Zamknij oczy - Iwona Żytkowiak - ebook
Opis

Jedna z tych autentycznych historii, które muszą być opowiedziane, żeby nie przepaść.

Poruszająca opowieść o tajemnicy ludzkiego życia, historii i pamięci, ale też o przyszłości na progu przeszłości.

Roma, artystka, malarka i pisarka żyjąca przez ostatnie lata w osamotnieniu, zgadza się na to, żeby w jej świat wkroczyła kobieta, która chciałaby napisać o niej powieść. Szybko okazuje się, że nie o prawdę tu chodzi, lecz o to, co każdy z nas wolałby przemilczeć, schować, zataić.

Ale czy człowiek sam dla siebie może być tajemnicą? Przecież zamyka się oczy nie tylko po to, żeby nie patrzeć, ale też - żeby zobaczyć…

Wiesz, wspaniała i piękna to rzecz takie ręce. Zawsze były dla mnie ważne. I zawsze o nie dbałam… żeby były sprawne, żeby mogły robić wszystko i żeby nic im nie przeszkadzało. Żeby zrobiły to, co pamiętają… Czego dotykały… Żeby zrobiły to, co ja pamiętam, i to, czego nie pamiętam albo nie chcę pamiętać…

Iwona Żytkowiak (ur. 1963) - absolwentka polonistyki i studiów filozoficzno-etycznych na Uniwersytecie Szczecińskim oraz studiów podyplomowych w Instytucie Badań Literackich PAN. Członek Związku Literatów Polskich. Od urodzenia mieszka i pracuje w Barlinku. Czas dzieli w miarę równo pomiędzy rodzinę, pracę i pasję (kolejność nie jest przypadkowa). Matka czterech synów. W wolnych chwilach uwielbia długie spacery po Bieszczadach i grę na pianinie z najmłodszym synem. Autorka powieści: "Tonia" (2011 i 2016), "Spotkania przy lustrze" (2012), "Kobiety z sąsiedztwa" (2013), "Tam, gdzie twój dom" (2014), "Dokąd teraz?" (2015), "Świat Ruty" (2016) i "Matka swojej matki" (2017), oraz tomu wierszy "Żywot jętki" (2016).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Iwona Żytkowiak, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczkiewicz

Zdjęcie na okładce

© Laura Kate Bradley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-669-2

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

cierpienie

też może być skrzydłem temu

kto nosi

w sobie ptaka

Romana Kaszczyc

Istnienie jest produkowaniem przeszłości.

Emil Cioran

Romo!

W czepku urodzona.

Tęczowa rybo ze snu Twojego ojca.

Królowo barlineckiej puszczy…

Mamy wobec siebie zobowiązania.

Prolog

– Chcę napisać o tobie, Roma – powiedziałam. Zwyczajnie. Tak jakbym zamierzała oznajmić: chcę cię zaprosić na kawę. A nie jakbym informowała kogoś o tym, że oczekuję od niego sprania się ze swojego życia. Że liczę na odsłonięcie zasłoniętego, na rozdrapanie zabliźnionego, na akt ekshibicjonizmu. – Nosisz w sobie tyle historii. Szkoda, żeby przepadły – dodałam.

W telefonie na chwilę zapadła cisza. Pomyślałam sobie, że straszna ze mnie idiotka. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki dzwonię do niej i proponuję, by stała się moją opowieścią. Chciałam przeprosić, rozłączyć się. Zrzucić ten nietakt na karb roztargnienia, głupiego podszeptu. Ale wtedy po drugiej stronie usłyszałam równy, ale dziwnie ciężki oddech. Milczałam, spodziewając się gorzkich słów. Byłam na nie gotowa. Zaczęła z ociąganiem, jakby wciąż ważyła słowa. Jakby chciała być pewna, że chce powiedzieć to, co mówi:

– To fantastycznie. – A potem wyrzuciła z siebie na jednym tchu: – Ja ci opowiem wszystko! Co tylko będziesz chciała. Możesz pytać. Odpowiem na każde twoje pytanie. – Jej głos drżał. Nie wiedziałam, czy ze wzruszenia, czy z innych przyczyn. A może drżał najzwyczajniej dlatego, że była słaba.

Słuchałam jej i usiłowałam ją sobie wyobrazić. Widziałam drobną postać, na wskroś skromną, nierzucającą się w oczy. Ubraną w długą zwiewną spódnicę o niemodnej długości – ani midi, ani maksi, taką do pół łydki. Sweter. Jakby za duży, w kolorze magenta (gdyby nie ona, zapewne w życiu nie poznałabym tej nazwy; pewnie nazwałabym go buraczkowym albo wiśniowym, ale ona powiedziała kiedyś „lubię kolor magenta”, a potem jak dziecku wyszukiwała przedmioty, wskazywała na nie palcem i oznajmiała: „To jest magenta, trochę jak amarant, a trochę jak rubin”). Krótko ostrzyżone włosy, które – mimo że ledwie odrastały od głowy – wciąż odgarniała. Nie lubiła, jak przylegały do czoła, twierdziła, że wyglądają wówczas nienaturalnie, jak dorysowane niedbałą kreską.

– Wiesz, ja teraz prawie cały czas jestem w domu. Nie wychodzę nigdzie. Jeszcze jestem za słaba. Ale – nagle pospieszyła z zapewnieniem – już jest lepiej. O! Dużo lepiej! Piotr mi załatwił ten szpital. To świetny szpital i wspaniali lekarze. I wszyscy się tak mną zajmowali, jakbym była nie wiadomo kim. Aż mi było głupio, bo przecież nikt mnie tam nie znał. Ale byli dla mnie tacy mili, tacy mili… – mówiła szybko i słychać było, że wkłada w to niemały wysiłek.

Miałam nieodparte wrażenie, że bardzo jej zależy na tym, by mnie przekonać, że jest z nią całkiem dobrze. Jest w świetnej formie i doprawdy nie ma w tej chwili nic ważnego na głowie – i będzie cudownie, jak o niej napiszę. I zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ona już zaczęła swą opowieść. Nie miałam śmiałości jej przerywać, ale też nie chciałam. Bo gdy zaczynała mówić, wszystko inne przestawało być ważne. Nikt tak jak ona nie potrafił opowiadać. W pewnym momencie umilkła na chwilę. Słyszałam, jak łapie oddech. Kaszlała.

– Trochę się przeziębiłam – tłumaczyła się skwapliwie. – To przez te otwarte okna. Tam, w szpitalu, wciąż wietrzyli. W salach i na korytarzach okna otwarte na przestrzał. Przeciągi na każdym kroku. Ale rozumiem… Przecież muszą tak robić… Te wszystkie choróbska…

Wszystko potrafiła usprawiedliwić.

*

Ledwie trzy dni temu syn przywiózł ją z odległego o ponad dwieście kilometrów Śremu. W drodze do Kórnika co rusz przysypiała. Zmęczona po nieprzespanej nocy. Od dłuższego czasu ból nie pozwalał jej spać. Czasem dawał się uśmierzyć, ale częściej to ona wykrzesywała z siebie jakieś niesamowite siły i dzielnie znosiła kolejne napady. Po wszystkich zabiegach fizjoterapeutycznych czuła się lepiej i niekiedy udawało jej się wykraść trochę snu. Tej nocy jednak przewalała się z boku na plecy. Może przez tę podróż… Kilka lat z okładem minęło, odkąd podróże znalazły się poza sferą jej życia. Kiedyś nie było problemu: Barlinek−Wrocław–Warszawa, Polska–Niemcy–Szwecja, nawet do Stanów mogłaby się wybrać… Ale to już było za nią. Teraz z trudem znosiła wyjazdy. Zwłaszcza te dalsze. Nieustające bóle stawów i wewnętrzny niepokój powodowały, że wolała się nie ruszać z Barlinka. Owszem, do Gorzowa, Szczecina, ale już nieco dalej… Ech. A przecież tak bardzo chciałaby pojechać choćby do Wrocławia…

Gdy tylko wjechali na autostradę, senność uleciała. Zapadnięta w wygodnym fotelu, przyglądała się beznamiętnemu krajobrazowi. Cóż to właściwie za krajobraz! Ściany dźwiękoszczelnych ekranów zasłaniały szarobure o tej porze roku pola. Gdzieniegdzie w prześwitach majaczył las. Też jakiś smutny i nijaki. Raz po raz do jej uszu docierał świst mijających ich samochodów. Wówczas mimowolnie odwracała głowę. Najgorzej było, gdy mijał ich tir. Wielki jak stodoła. Najpierw ich doganiał, sadowiąc się niemal na bagażniku samochodu, a potem wyprzedzał. Ze swojej pozycji widziała tylko kręcące się szybko wielkie koła. A potem potężny podmuch powiet­rza uderzał w ich auto i spychał je nieznacznie na prawą stronę. Wystraszyła się. Dobrze, że Piotr był wprawnym kierowcą i dwiema rękami pewnie trzymał kierownicę. Widziała jednak, jak przez ułamek sekundy mięśnie syna zadrgały, a na skroni zapulsowała skręcona żyła.

Milczeli. Wolała go nie rozpraszać. Za Jordanowem już z pewnym zniecierpliwieniem wyglądała zabudowań pocysterskiego klasztoru. Pamiętała, że za każdym razem budził jej podziw. Najpierw wyłaniały się dwie imponujące wieże, a potem oczom ukazywał się piękny barokowy zespół klasztorny ze smukłym, strzelistym kościołem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i Świętego Marcina na czele. Odwiedzała to miejsce wiele razy. Lubiła panujący tam spokój. I choć nie chodziła do kościoła na msze, to wnętrza świątyń, tak pełne mistycyzmu, zawsze wprawiały ją w zadumę. Ten kościół pamiętała szczególnie. Kiedy któregoś razu z Antonim zjechali z drogi, by wstąpić do środka, zaskoczył ich młody przewodnik – alumn, głosem ściszonym, ale pełnym zdecydowania najpierw poprosił, by zakryła ramiona, a potem wskazał grupę, do której musieli dołączyć, bo świątynia nie była dostępna do indywidualnego zwiedzania. Już w kruchcie poczuła ów niesamowity nastrój. W powietrzu roztaczał się zapach kadzidła. Czekali na wyjście innej grupy. Przez uchylone drzwi podziwiała gotyckie ornamenty, oddalony ołtarz. Chciała jak najszybciej znaleźć się w środku, podziwiać bijący zielenią chór, zachwycać się manierystycznymi dekoracjami na filarach. Dotykać nieskończoności. Wiele razy obiecywała sobie, że tam wróci. Będzie oglądać freski, polichromie, przechadzać się wirydarzami. Ale wciąż brakowało czasu. Ostatnio jakby jeszcze bardziej.

Już przed samym Gorzowem się zdrzemnęła. Piotr oderwał prawą rękę od kierownicy i sięgając na tylne siedzenie, wyszarpał spod pełnych reklamówek zwinięty polarowy koc. Opatulił matkę jak mógł najszczelniej. Była taka mała i krucha. Pomyślał, że jakoś umknął jego uwadze czas, kiedy tak się skurczyła. Wyłączył radio. Ciche pochrapywanie wypełniało niewielką przestrzeń samochodu. Kiedyś przeszkadzałoby mu to, ale teraz te dźwięki, dyskretne jak odgłosy lasu, budziły w nim wzruszenie.

*

– Ale nie będziesz mnie nagrywać? – spytała. – Mikrofon, dyktafon… to takie bezduszne urządzenia. Za stara już jestem. – W tonie jej głosu słyszałam niepewność, może nawet próbę tłumaczenia się. Nie lubiła techniki. Na ile mogła, broniła się przed nią. Nawet telefon, z którego teraz korzystała, dostała od syna. Nalegał. Tak było mu łatwiej. Od jakiegoś czasu trudno mu było pogodzić się z myślą, że jest tak daleko od niej. I on, i Elka. Wiedział jednak, że za żadne skarby nie wyrwie jej z Barlinka. Wszczepiła się tutaj. Zapuściła głęboko korzenie. Splątane, wrośnięte ciężko wyrwać.

– I chyba już nie dla mnie te wszystkie nowinki. Wiesz, ten telefon, który mam, to Piotr mi kupił. – Ilekroć wymawiała imiona swoich dzieci, w jej głosie brzmiała duma. – Bo on się wciąż martwi o mnie. Ela też. Dzwonią do mnie. Często. Piotr to tak różnie, ma wiele na głowie. Ela za to dzwoni zawsze o tej samej godzinie. Już się nauczyłam wciskać te małe przyciski, chociaż czasem jeszcze się mylę. Ale i tak lubię ten ograny dzwonek telefonu stojącego na półce. Nie muszę go szukać po domu. Zawsze jest w tym samym miejscu… Tę komórkę staram się zawsze trzymać przy sobie. Żeby jak najszybciej odebrać. Nieraz nie zdążę…

– Nie, Roma, jeśli nie chcesz, nie będę nagrywać – uspokoiłam ją.

– Bo wiesz, zawsze jak mnie nagrywają albo filmują, to ja z miejsca tracę rezon – pospieszyła z wyjaśnieniem, jakby się wystraszyła, że zrezygnuję z tego pomysłu. – Ja chcę rozmawiać. Nie mówić. Mówić mogę do siebie – dodała z zadziwiającą żarliwością. – W końcu od dawna mieszkam sama. Możesz notować. Wszystko. Jak trzeba, powtórzę.

– Dobrze, będzie, jak chcesz. Ty będziesz mówić, mówić, mówić, a ja będę pisać, pisać, pisać.

Roma umilkła, a ja już widziałam siebie notującą skrzętnie. Gdy coś mi umknie, pytam, wracam, drążę. A Roma – jakbym przycisnęła w niej przycisk previous, cofa się do niepełnego epizodu.

1

Spotkanie pierwsze: Zapachy

Na Podolu płacze kamień, hen pod lasem jest ten kamień.

Podolanka siadła na nim, samiusieńka jak ten kamień.

Siedzi, szlocha, ręce łamie. Gdzie jest prawda, a kto kłamie?

Oczy we łzach, głos się łamie. Jaka prawda i kto kłamie?

– Już jesteś! Dobrze! – przywitała mnie z uśmiechem. Chwilę się wahała, nie wiedząc, gdzie mnie zaprosić. Do jednego pokoju czy do drugiego.

W korytarzu stały częściowo rozpakowane torby.

– Jeszcze się całkiem z tym nie uporałam. Wiesz, coraz trudniej mi się ogarnąć. Ale już prawie! Zostało mi kilka rzeczy do prania! Może dzisiaj.

I zaraz, drobiąc krok, zaprowadziła mnie do kuchni.

– Lubię siedzieć w kuchni! A ty? – Nie czekała jednak na odpowiedź, tylko kontynuowała z ożywieniem: – Kuchnia jest taka swojska, prawda? Gdy przyjaciele przychodzą do mnie, siadamy tutaj. Ciasno nam, gnieździmy się jak sardele, ale co tam… Nikomu to nie przeszkadza.

Uśmiechała się i kątem oka sprawdzała, czy na pewno mi to odpowiada. Odpowiadało. Kuchnia skracała dystans. Nie musiałam siedzieć z ładnie ułożonymi nogami, wyprostowana i sztywna. Mogłam oprzeć ręce o stół albo skrzyżować pod nim nogi.

Na blacie piętrzyły się książki, skoroszyty, albumy. Szybko rzuciłam okiem na grzbiety. Jakaś cienka broszurka Nasze Kopyczyńce, czarny skoroszyt.

– Nie, nie! Na to nie patrz! Tak sobie przeglądałam! Wiesz, musiałam wywlec z pamięci pewne rzeczy. Coraz częściej wszystko mi się kićka… – Rozłożyła bezradnie ręce, zarzucając ramionami. Pokręciła głową i dodała pogodnie: – Tak już jest! Ulatują z głowy całe lata… Jakby ich w ogóle nie było. Ale wiesz, czasem chciałoby się, by coś zniknęło. Na zawsze. Tak jakby nigdy się nie zdarzyło.

Nagle poderwała się i podreptała do przedpokoju. Wróciła, grzebiąc w niewielkiej skórzanej torebce.

– O, zobacz! Mam! Chciałam ci to pokazać.

Podała mi mały obrazek z białą fasadą klasztoru. Odwróciłam go i przeczytałam kilka zdań o zespole klasztornym. Zupełnie nie rozumiałam, o co jej chodzi.

– O, tu byłam! W tym klasztorku. Nie! To duży kompleks. Piotr mi załatwił tam miejsce. Ale mniejsza o to! Tam… – ściszyła głos, jakby zamierzała zdradzić jakąś wielką tajemnicę albo przynajmniej powiedzieć coś bardzo niestosownego – …tam były wariatki. Codziennie wychodziły na spacer. I krążyły przy ogrodzeniu. Jedna za drugą. Jak gęsi. Rzadko ze sobą rozmawiały. Wszystkie oprócz jednej. Piękna dziewczyna. Z długimi włosami. – Roma opowiadała z półprzymkniętymi powiekami. To pozwalało jej przywołać jak najdokładniejszy obraz. Jej dłonie wędrowały wzdłuż skroni, jakby to ona miała piękne, długie włosy. – Była młoda i prężna. Niektóre czasem podchodziły do płotu i prosiły o papierosa. Dawałam, chociaż wszyscy mówili, by nie dawać, bo się nie odczepią. Ale tamta – nigdy. Krążyła. Miarowo. Widziałam, że wciąż coś szemrze pod nosem. Korciło mnie, by ją zaczepić. Chciałam wiedzieć, co mówi… Pewnie też miała swój świat, a może zaklinała coś, może coś z siebie wyrzucała…

Roma zamilkła na moment. Czułam się cokolwiek zażenowana tą „opowieścią”, nie rozumiałam związku. Wpatrywałam się beznamiętnie w małą fotografię, by ukryć zmieszanie, gdy nagle ni w pięć, ni w dziewięć rzuciła:

– Wiesz, lubię wariatki!

Odsunęła ode mnie popielniczkę. Wzruszyła ramionami. Dostrzegłam w jej twarzy wyraz zawstydzenia, jakby chciała powiedzieć: Wiem, już dawno powinnam rzucić to cholerstwo.

– Roma, jak chcesz, to pal. Mnie nie przeszkadza. – Trochę skłamałam. Rzuciłam palenie kilka lat wcześniej, dym wciąż mnie drażnił, a czasem kusił, tak że najchętniej chwyciłabym papierosa i zaciągnęła się głęboko, aż po wszystkie tkanki.

– Nie, nie… Ja bardzo mało palę. Czasem tylko… Właściwie to prawie wcale… – tłumaczyła się jak uczennica, ale kiepsko jej to wychodziło: w domu wisiał intensywny zapach niedawno wypalonych papierosów. Nie miałam jednak zamiaru jej mitygować. Jej dom.

Kuchnia tonęła w popołudniowym świetle – wlewało się do środka przez duże okno, igrało na mosiężnych dzwonkach, blaszanych ptaszkach, glinianych dzbankach. Siedziałyśmy naprzeciw siebie. Kątem oka widziałam, jak skubie skórki przy paznokciach; przy niektórych porobiły się już ranki. Chyba złapała moje spojrzenie, bo wstydliwie zwinęła dłoń w pięść. Obie byłyśmy sobą nieco skrępowane. Ja – bo oto miałam wniknąć w jej życie, dopaść do jej wspomnień, tych najodleglejszych. Pewnie już poupychanych w głowie w dawno nieodwiedzanych zakamarkach, przykurzonych, zapomnianych. Ona – bo oto miała wyjść zza fasady, która chroniła jej intymność, za którą całe życie skrywała swoje lęki oraz żale, i nagle teraz pokazać się mi, nie jako silna kobieta – barlinecka Roma, którą wszyscy znają, podziwiają – ale jako krucha, pełna bolesnych doświadczeń, stara, schorowana kobieta.

*

– Powiem ci o Kopyczyńcach, o miejscu utraconym – zdecydowała. – To najpierw. Bo później… później wszystko może się zdarzyć.

Wzięła do ręki cienką, zieloną książeczkę. Przerzucała kartki wte i wewte.

– Nie da się na kilkudziesięciu stronach spisać wszystkiego… Nawet na setkach, na tysiącach… Można spisać tylko to, co się da opowiedzieć. A ile się nie da… a ile się nie chce… Kiedy w latach sześćdziesiątych przyjechałam tu pierwszy raz, młoda byłam i zagubiona i nie szukałam jeszcze swojego miejsca. Ale gdy zobaczyłam to miasto. Te lasy. To jezioro w środku cywilizacji, w samiutkim centrum. Że nawet nie trzeba było iść poza miasto, bo ono było sercem miasta. Otulone lasami. Okolone gęstwą trzcin z krzyczącym ptactwem. Wiedziałam, że to moje miejsce odzyskane.

*

– Roma. A jak to możliwe, żebyś to wszystko spamiętała? Te Kopyczyńce, ten staw w środku miasta? I Kutec? I Żydów w tych tałesach z fajtającymi cycesami, w tych chałatach, które podczas ożywionych rozmów przy wyszynkach, kramach łopotały jak wielkie skrzydła strasznego ptaszyska. W tych letnich jarmułkach i zimowych lisiurach. Z tymi pejsami wijącymi się przy skroni jak małe żmijki?

Zamyśliła się, jakby wygrzebywała z głowy odpowiedzi, szukając tej najlepszej. W końcu westchnęła głęboko i powiedziała:

– Już sama nie wiem, co było naprawdę, a co sobie wymyśliłam.

*

Kiedy wyszłam z jej domu, nie potrafiłam powiedzieć, ile czasu tam spędziłam. Już u siebie kartkowałam biały notes. Dziwne to było spotkanie.

*

Dom Józefczuków stał na Słonecznej, tuż przy szemrzącym strumyku wpływającym zaraz za zabudowaniami do rzeki Niczławy, która ciągnęła się płasko przez Kotówkę, Kolędziany i Borszczów, by w Kopyczyńcach rozlać się w wielki staw pośrodku miasteczka, na którym w pewnym miejscu zamiast mostu była grobla łącząca brzegi. Grobla miękka i grząska. Ów staw stanowił naturalną granicę dzielącą miasto na dwie części. W jednej z nich było centrum – z szeregiem okazałych willi otoczonych wyrafinowanymi ogrodami, zadbanymi sadami, z instytucjami miejskimi: szkołą, sądem, starostwem, cerkwią, synagogą i kościołem. Tutaj też przebiegała ulica Kolejowa, z dworcem kopyczynieckim, z którego można było się udać do Tarnopola, a stamtąd choćby już na koniec świata. Tutaj był Kutec – uboga dzielnica ukraińska z szeregiem lepianek krytych słomą – białych z niebieskimi przyzbami, barwionymi ultramaryną, gdzie latem siadali mieszkańcy i śpiewali, a głosy ich niosły się po całej okolicy, z drewnianymi płotami zbitymi byle jak, bez baczenia na nic, ani na trwałość drewna, ani na solidność konstrukcji. I rynek z drewnianą bożnicą, z której wnętrza docierały śpiewne modlitwy, a przez szpary w czas szabatu można było zobaczyć, jak Żydzi, obleczeni w ciemne chałaty, przed aron ha-kodesz, nad którą wisiała lampka ner tamid, kiwają się w przód i tył, majtając pejsami skręconymi jak francuskie loki.

Po lewej stronie nad stawem – tam, gdzie mieszkali Józefczukowie, ale nieco wyżej, na niewielkim wzniesieniu ciągnął się park porośnięty starodrzewem, wśród którego straszyły ruiny pałacu, ze szczerbami murów, z wielkimi oknami pozbawionymi ościeżnic i szyb, pus­tymi na przestrzał, niczym upiorne ślepia. Nieco dalej, już prawie na samym szczycie stał dom, w którym mieszkał z rodziną bogaty Żyd Berehulka – człowiek zacny i o wielkim sercu.

Wokół domu Józefczuków panoszyły się kępy łopuchów z rozczapierzonymi liśćmi, ogromnymi jak łapy wielkoluda, i z wystającymi na cienkich łodygach różowo-fioletowymi kwiatostanami przypominającymi podwodne peryskopy eksplorujące świat. Rośliny słały się gęsto, tworząc nisko nad ziemią rozległy baldachim, co to mógłby posłużyć za schronienie pomniejszej zwierzynie albo niewielkiemu dzieciakowi, gdyby nie to, że sercowate liście, pod spodem szorstkie i szarawe, były nieprzyjemne w dotyku. Nieco dalej ciągnął się pas ugorów. Mało kto siał pszenicę, proso czy grykę. Ziemia w większości leżała odłogiem i rodziła dawne stepowe trawy. Ale zdarzały się pasy gruntu, na których zboże wykwitało wysoko w niebo i szumiało roztrzęsionymi złotymi kłosami, pełnymi ziaren dorodnych i chlebnych. Można było się schronić wśród nich i zapomnieć o całym świecie. Z żyznym czarnoziemem pod nogami, z błękitnym niebem nad głową. Domostwo leżało przy brzegu niewielkiego strumyka, za tym jałowym pasem Józefczukowie okolili swą posiadłość kordonem krzewów porzeczki, agrestu i derenia, który wyrastał całkiem przypadkowo, ale Władysław Józefczuk pozwolił mu się rozwijać. W czasie kwitnienia skraj ogrodu wyglądał jak kolorowa, wyrafinowana ramka dagerotypu przedstawiającego sielski krajobraz. Władysław z niesłabnącą wdzięcznością dziękował Bogu za wszystko, co ten mu dał. (Wiele lat później, w sadzie na Psim Polu, z taką samą gorliwością będzie przyjmował razy otrzymane od Stwórcy).

*

Zazwyczaj o tej porze roku ptactwo czyniło w pobliskich szuwarach i w przybrzeżnym sitowiu rwetes na całą okolicę. Teraz jednak złowróżbna cisza aż dzwoniła w uszach. Nawet w oddalonym o kilkadziesiąt metrów lesie panował niepokojący spokój, jak na tandetnych obrazach przedstawiających dzikie leśne ostępy. Powiet­rze zdawało się wciąż drżeć. Zapamiętale. Niewidzialne wibracje na wskroś przeszywały nieruchomą przestrzeń. Miało się wrażenie, że kilka metrów nad ziemią zawisł zapach przestrzelonego prochu. Trochę kwaśny, trochę ostry. I choć jakiś czas temu – godzinę, może dwie – ucichł świst kul, huk spadających w okolice bomb, przyroda tkwiła w niemej trwodze.

Roma wędrowała ufnie i bez celu, pozostawiając w tyle dom, w którym umęczona matka niczym ta ze świętych obrazów – cierpiąca, acz cierpliwa jak sam Jezus Chrystus – co dzień nakazywała najstarszemu synowi tonem bynajmniej nie żarliwym, przeciwnie – pozbawionym nadziei i radości:

– A ty, Juruś, tylko pamiętaj, by na Romusię, siostrunię swoją młodszą, baczyć! Wiesz, że ona wciąż jak nie z tego świata. A ja, widzisz, chłopcze, uwiązana przy Adzi, rady już nie daję. I choć widzi mi się, że mam już dodatkowe oczy wokół głowy i dwie nowe ręce jak u jakiego jaszczura, to i tak gonię w piętkę, a roboty nie ubywa. Ojciec… jak to ojciec… A! – Machała ręką, pozostawiając kwestię męża niedokończoną.

Zaraz też kręciła się po domu, a to przepierkę robiła, a to pichciła na kuchence, z której dymiło jak piorun. Przepalali czym się dało. Latem trzeba było tylko pod kuchnią palić, to jakoś sobie radzili. Gorzej, gdy temperatura spadała, wówczas trzeba było cały dom ogrzać. Ściany ceglane ciepło, które zmagazynowały, teraz z wolna oddawały, aż w końcu pozostawały zimne, nieprzyjemne. A z lasu nie można było drewna ciągnąć, tyle tylko co chrust. Nie oni jedni potrzebowali. O węglu nie szło nawet zamarzyć. A to na solidnym niemieckim singerze, pozostałym jeszcze z posagu, przerabiała z siebie ubrania, by Roma miała w czym chodzić, a po niej jeszcze kiedyś Adzi mogłyby te sukienki i fartuszki posłużyć, bo to nie wiadomo było, co przyszłość przyniesie, a patrząc na to, co się wyrabia, trudno było o nadzieję. Przecież żyli tu jak w kipieli – gwałtowne, nie do pohamowania wichry historii szalały nieustannie. Jak nie Niemcy, to Ukraińcy albo i Ruski. Nie szło się chronić, nie wiadomo było, skąd i kiedy przemoc przyjdzie, kto wróg. A zresztą co tu gadać! Przy trójce drobiazgu było co robić i wojna niepotrzebna, by Maria Józefczukowa miała prawo być umęczona.

Jurek zatem posłusznie chwytał młodszą siostrę i ciągnął tak długo, póki nie zniknęli z pola widzenia Marii Józefczukowej. A gdy odległość od domu była już na tyle bezpieczna, że matula ani nie widziała, ani nie słyszała, nachylał się nad siostrą i wyciągając szyję ponad jej płową głowę, by dojrzeć w oddali czekających niecierpliwie kumpli, gotowych do nowych zabaw, napominał:

– Romusia, ty tu zostań! Pooglądaj sobie motylki, ptaszki. Pozrywaj kwiatki, wianuszki uwij, to potem zaniesiemy to mamusi albo Panience w kapliczce. Wiesz, krasnalu, jak one to lubią. A ja zaraz przybiegnę i pójdziemy razem nad staw albo w kamyczki pogramy. Dobrze?

I szybko muskał ustami jej czoło, i odgarniał pszenne włosy z siostry oczu, i śmigał przez łąki do chłopaków grać w bolkę lub kręcić aureolę z krowiego łajna, zamkniętego w podziurawionej puszce po ruskich konserwach i podpalonego tak, że z otworów na świat wylatywał biały dym. Każdy z chłopaków chciał być świętym, choć nie każdemu udawało się nimb nad głową nakreślić.

*

Niebo błękitniało. Tylko strzępiaste obłoki jak kępy pierza rzuconego przypadkiem gdzie bądź przesuwały się leniwie od czasu do czasu, przyćmiewając napastliwe słońce. Dziewczynka śledziła modraszka, który przysiadał na liściach traganka, rozwijał swoją ssawkę i zapuszczał głęboko w kielichy motylkowych kwiatków zebranych w luźne grona. Chciała pochwycić pięknego owada, ale bała się, że uszkodzi jego skrzydełka i motyl pozostanie na liściach skazany na śmierć. Przeskakiwała więc, wysoko unosząc nogi, by nie dosięgły jej pokrzywy i kłujące osty. W pewnym momencie modraszek poderwał się do lotu i poszybował wysoko, zlewając się z błękitem nieba.

Długo wpatrywała się w górę, mrużąc oczy osłonięte daszkiem z dłoni. Naraz jej uwagę przykuła kolorowa plama majacząca nieopodal wśród pasa zielonych przydomowych krzewów. Roma podeszła bliżej. Coraz bliżej. Niektóre gałęzie były połamane lub przygniecione. Jedna z nich, przygięta do ziemi kraciastą tkaniną, wyglądała jak naciągnięty na pałąk brezentowy kolorowy namiot. Liście błyszczące świeżą zielenią pokryte były czerwonymi kropkami, zupełnie jakby ktoś omaścił je sosem żurawinowym. Tutaj, blisko szpaleru krzewów owocowych, zapach rozkwitających roślin mieszał się z zapachem ziemi i krwi.

*

Roma pamiętała ten zapach. Jak wiele innych. Na przykład zapach mięty. Ostry, drażniący i miły. Mięta rosła tuż za domem od strony strumyka. Wybujała, gęsta. Co roku zawłaszczała kawałek ogrodu. Dawniej tatuś trzebił nowe pędy, bo panoszyły się bezczelnie, odbierając przestrzeń warzywom, ale z czasem machnął ręką. Nie było komu robić w ogrodzie. Maria miała dość roboty w domu i przy dzieciakach, a Józefczuk chwytał czego się dało, by mogli jakoś przeżyć. Nic więc dziwnego, że ogród stawał się coraz dzikszy, ale za to dzieciaki miały niezłe używanie. Gdzieniegdzie można było się natknąć na place szczawiu lub karpy rabarbaru, z których liści Roma robiła sobie parasole. Przy samiutkim domu puszyły się lilie. Były piękne i wyniosłe, zupełnie jak te na obrazie ze świętym Józefem, któremu cudny kwiat ze zwykłej gałązki wyrósł i dzięki temu został Józef oblubieńcem Najświętszej Panienki. Mała nie potrafiła się oprzeć, by nie podejść do nich, nie wsadzić nosa w turbanowy kielich, żeby wciągnąć słodki, mdły zapach. Zawsze po tym miała czubek nosa umazany i wyglądała jak mały klaun. Najbardziej jednak lubiła miętę. Zrywała świeże listki, zgniatała je w małych rączkach, tak że wyciekały z nich krople soku, barwiąc na zielono wnętrze dłoni i pozostawiając na nich rześką woń. Często wrzucała garść liści do kieszeni, gdzie przysychały, a potem kruszyły się po całym domu, tocząc ten obłędny zapach.

*

I jeszcze zapach palonego ciała Roma na zawsze zapamiętała, choć nigdy sama go w myślach nie przywoływała. A gdy już się pojawiał, zawsze szło za nim nieprzyjemne łechtanie na grzbiecie i uderzenia gorąca, jakby plecami przywierała do rozgrzanego pieca.

Było to bodaj za czasów sowieckiej okupacji. Życie w mieście było coraz trudniejsze, mało kiedy dawało się zapomnieć o wojnie, która już dawno wymknęła się historii. Dojmująca bieda, nieustanny strach, zgryzota i niepewność jutra. Ludzie w Kopyczyńcach, jak i na całym Podolu, żyli z dnia na dzień, śpiąc z półotwartymi oczami, bez ustanku nasłuchując głosów z zewnątrz. Nieszczęście mogło się czaić z każdej strony. Od wschodu, od zachodu. Co bardziej zapobiegliwi kopali w sadach lub ogrodach schrony, które zrobione naprędce często się sypały, zalewały je deszcze lub lęgły się w nich szczury. Ale zawsze to było bezpieczniej niż w domu. Czasem, gdy naloty nie ustawały, schrony na długo się zapełniały. Było ludnie. Kopyczyńczanie, przywarci jeden do drugiego, czekali na ciszę, a potem wracali do swych domów. Coraz uboższych i coraz rzadziej przypominających spokojną przystań. Z poniszczonymi dachami, oknami bez szyb, straszącymi jak mroczna zjawa.

Rów, w którego zagłębieniu toczył swój leniwy nurt strumyk, porastały rzędy rosochatych wierzb. Przysadzistych, powyginanych jak stare kobiety, z garbami po jednej lub po drugiej stronie. Suchych i pomarszczonych. I nawet gdy wiosną, wydając z siebie soki, wypuszczały gibkie, prężne wicie obsypane zielonymi listkami, to jednak pnie miały wysłużone i suche. Podatne na ogień.

Tamtego dnia na mostku przerzuconym przez ów strumień dzielący Józefczuków od przedmiejskiego Kutca stał Rusek. Co robił, tego nie wiadomo. Może kurzył fajkę, może palił jakieś papiery. Dość, że w pewnej chwili iskra gnana wiatrem zaplątała się w wierzbowe wicie, naówczas jeszcze długie i suche jak spalone słońcem, przewiane wiatrem chochoły. Drzewo w okamgnieniu zmieniło się w płonącą pochodnię. Ogień pozbawiony jakiejkolwiek kontroli zajmował kolejne i kolejne wierzby, czyniąc coraz większe spustoszenie. Nie wiedzieć kiedy potężne płomienie wzięły w posiadanie najbliższą chatę Sawczuków. Drewniana, kryta słomą, bezwolnie poddała się nieubłaganemu żywiołowi. Na nic się zdały wysiłki zaskoczonych mieszkańców: gospodyni, Halinki ani jej dzieciaka, małego Mykity, ani starego ojca, Hryhorya. Głodne, pożądliwe ozory lizały zachłannie piędź po piędzi, drwiąc z ludzi rozpaczliwie wymachujących czym popadło, usiłujących z okrutnej, piekielnej gardzieli wyrwać cokolwiek, choćby pierzynę czy ikonę Zaśnięcia Matki Bożej, do której co dzień składali ręce, wierząc w odwrócenie losu.

Smuga czarnego dymu i zapach spalenizny wyrwały małą Romę z zabawy w odgadywanie kształtów chmur sunących po niebie. Te bowiem raz przybierały formę jednorożca z rozwianą grzywą, prującego bezmierną niebieską przestrzeń, a raz wyrodzeńca trzepiącego się niespokojnie po niebie. Dziewczynka poderwała się na równe nogi. Nieopodal szalał pożar. Czerwone płomienie jak wielkie pióropusze górowały nad ziemią. Wyrzucały w niebo tysiące iskier, które gasły w locie, sypiąc wokół szary pył. Do uszu Romy dolatywały krzyki i jęki. Pędem rzuciła się w stronę pożogi. Dym zasnuwał wszystko. Trzaskowi walących się beli wtórowały przeraźliwe odgłosy zwierząt, piski, kwilenie, ujadanie. Gorący podmuch cofnął ją, więc w panice popędziła w stronę domu. Wpadła do izby i ledwie łapiąc oddech, krzyknęła zapamiętale:

– Mamusiu! Tatusiu! Cały Kutec czerwony! Słońce spadło na ziemię! Sawczuki płoną!

Matka, beznamiętnie podtykając pod nos małej Agaty wymęczoną, nabrzmiałą pierś, podniosła pozbawione życia oczy na Romę i syknęła gniewnie:

– Cicho, Roma. Nie widzisz, że karmię Adzię?

Słowa starszej córki nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Nieraz już tak było, że Roma przybiegała do domu i raczyła ją niestworzonymi historiami. Zapewne od starej Maksymiukowej, której co jakiś czas Maria Józefczukowa podrzucała skromne wiktuały, niekiedy jakieś ciuchy, by ta trochę Romą się zaopiekowała. Dziewczynka przynosiła z tych wypraw raz kosze grzybów z pobliskich jarów, a raz niestworzone historie o diabłach, wyrodzeńcach zamieszkujących leśne głusze, wądoły i wykroty. Maria nie miała głowy ni cierpliwości do tych Romowych bajdurzeń.

– No, dalejże, malutka, mamusia jest przy tobie! – powiedziała Maria do zawiniętej w becikowy naleśnik córeczki. Do Romy zaś rzuciła chłodno: – Nie krzycz. Siostra się wzdryga i puszcza pierś. Goń na pole. Nie czas na banialuki.

Roma chwilę rozglądała się za ojcem, czy bodaj za Jureczkiem, ale skoro żaden z nich się nie pojawił, obtarła łokciem spotniałą twarz, rozmazując na policzkach ciemne smugi kurzu, i wiedziona dziecięcą ciekawością pobieg­ła z powrotem za most.

A tam trzaski, huki. I wszędzie ogień! Co zdołała odskoczyć od niego na krok, ten dopadał ją znienacka, dybiąc na jej życie. Nie ustawały lamenty i wrzaski, schowane za krwawą kurtyną. Roma zaczęła uciekać. Byle dalej przed siebie! Dym szczypał w oczy. Łzy mieszały się z popiołem, zostawiając na twarzy siwą pajęczynę. Małymi rękami osłaniała łzawiące oczy. Ogień buchał coraz bliżej. Zuchwały. Rozjuszony. Wszędobylski. Zniknęły niebo i zielone drzewa, i złote pola. Świat płonął. Roma biegła. Co sił. Pod górę. Zaoranym brunatnym zboczem. Pełnym bruzd. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Była pewna, że za moment staną i nie zrobią już choćby pół kroku. Jak w zepsutym mechanizmie pozytywki od wujka Juliana, która grała i kręciła się, podobna do rzeczywistego świata, do czasu aż ciekawskie łapy Jurka nie wzięły się do rozwiązywania jej tajemnic. Wtedy mechanizm odmówił posłuszeństwa i znieruchomiał jak w zabawie Raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy!

Języki ognia lizały plecy, muskały odsłonięty kark. I nawet nielicha kieculka, przerobiona z dawnej pluszowej sukni balowej Marii, nie zdołała ochronić przed palącym gorącem, które jak okropny potwór za chwilę ucapi dziewczynkę i pochłonie na zawsze. Ciężkie, bawełniane, patentowe pończochy zsuwały się z nóg, układając się na chudych kostkach w niekształtne obwarzanki. Pocerowane dziury na piętach i palcach raniły stopy Romy. Ale bieg­ła! Nie oglądając się za siebie, wciąż biegła. Przerzucała do przodu cienkie warkocze, bo bała się, że zabłąka się w nich jakaś iskra i ona – Roma Józefczuk – spłonie jak te przybrzeżne rosochate wierzby. Oddech dziecka zdawał się coraz szybszy i coraz płytszy. Z każdą sekundą dystans od żywiołu się skracał. Dramatyczna ucieczka nie miała końca. Żar palił bezlitośnie. Już na samym szczycie, ledwie żywa, pozbawiona nadziei, wpadła wprost w objęcia Rozalii Demeńczukowej, która zagarnęła drobną istotkę do swej obfitej piersi i głaszcząc potargane włosy, jęła zawodzić:

– Mój ty Panie! Roma! Dziecko złote! A co ty tu robisz? Wszak na dole panoszy się ogień! W całej okolicy żar, jakby piekło się na świat wydobyło!

Zaraz też, obcierając rękawem zasmoloną twarz dziec­ka, zawołała na męża:

– Zostawże te konie i pospiesz się! Kutec w ogniu! A tu mała od Józefczuków ledwie żywa!

Roma, wymęczona do cna, leżała w salonie Demeńczuków. Wciąż z trudem łapała powietrze. Stiukowy sufit wirował. Wszystko było tak piękne jak w zmyślonych opowieściach, jakby naraz przeniosła się w świat baśni. Może mogłaby tu pozostać, choćby tylko trochę. Gdyby nie ten gorąc, palący wewnątrz dziewczęcego ciałka i wykwitający na twarzy rumień. I ten krzyk dobywający się z każdej strony. Nieustający. Uwierający. Który pozostanie w niej już do końca życia. Zakotwiczy się w schowanej szufladzie w mózgu – tej od wiecznej pamięci. Będzie dzwonił w uszach, wrażając się w najdalsze zakamarki umysłu.

– Napijże się, dziecino! – Rozalia Demeńczukowa podała jej kwartę z ciepłym sokiem z porzeczki.

Roma piła zachłannie, ale za skarby nie mogła wyczuć kwaskowatego smaku owoców. Czuła jedynie zapach spalenizny.

– Chcę do domu. Mamusia czeka – powiedziała, wciąż jeszcze przestraszona. Chciała wracać. Bała się, że ogień przeskoczył strumień i strawił jej dom. I matulę, i małą Adzię, i kto wie, może i Jurek, i tatko mu ulegli. Może już nie ma jej świata. Tylko wszędzie pył. Gorący jak rozżarzone węgle pod kuchennymi fajerkami.

– Cicho, Romciu. Sprowadzimy cię, maleńka – uspokajała ją kobieta. – Odpoczniesz, sił nabędziesz i wtedy pójdziemy do twojego domu. Zejdziemy bokiem. Tam pewnie bezpiecznie.

Niebo było bezchmurne, błękitne, choć nieco przydymione, jakby ktoś zasłał je lekuchnym woalem. Ale świat widoczny w dole wciąż był niewyraźny. Zamiast zieleni i złota – straszna szarość. Smutek. Gdzieniegdzie wznosiły się nieregularną wstęgą snopy dymu. Przestrzeń zionęła pustką. Demeńczukowa z niedowierzaniem kręciła głową, jak małej Romce udało się wyrwać z okrutnych szponów pożogi. Schodziły powoli, mocno trzymając się za ręce. W końcu zza zakrętu wyłonił się dom Józefczuków.

– O, widzisz! Wasz dom stoi spokojnie – powiedziała, gdy doszły do mostku. – Leć, bo pewnie wszyscy truchleją na myśl, że mogło ci się coś przytrafić – dodała, delikatnie mierzwiąc rozczochrane włosy małej.

Roma już postąpiła do przodu, gdy nagle ciszę przeciął przeraźliwy krzyk. Znieruchomiała, wypatrując jego źródła – i w tej samej chwili, wiedziona niewiadomym impulsem, zawróciła do Kutca.

W powietrzu niósł się smród palonego tłuszczu. Spomiędzy tumanów kurzu wyglądały spalone zabudowania. Zgliszcza i rumowisko! W tym dantejskim krajobrazie nie szło wychwycić żadnego kształtu. Gdzieniegdzie pałętały się pojedyncze sztuki ptactwa. Z boku po drugiej stronie chałupy Sawczuków stała garstka ludzi. Umorusanych, usmolonych, z zakasanymi rękawami i nogawkami, w postrzępionych ubraniach. Wszyscy zwróceni w stronę Halynki. Ta zaś klęczała na ziemi, bijąc czołem w ziemię i drąc się nieludzko. Wśród spopielałych sprzętów i fruwającego pierza leżała krowa. Rozbebeszona. Z popalonego truchła wylewały się wnętrzności. Krowa miała szeroko rozwarte ślepia. Kobieta przykrywała je czarnymi dłońmi, które raz po raz podnosiła w rozpaczliwym geście, kryjąc w nich twarz, i rwała włosy z głowy. Nie przerywała zawodzenia, które chwilami przechodziło w zapamiętały skowyt.

Roma przyglądała się tej scenie mimo narastającego strachu. Przesuwała drobne dłonie – raz na oczy, rozczapierzając palce, by mimochodem przypatrywać się owemu makabrycznemu widowisku, raz na uszy, bo jęki i lamenty stawały się nie do wytrzymania. Przerażona już zawracała do domu, gdy w ostatniej chwili za zwalonym cielskiem krowy dojrzała zwęgloną postać starego Sawczuka. Ogień strawił go bezdusznie. Powykręcane kończyny. Wypalona twarz. Przeżarte przez żywioł chuderlawe ciało starca leżało pozostawione sobie. Jedno oko jak u krowy – otwarte. Całkiem jakby mężczyzna, przymrużywszy drugie oko, chciał powiedzieć: Ot, taki los. Nie dość, że za życia byłem gorszy niż pies, to i po śmierci niewart ludzkiej uwagi.

Przez chwilę zdawało się Romie, że stary na nią patrzy. Wzdrygnęła się i zaraz uciekła.

Przed drzwiami chałupy stał tatko, przestępując z nogi na nogę. Był mocno zatroskany. Z głębi domu dochodził głos matuli:

– Skaranie boskie z tym dzieckiem! Lećże na Kutec! Pewnie tam ją poniosło! Wszystkiego ciekawa! Tylko Jurka nie posyłaj! Jeszcze się gdzieś zawieruszy! Mam już dość! Jakby mało człowiek miał kłopotu!

Władysław Józefczuk szykował się szukać córki, gdy nagle ta jakby spod ziemi wyrosła przed nim. Zdyszana, usmolona. Widząc ją całą, dopadł do niej i chwycił w objęcia.

– Romusiu! Dziecinko! Gdzieś ty się podziewała? Mamusia od zmysłów odchodzi. Brat twój spotkał panią Rozalię i ta mu powiadała, że niemal pod same drzwi cię podprowadziła! A tu ani cię widu, ani słychu. – Całował przyprószone pyłem czoło córeczki, odgarniał z czoła włosy usztywnione popiołem i gadał jak w malignie: – Ale nic to, nic to, serduszko! Już wszystko dobrze. Już tatuś przy tobie. Zaraz obmyjemy i razem podziękujemy Bozi za wszystko! Potem już tylko kolacja i pacierze do Świętej Panienki.

O dziwo, matka nie odezwała się słowem. Obrzuciła tylko dziewczynę karcącym wzrokiem, pokręciła z dezaprobatą głową i na powrót zajęła się Adzią, która niczego nieświadoma, gugała radośnie, wyrzucając w górę krótkie nóżki.

W nocy Roma długo nie mogła zasnąć. Co jakiś czas wynurzała się spod ciężkiej pierzyny i trącała brata, ale ten spał jak zabity. Pokój przecinał snop światła, cienie sprzętów tańczyły na ścianach. W końcu po cichu wygramoliła się z łóżka i na palcach potruchtała do pokoju rodziców.

Matka nie spała. Na wiernym singerze, wystukującym jednostajny rytm, reperowała pościel, Jurkowe portki, ojca kościołowy surdut. Mała stanęła za nią. Wpatrywała się w pochyloną postać, która wprawnie przesuwała pod stopkę partię materiału. Z ust, pobladłych tak, że odcinały się kontrastem od smagłej cery, zwisała czarna nitka. Maria jeszcze z domu pamiętała, jak matka jej nakazywała: „A pamiętaj, dziewczę, by choćby kawalątek nitki w ustach trzymać, gdy szyć będziesz, cobyś, Boże, uchowaj, sobie rozumu na wieczność nie zaszyła”. Nierówne fałdy materiału zsuwały się po drugiej stronie maszyny. Cichy terkot działał na Marię kojąco. Lubiła szyć, choć zapewne wolałaby mieć do dyspozycji gładkie jedwabie, miękkie aksamity, ale cóż – było, jak było. I tak nie mogła narzekać, bo po sobie miała ciuchów niemało, a i ciotka Lonka podrzucała co rusz jakieś fatałaszki. Było z czego szyć. Skupiona naciągała uważnie tkaninę, by maszyna nie wciągała materiału i nie pętelkowała nici, gdy nagle poczuła oplatające ją ręce. Drobne palce przebierały po jej brzuchu, usiłując zamknąć ją w obręczy. Kobieta się odwróciła. Roma. Mała i bezbronna. Marię ogarnęła czułość. Przytuliła dziecko.

– A czemuż ty, Romusiu, nie śpisz? Toż to noc ciemna. Pora już.

Dziewczynka zwinnie wsunęła się na kolana matki. Wiedziała, że nocy pozostało już niewiele i matka może być zła, że jej przeszkadza, ale musiała zapytać. Tamten obraz pogorzeliska. Krowa. Stary Sawczuk. I ta nieludzka rozpacz Halynki. Wszystko to nie dawało jej spokoju, przewalało się w jej głowie i co przymknęła oczy, starając się przywołać jakieś inne obrazy, tamte wracały natrętnie. Dlaczego to tak? Że zwierzę od człowieka ważniejsze i większej godne rozpaczy? Dlaczego Halynka Sawczukowa nie użalała się nad ojcem, tylko nad krową?

Maria Józefczukowa przytuliła córkę do mlecznej piersi, zastanawiając się, jak tu pomóc temu dziecku ogarnąć świat, który dla niej samej stawał się coraz trudniejszy do zrozumienia. Nie taką przyszłość widziała dla siebie. Wszystko kręciło się nie w tę stronę, co trzeba. Ani mąż, ani cała reszta… Musnęła ustami włosy córki. Były umyte i rozczesane, ale gdzieś głęboko wciąż się czaił zapach dymu.

– Taki to podły czas, moja córciu – powiedziała. – Bez starego Sawczuka, tak czy siak, życie się potoczy. Mało! Jedna gęba do wyżywienia mniej! Ale bez krowy… To tylko sznur sobie zawiązać, a dzieciaki jak kocięta… W worek, do niego kamień i do wody! Taki to podły czas… – powtórzyła, ale tym razem chyba bardziej do siebie niż do małej Romy. – A teraz pora spać. Jak będziesz grzeczna, to jutro przyjdzie Maksymiukowa. No, brykaj… – Klepnęła ręką drobne pośladki córki. – Dalejże do łóżka!

*

Zapachu krwi Roma nigdy nie zdoła wyprzeć z pamięci. Będzie się za nią niósł przez życie. Wtedy gdy spadając z drzewa, pokaleczy kolana i łokcie, i w prewentorium, gdy co rano krew będzie jej z nosa płynąć i twardym tamponem będzie trzeba czopować obie dziurki. I wtedy, gdy będzie rodziła Elkę i Piotrka. I gdy w niespokojnym akcie twórczym, ciemną nocą, przysypiać będzie nad sztalugami. Uśpiona ręka bezwładnie przejeżdżająca po rozpiętym na blejtramie płótnie, zahaczająca o wystające, niedobite gwoździe, które zostawią na skórze krwawe ścieżki. Metaliczny smak i zapach krwi. Niepodobny do żadnego innego, drażniący nozdrza, sączący się do mózgu, zakradający się nagle, niespodziewanie.

*

Na ziemi leżała dziewczynka. Żydówka. Mogła mieć tyle lat co Roma, sprawiała jednak wrażenie dużo starszej. Rozciągnięta pod kępiastymi krzewami wyglądała, jakby obserwowała wiszące nad nią gałęzie i przesuwające się ponad nimi obłoki. Rozrzucone na boki ręce, nogi w rozkroku. Jak anioł. Często Jurek wykłócał się ze wszystkimi, że to wcale nie anioł, ale orzeł. Tak się bawili zimą – kładli się na puszystym śniegu i zataczając ramionami półokręgi, zostawiali po sobie odciśniętą matrycę anioła. Czy też orła. I naraz całe ich zastępy pokrywały białą połać łąki.

Dziewczynka była w istocie długa. Pewnie nie zmieściłaby się w Romy łóżku. Musiałaby trzymać nogi podkulone, jak to robi Jurek, albo wystawałyby jej za metalową poręcz. I cierpły, i marzły, i palce by sztywniały od chłodu.

Miała białą twarz, jakby wykutą w wapieniu, i szeroko rozwarte oczy, nieruchome, zmętniałe jak zburzona woda. Obrys twarzy tworzyła rama czarnych włosów, splecionych w dwa warkocze. Jeden był w połowie rozplątany; nierówne końcówki przypominały wiechy osmalonej kukurydzy. Drugi natomiast był zapleciony ściśle, misternie. Przewiązany kawałkiem czerwonej tkanej krajki. Lekka, płócienna sukienka w kratę – z kołnierzykiem obrębionym czerwoną bawełnianą nicią, podpiętym pod samą szyję, była podkasana z jednej strony, ukazując obtarte udo. Czerwone kreski plątały się na nim z brunatną zielenią trawy. Nad dziewczynką krążyły muchy. Miały krągłe, syte odwłoki. Piękne. Fluorescencyjne. Mieniły się szafirem i szmaragdem. Kolorami, które istniały tylko w baśniach z odległych krain. Bzyczały zajadle, tworząc nad ciałem nieprzejednany kordon. Niczym straż, wierni przyboczni, broniący dostępu do swej ofiary. W chaotycznym tańcu transparentnymi skrzydełkami młóciły powietrze pachnące krwią i śmiercią.

Roma ucieszyła się na widok dziewczynki. To była ta długo wyczekiwana przez nią chwila, kiedy w jej życiu pojawiła się przyjaciółka. Najprawdziwsza na świecie. Nieraz z daleka widziała małe Żydóweczki, jak trzymając się za ręce, szeptały sobie do ucha przeróżne sekrety lub za chałupami na pobliskich łąkach zrywały polne kwiaty: maki o wiotkich płatkach, które po zerwaniu zwijały się albo odpadały, zostawiając na jasnozielonej mechatej łodyżce cienkie szyjki słupków, i bławatki – strzępiaste, najeżone granatowymi pręcikami. Z naręczami ziela siadały na ziemi i wyplatały wianki, bransoletki. Zazdrościła im tych wianków. I wspólnych tańców zazdrościła im, kiedy to w czas Hoszana Raba, Wielkiej Hosanny, dorośli Żydzi przystrojeni w czarne chałaty, w jarmułkach, z pejsami przy skroni podskakującymi niczym sprężynki, najpierw siedem razy obchodzili bożnicę, potrząsając lulawem na cztery strony świata, a potem uderzali nim o ziemię, wieszcząc w ten sposób całemu Kutcowi, i nawet całym Kopyczyńcom, wszechobecność Boga. A pod wieczór spleceni nawzajem, przy dźwiękach akordeonu, skocznie wtórujących mu skrzypiec i piskliwego klarnetu, tańczyli horę. Starzy osobno i dzieciaki osobno. Muzyka szła pod niebo, a dziewczynki, ustrojone w kwietne wyplatanki, kręciły się w kółko, zaśmiewając w głos.

Roma przyglądała się temu żydowskiemu spektaklowi z daleka, marząc, by choć raz małe Żydówki zaprosiły ją do zabawy.

*

Spłoszony odgłosem kroków skowronek schowany w zaroślach z niespokojnym świergotem przerwał martwą ciszę. Roma się wystraszyła, rozejrzała wokół, a zobaczywszy wznoszącego się w górę ptaka, odetchnęła z ulgą i postąpiła krok do przodu. Chwilę się wahała, bo nie chciała wyjść na intruza.

– Hej! Nie przeszkadzam? – Przedzierając się ostrożnie przez splątane gałęzie, podeszła bliżej.

Tamta wciąż się nie poruszała. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się niezmiennie w jeden punkt. Zupełnie pozbawione wyrazu. Roma małymi tip-topami przesuwała się w stronę leżącej nieruchomo postaci. Zapach zepsutej krwi się wzmagał. Wymieszany z ciągnącą od ziemi wilgocią, stawał się coraz bardziej intensywny. Dominował nad wonią owocowych krzewów, łąk i pobliskich zaroś­li. Schyliła się, chcąc być jak najbliżej leżącej na ziemi dziewczynki.

– Jestem Roma. – Trzymając się jeszcze nieco z dala, przedstawiła się układnie. Zupełnie tak, jak życzyłby sobie tego tatuś, gdy skinieniem głowy nakazywał jej, by się przedstawiła panu lejtnantowi, służbowym tonem oznajmiającemu, że od tej pory dom Józefczuków posłuży mu za kwaterę. – Ja też lubię leżeć na trawie i patrzeć w niebo. Maksymiukowa mówi, że jak ma się czas, to można wypatrzyć na nim potercuki. Najlepiej się schować w krzakach, bo inaczej mogą cię dojrzeć z góry. Przelatują gromadą, krzycząc pod niebiosa: „chrztu, chrztu!”. Widziałaś kiedyś potercuki? Są straszne! Czarne i skrzydlate! Tylko że zamiast piór mają takie długie paluchy. Jak u ludzi! – Rozłożyła szeroko ramiona i zaczęła rytmicznie wyrzucać je w górę, naśladując wielkie ptaszyska.

Stała nad dziewczynką, a serce łomotało jej z emocji! Starała się znaleźć na linii jej spojrzenia. Przekrzywiała głowę, jakby próbowała ogarnąć postać z różnych punktów widzenia.

– A ty? Jak cię wołają? – Przymrużyła jedno oko, na czoło wystąpiły jej zmarszczki. Potem pokiwała palcem wskazującym i wykrzyknęła, uradowana z odkrycia: – Znam cię! Widziałam cię przy bożnicy. Dlaczego się do mnie nie odzywasz?

Wyciągnęła rękę, by potrząsnąć Żydówką, ale zaraz cofnęła i schowała dłonie za plecy, zaciskając jedną w drugą.

– A może pomyliłam cię z kimś innym? – zwątpiła, lecz nie minęło kilka sekund, gdy oznajmiła stanowczo: – Nie! To na pewno byłaś ty! Miałaś we włosach maki!

Stado much się powiększało. Z każdej strony nadlatywały kolejne. Bzyczenie stawało się coraz bardziej natrętne. Niektóre w trakcie zapamiętałego pląsu wypadały z trajektorii lotu i przysiadały na głowie, ramionach Romy, łaskocząc nachalnie. Wybałuszały wielkie oczyska, pocierały przednimi odnóżami, trzepotały skrzydełkami, jakby się szykowały do wielkiej wyprawy. Wiedzione zapachem krwi, startowały pionowo niczym miniaturowe helikoptery, by za moment przysiąść na nieruchomym ciele małej Żydówki. Z prawej strony głowy, pod roztarganym warkoczem, odbijała się w trawie zaschnięta strużka krwi. Wyglądała jak śpiący padalec. Roma przykucnęła. Wciąż wpatrywała się w martwą postać.

– Dam ci na imię Beiła, dobrze? To ładne imię! Ładniejsze jak Wala czy Tekla.

W tej samej chwili, gdy w geście powitania ręka Romy powędrowała, by chwycić białą dłoń martwej dziewczynki, rozległ się poirytowany głos Jurka:

– Roma? Roma! Romusia!

Brat zbliżał się nieuchronnie. Podniosła się więc z kucek i pospieszyła za jego głosem. Bała się, że chłopak odkryje jej sekret. O nie! Tego nie chciała za nic w świecie! Raz w życiu udało się jej mieć coś tylko dla siebie. Nie pozwoli, by ktoś wydarł jej tę tajemnicę.

– Cii… – Położyła palce na ustach. – Nie wydaj nas. Wrócę tutaj. Zaczekasz na mnie, prawda? – szepnęła ledwie słyszalnie, a potem poprawiła sukienkę, powyciągała z włosów zawieruszone liście i odkrzyknęła: – Idę, Jureczek, idę!

Susem przemknęła na drugą stronę i ruszyła w kierunku domu, oglądając się za siebie. Pewna, że Beiła ją obserwuje, pomachała jej ręką wysoko nad głową.

Twarz palił jej rumieniec, ale trudno było zapanować nad podnieceniem. A więc teraz już nie będzie sama. Oto pod samiutkim domem znalazła przyjaciółkę. I mamusia będzie spokojna, i Jureczek będzie mógł z Mychayłem Antonyczem, Jakubkiem Sadurskim i Meilechem Hirszem śmigać po lasach i łąkach. I zanim Agatka podrośnie, Roma nie będzie zdana tylko na siebie. Bo ileż można ze sobą wytrzymać. Ani się pokłócić, ani pośmiać.

– Bój się Boga, Romuś! Tylko kłopot z tobą. Zawsze gdzieś się zapodziejesz! Ojciec szaleje z niepokoju! Ukraińcy plądrują, co się da! Palą chałupy! Kobity uprowadzają! I nawet takim małym jak ty rzadko odpuszczają! A za nimi Niemcy jak po tropie! Powiadają, że po Żydów przyszli, ale nie wiadomo już, kto z kim, kto przeciw komu! Dawajże do chałupy!

Jurek złapał drobną rękę Romy i nie zważając na nic, pociągnął ją za sobą, poszarpując nieprzyjemnie.

*

Wieczorem Roma szybko położyła się spać. Przez szparę niedomkniętych drzwi wpadała do pokoju łuna światła. Jurek pochrapywał miarowo. Wygadywał coś przez sen, wykrzykiwał, rozrzucał na boki ręce i nogi.

W pomieszczeniu obok ojciec siedział przy świętym obrazie. Palce miał oplecione drewnianym różańcem. Modlił się półszeptem, przesuwając jeden za drugim ciemne paciorki. Matka, jak co wieczór zajęta domowym obrządkiem, raz po raz zerkała w jego stronę. Trochę mu zazdrościła tej żarliwości. Sama już dawno utraciła ową gorliwość. Coraz częściej zdarzało się jej złorzeczyć i wyklinać na zły los. Nie umiała – jak mąż – godzić się ze wszystkim. Bo jak miała się godzić na tę nędzę wokół, na ciągły strach. A to przed Ruskimi, a to przed Niemcami. A jeszcze Ukraińcy! Ci to dopiero nie popuścili nikomu! Ani starszyźnie, ani kobietom, ani dzieciom. Co jakiś czas Lonka, szepcząc wprost do ucha, by żadne słowo nie wydostało się niepotrzebnie i nieszczęścia na olejarnie nie ściągnęło, przekazywała Marii makabryczne wieści o gwałconych kobietach, przepoławianych siekierami, nabijanych na pal, o roztrzaskanych główkach małych dzieci. I jak ona miała wierzyć w Boga, który pozwalał na to wszystko?!

Po dziesiątkach zdrowasiek Władysław Józefczuk podniósł do ust maleńki krucyfiks różańca, ucałował go, wytarł skrajem rękawa i schował do kieszeni. Z pewnym ociąganiem podniósł się z kolan i strzepując z nich warstwę ledwie widocznego kurzu, podszedł jak najbliżej żony.

– Niemcy w Kopyczyńcach. Niemal wszystkich Żydów do getta zapędzili. Co niektórzy zbiegli. Ale nad nikim się nie litowali. Ani nad starymi, ani nad dziećmi. Część pomordowali na miejscu. Rzeszę Żydów ściągnęli z Buczacza. Śmierć, jakiej jeszcze Kopyczyńce nie znały, pojawiła się w mieście – mówił cicho i szybko, krótkimi zdaniami, oglądając się, czy aby na pewno nikt niepożądany go nie słyszy.

Józefczukowa z uwagą przysłuchiwała się mężowi. Co chwilę przykładała dłoń do serca, jakby chciała uspokoić jego wzmożone bicie. Na przemian podrywała się z krzes­ła i przysiadała. Wierzchem dłoni pocierała nerwowo czoło, jakby to miało jej pomóc uruchomić pamięć.

– Teraz, jak tak mówisz, przypomina mi się, że z rana słyszałam strzały. Gdzieś tutaj, niedaleko. Ale zajęta Adzią nie wyjrzałam oknem. A potem zrobiło się cicho jak makiem zasiał. I nikogo w obejściu nie zobaczyłam. Pomyślałam sobie, że może mi się zdawało! Bo to przecież niemożliwe, by tak nagle wszystko ustało. I na Kutcu też zdawał się być spokój… Zresztą kto to miałby czas całymi dniami wystawać na progu i patrzeć, co się na świecie dzieje.

Józefczuk wciąż stał blisko żony. Zerkał w stronę drzwi, zza których dolatywało posapywanie śpiącego syna.

– Ale na pewno coś musiało się stać, bo Janusz Kępka przyleciał do mnie na pole i wypytywał, czy u nas w porządku. Nie miałem pojęcia, dlaczego pyta. Patrzyłem na niego jak na durnego. Ale on mówił całkiem poważnie. Najpierw serce mi zamarło i chciałem biec, ale Kępka przypomniał sobie, że zaraz potem widział, jak się kręciłaś w obejściu. To się uspokoiłem. Ale on był wystraszony jak nie wiem. – Ściszył głos, tak że niemal tylko z ruchu warg można było wyczytać jakieś słowa. Przysunął się jeszcze bliżej żony. Strumień ciepłego powietrza łaskotał ją w ucho. – Kępka mówił, że taką rzeź urządzili w mieście, jakiej świat nie widział. Krew się lała na każdym kroku. Niektórzy próbowali uciekać, ale faszyści nie popuścili. Część zginęła na miejscu, innych dorwali za rowem…

– Boże mój, Władysław, co ty opowiadasz? – Maria schowała twarz w dłoniach. – Dlaczego? Dlaczego? Zrób coś! Ratuj nas! Dzieci! Zanim nas tu wystrzelają jak kaczki! Boję się! Trzeba nam uciekać… Może na zachód… – Zaczęła szarpać męża za poły i tak już starganej koszuli.

Chciał ją przytulić, ale jego ręka zawisła w powietrzu.

– Marysiu, a co ja mogę? Sam się boję. Trzeba uciekać? Ale dokąd? A może Bóg pozwoli…

– Żebyś ty chociaż powiedział, że nic nam się nie stanie! Żebyś choć uspokoił! Zapewnił, że nie pozwolisz, by nam się krzywda stała! Ale ty… ty… każesz mi się godzić ze wszystkim. Żadną opoką dla mnie nie jesteś. Dzieci narobiłeś i teraz muszę truchleć na każdym kroku. Mam dość! Słyszysz?! – Jej głos stawał się coraz donośniejszy. Miała ochotę krzyczeć. Zakrzyczeć cały swój strach i niedolę.

– Cicho, Marysiu! Cicho… Dzieci śpią. Romusia się wystraszy. Wiesz, jaka ona delikatna. Cicho… – Józefczuk skulił się i pogmerał w kieszeni, by poczuć krągłe paciorki różańca. Chwilę się przyglądał podskakującym rytmicznie plecom żony. Płakała. Znowu płakała. A on nie umiał jej pocieszyć.

Po chwili po domu rozniósł się stukot maszyny. Bardziej zdecydowany i donośny, jakby Maria Józefczukowa usiłowała zagłuszyć myśli.

*

Długo w nocy Roma myślała o Beile, układała sobie w głowie kolejne sprawy, którymi musiała się podzielić z przyjaciółką, obmyślała plan. Najpierw zabierze ją do jaru, pokaże wykroty, w których ukrywają się potercuki, potem pobiegną do jazu, do pana Michała. Mieszka trochę za miastem nad Niczławą i pilnuje wody. Romka go lubi, bo zawsze ma dla niej kuleszę. Czasem nawet z pachnącymi skwarkami. Nie wiedziała, czy Żydzi jedzą kuleszę albo tyrbę. W ogóle nie wiedziała, co jedzą. Ale to nieważne! Obiecywała sobie, że zabierze Beiłę na łąki. Nazrywają kwiatów i uplotą wianki. I będą śpiewać i tańczyć jak tamte. Z Kutca.

Sen nie chciał nadejść. Co chwilę nowe obrazki pojawiały się pod powiekami.

*

Nad ranem dom zatrząsł się od serii z karabinów maszynowych. Z dworu dochodziły krzyki, piski, lamenty kobiet, wyklinania mężczyzn, płacz dzieci, którym towarzyszyły odgłosy tupotania, jakby tabun zwierzyny zerwanej z uwięzi pędził tuż obok. Dom chrzęścił, szyby podzwaniały, meble drżały. Zaraz potem rozległy się gard­łowe głosy znienawidzonych żołnierzy Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei i kanonada strzałów ponownie przeszyła okolicę.

Matka, ubrana w płócienną koszulinę, z włosami potarganymi, opadającymi bezładnie, wparowała do ich pokoju, trzymając w ramionach rozbudzoną Agatę. Podbiegła do łóżka i szarpiąc pierzyny, potrząsała śpiącymi.

– Dzieci! Roma! Jurek! Wstawać! Szybko! Pod łóżka! Dalej! Pod łóżka!

Wyrwane ze snu rodzeństwo marudziło. Jurek pomrukiwał gniewnie, przytrzymywał puchatą pierzynę i uparcie naciągał na czubek nosa, jednak matka nie zamierzała rezygnować.

– Niemcy za domem! Wstawać!

Gwałtownie zdarła okrycie z syna. Roma już stała obok łóżka. Na jej twarzy, równie zaspanej i nieobecnej, malował się przestrach. Na wpół śpiąca, wodziła wkoło rozbieganymi oczami, drżąc na całym ciele. Nie wiedziała, z zimna czy ze strachu.

Maria wytargała zza wezgłowia upchniętą kapę i rzuciła ją pod metalowe sprężyny.

– Jureczek, trzymaj, rzuć to na ziemię! I bierz Adzię! Suń ją pod ścianę! – padały krótkie komendy.

Agata, rozbudzona już na dobre, darła się wniebogłosy. Matka wetknęła jej do buzi umaczany w cukrze tłumok.

– Chować się pod łóżko! I cicho! Nie wychodzić, dopóki nie przyjdę! Szybko! Szybko! – dyrygowała stanowczo Józefczukowa, pospieszając dzieciaki i upychając je pod łóżko niczym jakieś worki. Na koniec upewniła się, czy leżą wystarczająco głęboko i czy nie widać ich z góry. Agatka kwiliła jeszcze, ale już mniej rozpaczliwie. Uspokajała się.

Maria wyciągnęła z szafy pierwszą lepszą kieckę i zarzuciwszy ją naprędce na siebie, wyszła. Ledwie drzwi się za nią zamknęły, do domu wpadł Niemiec i mierząc w nią karabinem, jął wypytywać o ukrytych Żydów. Władysław Józefczuk próbował coś powiedzieć, ale nie zdążył. Kolba karabinu wbiła mu się między żebra. Upadł na ziemię. Kobieta z krzykiem rzuciła się mężowi na pomoc, ale żołdak powalił ją silnym ciosem w twarz. Zdążyła jeszcze zobaczyć nad sobą ciężki, oficerski but. Gdy straciła jakąkolwiek nadzieję, do izby wpadł drugi Niemiec. Z szybkiego bełkotu trzy po trzy zrozumiała, że mężczyzna zapewnia, iż nikogo tu nie ma, że Żydzi już pojmani albo martwi, więc muszą wracać. Ten, który wpadł pierwszy, zamierzał jeszcze kopnąć Władysława, ale widać coś mu się odwidziało i tylko splunął z pogardą, mamrocząc pod nosem wyzwiska.

Maria struchlała, bała się podnieść głowę, i tylko nasłuchiwała głosów. U dzieci był spokój. Dopiero teraz zorientowała się, że twarz jej pulsuje. W ustach poczuła metaliczny smak krwi. Dziąsła jej nabrzmiały. Językiem sprawdziła zęby. Były wszystkie. Roztarła ręką obolałą twarz. Prawe oko zaszło mgłą. Było podpuchnięte. Serce łomotało jak oszalałe. Mąż Marii leżał w poprzek, z kolanami podkulonymi do piersi. Oddychał szybko i płytko. Każdy wdech powodował osty ból, który wykrzywiał mu twarz. Syczał cicho. Rozpacz szarpnęła nim, gdy zobaczył poranioną twarz żony. Przypomniały mu się jej słowa, pełne wyrzutu i skargi. Z trudem hamował szloch, wdzierający się do gardła. Ale przecież nie może się złamać. Nie teraz, gdy ledwie uszli z życiem, gdy widzi poturbowaną żonę, która rzuciła mu się na ratunek, gdy tuż za drzwiami pochowane po kątach są ich dzieci.

Najpierw na czworakach poruszali się po izbie. Potem Władysław podniósł się z wysiłkiem i stanął przy oknie. Schowany za zasłoną, obserwował podwórze. Zaraz przy schodach leżały zwłoki mężczyzny. Miał zmasakrowaną czaszkę, między sklejonymi włosami prześwitywał rozlany mózg. Krok dalej leżała kobieta. Cała we krwi. Z wyciągniętymi w stronę mężczyzny rękami, wyglądała, jakby tonęła i resztą sił próbowała go uchwycić, licząc na pomoc. I jeszcze kolejny trup, i kolejny. Całe podwórze pokryte było martwymi Żydami. Niektórzy wyglądali, jakby wypoczywali. Jakby leżeli na pełnej słońca plaży za zakolem Niczławy, gdzie w upalne dni można było się schłodzić i popluskać w rzece.

Władysław Józefczuk toczył przerażonym wzrokiem po obejściu. Tyle śmierci na jego podwórzu! W głowie mu się nie mieściło. To, co słyszał od innych, to, co od jakiegoś czasu wyrywało go ze snu, teraz zdarzyło się tutaj, na Słonecznej! Wśród zmasakrowanych zwłok dojrzał Baruchę Szulmana, nieco dalej jego ciężarną żonę Ryfkę, a jeszcze dalej, pod samą studnią, zwinięta w kabłąk, z suknią zadartą po samą szyję, jakby próbowała się uchronić przed kulą, leżała Cipra Fabiszowicz. Dopiero jak się przypatrzyć, widać było drobną sylwetkę małego Mojszego, wczepionego w matkę niczym mały torbacz. Cała ziemia przy domu spływała krwią. Makabryczny obraz zagłady. Józefczuk odruchowo nakreślił znak krzyża. I choć widok był przerażający i trwożny, nie potrafił ukryć radości, że oni wszyscy zachowali się przy życiu – i on, i jego żona, i dzieciaki. Żywi pośród tylu martwych.

*

Po jakimś czasie głosy ustały. Martwa cisza zapanowała nad światem Józefczuków. Nawet ptactwo w obejściu zamilkło. Maria poszła do dzieci. Jeszcze nie zdążyła nacisnąć klamki, gdy ponownie drzwi wejściowe rozwarły się z trzaskiem, waląc o ścianę. Ten sam Niemiec, który uratował ją przed ciosem, stanął w rozkroku i rzekł do Władysława:

– Posprzątaj to barachło! – Wskazał ręką na pobojowisko.

A później zniknął.

Cały dzień Józefczukowa nie pozwoliła ani Jurkowi, ani Romie nosa na zewnątrz wyściubić. Mała kręciła się po domu niespokojna. We wszystkich pomieszczeniach panował mrok. Okna były zasłonięte. Całkiem jak u sąsiadów, gdy zmarła stara Bulzacka. Kilka dni dom był jak grobowiec. Tylko skąpe światło świec przebijało przez zasłony.

– Niech was Matka Boska broni podchodzić do okien! – ostrzegała Maria.

Jurek, z dala od okna, kozikiem strugał procę z kawałka brzozy. Był milczący i choć nie widział tej masakry, intuicyjnie czuł, że stało się coś złego. Ale Roma nie dawała rady usiedzieć w miejscu. Wciąż czekała, by się wymknąć, by polecieć do Beiły. Gdy tylko matka nie patrzyła, odchylała skrawek zasłony. Gdzieś za domem z krańca ogrodu dało się słyszeć terkotanie taczki. Sunęła nierówno po wyboistym podwórku, płosząc i tak już wystraszone nieliczne ptactwo. Zostawiała na rozmięk­łej ziemi nierówne bruzdy. Kury, które dotąd plątały się otępiałe, jakby rozumiały, czego stały się mimowolnymi świadkami, nagle się ożywiły – zaczęły biegać niezbornie, z jazgotem wyfruwały spod metalowych kół, pałętały się chaotycznie.

Ojciec, zgięty wpół, pchał przed sobą taczkę. Musiał być umęczony, bo nogi miał jak waciane, całkiem jakby był pijany i za chwilę miał upaść. Roma mrużyła oczy, nie mogła dojrzeć, co tam tatko ma na wózku. Nagle słońce przebiło się przez stalowe, ciężkie chmury i rzuciło oślepiające promienie w okna ich domu. Wtedy Roma zobaczyła. Z jednej i z drugiej strony metalowego wózka zwisały bezwładne nogi i ręce. Za nim ciągnął się ślad krwi. Dziewczynka zasłoniła usta ręką, by powstrzymać wyrywający się z piersi krzyk. Naraz dojrzała, że na samym czubku tej góry ludzkiego truchła leży Beiła. Głowa poniżej tułowia, bezwstydnie odsłonięte piersi, pozbawiona choćby krzty wdzięku, rozplątane włosy o mało co nie wplątały się w koło taczki. Wyglądała jak wyrzucona na śmietnik szmacianka. Niezdatna do zabawy. Niepotrzebna nikomu. Odarta z wszelkiego piękna i czci.

– Beiła! Beiła… – Stłumiony szloch wyrwał się z ust Romy.

Z niedowierzaniem patrzyła, jak ojciec znika za wink­lem domu. Wmawiała sobie, że to tylko wyobraźnia pewnie znów płata jej figle, coś jednak podpowiadało jej, że tym razem to nie złudzenia. Na nic się zdawało wielokrotne szczypanie w policzki, zamykanie i otwieranie oczu – to wszystko działo się naprawdę. Rzuciła się na łóżko, łkając donośnie. Jurek podniósł głowę i spojrzał na siostrę.

– Roma, mamusia kazała ci popruć sweter i w motki pozwijać! A ty leżysz i ryczysz, czort znajet, z jakiego powodu. – Niczego nieświadomy, wzruszył obojętnie ramionami i wrócił do strugania procy, z której razem z chłopakami miał strzelać do kaczek.

*

Na dworze ledwie dniało, gdy Roma ukradkiem wymknęła się z domu. Cicho, na palcach podeszła do drzwi. Z trudem uwolniła skobel. Ciężkie skrzydła zaskrzypiały zdradziecko. Obejrzała się na rodziców, ale spali twardo. Ojciec odwrócony do ściany, matka z wtuloną w nią Adzią.

Trawa pokryta chłodną rosą ziębiła stopy. Dziewczynka starała się stąpać jak najlżej, omijając kłujące osty i pokrzywy. Powietrze było rześkie i wilgotne. Im bardziej zbliżała się do krzewów, tym mocniej biło jej serce.

– Panie Boże, już zawsze będę słuchać mamusi i nie sprawię jej przykrości, ale proszę, niech ona tam będzie, niech będzie! Boziuniu kochana, ja nigdy o nic nie prosiłam! Przyrzekam, naniosę kwiatków Matce Boskiej i codziennie będę się modlić!

Rękami na oślep rozgarniała mokre gałęzie. Krople rosy spadały na jej odsłonięty kark i łącząc się w małą strużkę, spływały środkiem kręgosłupa, między pośladkami, a potem – kiedy postąpiła krok – raz jednym, raz drugim udem aż do stóp.

Pod krzakiem porzeczki było pusto. Ugnieciona ziemia. Struga krwi jak martwy padalec. Krok dalej czerwieniła się na trawie krajka wyplątana z czarnego warkocza.

W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi. I ludzkiego ciała.

Roma się skuliła. Dziecięcy szloch wydobywał się z mikrej piersi. Ocknęła się, wystraszona, gdy poczuła lekkie szarpnięcie.

– A co ty tu robisz? Ojce wiedzą, gdzie ty? Przecie jeszcze noc! Hej, Romka! Brak, by cię jakiś hołodryga nastał!

Maksymiukowa jak zwykle pojawiła się znikąd. Zawsze wtedy, gdy coś strasznego miało się wydarzyć – lub już się wydarzyło. Od czasu, gdy ją matka do Romy prosiła, można by sądzić, że trzyma wartę przy dziecku, gotowa nawet siły nieczyste powołać, by go strzegły. Maksymiukowa była stara i brzydka. Miała żółte zęby przedzielone licznymi szparami, spoza których wyglądały sine dziąsła, schorowane jak przeżarte szkorbutem. Przygarbiona niczym najprawdziwsza Baba-Jaga, była niska i pokraczna. Lewą nogę ciągnęła za sobą. Początkowo Roma bała się Maksymiukowej i nawet jak z nią szła, bo matula sobie tego życzyła, to za nic nie pozwoliła wziąć się za rękę. Nie wiedzieć jednak kiedy brzydota kobiety przestała jej przeszkadzać. Polubiła starą. I jej opowieści, których ta miała bez liku.

„Zdradzę ci sekret, dziecino. Tyle byś nie wypaplała się z tym nikomu”, powiedziała któregoś razu, gdy szły brzegiem strumienia, zrywając kaczeńce, by zanieść pod figurkę świętego Jana przy grocie. Zawsze prowadziła Romę koło groty Matki Boskiej i do ciepłego źródełka. Tam odbywało się święcenie wody w święto Jordanu. Urzeczona Roma patrzyła na złote szaty kapłanów z długimi brodami, połyskujące krzyże i płonące świece, które odbijały się w wodzie, tak że wydawało się, jakby wszystkie gwiazdy spadły do Niczławy. Szły krok w krok. Roma cierpliwie czekała na opowieść. Zarzekała się na czystość Najświętszej Panienki i na inne przenajświętsze świętości wymieniane przez Maksymiukową, że sekretu starej nie wyjawi. Składała rozczapierzone palce prawej ręki w okolicach serca, a lewą dłoń jak do uroczystej roty. A Maksymiukowa toczyła swą opowieść, jaka to kiedyś była z niej Horpyna, dorodna i rosła. Urodą nie ustępowała najpiękniejszym dziewczynom w Kopyczyńcach. I jak razu pewnego, gdy szła do Świętej Panienki pomodlić się, nastał na nią diabeł chowający się w pobliskich wierzbach – rosochatych, pełnych dziupli i zakamarków. I jak nie zacznie ten diabeł obrzucać ją kamieniami, szargać nią do zupełnej utraty przytomności. A gdy otworzyła oczy, to już taką się zastała. Bezzębną, pomarszczoną jak kora drzewa, z nogą, która nie nadąża za drugą, i z garbem na plecach. Roma mocniej ścisnęła kościstą rękę kobiety i przylgnęła do niej ufnie. „Nikomu o tym nie opowiem”, przyrzekła cicho, uradowana, że oto została obdarzona prawdziwą tajemnicą.

*

Stara przyklękła przy Romie. Wyciągnęła rękę, by odgarnąć kosmyki włosów, które przykleiły się do jej twarzy. Zaschnięte łzy zostawiły ślad na bladych policzkach. Podbiegłe czerwienią oczy nie dały rady ukryć faktu, że dziecko płakało.

– Mów! Wyrzuć zgryzotę z siebie. Od razu poczujesz się lżej.

Mała przylgnęła do Maksymiukowej i nowa fala rozpaczy wstrząsnęła jej sercem. Opowieść się nie kleiła. Że dziewczynka. Że Beiła. Że wianki. Że Niemcy. Że strzały. Że chciała tak bardzo opowiedzieć przyjaciółce o potercukach. I o niej, o Maksymiukowej! Może nawet razem poszłyby na spacer. A Maksymiukowa zdjęłaby z głowy białą chustkę i rzuciłaby w potercuka. A potem ten zostałby zbawiony i nie musiałby już krążyć w górze, łopocząc wielkimi skrzydłami, co to zamiast piór mają dłonie jak ludzkie, i nie musiałby krzyczeć w przestrzeń „chrztu, chrztu!”. Bo Maksymiukowa niejednemu już zbawienie dała.

Stara nie przestawała głaskać Romy. Czekała, aż mała się wypłacze.

– Moja ty zazuleńko złota, moja ptaszyno! Nie zmienisz świata. Tyle ile szczęścia na nim, i piękna, i boskiego stworzenia, tyle też podłości ludzkiej, grzechu i krzywdy. A żyć trzeba. Nie ma innej rady. – Westchnęła ciężko, jakby sobie pomyślała, że i ona innej drogi dla siebie nie widzi. I przecież mogłaby już życie zakończyć, ale widać nie jej godzina. Nie ona się na świat prosiła i nie ona będzie decydować, kiedy z niego iść.

W oddali na progu domu zobaczyła Józefczukową.

– Mamusia cię wygląda. Leć! Przyjdę potem. Opowiem ci o pannie młodej, której długa suknia zmieniła się w rzekę… No, idź już! Zapomnisz. Kiedyś zapomnisz…

*

Może to za sprawą ostatnich godzin, a może zwyczajnie przez umęczenie Marii Józefczukowej, ale zniknięcie Romy właściwie przeszło bez echa.

– Roma, co ty wyprawiasz? Wracaj do łóżka. Jeszcze można pospać. Niedziela – ofuknęła tylko córkę, kiedy ta, zmarznięta na kość, przemknęła jej przed nosem.

*

Obrazy w głowie wciąż się zmieniały. Coraz to inne. Aż dziw, że umysł człowieka jest w stanie takie rzeczy potworzyć. Kolory, kształty… Tylko zapach pozostał niezmienny. Ziemia i krew.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Prolog

1. Spotkanie pierwsze: Zapachy

2. Spotkanie drugie: Wagon

3. Spotkanie trzecie: Zima

4. Spotkanie czwarte: Sycowska

5. Spotkanie piąte: Zdjęcie

6. Spotkanie szóste: Ostatnie

Postscriptum

Podziękowania