Zakończyć pandemię - Judy Mikovits, Kent Heckenlively, Francis W. Ruscetti - ebook

Opis

Kontynuacja głośnej „Pandemii kłamstw” autorstwa Judy Mikovits i Kenta Heckenlively'ego. Tym razem dołącza do nich legendarny naukowiec – dr Francis W. Ruscetti.

Dr Ruscetti spędził prawie cztery dekady w centrum zdrowia publicznego. W książce „Zakończyć pandemię” przedstawia wewnętrzny portret środowiska naukowego. Jego spostrzeżenia na temat sukcesów i porażek rządowej nauki mogą otworzyć oczy społeczeństwa. Znajdziecie tu nigdy wcześniej nieujawnione informacje o osobowościach i napięciach, które były trzymane w największym sekrecie i motywowane dbałością o zdrowie publiczne.

Autorzy przedstawiają fakty na temat:

  • praktyk stosowanych w środowisku naukowo-medycznym w USA;
  • nieuczciwości Big Pharmy i błędów w badaniach naukowych;
  • nadużyć koncernów farmaceutycznych;
  • tłumienia wszelkiego rodzaju opinii niezgodnych z „jedyna prawdą”;
  • tuszowania i naciągania wyników badań i odkryć w celu uzyskania jak największych zarobków kosztem ludzkiego zdrowia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 485

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Najważniejsze jest działanie, a nie jego owoce. Musisz robić to, co należy. Być może owoce pojawią się później, w innym czasie. Ale to nie znaczy, że nie robisz tego, co właściwe. Być może nigdy się nie dowiesz, jakie rezultaty przyniosło twoje działanie. Ale jeśli nie zrobisz nic, nie będzie żadnych rezultatów.

– Mahatma Gandhi

CZĘŚĆ I

Frank

PROLOG

Dlaczego teraz?

Prawdziwym zabezpieczeniem demokracji jest edukacja.

– Franklin Roosevelt

Musisz radzić sobie z tymi prostackimi duszami, których wąskie horyzonty nie ogarniają niczego poza niewielkim kręgiem ich własnych egoistycznych trosk.

– Robert Morris do Alexandra Hamiltona

Wymuszone zakończenie mojej kariery naukowej w 2013 roku było dla mnie wstrząsem zarówno pod względem osobistym, jak i zawodowym. Pozwoliło mi jednak dołączyć do mojej żony Sandy, która po zakończeniu wspaniałej kariery naukowej mogła już przejść na emeryturę, i udać się do naszego ulubionego miejsca na świecie – do Carlsbadu w Kalifornii, magicznej miejscowości nad Oceanem Spokojnym, na północ od San Diego. Mile zaskoczył mnie również fakt, że przeprowadzka okazała się wyzwalająca. Większość ludzi dochodzi w swojej drodze zawodowej do takiego momentu, gdy cała polityka instytucjonalna, zakulisowe rozgrywki i wbijanie noża w plecy hamują kreatywność, która jako pierwsza przyciągnęła ich do zawodu. Odejście z National Cancer Institute (znajdującym się częściowo na terenie byłych laboratoriów broni biologicznej Stanów Zjednoczonych w Fort Detrick) w Frederick w stanie Maryland, mojego domu od trzydziestu ośmiu lat, pozwoliło mi ponownie ocenić wszystkie wydarzenia w mojej karierze, które pozostawiły po sobie niewyraźną plamę.

Zacząłem doceniać prawdziwość stwierdzenia Allena Saundersa: „Życie jest tym, co nam się przytrafia, podczas gdy robimy plany”. O wiele lepiej zrozumiałem, co stało się z badaniami medycznymi w kwestii zdrowia publicznego i w ogólnym kontekście historii Ameryki na przestrzeni całego mojego życia.

W maju 1972 roku, po uzyskaniu tytułu doktora, dokonałem zawodowego wyboru i wstąpiłem do bardzo starego i zaszczytnego stowarzyszenia uczonych. We współczesnym klimacie rosnącej pogardy dla uczciwości intelektualnej oraz delegitymizacji specjalistycznej można zadać całkiem zasadne pytanie: po co się przejmować?

Wierzę jednak, że powinniśmy się tym „przejmować”, ponieważ – jak wynika ze słów zacytowanego na początku niniejszej książki Gandhiego – najważniejszym obowiązkiem uczonego jest tworzenie wiedzy. Wiedza w większości dziedzin, ale przede wszystkim w nauce, ma długi okres inkubacji i musi być z mozołem pogłębiana. Następnie, co jest zadaniem jeszcze trudniejszym, należy ją przekazać sceptycznej, konserwatywnej publiczności – i bardzo słusznie, że taka właśnie jest – przywiązanej do status quo. Sceptycyzm to jedno, zauważyłem jednak, że akceptacja zmieniającej paradygmat pracy przez wielu badaczy medycznych, bardziej zainteresowanych ochroną własnego miejsca w hierarchii niż pogłębianiem wiedzy, zazwyczaj przebiega w trzech etapach.

Pierwszym jest: „Nie, nie masz racji”.

Drugi brzmi: „Nie, jesteś w błędzie”.

A trzeci: „Od zawsze o tym wiedziałem”.

Taki proces akceptacji może trwać nawet dziesiątki lat.

Jednym z najbardziej niepokojących obecnie trendów w nauce jest podejście do całkowitego przekręcania prawdy na własne potrzeby. Wielu wyników przedstawionych w pracach naukowych nie da się odtworzyć w krótkim czasie głównie ze względu na różnice techniczne między laboratoriami. Politycznie motywowani obywatele i naukowcy często wykorzystują ten fakt do negowania wniosków, które nie są im na rękę, i w ten sposób dyskredytują naukę zmieniającą paradygmat. Takie zachowanie jest nie tylko nieuczciwe pod względem intelektualnym, lecz także świadczy o całkowitym niezrozumieniu procesu naukowego. Pośpiech, z jakim dyskredytuje się te publikacje, a nawet wymusza ich wycofanie, wyrządza szkodę nauce i niesie ze sobą ogromne ryzyko. Parafrazując uczonych od Darwina do Plancka: naukowiec nie powinien martwić się o przekonywanie swoich kolegów. Powinien natomiast zadbać o to, by jego praca pojawiła się w podręcznikach dla następnych pokoleń. Nowa wiedza, która przetrwa próbę czasu, ułatwia życie kolejnym generacjom.

Niewłaściwe wykorzystanie procesu naukowego przez różne osoby ma moc korumpowania i oszukiwania wielu błyskotliwych i uczciwych naukowców, pozbawiając ich należnego im miejsca w historii. Od samego początku naszej historii Robert Morris i Alexander Hamilton, których ekonomiczny geniusz ocalił sprawę amerykańską w czasie rewolucji i w nowym państwie, wiedzieli, że interesy własne są największym zagrożeniem dla republiki. Aby wybielić swoje zbrodnie i dodać sobie splendoru dzięki własnym osiągnięciom, potężne elity mogą kwestionować i niweczyć pracę moich współpracowników, zwłaszcza Judy Mikovits. Choć cieszę się, że ułatwiliśmy ludziom życie niezależnie od tego, co mówią moi rówieśnicy i osoby ich wspierające, nie mogę pogodzić się z faktem, że zakłamanie i występki osób mi współczesnych pozostają nieujawnione.

Ponieważ potrafią one doskonale przekręcać obiektywne fakty i przekształcać je w nieprawdę, jestem niemal pewien, że stanie się tak również z większością tego, co tu napiszę, w tym z moim prawem do bycia nazywanym uczonym. Najtrudniej jest doceniać wartość własnych osiągnięć, nie zważając na opinie innych. W tym świecie sukces jest często mirażem, wynikiem pochwał ze strony innych lub wypadkową nagród i pieniędzy niezależnie od tego, czy dana praca jest wartościowa, czy nie. Dlatego należy dążyć do osiągnięć, a nie do pochwał ze strony świata.

W latach siedemdziesiątych, kiedy starałem się rozwijać swoją karierę naukową, nie docierało do mnie, że w ciągu następnych pięćdziesięciu lat coraz bardziej skorumpowany aparat korporacyjny wpędzi większość ludzi w ekonomiczną niewolę, w której ważne decyzje dotyczące każdego aspektu naszego życia będą podejmowane przez bogate elity, chronione przed wszelkimi konsekwencjami politycznymi i społecznymi.

Jak do tego doszło? Korporacyjna Ameryka zabija demokrację.

Lwia część winy leży po stronie rządu, który ma obowiązek chronić swoich obywateli, a zamiast tego pozwolił na rozwój kolesiowskiego kapitalizmu, bazującego na bliskich relacjach między bogatymi biznesmenami a państwem. O sukcesie nie decyduje wolny rynek, lecz przychylność państwa w postaci ulg podatkowych, zbyt okrojonych regulacji i dotacji.

Pomyślcie, jak bardzo współczesny świat różni się od tego z lat 70. Każdy aspekt naszego życia jest kontrolowany przez zmonopolizowane amerykańskie korporacje, co ułatwia fałszywym ludziom weryfikację i podważanie naszej wolności. Banki są zbyt duże, by upaść, dlatego powstaje socjalizm dla bogatych. Umożliwiło to korupcję na skalę światową. Doprowadziło do coraz większej koncentracji i łapownictwa w systemie leczenia – co bezpośrednio prowadzi do naszej śmierci. Temu wszystkiemu przewodzą Food and Drug Administration (Agencja Żywności i Leków, FDA), Centers for Disease Control and Prevention (Centra Kontroli i Prewencji Chorób, CDC), Environmental Protection Agency (Agencja Ochrony Środowiska, EPA), National Institute of Allergy and Infectious Diseases (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych, NIAID) oraz Department of Health and Human Services (Departament Zdrowia i Usług Społecznych, HHS). Od lat 70. XIX wieku Partia Republikańska jest organizacją probiznesową, która skorumpowała publiczne koryto i dała nam J.P. Morgana, bankiera monopolistę, następnie Andrew Mellona, barona rabusia, który wywołał Wielki Kryzys, oraz Michaela Milkena, króla obligacji śmieciowych, twierdzącego, że „chciwość jest dobra”.

Dołączyła do nich Partia Demokratyczna, stając się drugą największą na świecie partią probiznesową, całkowicie wyrzekającą się człowieka pracy, klasy średniej i sprawiedliwości społecznej.

Siła formy rządu polega na tym, że to my, obywatele, możemy rozwiązać te ogromne problemy. Ale do rozwiązania większości skomplikowanych problemów potrzebna jest gruntowna wiedza.

Czy mamy jednak odwagę, by przywrócić władzę ludziom? Czy mamy odwagę, aby położyć kres szerzącej się korupcji?

ROZDZIAŁ 1

Nauka ratuje mi życie

Nieszczęśliwe dzieciństwo wymusza na wyobraźni stworzenie świata, w którym można być szczęśliwym. Wykorzystaj swój stary smutek – to dar, który został ci dany.

– Sue Grafton

W młodości nie miałem pojęcia o ciemnej stronie organizacji, które regulują życie, wolność i dążenie do szczęścia jednostki. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak często w ciągu mojej kariery będę wchodził z nimi w konflikt. Uwielbiam współpracować z ludźmi uczciwymi i nic mnie tak nie ekscytuje, jak prowokacyjne pytanie, na które odpowiedź może poprawić życie milionów ludzi. Jednak organizacji pielęgnujących takie wartości jest niewiele i obawiam się, że ich liczba wciąż maleje.

Moja historia w szczegółach jest tak samo zwyczajna jak historia milionów moich rodaków. Charles Wildberger, mój dziadek ze strony matki, urodził się w New Jersey po tym, jak jego rodzice wyemigrowali ze Szwajcarii. Ożenił się z Emmą Steffe, której rodzice przyjechali do Stanów Zjednoczonych z Prus, ponieważ jej ojciec chciał uniknąć poboru do wojska w wojnie francusko-pruskiej w 1871 roku. Mieli trzech synów i sześć córek, w tym moją matkę Dorothy.

W 1920 roku, po odbyciu służby wojskowej we włoskiej armii jako kierowca ambulansu na froncie austriackim podczas I wojny światowej, mój dziadek ze strony ojca, Dominico, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Aby utrzymać swoją żonę Cecelię, 10-letnią córkę Clementine i 14-letniego syna Franka, zajmował się obsługą maszyn, dzięki czemu jego rodzina wreszcie mogła opuścić Włochy w 1928 roku i dołączyć do niego w Ameryce.

W 1920 roku Dominico wyemigrował sam, ponieważ ustawa imigracyjna z 1924 roku zabraniała imigracji Europejczykom z południa i wschodu. Imigracja włoska spadła o 90–95%. Gdyby poczekał do 1924 roku, prawdopodobnie bym się nie urodził, ponieważ mojego ojca i matkę dzieliłby cały ocean. Niektórzy z moich krytyków mogliby uznać to za błogosławieństwo.

Dominico zawsze używał pisowni swojego nazwiska „Ruscitti”. Wersja „Ruscetti” została użyta po raz pierwszy na akcie ślubu moich rodziców w 1938 roku.

Po latach mama powiedziała mi, że Dominico postawił na kominku medale, które otrzymał za odwagę jako kierowca ambulansu na froncie austriackim podczas I wojny światowej. Kiedy jednak włoscy faszyści przystąpili do II wojny światowej, schował je i nigdy mi ich nie pokazał, choć wiele razy go o to prosiłem. Wtedy mówił tylko, że wojna jest zła, kręcił głową, a potem milkł. Do dziś, czytając Pożegnanie z bronią, myślę o moim dziadku. Ku mojemu ubolewaniu ani dziadek, ani ojciec nie chcieli uczyć mnie włoskiego. Obaj widzieli w życiu zbyt dużo tabliczek „Nie dla Włochów” i mawiali, że aby osiągnąć sukces w Ameryce, muszę mówić po angielsku.

Kiedy słyszę, jak ludzie lekceważąco wypowiadają się dziś o imigrantach, przypominam sobie historię mojej rodziny. Ameryka była z pewnością lepsza niż miejsca, z których pochodzili moi rodzice, ale wciąż daleko jej było do „lśniącego miasta na wzgórzu”. Często wydaje się nam, że ludzie wszystkich grup etnicznych zyskali w Ameryce równouprawnienie, ale tak naprawdę dopiero kilka pokoleń temu przestały szerzyć się rasizm, lincze, przemoc fizyczna i inne rodzaje niesprawiedliwości, które w każdej chwili mogą powrócić. Oczywiście dziś mamy do czynienia z podobnymi zachowaniami, tyle że wymierzonymi w inne grupy ludzi. Pojawiły się też współczesne problemy, takie jak masowe cenzurowanie osób kwestionujących narrację medycznego mainstreamu. Fasada cywilizacji jest bardzo krucha, o czym w 2021 roku doskonale wiemy.

Urodziłem się 6 lutego 1943 roku, gdy Rosjanie zwyciężali na europejskim froncie II wojny światowej na ulicach Stalingradu. Boston nawiedziły zamieci śnieżne, przez co pierwsze cztery dni swojego życia spędziłem w szpitalu. Dojrzewanie w Bostonie, mieście o sztywnej segregacji etnicznej i oczywistych napięciach klasowych, było zarówno dobre, jak i złe – Cabotowie, Lodge’owie i Lowellowie walczyli o utrzymanie swojej władzy z rosnącymi w siłę irlandzkimi dorobkiewiczami, takimi jak rody Curleyów czy Kennedych.

Choć nigdy nie byłem zbyt majętny, miałem co robić dzięki niedrogim środkom transportu publicznego na Revere Beach, podwójnym meczom baseballa na Fenway Park za dwadzieścia pięć centów oraz podwójnym meczom NBA w latach 60., podczas których można było zobaczyć Wilta Chamberlaina, Oscara Palmera Robertsona („Big O”) czy legendarnego rozgrywającego Celtics, Boba Cousy’ego. Znajdujące się wówczas w Jamaica Plain muzeum dla dzieci było wspaniałym miejscem – pozwalano nam dotykać eksponatów z różnych krajów i badać to, co najbardziej nas interesowało.

Mieszkaliśmy na drugim piętrze trzykondygnacyjnego budynku z sześcioma mieszkaniami. Moi rodzice nigdy nie zdecydowali się na zakup domu, na początku nie mieliśmy nawet samochodu. Jednym z wielu mitów, które serwuje się nam na początku naszej drogi, jest mit szczęśliwego dzieciństwa. Rodzicielstwo jednak jest trudne, a wychowanie dzieci wiąże się z rezygnacją z wielu rzeczy. Niestety, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami, nigdy nawet nie próbowałem zrozumieć ich perspektywy.

Moja matka była wiecznie nieszczęśliwa. Podniesione głosy i ciągłe kłótnie stanowiły tło naszego życia. Znalezienie ciszy i spokoju w tak małym mieszkaniu było praktycznie niemożliwe. Kiedy ja i dwójka mojego rodzeństwa trochę podrośliśmy, nigdy nie mieliśmy tak potrzebnej nam przestrzeni. Nie byłem szczególnie odważnym dzieckiem. Bałem się psów (trzy razy zostałem pogryziony, raz nawet musiałem przyjąć szczepionkę na wściekliznę) i ognia (dziecko sąsiadki zginęło w pożarze, który wybuchł od choinki; do dziś pamiętam jego wrzaski).

Za każdym razem, gdy tata próbował nauczyć mnie jeździć na rowerze, pływać lub prowadzić samochód, mama krzyczała na niego, że zrobię sobie krzywdę, i rezygnował. Wciąż się zastanawiam, jakie wydarzenia w jej życiu sprawiły, że tak bardzo bała się świata. Ojciec i ja zajmowaliśmy jeden pokój. Ponieważ często pracował na dwie zmiany na liniach załadunkowych New York, New Haven i Hartford, większość wolnego czasu spędzałem w tym pokoju sam. Zatracałem się w słuchaniu najnowszego nurtu muzycznego – rock and rolla – a także w transmisjach meczów Red Sox i Celtics. W niedziele słuchałem stacji WHDH, która nadawała mecze futbolowe Cleveland Browns z udziałem takich zawodników, jak Otto Graham i Jim Brown.

Kiedy miałem cztery i pół roku, zacząłem chodzić do szkoły, dzięki czemu wreszcie mogłem wyrwać się z domu. W Nathaniel Bowditch Elementary School po raz pierwszy zetknąłem się z konfliktem z władzą instytucjonalną. Od pierwszej do czwartej klasy nauczyciele próbowali mnie przekonać, żebym pisał prawą ręką, zamiast lewą. Konsekwentnie odmawiałem. Za karę kazano mi siedzieć na ostatnim miejscu w ostatnim rzędzie, a moim zadaniem było napełnianie kałamarzy w ławkach.

Od samego początku buntowałem się wobec niesłychanie bezmyślnej władzy. Na zebraniu rodziców w pierwszej klasie moja nauczycielka wspomniała, że najmądrzejszemu uczniowi przydzieli obowiązek rozdawania serwetek. Natychmiast zacząłem rozdawać serwetki, chociaż nie kazano mi tego robić. Moja matka oczywiście czuła się upokorzona.

Choć świat przerażał mamę, nie miała problemów z zawstydzaniem mnie i narażaniem na niebezpieczeństwo fizyczne, zmuszając mnie do noszenia krawatów z napisem „Lubię Ike’a” do szkoły w demokratycznym Bostonie. Co roku 17 marca, w Dzień Świętego Patryka, kazała mi nosić coś czerwonego, białego i niebieskiego. Dla niej bowiem był to Dzień Ewakuacji upamiętniający Waszyngtona, który w 1776 roku wypędził Brytyjczyków z Bostonu, a nie święto Irlandczyków. Spotkało mnie w związku z tym wiele słownych obelg. Czy naprawdę coś by się jej stało, gdyby pozwoliła mi tego dnia ubrać się na zielono?

Na moje poglądy miało wpływ kilka wydarzeń z dzieciństwa. Moja siostra Barbara zachorowała na kłębuszkowe zapalenie nerek (ostre zapalenie drobnych filtrów nerkowych) wskutek stosowania sulfonamidów przepisywanych w leczeniu infekcji bakteryjnych i przez dłuższy czas musiała leżeć w łóżku. W latach 1953–1954 panowały lokalne epidemie polio i tego lata mama w ogóle nie pozwoliła nam wychodzić na dwór. Zdjęcia dzieci w żelaznych płucach mogły przestraszyć każdego. Kiedy dostępna stała się szczepionka Salka, mama poprosiła mnie, abym zabrał Barbarę i Boba do naszego lekarza rodzinnego, doktora Beale’a.

Ten jednak odmówił podania nam preparatu, twierdząc, że jest on bezużyteczny. Matka, mocno poirytowana, kazała nam tam wrócić i ostatecznie dostaliśmy szczepionkę. Niedługo potem jedno z dzieci doktora Beale’a zachorowało na polio. W ten sposób się dowiedziałem, że medycyna nie jest precyzyjna, a lekarze nie są nieomylni. Teza ta stała się jednym z powtarzających się motywów w moim życiu.

Pewnego wieczoru do naszych drzwi zapukali policjanci. Wyciągnęli z łóżka ojca i mnie (miałem wtedy jedenaście albo dwanaście lat), postawili nas pod ścianą i przeszukali. Szukali dilera narkotyków o nazwisku Frank Russo. Po wszystkim wyszli bez słowa, nawet nie przeprosili, co jeszcze bardziej pogorszyło moją opinię o policji.

Mniej więcej w tym samym czasie przyszedł do nas ksiądz proboszcz i kazał mi przekazać rodzicom, że skoro nie wzięli ślubu kościelnego (mieli tylko cywilny), to żyją w grzechu. Natychmiast powiedziałem mu, dokąd ma się udać.

Już w młodym wieku wyrobiłem w sobie sceptyczny stosunek do autorytetów takich, jak nauczyciele, lekarze, policja czy księża. Ale nawet przy negatywnym nastawieniu umiałem rozwijać się w organizacjach, które reprezentowali – o ile były dobrze i rozsądnie prowadzone. Lata nauki w Mary E. Curley Junior High w Bostonie (klasy od siódmej do dziewiątej) były jednym z najlepszych okresów mojego życia aż do studiów. Odczuwałem wielką radość i satysfakcję, gdy koledzy z klasy mówili nauczycielowi: „Proszę nas o to nie pytać. Proszę spytać Ruscettiego”. Można powiedzieć, że dzięki szkole w połączeniu z zajęciami na siłowni, koszykówką, sesjami nauki w bibliotece publicznej, sobotnimi porankami filmowymi, szkółką niedzielną Kościoła Kongregacyjnego i niedzielnymi wieczorami w Christian Endeavor otrzymałem odpowiednią ochronę i schronienie.

Do dziś pamiętam dwóch nauczycieli (panią Fodale i pana Cannona), którzy chcieli, żebym po ósmej klasie (rok wcześniej, niż to przyjęte) złożył podanie o przyjęcie do Boston Latin High School, ponieważ ich zdaniem miałem już tak bardzo zaawansowany poziom wiedzy. Ponieważ jednak musiałbym jeździć daleko tramwajem, mama się na to nie zgodziła. Uważała, że jestem jeszcze za młody. Później, pod koniec dziewiątej klasy, zdałem egzamin wstępny i zostałem przyjęty do Boston English. Jak na ironię, jeździłem tym samym tramwajem, tyle że byłem już o rok starszy. W tym czasie w naszym budynku mieszkalnym nadzorowałem już sadzenie roślin, przycinanie żywopłotów i odśnieżanie, dzięki czemu obniżono nam czynsz.

Kiedy po latach Bob Dylan, John Lennon i Paul Simon śpiewali o tym, że szkoła średnia to dla nich strata czasu, całkowicie się z nimi zgadzałem. Musiałem odrabiać prace domowe w szkole, inaczej osiedlowe łobuzy prześladowały mnie za zabieranie do szkoły zbyt dużej liczby książek. Mój ulubiony nauczyciel w szkole średniej, matematyk, który z jakiegoś powodu został odsunięty od nauczania w Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, prowadził fascynujące zajęcia z nawigacji i meteorologii. Niestety inny mój ulubieniec, pan Ruggiero, zmarł bardzo młodo na białaczkę.

Kiedy 4 października 1957 roku Rosjanie wystrzelili pierwszego satelitę, Sputnika, miałem czternaście lat. Ameryka zmieniła się z dnia na dzień. Byliśmy przerażeni, że Sowieci pokonają nas w tym kosmicznym wyścigu. Rząd USA wprowadził stosowną edukację. W mojej szkole wszyscy uczniowie musieli uczestniczyć w ćwiczeniach wojskowych i wiedzieć, gdzie znajdują się schrony przeciwatomowe. Wierzyliśmy, że źli Rosjanie chcą zniszczyć nasz idealny kraj.

Najgorszym z moich licealnych doświadczeń był jednak całkowity brak doradztwa przy aplikowaniu na studia. Ponieważ mieliśmy mało pieniędzy, założyłem, że jedyną opcją jest zostanie w domu. Początkowo złożyłem podania tylko na Uniwersytet Bostoński i uczelnię po drugiej stronie rzeki Charles. Jej przedstawiciel powiedział mi, że limit dla Włochów został już wyczerpany. Boston College nie był dla mnie. Każdy, kto widział nagrodzony Oscarem film Spotlight, wie, jak toksyczny wpływ ma szkoła na katolicki Boston.

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie wynikły z niepokojów społecznych lat 60. ubiegłego wieku, było to, że elitarne szkoły WASP-ów (białych Anglosasów wyznania protestanckiego) zostały zmuszone do otwarcia naboru dla wszystkich chętnych. Bardzo irytował mnie jednak fakt, że późno dowiedziałem się o stypendiach ufundowanych przez zamożnych absolwentów szkół średnich, dostępnych dla studentów Dartmouth i Bowdoin. Jak miałem o nie konkurować, skoro nie wiedziałem o takiej możliwości?

Uniwersytet Bostoński był dla mnie zarówno szokiem kulturowym, jak i rozczarowaniem. Ze względu na moją nieśmiałość i fakt, że chodziłem do liceum dla chłopców, ciotka rozpuściła w rodzinie plotkę, że jestem gejem. Omyłkowo zapisałem się na zajęcia ze składu leków dla początkujących na kursie pielęgniarstwa. Byłem jedynym mężczyzną w grupie i niemal bez przerwy się czerwieniłem. Na zakończenie podczas testu z analizy jakościowej, w trakcie którego mieliśmy określić zawartość substancji chemicznych w probówkach, przez przypadek dano mi probówki z wypisanymi na nich odpowiedziami. Zwróciłem je w zamian za nowy zestaw.

Pewien profesor nauk ścisłych twierdził, że Bogu stawia ocenę A, najmądrzejszemu uczniowi w klasie B, a całej reszcie C. Kiedy się poskarżyłem, powiedział, że powinienem się cieszyć z mojego B–. Profesor chemii organicznej oceniał na podstawie krzywej spadkowej, więc moja średnia 95 zmieniła się w B+.

To tyle, jeśli chodzi o fantazję nauczycieli akademickich w kwestii oceniania. Okazuje się, że drobiazgowi dyktatorzy są wszędzie.

Mam jednak też kilka pięknych wspomnień z czasu studiów. Widziałem, jak Gale Sayers z Kansas zdobywa swoje pierwsze przyłożenie w college’u i pokonuje BU 7:0, uczestniczyłem w moim pierwszym meczu American Football League (AFL), Denver w Bostonie, i widziałem Faye Dunaway, przyszłą laureatkę Oscara, w teatrze BU.

Większość tego, czego się nauczyłem, wyniosłem z pracy wakacyjnej. Dzięki ojcu zatrudnili mnie na stacji kolejowej South Station przy serwowaniu zapiekanek. Wtedy zrozumiałem, że obsługa klienta nie jest moją mocną stroną. Następnie pracowałem dla stanu Massachusetts w ekipie malującej przejścia dla pieszych i linie na jezdni. Czasami w porze lunchu pracownicy szli do budynku o złej sławie, ale ja musiałem czekać na zewnątrz, ponieważ byłem niepełnoletni. Tam też nie pasowałem.

Mój wujek, Bill Wildberger, był bohaterem rodziny. Jako pierwszy absolwent spoza Harvardu został głównym lekarzem rezydentem w Newton-Wellesley Hospital. Później był dyrektorem do spraw zdrowia psychicznego w stanie Iowa i gdy studiowałem, załatwił mi pracę w stanowym szpitalu psychiatrycznym w Woodward w stanie Iowa. W pierwszym tygodniu pracy wybuchła epidemia żółtaczki, co oznaczało, że musiałem robić zdjęcia rentgenowskie, pobierać krew i przeprowadzać rutynowe badania, prowadzić aptekę i pomagać patolożce, która przyjechała z państwowej szkoły medycznej. To był gorączkowy i nerwowy okres. Jednak to właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, w jaki sposób mógłbym coś zmienić.

Z przerażeniem obserwowałem, jak niesamowity ból mogą wywołać u ludzi wrodzone wady genetyczne. Głęboko współczułem tym pacjentom, choć często też bardzo się ich bałem. Wielokrotnie ochroniarze musieli przychodzić mi z pomocą, ponieważ chorzy próbowali mnie zaatakować, gdy chciałem pobrać im krew.

W Woodward nie było kin ani nawet kręgielni. Kiedy zapytałem koleżanki z pracy, w jaki sposób można zabawić się w tej okolicy, odpowiedziały: „Możesz patrzeć, jak rośnie kukurydza”. Najwyraźniej nieśmiały chłopak z miasta musiał się jeszcze wiele nauczyć.

Stan Iowa również nie wydawał się miejscem dla mnie.

Moją ostatnią pracą na studiach było naprawianie torów kolejowych w palącym letnim słońcu. To szalenie wyczerpujące zajęcie. Byłem jedynym pracownikiem, któremu udało się przetrwać całe lato, i rozpierała mnie z tego powodu duma. (Ojciec załatwił mi tę pracę, więc nie mogłem go zawieść). Po wakacjach tata powiedział w swoim lakonicznym stylu: „Są dwa sposoby zarabiania na życie. Grzbietem lub mózgiem”.

Często się zastanawiałem, czy dokonałem właściwego wyboru.

Zazwyczaj robotnicy wydawali się uczciwsi niż większość profesjonalistów, z którymi zetknąłem się w swojej karierze. Ojciec opowiadał mi jednak, że kilkakrotnie chciał zdawać egzamin na zawiadowcę stacji rozrządowej, ale go nie dopuszczono, ponieważ założono, że imigrant go nie zda. W końcu pozwolono mu przystąpić do egzaminu i mu się udało, dostał też kilka pochwał za wieloletnią pracę w zawodzie stoczniowca. Ostrzegał mnie, żebym wykonywał swoją pracę lepiej niż ktokolwiek inny: „Niech znajdą coś, na co mogą narzekać, ale nie może to być twoja praca!”. Tak jak wielu synów starałem się przejąć zalety ojca i unikać jego wad.

Przez wszystkie te lata rozmawiałem z wieloma osobami z biedniejszych miejskich środowisk, które tak jak ja musiały dojeżdżać na studia. Teraz wiem, że dla sporej części tych ludzi problem stanowiły nie dojazdy same w sobie, ale klaustrofobiczne środowisko domowe. Choć z opóźnieniem przyjęto mnie do szkoły medycznej University of Virginia Medical School po tym, jak znalazłem się na liście rezerwowej, doszedłem do wniosku, że potrzebuję zmiany. Zawsze podziwiałem mojego brata i siostrę, którym z chaosu udało się stworzyć poukładane życie.

A co ja mogłem zrobić?

Wstąpić do sił powietrznych.

Cóż, pewnie nie był to najmądrzejszy wybór dla młodego człowieka, który w pierwszej klasie przysiągł sobie, że nie będzie słuchał bezmyślnych autorytetów.

W wojsku bardzo dużo się nauczyłem, ale dwie lekcje były najważniejsze. Po pierwsze, niscy ludzie na stanowiskach stanowią ogromne niebezpieczeństwo. Po drugie, wojna jest najbardziej niesprawiedliwym i idiotycznym z obrzydliwych przedsięwzięć, w których uczestniczy człowiek. Ledwo dałem radę znieść szkolenie podstawowe, ponieważ instruktor musztry ciągle się darł.

Przypominał mi się dom.

Połowa mojej grupy szkoleniowej miała akcent z Bostonu, a drugą połowę stanowili chłopcy z Karoliny Północnej. Z trudem byliśmy w stanie się porozumieć. Spora część naszej eskadry została skierowana do Montgomery w Alabamie na zajęcia w szkole medycznej. Nikt z nas nie pamiętał, żeby świadomie dokonał takiego wyboru.

W 1965 roku Montgomery nie było dobrym miejscem dla takiego Jankesa jak ja. Każdy właściciel sklepu miał tu fotel na biegunach i strzelbę. Chłopcy z Południa wozili zwykle w bagażniku tyle amunicji, że mogliby podbić Meksyk. Za każdym razem, gdy wychodziliśmy coś zjeść, ci z południowej farmy składali za mnie zamówienie, żeby nikt nie zaczął do mnie strzelać.

Pewnego dnia na zajęciach prowadzący zapytał, czy ktoś wie, jak uruchomić model E ultrawirówki. Podniosłem rękę, bo przypomniało mi się, że kiedyś już przecież używałem wirówek. Czym ta mogła się różnić od tamtych? A jednak ta wirówka wyglądała zupełnie inaczej i zajmowała połowę ściany. Dzięki ślepemu losowi i wciskaniu odpowiednich przycisków urządzenie zaczęło działać bez zarzutu. Następne, co pamiętam, to że moja teczka została opatrzona pieczęcią „Niezbędny dla programu kosmicznego”.

Nadeszły nowe rozkazy i zostałem wysłany do Bazy Sił Powietrznych Lackland, głównego amerykańskiego szpitala ewakuacji powietrznej dla rannych żołnierzy w San Antonio.

Na początku programu kosmicznego odkryto, że czerwone krwinki astronautów wytrzymują tylko dziesięć dni zamiast standardowych dwudziestu jeden. Zastanawiano się, czy na dłuższą metę nie będzie to stanowić problemu, który wywoła komplikacje podczas planowanej wyprawy na Księżyc. Okazało się jednak, że nie. W ciągu kilku tygodni czerwone krwinki odzyskiwały zwykłą żywotność.

Zapoczątkowało to jednak moją wieloletnią fascynację hematologią wspieraną instrukcjami od doktora Chucka Coltmana, Dorothy Grisham i innych. Ponieważ kilku moich przyjaciół nie wróciło z Wietnamu, często się zastanawiałem, czy nauka nie uratowała mi życia.

Wstawałem o piątej trzydzieści rano, aby pobrać krew od rannych żołnierzy. Obowiązki musiałem skończyć przed pójściem do mesy na śniadanie. Oficjalnie stawiałem się w pracy o siódmej trzydzieści, często bez śniadania, bo nie zdążyłem nic zjeść. Niektórzy z nas zapominali o pobraniu krwi, inni nie potrafili tego zrobić jak należy. Oczywiście ci najsprawniejsi byli obciążani coraz większą ilością pracy. Zdecydowane najgorsze było pobieranie krwi od ofiar napalmu (na naszych żołnierzy często przypadkowo spadały bomby napalmowe) na oddziałach oparzeniowych.

Po zajęciach laboratoryjnych pozostały czas miał być przeznaczony na prace badawcze. Ale odpowiedzialny za to major wynajdywał mi coraz więcej zadań, takich jak przygotowywanie i zmiana roztworów dla dializowanych pacjentów.

Powtórzę: przez całe życie człowiek spotyka drobiazgowych dyktatorów.

W weekendy należałem do zespołu (który później nadzorowałem) pobierającego czterysta jednostek krwi wysyłanych następnie do Wietnamu. Byłem wiecznie zmęczony i często zasypiałem na zajęciach z hematologii. Pewnego dnia zapytano mnie, czy uważam, że byłbym w stanie lepiej poprowadzić te zajęcia. Ponieważ nie potrafiłem kłamać, odpowiedziałem, że tak, a następnie wstałem i udałem się na przód sali tylko po to, by prowadzący niegrzecznie odesłał mnie na miejsce.

Głównodowodzący major uważał też, że mam za długie włosy. Często kręcił się po laboratorium i co jakiś czas spoglądał na moją fryzurę. Najwyraźniej długość moich włosów miała decydujące znaczenie dla powodzenia naszych działań wojennych w Azji Południowo-Wschodniej. Aby jeszcze bardziej mnie upokorzyć, często kazał żandarmerii odprowadzać mnie do fryzjera w bazie, tak by jak najwięcej osób widziało mnie chodzącego korytarzami pod wojskową eskortą. To było jak powrót do szkoły podstawowej, gdzie nauczyciele uparcie próbowali zmusić mnie do pisania prawą ręką, albo jak tamta noc, gdy rzucono mną o ścianę, bo policja podejrzewała, że mój ojciec handluje narkotykami.

Możecie nie wierzyć, ale większość czasu w służbie spędziłem, starając się nie wpaść w tarapaty. Liczba rannych żołnierzy stale rosła. Na apelu dowódców (obowiązkowym spotkaniu całego personelu) generał William Westmoreland (dowodzący amerykańskimi działaniami w Wietnamie) zawsze powtarzał, że liczba ofiar spada. Mówił o „światełku na końcu tunelu”, ale my zawsze żartowaliśmy, że to światełko to pociąg, który nas rozjedzie. Uważam generała Westmorelanda za jednego z największych kłamców w historii Ameryki.

Czasami wydawało się też, że hipokryzja nie zna granic.

Na placu apelowym staraliśmy się nie uśmiechać podczas ceremonii wręczania Purpurowych Serc żołnierzom, którzy odnieśli obrażenia, gdy Wietkong wysadził burdel, gdzie nasi żołnierze oddawali się krótkiemu „odpoczynkowi i relaksowi”.

Albo po usłyszeniu polecenia, by wydać wszystko, co zostało w budżecie, na kilka dni przed końcem roku budżetowego, aby tego nie stracić.

Starałem się nie przejmować, gdy czarnoskóry żołnierz i biała wojskowa pielęgniarka poszli ze mną do kina w bazie, a następnego dnia on dostał rozkaz wyjazdu do Wietnamu, a ona do bazy lotniczej Thule na Grenlandii.

Kiedy w latach 70. pojawił się serial telewizyjny MASH ukazujący absurdy życia w wojskowym szpitalu polowym w pobliżu linii frontu na wojnie koreańskiej, pomyślałem: Ja też tam byłem. Nie dziwi fakt, że był to jeden z najpopularniejszych seriali telewizyjnych dekady, a jego ostatni odcinek obejrzało 125 milionów widzów.

Kiedy już stało się jasne, że niższa przeżywalność czerwonych krwinek u powracających astronautów to tylko problem przejściowy i czerwone krwinki w końcu powrócą do dwudziestojednodniowej przeżywalności, otrzymałem rozkaz zgłoszenia się do Oxnard w Kalifornii.

Później jednak rozkazy dla mnie zostały w tajemniczy sposób odwołane.

Jedynym wyjściem było zaplanowanie ucieczki. Ale co miałem wybrać?

Naukę czy medycynę?

Bo to nie to samo.

Mój wybór padł na naukę. Pomyślałem, że jeśli będę miał szczęście i odkryję coś pożytecznego, będzie to pomagać ludziom jeszcze długo po mojej śmierci. W tym czasie stypendium Narodowych Instytutów Zdrowia (National Institutes of Health, NIH) dla absolwentów wynosiło 2400 dolarów, a stypendium Andrew Mellona, które można było wykorzystać na każdym wydziale, na którym był profesor noszący odpowiedni tytuł, wynosiło 3200 dolarów rocznie. Dodatkowe 800 dolarów rocznie to dużo pieniędzy dla kogoś, kto przez prawie cztery lata służby zarobił zaledwie 1300 dolarów. Na Uniwersytecie w Pittsburghu było wolne miejsce.

Wybrałem więc spuściznę po Andrew Mellonie, byłym potentacie naftowym i stalowym, który – jak się później przekonałem – był jednym z najbardziej nikczemnych i potężnych ludzi, jacy kiedykolwiek żyli w Ameryce, i udałem się na Uniwersytet w Pittsburghu. Poleciałem tam w mundurze i bez rezerwacji biletu. Nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy, ponieważ aby otrzymać pierwszy czek, musiałem najpierw stawić się na uczelni.

Pamiętam, jak podczas zameldowania w Webster Hall Hotel wyjaśniłem to wszystko boyowi hotelowemu. Powiedziałem mu, że jestem spłukany i nie mogę dać mu napiwku. Uśmiechnął się szeroko i odparł: „Synu, każdy z nas był w takiej sytuacji”, po czym zamknął drzwi mojego pokoju. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co mnie czeka; cieszyłem się tylko, że udało mi się uciec od bezsensownego cierpienia wojny.

Bardzo kusiła mnie nauka, odkrycia i perspektywa robienia czegoś pożytecznego.

ROZDZIAŁ 2

Protest i Pittsburgh

Niemal doszedłem do niefortunnego wniosku, że główną przeszkodą na drodze do wolności nie jest członek Ku Klux Klanu, lecz białoskóry umiarkowany człowiek, który woli „porządek” od sprawiedliwości.

– doktor Martin Luther King Jr.

Czasy się zmieniają.

– „The Times, They Are a-Changin’”, Bob Dylan (1964)

Pod koniec sierpnia 1968 roku, w dniu mojego przyjazdu do Pittsburgha, po zostawieniu bagaży w hotelu pospieszyłem do Langley Hall (budynek uniwersytetu, w którym mieści się wydział sztuk pięknych i nauk ścisłych). Nie zdążyłem nawet zdjąć munduru.

Sale były w większości puste, ale udało mi się znaleźć biuro wydziału i odebrać czek.

Przez przypadek natknąłem się na doktora Lew Jacobsona, młodego świeżo upieczonego docenta. Później został promotorem mojego doktoratu, a także moim przyjacielem na całe życie. Tego dnia rozmawialiśmy chyba przez godzinę. Opowiedziałem mu o swoich doświadczeniach w siłach powietrznych, gadaliśmy o trwających zamieszkach na konwencji Partii Demokratycznej w Chicago, o koszykówce i życiu absolwentów. Zasugerował mi, że najlepszą dzielnicą do mieszkania będzie oddalona o jakieś piętnaście minut drogi od kampusu Shadyside. Szybko udało mi się znaleźć mieszkanie w tej okolicy.

Na pierwszym roku miałem mnóstwo zajęć, pełniłem też obowiązki asystenta na warsztatach z biologii dla studentów. Kiedy jedna ze studentek powiedziała: „Zrobię wszystko dla oceny A”, w swym naiwnym idealizmie odparłem: „Spróbuj się pouczyć”.

Gdy w listopadzie 1968 roku Richard Nixon pokonał Huberta Humphreya i został wybrany na prezydenta dzięki południowej strategii, która przemówiła do białych supremacjonistów i praworządnych prowojennych ludzi, byłem zdruzgotany. Naprawdę wierzyłem, że – jak śpiewał Bob Dylan – czasy się zmieniają.

Po latach, gdy okazało się, że Nixon sabotował wietnamskie rozmowy pokojowe, aby pomóc sobie w wygraniu wyborów, a także gdy wyszła na jaw afera Watergate oraz tajne wojny Nixona w Kambodży i Laosie, nie byłem tym w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Nixon ustanowił wzorzec prezydenckich szkodliwych zachowań na całe moje życie. Nie jest to oświadczenie polityczne. Po prostu obserwowałem rozwój społeczny w kierunku autokracji, która dzisiaj nas nęka. Kiedy w 2020 roku Bob Dylan nagrał kawałek Murder Most Foul opowiadający o korupcji w naszym systemie politycznym trwającej od pięciu dekad, a dokładnie od zabójstwa prezydenta Kennedy’ego w 1963 roku, wydawało mi się, że piosenki Dylana wciąż są na czasie.

Los sprawił jednak, że w tym trudnym okresie w historii naszego narodu spłynęło na mnie kilka osobistych błogosławieństw.

Drugiego lutego 1969 roku na studenckiej imprezie poznałem Sandrę Ickes, inną ambitną naukowczynię. Spotkanie z nią było jak odnalezienie brakującej części mojej duszy.

W moim wieku ludzie mają już jasny obraz swoich wad. Wiem, że potrafię być humorzasty, niekomunikatywny i łatwo oceniam innych. Jednak wiele osób rozumie, że dzieje się tak dlatego, iż potrafię sobie wyobrazić o wiele lepszy świat. Przez większość czasu byłem zawiedzionym idealistą. Inni ludzie wymyślali dla mnie mniej życzliwe określenia i nie wiem, czy mogę ich za to winić.

Ale Sandra nie miała mojego mroku. Była towarzyska, dostrzegała w ludziach to, co najlepsze, a także bez problemu nawiązywała nowe znajomości i przyjaźnie. Ona była jak tlen, a ja byłem tonącym, którego mogła uratować. Wyobraźcie sobie, jak bardzo się ucieszyłem, gdy cztery dni po naszym pierwszym spotkaniu otrzymałem od niej kartkę urodzinową. Na imprezie wspomniałem tylko, że za kilka dni mam urodziny. Kiedy jej podziękowałem w nadziei, że potraktowała mnie jak kogoś wyjątkowego, Sandra prawie zmiażdżyła moje delikatne serce, mówiąc: „Och, wysyłam je do wszystkich moich znajomych”. Ale ja zdążyłem już połknąć haczyk.

Zaprosiłem ją na kolejną imprezę, jednak odmówiła. Po czasie się dowiedziałem, że wcześniej zaprosił ją ktoś inny, nie zgodziła się, ale nie chciała, aby ten drugi czuł się źle, gdyby przyszła na przyjęcie ze mną. Wykazałem się wytrwałością i wkrótce zostaliśmy parą.

Nawet po tylu latach moja kochana Sandy jest niezwykle wyrozumiała, cechuje ją optymizm płynący z wychowania na Środkowym Zachodzie i szczerość, która nie ma sobie równych. Kiedy pojechaliśmy do Bostonu, aby mogła poznać moich rodziców, cała moja rodzina dosłownie oszalała na jej punkcie. Mama powiedziała Sandy, że przecież wcale mnie nie zna, że równie dobrze mogę napadać na banki. Ojciec natomiast zauważył, że z pewnością stać ją na kogoś lepszego ode mnie. Nie ma to jak wsparcie ze strony rodziny!

Kiedy w kwietniu 1970 roku wzięliśmy ślub, zagrano nam na organach Let it Be Beatlesów. Wciąż pamiętam część tekstu, a refren na zawsze wyrył się w mojej duszy (there will be an answer, Mother Mary). Miesiąc miodowy spędziliśmy na karaibskiej wyspie Aruba, a na Uniwersytet w Pittsburghu wróciliśmy pełni nadziei na przyszłość.

Kolejnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności był wybór mojego promotora badań doktoranckich. Został nim wspomniany już Lew Jacobson, którego poznałem pierwszego dnia na Uniwersytecie w Pittsburghu. Jestem zdania, że zawsze należy próbować wybrać mentora, który przewyższa nas pod każdym względem, co też uczyniłem. No dobra, być może na boisku do koszykówki byłem od niego lepszy, ale to moja jedyna przewaga nad tym wspaniałym człowiekiem.

Wybrałem temat dotyczący bakterii, co było bardzo korzystne, ponieważ w odpowiednich warunkach mikroorganizmy podwajają swoją liczbę co dwadzieścia minut, dzięki czemu mogłem przeprowadzać co najmniej dwa eksperymenty w ciągu jednego dnia. Idealnie pasowało to do mojego planu ukończenia studiów w ciągu czterech lat.

Codziennie rano wpisywałem do zeszytu wyniki eksperymentu z poprzedniego wieczoru i z niecierpliwością czekałem na kilka godzin analizowania danych. Jednak każdego dnia Lew spisywał tyle eksperymentów, że wystarczałoby na dwa tygodnie pracy. Postanowiłem więc zabierać zeszyty do domu, aby tam analizować wyniki i planować eksperymenty na następny dzień. Zawsze czułem satysfakcję, gdy moje podejście okazywało się zgodne z podejściem mojego mentora.

Wiele razy się przekonałem, że porażka jest lepszym nauczycielem niż sukces. Do dziś pamiętam szok, jaki przeżyło wielu z nas, gdy nasza klasa nie zdała pierwszego egzaminu wstępnego. Czy nauczyciele to zaplanowali, żeby nam pokazać, ile jeszcze nie wiemy, i nauczyć nas pokory?

Nawet dziś, pięćdziesiąt lat później, nie znam odpowiedzi na to pytanie.

Być może największym minusem bycia naukowcem jest to, że trzeba toczyć nieustanną walkę o fundusze na prowadzenie badań. Nauka zarządzania zasobami była dla mnie cenną lekcją. Pamiętam też jednak miłe wrażenia, takie jak poczucie koleżeństwa podczas cotygodniowych piątkowych spotkań doktorantów przy pizzy i piwie w Craig Street Inn, gdzie śmialiśmy się i rozmawialiśmy o wydarzeniach z całego tygodnia. Ostatecznie przecież chcieliśmy tylko zostać naukowcami, którzy próbują odpowiedzieć na nieznane pytania dotyczące życia. Musieliśmy się wzajemnie chronić.

W większość poranków między 5:30 a 6:00 w drodze do Langley Hall przechodziłem obok Central Catholic High School. Umiłowanie do wczesnych godzin rozpoczynania pracy to pozostałość po pobieraniu krwi skoro świt w siłach powietrznych. Nawyk ten towarzyszył mi przez całe życie. Często widywałem wtedy pod szkołą młodego chłopaka rzucającego piłką futbolową, zazwyczaj z kimś, kogo bez wątpienia wyciągnął siłą z domu. Tym młodym człowiekiem był Dan Marino, przyszły rozgrywający NFL i jeden z najlepszych zawodników w historii tej ligi.

Sandy i ja często jeździliśmy tym samym autobusem co Franco Harris, debiutant w NFL, który zmierzał na trening na Pitt Stadium. Ciekawe, ilu debiutantów NFL korzysta dziś z transportu publicznego? Harris jest najbardziej znany z „niepokalanego przyjęcia”, które miało miejsce 23 grudnia 1972 roku podczas meczu playoffów dywizji AFC pomiędzy Pittsburgh Steelers a Oakland Raiders. W ostatnich trzydziestu sekundach meczu rozgrywający Steeler’s Terry Bradshaw rzucił podanie do przyjmującego Johna Fuqui. Piłka odbiła się albo od rąk Fuqui, albo od kasku obrońcy Raidersów Jacka Tatuma. Gdy spadała, Harris ją złapał (dotknęła ziemi czy nie? Puryści futbolu wciąż spierają się o tę kwestię) i ruszył z nią pędem, zdobywając przyłożenie. To zagranie zostało wybrane przez NFL jako najwspanialsze i najbardziej kontrowersyjne zagranie wszech czasów.

Moim zdaniem jest to doskonały symbol przypadkowości ludzkiego doświadczenia.

Każdy absolwent kierunków ścisłych musi zdać wyczerpujący egzamin ustny. Jakbym miał mało stresu, mój egzamin został przerwany przez wybuch bomby, po którym ewakuowano cały budynek.

Nie zmarnowałem jednak tego dodatkowego czasu i skorzystałem z okazji, aby sformułować bardziej precyzyjną odpowiedź na usłyszane przed chwilą pytanie. Trudno teraz wyobrazić sobie polityczne zamieszanie i przemoc tamtych czasów, choć niedawne wybory prezydenckie z 2020 roku mogły pokazać niektórym młodym ludziom namiastkę tego, czego wtedy doświadczyliśmy. Pamiętam, że podczas jednego z protestów antywojennych w Point State Park prowojenni protestujący przedarli się przez policyjną barykadę i próbowali pobić nas masztem z amerykańską flagą. W filmie taką scenę można by nazwać symboliczną.

Wyobrażam sobie, jak jakiś redaktor mówi: „Nie, Frank, symbolika tego, że ludzie protestujący przeciwko wojnie są bici amerykańską flagą, jest zbyt oczywista. Wymyśl coś trochę bardziej subtelnego”. Ale ja właśnie tak to zapamiętałem. Obraz ten nigdy mnie nie opuścił, a w styczniu 2021 roku wręcz zalał moje wspomnienia.

Niestety, czasy się nie zmieniają.

Jak mówi stare przysłowie: „Gdy wieje wiatr zmian, jedni budują mury, inni stawiają wiatraki”. W naszej historii pragnienie zmiany szybko się rozwiało, my zaś wróciliśmy do wygodnego życia. Możemy mieć nadzieję, że w 2021 roku ten cykl się nie powtórzy, ale urzeczywistnimy ją, jedynie stając się tą zmianą. Dlatego właśnie piszemy niniejszą książkę.

W maju 1972 roku uzyskałem stopień doktora i jestem dumny z tego, że powstała wówczas publikacja nadal bywa przywoływana w najnowszych opracowaniach. Normalny człowiek mógłby pomyśleć, że jest to powód do rodzinnego świętowania. Jednak moja matka twierdziła, że zostałem „złym lekarzem” wyłącznie po to, by jej zaszkodzić. Sandy właśnie zmieniła doradców naukowych, w związku z czym ukończenie doktoratu zajęło jej kolejne dwa lata. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Zauważyłem, że relacja mentor-student bywa bardziej złożona niż małżeństwo.

Podczas gdy Sandy nadal pracowała nad swoim doktoratem, ja zacząłem się rozglądać za pracą. Wysłuchałem ekscytującego wykładu doktora Dane’a Boggsa, szefa oddziału hematologii w Szkole Medycznej Uniwersytetu w Pittsburghu, na temat tego, co robią tam naukowcy. Podkreślał, że potrzeba więcej doktorów, którzy zajęliby się badaniami nad krwią. Złożyłem więc podanie i zostałem zatrudniony jako wykładowca naukowy za niebotyczną sumę dziesięciu tysięcy dolarów rocznie, co stanowiło trzykrotną podwyżkę w stosunku do stypendium, z którego utrzymywałem się jako student.

Od czasu pracy w NASA i słynnej wirówki byłem zafascynowany badaniem krwi. Zdolność hematologicznych (krwiotwórczych) komórek macierzystych do wytwarzania dużych ilości funkcjonalnych komórek co najmniej dwunastu różnych typów ogromnie mnie wtedy ekscytowała. W nauce postęp technologiczny na ogół wyprzedza postęp intelektualny. W gruncie rzeczy prawie zawsze jesteśmy ślepi na rzeczywistość, dopóki nie otrzymamy nowych oczu, którymi będziemy mogli patrzeć na otaczający nas świat.

W hematologii kluczowy postęp technologiczny przyniosły publikacje Raya Bradleya z Australii i Leo Sachsa z Izraela z 1966 roku. Opisano w nich zdolność komórek macierzystych krwi do wzrostu i przekształcania się w funkcjonalne komórki krwi w postaci skrzepów (kolonii) w półstałych kulturach. Wystarczy zapewnić im odpowiednią mieszankę składników odżywczych i chemicznych, zwanych zwykle pożywkami i stanowiących źródło czynników1. Lata później poznałem Bradleya. Ten wspaniałomyślny i skromny człowiek stał się dla mnie wzorem dobrego naukowca. Na Uniwersytecie w Pittsburghu zdecydowałem się uczyć techniki Bradleya od doktora Paula Chervenicka i jego techniczki, Joan Turner (z domu Allulunis), która później sama zrobiła karierę naukową.

Jednak w miarę postępu badań dotyczących tego, jakie czynniki są potrzebne do wzrostu określonych typów komórek, zacząłem zdawać sobie sprawę, że moje przekonanie, iż nauka promuje swobodną dyskusję na temat danych badawczych i ich skutków, powoli się rozwiewa.

Istniały jakieś nieznane mi reguły gry.

Jedną z niewypowiedzianych zasad było to, że o prawdzie nie decydują dane, ale staż pracy. Spójrzmy choćby na publikacje naukowe. Niezwykle trudno jest zdobyć uznanie dla swojej tezy, gdy publikuje się po raz drugi i poprawia błędy z pierwszej publikacji. Pierwsza publikacja na nowy temat staje się niepodważalnym, bardzo trudnym do zmiany dogmatem. Recenzenci przyszłych prac lub wniosków o granty NIH powoływali się na pierwszą publikację jako prawdziwą i odrzucali tę drugą, zwłaszcza jeśli autorzy „poprawnej” publikacji byli młodzi lub nie należeli do żadnej organizacji czy stowarzyszenia.

W przypadku identyfikacji czynników niezbędnych do wzrostu komórek macierzystych krwi niepodważalnym dogmatem było to, że czynniki potrzebne do wzrostu owych komórek są wytwarzane wyłącznie przez komórki zwane makrofagami. Sprawdzając tę hipotezę, odkryliśmy, że czynniki takie wytwarzane są też przez typ komórek zwanych limfocytami T. Zanim praca została opublikowana, minęły prawie trzy lata, po drodze było kilka poprawek, parę razy nam odmówiono, a do tego wielu kolegów arogancko kwestionowało dane2.

Przed publikacją popełniłem jednak błąd – zaprezentowałem dane w formie ustnej i pisemnej na prestiżowym spotkaniu badaczy klinicznych. Inny naukowiec sfotografował te dane i jego publikacja na ten sam temat wyprzedziła moją o miesiąc. Po zaprezentowaniu moich zmieniających paradygmat danych, które mogły otworzyć nowe obszary badań, pierwsze pytanie, jakie otrzymałem, brzmiało: „Dlaczego nie nosisz krawata?”.

W nauce trzeba być twardym. Postanowiłem więc, że nigdy więcej nie wspomnę o żadnych danych, dopóki nie zostaną one opublikowane. I że kupię sobie krawat.

Kolejne pytanie, którym się zajęliśmy, brzmiało: „Skoro istnieje tak wiele różnych typów komórek krwi, to czy każdy z nich potrzebuje konkretnych czynników wzrostu?”.

W badaniach wykorzystaliśmy komórki hodowane w podłożu kondycjonowanym pochodzącym od zwierząt zarażonych pasożytami, u których wystąpiła eozynofilia. W ten sposób w laboratorium Chervenicka po raz pierwszy udało nam się wyhodować kolonie funkcjonalnych eozynofili. Eozynofile to rodzaj krwinek, które zwalczają pasożyty i infekcje grzybicze, ale także pogarszają stan pacjenta w przebiegu alergii i astmy. Czynnik ten nazwaliśmy czynnikiem wzrostu i różnicowania eozynofilów3.

Mój przyjaciel i przyszły współpracownik, Steve Bartelmez, potwierdził to odkrycie przy użyciu niezainfekowanych komórek. Pięć lat później nazwę zmieniono z czynnika wzrostu i różnicowania eozynofilów na IL-5, kiedy to inny naukowiec sklonował i zsekwencjonował gen dla tej cząsteczki. Wtedy jednak wystąpił zbyt dobrze znany już schemat – ów naukowiec zaczął nieustannie dyskredytować badania, które prowadziliśmy ze Steve’em, i przypisywać sobie zasługi za odkrycie IL-5. Wskutek jego działań przeredagowałem nieudany grant doktora Chervenicka, w którym przewidziano dla mnie stanowisko z wyższym wynagrodzeniem. Co stało się z tym grantem, dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy pojawił się inny naukowiec, który zajął przeznaczone dla mnie stanowisko. Zatrudniony w moje miejsce Mike Kolitsky okazał się wspaniałym człowiekiem. Później zrobił karierę w edukacji w zakresie nauk ścisłych. Połączyła nas wieloletnia przyjaźń.

Mentorstwo i koleżeńskość, których doświadczyłem na Uniwersytecie w Pittsburghu, nie do końca przystawały do prawdziwego świata. Negatywne strony nauki powoli dobijały się do mojej świadomości. Zaczynałem wierzyć, że wykształcenie nie zmienia charakteru człowieka, a jedynie pozwala go mądrzej wyrazić. Niektórzy naukowcy okazali się najbardziej pozbawionymi skrupułów ludźmi na świecie. Inni stanowili ich przeciwieństwo.

Moim sposobem na uniknięcie korupcji, która mnie przytłaczała, był sport. Aktywność fizyczna przynosiła mi dużą ulgę. Codziennie w porze lunchu grupa chłopaków szła na salę gimnastyczną i grała intensywny godzinny mecz koszykówki, żeby się odstresować.

Zaczynały się właśnie rozgrywki wewnątrzuczelnianej ligi softballu dla kobiet i uczelnia poprosiła mnie o trenowanie drużyny ze szkoły medycznej. Niewielu z członków uczelni – zarówno studentów, techników, jak i profesorów – grało wcześniej w softball. Namawiałem Sandy do gry, żartując, że dzięki temu będę miał pretekst, żeby na nią nakrzyczeć, a ona nie będzie mogła nic na to poradzić. Trenowanie tej drużyny przez dwa lata sprawiło mi ogromną satysfakcję.

Kilka osób z mojego zespołu, które pracowały na dziewiątym piętrze na oddziale chirurgii, przedstawiło mnie swojemu szefowi, doktorowi Berniemu Fisherowi. Nazwanie doktora Fishera wielkim człowiekiem jest ogromnym niedopowiedzeniem. Na początku lat 70. opublikował on dane sugerujące, że w niektórych przypadkach raka piersi lumpektomia jest równie dobra, jeśli nie lepsza, niż radykalna mastektomia, będąca wówczas „standardem postępowania”4. Ataki na doktora Fishera za sugerowanie mniej radykalnej formy operacji były tak porażająco brutalne, że można by pomyśleć, iż popierał on zjadanie małych dzieci. Mimo licznych oskarżeń o popełnianie błędów naukowych Fisher wytrwale prowadził badania kliniczne, które potwierdziły jego teorię. Pamiętam, jak powiedział mnie i innym, że „medycyna zbyt długo opierała się na anegdotach, opiniach i niesprawdzonych teoriach”. Jego ulubiony cytat, który później umieściłem w swoim laboratorium w National Cancer Institute, brzmiał: „Ufamy tylko Bogu, cała reszta niech lepiej ma dane”. Często się zastanawiałem, ile kobiet zostało niepotrzebnie okaleczonych wskutek odmowy przyjęcia nauki zmieniającej paradygmat nawet po tym, jak jej twierdzenia zostały udowodnione w badaniach klinicznych.

Ze wstydem muszę przyznać, że w pierwszych latach mojego życia nie przyszło mi do głowy, iż kobiety w nauce są traktowane inaczej niż mężczyźni. Jednymi z najlepszych absolwentów, jakich wówczas poznałem, były właśnie kobiety. Wydawało mi się, że wszystkich nas traktuje się jak śmieci, ponieważ jesteśmy młodszymi pracownikami naukowymi. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie doktor Sharon Johnson, jedna z moich ulubionych wykładowczyń. Poinformowała mnie, że złożyła pozew o dyskryminację przeciwko wydziałowi biochemii szkoły medycznej, który odmówił jej awansu. Argumentowano, że wiele z jej prac było nieodpowiednich, że jest kiepską wykładowczynią i nie publikuje w najlepszych czasopismach. Zgodziłem się zeznawać na jej korzyść. W wieczór poprzedzający rozpoczęcie procesu zadzwonił do mnie dziekan szkoły medycznej z ostrzeżeniem, że jeśli będę zeznawał, może to „poważnie zaszkodzić mojej karierze”.

I tak to zrobiłem.

Uniwersytet wyszedł w tym procesie na głupca. Jeden z zarzutów ze strony profesorstwa dotyczył tego, że doktor Johnson nie publikowała w wiodących czasopismach. Większość jej publikacji ukazała się w „Journal of Biological Chemistry”. Redaktorem naczelnym tego periodyku był przewodniczący jej wydziału. Tym samym uczelnia twierdziła, iż przewodniczący jej własnego wydziału kieruje mało szanowanym czasopismem.

Doktor Johnson wygrała proces, ale jak można się domyślić, środowisko stało się tak toksyczne, że zrezygnowała z pracy na uniwersytecie. To wielka strata, ponieważ była utalentowaną nauczycielką i badaczką.

Na podstawie tego i innych doświadczeń doszedłem do wniosku, że skorumpowane systemy patriarchalne pozwalają drapieżnym mężczyznom wierzyć, iż wszystko ujdzie im na sucho. Stwierdziłem również, że im bardziej wykształcony, zamożny lub odnoszący sukcesy mężczyzna, tym większe szanse, że stanie się on drapieżcą seksualnym.

Uświadomienie sobie, że kobiety w nauce są źle traktowane i że zamieszki z lat 60. w niewielkim stopniu przyczyniły się do rozwiązania utrzymujących się problemów rasowych, bardzo mnie zaniepokoiło. Pamiętam, jak rozmawiałem o tych problemach z Georgią, wspaniałą afroamerykańską pomywaczką w laboratorium. Georgia powiedziała mi: „Frank, jesteś zbyt niecierpliwy. Zawsze jest tak, że robi się dwa kroki do przodu i jeden do tyłu”.

Podczas gdy ja czerpałem wiele radości z badań hematologicznych na Uniwersytecie w Pittsburghu, Sandy kończyła pracę nad doktoratem. Doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, abyśmy przeszli na bardziej zaawansowane stanowiska badawcze. Moja żona była zainteresowana pracą w programie wewnętrznym National Cancer Institute i uczestniczyła w seminarium prowadzonym przez doktora Roberta Gallo. Gdy zorientowała się, że zajmują go te same zagadnienia badawcze co mnie, zasugerowała, żebym się do niego zgłosił.

Tak się złożyło, że w grudniu 1974 roku obaj uczestniczyliśmy w spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Hematologicznego i wtedy Gallo zaproponował mi rozmowę. Myślałem, że będzie to rutynowa rozmowa o pracę, ale zamiast tego usłyszałem gadkę marketingową, która wywarła na mnie ogromną presję.

„Nie chcesz pracować w laboratorium, które pewnego dnia zdobędzie Nagrodę Nobla?” – spytał Gallo kilka razy podczas naszego spotkania. Już to powinno być dla mnie sygnałem ostrzegawczym.

Inne korzyści, jakie mi zaoferował, to możliwość prowadzenia badań nad czynnikiem wzrostu, który powoduje ciągły przyrost białaczkowych komórek macierzystych w hodowli, badań nad wirusem wywołującym ostrą białaczkę szpikową oraz wynagrodzenie znacznie przewyższające moją ówczesną pensję na Uniwersytecie w Pittsburghu.

Znaleźliśmy z Sandy mieszkanie w pobliskim kompleksie, w którym mieszkało kilku naukowców z National Institutes of Health (instytucji macierzystej National Cancer Institute). W rzeczywistości mieszkało tam tak wielu naukowców, że kursował autobus wahadłowy łączący kompleks z różnymi częściami kampusu NIH. Od czasu do czasu siadałem obok doktora Juliusa Axelroda, który w 1970 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, i prowadziliśmy ciekawe ożywione dyskusje.

Ale choć było tam mnóstwo naukowców, którzy mogli dzielić się ze mną wieloma ekscytującymi i rewolucyjnymi pomysłami, to właśnie z rąk doktora Galla miałem zdobyć wykształcenie w zakresie nieetycznego zachowania.

1 F.W. Ruscetti, P.A. Chervenick, Release of Colony Stimulating factor from monocytes by Endotoxin and Poyino-Sinic-Polycytidic Acid, „Journal of Laboratory and Clinical Medicine” (styczeń 1974), s. 64–72.

2 F.W. Ruscetti, P.A. Chervenick, The Release of Colony-Stimulating Factor from Thymus-Derived Lymphocytes, „Journal of Laboratory and Clinical investigation” 55 (marzec 1975), s. 520–527.

3 F.W. Ruscetti, R. Cypress, P.A. Chervenick, Specific release of Neutrophil and Eosinophil Stimulating Factors from Sensitized Lymphocytes”, „ Blood Nl” (maj 1976), s. 757–765.

4 N. Wolmark, In Memoriam: Bernard Fisher, 1918–2019, „Journal of Clinical Oncology”, 38. Nr 16 (14 kwietnia 2020), s. 1751–1756, www.doi.org/.1200/JCO.19.03299.

ROZDZIAŁ 3

National Cancer Institute: odkrycie i rozczarowanie

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

Judy

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:Ending Plague: A Scholar’s Obligation in an Age of Corruption

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska Korekta: Bożena Sęk Projekt okładki: Ewa Popławska Zdjęcie na okładce: © vipman4, © denisismagilov / Stock.Adobe.com

Copyright © 2021 by Dr. Francis W. Ruscetti, Dr. Judy A. Mikovits, and Kent Heckenlively, JD

Copyright © 2022 for the Polish edition by ILLUMINATIO an imprint of Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o. Copyright © for the Polish translation by Adam Nowakowski, 2022

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-8321-083-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska