Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy - Białkowska Monika - ebook + audiobook + książka

Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy ebook i audiobook

Białkowska Monika

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Każdego dnia słyszałam, że jestem pomyłką natury, że się nie powinnam urodzić, że jestem śmieciem. Tylko jeśli będę mu posłuszna, mogę mieć nadzieję, że trafię do nieba. To wszystko nazywał moją formacją.

***

Zaczyna się niewinnie. Wydaje ci się, że znalazłeś bezpieczną przystań, wspierającą wspólnotę, księdza, który cię rozumie. Wreszcie angażujesz się w coś sensownego. Ktoś zna odpowiedź na twoje pytania.

Stopniowo coraz więcej czasu poświęcasz życiu religijnemu. Odcinasz inne relacje i formy zaangażowania. Nie zauważasz, kiedy charyzmatyczny lider przejmuje kontrolę nad twoim życiem. Nagle orientujesz się, że straciłeś życie prywatne, poczucie własnej wartości, czas, pieniądze. Żyjesz w ciągłym lęku. Nie wolno ci mieć wątpliwości. Słyszysz tylko: to dla Jezusa. Bóg tego chce.

Przemoc duchowa sieje ogromne spustoszenie. Skrzywiony obraz Boga, patologiczne poczucie winy, utrata powołania, depresja – to tylko niektóre z możliwych konsekwencji. Dotknięte nimi osoby nie wiedzą, gdzie szukać pomocy. Monika Białkowska – teolożka, dziennikarka – dociera do ich wstrząsających historii.

***

Ks. Krzysztof uznał, że w moim przypadku leczenie psychiatryczne depresji absolutnie odpada. (…) Za to nieustannie dokładałem sobie praktyk religijnych. Chodziłem coraz częściej do spowiedzi. Byłem przekonany, że więcej modlitwy mi pomoże. Jeśli nie pomaga, to znaczy, że muszę modlić się jeszcze więcej, bo wchodzimy na kolejne poziomy rozwoju duchowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 291

Data ważności licencji: 6/17/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 42 min

Lektor: Magdalena KrylikBartek Wejman

Data ważności licencji: 6/17/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki Paulina Piorun

Zdjęcie na okładce Vitaliy Shevchenko / Unsplash.com

Redaktorka inicjująca Katarzyna Węglarczyk

Redaktorka prowadząca Marta Brzezińska-Waleszczyk

Promocja Kinga Wojnicka

Korekta Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Monika Białkowska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-293-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Zanim ocenisz

Najpierw przestała ufać sobie. Potem również Bogu.

Jaki to Bóg, w którego imię można robić takie rzeczy?

Mówi: „Gdyby przynajmniej mnie zgwałcił”.

„Gdyby przynajmniej mnie zgwałcił”. Miałaby dokąd złożyć skargę.

„Gdyby przynajmniej mnie zgwałcił”. Byłyby na to procedury, paragrafy i kanony.

„Gdyby przynajmniej mnie zgwałcił”. Mogłaby prosić o poświadczenie psychologa i o obdukcję.

„Gdyby przynajmniej mnie zgwałcił”. Zostawiłby ślad inny niż tylko w duszy.

W zasadzie jedyny ślad, jaki zostaje, to zniszczony człowiek i zniszczona relacja z Bogiem.

Kto jednak w dzisiejszym świecie przejmuje się, że kolejna osoba przestała wierzyć w Boga?

Nie wymyśliłam tego zdania. Byłoby zbyt okrutne wymyślić coś takiego. Kobiety, która powiedziała mi te słowa, nie ma wśród bohaterek tej książki. Mimo wielu lat nie miała siły, żeby ponownie się z tą sprawą konfrontować. Jej słowa zostały w mojej pamięci jak wyrzut sumienia wobec nas, wobec całego Kościoła.

Przemoc duchowa jest realna. Może nas spotkać nie tylko w dużych, zorganizowanych wspólnotach pod przewodem charyzmatycznego guru. Może się czaić w zwyczajnym duszpasterstwie, w konfesjonale, w relacji, która sprawia wrażenie towarzyskiej. Nie, nie musi nas spotkać. I na szczęście nie jest tak, że każdy ksiądz czy każdy lider będzie próbował przejąć nad nami władzę. Zdecydowana większość zapewne próbować nie będzie. Dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy jednak koniecznie mieć wiedzę i narzędzia, żeby się obronić przed duchową przemocą. W razie zagrożenia cena, jaką ponosimy, jest bowiem zbyt wysoka, żeby ryzykować.

Podczas spotkania z bohaterami tej książki pierwszym pytaniem, jakie padnie, będzie zapewne: „Jak to możliwe, że na to pozwolili?”. Pojawi się zapewne również pokusa oceny bohaterów, zasugerowania im „prawidłowej” reakcji, może nawet twardego osądu, który słyszeli już w życiu niejeden raz, z wielu stron. Że przecież byli dorośli. Że się na to zgadzali.

To nie jest jednak książka o ludziach słabych, naiwnych ani łatwowiernych. To opowieść o ludziach głęboko wierzących, którzy Boga potraktowali poważnie i gotowi byli do największych poświęceń dla Niego i w Jego imię. To nie naiwność ich zgubiła. To ich bohaterstwo i determinacja zostały wykorzystane.

Nie jest to również książka przeciwko Kościołowi. Żyję w Kościele katolickim i jestem jego częścią jako kobieta ochrzczona, wierząca i wyznająca swoją wiarę. Jestem jego częścią również jako teolog. Nie występuję przeciwko Kościołowi. Występuję przeciwko tym, którzy wewnątrz Kościoła i w imię Jezusa Chrystusa, zamiast głosić Ewangelię, głoszą tylko samych siebie. Występuję przeciwko tym, którzy wbrew powołaniu, by prowadzić ludzi do wolności w Jezusie, czynią ich swoimi niewolnikami. Uważam to za jeden z cięższych grzechów, wołających o pomstę do nieba, gdy ktoś z imieniem Boga na ustach krzywdzi człowieka – pozwalając mu uwierzyć, że krzywdzi go Bóg. Bóg, którego spotkałam w Kościele, jest miłością, a miłość nikogo nie chce trzymać w niewoli i upodleniu. Głęboko wierzę, że Bóg, którego spotkałam, stoi po stronie skrzywdzonych. Stoi przy nich również wtedy, gdy doznawszy krzywdy, nie są już w stanie w Niego wierzyć.

Książka ta jest głośnym wołaniem do Kościoła, żeby zauważył i tę przestrzeń zła, które się w nim zdarza. Żeby zaczął widzieć i tych skrzywdzonych. Żeby skrzywdzeni duchowo mieli do kogo iść ze swoim bólem i nie biczowali się odkryciem, że ich krzywda była „zbyt niewielka” – bo oprawca nie dotknął ich ciała.

Przemoc duchową i duchowe manipulacje łatwo jest przeoczyć. Wielu osobom opowieści moich bohaterów mogą się wydać mało spektakularne. Wielu, zwłaszcza tych żyjących na co dzień w kościelnych wspólnotach, może mieć pokusę wzruszenia ramionami i westchnięcia: co w tym nadzwyczajnego? Przecież tak jest. Przecież tak się zdarza codziennie. Przecież tacy właśnie są ludzie, są księża.

Proszę tylko o jedno: poczytajcie te historie cierpliwie. Zbierzcie je w jedno. A potem razem przejdziemy przez nie jeszcze raz, wskazując poszczególne elementy. Wtedy być może doświadczycie, że wcale nie powinno się to zdarzać codziennie. Wtedy być może doświadczycie, że i Wy w tym, co dotąd wydawało się jeszcze normalne, powinniście powiedzieć „stop”. Dzięki temu być może uchronicie swoje życie i swoje serce przed rozpadem.

Błagałam, żeby ktoś mi pomógł

Edyta1

Ostatnią rzeczą, o którą mnie oskarżono, było to, że zmarł tata księdza. Wiem, jak to brzmi. Podobno Jezus mnie tak nie znosi, tak nienawidzi, tak skupił się na mnie, żebym ja cierpiała, żebym ja czuła ból – że nie miał czasu uratować ojca księdza.

Od ponad dwudziestu lat mieszkam poza Polską. Od zawsze byłam osobą wierzącą, ale nie zawsze praktykującą. Dopiero tutaj, w obcym kraju, zaczęłam chodzić do kościoła bardziej świadomie. Przy parafii, do której wówczas uczęszczałam, była wspólnota charyzmatyczna Odnowy w Duchu Świętym, a w niej ludzie, których poznałam jeszcze w Polsce. W zasadzie do pójścia na pierwsze spotkanie namówiła mnie koleżanka. Grupa ta była w jakiś sposób związana z księdzem Włodzimierzem Cyranem i częstochowską wspólnotą Mamre2, dość luźno, ale utrzymywała te relacje. Spotkałam tam, jak się wydawało, fajnych ludzi. Zawsze czuwał przy nas ksiądz. Świeccy liderzy starali się, jak mogli.

Jak w każdej wspólnocie zdarzały się jakieś nieporozumienia, niedopowiedzenia. Największym problemem były jednak niespodziewane modlitwy o uzdrowienie, które każdy mógł rozpoczynać i prowadzić, kiedy tylko uznał to za stosowne. Bez rozeznania, bez pytania. Ludzie reagowali w czasie tych modlitw dziwnie, bardzo emocjonalnie. Studiowałam wtedy psychologię i nie podobało mi się to, co widziałam. Moja koleżanka ze studiów również była zaniepokojona. Próbowałyśmy rozmawiać o tym z naszymi świeckimi liderami, ale oni nie widzieli problemu.

Któregoś razu poproszono mnie, żebym została animatorką. Chodziło o przygotowanie modlitw uwielbienia, dziękczynienia i prośby – raz na tydzień czy dwa trzeba było stworzyć jedynie prosty zarys, bo modlitwy i tak były głównie spontaniczne. Moim głównym zadaniem było trzymać się schematu i pilnować, żeby w trakcie dzielenia się słowem ktoś nie mówił za długo, żeby innym nie zabrakło czasu. Kiedy jednak zostałam tą animatorką, ludzie zaczęli mi się zwierzać ze swoich problemów. Świeccy liderzy, widząc to, poprosili mnie, żebym im powtarzała to, co usłyszę. To miało rzekomo pomóc im prowadzić całą grupę. Absolutnie się na to nie zgodziłam. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z problemem, obdarza mnie zaufaniem, nie ma takiej możliwości, żebym powtórzyła komuś jego słowa. Zresztą ci ludzie potrzebowali po prostu się wygadać, bo czuli się pominięci, niewysłuchani. Niczego więcej nie oczekiwali.

Właśnie z tymi ludźmi zaczęliśmy w pewnym momencie modlić się o nową wspólnotę, taką, w której będziemy się czuć bezpieczni. I wtedy do parafii przyszedł nowy ksiądz. Poszłyśmy go zapytać, jak powinna wyglądać zdrowa wspólnota i czy właśnie tak jak ta, którą zdążyłyśmy poznać. Ksiądz Adam był młody. Przyjrzał się wszystkiemu, a potem zaczął powoli regulować to, co było nieprawidłowe. Świeccy liderzy, niezwykle dumni ze swojego dzieła, oczywiście nie byli zadowoleni. Grupa się podzieliła. Mnie liderzy wezwali na dywanik, żebym im się wytłumaczyła z „knucia z księdzem przeciwko wspólnocie”. Ksiądz Adam nie pomógł nam jednak w budowaniu nowej wspólnoty, nadal modliliśmy się więc o jej powstanie. Było nas dwanaścioro, śmialiśmy się, że trochę jak dwunastu apostołów.

Po roku na miejsce księdza Adama przyszedł ksiądz Jan. Poprosiliśmy go, żeby nam pomógł. Przez pół roku spotykaliśmy się regularnie, w zasadzie tylko modląc się o nową wspólnotę. Niestety ta dawna nie dała nam spokoju. Świeccy liderzy mocno się na nas obrazili, że ośmieliliśmy się odejść. Dostawaliśmy nieprzyjemne SMS-y z zapowiedziami, że gdy się pojawimy w kościele, zostaniemy z niego wyrzuceni. Przeczytałam nawet, że zostanę z kościoła „wywleczona za kłaki”. Ignorowaliśmy to. Mąż jednej z koleżanek zagroził, że jeśli takie wiadomości się powtórzą, zgłosi to na policję.

Nadal zależało nam na życiu wspólnotowym. Szukaliśmy swojej tożsamości. Nie mogliśmy dołączyć do Mamre, bo byliśmy za daleko. Po pół roku zapadła decyzja, że dwanaście osób to za mało i jeśli nasza nowa wspólnota ma być silna i stabilna, musi być otwarta na nowe osoby. Ludzie rzeczywiście zaczęli przychodzić – i z dawnej wspólnoty, i z parafii. Spotykaliśmy się ze dwa razy w miesiącu na mszy świętej i rozmowach o katechizmie. Spotkania z reguły prowadził ksiądz. Świeccy też się przygotowywali. Jednocześnie odbywały się też spotkania dla dzieci i ja zajmowałam się właśnie nimi.

Niestety księdza Jana biskup wezwał do Polski i znów zostaliśmy bez duszpasterza. Ja w tym czasie wyjechałam do pracy do jeszcze innego kraju. Spędziłam tam kilka miesięcy. Kiedy mnie nie było, wspólnota znalazła swojego opiekuna, zakonnika.

Pierwsze problemy zaczęły się właśnie wtedy, kiedy wspólnota zaczęła się rozrastać. Nie wiem nawet, co było tego przyczyną. Czy ja czegoś nie widziałam? Czy nie chciałam widzieć?

Najpierw dziwiło mnie, że choć nie było mnie wtedy na miejscu, przez kilka miesięcy byłam w ogóle poza Unią Europejską, nowy ojciec koniecznie chciał mieć do mnie numer telefonu.

Kiedy wróciłam, grupa przyjęła już nową formułę, luźno nawiązującą do Mamre. Problem w tym, że najważniejsze miały być w niej rodziny, a ja nie mam własnej rodziny. W zasadzie miała je tylko połowa z tych, którzy pragnęli założenia tej nowej wspólnoty, więc poczuliśmy się tam trochę „na doczepkę”. Ale dobrze, ma być przymierze rodzin, niech będzie przymierze rodzin.

Wspólnota od początku i z założenia miała być patriarchalna. Tylko mężczyźni mieli być w jej radzie. Powołano różne diakonie, ale na ich czele też mieli stać mężczyźni. Tylko diakonia miłosierdzia została dla kobiet, a i to wyłącznie dlatego, że żaden mężczyzna nie chciał jej objąć. To znów wydawało się dziwne, ale okej – skoro modliliśmy się o wspólnotę, to ją przyjmijmy. Trzeba teraz być posłusznym.

Posłuszeństwo stało się hasłem przewodnim. O tym słyszeliśmy od ojca nieustannie. Musiało się ono przejawiać w najdrobniejszych rzeczach, czasem absurdalnych.

Na spotkania formacyjne ludzie przychodzili zwykle w ostatniej chwili. Stałam przed salą i czekałam tylko na ojca, żeby go wpuścić do środka. Wchodził tuż przede mną i zamykał mi drzwi przed nosem, a potem wygłaszał mi publiczne kazanie o tym, dlaczego nie wolno się spóźniać. Robił to, choć doskonale wiedział, że czekałam na niego i puszczałam go przodem.

To się zaczynało od takich właśnie drobnych rzeczy, drobnych upokorzeń, których można nie zauważyć, ale przyczyniały się do toksycznej atmosfery.

Mieszkałam niedaleko kościoła. Byłam odpowiedzialna za wyświetlanie w kościele tekstów piosenek, żeby każdy mógł włączyć się w śpiewanie. Technika nie była jeszcze tak zaawansowana jak dziś. Trzeba było ręcznie wpisać teksty, zabrać za każdym razem komputer oraz rzutnik. To wszystko było moim zadaniem. Kiedy trzeba było kupić rzutnik, to chociaż najlepiej się na tym znałam i miałam się tym zajmować, nikt nie zapytał mnie o zdanie.

Przygotowałam dla wspólnoty śpiewnik. Było przy tym sporo pracy, bo musiałam zebrać teksty, sformatować je, wpisać akordy na gitarę, wszystko tak, żeby dało się to jednocześnie łatwo wyświetlać. Pomagał mi kolega z innej wspólnoty. Kiedy skończyliśmy, zapytał, czy nie mogę się tym śpiewnikiem podzielić, żeby jego wspólnota również mogła z niego korzystać. Nie widziałam w tym żadnego problemu, było dla mnie oczywiste, że tak, ale głupia, postanowiłam na wszelki wypadek zapytać. Niespodziewanie wybuchła awantura. Usłyszałam, że nie ma mowy, że jeśli tamci chcą, to niech sobie sami śpiewnik przygotują. I nie dałam przyjacielowi tego śpiewnika, bo przecież byłam nauczona, że trzeba być posłusznym. A wystarczyło tylko przekazać jeden plik, który miałam w swoim komputerze… Dobrze, że naprawdę okazał się przyjacielem i się na mnie nie obraził.

Wspólnota była podzielona na mniejsze grupy, a ja zostałam animatorką grupki, w której były same samotne kobiety. Spotykałyśmy się raz w miesiącu w swoich domach, żeby rozważać Ewangelię. Ksiądz wysyłał nam wcześniej konspekt z tematami rozmów opracowany przez wspólnotę Mamre i miałyśmy się tego trzymać, nie wolno nam było rozmawiać w inny sposób. Któregoś razu ojciec zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że prowadzę tę grupę źle, chociaż ani razu nie był na naszym spotkaniu. Zapraszałam go, żeby przyszedł posłuchać, ale nigdy z tego zaproszenia nie skorzystał. Nie chciał. Powtarzał, że on wie, iż robię to źle.

Jeszcze poważniej zrobiło się, kiedy zachorowałam i nie miałam już sił, żeby służyć we wspólnocie tak intensywnie jak wcześniej. Przed chorobą byłam do dyspozycji zawsze, kiedy tylko pojawiała się jakaś potrzeba. Trzeba coś zrobić w diakonii dziecięcej? Byłam. W diakonii muzycznej? Byłam. Coś przygotować w miejscu spotkań, otworzyć, zamknąć, przynieść czajnik, posprzątać? Mieszkałam najbliżej, więc byłam. Kiedy zachorowałam, nie dawałam już rady.

Najprostsza rzecz: ten nieszczęsny rzutnik. Był ciężki. Woziłam go ze sobą na spotkania w różnych miejscach, czasem nawet dwadzieścia albo trzydzieści kilometrów. Prosiłam, żeby ktoś go wziął, bo nie mogłam go już ciągle nosić. Miałam poważne problemy z kręgosłupem, który doskwierał mi tak, że aż płakałam z bólu. Dzwoniłam do każdego po kolei. Dzwoniłam do księdza, ale on mówił, że już pojechał, już jest na miejscu. Do sąsiadów. Do kogoś, kto może będzie koło mnie przejeżdżał. Błagałam, żeby ktoś mnie zabrał z tym rzutnikiem. Ostatecznie musiałam dotrzeć sama na miejsce. I pierwsze, co usłyszałam, to burę za to, jak śmiałam się spóźnić. Nie było ważne, ile razy wcześniej słyszałam zapewnienia, że mam się nie martwić, jak będę potrzebować pomocy, to zawsze przy mnie będą.

Moje problemy z kręgosłupem się pogłębiały. W tym samym czasie w pracy zaczęłam doświadczać mobbingu, bo szefostwu zależało, żeby jak najwięcej osób odeszło z własnej woli. Wszystko zawaliło mi się w jednym momencie. Nie miałam wolnych weekendów. Wciąż próbowałam dać sobie radę sama, być animatorką, przygotowywać spotkania, rozwiązać konflikty. We wspólnocie w tym czasie zaczęto coraz głośniej powtarzać proroctwa księdza Cyrana, że mamy wszyscy natychmiast wracać do Polski, bo będzie wojna i kryzys. Parę osób rzeczywiście spakowało manatki i wróciło, zupełnie się nad tym nie zastanawiając, niektóre nawet z dziećmi. Jakoś sobie tłumaczyłam to proroctwo, że może niektórzy mają wrócić, ale wiedziałam, że ja mam zostać tutaj i świadczyć. I tu dochodzimy do kluczowego dla mnie momentu.

To się wydarzyło tuż po pogrzebie mojej babci. Pogrzeb odbywał się w Polsce w czwartek, w piątek miałam już lot powrotny, bo pracowałam. W ten sam piątek zaczynał się weekendowy wyjazd formacyjny. Ze względu na sytuację dostałam specjalne pozwolenie (bo na takie rzeczy oczywiście trzeba było mieć pozwolenie!), że mogę na tę formację dotrzeć w sobotę i wyjechać z niej nieco wcześniej. Druga koleżanka również dostała pozwolenie na wcześniejszy wyjazd, żeby zdążyła dojechać w niedzielę do domu, jako że mieszkała bardzo daleko. Trzecia miała w domu chore dziecko. W sumie były nas cztery dziewczyny z takim pozwoleniem.

Pojechałyśmy w sobotę jednym samochodem. Formacja odbywała się w lesie, w którym absolutnie wszystko trzeba było przygotować, jak na obozie przetrwania. Nie było nawet zasięgu, żeby dało się dokądkolwiek zadzwonić. Wszystko przebiegło tak jak zwykle, tyle że to właśnie my cztery zwykle zostawałyśmy, żeby po wszystkich posprzątać. Czekałyśmy, aż inni wyjadą, robiłyśmy porządek i zabierałyśmy do swojego samochodu worki ze śmieciami. A tu nagle się okazało, że chcemy wyjechać wcześniej. Dwóch mężczyzn wyznaczonych do pilnowania bramy uznało wtedy, że nas nie wypuszczą.

Przekonywałyśmy, tłumaczyłyśmy, że mamy pozwolenie od ojca. Bez skutku, nic ich to nie obchodziło. Zaczęłyśmy tam płakać z bezradności. Tej dziecko w domu wymiotuje, trzeba je zabrać do lekarza. Ta jak zaraz nie wyjedzie, to będzie w domu w środku nocy, a rano idzie do pracy. Nic nie docierało. Nie wyjedziecie, macie posprzątać. Dzwoniłyśmy do ojca, błagając, żeby nas wypuścili. Nie mogłyśmy się do niego dodzwonić, a teren był duży, nie było wiadomo, gdzie go szukać. Usłyszałam wtedy wprost, że może mi umrzeć cała rodzina, a dla wspólnoty mam najpierw posprzątać. Panowie stali murem przed bramą i nie pozwolili nam wyjechać. Jakbyśmy były niewolnicami. Bo kobiety są od sprzątania, i koniec. W końcu przyszedł ojciec i zakazał tym panom nas zatrzymywać. Ponad godzinę walczyłyśmy przy tej bramie…

Była we wspólnocie ważna zasada, żeby nie wynosić z małych grup dzielenia tego, o czym ze sobą rozmawiamy. Niestety, ktoś tę zasadę łamał. Jedna z dziewczyn w mojej grupie miała do opowiedzenia ważne świadectwo. Pytałam ją nawet, czy nie chciałaby się nim podzielić z całą wspólnotą. Odmówiła, więc przyjęłam to. Nie wiem, skąd ksiądz się o tym świadectwie dowiedział, ale on też przyszedł ją prosić, żeby się nim podzieliła. Potem miała do mnie pretensje, że ją zdradziłam, opowiedziałam jej historię księdzu. Nie ma takiej opcji, szanowałam jej decyzję. Nie mam pojęcia, kto mu wszystko opowiadał – ale ktoś to robił.

Ja też miałam swoje świadectwo. Piękne, ale trudne. Pan Bóg wyciągnął mnie z wielu trudnych rzeczy: z okultyzmu, z prób samobójczych. Czułam, jak Jezus wyciągał mi nóż z ręki. Kiedy o tym mówiłam, niektórzy ludzie płakali. Sama się wzruszam, kiedy wracam do tamtych wydarzeń. To było dla mnie namacalne spotkanie z żywym Jezusem. Dlatego chciałam o tym mówić, chciałam mówić o Nim. Z jakimi reakcjami się spotkałam? Były osoby, które stwierdziły, że nie powinnam należeć do wspólnoty – bo to nie jest wspólnota dla samobójców. Powiedziałam o tym księdzu. On umył ręce. Zbagatelizował sprawę, uznał, że pewnie nikt nie miał na myśli niczego złego. Dziś sobie myślę, że on w zasadzie od wszystkiego umywał ręce.

Nadal zajmowałam się wyświetlaniem tekstów pieśni, ale ze względu na chorobę coraz gorzej sobie z tym radziłam. Nie mogłam przychodzić na czas. Nie mieliśmy też odpowiedniego stolika. Trzeba było stać schylonym, zgarbionym przy komputerze albo siedzieć na podłodze, dlatego nikt nie chciał tego robić, to była niewdzięczna praca. Prosiłam o pomoc raz, drugi, kolejny. Rozmawiałam o tym z jedną z dziewczyn ze wspólnoty, która sama mnie zagadnęła, że podobno potrzebuję wsparcia. Wymieniałam z nią SMS-y. Skarżyłam się, że sama nie daję sobie rady. W końcu napisała mi, że ksiądz zdecydował, żebym już nie pełniła tej posługi.

Zdziwiłam się, że mam w ogóle tego nie robić, przecież wystarczyłoby, żeby ktoś mi czasem pomógł, ale przyjęłam, że skoro nie, to nie. Napisałam tylko do księdza z pytaniem, kto ma mnie zastąpić, żebym mogła mu wszystko przekazać. Dostałam odpowiedź: „A kto ci powiedział, że masz tego nie robić?”. Przesłałam mu wiadomość, którą dostałam. Odpowiedział, że to była tylko luźna rozmowa. Ale skoro tak, to niech już tak zostanie… I niech tamta dziewczyna zdecyduje, kto będzie się tym teraz zajmował.

Napisałam znów do niej. Że ksiądz nic nie wiedział. Odpisała: „Podziękuj Panu Bogu za cztery lata wiernej służby”.

Zapoczątkowałam kiedyś nocne czuwania wspólnoty. Można było na całą noc zostać w kościele, jeśli ktoś chciał. I rzeczywiście ludzie przychodzili. Potem, kiedy wyjechałam na pół roku za granicę, zajął się tym ktoś inny. Nocne czuwania dostały sztywne ramy. Uznano, że muszą się odbywać regularnie i że wszyscy ze wspólnoty mają obowiązek w nich uczestniczyć. Spisywano raporty, kto przyszedł, a kogo zabrakło. Na temat tych nieobecności dostawaliśmy oficjalnego maila. Nikogo nie obchodziło, że we wspólnocie byli ludzie, którzy mieli rodziny, małe dzieci albo problemy zdrowotne. Posłuszeństwo było pierwsze. Modlitwa w formie nocnego czuwania w kościele stała się obowiązkiem.

Było małżeństwo, w którym mąż bardzo źle traktował swoją żonę. Zachowywał się okropnie nawet przy innych, zupełnie się nie bał. Kobieta mocno zachorowała, potrzebowała pomocy, leżała i płakała z bólu, a on nie chciał zadzwonić po pogotowie, bo przecież miała zajmować się dzieckiem. Mieszkałam daleko, nie mogłam przyjechać. Dopiero kiedy postraszyłam go policją, wezwał do niej pomoc, natychmiast trafiła na stół operacyjny. Co się dalej wydarzyło? Cała wspólnota, łącznie z księdzem, była na mnie wściekła, że wtrąciłam się w ich małżeństwo.

Innego razu poszliśmy razem większą grupą do kina, film skończył się później, a ona płakała, bo obiecała mężowi, że będzie w domu przed dwudziestą trzecią. Płakała ze strachu, że znów będzie awantura. Nikt nie reagował. Ksiądz znów wzruszył ramionami, że są małżeństwem, więc muszą się dotrzeć. Zrobił jej tylko wykład, że powinna być lepszą żoną. Nie dziwię się, że dzisiaj ta kobieta nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem.

Ze względu na swój stan zdrowia musiałam w końcu iść na zwolnienie lekarskie, długie, na dwa i pół roku. Miałam wtedy dużo mniej pieniędzy. Naprawdę potrzebowałam pomocy. Prosiłam o tę pomoc diakonię miłosierdzia w naszej wspólnocie – diakonię, która zresztą powstała z mojej inicjatywy. Chciałam, żeby ktoś zrobił mi zakupy, bo chodziłam wtedy o lasce. Nawet nie żeby zapłacił, tylko żeby po prostu przyniósł te zakupy, bo dwieście metrów dzielące mnie od sklepu było dla mnie nie do przejścia. Miałam też depresję, zdarzało się, że przez trzy dni nie miałam siły wstać z łóżka, tylko spałam. Pomogli mi ludzie z parafii – ale nie z diakonii miłosierdzia. W diakonii usłyszałam, że ona powstała, żeby służyć na zewnątrz i przyciągać ludzi z zewnątrz. A nie dla mnie. Że mnie się pomoc od diakonii miłosierdzia nie należy.

Po pewnym czasie ponownie poprosiłam tam o pomoc. Trudno jest prosić… Nie miałam jednak wyjścia. I znów mi odmówiono. Za drugim razem powiedziano mi, że nie uczestniczę w życiu wspólnoty i jestem pasożytem na zdrowym ciele Kościoła. A we wspólnocie nie potrzeba pasożytów…

Fizycznie rzeczywiście przestałam uczestniczyć w życiu wspólnoty. Kontynuowałam leczenie: szpital, terapia, leki, żeby ratować kręgosłup i głowę. W międzyczasie przyszedł do mnie ksiądz, o co się kilka razy upominałam, żeby wyjaśnić całą sprawę.

Był taki zwyczaj w parafii, że kobiety w tygodniu zapraszały księdza na obiad. Posiłki wymagały sporo pracy i nie były tanie, ale kobiety codziennie gotowały i albo zapraszały do siebie, albo zanosiły mu obiad na plebanię. Dopóki mogłam, też mu gotowałam. Kiedy przyszedł do mnie porozmawiać, również przygotowałam skromny obiad. Był zrobiony z puszek i mrożonek, ale podałam wszystko, co miałam. Tydzień później zadzwoniła do mnie osoba ze wspólnoty z pretensjami: jak śmiałam księdzu dawać na obiad mrożone rzeczy? Kurczę! To on powinien był wtedy kupić mi obiad, bo miał pieniądze, miał siły, miał możliwości. A ja byłam w takim stanie, że ręce mi się trzęsły i nawet chleba nie mogłam ukroić. Ale jego to nie interesowało.

Kiedy trafiłam do szpitala, nikt nie przyszedł. Nikt nie zadzwonił, żeby zapytać, jak się czuję. Nikt…

Pewna osoba, która wiedziała, że nie mam pieniędzy, podeszła kiedyś do mnie i dała mi jedno euro. „Bo tobie się przyda” – powiedziała. Potem ksiądz miał mi za złe, że odmówiłam przyjęcia tych pieniędzy. Innym razem ktoś mi opowiadał, że zaprosił ludzi na obiad, wydał na to sto euro, ale mnie nie zaprosił, „bo i tak bym nie przyszła”. A ja słuchałam tego i naprawdę nie miałam wtedy co jeść…

Cała wspólnota spowiadała się u tego jednego ojca. Ja przez przypadek spotkałam polskiego spowiednika w innym miejscu. Opowiedziałam mu o wszystkim, co się dzieje we wspólnocie. Prowadził mnie spokojnie i powoli, dużo mi pomógł. Dzięki niemu stanęłam na nogi.

Ludzie ze wspólnoty dowiedzieli się o tym – bo ktoś mnie gdzieś widział, komuś powiedział… I znów zaczęli pisać do mnie wiadomości. Że nie wolno mi chodzić do innego księdza. Że nie może być moim kierownikiem duchowym. Że oni mu powiedzą, jaką naprawdę jestem osobą. Sugerowali, że będę próbowała go uwieść… Różne takie bzdury. I rzeczywiście poszli do niego, ale szybko uciął rozmowę. Powiedział, że to nie jest ich sprawa.

Brałam też udział w rekolekcjach i podczas spowiedzi inny ksiądz kazał mi iść z tymi historiami do biskupa miejsca – uznał, że są to poważne sprawy, których nie można zostawić. Byłam wtedy w procesie terapii, nadal cierpiałam z bólu, opowiedziałam więc o tym swojej przyjaciółce ze wspólnoty. I wtedy się zaczęło! Powiedziała mi, że Jezus mną rzyga. Że jestem Judaszem. Że jeśli powiem cokolwiek, to oni mnie zniszczą, urządzą mi taką wojnę, że popełnię samobójstwo. Odbierałam telefony z takimi wiadomościami! Ludzie, którzy wcześniej byli na warsztatach prorockich ze wspólnotą Mamre, potrafili dzwonić do mnie i mówić, że Jezus mnie nienawidzi. Że zabiera mi wszystkie łaski, łącznie z łaską chrztu.

W końcu sama zadzwoniłam do księdza i powiedziałam, że jeśli tego nie powstrzyma, zgłoszę na policję groźby karalne. Odpowiedział, że przecież oni mają dar proroctwa…

Jakie to jest proroctwo? Jakie to proroctwo? Ono jest niezgodne z Ewangelią, od początku do końca!

W tamtej rozmowie ksiądz powiedział mi, że to ja jestem fałszywym prorokiem. Pokłóciliśmy się wtedy, bo odpowiedziałam, że może nie mam daru proroctwa, ale za to mam oczy i widzę, że ta wspólnota i tak się rozpadnie. Nie wiem, jakiego mam ducha, ale nie trzeba być prorokiem, żeby widzieć, kiedy dzieje się zło. A jak rzekomy prorok wychodzi i mówi, że Jezus odbiera komuś chrzest, to nie trzeba mieć święceń, żeby wiedzieć, że to się z Ewangelią nie zgadza. Bo jeśli nawet były w Biblii proroctwa złorzeczące, to służyły one do ostrzegania, a nie do potępiania.

Wystraszyłam się jednak. Nawet fałszywe proroctwa bolały, zwłaszcza że byłam w ciężkiej depresji. Nie poszłam ani na policję, ani do biskupa. Spowiednik rozumiał, że nie jestem w stanie tego zrobić. Jedynym moim wyjściem było całkowite odcięcie się od wspólnoty i od tych ludzi.

Ostatni raz na spotkaniu byłam po wyjściu ze szpitala. Po mszy świętej była modlitwa o uzdrowienie, na której miały zostać tylko osoby należące do wspólnoty – chodziło o zachowanie dyskrecji, bo ludzie zaczynali plotkować, że źle się tam dzieje. I wtedy zostałam z tej modlitwy wyproszona. Byłam tak zmęczona tym wszystkim, że po prostu wyszłam i nigdy tam nie wróciłam. Dawni znajomi ze wspólnoty zaczęli na mój widok przechodzić na drugą stronę ulicy. W kościele siadali tak, żeby broń Boże nie musieć podawać mi ręki na znak pokoju. Potem przyszedł covid i uwolnił ich od tego problemu.

Wiem, że ksiądz zabronił swoim podopiecznym rozmawiać o mnie. Nie odpowiadano nikomu na pytania, co się ze mną stało.

Chyba ostatnią rzeczą, o którą mnie oskarżono, było to, że zmarł tata księdza. Wiem, jak to brzmi. Podobno Jezus mnie tak nie znosi, tak nienawidzi, tak skupił się na mnie, żebym ja cierpiała, żebym ja czuła ból – że nie miał czasu uratować ojca księdza. Do takiego absurdu doszliśmy. Dopiero kiedy znów zagroziłam policją, telefony się skończyły.

Potem okazało się, że nie tylko na mnie była nagonka, choć ja oberwałam najmocniej. Ludzie słyszeli, że muszą się na to zgadzać, bo Pan Bóg wykuwa rzeczy wielkie w ogniu. A kiedy ktoś odchodził, mówiono o nim, że to dobrze, że to plewy i śmieci. I że dopiero kiedy te plewy znikną, wspólnota będzie mogła wreszcie działać na całego i uzdrawiać w Duchu Świętym.

Dziś wspólnota już nie istnieje. Ostatecznie nie został ani jeden sprawiedliwy.

Czuję się odpowiedzialna za to, co się stało, bo przecież sama tę wspólnotę kiedyś zakładałam. Może nie zareagowałam odpowiednio i w odpowiednim czasie? Może miałam za mało siły? Może trzeba było iść do biskupa? Zdecydowałam się o tym mówić, żeby przestrzec innych, że poważna choroba wspólnoty zaczyna się od drobnych rzeczy, które wydają się banalne albo nawet dobre. Na przykład od szacunku do księdza, który wyrasta z przekonania, że ksiądz zawsze ma rację. Potem się okazuje, że jak mówi dziwne rzeczy, nikt nie zareaguje. Kiedy zwracałam ojcu uwagę, że pomylił się w wersetach biblijnych, dostawałam burę, bo jak księdza można poprawiać? Od tego się zaczyna. Ten klerykalizm naprawdę nie wychodził od księdza. To nie on przyszedł i oświadczył nam, że jest wielkim panem księdzem. To my mu to mówiliśmy, a on to przyjął, wszedł w to jak w masło. Szacunek dla księdza jest w porządku, ale nam wyrósł klerykalizm patologiczny.

Druga niebezpieczna i wymagająca czujności kwestia to posłuszeństwo, zwłaszcza takie, w którym prześcigamy się wzajemnie. Jednego razu wspólnota zorganizowała pielgrzymkę. Wcześniej w małej grupie mieliśmy inne plany – również pielgrzymkowe, ale do innego miejsca. Wszystko było już zorganizowane i zapłacone, nie dało się tego odwołać. Ksiądz dowiedział się o naszych planach w czasie spowiedzi, zrobił nam karczemną awanturę i zabronił wyjazdu „na własną rękę”. Więcej: zabronił nam nawet się spotkać w tym czasie! Jedna z moich przyjaciółek się ugięła i nie pojechała, właśnie ze względu na posłuszeństwo. Ja pozostałam przy swoich planach. Straszna się wtedy burza zrobiła… Mówiłam, że takie traktowanie posłuszeństwa zaczyna nas kierować w stronę sekty, ale nie miałam siły przebicia. I nawet jeśli inni to też zauważali, wszyscy milczeli.

Za późno zaczęłam o tym wszystkim mówić. Chyba nie byłam jeszcze gotowa, żeby podjąć tę walkę, żeby to unieść. Jeszcze jedna rzecz we wspólnocie była tak powszechna, że wydawała się oczywista. To była wszechobecna krytyka psychologii, psychiatrii i psychoterapii. Praktycznie na każdym spotkaniu, podczas formacji i modlitwy, różne formy terapii były przedstawiane przez moderatorów jako coś złego. A skoro tak mówiły autorytety, to inni członkowie wspólnoty w imię posłuszeństwa również przejmowali ten sposób myślenia. Rozsyłano materiały krytykujące psychologię. Padało w nich wiele pozornie mądrych sformułowań, często niezrozumiałych dla osób bez przygotowania – ale przekaz końcowy był zawsze ten sam: psychologia rzekomo zastępuje religię, psycholog zastępuje kapłana, terapia stanowi zagrożenie duchowe, a problemy psychiczne „same mijają”, jeśli zostawi się człowieka w spokoju.

Razem z przyjaciółką, która również jest psychologiem, zabrałyśmy kiedyś głos, po tym jak rozesłano we wspólnocie film z takimi treściami. Zwróciłyśmy uwagę, że krytyka psychologii nie może się opierać na powierzchownych i błędnych argumentach. Ojciec rzeczywiście przesłał później do wspólnoty sprostowanie, ale to już nie odwróciło skutków wcześniejszego przekazu.

Było to dla mnie szczególnie bolesne. Nie tylko studiowałam psychologię, ale również pracowałam terapeutycznie z dziećmi w spektrum autyzmu. Później sama korzystałam z pomocy psychiatry i psychoterapeuty. We wspólnocie cokolwiek bym powiedziała, było odbierane jako dowód, że jestem „ukrytą opcją psychologiczną”, niepasującą do „porządnej” wspólnoty.

Nie uważam, że psychologii nie wolno krytykować. Przeciwnie, w psychologii, jak w każdej nauce, stawia się hipotezy, a następnie je weryfikuje lub falsyfikuje. Takie badania są konieczne. Nie każda terapia jest skuteczna w każdej sytuacji, nie każda metoda działa tak samo, a psychologia nie odpowiada na wszystkie pytania dotyczące człowieka. Psychoterapia nie jest uniwersalnym rozwiązaniem na wszystko, są też w niej różne nurty. Jednak odrzucanie całej psychologii i wszystkich form pomocy specjalistycznej jest tak samo głupie jak stwierdzenie, że „medycyna się myli, a leki tylko szkodzą”. Trzeba zawsze pytać, jaka dziedzina, jaka metoda, w jakim przypadku, dla kogo, w jakiej dawce i jak długo. Dokładnie tak samo należy myśleć o problemach psychicznych i emocjonalnych.

We wspólnocie ta krytyka była uogólniona i totalna. W praktyce oznaczało to „wylanie dziecka z kąpielą”. Na wszystko miała wystarczyć modlitwa. Skutki bywały bardzo poważne. Niektóre osoby rezygnowały z profesjonalnej pomocy psychologa lub psychiatry. Tymczasem poważne problemy nie mijały same. Dziecko z autyzmem nie „wyrasta” samo z autyzmu. Osoba z demencją nie zatrzyma rozwoju choroby bez odpowiedniej pomocy. Osoba uzależniona także zazwyczaj nie porzuca nałogu z dnia na dzień. Znam tylko jeden przypadek człowieka, który został uwolniony od nałogu niemal natychmiast, po modlitwie. Było to wydarzenie niezwykłe, które sam nazywa cudem. Ale nawet w jego przypadku nie oznaczało to końca pracy nad sobą. Przeciwnie – moment tak spektakularnego uzdrowienia to był dopiero początek jego drogi do stanięcia na nogi. Trwała ona kilka lat i nie obyło się bez pomocy lekarzy oraz terapeutów. Co więcej, on sam, rozmawiając z osobami uzależnionymi, w pierwszej kolejności kierował ich do specjalistów i grup wsparcia.

Chciałabym mówić wszystkim: reagujcie jak najszybciej, już przy drobnych rzeczach. One się będą pojawiały nawet w zdrowych wspólnotach. Nieporozumienia. Próby chronienia księdza, żeby się nie przemęczał. Ukrywanie pewnych kwestii. Patologicznie rozumiane posłuszeństwo. Odrzucanie autorytetów spoza grupy. Demonizowanie psychologii. Reagujcie.

Jak to wszystko na mnie wpłynęło? Boję się dziś być w jakiejkolwiek wspólnocie. Nawet grupa biblijna przy parafii to dla mnie za dużo. Nie chcę słyszeć o róży Żywego Różańca, choć często ktoś mnie do niej zaprasza. Boję się, że mogę spotkać człowieka podobnego do tych, których znałam wcześniej. Niestety grupy religijne przyciągają ludzi z rysami narcystycznymi, skłonnych do manipulacji.

Czuję potrzebę wspólnoty, ale nie jestem w stanie zaufać. Moje zaufanie umarło.

Wzmocniła się za to moja wiara. Mówiłam, że wcześniej doświadczyłam miłości Boga, czułam Jego bezwarunkową miłość. I ta miłość daje mi siłę. Nie wiem, czy bez niej dałabym radę to wytrzymać. Bo jak wytrzymać ludzi, którzy twierdzą, że działają w imieniu Jezusa – i jednocześnie mówią, że Jezus cię nienawidzi, że cię unika, że odbiera ci łaski?

Ufam jednak Bogu i wiem, że ma dla mnie coś dobrego w zanadrzu. Ufam Jego Miłosierdziu i to jest najważniejsze.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Personalia bohaterów zostały zmienione (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

2 Wspólnota Przymierza Rodzin „Mamre” sięga korzeniami jeszcze lat osiemdziesiątych, ale statut i kościelną osobowość prawną zyskała w 2000 roku. W swojej misji stawia na ewangelizację. W 2022 roku w związku ze zgłoszonymi nieprawidłowościami we wspólnocie kuria częstochowska zleciła jej kontrolę. W jej efekcie w 2023 roku odsunięto od duszpasterstwa księdza Włodzimierza Cyrana, egzorcystę, charyzmatycznego wieloletniego moderatora wspólnoty, autora m.in. Przewodnika duchowego dla zniewolonych lub dręczonych.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Zanim ocenisz

Błagałam, żeby ktoś mi pomógł, Edyta

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie