Zakazany Bóg. Oto jest krew nasza - Gabriel Campo Villegas - ebook
Opis

Jak wielka może być nienawiść do wiary; jak rodzi się antyreligijny obłęd; do czego zdolni są ci, którzy mu ulegli? Jak wielka jest miłość, która pozwala przebaczyć oprawcom; jak dojrzewa się do męczeństwa, by uznać je za dar; kim są ci, którzy mieli siłę oddać życie za wiarę?

Podczas wojny domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939 zniszczono i splądrowano 2 000 kościołów, zakazano praktyk religijnych i dokonano rzezi na katolikach. Bestialsko zamordowano 8 000 duchownych. Każdego dnia tej barbarzyńskiej rzezi hiszpańska ziemia pokrywała się krwią męczenników.

Zakazany Bóg opowiada historię 51 błogosławionych męczenników z Barbastro, księży i kleryków, którym przyszło oddać życie za wiarę. Wszyscy mieli wybór. Mogli porzucić kapłaństwo, wyrzec się Chrystusa i uratować życie. Ich cudem ocalałe notatki z więzienia napisane niedługo przed egzekucją są jednymi z najpiękniejszych świadectw wiary w dziejach chrześcijaństwa.

Książka Zakazany Bóg stała się kanwą głośnego filmu o tym samym tytule, który także polscy widzowie mogą oglądać w kinach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Zaproszenie do napisania tego prologu było dla mnie okazją do poruszenia w mojej duszy starych wspomnień i głębokich uczuć. W miarę czytania poszczególnych stron fakty, historie, świadectwa były jak uderzenia dłoni, które budziły w moim wnętrzu stada uśpionych ptaków. Ta lektura sprawiła, że zanurzyłem się w ukrytych sferach mojej duszy, moich uczuć, mojego powołania i całego mojego życia.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych wspomnienie o męczennikach z Barbastro było wciąż świeże i żywe. My, młodzi klaretyni, wzrastaliśmy karmieni przykładem cudownej pobożności i bohaterskiej wierności tych nie mniej młodych misjonarzy, którzy ofiarowali swoje życie za wybawienie Hiszpanii i świata w niewytłumaczalnej zawierusze 1936 roku.

W czasach mojego nowicjatu i nauki w seminarium we wspólnocie klaretyńskiej dawało się wyczuć ducha męczenników, ich pobożność, ich żarliwość, ich wspaniałą wierność. Wciąż żyli niektórzy z ich przełożonych i opiekunów duchowych, garstka, która nie została zamordowana; byli wśród nas przyjaciele i nawet krewni lub sąsiedzi męczenników. Opowiadało się anegdoty, historie, wspomnienia. Domy, w których mieszkaliśmy, książki, z których korzystaliśmy, modlitwy, miejsca spacerów i wycieczek były przesiąknięte wspomnieniami o męczennikach. Dojrzewaliśmy, w sposób religijny i czysto ludzki, w intensywnej bliskości z nimi, otoczeni ich niejasną obecnością duchową, co pozostawiło niezatarty ślad w najgłębszych warstwach naszej osobowości religijnej i misjonarskiej.

Były lata, w których męczennicy klaretyńscy, a w szczególności młodzi męczennicy z Barbastro, spontanicznie stawali się dla nas prawdziwymi mistrzami duchowymi. Surowość, praca, sztywna dyscyplina, pełna gotowość, entuzjazm misjonarski przychodziły nam w sposób naturalny w konsekwencji obcowania z pamięcią o męczennikach. Znaliśmy na pamięć ich deklaracje oddania i poświęcenia Bogu, ich modlitwy w intencji Hiszpanii i Hiszpanów. To dziedzictwo karmiło i wzmacniało nasze serca. Pamiętam to wewnętrzne wzruszenie, które czuliśmy, śpiewając te same strofy, które oni śpiewali, podążając drogą męczeństwa: „Jezu, już wiesz, jestem Twoim żołnierzem; chcę walczyć zawsze u Twego boku; z Tobą zawsze i aż do śmierci; jeden sztandar i jeden cel: za Ciebie, mój Królu, przelać krew”. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że byliśmy uczniami, synami męczenników.

Przez kilkadziesiąt lat milczenie Kościoła hiszpańskiego otaczające jego męczenników wynikało z szacunku i miało oczyszczający wpływ. Stanowiło też wkład w niezbędne dla Hiszpanów porozumienie, główny cel w sensie politycznym i religijnym. Ale to milczenie nie brało się z braku miłości czy zapomnienia, i tym samym nie mogło trwać w nieskończoność. Musiał nadejść moment uporządkowania dla społeczeństwa hiszpańskiego. Potrzebowaliśmy poznać i uznać naszą historię w całości, z jej jasnymi i ciemnymi stronami. Historię społeczeństwa i Kościoła. Grzechy i bohaterskie czyny jednych i drugich. Społeczeństwo hiszpańskie nie może żyć, uciekając przed samym sobą, ignorując własną historię, zniekształcając własną przeszłość, ponieważ kiedy nie ma pamięci, królują sny i duchy. Musimy być zdolni wspólnie żyć, mając świadomość całej prawdy o naszej historii. Z pokorą, życzliwością i przebaczeniem, z nadzieją.

A konkretnie: Kościół hiszpański musi poznać i pokochać Kościół z 1936 roku, ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Można by wskazać wiele braków i więcej niż kilku odpowiedzialnych – przez działanie lub jego brak – za to, co się wydarzyło. Lecz nie można odmówić wielkości Kościołowi, który spośród swoich biskupów i kapłanów, spośród zakonników, zakonnic i katolików świeckich wydał tyle tysięcy męczenników porównywalnych do tych z pierwszych wieków. Siła duchowa tych młodzieńców, cudowne świadectwo tych biskupów, głębokie chrześcijaństwo tych katolików świeckich nie bierze się z niczego. Kościół z 1936 roku był silny duchowo, chociaż niektóre z jego idei wydają nam się teraz odległe. Wierność, krew męczenników – czyż nie są warte więcej niż nasze teorie i nasze innowacje techniczne? Czasem trzeba się zmierzyć bezpośrednio z zasadniczymi prawdami życia i śmierci.

Nie raz zadajemy sobie pytanie, jak było możliwe takie okrucieństwo i takie zepsucie. Jedno jest pewne – w zawierusze tamtych miesięcy wsie i miasta Hiszpanii zalała obłędna nienawiść wobec religii, Kościoła katolickiego, biskupów, kapłanów i zakonników, a także wobec wiernych, w większości przypadków prostych, uczciwych i pobożnych mężczyzn i kobiet. Na myśl może przyjść pewnego typu świecka fala gniewu i żalu wobec Kościoła, który był potężny i wpływowy, a jego obraz był zapisany w świadomości społecznej jako synonim opresji i bólu wychodzącego dużo dalej poza osobiste doświadczenia. Jest też jasne, że te dawne obawy zostały nieodpowiedzialnie rozdmuchane przez jadowitą propagandę, posługującą się upraszczającymi ideami i oczywistymi podziałami odpowiedzialności społecznej, nikczemne oszczerstwa i osobiste żale. Wszystko to razem wzięte, w bezpośrednim odczuciu osób słabo lub wcale niewykształconych, targanych silnymi emocjami i zażartymi sporami, może przybliżyć kontekst tak okrutnych wydarzeń. Wydaje się pewne, że z dalekich biur pochodziły rozkazy fizycznego wyeliminowania Kościoła hiszpańskiego jako największej przeszkody do zaprowadzenia rewolucji proletariackiej.

To nie czas na szukanie sprawców ani obarczanie odpowiedzialnością. Nikt z nas żyjących obecnie nie ma z tym nic wspólnego. Chęć utożsamiania aktualnych instytucji i osób z tymi, które istniały i działały 80 lat temu, byłaby głupia i nieodpowiedzialna. Teraz należy wyciągnąć naukę z wydarzeń w przeszłości, przeanalizować i ocenić je, żeby już więcej się nie powtórzyły. Jedni i drudzy, katolicy i niekatolicy, lewicowi i prawicowi muszą teraz dążyć do stworzenia pojednanego i pozbawionego napięć społeczeństwa, w którym wszyscy będziemy mogli żyć w pokoju i wolności.

Jedna rzecz pozostaje pewna i można ją nieomylnie stwierdzić na podstawie pozostawionych świadectw: jakiekolwiek były powody, którymi kierowali się zabójcy klaretynów, oni umarli za to, że byli uczniami Chrystusa, że nie chcieli wyrzec się wiary, zginęli za swoje religijne wybory, wieńcząc w ten sposób wyznanie przyjęte poprzez chrzest i swoje powołanie. Trudno sobie wyobrazić lepsze przygotowanie do śmierci, większą jej akceptację i pełniejsze ofiarowanie w zjednoczeniu z Chrystusem poświęconym za zbawienie świata. Każde męczeństwo odbywa się na wzór Chrystusa. W tym przypadku również w sposób szczególny i wzruszający. Ich braterskie życie w sali pijarów, ich modlitwy, śpiewy, deklaracje nadziei i przebaczenia sprawiają, że przeżywamy na nowo czyny pierwszych męczenników, nasienie i najgłębsze korzenie naszego chrześcijaństwa. Nasi męczennicy umarli, przebaczając swoim oprawcom i ofiarowując swoje życie za pomyślność Hiszpanii i pojednanie wszystkich Hiszpanów. Wszystko, co uczynimy w tym samym duchu, będzie najlepszym sposobem uczczenia ich pamięci.

Książka jest napisana z wyraźnym zamysłem wiarygodności i zwięzłości, co czyni ją niemal lakoniczną. Czytelnicy poczują się poruszeni czynami męczenników, wzruszeni ich hartem ducha, światłością pozostawionych przez nich świadectw, nadzwyczajną wspaniałością świadków. To, co jest w niej opowiedziane, nie jest całą prawdą o wojnie domowej. Ale to wydarzenia prawdziwe, których rangę trzeba docenić i mieć na uwadze. Ignorowanie ich to pomijanie części naszej prawdy. Żeby zmienić się na lepsze, musimy wiedzieć dokładnie, co trzeba zmienić.

Zapoznajmy się więc z niejasną sytuacją współczesnego katolicyzmu hiszpańskiego. Mówiąc to, nie kieruje mną żadna chęć krytyki ani umniejszenia wartości nikomu i niczemu. To my, Kościół hiszpański i jego wierni, musimy przyjąć do naszej katolickiej pamięci, do naszego prywatnego sposobu bycia, do naszego stylu duszpasterskiego autentyczność, głębię, odwołanie do korzeni chrześcijaństwa i wielkość braci, którzy nas przewyższyli w wyznaniu wiary. Nasze chrześcijaństwo nie będzie ewangelicznie prawdziwe, dopóki nie poczujemy się spokojnymi i pogodzonymi spadkobiercami tych i wielu innych, równie godnych podziwu, świadków Ewangelii Chrystusa.

Teraz Pan wzywa nas do ewangelizacji. Pierwszym sposobem musiałoby być osiągnięcie jasności, intensywności, żaru i siły duchowej męczenników. Duch ewangelizatorów zawsze był na tym samym poziomie co męczenników. Bez tego osobistego skupienia na ostatecznej wartości życia wiecznego, która jest esencją męczeństwa, nie może być powołania misyjnego. Nasi męczennicy z pewnością nas wspomogą z nieba, abyśmy zostali prawdziwymi ewangelizatorami i świadkami Królestwa Bożego w nowych czasach.

Fernando Sebastián Aguilar CMF1

arcybiskup senior archidiecezji Pampeluny i Tudeli

1 CMF – skrót od Misioneros Hijos del Inmaculado Corazón de María, pol. Misjonarze Synowie Niepokalanego Serca Błogosławionej Maryi Dziewicy, potocznie misjonarze klaretyni.

SŁOWO WSTĘPNE

(Które niecierpliwy czytelnik może pominąć)

Fakty historyczne

Świadectwa pozostałe po męczennikach misjonarzach klaretynach z Barbastro są imponujące. Przytłaczają dokumentacje z pierwszej ręki, bezpośredni świadkowie, deklaracje składane pod przysięgą przez tyle kobiet i mężczyzn, którzy widzieli i słyszeli ich słowa przebaczenia wobec wrogów i oprawców, ich powolną, nieuchronną drogę krzyżową, walkę z pokusami, którym ich poddano, żeby złamać ich moralność, a także ich zaraźliwą radość, zgodny entuzjazm, kiedy słyszeli swoje imiona, gdy wzywano ich na rozstrzelanie.

Wielu świadków ich egzekucji o bezsennym świcie żyje do dzisiaj. Każdy może z nimi porozmawiać i poprosić, żeby opowiedzieli, jak misjonarze Serca Maryi zginęli w grupach liczących do 20 osób, większość młodo, mając 21-25 lat, na drodze prowadzącej z Barbastro do Berbegal i Sariñena. „Byli męczennikami” – powtarzają wszyscy. „Nie mieszali się do polityki. Byli kapłanami, braćmi koadiutorami i seminarzystami, których rozstrzelano za to, że byli «księżmi» i że nie chcieli się wyrzec swojej wiary katolickiej”.

– Lecz czy to prawda, że szli na śmierć ze śpiewem na ustach?

– Wszyscy śpiewali. Słyszało ich całe Barbastro. I byli niewinni jak anioły. Modlili się, cierpieli, przebaczali i nic więcej. Tak samo jak biskup.

Sami oprawcy komentowali po wszystkim zdumieni: „Co za ludzie! Nawet w chwili, kiedy otrzymywali strzał w głowę, polecali się Boskiej opiece. Żebyście widzieli, jak oni umierają! Zdaje się, że się cieszyli, umierając za swojego Chrystusa”.

Są jeszcze świadkowie w Barbastro. Inni mieszkają w Saragossie lub Barcelonie, albo we Francji – w Paryżu, Montauban, w byłej Jugosławii i Meksyku. Świadkowie z jednej i drugiej strony: katolicy i anarchiści, ludzie, którzy wspominają te czasy z lipca i sierpnia 1936 roku jako koszmar przerażenia i wiary. „Aragonia jest teraz całkiem inna. Ludzie żyją w zgodzie i demokracji. Dlatego nie sprawia nam problemu poznawanie całej historii. Wręcz przeciwnie: historia uczy nas wszystkich, jak żyć”. „Misjonarze męczennicy są dla nas wszystkich przykładem uczciwości w każdym sensie, siły. Tak samo jak Anglicy – czy to katolicy, czy anglikanie, czy sceptycy – podziwiają Tomasza More’a i Becketa, tak samo my, Aragończycy – cokolwiek myślimy o religii i życiu pozagrobowym”. „To się w żaden sposób nie powtórzy. To były inne czasy. Była duża bieda i niesprawiedliwość społeczna, i dużo nienawiści. To są rzeczy, które się wydarzyły, a jak mówi Ortega y Gasset, «faktu historycznego nikt nie zastrzeli»”.

– Cóż za hart ducha misjonarzy i biskupa! Przypominają się przy nich żarliwe słowa Orygenesa do chłodnych chrześcijan: „Wówczas żyli prawdziwi chrześcijanie, kiedy kandydaci przygotowywali się jednocześnie do chrztu i do męczeństwa”.

I. PRZYJAZD DO BARBASTRO

Trzydziestu alumnów seminarium wyższego szło ze stacji kolejowej w Barbastro2 trójkami, tak jak wymagała tego reguła. Byli ubrani w czarne sutanny z pasami przewiązanymi z lewej strony. Włosy mieli gładko uczesane, bez przedziałka, a na głowach czarne birety: trójrożne o trzech płatach symbolizujących zapewne Trójcę Świętą. Pomimo gorąca, ich ramiona okrywały peleryny, spod których wystawały ręce niosące małą torbę, walizkę lub tobołek. Wiedzieli, że są naznaczeni na całe życie przez swoje powołanie, sutannę, w świecie pełnym dwuznaczności, dręczeni wątpliwościami, urazami i najbardziej agresywną propagandą.

Byli bardzo młodzi, dwudziestodwu-, dwudziestotrzy-, dwudziestoczteroletni, zbyt młodzi, by przeczuwać – tak bliski – lodowaty oddech śmierci. Przystojni młodzieńcy, którzy imponowali swoim milczeniem, przedwczesną powagą, opanowaniem, spuszczonym wzrokiem. Ani jednego spojrzenia na balkony, jasny wieczór, kobiety, dziewczyny, ludzi; zwracali się tylko ku ulicy Monzón. Na lewo od nich zakurzone figowce, palma o słabym, włochatym pniu i stara akacja zdawały się wydłużać swoje cienie aż do ich drżących sutann. Przyjeżdżali z Cervery, z uniwersytetu katalońskiego, żeby uczyć się na ostatnim roku teologii moralnej w Barbastro, surowej stolicy aragońskiego okręgu Somontano. Słyszeli, że seminarium misjonarzy w Barbastro „było najbezpieczniejszym miejscem prowincji” w tych ponurych dla obu Hiszpanii czasach. Jako „prowincję” rozumieli misje klaretyńskie, znajdujące się na terenie dawnego królestwa Aragonii, Katalonii, Walencji i Murcji. Odbyli nowicjat w Vic, gdzie spoczywało ciało wówczas błogosławionego ojca Clareta, najbardziej niesprawiedliwie znieważanego człowieka XIX wieku, i uczyli się w Solsonie i Cerverze.

Przyjeżdżali z beczki prochu

Cervera była beczką prochu. Ekstremistyczne sektory społeczeństwa chciały „wyrzucić misjonarzy ze wspaniałego uniwersytetu”, założyć w jego wschodnim skrzydle – w tak zwanej „Wieży Kanclerza” – i ogrodzie szkołę świecką; posuwały się do gróźb, zniewag i oszczerstw.

Kontrole, gorzkie podżegania, a także wydarzenia z października 1934 roku, kiedy to ponownie proklamowano Republikę Katalonii i wybuchła rewolucja w Asturii, doprowadziły do wytworzenia się napiętej i dusznej atmosfery.

Mocno kontrowersyjne wyniki wyborów z 1936 roku, a w ich efekcie stygmatyzacja religii katolickiej, antyklerykalne ataki, podpalenia klasztorów – zawsze przez nieznanych sprawców, zawsze bezkarnych – sprawiły, że przełożeni zaczęli poważnie myśleć o przeniesieniu młodych klaretynów do Księstwa Andory, aby ich nie dosięgło całe to barbarzyństwo.

W każdym razie, podczas gdy szukano rozwiązania awaryjnego, zdawało się, że najlepiej będzie przyspieszyć wyjazd z Cervery 30 seminarzystów, bliskich już święceń kapłańskich.

Służba wojskowa

Naglił ich dodatkowo prawny problem służby wojskowej. Dwudziestu jeden z nich, tych najmłodszych, mogło ubiegać się o skrócenie czasu spędzonego w szeregach, jeśli stawiając się, zgodnie z wojskowymi rozporządzeniami3 udowodnią, że „nauczyli się już wcześniej teoretycznych i praktycznych wytycznych dla rekrutów”.

W Barbastro, tak jak w innych strategicznych miastach, działał system szkolenia wstępnego, którym zajmowali się ochotniczo emerytowani wojskowi.

Seminarzyści albo młodzi, niedawno wyświęceni kapłani powoływali się na obowiązujące regulacje, żeby skrócić o trzy miesiące swoją służbę wojskową. Służba z bronią ani koszary nie specjalnie były ich powołaniem.

Skrócenie służby kosztowało 200 duro4, tysiąc ówczesnych peset od osoby – spory uszczerbek finansowy. Jednak zwalniało młodych z koszarowego życia, pozwalało wybrać, gdzie chcą nocować, zazwyczaj we własnym domu, chyba że przypadła im w udziale warta lub manewry, i w rzeczywistości zwykle nie pozostawali w szeregach dłużej niż trzy miesiące.

Ale nawet wtedy stanowiło to prawdziwą próbę dla ich powołania. Tego samego dnia, w którym wyruszyli z Cervery do Barbastro, 1 lipca 1936 roku, ojciec Felipe Calvo po odmówieniu różańca zwołał naradę dla tych, którzy zostawali, i łzy cisnęły mu się do oczu na myśl o tych, którzy wyjeżdżali odbyć służbę wojskową.

Pomiędzy tymi trzydziestoma seminarzystami dwóch wyróżniało się talentem i siłą: Ramón Illa i Esteban Casadevall. Obydwaj byli znani z wyjątkowej gorliwości, tak samo jak i Faustino Pérez, który już był w Barbastro i odbył swoją służbę wojskową w Kraju Basków w okresie od stycznia do kwietnia.

Przeczucia

Ramón Illa po prostu dążył do męczeństwa. Miał dwadzieścia dwa lata i rozległe wykształcenie humanistyczne: posługiwał się łaciną, greką i językiem hebrajskim, a w wolnym czasie uczył się również angielskiego i niemieckiego. Zachowywał w pamięci wszystko, co czytał. Był nieugiętym i roztargnionym intelektualistą. Kiedy się golił, brzytwa nieuchronnie wymykała mu się z dłoni i twarz pokrywała krwią. W łazienkowym lustrze widać było, jak próbował zahamować krwawienie, przykładając dłoń do policzka lub brody pośród zakrwawionej pianki.

– Pan Illa znów się zaciął.

– Nie można się uczyć, kiedy człowiek się goli, ani tłumaczyć proroka Jeremiasza.

Komentowano z uciechą powtarzające się wpadki Illi. On też się śmiał, wtórował swoim krytykom, podczas gdy polewał ranę wodą i przykładał do niej delikatnie ręcznik, aż całkowicie zatamował krew.

Tak, jak widać. Czuł sekretne wyzwanie, by oddać krew jako świadectwo wiary. Przedwczesna intuicja teologiczna podpowiadała mu, że wolał łaskę męczeństwa niż wszystko to, co mogło mu ofiarować życie, łącznie z kapłaństwem i ewangelizacją.

Trzy lata wcześniej, w 1933 roku, napisał w liście z Cervery do ciotki zakonnicy: „Czekają nas wielkie wydarzenia. Kościół będzie płakał jak wdowa, ale uwieńczy nas, swoje umiłowane dzieci, największym błogosławieństwem przeznaczonym dla prześladowanych. Daj Bóg, by również purpurą męczeństwa”5.

W 1934 roku, jako student teologii znajdujący się w samym sercu rewolucyjnych wydarzeń październikowych, podczas gdy wielu kapłanów i zakonników z Cervery wyczekiwało z duszą na ramieniu dalszego rozwoju wypadków, w obliczu najbardziej zajadliwego antyklerykalizmu, który pojawił się na nowo, Ramón Illa komentował: „Jaka szkoda! O mały włos zostalibyśmy męczennikami!”.

A do ciotki, ranionej przez rewolucjonistów w Asturii napisał: „Dziękuj Bogu, że byłaś godna cierpieć za naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

Nie było drugiego takiego jak on. Był w stanie rozszyfrować stare pergaminy, wprawić w zakłopotanie niejednego wykładowcę podczas zajęć, napisać dramat albo tłumaczyć na żywo Jeremiasza z hebrajskiego i św. Jana Chryzostoma z greki. Pisał wiersze po hiszpańsku, łacinie i katalońsku. I odmawiał – nie zawsze z konieczności – całą Liturgię Godzin.

Esteban Casadevall był niewinny jak gołąbek, prostoduszny, pogodny i otwarty. Przeżywał żarliwie idee, dyskutował z pasją, ale nie tracąc zimnej krwi. Jego umysł jak kocioł pod ciśnieniem kipiał od pomysłów naukowych, literackich i muzycznych. Czuł, że musi się rozwijać, że jego horyzonty się poszerzały, że go przytłaczały.

Najmniej się spodziewał, że jego niewinny wzrok, jego stanowcze i męskie rysy przyciągną wzrok milicjantki przez jego podobieństwo do aktora z kasowego filmu.

Refleksja historyczna

Niezależni historycy i socjologowie powinni ponownie rozważyć ten niezbadany fakt z czasów Drugiej Republiki Hiszpańskiej. Apolityczni seminarzyści i zakonnicy czuli się w 1934 i 1936 roku, przed wojną domową, zdecydowanie zagrożeni brutalną śmiercią – „męczeństwem”, w ich przekonaniu nie za to, kim byli, lecz za to, co sobą reprezentowali, bedąc duchowieństwem Kościoła katolickiego.

Na kilka lat przed wybuchem wojny były w społeczeństwie hiszpańskim grupy – intelektualiści, robotnicy, aktywiści – gotowe do fizycznego wyeliminowania lub zgładzenia kleru katolickiego, czy też do odwiedzenia go od powołania poważnymi groźbami.

José María Viñas, seminarzysta w 1936 roku, zapewniał w 2005 roku, że „dla nowicjatu z rocznika ’36 męczeństwo było realną możliwością”.

„Od roku 1931 nastroje polityczne i naród, upolityczniony w tym samym kierunku, były wrogie wobec Kościoła i Chrystusa. Nawet nie wgłębiając się w temat, pewne tego oznaki były widoczne dla każdego: zdjęto wiszące w szkołach krucyfiksy – w odpowiedzi wszystkie dzieci nosiły krzyże w dobrze widocznym miejscu na piersi – zakazano organizowania procesji, wizerunki patronów miast nie mogły się pojawiać podczas pokazów sztucznych ogni z okazji ich święta... Bardziej bezpośrednią represją było podpalanie kościołów i domów zakonnych. To, co zdarzyło się w jednym miejscu, mogło się też przytrafić nam. My, klaretyni z rocznika ’36, mieliśmy męczeństwo w zasięgu wzroku. Ale to nie była dla nas nowość. Przygotowywaliśmy się do tego. Można powiedzieć, że istniała pewna męczeńska kultura w pobożności i pieśniach religijnych, jak pieśń misjonarza, która z czasem stała się pieśnią męczenniczą”6.

Wspólnota z Barbastro

Seminarium misjonarzy z Barbastro było wciśnięte pomiędzy ulicę Costy (wcześniej: Monzón7), w kierunku przedmieścia Barbastro, niedaleko stacji kolejowej, a ulice Conde i Saso Saurina w dzielnicy San Hipólito, przez niektórych zwaną cygańską dzielnicą. Zabudowania zakonne tworzyły wraz z kościołem ogromną, zamkniętą bryłę z dwoma wewnętrznymi patiami: jednym zwanym „lunetą”, otwartym i jasnym, ze ścianą, która służyła do gry w baskijską pelotę8, i drugim, ciemnym i zimnym, zaledwie świetlikiem otwartym na niebo, by dodać oddechu pokojom położonym w wewnętrznej części.

Budynek miał trzy piętra, ostatnie z bielonej cegły klinkierowej, i kończył się półkrytym tarasem. Na półpiętrze, na wysokości drzwi wychodzących na ulicę Conde, otwierał się korytarz otaczający „lunetę”, na którą wychodziły jego przeszklone drzwi. Po tych korytarzach lub krużgankach spacerowali trójkami seminarzyści w czasie letnich i zimowych przerw albo biegali niesforni ministranci z pobliskiego kościoła.

Seminarium było przesiąknięte ascetyzmem i surowością, od przedpokojów przy wejściu aż po czytelnię, sale lekcyjne, jadalnię, czyli refektarz, bibliotekę i sypialnie. Być może odwiedzającemu nowicjuszowi budynek wydawał się posępny i ponury, ale z czasem postrzegał go jako miejsce zdolne do modelowania ducha apostołów z Somontano i nadawania mu siły na całe życie.

Dom pochodził z 1876 roku, a kościół, pierwszy w Hiszpanii dedykowany Sercu Maryi, został ukończony w 1888 roku. Od 1934 roku służył postulantom. Wspólnota, wraz z przybyciem 30 studentów teologii i przyjęciem ojca José Pavóna do prowadzenia letnich zajęć, liczyła 20 kapłanów lub „ojców”, 39 seminarzystów i 12 braci laickich lub koadiutorów.

SPIS WSPÓLNOTY MISJONARZY Z BARBASTRO

20 lipca 1936 roku

Kapłani

Felipe de J. Munárriz (przełożony)

Juan Díaz (pierwszy konsultor i prefekt seminarium)

Nicasio Sierra (drugi konsultor)

Leoncio Pérez (ekonom)

Sebastián Calvo

Pedro Cunill

José Pavón

Luis Masferrer

Secundino Ortega

Seminarzyści

Wenceslao Clarís (subdiakon)

José Ma Blasco (akolita)

Pablo Hall (akolita)

Atilio C. Parussini (akolita)

Alfonso Sorribes (akolita)

José Badía (lektor)

José Brengaret (lektor)

Antonio Dalmau (lektor)

Antolín Calvo (lektor)

Juan Echarri (lektor)

José Figuero (lektor)

Pedro García Bernal (lektor)

Ramón Illa (lektor)

Hilario Llórente (lektor)

Salvador Pigem (lektor)

Eduardo Ripoll (lektor)

Francisco Roura (lektor)

Agustín Viela (lektor)

José Amorós (lektor)

Juan Baixeras (lektor)

Javier Luis Bandrés

Rafael Briega

Tomás Capdevila

Esteban Casadevall

Eusebio Codina

Juan Codinachs

Luis Escalé

Jaime Falgarona

Luis Lladó

Miguel Massip

Ramón Novich

José Ma Ormo

Faustino Pérez

Sebastián Riera

José Ros

Teodoro Ruiz de Larrinaga

Juan Sánchez

Manuel Torras

Atanasio Vidaurreta

Bracia

Manuel Buil

Francisco Castán

Gregorio Chirivás

Alfonso Miquel

Manuel Martínez

Joaquín Muñoz

Buenaventura Peñalosa

Pablo Delgado

Bibiano Echegaray

José Lascorz

Simón Sánchez

Ramón Vall

Wszyscy wymienieni kapłani byli naznaczeni męczeństwem, jak i wszyscy seminarzyści, oprócz dwóch: Halla i Parrusiniego. Tylko oni dwaj uratowali się z masakry, razem z siedmioma ostatnimi braćmi z listy. Kolejność miała najmniejsze znaczenie.

Duch ojca Clareta

Ojciec Claret założył wspólnotę zakonną w Vic w 1849 roku i nazwał ją Zgromadzeniem Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Błogosławionej Maryi Dziewicy. Dewizą ich życia było wychwalanie Boga, nieustanna praca nad własnym uświęceniem i szerzeniem Ewangelii wśród wszystkich, wykorzystując wszelkie sposoby, ale szczególnie te najbardziej odpowiednie i skuteczne: całokształt życia, modlitwa i słowo.

Misjonarzom udało się uniknąć zarażenia polityką partyjną, wielką plagą XIX wieku, która skonfrontowała ze sobą dwie nieustępliwe Hiszpanie: liberalną i konserwatywną, a idąc dalej, karlistowską lub „apostolską” i rewolucyjną. Mieli wyraźne przykazanie nie angażować się w żadną partię ani przyjmować funkcji politycznych. Nie mogli wstępować do zgromadzenia ci, którzy mieli poglądy przeciwne Kościołowi lub władzy. Musieli być bardzo przezorni w doborze czytanych gazet i unikać jakiegokolwiek podejrzenia partyjności w ich świętej posłudze.

Wierność Kościołowi i Ewangelii stanowiła ich świętość i znak rozpoznawczy, charakterystyczną cechę ich doktryny i apostolstwa. Praktykowali częstą modlitwę, wspólnie i w osobności, prowadzili skromne i szczodre życie w czystości. Wierzyli z całą pewnością, że przez posłuszeństwo przełożonym i służbę zgromadzeniu pozostawali posłuszni Bogu, któremu służyli. Byli głęboko oddani Eucharystii i Maryi Dziewicy. Poza tym uczyli się, kładli nacisk na inteligencję i pamięć, żeby stać się instrumentem współczesnej rechrystianizacji.

Wszystko to razem, wzmocnione cnotami apostolskimi, wzmacniało wspólnotę z dnia na dzień i przybliżało do ideału z Ewangelii, według zamierzeń ojca Clareta. Żyli dla misji, byli zdyscyplinowanym i radosnym szwadronem, gotowym pójść w każde miejsce na świecie, niezależnie od kosztów, pod warunkiem, że będzie to wynikało z posłuszeństwa.

Paradoksalnie ten ascetyzm osobisty i zbiorowy tworzył atmosferę wymagania od siebie, radości, prostoduszności, siły, pobożności, ogłady, wzajemnych wpływów apostolskich, zaufania pomiędzy klerem i społecznością, która go słuchała, obcowała z nim i go obserwowała.

Wspólnota z Barbastro od czasu jej założenia przez wielkiego, prawie legendarnego ojca Gavina w samym sercu „chwalebnej rewolucji” działała na terenie całego miasta i Somontano. Misjonarze musieli stworzyć nową wspólnotę w diecezjalnym seminarium. Byli wykładowcami filozofii, teologii, moralności i ascetyzmu. Księża przychodzili do nich, by zasięgnąć porady lub wyspowiadać się i prosić o pomoc, kazanie, zadanie. Niemało z nich w końcu przystąpiło do zgromadzenia i kierowało najbardziej pobożnych młodzieńców ze swoich parafii do klaretyńskiego seminarium.

Relacje z biskupem i zakonem pijarów były szczególnie głębokie. Szkoła pijarów była najstarszą wspólnotą zakonną w Hiszpanii i najdłużej działającą w Barbastro. Wiele generacji z miasta, rejonu i prowincji Huesca spędziło swoją młodość w dwustuletniej szkole pijarów.

Nauka religii u Świętego Hipolita

Kilkoro z przyszłych męczenników prowadziło katechezę w grupach w małym kościele św. Hipolita, który zniknął jakiś czas temu, zrównany z ziemią przez rewolucję. „Drzwi do kościoła były szare z blaszanym zamkiem. W zakrystii znajdowało się owalne okno”. Rom Zefiryn Giménez, zwany „El Pelé”, przyprowadzał swoje wnuczki Maruję i Telinę oraz inne romskie dzieci na lekcje religii do Świętego Hipolita. „Seminarzysta uczył nas pieśni religijnych. Pelé czekał w drzwiach, nie wchodząc, i uśmiechał się do nas, jakby mówiąc, że warto się ich uczyć. Wciąż pamiętam, co śpiewaliśmy:

„Kiedy usłyszycie bluźnierstwa,

powiedzcie wszyscy jednym głosem:

Ach, Boże mój! Chcę ich miłować

Niech będzie pochwalony Bóg!”9.

„Chodziłam na katechezę z innymi dziewczynkami. Jeszcze inne chodziły na spotkania chóru kościelnego” – wspomina jeszcze jedna osoba w 2002 roku.

Ponad 50 lat później będą wspominać swoich katechetów. „José Figuero dał mi w 1936 roku Kompendium doktryny chrześcijańskiej ojca Cayetano Ramo. Figuero miał podłużną twarz i ciemne oczy”. „Był wysokim, szczupłym brunetem, nie nosił okularów”.

Francisco Sesé chodził przez trzy lata na katechezę prowadzoną przez misjonarzy w niedzielne poranki. „Chodziliśmy późnym rankiem na Mszę i zostawaliśmy na katechezie do południa”. „Ostatnie zajęcia odbyły się 19 lipca 1936 roku, w przeddzień aresztowania. Ojciec Masferrer otrzymał święcenia w kwietniu 1936 roku, był moim ostatnim katechetą”. „W tych dniach nowy biskup objął Barbastro i udzielił mi bierzmowania. Było nas cztery czy pięć «zastępów» po ośmiu lub dziewięciu chłopców w każdym”.

„Dziewiętnastego powiedzieli, że żegnają się z nami aż do wyjaśnienia sytuacji”.

2 „Podróż odbyliśmy pociągiem i była bardzo zabawna; wyruszyliśmy o dwunastej i dojechaliśmy o siódmej trzydzieści wieczorem. Trasa jest bardzo różnorodna”. Atilio Cecilio Parussini Soff CMF, Carta a sus padres 29.09.1936, [w:] „Dziennik Prowincji Argentyny Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Maryi”, nr 8, Buenos Aires, październik 1938, str. 13.

3 Artykuł 394 Załącznika 1 Rozporządzenia o poborze i rezerwie wojskowej z 29 marca 1924 roku, przyjętego dekretem królewskim z 27 lutego 1925 roku. Na mocy dekretu królewskiego z 1929 roku długość służby dla „zaznajomionych” skracała się z dziewięciu do sześciu miesięcy.

4 Duro – nieformalna nazwa monety o wartości pięciu peset. Peseta to dawna moneta hiszpańska, obowiązująca przed wprowadzeniem euro w 2002 roku.

5 Archiwum Wicepostulacji w Barbastro, teczka Illa.

6 Dziennik „Testimonio”, nr 5, 2005.

7 Ulica Monzón nosi nazwę Joaquína Costy od 1922 roku.

8 Pelota to znana w Kraju Basków gra, rodzaj tenisa rozgrywanego na boisku otoczonym ścianami, o które odbijana jest piłka.

9 Zefiryn Giménez Malla „El Pelé”, Madryt 1997, str. 37.

II. ANARCHIŚCI I WOJSKO W BARBASTRO

W Barbastro anarchiści stanowili najbardziej agresywną i rozjuszoną siłę lewicy, najbardziej wywrotową. Liczbę członków CNT10 w stolicy górnej Aragonii szacuje się na 440, ale możliwe, że było ich zaledwie 225 na 8 tysięcy mieszkańców11. Robotnicy dniówkowi, sezonowi, bezrobotni, wykończeni chłopi, pracownicy fabryki „La Olearia”12, pasterze, mydlarze, tynkarze, stolarze, kowale, murarze, komicy, żołnierze z koszar w Barbastro, emigranci, którzy wyjeżdżali i wracali do Barcelony13 lub Francji, jak Chinestra, Movilla czy Sopena, więźniowie we wszystkich zamieszkach syndykalistycznych z czasów dyktatury i republiki, marmurnicy, kamieniarze, robotnicy niewykwalifikowani, murarze, tragarze...

Republika z roku 1931 po zachwycie nad nierozważnymi rewindykacjami nie miała im już nic do zaoferowania, bo anarchiści niczego dobrego już się nie spodziewali po azanistowskich14 reformach, socjalistach ani rządach republikańskich i przygotowywali się do swojej rewolucji w imię utopijnego „anarchizmu komunistycznego” i „samorządnych komun”. Ich łącznicy współpracowali z Barceloną, bardziej niż z Saragossą i południową Francją. Od 1934 roku anarchiści z Barbastro mieli swoje komórki w koszarach.

„Odbywaliśmy wiele spotkań, żeby dojść do porozumienia na wypadek ewentualnego powstania w hiszpańskim wojsku”15.

Ich strategia, na to wyglądało, polegałaby na opanowaniu pododdziału karabinów maszynowych i usytuowaniu go naprzeciwko kwatery głównej pułkownika Villalba oraz wysadzeniu, w przypadku wybuchu powstania, stacji benzynowej przy szosie Monzón.

Anarchizm z Barbastro promieniował na cały rejon, powoli tkał wytrzymałą siatkę aktywistów w gminach Alcampell, Naval, Salas Altas, Castillazuelo, Pozán de Vero, Lascellas, El Grado, Berbegal, Calasanz, Lanaja, Bellver, Albalate... Wielu z nich oczekiwało na rozkaz, by porzucić koszary i skoncentrować się na Barbastro, w obliczu „należytej” rewolucji, takiej jak ta, która wybuchła 18 lipca 1936 roku.

Cały ten źle odżywiony, słabo wykształcony lumpenproletariat na skraju nędzy, okresowo przybywający w więzieniach lub lochach, domagał się krzykiem nowego porządku – „nie tego bolesnego porządku, braku równowagi społecznej, w której tłumowi robotników, w większości ojców rodzin, jak na ironię odmawia się (sic!) prawa do życia, do pracy”.

W swoim manifeście do społeczności Barbastro podpisanym przez Leoncio Fantova, „El Trucho”16, Związek Zawodowy Pracowników należący do CNT wyrzucił prosto w twarz tym, którzy triumfowali 16 lutego głosami anarchistów, socjalistom i republikanom, że „wykorzystali nędzę ludu jako sztandar, by uzyskać swoje ciepłe posady” i „prosić ich o cierpliwość to największy cynizm”. Ubolewał, że „drobni właściciele ziemscy z Barbastro wciąż mieszkali w wynajmowanych domach, bez warunków sanitarnych, popadłych w ruinę”17. Ogłaszał strajk generalny na następny dzień i groził, że podejmie bardziej stanowcze kroki w duchu solidarności z bezrobotnymi braćmi18.

Większość wywrotowców z Barbastro pochodziła z bardzo biednych dzielnic Entremuro i San Hipólito, zwanej też dzielnicą cygańską.

W Entremuro ktoś śpiewał:

„Bramy z osła i kozy,

Z jednym gajem oliwnym na pół i jakimś

wydzierżawionym sadem”.

W Entremuro mieszkali „La Peiruza”, Angeles Arilla, członkini Młodzieży Libertariańskiej, dziewczyna w spodniach, która podczas strajków za czasów republiki pojawiała się, jadąc na białym koniu i trzymając czarno-czerwoną flagę FAI19; Acacio Mur „El Garzo”, rolnik analfabeta; „El Chato del Entremuro”20, Alejandro Pueyo Monclús; Olivan „El Gato” albo „El Gaté”21; murarz José Peropadre „El Extreudas”22; Melchor Escudero „El Exprusiano”23; Carlos Coscuyuela „El Sampero”24.

Z kolei Florencio Salamero Maza mieszkał na ulicy Mayor, niedaleko domu rodziny Argensola; był żonaty z „La Muda”, swego rodzaju lokalną „La Pasionaria”25, która, kiedy pytano ją o los faszystów, przeciągała dłonią po gardle i śmiała się. „Mówiła: pif-paf, pif-paf, z dłonią wyciągniętą jak ktoś, kto strzela” (N.T. 60). Florencio Salamero nosił na swoich barkach ciężar krwawej zbrodni: w grudniu 1933 roku z powodu niepokojących ruchów powstańczych skrył się razem z innym anarchistą, José Maríą Lópezem „El Marmolistą” w domu rodziny Fantova26, zwanej „Truchos”. Pojawiło się tam kilkoro funkcjonariuszy Straży Obywatelskiej, żeby przeszukać dom. „El Trucho” i Salamero ukryli się w stajni. Kiedy jeden z żandarmów zbliżał się tyłem, Salamero oddał do niego strzał w głowę ze swojego parabellum i funkcjonariusz27 padł martwy. Zatrzymano Salamero i „El Marmolistę”, Leonia Fantovę i jakichś 20 anarchistów28. Znaleziono skład materiałów wybuchowych29 w folusz albo młynie zakonników nad rzeką Vero, który Straż Obywatelska pokazała publicznie. W lutym 1936 roku przy okazji amnestii wyborczej Salamero wyszedł na wolność30.

Do dzielnicy San Hipólito przynależeli: Eugenio Sopena Buil „El Mariñoso”, najbardziej szanowany anarchista z Barbastro, Emilio Lalana31; Mariano Abad „El Enterrador”32, a także Viu, znani jako „ci z domu el Bolo” lub „Los Jabalís”33; „Los Truchos”, Leoncio i Aniceto Fantova (jeden z nich zostanie śmiertelnie rażony prądem); José Campo „El Herrerichón”; „Mójame”, słynny łowca bramek miejscowej drużyny futbolowej, jeden z braci Chinestra, inaczej „tych z la Royeta”34; José Camps; Cons „El Garrilla”, piroman, który za czasów republiki podpalał stodoły, żeby acotolar la ratilla („zabić szczury”) i śpiewał zza więziennego okienka:

„Kiedy Garilla zostanie burmistrzem

a jego przyjaciel radnym,

Nie pozostanie w Brabastro

żadna niespalona stodoła”.

Cons miał tik nerwowy, skakały mu na raz prawa ręka i noga. Kiedy zrobił swoje, ukrywał się w cmentarnych wnękach, aż „burza” przeszła.

Był pewien anarchista, którego nazywano „La Traca”, dlatego że chodził po ulicy ze zgiętym łokciem skierowanym wprzód, celując i krzycząc: „La traca, la traca”35. Był niepełnosprawny i sprzedawał antyklerykalną gazetę (N.T. 62). Tragarz Miguel Subías „El Miguelé” mieszkał na ulicy La Virgeneta36. Jednoręki rewolucjonista „El Chipén” z CNT mieszkał przy zaułku lokalu „Parranda” przy ulicy Saso Saurina.

Braci „Los Truchos” było co najmniej pięciu. Jeden z nich zginął na placyku Esquiladores, rażony prądem przez transformator mostu San Francisco. Z powodu jego śmierci wybuchł bunt lewicowców. Aniceto był najstarszy, a Leoncio najmłodszy. Aniceto był pijakiem. Mówiło się, że w domu Formigales „«Los Truchos» podłożyli ogień w kominie, żeby pobrać pieniądze z ubezpieczenia”. Już przed wojną mieli broń. „Rabowali na dworcu. Mieli sad w Cofita. Ich ojciec został postrzelony, kiedy szli kraść, a że nie chciał iść do lekarza i składać wyjaśnień, rana się nie zagoiła, wdała się gangrena i zmarł” (N.T. 60). Ich siostry to María i Margarita. Podczas rewolucji każda z nich chwyciła za pistolety, „które przerażały”.

Eugenio Sopena poznał dwóch anarchistów pierwszej gwardii: „El Escobero” i Cevero. W 1934 roku Sopena został zatrzymany i spędził sześć miesięcy w więzieniu za naruszenie przepisów stanu wojennego.

Powiązania anarchistów z CNT w Barbastro z Barceloną i Francją były oczywiste. Do Barcelony jeździli i wracali Eugenio Sopena Buil37 z Barbastro; „Los Marro”38 z La Puebla de Castro niedaleko zapory Barasona, gdzie Sopena bywał kilkakrotnie na spotkaniach; Movilla, który wygłosił słynną mowę w Teatro Principal (Teatrze Głównym) w Barbastro na temat „Boga nie ma”... Jeden z braci Chinestra, Francisco, prawdziwy człowiek czynu i barykady, pracował zwykle w Carcassonne we Francji i jak tylko w Katalonii zaczynały się ruchy wywrotowe, przemieszczał się do Barcelony. Chinestra39 był z Barbastro, tak jak Maiano Acín i Coll z rodziny „El Pico”, który zostanie przewodniczącym Komitetu. Chinestra na niedługo przed wybuchem był znów w Barbastro.

Młodzież Libertariańska

Była jedną z najbardziej rozpieszczanych instytucji anarchistów, „szkółką rewolucjonistów”. W Barbastro miała swoją siedzibę przy ulicy Salas. Zapisało się do niej wielu młodych, w tym „Las Peiruzas”, „La Sierreta” – córka rodziców anarchistów; „Las Carrasquetas”, Trini „La Pallaresa”, która później zakocha się w jednym z seminarzystów, „Las Truchas”... Podczas rewolucji będą prosić o pieniądze – „pięć duros”, „za to, że są faszystkami” (N.T. 62).

Żołnierze

Niedaleko od seminarium misjonarzy, na przedmieściach Barbastro przy ulicy Monzón w koszarach szykowano się do powstania pod dowództwem pułkownika José Eduardo Villalba Rubio. Panowało przekonanie, że Villalba, tak samo jak jego wojskowi bracia Ricardo i Alvaro, był prawicowym oficerem, chociaż prawdopodobnie masonem, jak generał Cabanellas z Saragossy, przypisany do UME, sieci wojskowej przygotowywanej do podjęcia środków nadzwyczajnych w razie wybuchu rewolucji w Hiszpanii. Uważano go za osobę pewną swojego buntu i tak też oceniali go konspiranci40.

Podczas spotkania 7 czerwca 1936 roku w budynku Casino de Huesca z generałem Cabanellas, generałem De Benito i pułkownikiem Garcíą Conde, Villalba „wyrażał się w sposób stanowczy, domagając się natychmiastowych decyzji”. Niecierpliwił się tak bardzo, by rozpocząć powstanie, że „generałom z trudem przyszło uspokojenie go”. Wspólnie z podpułkownikiem kawalerii w Saragossie, Urrutią, Villalba objawił się jako jeden spośród dowódców najbardziej nieustępliwie opowiadających się za przyspieszeniem powstania41.

Żeby wojsko i korpus oficerski faktycznie ruszyli, planowano w sekrecie ostateczne powstanie narodowe pod twardym nadzorem Moli, przeniesionego do Pampeluny.

Między 13 a 15 lipca generał Cabanellas był w Barbastro. Naradził się z pułkownikiem Villalbą, z kilkoma oficerami z garnizonu i Felipe Zalamą42, emerytowanym kapitanem43 Straży Obywatelskiej w Barbastro. Spotkali się w gospodzie „Mesón de Enate” przy drodze z Graus, gdzie ustalili, że Brygada Górska z Barbastro wyruszy, kiedy zacznie się powstanie. Grupa mieszkańców Barbastro i pobliskich miejscowości44, składająca ze 116 starannie dobranych i przygotowanych mężczyzn, na czele których pójdzie kapitan Zalama, przejmie władzę nad miastem. José María Claver y Coll „należał – jak oświadczyła jego własna matka – do Rady Powstańczej, żeby szerzyć «sprawę narodową»”45.

Pułkownik Villalba z jeszcze dwoma oficerami pojechał samochodem do Monzón, żeby skontrolować tamtejszy zamek i zbadać teren pod kątem możliwości stawiania oporu i dostarczania dostaw w razie oblężenia, w obliczu możliwego triumfu lewicowców w Barcelonie. To samo zrobił, zdaje się, z klasztorem w El Pueyo, w taki sposób, że zakonnicy o niczym nie wiedzieli.

Jest także pewne, że 15 lipca, w nocy, spotkali się w pensjonacie lub barze „La Peña” pułkownik Villalba, sędzia pierwszej instancji w Barbastro, José María Alfós, kapitan Salvador J. Bonet Tasé46 i trzej inni oficerowie niedawno przydzieleni do garnizonu miejskiego, razem z doktorem Jordánem. Zdecydowano „stawić czoła rewolucji i pozostawać w kontakcie z garnizonem w Huesce”. Faktem jest, że 19 lipca Jordán przedstawił pułkownikowi godnych zaufania falangistów47.

Tajemniczy Charléz

Niejaki Charléz pojawia się raz po raz w dokumentach dotyczących rewolucji w Barbastro. Do niedawna wiedziano o nim bardzo niewiele. „Nie miał ojca ani matki”. Jego matka zmarła podczas porodu, a ojciec niedługo później. Wywieziono go razem z siostrą do Santa Lecina, do domu dziadków od strony ojca. Jego wykształcenie i przyszła kariera bardzo ucierpiały przez sieroctwo.

„Czasem – opowiada świadek – wydawał się pechowcem albo romantykiem, ateistą, który onieśmielał tych, którzy go znali, albo naiwniakiem”. „Przypisywał sobie stopień kapitana, ale był tylko porucznikiem sił powietrznych”, „porucznikiem uzupełniającym” – dokładniej ujmując. „Mówił, że był też technikiem budowlanym, inżynierem, wojskowym”. W opinii niektórych świadków „był nieudacznikiem”. „Przyjechał z Madrytu, wyrzucony z akademii wojskowej, bez grosza przy duszy”. „W 1920 roku walczył w pojedynku na pistolety o kobietę. To było przed zajęciem Al-Husajma przez Diego de Riverę”. Zdaje się, że ostatecznie był porucznikiem uzupełniającym w siłach powietrznych, należącym do koszar i aerodromu „Cuatro Vientos” na przedmieściach Madrytu, w bohaterskiej epoce lotnictwa, kiedy piloci nosili stroje ze skóry, a przyrządy były podstawowe.

Był wraz z siostrą właścicielem domu Formigales przy ulicy del Conde, „tej, która doprowadzała do ulicy misjonarzy i do Saso Saurina”. Jego rodzina w Barbastro należała do najlepszych. Kiedy wrócił z Madrytu, umieścił na parterze lokatorów z Olvena, rodzinę A., którzy zadbali o niego, karmili go, a nawet podgrzewali zimą łóżko piecykiem do podgrzewania pościeli. Niektórzy zapewniali, że Chárlez był „paniczem” i żyjącym na koszt tych sąsiadów w zamian za darmowe mieszkanie. Z kolei jego rodzina myśli wręcz odwrotnie, że wykorzystali go do cna, a nawet udało im się doprowadzić do tego, że sprzedał im Torre de Formigales za 20 tysięcy peset, których nigdy nie zapłacili. Chárlez szczycił się, że był ateistą, i tak naprawdę nie wiadomo było, czy wierzy czy nie w rewolucyjne idee. Innym razem mówił poważnie, z przekonaniem, że „znalazł medalik z Matką Boską, który pomógł mu podczas egzaminu na technika budowlanego w Barcelonie”.

Według niektórych, „ślubu udzielił mu przygłupi ksiądz”, mosén48 Camps w El Pueyo „bez żadnych świadków”. Inni zapewniają, że ślub był tradycyjny, a ksiądz był jego dalekim krewnym. W nocy dużo się uczył i kreślił plany przy ostrym świetle, „które musieli gasić lokatorzy”. Raz odcięli mu wodę za niezapłacone rachunki. Za czasów Republiki był członkiem urzędu miejskiego, później komitetu. Zapewniał, że był „technikiem budowlanym”. On i jego siostra byli bardzo hojni; „sprawy materialne nie miały dla nich żadnego znaczenia; to dlatego zawarł katastrofalną umowę z lokatorami”.

Przyjaźnił się bardzo z pułkownikiem Villalbą, który w wyniku rewolucji przyjął go jako swojego osobistego pomocnika (N.T. 60). „Poznali się w Akademii Wojskowej w Madrycie”. Chárlez nie był podejrzany, bo uchodził za ekstremistę i wolnomyśliciela. Jego rodzina zapewnia, że „musiał wcielić się do koszar, bo był porucznikiem uzupełniającym”. Był powiernikiem Villalby i, jeśli wierzyć niektórym bliskim świadkom, jego tajemniczym konspiratorem w trudnych chwilach.

Antonio de Padua Chárlez Formigales urodził się w 1896 roku w Barbastro. Miał więc 40 lat w czasie rewolucji. Jego ojcem był José Chárlez Laguna, pochodzący z Santa Lecina, a matką Felisa Formigales, z domu Mur; jego babka od strony matki, z domu Mur, pochodziła z La Puebla de Castro.

Prostoduszność

Na tle tych „dwóch spisków”, rozprzestrzeniających się na całą Hiszpanię, na Aragonię, na Barbastro, wyróżnia się prostoduszność listu jednego z klaretyńskich seminarzystów, Augustína Viela, datowanego na 8 lipca 1936 roku, dwa dni po rozpoczęciu „ćwiczeń taktycznych” na arenie walk byków. Opisywał swojej matce rzekomo „uprzywilejowaną” sytuację seminarium w Barbastro.

„Jaki jest powód tak wczesnego przyjazdu do Barbastro? Żeby odciążyć szkołę w Cervera, zbyt liczną i skonfliktowaną z lokalnymi władzami; żeby odbyć szkolenie wojskowe dzięki udogodnieniom dostępnym w Barbastro.

Tutaj ci z Barbastro nie są zbyt śmiali ani odważni. Poza tym, jako że jest tu wojsko i zwierzchnicy są bardzo dobrzy, rewolucjoniści nie odważają się nas niepokoić”.

Masoneria w cieniu

Nie możemy na tym etapie stwierdzić z pewnością, jakie było znaczenie masonerii dla wydarzeń w Barbastro. W 1936 roku istniała w mieście loża trójkąta masońskiego „Fermín Galán”. Jej sekretarzem był Cándido Baselga Paúl z partii Unii Republikańskiej, którego symboliczne i tajne imię brzmiało „Voluntad” (Wola).

To, że masoneria działała w okresie rewolucyjnym i antyreligijnym, chociaż „zawsze z góry i w białych rękawiczkach”49, zdaje się nie być tylko banałem lub obsesją leniwych historyków.

Istnieje dla Barbastro – między innymi – jednoznaczne świadectwo Salvadora Fajarnésa, zatrzymanego w 1936 roku i zobowiązanego do „okresowego stawiania się przed miejscowym komitetem i do świadczenia usług w gminnych jadalniach ustanowionych w szkole pijarów, w zawłaszczonym budynku należącym do misjonarzy i na Rynku”. Po wojnie Fajarnés był deputowanym do spraw śledztwa i informacji.

„Jestem przekonany – mówi – że w Barbastro wszystko było dziełem masonerii. Znalazłem insygnia, dokumenty i kwity. Przechowywałem je przez jakiś czas, ale insygnia zniknęły, a dokumenty spaliły się w Saragossie”50.

„Inne dokumenty masonerii i te pochodzące z Rosji, znalezione w pewniej wieży, spaliłem sam. W tych dokumentach pojawiały się nazwiska mieszkańców Barbastro. Widzę związek między tymi dokumentami i rewolucją, bo należały do przywódców. W niektórych pojawiają się nawet instrukcje”51.

10Confederación Nacional del Trabajo – Krajowa Konfederacja Pracy, hiszpańska anarchosyndykalistyczna centrala związków zawodowych.

11 Por. J. Casanova, Anarquismo y revolución en la sociedad rural aragones 1936-1939, Madryt, Siglo XXI Editores, 1985, str. 26.

12 Własność trzech udziałowców: José María Cáncera Gómeza, Leopoldo Gómeza, Luisa Paúla.

13 „El Escobero”, pochodzący z Katalonii, był importerem idei anarchistycznych i wyzwolicielskich do Barbastro przed dyktaturą Primo de Rivery. Członkami założycielami byli Pedro Subías, Luis Rodríguez, Santiago Carrera, Alejandro i Leopoldo Castán, Emilio Lana, Satué Beltrán i Cavero (A. Abarca, Historia del Movimiento obrero en Barbastro, [w:] „Zimbel”, czerwiec 1983, str. 16).

14 Od nazwiska Manuela Azaña, prezydenta Drugiej Republiki Hiszpańskiej.

15 Gabriel Campo Villegas CMF, Entervista con Eugenio Sopena, 26 grudnia 1986 roku, w Chevry-Cossigny (Paryż); Archiwum Wicepostulacji, EM.

16 Bracia „Trucho”. Najstarszy miał fryzurę na „modę paryską”. Umiał przemawiać. Podczas aktu politycznego w amfiteatrze w Barbastro atmosfera była wątła. Przyszedł „El Trucho”, wygłosił swoją mowę i wszystko się ożywiło (N.T. 58). Został śmiertelnie porażony prądem na ulicy w wypadku, w którym zginęła również kobieta.

17 Wiemy, że w takich warunkach mieszkał E. Sopena, na ulicy San Hipólito.

18 Archiwum Urzędu Miejskiego w Barbastro.

19 FAI (Federación Anarquista Ibérica) – Iberyjska Federacja Anarchistyczna (przyp. red.). „Peiruzas” były siostrami: jedna brunetka, druga miała jaśniejsze włosy. Angela była starsza. Ich ojciec, Toribio Arilla Peiruza, został pod koniec wojny zastrzelony przez nacjonalistów. „Nie umiał się obronić”. „La Peiruza” pracowała w domu Sanchony, wdowy po Florenciu Pallasie (A. Abarca, „Zimbel”, listopad, nr 19, 1983). Sprzedawała na ulicach Barbastro czasopismo „Solidaridad Obrera” („Solidarność Robotnicza”), w czasie rewolucji wzięła ślub cywilny (Dokument „Z”). Uciekła jako pielęgniarka do Barcelony, a następnie do Francji. Wróciła do Barbastro w czasach demokracji (Świadectwo F.A.B., 17 lutego 1990 roku, Archiwum Wicepostulacji, N.T. 24). Zmarła w 2004 roku w Tuluzie. W jej nekrologu było napisane: „Cecilia Arilla”, a w gazecie: „La doyenne des émigrants espagnols”. Clara, matka „La Peiruzy”, też została rozstrzelana po wojnie. Jeden z braci „La Peiruzy”, Bernando, pracował w „La Flor de Aragón” i mieszka w Barbastro (Świadectwo A.T.A., 27 stycznia 1991 roku).

20 „El Chato del Entremuro”. Alejandro Pueyo Monclús urodził się na ulicy Los Hornos, a później mieszkał na ulicy Monjas, w pokoju należącym do „Cantiny”, który wynajął im Juan Bailarín z urzędu miejskiego. Jego żona pochodziła z Jaca. „El Garzo” był „jednym z katów”. „Zajmował się rozstrzeliwaniem”. Chodził ze strzelbą i espadrylami ubrudzonymi krwią... Sam się przechwalał: „Spójrz, to jest krew Iksińskiego...”. Utworzył kolektyw (la Coli – od colectividad) z ziemiami i mułami (Archiwum Wicepostulacji).

21 Rolnik, członek CNT. Mieszkał na ulicy San Miguel, w dzielnicy Entremuro (Archiwum Wicepostulacji). W 1936 roku jego syn był służącym w kuchni w klasztorze Pijarów. Oliván z CNT szedł na czele anarchistycznej manifestacji 23 lipca 1933 roku.

22 Członek CNT. Mieszkał na ulicy de Salas, obok domu Artiga. Utworzył kolektyw budowlany wspólnie z Latorre, „El Mandau”, mieszkającym w Entremuro, członkiem CNT i Ignacio Tornil Soro, „El Botijo” (Archiwum Wicepostulacji). Peropadre był później członkiem jednego z trybunałów ludowych.

23 Członek CNT wchodził w skład komitetu. Pochodził z Barbastro, ale mieszkał w Barcelonie. W czasie rewolucji wrócił do Barbastro.

24 Członek CNT, również z Entremuro, wchodził w skład komitetu. „Ożenił się z jedną z Burceat, krewny Cosalbis, z rodziny „Carbón”. Nosił brodę. Był w oddziale śledczym. Mieszkał w domu Juseu, pod lokalem „La isla de Cuba” (N.T. 60). „Był z tych groźnych”. „Ogłupiały i zakłamany”. Jeden z mieszkańców Entremuro miał dwie strzelby, jedną kalibru 12 z ukrytym spustem i plecionym paskiem. Przyniósł je do komitetu. I jako że nie mieli pewności, czy właściciel był faszystą czy nie, zarekwirowali obie. „Oddam ci je” – powiedział mu Coscuyuela. Pewnego dnia zobaczyli, jak „El Sampero” wracał z polowania i niósł nową strzelbę skonfiskowaną jego sąsiadowi. Jeden z jego synów ożenił się z Maríą Luisą Ferrando, córką S. Ferranda Codiny, i jest dzisiaj – w 2005 roku – jednym z właścicieli salonu Citroëna w Barbastro.

25 „La Pasionaria” to pseudonim Dolores Ibárruri Gómez, hiszpańskiej polityk baskijskiego pochodzenia, współzałożycielki, długoletniej pierwszej sekretarz, a następnie przewodniczącej Komunistycznej Partii Hiszpanii.

26 Przy ulicy San Hipólito 12. Dziś w tym miejscu mieści się zakład fryzjerski.

27 Był to Adolfo Pérez Salcedo. Miał 36 lat. Był trębaczem Straży Obywatelskiej. Zostawił żonę i dzieci, a tygodnik „El Cruzado Aragonés” zorganizował publiczną subskrypcję, by ich wesprzeć. Zdaje się, że zginął także Alejandro Castán z CNT, a José Trallero został ranny.

28 Aresztował ich kapitan Straży Obywatelskiej Frago. „Zabili wcześniej znajdującego się w stajni muła należącego do Trucho. Spójrz, cóż zawinił ten biedny zwierz!”.

29 Zob. Tygodnik „El Cruzado Aragonés Semanario Católico del Alto-Aragón”, Barbastro, nr 1596, 16 grudnia 1933 roku i czasopismo „Zimbel” z listopada 1983 roku. Kiedy granaty autorstwa Abarca: „Zdecydowaliśmy – mówi E.L. – wyprodukować kilka granatów... Wybrano opuszczony młyn niedaleko Batán, gdzie chodziliśmy od zmierzchu do drugiej, trzeciej nad ranem. Nie każdej nocy, bo trzeba było wcześnie wstawać do pracy. Mnie to miejsce nigdy nie wydawało się bezpieczne, bo krzątaliśmy się przy świetle lampki oliwnej i światło w tej okolicy musiało wzbudzić podejrzenia. Granaty robiliśmy z żelaznych tub kradzionych z miejscowych zakładów... Napełnialiśmy je chloranem, cukrem i śrubkami, nie pamiętam, czy dodawaliśmy proch, i zakrywaliśmy je kołowymi płaskownikami, połączonymi gwintowanym sworzniem. Tłok, lont i ewentualnie proch kupowaliśmy poza Barbastro albo tutaj, ale przez ludzi z zewnątrz... Ten, kto w tym przypadku poszedł kupić tłok, był z Costean; nazywał się Mariano Santaliestra i przed wojną został policjantem. W sumie wyprodukowaliśmy około 30 granatów”.

30 Kilku świadków twierdzi, że strzały oddał José María López „El Marmolista”, który miał swój warsztat przy deptaku Coso. Sąd wojskowy 29 czerwca 1934 roku skazał Trallero na śmierć, a Salamero wymierzył karę 20 lat i jednego dnia.

31 Emilio Lalana zmarł w Barbastro w 1990 roku na ulicy Monzón.

32 Mariano Abad „El Enterrador” został zatrzymany w lipcu 1933 roku o pólnocy, kiedy przyklejał wyborcze afisze na rogu kawiarni „Paris” (A. Abarca, „Zimel”, czerwiec 1983, str. 12). On i „El Marmolista” byli spoza Barbastro. Mariano Abad „mieszkał w domu «El Churrero» na ulicy Conde, w tym samym budynku co rodzina „Palleres”. Abad mieszkał na pierwszym piętrze, „Palleres” na drugim (N.T. 60).

33 José M. Viu był przed wojną radnym. Dobrze rysował. Andrés Castán wspomina, że pomalował sale prymitywnej spółki handlowej „La Dalia” przy ulicy Monzón 4 w Barbastro.

34 Mieszkał przy ulicy La Corte, niedaleko misjonarzy.

35La traca – sznur petard lub sztucznych ogni.

36 El Miguelé „był tragarzem, ożenił się. Był wujem Abadíów z ulicy Monzón. W czasie rewolucji kierował ministerstwem do spraw zaopatrzenia. Mieszkał w domu rodziny Palá. Zajęli restaurację «La Inmaculada» Estaúna” (N.T. 60). „Miał duży autorytet, tak jak Eugenio Sopena albo nawet większy. Uratował jednego z krewnych A.T.” (Świadectwo A.T.A. z 27 stycznia 1991 roku). „Zmarł osiem dni przed zakończeniem wojny – ze strachu”. Wdowa po nim i dwie córki miały gospodę „La Catsellana” na rogu ulicy La Virgeneta.

37 Eugenio Sopena urodził się w 1907 roku. Rodzeństwa było dziewięcioro, przeżyła tylko trójka. „Jego matka była mała, chuda, z twarzą pokrytą śladami po ospie”. „La mariñosa” była już dorosła, spała na ławce w kuchni «Torre Fornigal»”. Dwie z jej sióstr wyjechały pracować do Barcelony. Jedna zmarła w wieku 20 lat. Inna miała syna w Tarbes (Francja). Sopena mieszkał na ulicy Saso Saurina 44, obok misjonarzy. Ożenił się z Franciscą Gil pochodzącą z gminy Peralta de Alcofea, która mieszkała przy ulicy Monzón. Obydwoje mieszkają w Chevry-Cossigny we Francji, na południowy wschód od Paryża. „Sopena nosił czarną, skórzaną kurtkę” (N.T. 60).

38 Antonio i José Marro Doz.

39 Było trzech braci Chinestra, „ci z la Royeta”, zawodowi myśliwi. Mieszkali przy ulicy la Corte w dzielnicy San Hipólito. Paco Chinestra był listonoszem, „bardzo lubianym republikaninem”. „Był wysoki, z wąsem, odważny. Kiedy leżąc ranny w szpitalu, dowiedział się, że szykowano się do ataku na Hueskę, wstał i ruszył na front; dowodził stuosobowym oddziałem. Doktor Mur, któremu Chinestra uratował życie, próbował po wojnie pomóc mu w sądzie. Odmówił. 26 lutego 1941 roku Chinestra i dwóch innych skazanych na śmierć, Arcas i Tornos, składają odwołanie do kapitana generalnego Saragossy. 17 marca 1942 roku o godzinie szóstej rano został rozstrzelany w Barbastro”.

40Crónica ele la Guerra Española, wyd. Nueva York, tom 3, Buenos Aires 1986, str. 244.

41 Por. Guillermo Cabanellas, La guerra de los mil días, nr 1, wyd. Ballesta, str. 454.

42 Jego córka Conchita Zalama mieszkała w Huesce.

43Causa General Informativa, Madryt, teczka Huesca (zaszeregowanie Zalamy nie jest jasne. Według P. Quibis jest porucznikiem). Julián Martí, ten ze sklepu obuwniczego przy Plaza del Mercado, zapewnia, że 23 czerwca widział Cabanellas z jego białą brodą, jak siedział przy stoliku w hotelu „San Ramón”. Mówili: „Spójrz, to generał”. Alfredo Abadía Mur, kelner z restauracji „el Molendor” hotelu „Villa Irene” przy drodze z Hueski, później pracujący w „La Floresta”, wspomina, że w hotelu mieszkało sporo oficerów i że kiedy Cabanellas przyjechał do Barbastro, Villalba był w Monzón. „I pojechali po niego taksówką Luisa Mur”. Właścicielem hotelu „Villa Irene” był Julián Lacau, krewny „zbrojeniowca”.

44 Jorge Sichar Claver z Estadilla, między innymi, „dał słowo żołnierzom i Straży Obywatelskiej z Barbastro” (Por. Carmen Sichar Claver, Crónica familiar de tres mártires de Cristo, wyd. Arca de la Alianza Cultural S.A., Madryt 1986, str. 65).

45 Claver y Coll był adwokatem, należał do Akcji Ludowej i do CEDA (Confederación Española de DerechasAutónomas – Hiszpańska Konfederacja Prawicy Autonomicznej).

46 Salvador José Bonet Tasé przewodził drugiemu pułkowi piechoty, której dowództwo znajdowało się na początku ulicy Salas. Był bardzo atrakcyjnym kawalerem; nazywano go: „cholera, jakiż jestem przystojny” (jego przydomek pochodził od tytułu komedii Carlosa Arnichesa). „Zarabiał – te dane są wątpliwe – 312 peset na miesiąc w 1935 roku Miał jeden order i inne zasługi” (Świadectwo R.C., 1 stycznia 1990 roku, Archiwum Wicepostulacji, N.T. 11). „Lubił pić schłodzone wino, kiedy zatrzymywał się w hotelu «Villa Irene». Miał swój własny apartament” (Świadectwo Aflredo Abadías Mur, 16 czerwca 1990 roku).

47 Francisco Jordán Ibarz, odontolog, sympatyzował z falangą i był jednym z jej liderów podczas powstania. Mieszkał przy ulicy Monzón 2. Wdowa po nim, Petra Abizanda, mieszka w Barbastro z córką dentystką. Jordán i Salvador Fajarnés mieli później dostęp do wielu dokumentów. Claver y Coll rozmawiał tez z Villalbą (Świadectwo D. José Paniello Chárlez, prezbitera w Reus w Tarragonie, Archiwum Wicepostulacji, N.T. 25). Jego rodzice byli z Estiche de Cinca (Huesca). Ojciec – kolejarz. Zdaje się, że 18 lipca Luis Lacau, ten z arsenału, i José María Puente też poszli porozmawiać z Villalbą (Świadectwo R.C.).

48 Tytuł nadawany duchownym w dawnym Królestwie Aragonii.

49Causa General, C-14092. W skład grupy masonów z Barbastro wchodzili: Baselga, adwokaci Elias Campo i Angel Puyuelo, kapitan Gancendo. Ich listę znaleziono w archiwum katedry. Zdaje się, że tajemniczy Antonio Chárlez Formigales też był masonem (N.T. 59).

50 Antonio Montero Moruno, La Persecución Religiosa en España1936-1939, wyd. Editorial Católica, Madryt 1961, str. 40.

51 Dokument „O”, str.8-10, Archiwum Wicepostulacji, PO. Francisco Jordán dostarczył po wojnie całą dokumentację dowódcy wojskowemu Barbastro. Musiał dogłębnie zbadać ten wątek w Archiwum Dokumentów. Leg. 760-A-Exp. 4 i Exp. 7 (Por. José Antonio Ferrer Benimeli, La Masonería en Aragón, III, wyd. Librería General, Saragossa 1979).

Są w Barbastro tacy, którzy twierdzą, że Fajarnés nie jest zbyt dokładny w swoim sprawozdaniu.