg jednak się nie gniewa, ale pochyla nad każdym i obsypuje pieszczotami. Jego miłosierdzie potrafi być okrutne wobec niegodnej duszy! Czy zdajesz sobie sprawę, że przez cały ten czas nosiłem w sobie Chrystusa? Przejmująca jest wiedza, że moja droga dobiega końca. Tak wielkie pragnienie przebywania całkowicie w Nim, na wieczność! Ale zgodnie z Jego czasem. Kiedy zechce, kiedy postanowi, że czas jest właściwy…”

Ojciec Pio jest zwrócony ku oknu, w kierunku rozgwieżdżonego nieba, które chciałoby wypełnić klasztorny korytarz, zalewając światłem każdy kąt. Spogląda na twarz, którą tylko on może dostrzec. A w jego oczach, rozedrganych blaskiem niczym świece, kryje się ocean miłości.

– Wiem, mój przyjacielu – mówi z uśmiechem – wiem, że będziesz ze mną również w tym momencie. Razem odbędziemy podróż.

Potem znowu spogląda na dłonie. Powoli zdejmuje jedną rękawiczkę, delikatnie, jak gdyby trzymał w palcach skrzydełka motyla. A mimo to wywołuje nagły ból, powodując wstrząs, który go przenika i szarpie nim. Odkryta rana jest niczym karmazynowa gwiazda na dłoni. Gwiazda, pokryta kroplami zakrzepłej krwi, wydaje się skupiona na środku dłoni, jak gdyby to był środek ciężkości, jak gdyby w tym punkcie zbiegała się cała rzeczywistość. Rana, która u każdego wywołałaby lęk, ale dla tych potrafiących patrzeć oczami wiary, jest potwierdzeniem największej miłości.

– Pięćdziesiąt lat – mówi ojciec, muskając dłoń drugą ręką i przyglądając się szkarłatnej kropli, która przykleiła się do palca. – Podróż trwająca pięćdziesiąt lat…

2San Giovanni Rotondoklasztor Kapucynów20 września 1918 roku

Od tego dnia jestem śmiertelnie zraniony.

Z listu ojca Pio do ojca Benedetta, 21 sierpnia 1918 roku

Po mszy – piłka.

Chłopcy z niższego seminarium pospiesznie wybiegli z kościoła, spragnieni słońca i ruchu. A jesień wyszła im naprzeciw, nie spiesząc się i pozwalając, by lato dawało jeszcze o sobie znać spiekotą: dopiero wieczorem brała mały rewanż, wyzwalając rześkie powietrze, które spływało z gór i przekornie rozwiewało habity braci.

Chłopcy podzielili się na zespoły, krzyczą i kopią piłkę na podwórku, zwracając tylko uwagę, aby nie trafiła w furtę klasztoru. Poprzedniego dnia furtian, brat Nicola, już na nich bowiem nakrzyczał, choć

zaraz potem wyciągnął z kieszeni suszone figi, dając im je na podwieczorek.

Po mszy – modlitwa.

Zwalniając chłopców, ojciec Pio idzie na chór górujący naprzeciwko ołtarza – drewniane ciche schronienie.

Cisza karmi jego rozmowę z Bogiem, ogołacanie się – jeden oddech po drugim – z dopiero co zakończonej liturgii. W cieniu krucyfiksu wznoszącego się nad balustradą.

Łzy namalowane na tym wyczerpanym obliczu, oczy przymknięte i osłabione cierpieniem oraz brwi ściągnięte niczym szpony, przyczepione do czoła zroszonego krwią. A przecież to oblicze emanuje łagodnością, przesłoniętą smutkiem, a być może niedowierzaniem, że ludzie mogą być tak nikczemni, ślepi i głusi. Nikczemni ludzie, którym już zostało przebaczone.

– Bądź wola Twoja – mówi ojciec Pio i opiera ręce na stojącym przed nim krześle. – Dziękuję Ci, że pozwoliłeś zasiąść do Twojego stołu. Jestem tylko człowiekiem, a mimo to zechciałeś, aby przeze mnie, małego zakonnika, chleb i wino stawały się Tobą. Iluż to rzeczy nie rozumiem!

Z ust ojca Pio wymyka się jęk. Sztywnieje: wykonał nieostrożny ruch, a ręce pospiesznie powędrowały do lewego boku.

To już ponad miesiąc, odkąd ojciec Pio ma ranę i nawet przełykanie jest dla niego udręką.

Na chwilę odrywa wzrok od krucyfiksu i spogląda na ziemię, nic nie widząc, owładnięty wspomnieniem tego straszliwego momentu, którego nigdy nie będzie mógł zapomnieć.

Nie wiem, co widziałem, kogo widziałem, ale był tam i wzbudzał respekt i lęk. Wydawało się, że napełniał całą przestrzeń, promieniując niczym ogniem. Jego spojrzenie… nie patrzyłam na niego, ale na broń, którą trzymał w ręku. Długa włócznia o ostrym, połyskującym zakończeniu: taką miał Michał Archanioł na jednym z obrazów. Błyszcząca i iskrząca się, gotowa, by nią rzucić. I ta przybyła z nieba istota, stojąca naprzeciwko mnie, naprawdę cisnęła swoją skierowaną na mnie bronią: szybko i mocno, gwałtownym ruchem ręki. Nigdy nie krzyczałem tak jak wtedy, choć z mojego gardła nie wydobył się żaden głos: niemy krzyk, bezgłośny. Coś więcej, o wiele więcej niż ból ciała: w środku, bardzo głęboko, głębiej niż w kościach i we krwi. Ostrze rozdzierało i przebijało moją naturę, wyciskało ją, choć bezskutecznie. Tym samym tortura nie miała końca, rozchodząc się nieustannie z przebitego boku niczym kręgi na stawie po rzuceniu kamykiem. Nigdy nie ustała.

Jest to rozdarcie, które ciągle krwawi. Słyszę nawet dźwięk, szmer krwi, która wypływa i się rozlewa. Wydaje mi się, że każda chwila jest moją ostatnią, ale to nieprawda: wykrwawiam się, lecz nie umieram. Jestem przerażony, jednak w głębi mego marnego człowieczeństwa coś śpiewa z radości i wielbi Boga. Choć czasami ból czyni mnie nerwowym…

Od miesiąca ojciec Pio ukrywa przed braćmi swój stan, znosi go i modli się. Prosi o zrozumienie, o światło, które pokieruje nim przez mgławicę zamętu. Doskonale wie, że przeżył coś nieogarnionego, ale nie potrafi tego rozwikłać. Może nawet tego nie chce, gdyż dziwne poczucie bliskości z Jezusem napawa go lękiem. Cierpienie łączy go z Bogiem, z tym Bogiem wyobrażonym na krzyżu, wykrzywionym z bólu, który jest łaską. Ojciec Pio czytał o „ranach miłości” opisanych przez świętego Jana od Krzyża, a kiedy był w Rzymie, odwożąc tam siostrę, która wstąpiła do zakonu, odwiedził kościół Matki Bożej Zwycięskiej i widział posąg Berniniego przedstawiający świętą Teresę zranioną przez strzałę anioła: transwerberacja. Ojciec Pio wie, co to jest, czytał o tym, ale nie potrafi zaakceptować, że to mogło się przydarzyć jemu.

– Teresa to święta! – powtarza sobie ciągle. – Ja jestem tylko małym zakonnikiem ze wsi, niegodnym i słabym.

Nie zdołał jednak utrzymać w tajemnicy tego, co się wydarzyło. To przepełnia jego duszę, jest ciężarem, którego ojciec Pio nie potrafi unieść sam, nie próbując się nim podzielić. I tak po kilku dniach refleksji i wahania pisze do ojca Benedetta z San Marco in Lamis**, swego kierownika duchowego:

** San Marco in Lamis – miejscowość we Włoszech, położona 11 kilometrów od San Giovanni Rotondo (przyp. red.).

Jestem zanurzony w oceanie ognia. Otwarta rana ciągle krwawi i krwawi. Już sama ona wystarczyłaby, aby po tysiąckroć mnie uśmiercić. A nadmiar cierpienia sprawia, że jestem rozzłoszczony, że bredzę, choć tego nie chcę…

Od tej chwili do udręki fizycznej dochodzą trudne myśli i pytania zakonnika. Nie czuje się on godny takiej uwagi niebios, ale jest ona faktem: świadczą o niej rana i okrutny ból, jaki pojawia się przy najmniejszym ruchu.

Ojciec Pio ma zaledwie nieco ponad trzydzieści lat. Jest szczupły, gęsta, czarna broda otacza jego twarz z wyraźnymi, wielkimi oczami, pełnymi zaciekawieniai zdumienia, a teraz jeszcze cierpienia.

Ostrożnie, bez pośpiechu szuka wygodniejszej pozycji na ławce. Znowu zanurza się w modlitwie, zawierza siebie Bogu, rozmyśla. Zawierzenie to jedyna droga. Zaufanie Bogu, przyjęcie wszelkich Jego planów, nawet tych najtrudniejszych:

– Jezusowi bok przebiła włócznia setnika – mówi w ciszy. – A więc tego pragniesz ode mnie, Panie? – woła, spoglądając na krzyż. – Chcesz obdarzyć mnie ciężarem swego męczeństwa? Jeśli to na Twoją chwałę, jeśli taka jest Twoja wola, to jestem gotów. Słodka Maryja nauczyła mnie najpiękniejszych słów: fiat mihi secundum verbum tuum***. Nie ma nic cenniejszego.

*** Niech mi się stanie według twego słowa (łac.).

Cisza staje się jeszcze bardziej nabrzmiała: spowija zakonnika, przenika go i przeradza się w balsam. W czasie modlitwy ojciec Pio czuje, jak ciążą mu powieki, ręce i nogi rozluźniają się w kołyszącym go odrętwieniu. Na chwilę znów staje się dzieckiem w ramionach mamy Peppy: ma wrażenie, że dotyka jej dłoni, szorstkich i silnych, a tak łagodnych, że aż ściska serce. Wokoło nie ma już kościelnego chóru, jest stary dom w Pietrelcinie, gdzie słońce, wpadając przez okno, rozświetla niedopasowane kamienie posadzki i wzbija kurz, który spadając z desek sufitu, tańczy niczym złoty deszcz. Ojciec Pio wzdycha i w ten sposób chłonie zapach swojego domu, dym osmolonej kuchni, woń oliwy ze stojącego w rogu gąsiora, zapach siana, drewna, prania, które matka rozwiesiła na dworze, aby wyschło.

„To najpiękniejszy ze snów” – myśli zakonnik. „Chciałbym wrócić na wieś, zobaczyć ją od strony pól, przycupniętą na wzgórzu, rozświetloną słońcem i otoczoną błękitem nieba. Jej zarys zaznaczony linią dachów, delikatny, jak gdyby pociągnięty ołówkiem. A zarazem chciałbym być wietrzykiem, który bawi się z wysokimi trawami, upstrzonymi żółtymi kwiatami. Potem cieszyć się widokiem równiny w dole, prześwitującym z tworzonych przez domy korytarzy, którymi biegałem w dzieciństwie. Bezpieczny kamienny cień, a na końcu kobaltowa kurtyna nieskończoności”.

Ojciec Pio drzemał. Dolegliwości w boku zdawały się odległe, jak gdyby umiejscowione poza ciałem, tak samo wątpliwości i zmęczenie. Chwilami dochodziły głosy chłopców, którzy biegali po podwórku, potem zaskrzypiały zamykane drzwi: znak, że brat Nicola powrócił z kwesty.

Pater noster qui es in caelis…****

**** Ojcze nasz, któryś jest w niebie… (łac).

Nagle zakonnik wytrzeszczył oczy.

Powróciła mglista postać, która trzymała włócznię.

3San Giovanni Rotondochór kościoła Matki Bożej Łaskawej20 września 1918 roku

…zauważyłem, że dłonie, stopy i bok były przebite i spływały krwią.

Z listu ojca Pio do ojca Benedetta, 22 października 1918 roku

Wszystko, nawet światło i cisza, wydaje się wchłonięte przez postać, która ukazała się ojcu Pio: drgająca niczym powietrze wokół płomieni, jest zarazem odrębna i mglista. Nie jest uzbrojona, nie wymachuje ostro zakończoną włócznią, gotową uderzyć jak przedtem. Jej dłonie i stopy jednak krwawią, a w boku otwiera się rana, z której krew wypływa niczym woda ze źródła.

Ojciec Pio boi się, jest sparaliżowany: otwarte usta i przerażone oczy. Bezwiednie, instynktownie łączy zjawienie się tej tajemniczej istoty z bólem, którego doświadczył, kiedy ugodziła go włócznią, i dlatego cofa się, kuli ramiona, próbuje zamknąć się w sobie tam, na tym krześle. Ma wrażenie, że ostrze znowu go przeszyło. Oddycha ciężko, jakby biegł, drżą mu ręce, poci się i nie potrafi ruszyć nawet palcem.

– Nie jestem gotowy – szepcze.

Nie jest w stanie patrzeć wprost na postać, która nad nim góruje, ale nie odbiera jej jako zagrożenia. Nie wydaje się, by kierowała nią przemoc, jest nieruchomai krwawi: nieporuszona, jak gdyby oczekiwała.

Wewnętrzny głos woła do ojca Pio, aby uciekał, przypomina mu przeżyte cierpienie. Zdaje się mówić: „Zwiewaj stąd, znowu chce cię przebić!”. On jednak się nie rusza, więcej, jego serce się uspokaja.

Nagle wydaje się, że czas się zatrzymał. Widzenie ulega zawieszeniu, jak gdyby czegoś wyczekiwało: sekundę, godzinę czy może cały wiek. Nie istnieją dźwięki, nie ma niczego, co by pochodziło z zewnątrz: wszystko wydaje się zamrożone. Zakonnik słyszy tylko bicie własnego serca, które zwalnia, uspokaja się. Tak samo oddech, przedtem nerwowy i przychodzący z trudem, teraz łagodnieje jak u kogoś zasypiającego.

– Chcesz tego właśnie ode mnie? – pyta ojciec Pio.

A jego słowa, choć wypowiedziane szeptem, brzmią donośnie.

– Chcesz tego ode mnie? – powtarza bardziej zdecydowanie.

Pytanie pozostaje jednak bez odpowiedzi, zawieszone w próżni. Wszystko otacza spokój: ojciec Pio odczuwa w sobie i na zewnątrz tylko ciszę, spokój ducha, muśnięcie otaczającego go spoczynku.

– Boję się, choć wiem, że mnie wspomożesz – mówi znowu.

Cisza i spokój, jak latem na polu, o zachodzie słońca.

Pewna myśl z Księgi Królewskiej przenika ojca Pio: „A po ogniu – szmer łagodnego powiewu…”. Powiewu będącego szeptem. Teraz rozumie, że odpowiedź zawiera się właśnie w tej ciszy: pochyla głowę i rozkłada ręce.

Czas podejmuje swój bieg, postać rozpływa się niczym mgła o świtaniu. Znowu słychać głosy chłopców na podwórku, dźwięk dzwonka, nawoływanie wieśniaka popędzającego konia.

I właśnie w tej chwili, gdy wydaje się, że wszystko wraca do normalności, ojciec Pio zauważa, że ma przebite dłonie i stopy, a bok w miejscu, gdzie uderzyła go włócznia, jest głęboko rozdarty.

Nagle przeszywa go ból do utraty tchu. Niczym lawina, która odrywa się z góry i stacza na jego ciało i ducha. Ojciec Pio zalewa się łzami pod krucyfiksem przytwierdzonym do balustrady chóru. Ból fizyczny jest okrutny, ale jest coś o wiele większego od bólu, co przenika go głębiej niż wszelkie rany. Spogląda na dłonie zmasakrowane jak gdyby przez niewidzialne gwoździe, które przeszyły je na wylot. Chce wstać, lecz nie może, gdyż stopy tak samo są w straszliwym stanie. Widać wystające z sandałów rozszarpane podbicie stóp: w otworach, kształtem przypominających rozchylone usta, pobłyskuje osocze.

Zakonnik chce coś powiedzieć, ale nie może znaleźć słów.

– Jak Ty… – jąka się – jak Ty, Panie…

Ktoś chodzi po klasztorze, ojciec Pio słyszy kroki na korytarzu i otwierane drzwi. Wpada w panikę, oddycha z trudem, nie chce, aby go widziano. Nie w takim stanie. Usiłuje zrobić krok, ale czuje się, jakby kroczył po ostrym szkle. Przy każdym ruchu krew wypływa z ran jak z odkręconych kraników. Ma wrażenie, że czuje wyciekające życie. Spogląda na ziemię gotów zobaczyć morze krwi, ale wszystko jest suche. Tam, na chórze powinno być świadectwo masakry, jednak podłoga nie nosi żadnych śladów, tak samo drewniane ławki, krzesło: wszystko czyste, w porządku jak zawsze, jak każdego dnia.

– Bóg… tu, w życiu wszystkich… w ciszy. Ale we mnie…

Wiele myśli naraz, niekontrolowane emocje przemieszane z