Zakochana zakonnica - Sylwia Kubik - ebook + audiobook + książka

Zakochana zakonnica ebook i audiobook

Kubik Sylwia

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Patrycja to pełna energii i chęci do działania dziewczyna, która często angażuje się w pomoc przykościelną. Tam poznaje siostry zakonne
i zaprzyjaźnia się z nimi. Gdy kończy edukację, postanawia iść w ich ślady.
Po przekroczeniu murów zakonnych zderza się
z rzeczywistością, którą wyobrażała sobie zupełnie inaczej. Nieprzewidywalny los sprawia, że jej życie zmienia się diametralnie.
CZY NASZE WYBORY SĄ ZGODNE Z TYM, CZEGO PRAGNIE SERCE?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 21 min

Lektor: Lena Schimscheiner

Oceny
4,5 (286 ocen)
196
60
24
3
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Owczarczyk

Nie oderwiesz się od lektury

#recenzja "Zakochana zakonnica" Sylwii Kubik Sylwia Kubik - pisarka z Powiśla Wydawnictwo FILIA Mam mnóstwo zaległości, także w czytaniu książek Pisarki z Powiśla, ale od chwili zapowiedzi "Zakochanej zakonnicy" byłam jej bardzo ciekawa i przeczytałam w pierwszej kolejności. Intrygował mnie ten tytuł i często słucham na YouTube zwierzeń sióstr, jak żyją w zakonie. Spotykam je także na ulicy, bo mieszkam blisko kościoła, niektóre są uśmiechnięte, a inne smutne. Ponad 20 lat temu byłam przed furtką zakonu zamkniętego. Nie widziałam siostry, tylko słyszałam jej radosny głos opowiadający o służbie Bogu i bliźnim. W międzyczasie czytałam, sporo ma temat, jak siostry traktują swoich podopiecznych. Nikt nie jest idealny. Na naszej drodze stają dobrzy i źli ludzie. Myślałam, że do zakonu idą tylko kobiety, które są ciche i pokorne. Byłam przekonana, że wzajemnie sobie pomagają w pracy i modlą się, a w trakcie lektury "Zakochanej zakonnicy" doznałam ogromnego szoku, byłam wstrząśnięta i przer...
20
anikszak

Nie oderwiesz się od lektury

Moje pierwsze spotkanie z p. Sylwią Kubik i już wiem,że napewno nie ostatnie. Zostałam zachęcona do poznania kolejnych książek pisarki.Polecam🙂
10
Czarownica2410

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana w pół dnia. Lekko się czyta, choć ogromny szacun za poruszenie tematu, który w Polsce jest chyba jeszcze tematem tabu czyli vo kryje się naprawdę za murami klasztorów czy seminariów. Książka mimo wszystko pozytywnie nastraja, pozwala na refleksję, jak to niewłaściwi ludzie wokół nas mogą gasić w nas radość, dobro i charakter. Polecam zdecydowanie 🙂🙂
10
Anna-60

Dobrze spędzony czas

Warto sięgnąć po tą książkę ...
00
Grazyna8

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze się słuchało. Poruszony rzadki temat życia zakonnego. Autorka zrobiła to w sposób mądry i ciekawy. Zwyciężyła miłość, którą jest Bóg. Dziękuję
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim tym, które miały odwagę wstąpić do zakonu…

i miały odwagę z niego odejść

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

Usłyszałam za sobą trzask zamykanej metalowej bramy.

Dźwięk ten przeszył mnie na wskroś.

Stoję bezradnie, rozglądając się po okolicy.

Po rozmowie z przełożoną opadłam z sił i straciłam rezon.

Czy na pewno dobrze czynię?

Czarna torba podróżna ciąży mi coraz bardziej.

Nie mam żadnego dobytku.

Ot, zmiana bielizny, spodnie, sweter i garstka pamiątek.

Tyle zgromadziłam przez te kilka lat.

Tylko tyle albo aż tyle, bo są i wspomnienia, które tkwią w moim sercu jak cierń.

Zimno wdziera się pod cienki, znoszony płaszcz.

Wzdycham ciężko, unosząc głowę ku niebu.

W powietrzu zaczynają wibrować drobinki śniegu.

Są maleńkie, delikatne, ale z każdą sekundą jest ich coraz więcej.

Osiadają na mojej twarzy, ale szybko się topią w zetknięciu z ciepłą skórą.

Pozwalam sobie na delektowanie się tą drobną przyjemnością.

Bez narażania na reprymendę i wyrzuty, że marnotrawię czas.

Uśmiecham się do siebie.

Koniec z życiem w kieracie. Z przytykami. Intrygami. Z rozdmuchiwaniem każdego problemu do niebotycznej rangi.

Czas wrócić do normalnego życia.

Tylko – mój uśmiech gaśnie – czy się w nim odnajdę?

 

 

 

 

 

 

 

POWOŁANIE

 

 

 

 

Gdzieś w Polsce, 1996 rok

 

Przejmujące zimno osiadało na policzkach, tworząc na nich szorstką skorupę. Zgrabiałe ręce z ledwością przesuwały paciorki różańca. Deska klęcznika chroniła przed chłodem, który ciągnął od kamiennej posadzki, ale mocno wbijała się w kościste kolana Patrycji. Nie zwracała jednak na to uwagi. Słowa modlitwy, szeptane przez kilkanaście uczestniczek rekolekcji, napawały jej serce ciepłem i radością.

W kaplicy panował półmrok, rozjaśniany płomykami świec, które ustawione na ołtarzu oświetlały wizerunek Maryi trzymającej w ramionach dzieciątko. Ustawione po bokach okazałe choinki ginęły w mdłych promieniach wschodzącego słońca. Do świąt zostało pięć dni, więc nie był to jeszcze czas na rozświetlanie i dekorowanie świerków.

Rozumiała to doskonale. Czas adwentu był czasem oczekiwania, modlitwy, wypatrywania narodzin tego, który miał później zbawić świat. Radowała się całą sobą na myśl o tym cudzie, cudzie narodzin. Nie dla niej świąteczny blichtr. Lampki, bombki i kolędy. Owszem, dawniej to lubiła. Bardzo. Zawsze czekała na chwilę, gdy dom wypełni zapach świerku, a mrok rozjaśnią kolorowe światełka. Na prezenty też czekała. Te drobne upominki, zawinięte starannie w szary papier i przewiązane czerwoną błyszczącą wstążką kupioną w kiosku pani Jadzi.

To jednak było kiedyś. Dawniej, choć zaledwie rok temu. Wiele się zmieniło przez ten czas. Poznała bliżej siostrę Hiacyntę, która wydawała jej się aniołem. Aniołem, który zstąpił na ziemię, żeby otulać ludzi miłością i dobrem. Znała ją od lat, ale dopiero kilka miesięcy temu zrozumiała, jak wielkie ma szczęście, mogąc przebywać w jej towarzystwie.

Siostra Hiacynta, a właściwie siostra Hiacynta od Dzieciątka Jezus, opiekowała się ołtarzem w ich kościele parafialnym. Dbała o czystość obrusów i nienaganne ułożenie ksiąg na pulpicie. Czyściła świeczniki i stawiała świeże kwiaty. Robiła też wiele innych rzeczy. Dyskretnie, niezauważalnie. Taka niewidzialna ręka, która dbała o to, żeby wszystko funkcjonowało jak należy i wyglądało godnie.

Rodzice Patrycji mieli ogródek działkowy. Mały, ale rosło w nim mnóstwo roślin. Kiedyś matka posłała ją z naręczem piwonii do kościoła. Tak poznała Hiacyntę. Od tego czasu zaniosła tam setki kwiatów, z których powstało wiele bukietów. Odbyła też niezliczoną ilość rozmów z zakonnicą, zawsze mającą dla niej czas i uśmiech.

Podczas jednej z rozmów kobieta zaproponowała wspólny wyjazd na rekolekcje. Zaskoczyła ją ta propozycja, ale chętnie na nią przystała. Cieszyło ją, że spędzi czas z Hiacyntą. Wyjazd nastroił ją optymistycznie. Poznała tam wiele sympatycznych osób. Mogła też podejrzeć, jak żyją siostry zakonne. Ich codzienność była taka inna od tego, co znała, że z ciekawością przyglądała się wszystkiemu.

Gdy padła propozycja kolejnego wyjazdu, bardzo chciała jechać. Miała problem z otrzymaniem urlopu, bo dopiero niedawno podjęła pracę, ale dzięki interwencji siostry Hiacynty, która znała właściciela sklepu, udało jej się pojechać.

I była tu. Podziwiała siostry zakonne, które wręcz emanowały dobrocią. Były takie radosne, promieniejące miłością i pełne zrozumienia. Z uwagą słuchały tego, co uczestnicy rekolekcji mieli do powiedzenia. Cierpliwie odpowiadały na pytania i pomagały w analizowaniu rozważań rekolekcyjnych.

Chłonęła każdą chwilę, uzmysławiając sobie, że jest to miejsce, w którym chciałaby żyć. Jej miejsce na ziemi.

Zachłysnęła się tą myślą. Brzęczała jej w głowie coraz mocniej i głośniej. Słowa modlitwy uleciały. Dłoń zacisnęła się na różańcu. Nawet nie czuła, że ostry rant krzyża wbija się w palce, raniąc je do krwi, a drewniane koraliki, ściśnięte jeden o drugi, robią drobne krwiaki na delikatnej, przemarzniętej skórze dłoni.

Radość, którą czuła, modląc się wspólnie ze zgromadzonymi kobietami, przemieniała się w euforię. Oczy błyszczały, serce zaczęło szybciej bić, a wizja przyszłości, tej idealnej, spędzonej w gronie sióstr, klarowała się coraz bardziej. Tak bardzo chciała służyć Bogu i ludziom. Była zwykłym człowiekiem, marną istotą, niewolną od wad, ale przecież… z Bożą pomocą podoła zadaniu! Z radością poświęci się, nie, to złe słowo, nie poświęci się, ale odda swój czas, umiejętności i całą miłość, jaką ma w sercu, żeby nieść ludziom nadzieję.

Tak. Tak!

Wszystko wokół niej zlało się w jedność. Przestała czuć zimno. Nie słyszała głosów. Nie widziała nic poza ołtarzem, na którym igrały płomienie świec. Zatraciła się w radości, którą potrafi odczuć tylko ten, który wie, że znalazł swoje przeznaczenie.

– Patrycjo… Patrycjo.

Ten głos. Zdało jej się, że to sam anioł do niej przemawia.

– Patrycjo, pora iść na śniadanie.

Lekkie szarpnięcie za ramię wyrwało ją z letargu.

Powiodła zamglonym spojrzeniem po kaplicy.

Było pusto. Wszyscy wyszli. Zgaszono też świeczki na ołtarzu. Nie zauważyła tego.

– Siostro – wyszeptała z przejęciem – siostro, odkryłam coś.

Hiacynta spojrzała na nią z zaciekawieniem. Twarz Patrycji promieniała, oczy błyszczały. Przez chwilę zastanawiała się, czy dziewczyna nie nabawiła się gorączki, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że to nie choroba. To… szczęście biło z niej.

Zdumiona przyklękła obok i objęła jej zmarznięte dłonie zaciśnięte na różańcu.

– Co odkryłaś?

– Chcę… pragnę być taka jak siostra. Jak wszystkie siostry.

– Nie rozumiem. Co masz na myśli?

– Siostro Hiacynto – jej głos brzmiał pewnie, poważnie – chcę wstąpić do zakonu.

Kobieta odziana w habit mocniej zacisnęła ręce na dłoniach młodej dziewczyny i dłuższą chwilę wpatrywała się w nią w milczeniu.

– Tak nagle? Dlaczego?

– Nie nagle – zaprzeczyła – już od jakiegoś czasu przemykało mi to przez głowę, ale było takie ulotne i nieprawdopodobne, że nie śmiałam sformułować tego nawet w myślach. Aż do dzisiaj.

– Rozumiem. A co się takiego dzisiaj stało, że nie tylko dopuściłaś tę myśl do siebie, ale nawet wypowiedziałaś ją na głos?

Patrycja spojrzała w poczciwe brązowe oczy siostry Hiacynty. Widziała w nich to wszystko, co rozumiała w słowie miłość. Było to trudne do określenia. Podobnie jak udzielenie odpowiedzi na pytanie.

– Nie wiem, siostro. Po prostu poczułam, że tu jest moje miejsce. Właśnie tu, a nie na zewnątrz, poza murami, w tak zwanym normalnym świecie.

– Cieszę się, że doświadczyłaś takiego uczucia. Musisz się z nim oswoić, dać sobie czas na zrozumienie, czy to chwilowa emocja, której uległaś pod wpływem atmosfery tego miejsca, pełnego modlitwy i skupienia, czy też prawdziwa potrzeba wypływająca z serca.

Patrycja skinęła głową. Hiacynta miała rację. Musiała to przemyśleć i jak to określiła siostra: „oswoić”. Rozeznać, czy to prawdziwe powołanie, jej sposób na życie, na wypełnienie woli Pana Boga, czy młodzieńcza mrzonka, która rozbłysła i za chwilę zgaśnie.

– Pomódlmy się – zaproponowała Hiacynta. – To doskonałe antidotum na wszelkie problemy, wątpliwości i smutki. W czasie modlitwy nigdy nie jesteś sama. Nawet gdy fizycznie nikogo nie ma przy tobie, to pamiętaj, że On – skierowała wzrok w stronę ołtarza – zawsze jest w twoim sercu.

Uśmiech rozjaśnił twarz Patrycji. Czuła się otoczona troską i miłością.

 

*

 

Powrót do domu nie wywołał radości. Tęskniła za zakonem, siostrami oraz niezwykłą atmosferą, jaką tam na każdym kroku odczuwała. Wszystko w porównaniu z czasem rekolekcyjnym wydawało się blade, nijakie i pozbawione sensu.

Przygotowania do świąt szły pełną parą. Dawniej ekscytowała się każdą gałęzią świerku postawioną w wazonie, każdym upieczonym ciastem i nawet zapach ryb wypełniający nie tylko ich mieszkanie, ale cały blok, zwiastował bliskie nadejście tych jakże pięknych i ważnych dla niej dni.

Teraz było zupełnie inaczej. W ogóle jej to nie cieszyło. Wydawało się takie powierzchowne i skupione na rzeczach materialnych, a nie na istocie świąt. Często więc popadała w zadumę, myślami wracając do dni rekolekcyjnych, do osób, które miały podobne poglądy. Wzdychała ciężko, mechanicznie wykonując czynności zlecone przez matkę śledzącą ją bacznym spojrzeniem.

– Co ty tak wzdychasz? – zapytała matka wesoło. – Zakochałaś się czy co?

– Nie, nic z tych rzeczy, mamo.

– Na pewno? Masz taki maślany wzrok i chodzisz, jakbyś śniła na jawie. Tak się zachowują zakochani. Coś niecoś jeszcze pamiętam z tego czasu.

Spojrzała na roześmianą twarz matki. Rozważała chwilę, czy powinna jej powiedzieć o swoich planach. Mocno się wahała, bo choć rodzice byli bardzo religijni, to była ich najmłodszą córką i na pewno pomysł wstąpienia do zakonu nie przypadnie im do gustu. Zawsze jej powtarzali, że liczą, że zostanie z nimi. Mieszkanie duże, trzypokojowe, więc nawet jak wyjdzie za mąż, to miejsca jest dość. Uznali to chyba nawet za pewnik, bo często to powtarzali w rozmowach z jej dwiema starszymi siostrami, które były już zamężne i uwiły gniazda niedaleko domu rodzinnego.

– Więc? – Matka spojrzała na nią wyczekująco. – Zakochałaś się?

– Nie, mamo – odparła z tajemniczym uśmiechem i sięgnęła do szafki po maszynkę do mielenia mięsa. Uznała, że przyjdzie czas na wyznania. Po świętach.

 

*

 

Nie dane jej jednak było zrealizować tego planu. Gdy dom zapełnił się gośćmi, a wigilijny stół uginał od potraw, Patrycja wciąż uciekała myślami do mistycznej wręcz atmosfery, którą odczuwała w czasie rekolekcji, i odruchowo porównywała ją z gwarnym, radosnym rozgardiaszem w domu. Uwielbiała to. Kochała siostry oraz swoją siostrzenicę. Kiedyś marzyła, że i ona założy rodzinę. Będzie tworzyła miejsce, w którym panuje szczęście i miłość. Te marzenia jednak zmieniły się od momentu, gdy zaprzyjaźniła się, bo tak właśnie określała tę relację, z siostrą Hiacyntą. Zrozumiała, że może znaleźć szczęście gdzie indziej, a przy tym nieść dobro, pomagać tym, którzy tej pomocy najbardziej potrzebują.

– Mamo, chyba miałaś rację – zauważyła żartobliwie Ania, jej najstarsza siostra – nasza Patyśka faktycznie się zakochała. Spójrz na jej błędny wzrok i te sińce pod oczami. Pewnie zamiast spać w nocy, marzy o swoim ukochanym.

Na policzki Patrycji wpełzł rumieniec. Pokręciła przecząco głową.

– Nic z tych rzeczy. Próbowałaś rybę po grecku? – zagadnęła, chcąc zmienić temat. – To nowy przepis. Z gazety. Zaciekawił nas, bo bazuje na dużej ilości selera, i zrobiłyśmy na próbę. Wyszedł pysznie.

– Ty nam tu oczu nie mydl rybą, siostra, widzę, że jest coś na rzeczy – zapytała z zainteresowaniem jej druga siostra, Kamila. – Lepiej powiedz, kto to jest i kiedy go poznamy. Masz już dwadzieścia lat, więc czas, żebyś pomyślała o ustatkowaniu się. Ja w twoim wieku byłam już mężatką.

– A ja nie – odezwała się Ania. – Nie ma co się spieszyć do tego „miodu”. Korzystaj lepiej z życia, ile się da. Na gary i pieluchy przyjdzie jeszcze czas.

– Dajcie jej spokój – wtrącił ojciec, sięgając po zachwalaną przez Patrycję rybę. – Zachowujecie się jak przekupy na rynku.

Kamila cmoknęła głośno.

– Tato, nie udawaj! Nie chcesz wiedzieć, w kim się zakochała twoja córunia?

Do Patrycji podeszła czteroletnia Gosia, córka Anny, i chwyciła ją mocno za rękę, żeby przykuć jej uwagę.

– Ciociunia będzie miała dzieci? Będę miała się z kim bawić?

Patrycja pobladła, słysząc te słowa, co nie uszło uwadze zgromadzonych.

– Dzieci? – wzdrygnęła się matka. – Patrycjo? Zrobiłaś się biała jak papier. Czyżby Gosia miała rację? Zamierzasz przynieść wstyd rodzinie? Dziecko? Bez ślubu? Już zapomniałaś, co było, gdy… – Urwała, zdając sobie sprawę, że to nie jest temat do omawiania przy małej Gosi. – Nie, Patrycjo, nie uwierzę, że mogłabyś zrobić taką głupotę – dodała po chwili. – Kto jak kto, ale ty jesteś rozsądna.

– O, to by się mamusia zdziwiła – zadrwiła Kamila, która domyśliła się, co matka chciała powiedzieć. Poza tym młodsza siostra była jej solą w oku. Uważała, że jest zbyt rozpieszczana i wychwalana przez rodziców. – Święta Patrycja w ciąży. Bez męża. Oho, panna z dzieckiem. To by całe miasteczko miało niezłe używanie. Już słyszę, jak plotkują w każdym sklepie, pod kościołem i w kolejce do fryzjera.

– Z autopsji wiesz? – wytknęła jej Patrycja.

– Nie mówimy o mnie, tylko o tobie.

– I po co się tak nakręcasz, Kama? – zapytała z wyrzutem Anna. – Najbardziej to chyba ty byś plotkowała, a nie ludzie z miasteczka.

– Też coś! – oburzyła się średnia siostra. – Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty, tylko rozmawiać o naszej Pati? Sorry, ale nie jest aż tak ciekawa.

– Może niech więc sama powie, czy jest coś na rzeczy – zaproponował Paweł, mąż Kamili.

– Już, bo ci powie prawdę – prychnęła jego żona i sięgnęła po kapustę z grzybami.

Patrycja czuła, jak świąteczny klimat pryska, a atmosfera gęstnieje od niedomówień i podejrzeń. Nie chciała tego robić, ale w tej sytuacji nie miała wyjścia. Musiała wyznać im prawdę. Przełknęła głośno ślinę i przywołała na twarz nikły uśmiech.

– Zamierzam wstąpić do zakonu.

Cisza, która zaległa w pokoju, była tak nienaturalna, że nawet Gosia, nierozumiejąca tego, co powiedziała jej ciocia, wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.

Inni też nie spuszczali z niej oczu, ale trzymała wysoko uniesioną głowę, gotowa na słowa krytyki.

– Dobry żart, siostra. – Kamila jako pierwsza zabrała głos. – Rozumiem, że podoba ci się przydomek „święta”, ale bez przesady. W takie bajki to nikt nie uwierzy. Powiedz lepiej prawdę i przyznaj się, że jesteś w ciąży.

– Nie jestem w ciąży – odparła stanowczo Patrycja – i naprawdę zamierzam wstąpić do zakonu.

– Chyba zwariowałaś! – wykrzyknęła Anna. – Ty wiesz, jak one tam żyją? Toć tak naprawdę to koniec życia. Wyjść. Zabaw. Spotkań. Praca od rana do wieczora i ciągłe modlitwy po sto razy dziennie! Musiałabyś upaść na głowę, żeby tam pójść.

Mała Gosia ponownie szarpnęła ją za rękę.

– Ciociunia chora?

– Nie, ciocia tak sobie żartuje – wtrąciła matka, patrząc karcąco na najmłodszą córkę. – Doprawdy, nieśmieszne żarty się ciebie trzymają.

– To nie żart, mamo. Miałam wam powiedzieć po świętach, ale skoro snujecie takie różne teorie spiskowe, to postanowiłam, że powiem teraz. Naprawdę zamierzam wstąpić do zakonu. Podczas ostatnich rekolekcji zrozumiałam, że moje miejsce jest właśnie tam i – tu spojrzała na Annę – życie wcale nie kończy się za murami i nie polega tylko na modleniu się. Siostry pełnią wiele funkcji. Pomagają ludziom. Niosą wsparcie i pomoc. Po prostu czynią dobro.

– Zwariowałaś – wyszeptała pobladłymi ustami Wiesława. – Nie zgadzam się na to.

– Mamo, przecież jesteś wierząca. Dlaczego więc nie chcesz zrozumieć mojej decyzji?

– To szaleństwo! Idiotyzm jakiś. Możesz pomagać ludziom. Kto ci broni? Pomagaj i módl się, ile chcesz. Nie musisz iść do zakonu, żeby to robić.

Ojciec głośno szurnął krzesłem i wstał od stołu. Nie rzuciwszy jej nawet spojrzenia, wyszedł z pokoju. To zabolało ją bardziej niż uszczypliwe słowa siostry czy lamenty matki. Wśród tłumu bliskich jej osób, najbliższych, poczuła się niewymownie samotna.

 

 

 

 

 

 

 

ASPIRAT

 

 

 

 

Ostatnie dni 1996 roku upłynęły w bardzo nerwowej atmosferze. Zarówno matka, jak i siostry próbowały odżegnać Patrycję od pomysłu wstąpienia do zakonu. Używały różnych argumentów. Niektóre były tak podłe, że na samo wspomnienie łzy stawały jej w oczach.

Nic jednak nie wskórały. Podjęła decyzję i zamierzała zrealizować swoje marzenie. Wiele razy tłumaczyła, dlaczego zdecydowała się na taki krok, lecz żadna z bliskich osób nie potrafiła lub też nie chciała zrozumieć jej pobudek.

Najbardziej bolało ją milczenie ojca, który od Wigilii nie odezwał się do niej ani słowem. Unikał nawet patrzenia na nią. Czuła się jak wyrzutek, lecz powołanie było silniejsze. Rozważała swoją decyzję wielokrotnie i zawsze dochodziła do tego samego wniosku – jej miejsce jest w zakonie.

Załatwiła sprawę z dotychczasowym pracodawcą, który nawet ucieszył się z jej odejścia. Po okresie świąteczno-noworocznym ruch w sklepie zamierał i nie była mu potrzebna dodatkowa pomoc. Musiałby dać jej wypowiedzenie i płacić, dopóki by trwało, a tak rozwiązali umowę za porozumieniem stron. Ku obopólnemu zadowoleniu.

Za ostatnią wypłatę kupiła wyprawkę. Dwie ciemne spódnice, ciemne bluzki, pościel, kołdrę, poduszkę i trochę bielizny. Wydała na to wszystkie pieniądze, ale nie żałowała ani złotówki. To była inwestycja w przyszłość, w jej szczęście, w życie, które przyniesie spełnienie.

Chcąc skrócić czekanie, godzinami przesiadywała w kościele. Tam znajdowała ukojenie oraz pocieszenie. Siostra Hiacynta zawsze witała ją uśmiechem. Patrycja miała do niej wiele pytań, na które siostra cierpliwie odpowiadała. Nigdy jednak nie odpowiedziała na to najbardziej ją nurtujące: „Czy to naprawdę powołanie?”. Siostra Hiacynta uśmiechała się i niezmiennie powtarzała: „Odpowiedź masz w sercu”.

W sercu. W sercu miała niepokój, ale i poczucie, że słusznie czyni. Czy tak jednak było faktycznie? Czy po prostu sobie to wmówiła? Tego nie wiedziała. Postanowiła więc iść za głosem, który rozbrzmiewał w jej głowie, i sprawdzić.

Drugiego stycznia spakowała walizkę i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na pokój, ruszyła do kuchni, żeby pożegnać się z rodzicami.

Wiesława siedziała przy stole, paląc papierosa za papierosem. W pomieszczeniu było szaro od dymu. Zapach nikotyny mieszał się z aromatem czarnej kawy, którą ta zawsze piła rano.

– Czas na mnie – powiedziała Patrycja, patrząc na matkę, której twarz nosiła ślady nieprzespanej nocy.

– Nie jedź, błagam cię, zostań w domu. To nie jest dobry pomysł. Chociaż raz posłuchaj matki, która chce dla ciebie dobrze.

– Mamo, proszę, tyle razy rozmawiałyśmy. Nie zmienię decyzji. – Jej głos brzmiał stanowczo, a utkwione w rodzicielce oczy jaśniały blaskiem.

– Zostawiasz nas. Tak się nie godzi.

– Nie zostawiam. Po prostu chcę żyć swoim życiem. Zgodnie z tym, co czuję. Kocham was, bardzo, wiesz o tym, ale pozwól, że pójdę za głosem serca. Chcę nieść dobro. Pomagać ludziom, ale też duszom, które wołają o modlitwę. Pragnę zgłębić swoją wiedzę o naszej wierze, poznać dokładnie życie Pana Jezusa, zrozumieć istotę wiary, ale i spędzać czas z osobami, które myślą podobnie jak ja. Będę mogła się wiele od nich nauczyć.

– Nauczyć? – Wiesława ze złością zgasiła w popielniczce na wpół spalonego papierosa. – Czego możesz się nauczyć od zakonnic? One nie znają życia. Zamknięte w hermetycznym świecie, odizolowane od codziennych problemów, nie mają pojęcia, z czym się borykamy.

– Mamuś, przecież one nie urodziły się w zakonie. Znają naszą codzienność, bo nią żyły.

– Owszem, kiedyś. – Matka sięgnęła po kolejnego papierosa i odpaliła go drżącą ręką. – Po latach zapominają, bo świat idzie do przodu, a one stoją w miejscu. Nie mają dzieci, mężów, obowiązków. Całe dnie spędzają na modlitwie.

– Nie, one też pracują. I to dużo.

– A po pracy modlitwa. W normalnym życiu po pracy jest kolejna praca. Pranie, gotowanie, opieka nad dziećmi, lekcje. Jest też miejsce na modlitwę i kościół. I to wszystko trzeba pogodzić. To jest dopiero sztuka.

– Mamo, nie mówmy już o tym. Zdania nie zmienię.

– Jedź więc i zamknij się za murami klasztoru. W towarzystwie starych panien, z których każda ma swoje przywary, nawyki i niespełnione ambicje, dla których nie ma ujścia, więc zmieniają się we frustrację.

– Dlaczego tak surowo je oceniasz?

– Nieważne – mruknęła Wiesława, zaciągając się głęboko dymem. – Rób, co chcesz, skoro taka mądra jesteś.

– Gdzie tata? – zapytała Patrycja z nadzieją w głosie. – Śpi jeszcze?

– Wyszedł o świcie. I dobrze wiesz dlaczego.

Wiedziała. W oczach zakręciły się jej łzy, ale nie pozwoliła im spłynąć. Przytuliła matkę i raz jeszcze zapewniając ją o swojej miłości, wyszła z domu.

Obejrzała się tylko raz. Chciała zachować w pamięci moment, w którym zamyka jeden rozdział, żeby otworzyć kolejny.

 

*

 

Serce szalało jej z radości, gdy przekraczała wielką, żelazną, mocno skrzypiącą bramę o łukowatym kształcie. Zaciągnęła się głęboko mroźnym powietrzem, wchłaniając nie tylko zapach zimy, ale i tego miejsca. Najchętniej biegiem pokonałaby ostatnie metry dzielące ją od klasztornego budynku. Nie wypadało jednak zachowywać się w tak żywiołowy sposób, więc z godnością, uważając na śliską nawierzchnię betonowej ścieżki, przeszła w stronę drzwi wejściowych, które wydawały jej się tajemnym przejściem prowadzącym do wymarzonego życia.

Matka przełożona przywitała ją z uśmiechem, lecz w rozmowie była stonowana i z dystansem podchodziła do entuzjazmu Patrycji.

– Najbliższy czas spędzisz w części dla gości. Nie wolno ci wchodzić poza klauzurę, ale będziesz uczestniczyła w naszym życiu. Zobaczysz, jak wygląda nasz dzień, czym się zajmujemy i jakie są tu zasady. Dzień rozpoczynamy wspólną modlitwą o piątej czterdzieści, więc pobudka jest o piątej dwadzieścia.

– Dobrze, matko, bardzo lubię wstawać o świcie. To jest niezwykły moment w ciągu dnia – odparła z uśmiechem. – Przełamanie nocy świtem to początek możliwości i…

– Poetycka dusza z ciebie – przerwała jej zakonnica. – My tu raczej, a w sumie na pewno, żyjemy prozą. Prozą i wiarą.

– Tak, matko, chciałam tylko…

– I więcej słuchamy, modlimy się, niż mówimy. – Spojrzała na nią znacząco.

Patrycja energicznie pokiwała głową, przytakując słowom matki przełożonej.

– Zaprowadzę cię do pokoju przeznaczonego dla aspirantek. Od wczoraj mieszka w nim Grażyna, dziewczyna z Łotwy, ale świetnie mówi po polsku, więc nie ma problemu z komunikacją. – Przełożona podeszła do Patrycji i położyła jej rękę na ramieniu. – Bardzo bym chciała, żebyś wykorzystała czas aspiratu na przemyślenie swojej decyzji. Przyglądaj się dokładnie temu, jak żyjemy i co jest dla nas ważne. Zajrzyj również w głąb siebie, swojego serca. Ten czas to czas poznawania. Nas, zakonu, ale i siebie. Dobrze go wykorzystaj.

– Tak zrobię.

Gdy w kąciku ust starszej zakonnicy pojawił się nikły uśmiech, miała ochotę skakać, tańczyć, a najlepiej to przytulić tę trochę surową, ale przecież pełną miłości i miłosierdzia kobietę. Ograniczyła się jednak do szerokiego uśmiechu, który w późniejszym czasie nieraz ściągnął na nią kłopoty.

 

*

 

Faktycznie nie było problemów w komunikowaniu się z Grażyną. Świetnie mówiła po polsku, ale rzadko korzystała z tej umiejętności. Widać mocno sobie wzięła do serca słowa przełożonej i czas aspiratu poświęciła na baczne przyglądanie się wszystkiemu i rozmyślaniu.

Pokój, który zajmowały, był spory, więc miały prywatność i miejsce do przebywania w ciszy, lecz tę akurat Patrycja uważała za zbędną. Z chęcią porozmawiałaby z Grażyną i więcej się o niej dowiedziała, lecz ta wyraźnie unikała wszelkich rozmów. Uważała je za rozpraszające, a nie chciała tracić czasu na coś, co w jej mniemaniu było zupełnie zbędne – na kontakty międzyludzkie.

Patrycja miała inny pogląd na ten temat. Była przekonana, że właśnie dzięki rozmowom i wspólnie spędzanym czasie siostry stanowią jedność, której nic ani nikt nie może zaszkodzić. Szanowała jednak decyzję koleżanki i starała się powściągnąć swą gadatliwość.

W każdej wolnej chwili omadlała kwestię wstąpienia do zakonu. Z niecierpliwością wyglądała dnia, gdy wstąpi do postulatu. Wiedziała, że w niektórych zakonach aspirat trwa sześć miesięcy, a nawet i rok. Tutaj miał się ograniczyć do kilku tygodni.

Podczas oczekiwania towarzyszyły jej zachwyt i ciekawość. Najbardziej podobały jej się chwile, gdy mogła przebywać w towarzystwie sióstr. Czerpała siłę z ich pełnych wsparcia słów, uśmiechów oraz cierpliwości, z jaką tłumaczyły jej zawiłe tajniki życia w klauzurze.

Żałowała czasu poświęcanego na sen. Najchętniej w ogóle by z niego zrezygnowała. Zasypiała więc najszybciej, jak się dało, byle doczekać upragnionego poranka. Wstawała na długo przed budzikiem i czym prędzej sięgała po różaniec, żeby podziękować Panu Bogu za łaskę powołania i możliwość przebywania w zakonie.

Gdy za drzwiami rozległ się dzwoneczek, uśmiechnęła się szeroko. Był to bowiem znak, że siostra dyżurna idzie korytarzem i budzi pozostałe kobiety na modlitwy. Patrycja każdego ranka z niecierpliwością czekała na ten dźwięk, oznaczający, że zaczyna się dzień, a ona jest krok bliżej realizacji swego marzenia.

Skrzypnęły drzwi od pokoju i w futrynie ukazała się jedna z sióstr.

– Dziewczęta, po modlitwach udacie się do rozmównicy. Matka przełożona was wzywa.

– W jakim celu? – zapytała Patrycja. – Stało się coś?

– Dowiecie się w swoim czasie – odparła i zamknęła drzwi.

Patrycję ogarnęły jednocześnie strach i ekscytacja. Po głowie biegały jej przeróżne myśli. Nie wiedziała, czy zostały wezwane na pogadankę, bo może coś nieświadomie zrobiły. A może matka uznała, że Patrycja zbyt dużo pyta? Wtedy jednak wezwałaby tylko ją, a nie obie. Właśnie! Dziewczyna z radości klasnęła w dłonie.

– Grażynko – minęła swój parawan i bez pardonu weszła do części zajmowanej przez drugą aspirantkę – pewnie matka oznajmi nam, że możemy wstąpić do postulatu.

Dziewczyna wykrzywiła usta w lekkim grymasie i sapnęła lekko.

– Nie cieszysz się?

– Jeszcze nie mam z czego się cieszyć. Trzeba cierpliwie – na to słowo położyła szczególny nacisk – poczekać na to, co powie matka przełożona.

– Och, wiem przecież, ale tak gdybam. To na pewno o to chodzi, bo po co by nas wzywała?

Grażyna sięgnęła po wiszący na krześle brązowy sweter i w skupieniu zaczęła zapinać guziki. Patrycja czekała jeszcze chwilę, żywiąc nadzieję, że koleżanka powie coś więcej, ale się nie doczekała. Jej milczenie było tak sugestywne, że zawstydziła się swojej ekscytacji i wyszła z pokoju, uznając, że czas szybciej jej minie na modlitwie.

Była jedną z pierwszych osób w kaplicy. Zajęła wyznaczone jej na początku pobytu miejsce i zaczęła odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Po kilku minutach pojawiła się reszta sióstr, a zimne mury wypełniła żarliwa modlitwa.

Głos jej się łamał, więc tylko szeptała słowa pełne miłości i uwielbienia.

Gdy skończyła, przeżegnała się pospiesznie i szybko udała się pod rozmównicę, żeby tam czekać na matkę przełożoną, która oczywiście była jeszcze w kaplicy, ale Patrycja nie mogła usiedzieć w miejscu, więc wolała podreptać po korytarzu.

Wreszcie po wielu długich, bardzo długich w jej przekonaniu, minutach kobieta pojawiła się, a tuż za nią szła Grażyna ze splecionymi dłońmi i skromnie spuszczoną głową.

Weszły do środka. Koleżanka wciąż wbijała wzrok w podłogę. Patrycja natomiast wpatrywała się w twarz przełożonej, szukając potwierdzenia swojej tezy.

– Dziewczęta, zaprosiłam was tutaj, żeby zapytać, czy przemyślałyście swoją decyzję.

Grażyna cicho potwierdziła, Patrycja zaś energicznie przytaknęła.

– Dobrze. Bardzo mnie to cieszy. Aspirat to pierwszy krok i skoro jesteście zdecydowane, przyjmę was do postulatu. Tam będziecie miały rok na przemyślenie, czy chcecie wykonać kolejny krok i wstąpić do nowicjatu, czy wolicie wrócić do życia poza murami. – Przerwała na chwilę i omiotła je wzrokiem. – Pamiętajcie, dziewczęta, że zawsze, w każdej chwili możecie zmienić zdanie. Zakon nie jest więzieniem ani przymusem. To miejsce, do którego przychodzi się dobrowolnie, z radością oraz chęcią służenia Bogu i bliźnim. Gdy poczujecie, że to nie jest dla was, wystarczy, że mi powiecie. Rozumiecie?

– Tak – odparła Patrycja, pewna, że taka sytuacja nigdy nie nastąpi. Przecież to tutaj było jej miejsce. To był jej sposób na życie.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Sylwia Kubik, 2022

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2023

 

Projekt okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: © Mariusz Prusaczyk/Dreamstime.com

© Trumanha82/Dreamstime.com

 

Redakcja: RedKor Agnieszka Luberadzka

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8280-919-0

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@ wydawnictwofilia.pl