Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 170
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Z obozu śmierci do klasztoru”
Siostra Theodolinde Katherina Katzenmaier
Wszystkim przyjaciołom, którzy ze mną cierpieli
Siostra Theodolinde Katherina Katzenmaier OSB
do klasztoru
Fundacja „Ziemia”
Wyższa Szkota Komunikowania i Mediów Społecznych w Warszawie
Przełoży! na język polski
Gerhard Gruca
Wydawcy dziękują za życzliwość i pomoc w wykonaniu tej książki Wojskowym Zakładom Graficznym
Dlaczego zdecydowałam się dopiero teraz - po pięćdziesięciu latach - napisać wspomnienia o moim aresztowaniu i pobycie w obozie koncentracyjnym w Ra-vensbriick?
Kiedy po zakończeniu drugiej wojny światowej ukazały się pierwsze relacje z obozów koncentracyjnych, kiedy dotarły wieści o niewyobrażalnych okrucień stwach i nieludzkich czynach w Oświęcimiu i wielu podobnych obozach, wtedy dopiero okazało się, że cierpienie przekroczyło granice wyobraźni i możliwości pojęcia ludzkiego. Po zakończeniu wojny ludzie w Niemczech byli zadowoleni, że już nie strzelano, że nie spadały bomby i że mimo głodu i ruin życie jakoś toczyło się dalej. Chcieli spojrzeć w przyszłość, chcie-li znów żyć normalnie i nie lękać się prześladowań przeszłości. Dlatego łatwo zrozumieć, że w pierwszych powojennych latach tylko niewielu więźniów obozów koncentracyjnych znalazło wewnętrzną gotowość i siłę do przekazywania relacji o tych okrutnych czasach i strasznych przeżyciach. W dodatku liczba osób, które przeżyły Konzentrationslager (obóz koncentracyjny -KZ) była nieporównywalnie mniejsza od pomordowanych, albo zmarłych z powodu głodu, chorób i tortur. Zostało jednak jeszcze kilka tysięcy osób, które przeżyły i mogły dać świadectwo prawdzie. Mogły być świadkami czasu, który minął.
Chęć powrotu byłych więźniów KZ do normalnego życia i oderwania się od pełnej cierpień przeszłości, była całkowicie zrozumiała i to chyba wyciszyło w nich potrzebę wypowiadania się. Siostra Placida, jedna z sióstr dzielących ze mną cierpienia w Ra-vensbriick, przedstawiła tę sytuację bardzo trafnie: „Z początku nie potrafiłam mówić, kiedy mnie pytano; później - nie pytano mnie już”.
Niektórzy przeżywszy obóz koncentracyjny popełnili samobójstwo. Nie potrafili zrozumieć i zaakceptować tego, że ci, którzy przez to piekło nie przeszli, nie chcieli nic wiedzieć o tym, co działo się w obozach. Byli więźniowie odnosili wrażenie, że są ciężarem i przeszkadzają w życiu codziennym ludziom powracającym po wojnie do normalnego życia.
Dziś, łatwiej jest stawić czoło przeszłości. Choć wciąż powracają pytania, jak to wtedy było i jak mogło do tego dojść. Szczególnie otwarta i pozbawiona uprzedzeń młodzież pragnie poznać prawdę o faszyzmie. Nie może pojąć, jak taki terrorystyczny reżim w ogóle mógł powstać. I nie może pojąć, że opozycja była możliwa tylko z narażeniem własnego życia. Miałam to szczęście, że po powrocie z Ravensbriick zostałam przyjęta i na duchu podtrzymywana przez moją kochaną i wyrozumiałą rodzinę.
Zdołałam przetrawić w sobie wiele z tego, co musia-łam przeżyć w czasie od 1943 do 1945 roku, dzięki licznym odczytom o moim pobycie w obozie koncentracyjnym, połączonym ze zmianą świadomości politycznej oraz dzięki zawodowi, który mnie w pełni absorbował. Przede wszystkim jednak zawdzięczam Bogu i mojej chrześcijańskiej wierze, że udało mi się przetrwać ten los. Jestem o tym po dzień dzisiejszy głęboko przekonana.
Często proszono mnie o spisanie moich wspomnień. Ale właściwie dopiero teraz, w podeszłym już wieku, znajduję wewnętrzny spokój i odpowiedni dystans do przeszłości. I mogę zacząć spisywać moje wspomnienia i... malować obrazy tego strasznego okresu, wciąż nurtujące mnie z całą wyrazistością.
W moim pierwszym pamiętniku znalazłam wierszyk, który kiedyś napisałam, a który dokładnie przedstawia moją dzisiejszą sytuację życiową:
Powoli opada płatek za płatkiem z kwiatu, i pozostaje zalążek owocu, który chce dojrzewać.
Panie, pozwól w swojej dobroci zapłodnić moje uczucie, szukając tego rozwoju - natarczywie i spokojnie.
Chciałabym, przedstawiając historię mego losu, dodać choćby mały kamyczek do mozaiki obrazu, który jest świadectwem ciemnych rozdziałów niemieckiej historii. Bo tego właśnie najbardziej obawiali się naziści. W żadnym wypadku nie chcieli, aby okrucieństwa obozów koncentracyjnych, z ich pogardą dla człowieka i strategią zabijania, zostały ujawnione opinii światowej. Dlatego, krótko przed zakończeniem wojny, kiedy zwycięskie armie kroczyło po ziemi niemieckiej, więźniów pozostałych w obozach koncentracyjnych wysyłano na tzw. marsz śmierci. Wielu padało z wyczerpania na drogach i właśnie oni często byli rozstrzeliwani przez strażników SS. W ten sposób naziści pragnęli aż do końca utrzymać w tajemnicy przed opinią publiczną swój zbrodniczy, ludobójczy i terrorystyczny reżim.
Powoli kończy się czas żyjących świadków. Wielu pyta: po co obciążać się przeszłością, za którą nie ponosi się odpowiedzialności? Kto jednak zamyka oczy przed przeszłością, ten staje się ślepcem dla przyszłości. Kto nie chce pamiętać okrucieństw i zniewag człowieka, ten nie będzie w stanie przeciwstawić się podobnym tendencjom w przyszłości. Tylko ten, który potrafi stawić czoło przeszłości, nie wyzbywa się wspomnień, jest zdolny poznawać i usuwać niebezpieczeństwa mogące grozić w przyszłości.
Tak więc przekazanie moich przeżyć słowem i rysunkiem, uważam za mały przyczynek umożliwiający powrót do wspomnień, których nie powinno się ukrywać przed przyszłymi pokoleniami. Przyszłe pokolenia wciąż muszą czuwać, by tak poniżający godność człowieka system nie miał nigdy więcej szans w przyszłości.
Były sufragan monachijski, biskup Johann Neuhau-sler, więzień obozu w Dachau, tak opisał ostatnie życzenia współwięźniów:
„Jeśli zdarzy się cud, że wyjdziecie stąd żywi, na-piszcie i opowiedzcie, co z nami tu wyprawiali.
To święty testament tych towarzyszy, którzy umierali w naszych ramionach, albo trafiali prosto do gazu, i których popiół ulatniał się z kominów, pokrywając pola na obczyźnie”.
Kiedy w 1942 roku objęłam moją pierwszą placówkę duszpasterską w parafii św. Bonifacego w Püttlingen nad Saarą, w rejonie kopalni węgla, nie byłam w stanie przewidzieć, jaki zwrot dokona się w moim życiu. Z pełnym zaangażowaniem podjęłam się wykonywania obowiązków, które stawiało przede mną środowisko górnicze. Według biskupa sufragana z Trewiru, parafia św. Bonifacego w Püttlingen nad Saarą była „winnicą Pana Boga z mnóstwem kamieni”, a więc „skamieniałą winnicą”.
Nie zapomnę słów, które skierował do mnie, przy powitaniu, proboszcz Georg Kronenberger:
„Albo ofiaruje pani tu swoje serce, a może i życie, albo tutejsza parafia nie dostała właściwej pomocy do pracy duszpasterskiej”.
A ja tak bardzo chciałam stać się prawdziwą i dobrą pracownicą w Winnicy Pańskiej!
Do zakresu moich obowiązków należała nauka reli-gii. W owym czasie mogła być prowadzona dobrowolnie, jedynie przy kościele, a nie w szkołach. Do moich obowiązków należała również praca z młodzieżą i dorosłymi oraz duszpasterska służba rodzinna związana z odwiedzaniem rodzin w domach prywatnych. A ponieważ dotychczasowy organista i kościelny został powołany do wojska, przejęłam jeszcze jego obowiązki i dodatkowo obowiązki sekretarki w biurze parafialnym. Miałam więc wiele do zrobienia.
Bardzo szybko zostałam nazwana przez dzieci siostrą Katarzyną. Skoro prawie 500 dzieci tak mnie nazy-
wato, nie mogłam im tego zabronić ani ich rodzicom. Nawet te maluchy, które nie uczęszczały jeszcze na naukę religii, wołały na ulicy: „Chodź, siostro Katarzyno, pobaw się z nami”.
Wielkim wzięciem cieszył się dziecięcy chór, który założyłam. Pięćdziesięcioro sześcioro dzieci ćwiczyło pilnie pieśni na dwa głosy i śpiewy chóralne. Powoli udało mi się też pozyskać dorosłych. W Boże Narodzenie 1942 roku wykonali oni pod moją batutą - jako chór mieszany wielogłosowy - łacińską mszę Philippa. Kiedy widziano mnie, kroczącą w stronę naszej skromnej salki parafialnej z aparatem filmowym i małym przenośnym ekranem, kinomani wypełniali salę po brzegi. A naszego dobrotliwego proboszcza cieszyła moja aktywność.
W tym czasie nasza okolica często była nękana nalotami, które zakłócały codzienne życie i zmuszały nas do przebywania w schronach. By zakupić artykuły spożywcze - potrzebne były kartki żywnościowe. Stanie w ogonkach przed sklepami należało do codzienności.
Przygotowywanie dzieci do Pierwszej Komunii odbywało się jak zwykle w naszej parafii. Powierzono mi to zadanie i była to dla mnie ogromna radość. Dla niektórych biedniejszych dzieci trzeba było zdobywać na tę uroczystość odpowiednie ubrania i buty. W Niedzielę Palmową - a był to rok 1943, przypominam to sobie bardzo dokładnie - przeżyliśmy straszny atak lotniczy. Bomby spadały również na dzielnicę Ritterstrasse. Ubrana w dres, z kilofem w ręku, pomagałam w ratowaniu ludzi zasypanych w gruzach i rannych. Pro-boszcz Kronenberger złamał sobie podczas jednej z takich akcji lewą nogę.
W tamtym czasie dokonano jeszcze wiele podobnych ataków lotniczych na Püttlingen i na Ritterstrasse. Zawsze byli zabici i ranni. Wielu zrozpaczonych czekało na pociechę. Każdego tygodnia rodziny otrzymywały wiadomości o śmierci małżonków, ojców, braci, narzeczonych lub krewnych. Coraz częściej docierały wieści o zaginionych. Zadaniem duszpasterzy, do których i ja należałam, było niesienie pomocy i okazywanie współczucia cierpiącym. Nie zawsze było to łatwe. Półtora roku pracowałam w parafii św. Bonifacego w Püttlingen. Początkowo, po maturze, którą zdałam w Instytucie Angielskich Panien w Bensheim, zamierzałam studiować medycynę. Tej szkole, do której uczęszczałam razem z czterema moimi siostrami przez jedenaście lat, zawdzięczam znakomite wykształcenie ogólne i dobre wykształcenie religijne. Ta właśnie szkoła była dostępna dla ludzi o różnych światopoglądach. Uczęszczały do niej również dziewczęta żydowskie, angielskie i francuskie.
W 1939 roku naziści zakazali nauczania w naszej szkole. Było to dla nas niezrozumiałe, dlaczego rząd nazistowski zamyka szkołę, przywłaszcza sobie całe jej wyposażenie i wypędza siostry zakonne. Nic więc dziwnego, że i ja, i niektóre moje koleżanki, przyjęłyśmy opozycyjne stanowisko wobec Hitlera.
Marcin Buber, wielki żydowski filozof i teolog, mieszkał osiem lat w moim rodzinnym mieście Hep-penheim. Był dobrym przyjacielem ojca. Wykładał na uniwersytecie we Frankfurcie. Często, dojeżdżając do szkoły, spotykałyśmy go na dworcu w Heppenheim. Ostrzegał nas przed jeszcze gorszą przyszłością naszego kraju. Pewnego dnia nie spotkałyśmy już tego wspaniałego człowieka. Wyemigrował do Jerozolimy, zanim zapłonęła synagoga w Heppenheim, u podnóża Starkenburg.
Chciałam studiować medycynę, aby jako lekarka-misjonarz pracować w Afryce. Myślaiam o tym już jako czteroletnie dziecko. Kiedy w 1922 roku odprowadziłam na dworzec dziadka, udającego się na pielgrzymkę do Rzymu, najchętniej wsiadłabym razem z nim do pociągu i przez Rzym pojechała dalej - do Afryki. Kategoryczne „nie” moich rodziców wzmocniło w dziewczęcym sercu pragnienie zostania misjo-narką-lekarką.
W Würzburgu starałam się o przyjęcie na medycynę. Przeszkodziły mi w tym jednak:
1) stan mojego serca, który nie pozwalał na pobyt w krajach tropikalnych i
2) nagła śmierć ojca na zawał w wieku 51 lat podczas pielgrzymki.
Pozostawił matce pięcioro dzieci i małą rentę. Nie wystarczyłaby ona na moje studia.
Aby jednak zbliżyć się do wymarzonego przeze mnie zawodu, przyjęłam posadę asystentki w szpitalu miejskim w Bensheim. Przez dwa lata pracowałam tam w izbie przyjęć i w laboratorium, także jako pomoc jjFgjj^obnych operacjach. Dr Ebner, znając moje za-wodo we aspiracje, z wielką cierpliwością i wyrozumiałością udzielał mi fachowych informacji podczas obchodu.
Po rozpoczęciu działań wojennych na Zachodzie nasz szpital wypełnił się rannymi z transportów i towarzyszącymi im lekarzami. Operowano wtedy dniem i nocą. Drwiny, wulgarne odzywki i otwarta Krytyka wydobywały się z ust niektórych ciężko rannych żołnierzy. W ten sposób wyrażali oni swoją agresję przeciwko ówczesnej polityce i prowadzeniu wojny. Głęboko zabolało mnie żądanie pewnego oficera, który domagał się usunięcia krzyża znad jego łóżka. Zmarł z wybuchem pełnym nienawiści do Boga. Zbulwersowana tym wydarzeniem, pytałam sama siebie bardzo często - co jest ważniejsze - troska o ciało czy troska o duszę?
Dr Ebner, lekarz oddziałowy lazaretu w Bensheim, z którym dzieliłam się swoimi myślami, odradzał podjęcie w tym trudnym dla Kościoła czasie, studiów teologicznych, umożliwiających mi pracę w duszpasterstwie. Ja jednak, z natury pozbawiona lęków, w dodatku posiadająca wystarczające środki finansowe, zarobione w dotychczasowej pracy, zdecydowałam się udać do Fryburga. Uczęszczałam tam na seminarium teologii praktycznej, aby przygotować się do pracy w duszpasterstwie. Do programu moich studiów teologicznych należało również odbycie praktyk w Essen, we Fryburgu i Heppenheim. Odbywałam te praktyki z ogromnym entuzjazmem, ponieważ miałam już wtedy okazje niesienia pomocy potrzebującym.
Jedno zdarzenie z tego okresu utkwiło mi szczególnie w pamięci. Przyjaciółka ze studiów, Irmgard Müller, zaprosiła mnie do Nordenham na Boże Narodzenie 1941 roku. 1 am nawiązałyśmy kontakt z dziewczynami, które zostały powołane do służby wojskowej.
Pochodziły z południowych Niemiec. Musiały mieszKäc w koszarach. W wolnym czasie spotykały się z niemieckimi żołnierzami. Wiele z nich zaszło w nie chciane ciąże i cierpiało bardzo, że w ten sposób zmuszano je do urodzenia dziecka, aby „rozmnożyć rasę nordycką dla Führera”. Kiedy po Nowym Roku w 1942, przez Bonn wróciłam do Fryburga, poczułam się zobowiązana powiedzieć o tej sprawie w Caritasie. Meldunek mój jednak pozostał bez echa. Spróbowałam więc przekazać tę sprawę arcybiskupowi Gróberowi, który mnie wysłuchał i obiecał pomóc.
Przeżycia tej zimowej podróży wpłynęły negatywnie na moje przygotowania do końcowego egzaminu wiosną 1942 roku. Mimo wszystko zdałam go pomyślnie i mogłam rozpocząć pracę jako wykwalifikowana pomoc duszpasterska.
Wydarzenia wojenne zakłócały już wtedy warunki pracy parafialnej w Püttlingen i coraz bardziej dav J óię odczuć wzrastający wpływ nazistów na życie codzienne. Nie było zawodu, który nie uległby wpływowi partii nazistowskiej (NSDAP). Wielu zmuszano do wstąpienia do partii lub innych organizacji. W przeciwnym wypadku musieli liczyć się z pogorszeniem sytuacji rodzinnej lub utratą pracy. Wielu bez przekonania - szczególnie wśród nauczycieli - nosiło odznakę partyjną.
Szkoła Podstawowa w Pättllnßen-Kitterstrasse
Najbardziej jednak niebezpieczni byli ludzie zajmujący wysokie stanowiska w partii i ci, którzy poprzez partię pragnęli zdobyć za wszelką cenę uznanie i siłę. Nie przebierali w środkach, by innych trzymać w niepewności i w strachu.
Wolno było słuchać tylko niemieckiej rozgłośni (Deutschlandsender). Słuchanie innych rozgłośni było zabronione. W szkole na pierwszym miejscu stawiano sport i sprawność wojskową. Nazistom zależało głównie na tym, aby młodzieży wpoić faszystowskie idee. Obserwowano podejrzanych nauczycieli. Szpiegowano również duchownych i tych, którzy angażowali się w działalność kościelną. Nawet nabożeństwa były wizytowane przez Gestapo, o czym wiedział proboszcz Georg Kronenberger tak samo dobrze jak ja. Większość ludzi nie dała się zastraszyć i pozostała wierna Kościołowi.
Mimo wrogiego nastawienia władz państwowych do Kościoła udało nam się uzyskać pozwolenie na procesje Bożego Ciała w 1942 i 1943 roku. Z dziećmi i kobietami rozpoczęłam przygotowania do Święta i rankiem w dniu Bożego Ciała usłany został przed wejściem do kościoła wspaniały kobierzec kwiatów. Jednak jakiś fanatyk i przeciwnik Kościoła zdeptał je i zniszczył w ten sposób piękny dywan, zrobiony na chwałę Boga.
Podczas nauki religii dzieci stawiały krytyczne pytania. W szkole uczono je, że ludzie chorzy umysłowo podlegają prawu „likwidacji życia bezwartościowego”. Naturalnie chciały wiedzieć, czy to prawda. Opowiadały również, że w książce Rosenberga „Mit XX wieku”, którą omawiano na lekcjach, św. Pawła nazwano „świnią żydowską”. Jako nauczycielka religii czułam się zobowiązana do zajęcia jasnego stanowiska wobec eutanazji. Musiałam potępić ją jako zabójstwo ludzkiego życia. Ostrzegano mnie wciąż przed szpiegami, dlatego też przygotowywałam do każdej lekcji pisemny konspekt. Wiedziałam, że muszę być ostrożna i mądra, ale mimo wszystko nie mogłam wymigać się przed aktualnymi pytaniami młodych ludzi. Musiałam trzeźwo i precyzyjnie im odpowiadać. Ponadto -czułam się zobowiązana przed Bogiem i własnym sumieniem. Przygotowując odpowiedzi na trudne pytania uczniów, często nachodziły mnie tchórzliwe myśli pominięcia tych pytań. I wtedy przypominały mi się słowa św. Pawła: (2 Tym. 4, 2-4) „... głoś naukę, nastawaj w porę nie w porę!... Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy...”
Te słowa św. Pawła pomogły mi stanąć w obronie Kościoła bez obawy i lęku na wieczorach organizowanych dla grona matek, dla dorastającej młodzieży, a także wtedy, kiedy odwiedzałam rodziny czy prowadziłam rozmowy na ulicy z ludźmi należącymi do naszej parafii.
Patrząc dziś z^dystansu, oczywiste stają się prawdziwe cele nazistów, które bardzo wcześnie można było poznać. Zaraz po „objęciu władzy” całe życie społeczne próbowano ukierunkować w „jedną stronę”, zgodnie z „ideologią” nazistowską. Zakazano przynależności do innych partii, zakazano istnienia związków kościelnych, usuwano krzyże ze szkoły, rozwiązywano szkoły zakonne, pozbawiano prawa i prześladowano Żydów. Całą młodzież zmuszano do przynależności do Hitlerjugend (HJ) i Związku Niemieckich Dziewcząt (BdM). Czyż nie były to sygnały ostrzegawcze?
„Po ich owocach poznacie ich” ! Mimo tych ostrzegawczych sygnałów wielu udało się oszukać, wprowadzić w błąd lub pozbawić wyrzutów sumienia. Wierzyli w Hitlera aż do gorzkiego końca. Niektórzy widząc co się dzieje, milczeli, choć wiedzieli, że takie postępowanie musi prowadzić do zła.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że tajna policja mnie obserwuje i podświadomie spodziewałam się aresztowania. W Boże Narodzenie roku 1942 wydało się mojej matce i rodzeństwu, że stałam się spokojniejsza i poważniejsza. Kiedy dzisiaj czytam pamiętnik z tamtego okresu, uświadamiam sobie, że już wtedy potrafiłam przeczuć ogrom nieszczęścia, jaki miał mnie dotknąć. Nie mogłam pogodzić się z nazistowskimi obwieszczeniami zawieszanymi na drzewach na terenie kościoła. Na oczach gapiów zrywałam z drzew plakaty informujące o spotkaniach NSDAP i Hitlerjugend. Taka działalność nie mogła pozostać w ukryciu. Władze partyjne zaczęły się mną interesować i postanowiły moją działalność przerwać.
Pytano uczennice, czego uczę na lekcjach religii. A pytali przypuszczalnie gestapowcy z Saarbrücken.
Każdą z nich osobno pytano o mnie. Trwało to całą godzinę. Stawiano mi dwa zarzuty: po pierwsze, że potępiałam eutanazję zalecaną przez Hitlera, po drugie, że wątpiłam w jego końcowe zwycięstwo. Nie ulegało wątpliwości, że na lekcjach religii nazywałam eutanazję zabójstwem człowieka. Drugi zarzut, dotyczący wątpliwości w zwycięstwo Führern, odpowiadał mojemu wewnętrznemu przekonaniu. Mówiłam o tym w gronie przyjaciół i w kołach kościelnych, ale na pewno nigdy nie powiedziałam tego na lekcjach religii, bo dobrze wiedziałam, jakie mogłoby to pociągnąć za sobą konsekwencje.
Po półtorarocznej działalności w Püttlingen, każdy znał moje nastawienie do nazizmu. O tym, iż przepytywano uczennice na temat mojego nauczania religii dowiedziałam się od niektórych uczniów ostatniej klasy szkoły podstawowej i od ich rodziców. Nie rokowało to niczego dobrego. Kilka dni później otrzymałam urzędowe pismo z Saarbrücken, z poleceniem wypełnienia i odesłania załączonego formularza. Wykonywana przeze mnie praca - pomocnicy duszpasterskiej nie została uznana przez władze państwowe za zawód. A więc miałam być odesłana na Front Wschodni. Omówiłam całą sprawę z proboszczem Kronenbergerem. Wystawił mi zaświadczenie, w którym napisał, że pracuję urzędowo przynajmniej 48 godzin tygodniowo jako kościelny i organista, ponieważ mój poprzednik został powołany do służby wojskowej i odesłany na front. Pracowałam również w biurze parafialnym. Zgodnie z ówczesnym prawem, każdy kto pracował 48 godzin tygodniowo był ojczyźnie koniecznie potrzebny i odesłanie na front nie mogło wchodzić w grę.
Zaświadczenie to wysłałam do odpowiedniego urzędu. Wkrótce potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.
Pamiętam, jakby działo się to wszystko wczoraj, a przecież minęło 50 łat.
Pamiętam, jakby działo się to wszystko wczoraj, a przecież minęło 50 lat.
21 lipca 1943 roku w południe zostałam zaaresztowana w Püttlingen przez Gestapo, czyli tajną policję z Saarbrücken.
Właśnie jadłam obiad, kiedy gwałtownie odezwał się dzwonek. Właścicielka domu poprosiła, bym otworzyła drzwi. Stał w nich młody, o jasnych włosach „aryjski” mężczyzna, w mundurze Gestapo, który wrzaskliwym głosem zwrócił się do mnie z pytaniem:
- Czy pani jest Katarzyną Katzenmaier?
- Tak - odpowiedziałam.
A on znowu wrzasnął:
- Pani jest aresztowana!
I nie pytając, wtargnął do mojego pokoju. Tam zerwał ze ściany krzyż, zamknął książkę leżącą na biurku, przejrzał wszystkie pozostałe książki na regale, otworzył szuflady, przeszukał je, rekwirując wiele rzeczy. Sam mój pokój był dla niego zgorszeniem.
- Po książkach poznaję pani wrogie nastawienie do naszego rządu! Wszystko pachnie tu religią! Proszę się ubrać, na dworze czeka samochód, do którego musi Pani natychmiast wsiąść - krzyknął. - Proszę zabrać trzy i pół marki, żeby po przesłuchaniu mogła Pani wrócić z powrotem do domu. Ale to się na pewno nie stanie Wziął do ręki lusterko stojące na stole i dodał:
- Proszę je zabrać ze sobą, żeby w celi więziennej mogła Pani oglądać swoją zbrodniczą twarz.
Zabrałam lusterko, które później, w czasie pobytu w izolatce nieco ułatwiło moją sytuację. Ubrałam się ciepło, mimo ciepłego lata, bo nie wiedziałam, jak długo potrwa śledztwo. Włożyłam różaniec do kieszeni. Naumyślnie podążałam wolniutko za gestapowcem, ponaglającym mnie do pośpiechu.
- Dalej!... Jedziemy za kratki!
W tym czasie przed domem zebrało się wiele osób -górników, hutników, idących do pracy, kobiet i dzieci. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Bez słowa patrzyli, jak w towarzystwie Gestapo wyprowadzona zostałam z domu. Niektórym dzieciom i dorosłym mogłam podać rękę, z prośbą o modlitwę. Inni płakali, jeszcze innych przywiodła ciekawość. Widząc jedną z moich bystrzejszych uczennic, poprosiłam ją, żeby szybko pobiegła na plebanię i poinformowała proboszcza. Ja musiaiam wsiąść do samochodu. A kiedy ruszył, wysyłałam jedynie pozdrowienia. Przejechałam po raz ostatni obok plebani. Wyraźnie widoczny w otwartym oknie proboszcz udzielił mi swojego kapłańskiego błogosławieństwa. Minęliśmy kościół i pojechaliśmy prosto do Saarbrücken.
W kronice parafialnej na stronie CXXI proboszcz Georg Kronenberger umieścił później następującą notatkę na temat tego wydarzenia: „21 lipca był dniem wielkiego podniecenia. Katarzyna Katzenmaier, nasza pomoc parafialna została aresztowana przez gestapo i przewieziona do więzienia Lerchesflur w Saarbrückern, a później do kobiecego obozu koncentracyjnego Ravensbrück w Meklemburgii”. To tyle w kronice parafialnej.
Przywieziono mnie przed wielką bramę więzienia Lerchesflur. Dopiero w podwórzu mogłam wysiąść z samochodu i pójść za gestapowcem do rejestracji. Tam odebrano mi wszystkie moje rzeczy, personalia już były zapisane wcześniej. Zjawił się groźny szef Gestapo, Söller ze swoją stenotypistką i chciał rozpocząć przesłuchanie.
Zapytałam go jednak o świadka przesłuchania z jego strony i o adwokata z mojej. Rozprawa w cztery oczy była bowiem dla mnie nie do przyjęcia.
- Proszę nie zapominać, że stoi Pani przed reprezentantem władzy państwowej, wobec której pani zawiniła.
Moja odpowiedź:
- Dobrze potrafię odróżnić władzę państwową, która chroni i zastępuje prawo, od Pana, człowieka z Gestapo! Jak przeprowadzić chce Pan ze mną tę rozprawę?
- Żądam, żeby Pani podyktowała nam teraz swój życiorys.
Zaczęłam więc w ten sposób:
- Ja, Katarzyna Katzenmaier, córka zmarłego Bernharda Filipa Katzenmaiera i Katarzyny z domu Felsch, urodziłam się 24 kwietnia 1918 roku w Heppenheim przy Bergstrasse i tam zostałam ochrzczona w rzymskokatolickim kościele św. Piotra. Od Wielkanocy 1924 roku, aż do Wielkanocy 1925 roku uczęszczałam do szkoły podstawowej w Heppenheim - a od Wielkanocy 1925 roku do Wielkanocy 1937 roku do Instytutu Angielskich Panien w Bensheim przy Bergstrasse...
Przerwał:
- Z tego jasno wynika, jak bardzo stała się Pani produktem ich wychowania. Dalej!...
- Po maturze miałam pójść do Reichsarbeitsdienst (Państwowa Służba Pracy), ale w zamian za to dostałam się do szkoły pomocy społecznej w Altdorf koło Norymbergi.
Przerwał:
- A więc zna Pani miasto spotkań partyjnych?
Odpowiedź:
- Owszem.
Pytanie:
- Była Pani obecna przy wiecach partyjnych?
Odpowiedź:
-Tak.
Pytanie:
- Gdzie?
Odpowiedź:
- W hali kongresowej podczas przemówienia Goebbelsa.
Pytanie:
- A więc jest Pani poinformowana o ideach nacjonalistycznych?
Odpowiedź:
-Tak.
Pytanie:
- Czy Pani zna cel nacjonalistycznego wychowania?
tyłowa do opozycji
Odpowiedź:
-Tak.
Pytanie:
- Czy jest Pani przeciwna nacjonalistycznemu wychowaniu?
Odpowiedź:
-Tak.
Z krzykiem:
- No! To mamy już wszystko! Pani jest wrogiem państwa, bez świadomości konsekwencji swojego postępowania.
Kontrpy tanie:
- Jakim prawem nazywa mnie Pan wrogiem państwa? Czy nacjonalistyczny sposób wychowania rzeczywiście gwarantuje dobro państwa?
Bez odpowiedzi. Gestapowiec powróci! do życiorysu.
- Co studiowała Pani później? Dlaczego Pani nie została powołana do służby obowiązkowej?
Podjęcie przeze mnie pracy przy kościele wykorzystano jako dowód mojego wrogiego nastawienia do państwa.
Söller powiedział dosłownie:
- Proszę przyjąć do wiadomości za co Panią zaaresztowaliśmy: nie dlatego, że wątpi Pani w zwycięstwo, ale zaaresztowaliśmy Panią za to, kim Pani jest.
Potem mnie odprowadzono. Między dwoma umundurowanymi i uzbrojonymi w karabiny gestapowcami zeszliśmy stalowymi schodami do izolatki. Drzwi zatrzaśnięto. Po upływie godziny lub dwóch, przyszła wartowniczka więzienia i poprowadziła mnie przez wiele schodów w dół, do ciemnego, wilgotnego, zimnego lochu, zwanego bunkrem więzienia. Tam spędziłam około trzech dni o chlebie i wodzie. Ale ponieważ dochodziły mnie ciche, dalekie głosy, zaczęłam śpiewać łacińskie Credo, według chorału gregoriańskiego i wkrótce przyłączyły się do mnie cicho więźniarki z sąsiednich cel. Stukając do drzwi mojej celi strażnik wrzasnął:
- Stul pysk!...
