42,90 zł
JEDNO Z NAJWIĘKSZYCH DZIEŁ KLASYKI ŚWIATOWEJ LITERATURY W NOWYM PRZEKŁADZIE PROF. STANISŁAWA STABRYŁY!
Wyznania, najważniejsze dzieło św. Augustyna z Hippony, przez stulecia stanowiły duchowy przewodnik dla niezliczonych rzesz czytelników i uformowały wielu świętych Kościoła katolickiego. To zapis filozoficzno-teologicznych dociekań autora, który przeszedł drogę od sceptycyzmu do głębokiej wiary chrześcijańskiej. Przede wszystkim jednak znajdziemy w tej książce historię nawrócenia św. Augustyna oraz świadectwo jego walki duchowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 544
Data ważności licencji: 2/10/2099
Copyright for the Polish translation © by Wydawnictwo Esprit 2023
Copyright for this edition © by Wydawnictwo Esprit 2023
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym.
Na okładce: fragment obrazu Święty Augustyn Philippe’a de Champaigne / Wikimedia Commons
Konsultacja naukowa:prof. dr hab. Albert Gorzkowskiks. dr hab. Janusz Lewandowiczprof. dr hab. Stanisław Śnieżewski
Korekta: Lidia Kozłowska, Marzena Lipińska, Monika Nowecka
Seria „Perły Duchowości”
Wydanie II, Kraków 2023ISBN 978-83-68536-78-2
Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Krakówtel. 12 267 05 69, 12 264 37 09e-mail: [email protected]@[email protected]ęgarnia internetowa: www.esprit.com.pl
Słowo wstępne - (prof. dr hab. Albert Gorzkowski)
Księga pierwsza
Księga druga
Księga trzecia
Księga czwarta
Księga piąta
Księga szósta
Księga siódma
Księga ósma
Księga dziewiąta
Księga dziesiąta
Księga jedenasta
Księga dwunasta
Księga trzynasta
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Na początku drugiej księgi Secretum meum (Tajemnica moja) Francesca Petrarki, dzieła skomponowanego w 1342 roku w formie dialogu pomiędzy samym autorem Canzoniere (Pieśni) a św. Augustynem, pojawia się znamienny fragment dotyczący z jednej strony kwestii studiowania Sacrae Litterae, czyli Pisma Świętego, oraz litterae saeculares, czyli wszelakich dzieł świeckich, z drugiej zaś problemu próżnej dumy włoskiego poety, który szczyci się znajomością niezliczonych ksiąg. Augustyn zachęca go do sprawdzenia, ile z owej erudycji pozostało istotnego w jego duszy, i stwierdza: „Jakież to ma znaczenie, czy nauczyłeś się czegoś o orbitach planet, czy znasz powierzchnię oceanów i tory gwiazd, czy posiadasz wiedzę na temat właściwości roślin, skał czy tajemnic natury? Jakie znaczenie ma to wszystko, jeśli nie znasz siebie samego? Jeśli, postępując wedle Pisma Świętego, odnalazłeś właściwą ścieżkę żmudnej cnoty, w jaki sposób ci to pomogło, skoro szaleństwo prowadzi cię zamiast tego na nieuczciwą drogę, która biegnie w dół? Zakładając, że nauczyłeś się na pamięć uczynków wszystkich wybitnych bohaterów z minionych wieków – jakiż z tego pożytek, skoro nie zmienia to twojego codziennego życia?”1. Dalej Augustyn zauważa – co jest parafrazą słów z Wyznań (X, 8) – że teksty czytane przez Francesca traktują wyłącznie o tym, co „zewnętrzne” i powierzchowne. Zapewniają mu one nieistotną, bezużyteczną wiedzę i dlatego też nie mogą doprowadzić do właściwej metanoi, nie zmieniają jego wnętrza i sposobu, w jaki żyje na co dzień; co więcej nawet tekst, który dostarczył mu tak odkupieńczej wiedzy – Biblia – nie zmienił Petrarki prawdziwie. Według Augustyna wypowiedzi Francesca są niczym śpiew ptaków – to piękne dźwięki, którym brak jakiegokolwiek znaczenia, a które jedynie niosą ze sobą niebezpieczeństwo śmierci2.
Święty Augustyn (354–430 n.e.) okazał się dla Petrarki duchowym mistrzem i przewodnikiem przede wszystkim jako autor Wyznań. W słynnym liście do Dionigiego da Borgo San Sepolcro, opisującym wędrówkę na górę Mont Ventoux, Petrarkadzieli się wyjątkowym doznaniem: oto postanowił nagle wziąć do ręki Wyznania biskupa z Hippony i otworzyć je na „przypadkowo” wybranej stronie, wiedząc, że „znajdzie tam pobożne, święte treści”. Gdy tylko spojrzał do książki, trafił na zdanie: „Ludzie odbywają dalekie podróże, aby podziwiać wysokie góry i ogromne fale morskie, potężne wodospady rzek, bezkres Oceanu i gwiezdne szlaki, a nie interesują się sami sobą”3. Jak zauważa Włodzimierz Olszaniec, „naśladowanie Augustyna doprowadziło Petrarkę do zmiany własnej postawy: pierwotne pragnienie oglądania świata, cupiditas vivendi, zastąpiła potrzeba poznania siebie”4. Tak było zapewne. Czy jednak w tym przypadku – pytają niektórzy sceptyczni badacze – nie mamy do czynienia po prostu z powieleniem kunsztownego Augustyńskiego obrazu (por. Wyznania VIII, 12) itoposu sortes biblicae, tak popularnego w kulturze europejskiej od średniowiecza aż po wiek XIX5?
Fenomen oddziaływania Confessiones na twórczość najrozmaitszych europejskich teologów i myślicieli (m.in. św. Jana od Krzyża, Jana Dunsa Szkota, Mikołaja z Kuzy, Edyty Stein) ma źródło zarówno w fascynujących przemianach życia ich autora, jak i w nowatorskiej wymowie dzieła. Wyznania będące z jednej strony niezwykłym połączeniem konfesji, modlitwy i rozmowy oraz świadectwem przemiany duchowej wybitnego Doktora Kościoła6, z drugiej zaś swego rodzaju rozważaniami filozoficzno-teologicznymi7 nie mają właściwie odpowiedników ani w starożytnej, ani we wczesnonowożytnej historii literatury. Mimo iż Augustyn pozostawił bogactwo pism teologiczno-dogmatycznych, polemicznych, apologetycznych, egzegetycznych, katechetycznych i monastycznych (a nadto ponad pięćset mów i prawie trzysta listów!)8, to żadne z nich nie przekazuje nam tak wielu szczegółów biograficznych ani, co ważniejsze, nie odsłania tak głęboko sfery myśli i uczuć biskupa Hippony. Augustynowi, synowi obywatela rzymskiego Patrycjusza i chrześcijanki Moniki, przyszło przejść długą, ciernistą drogę w intelektualnym i duchowym poszukiwaniu Boga.
Wyznania to dzieło wysublimowane retorycznie i zadziwiająco spójne inwencyjnie, a przy tym skomponowane z niezwykłą przejrzystością i naturalnością toku myślowego. Jak zauważył Henri Rondet9, nie przypadkiem można odnieść wrażenie, iż każda fraza w całej katenie osobistych autorefleksji przypomina tu kolejne uderzenia pulsującego, „płonącego serca” (cor ardens)10, które razem dają wrażenie najgłębszej harmonii, choć skrępowanej dramatyzmem i nieustannymi porywami duszy. To właśnie retoryka była swoistą muzą młodości Augustyna, której powabowi dawał się zwieść, z niechęcią spoglądając na biblijne księgi proroków: „poddawany namiętnościom” sprzedawał „zwycięską sztukę gadulstwa”. Retorykę studiował w Tagaście, Madaurze i Kartaginie, a następnie wykładał ją w Rzymie i Mediolanie, doskonaląc pamięć na tekstach wielkich klasyków, co pozwoliło mu później okraszać swoje dzieła mniej lub bardziej zawoalowanymi inkrustacjami i aluzjami. Chociaż nauczyciel gramatyki, który przez długie lata kojarzył mu się z widokiem rózgi, zniechęcił go na dobre do greki11, to już lektura Eneidy i nieszczęścia Dydony wywołały u niego nieskrywane rozrzewnienie; potrafił cytować z pamięci setki, jeśli nie tysiące Wergiliuszowych fraz. Celował w ćwiczeniach zalecanych przez Kwintyliana w Institutio oratoria (Kształcenie mówcy), a zwłaszcza w transkrypcji prozą tekstu poetyckiego. Kiedy pewnego dnia podczas zajęć oddał płomienną mową gniew Junony, której nie udało się zawrócić z Italii króla Troi, całe audytorium obsypało go brawami – co zanotował sam Augustyn z nieskrywaną dumą. Słusznie Adalbert Hamman nazwał autora Wyznań „muzykiem słowa, czerpiącego ze swej klasycznej kultury wszelkie bogactwa języka, któremu nadał drugą młodość”12.
W kartagińskiej szkole za niedoścignionego mistrza sztuki oratorskiej uchodził Cyceron. To on właśnie, obok Wergiliusza, nauczył Augustyna „czarowania słowem”13. Pod wpływem dialogu Cycerona Hortenzjusz14 – który niestety nie zachował się do naszych czasów – Augustyn w roku 373 zapragnął zgłębiać filozofię. Miał nadzieję odnaleźć w niej prawdziwą mądrość:
Właśnie ta książka przeformowała całkiem moją postawę i zwróciła do Ciebie samego, Panie, moje prośby, zmieniła moje modlitwy i pragnienia. Nagle straciły dla mnie znaczenie wszelkie błahe nadzieje, rozpaliło się w moim sercu niewiarygodne pragnienie nieśmiertelnej mądrości i zacząłem się dźwigać z upadku, aby wrócić do Ciebie. Studiowałem tę książkę nie dla zdobycia doskonałości języka, którą, jak mi się wydawało, miałem osiągnąć za matczyne pieniądze – liczyłem sobie wtedy dziewiętnasty rok życia i dwa lata wcześniej zmarł mój ojciec – a więc studiowałem ją nie dla zdobycia doskonałości języka, bo przemówił mi do przekonania nie jej styl, lecz treść15.
Mimo że Augustyn prowadził często życie niezgodne z ewangeliczną moralnością (z niesakramentalnego, wieloletniego związku z kobietą o nieznanym nam imieniu, miał syna Adeodata)16, modlił się i postanowił bliżej poznać Pismo Święte. Niestety, okazał się wówczas jeszcze zbyt mało dojrzały i nazbyt pyszny, co sam przyznał po latach ze skruchą:
Postanowiłem studiować Pismo Święte, aby się dowiedzieć, jaką ma ono wartość. I oto przekonałem się, że są tam rzeczy niedostępne dla ludzi wyniosłych i niezrozumiałe dla dzieci. Z początku wydają się one przyziemne, ale dalej stopniowo okazują się wzniosłe i okryte tajemnicą. Nie byłem wtedy zdolny wnikać w ich znaczenie ani chylić przed nimi głowy w trakcie lektury. Gdy wówczas zagłębiałem się w Piśmie Świętym, nie myślałem, tak jak teraz to mówię, lecz wydawało mi się, że nie zasługuje ono na porównanie ze znakomitym dziełem Cycerona. Unosząc się pychą, odwracałem się bowiem z niechęcią od jego prostoty, a nie byłem na tyle bystry, by wniknąć w jego głębię. Ale Pismo Święte cechowało się tym, że wzrastało razem z prostaczkami, ja jednak uznałem za niegodne zaliczać się do prostaczków i w swej zarozumiałości sam wydawałem się sobie wielki17.
Wraz z rozczarowaniem lekturą Biblii oraz bezowocnym poszukiwaniem szczęścia i sensu życia przyszła złudna fascynacja manicheizmem, którego Augustyn był gorliwym wyznawcą przez dziewięć lat. Wreszcie pod wpływem listów św. Pawła (a szczególnie fragmentu Listu do Rzymian13, 13–14) i dzięki swemu mistrzowi, św. Ambrożemu18, a nade wszystko – jak sam podkreślał – dzięki łasce Boga19 (gratia Dei) porzucił fałszywą naukę, uwolnił się od „wysługiwania sprawom doczesnym” i podążył drogą Kościoła – późno, może nawet zbyt późno, jak wyznał w przepięknym hymnie:
Późno Cię pokochałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię pokochałem!Oto Ty byłaś wewnątrz mnie, a ja na zewnątrz i tam Cię szukałem.W mojej brzydocie zanurzyłem się w pięknych rzeczach, które stworzyłaś.Byłaś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą.Trzymało mnie z dala od Ciebie to, co jeśli nie byłoby w Tobie, wcale by nie istniało.Zawołałaś, krzyknęłaś i przerwałaś moją głuchotę.Zajaśniałaś, rozbłysłaś i rozproszyłaś moją ślepotę.Rozlałaś swą woń, wchłonąłem ją i tchnąłem ją ku Tobie.Skosztowałem, a teraz łaknę i pragnę.Dotknęłaś mnie i zapłonąłem pragnieniem Twojego pokoju20.
Kiedy Augustyn czuł się już zupełnie bezradny wobec swoich najlepszych pragnień, za którymi nie miał siły podążyć, i pozostawał żałosnym więźniem swoich cielesnych przyzwyczajeń (consuetudo carnalis)21, cudowne wezwanie – słynne Tolle lege, tolle lege!22 – które głos dziecka skierował do niego pewnego sierpniowego wieczoru 386 roku w mediolańskim ogrodzie, i to u stóp drzewa figowego23, przyniosło najcenniejszy owoc: w Wielkanoc 387 roku przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Parę lat później przyjął święcenia prezbiteratu, a w 396 roku był już biskupem i zwalczał w imię ortodoksji ówczesne herezje: manicheizm, arianizm, donatyzm i pelagianizm. Przekształcił swój dom biskupi w rodzaj klasztoru, gdzie w otoczeniu diakonów prowadził wyjątkową wspólnotę o apostolskim charakterze. Mimo częstych podróży pozostaje przykładem tytanicznej wprost pracy twórczej; nawet gdy przebywał w Cassiciacum, willi położonej na wsi i oddanej mu do dyspozycji przez przyjaciela Werekundusa, odkładał pióro właściwie tylko na modlitwę, dysputy filozoficzne z przyjaciółmi (które staną się potem zarzewiem słynnych Solilokwiów) i krótki sen24. Pisał: „Droga jest mi każda chwila”. Nie zapominajmy, że poglądy Augustyna ewoluowały na przestrzeni aż pięćdziesięciu pięciu lat jego działalności pisarskiej i duszpasterskiej. Na parę lat przed śmiercią w Retractationes (Sprostowania) poddał rewizji wszystkie swoje pisma z godną podziwu lojalnością i – chwilami chyba przesadną – surowością25.
Znamienne, że na określenie metanoi – przemiany wewnętrznej (zazwyczaj nazywanej w języku teologii nawróceniem)26 św. Augustyn używa w Wyznaniach dwóch różnych pojęć: po pierwsze – conversio, utożsamiając tym samym „nawrócenie” z reditus, czyli z „powrotem”, którego fundamentem jest humilitas – pokorna pobożność27; po drugie – salus „ocalenie, zbawienie”, odnosząc treść tego słowa do przypowieści o zagubionej owcy (Łk 15, 1–7) i do wspomnień o innych konwersjach, na przykład Alipiusza i Nebrydiusza28.
Jak słusznie zauważa Peter Brown, napisanie Wyznań, które Augustyn zaczął tworzyć w 397 roku, a ukończył prawdopodobnie początkiem roku 401, było w istocie ważnym aktem terapeutycznym – wyjątkowym zapisem leczenia wciąż jeszcze zranionej duszy29:
Nosiłem krwawiącą ranę w duszy, niecierpliwiąc się tym, ale nie umiałem wyszukać miejsca, gdzie mógłbym się podziać. Nie znajdowałem wytchnienia ani w uroczych gajach, ani w czasie zabaw i śpiewów, ani w pięknie pachnących ogrodach, ani wśród wystawnych uczt, ani na łożach miłosnych rozkoszy, ani wreszcie w księgach czy w poezji. Wszystko było dla mnie nieznośne, nawet światło słoneczne. Nic nie było dla mnie tym, czym był przyjaciel, i dlatego wszystko stało się przykre i wstrętne, prócz jęków i łez30.
Być może fakt, iż najintymniejsze wyznania przybrały u Augustyna formę modlitwy, są echem bardzo mu bliskiej przez wiele lat tradycji neoplatońskiej, a zwłaszcza myśli Plotyna31, który w Enneadach pisał: „Wpierw wezwijmy samego Boga na pomoc nie słowem rozgłośnym, lecz wytężywszy się duszą w strzelistej modlitwie ku Niemu, bo możemy się modlić w ten sposób sam na sam do Niego”32.
Wyznania odzwierciedlają bez wątpienia długi proces poszukiwania i odkrywania przez św. Augustyna natury Boga; Tego, który nigdy by go nie wyśmiał, w przeciwieństwie do człowieka, i który w swym miłosierdziu „rozpuścił jak lód” jego grzechy. To cordiloquium – głos serca i dramat w kilkunastu aktach człowieka przenikniętego poczuciem Bożej wszechobecności; werbalne urzeczywistnienie tęsknoty, aby najwyższą i jedyną Miłość Stwórcy, Jego „słodycz” i „radość” poznać i zrozumieć. Głos sumienia, a także bezpośredniość i szczerość ufundowanej na pokorze spowiedzi, paradoksalnie idzie tu o lepsze z dramatycznym, chwilami niemal obsesyjnym, namysłem33 nad własnym okaleczeniem na skutek grzechów popełnionych w przeszłości (nawet pozornie tak błahych jak otrząśnięcie gruszy); namysłem, od którego nie sposób się uwolnić:
Czegóż bowiem nie mogłem się dopuścić, skoro pokochałem występek dla niego samego? Przyznaję, że wszystko mi zostało odpuszczone – i to, co dobrowolnie popełniłem, i to, czego dzięki Tobie nie popełniłem34.
Confessiones to nie tylko arcydzieło w kategorii literackiego życiorysu duchowego i intelektualnego, w którym autor zdaje się obdarzać czytelnika (np. w księgach III i VII) zaufaniem, że zna idee neoplatońskie nie gorzej niż on sam. To również przeszywający czytelnika apel świata wewnętrznego i wyraz przekonania autora, iż człowiek, czyli „błoto” i „proch”, nie może nawet marzyć o odnalezieniu Boga, dopóki najpierw nie odnajdzie samego siebie: „Lecz gdzie ja byłem wówczas, kiedy Cię szukałem? Ty byłeś przede mną, a ja odszedłem nawet od siebie samego i nie mogłem siebie odnaleźć, a tym bardziej Ciebie!”35.
Nie bez powodu określa się niekiedy Wyznania mianem „historii uczuć” i „spowiedzi serca”, albowiem cor (serce) i affectus (uczucie, pragnienie) obok pojęcia Boga36 wydają się kluczowe dla zrozumienia tego dzieła: „Przeszyłeś nasze serca strzałami swojej miłości i nosiliśmy Twoje słowa utkwione głęboko w naszym wnętrzu”37. Łatwo zauważyć, że kwestia jakości ludzkich uczuć była dla Augustyna nieomal idée fixe38, stąd swoje emocje potrafił analizować z niesłychaną uczciwością i bez cienia litości dla swych dawnych postaw, zachowań i wyborów. Z wyjątkową wnikliwością studiował na przykład niebezpieczeństwa narodzin rozpaczy czy rozdzierający ból i smutek stanu żałoby, jak po śmierci swej najukochańszej matki, Moniki, która u progu śmierci nazwała go „czułym synem”. „Serce” staje się u niego synonimem „człowieka wewnętrznego” (homo interior): myśleć to rozmawiać ze sobą w sercu; „smak serca” pozwala rozkoszować się prawdą, zaś „oko serca” pozwala dostrzec i pielęgnować prawdziwe intencje oraz wartości:
Jedni z nich znają mnie osobiście, inni mnie nie znają, ale słyszeli coś ode mnie lub o mnie. Nie słyszą jednak mojego serca, gdzie jestem taki, jaki naprawdę jestem39.
Augustyńska duchowość jest pochodną jego antropologii, której podstawą pozostaje niezłomne przekonanie, iż Bóg zamieszkuje w sercu człowieka i jedynie On może je przeniknąć i zgłębić, a także przynieść ostateczne ukojenie40; nawet wtedy, kiedy grzesznik uczynił je zatrważającym pustkowiem41.
Perspektywę antropologiczną cechuje u św. Augustyna dynamiczne ujęcie natury rzeczywistości, w której dominującą rolę odgrywa miłość (dilectio, caritas, amor) jako najważniejszy wyznacznik ludzkiego działania i wiodąca siła człowieczego bytowania42, trwały element osobowości i naturalny „ciężar” (pondus), a raczej „siła ciążenia” – nieuchronne przeznaczenie w życiu każdego człowieka43. Kiedy Kartagina nęciła młodego Augustyna swoimi powierzchownymi urokami, jeszcze nie kochał nikogo, ale już „miłował miłowanie”44. Dobro pojawia się jedynie poprzez miłość; tak jak nie można nikogo przymusić do dobra, tak nie sposób nikogo zmusić do miłości. Parafrazując jeden ze słynniejszych passusów Wyznań45, można powiedzieć, że Bóg nie miłuje rzeczy, ponieważ są dobre, ale rzeczy są dobre, ponieważ Bóg je miłuje46.
Mimo imponującej wrażliwości językowej i wyczucia najdrobniejszych niuansów łacińskiej mowy, św. Augustyn w pełni miał świadomość, że nie zdoła własnymi słowami, nawet gdyby zawierały oszałamiające bogactwo retorycznych odniesień do tradycji filozoficznej Greków i Rzymian, oddać diapazon swoich uczuć bez posiłkowania się językiem Biblii (którą znał nieomal na pamięć!)47. Przede wszystkim korzystał z języka Psalmów, które w Wyznaniach otrzymują jakby nowe życie – w sercu człowieka, którym wciąż mimo gruntownej przemiany targają dramatyczne doznania: „Był to język człowieka przemawiającego do Boga zazdrosnego. Boga, który zawsze skłonny był «zawiesić» swoją «rękę» nad losami ludzi”48. Niezwykłą próbą połączenia języka biblijnego z filozoficznym może być w Wyznaniach opis wizji w Ostii, kiedy Augustyn starając się odtworzyć w sercu i pamięci rozmowę ze swoją matką na temat szczęścia, posługuje się terminami zaczerpniętymi z Plotyna, jednak w najistotniejszym momencie używa słowa cor na oznaczenie dyspozycji duszy, która kontempluje Mądrość.
28 sierpnia 430 roku św. Augustyn odmawiając psalmy pokutne, umierał w algierskiej Hipponie, u której bram stali już Wandalowie. Miał wówczas w pamięci urok otoczonej wonnymi lasami i gajami oliwnymi Tagasty, w której przyszedł na świat siedemdziesiąt sześć lat wcześniej. Jego przyjaciel, a zarazem autor pierwszej biografii Augustyna, Possydiusz z Kalamy zapisał, iż biskup Hippony nie pozostawił żadnej ostatniej woli, ponieważ jako biedak i sługa Boży nie miał czym rozporządzać49. Wandalowie spalili miasto, ale biblioteka Augustyna ocalała.
***
Francesco Petrarka przyznał u schyłku swego życia, iż lektura Wyznań bardzo go zmieniła. Choć nie był w stanie uwolnić się od wielu błędów przeszłości, nie gardził już świętymi księgami – co więcej, jak wyznaje: „to, co było w nich kiedyś tak odstraszające, poczęło stopniowo nęcić i pociągać ku sobie niegdyś niechętne i wzdragające się oczy. W końcu zacząłem kochać owe pisma i je podziwiać, nie tyle może szukając w nich kwiatów (…), co raczej zbierając ich owoce”50. Miejmy nadzieję, że genialne dzieło św. Augustyna, które polski czytelnik ma szczęście rozważać w nowym, inspirującym przekładzie nestora nauki polskiej i wybitnego znawcy filologii oraz kultury klasycznej, prof. Stanisława Stabryły, również nas skłoni do pogłębionej lektury Biblii oraz owocnego zamyślenia nad meandrami często zaskakujących, niezgłębionych przemian ludzkiego serca i umysłu:
Bo chociaż nikt „z ludzi nie wie, co jest w człowieku, tylko duch ludzki, który jest w nim samym” [1 Kor 2, 11], to jednak jest w człowieku coś, czego nie wie nawet ów duch, który jest w nim51.
prof. dr hab. Albert Gorzkowski
Wyznania
Podstawą niniejszego przekładu jest edycja krytyczna: S. Aureli Augustini, Confessionum libri XIII, ed. by M. Skutella, with correction by H. Jürgens and W. Schaub, Stuttgart 1969.
Ponieważ św. Augustyn nie korzystał na ogół z dokonania św. Hieronima, czyli Wulgaty (miał do niej rozmaite zastrzeżenia), lecz z wcześniejszych translacji starołacińskich (Vetus Latina, w tym przypadku tzw. versio Itala), a nadto nierzadko wprowadzał własny przekład, tłumaczenia fragmentów Pisma Świętego na język polski podajemy nie tylko za Biblią Tysiąclecia (wyd. 5, Poznań 2000), lecz częściowo także we własnym przekładzie.
1. „Wielki jesteś, Panie, i godny wielkiego uwielbienia. Wielka jest Twoja potęga, Twoja mądrość nieskończona” [Ps144, 3; 146, 5], a człowiek, który jest zaledwie cząstką Twojego stworzenia, pragnie Cię wielbić. Człowiek ten zmaga się ze swoją śmiertelną naturą i obnosi wszędzie dowód swojego grzechu, świadcząc przez to, że „Ty potępiasz pysznych” [Prz 3, 34; Jk4, 6]. A jednak człowiek, który jest tylko cząstką Twojego stworzenia, pragnie Cię wielbić, bo Ty sprawiasz, że znajduje niewymowną radość w wysławianiu Ciebie. Ty bowiem stworzyłeś nas dla siebie i niespokojne jest ludzkie serce, dopóki w Tobie nie zazna spokoju. Pozwól mi, Panie, poznać i zrozumieć, czy najpierw trzeba Cię wzywać, czy też wielbić. Ale kto będzie Cię wzywał, jeśli Cię wcześniej nie pozna? Ten, kto Cię nie zna, mógłby bowiem wtedy zamiast Ciebie wzywać kogoś innego. Czy raczej po to trzeba Cię wzywać, aby Cię poznać? „Ale jak będą mogli Cię wzywać ci, którzy w Ciebie nie uwierzyli? A jak uwierzą bez przewodnika duchowego?” [Rz10, 14]. Lecz „ci, którzy szukają Pana, będą Go wielbili” [Ps 21, 27]: ci, którzy szukają, znajdują Go, a znajdując, będą Go wielbili. Będę Cię szukał, Panie, wzywając Cię, i będę Cię wzywał, wierząc w Ciebie, ponieważ dano mi już Cię poznać. Wzywa Cię, Panie, moja wiara, którą mnie obdarowałeś i którą we mnie tchnąłeś przez człowieczeństwo Twojego Syna i dzięki pomocy przewodnika duchowego52.
2. A w jaki sposób mam wezwać mojego Boga i Pana, jeśli wzywając Go, będę Go w istocie wzywał do siebie samego? Czy jest we mnie takie miejsce, do którego mógłby przyjść mój Bóg? Z której strony miałby przyjść do mnie ten sam Bóg, który „stworzył niebo i ziemię” [Rdz 1, 1]? Czy w ogóle jest we mnie coś, mój Panie i Boże, co zdołałoby Cię pomieścić? Czy zdołają Cię pomieścić niebo i ziemia, które stworzyłeś i w których stworzyłeś także mnie? Skoro nic nie może istnieć bez Ciebie, czy we wszystkim, cokolwiek jest, musi być także miejsce dla Ciebie? A ponieważ ja również istnieję, po cóż mam prosić, abyś wszedł we mnie? Przecież bym nie istniał, gdyby Ciebie we mnie nie było. Nie ma mnie jeszcze w podziemnych czeluściach, a jednak Ty nawet tam jesteś. „Bo chociaż zstąpię do piekieł, Ty jesteś ze mną” [Ps138, 8]. Nie istniałbym, mój Boże, w ogóle nie byłoby mnie, gdybyś Ty nie był we mnie. Albo może bym nie istniał, gdybym nie był w Tobie, gdyż „z Ciebie jest wszystko, przez Ciebie wszystko, w Tobie wszystko” [Rz11, 36]. Tak, Panie, tak jest. Dokąd więc Cię wzywam, skoro jestem w Tobie? Albo skąd przyjdziesz do mnie? Dokąd się bowiem oddalę poza niebo i ziemię, by stąd do mnie przyszedł mój Bóg, który powiedział: „niebo i ziemię napełniam” [Jr 23, 24]?
3. Czy ziemia i niebo dlatego Cię mieszczą, że Ty je napełniasz? Napełniasz je, ale czy zostaje jeszcze ponadto jakaś część Ciebie, ponieważ nie zdołają Cię pomieścić? A gdy już napełniłeś niebo i ziemię, gdzie przelewasz pozostałą część siebie? A może nie potrzebujesz, by cokolwiek Cię obejmowało – Ciebie, który obejmujesz wszystko – gdyż napełniasz przez to, że obejmujesz? Naczynia, które są Ciebie pełne, wcale nie sprawiają, że stajesz się nieruchomy i stały, choćby bowiem uległy rozbiciu, Ty się nie rozlewasz. A jeśli się rozlejesz nad nami, nie upadasz, lecz nas podnosisz, nie rozpraszasz się, lecz nas zbierasz. Lecz czy wszystko to, co napełniasz, napełniasz całym sobą? Czy też dlatego, że nie może Cię pomieścić całego, obejmuje tylko część Ciebie i czy to wszystko równocześnie obejmuje tę samą część? Czy każda rzecz obejmuje odpowiednie części, większe obejmują większe, a mniejsze – mniejsze? Czy zatem jest jakaś większa część Ciebie i jakaś mniejsza? Czy jesteś wszędzie cały i nic nie może Cię w całości pomieścić?
4. Czym więc jesteś, mój Boże? Czym – pytam – jeśli nie moim Panem i Bogiem? „Kto jest bowiem Panem oprócz Pana lub kto jest Bogiem oprócz naszego Boga?” [Ps 17, 32]. Najwyższy, najlepszy, najpotężniejszy, nieskończenie wszechmogący, najmiłosierniejszy i najsprawiedliwszy, najbardziej ukryty i najbardziej jawny, najpiękniejszy i najmocniejszy, trwały i nieuchwytny, niezmienny i wszystko zmieniający, nigdy nie nowy i nigdy nie stary, odnawiający wszystko, „niepostrzeżenie przywodzący pysznych do upadku” [por. Hi 9, 5], zawsze działający i zawsze zachowujący spokój. Wszystko gromadzisz, a sam niczego nie potrzebujesz; nosisz, napełniasz, osłaniasz, tworzysz i żywisz, doskonalisz wszystko i wciąż szukasz, chociaż niczego Ci nie brak. Kochasz, ale się nie spalasz, jesteś gorliwy, ale spokojny, żałujesz nas, ale nie bolejesz, gniewasz się, ale panujesz nad sobą. Zmieniasz swe dzieła, ale nie swoje zamiary. Przyjmujesz to, co znajdujesz, ale nigdy nie zgubiłeś niczego, nigdy nie doznajesz niedostatku, ale cieszy Cię zysk. Nigdy nie okazujesz się chciwy, a jednak wymagasz odsetek. Ludzie dają Ci ponad miarę, abyś stał się ich dłużnikiem, ale któż ma coś, co nie byłoby Twoją własnością? Spłacasz długi, nie będąc nikomu nic winien, darowujesz należności, niczego nie tracąc. I co zdołaliśmy powiedzieć, mój Boże, moje Życie, moja święta Rozkoszy? Co może powiedzieć człowiek, gdy mówi o Tobie? Lecz biada tym, którzy nie głoszą Twej chwały, ponieważ są niemi, mimo że tyle mówią.
5. Kto sprawi, abym spoczął w Tobie? Kto sprawi, abyś wstąpił w moje serce i napełnił je sobą, abym zapomniał o moich grzechach i mógł objąć Ciebie, jedyne moje dobro? Czym jesteś dla mnie? Zmiłuj się nade mną i pozwól mi rozmawiać z Tobą. Czym ja sam jestem dla Ciebie, skoro każesz mi, abym Cię kochał, bo inaczej gniewałbyś się na mnie i groził mi wielkimi nieszczęściami? Czy już samo to, że bym Cię nie kochał, byłoby małym nieszczęściem? Biada mi! Powiedz mi, Panie Boże mój, przez miłosierdzie Twoje, kim jesteś dla mnie! „Powiedz mojej duszy: Ja jestem twoim Zbawieniem” [Ps 34, 3]! Mów tak, abym Cię słyszał! Oto, Panie, moje serce i uszy! Otwórz je i powiedz mojej duszy: „Ja jestem twoim Zbawieniem!”. Pobiegnę za Twoim głosem i pochwycę Cię! Nie kryj przede mną swego oblicza: niech umrę, abym nie umarł i mógł je ujrzeć [por. Ps 142, 7]!
Siedziba mojej duszy jest zbyt ciasna, abyś mógł do niej wejść. Powiększ ją. Grozi zawaleniem. Podeprzyj ją. Niejedno w niej razi Twoje oczy: nie kryję tego i wiem o tym. Lecz kto o nią zadba? Lub do kogo innego zawołam: „Oczyść mnie od mych ukrytych grzechów, a od cudzych zachowaj Twojego sługę, Panie!” [Ps 18, 13–14]? „Wierzę i dlatego mówię, Panie: Ty wiesz” [Ps115, 10 (1)]. „Czy nie wyznałem Ci, mój Boże, swoich grzechów przeciwko mnie samemu i czy nie wybaczyłeś niegodziwości mojego serca?” [Ps31, 5]. „Nie będę się sądził z Tobą” [Hi 9, 3], który jesteś Prawdą. Nie będę zwodził samego siebie, by mnie nie okłamywała moja nieprawość na moją własną szkodę [por. Ps26, 12]. Nie będę się więc sądził z Tobą, gdyż „jeśli weźmiesz pod uwagę nieprawości, Panie, kto wytrzyma taką próbę?” [Ps129, 3].
6. Pozwól mi jednak mówić w obliczu miłosierdzia Twego, chociaż jestem prochem i popiołem. Pozwól mi mówić, ponieważ mówię do Twojego miłosierdzia, a nie do mojego prześmiewcy. Może i Ty także śmiejesz się ze mnie, ale zlitujesz się, gdy na mnie spojrzysz. Jeśli chcę mówić, Panie, to dlatego, że nie wiem, skąd tu przyszedłem, do życia, jak to nazwę, kończącego się śmiercią czy do śmierci wiodącej do życia. Nie wiem. Znalazłem pokrzepienie w Twoim miłosierdziu, o czym dowiedziałem się od moich rodziców – bo sam tego nie pamiętam – którzy zrodzili moje ciało, a Ty je ukształtowałeś w swoim czasie. Pokrzepieniem było mi zatem mleko kobiece, którym przecież ani moja matka, ani karmicielki same nie napełniły sobie piersi. To Ty przez nie dałeś mi ten niemowlęcy pokarm według Twego planu, zgodnie z którym rozdzielasz Twoje bogactwa aż do najniższych form egzystencji. Ty także zadbałeś o to, bym nie łaknął więcej pokarmu, niż mi dawałeś, i sprawiłeś, że moje karmicielki chciały mi dawać to, co Ty im dałeś. Chciały więc, kierując się rozumnym uczuciem, udzielać mi tego, czym zostały obficie obdarzone przez Ciebie. Ich dobrem było moje dobro otrzymane od nich, choć nie od nich, ale raczej przez nie.
Wszelkie dobro od Ciebie pochodzi, mój Boże. Od Ciebie, mojego Boga, pochodzi także całe moje zbawienie. Zrozumiałem to dopiero później, gdy zacząłeś przemawiać do mnie wewnętrznymi i zewnętrznymi darami, których mi udzieliłeś. Wtedy umiałem jedynie ssać i uspokajać się pod wpływem pieszczot, a płakać, jeśli mi coś dolegało. I to wszystko.
Wkrótce zacząłem się także uśmiechać, najpierw przez sen, później na jawie. Tak mi opowiedziano, a ja łatwo w to uwierzyłem, ponieważ sam nie mogę pamiętać okresu mojego niemowlęctwa, widzę jednak, że tak właśnie się zachowują niemowlęta. Powoli zacząłem rozumieć, gdzie jestem, i chciałem przekazywać swoje życzenia tym, którzy mieli je spełniać, ale nie potrafiłem, bo moje życzenia były wewnątrz mnie, a oni na zewnątrz i nie umieli żadnymi zmysłami dotrzeć do mojej duszy. Wymachiwałem więc rękami i nogami, wydawałem jakieś dźwięki, starając się w ten sposób, jak mogłem i na ile potrafiłem, dać im poznać, czego chcę, ale i tak nie było to naprawdę zgodne z moimi życzeniami. Gdy nie osiągałem celu – albo dlatego, że mnie nie rozumiano, albo z obawy, że mogłoby mi to zaszkodzić – złościłem się na dorosłych, że nie są mi posłuszni, i na ludzi wolnych, że nie są na moje usługi. Płakałem wtedy, aby się na nich zemścić. Stwierdziłem, że takie same są inne niemowlęta, które poznałem. O tym, że ja także byłem taki, bardziej mnie przekonały te nieświadome niczego niemowlęta niż moi doświadczeni opiekunowie.
I oto dawno już odeszło w zaświaty moje niemowlęctwo, a ja wciąż jeszcze żyję. Ty zaś, mój Panie, żyjesz zawsze i nic w Tobie nie umiera, ponieważ Ty jesteś przed początkiem czasu i przed wszystkim, o czym można powiedzieć, że było wcześniej, Ty, Pan i Bóg wszystkiego, co stworzyłeś. W Tobie trwają przyczyny wszystkiego, co nietrwałe, w Tobie pozostają niezmienne źródła zmienności wszechświata i żyją wieczne zasady wszelkich chwilowych i przypadkowych zdarzeń.
Powiedz mi, pokornie Cię błagam, Boże miłosierny, powiedz Twemu nędznemu słudze, czy jakiś okres życia poprzedzał moje niemowlęctwo?53 Czy był to może ten czas, który spędziłem w łonie mojej matki? Bo i o tym coś słyszałem i sam widywałem ciężarne kobiety. Ale co było jeszcze wcześniej, Boże, Rozkoszy moja? Czy gdzieś istniałem i czy kimś byłem? Nie mam przecież nikogo, kto by mi o tym opowiedział. Nie potrafili mi tego wyjaśnić ani ojciec, ani moja matka, ani inni na podstawie własnych doświadczeń, ani wreszcie nie pomogła mi moja pamięć. Czy śmiejesz się ze mnie, że zadaję Ci takie pytania, i nakazujesz mi, bym Cię wielbił i oddawał Ci cześć tylko za to, co wiem, i wyznawał Ciebie? O Panie nieba i ziemi, wyznaję Cię, wielbiąc Cię za prapoczątek życia i za niemowlęctwo, którego nie pamiętam. Ty pozwoliłeś człowiekowi dowiedzieć się tego o sobie od innych, a także w wielu sprawach uwierzyć świadectwu piastunek. Tak więc byłem i żyłem, a pod koniec okresu mego niemowlęctwa zacząłem szukać znaków, którymi mógłbym przekazywać innym swoje doznania. Od kogo mogłaby się wywodzić taka istota, jeśli nie od Ciebie, Panie? Czy ktoś posiadł sztukę stwarzania samego siebie? Albo czy jest w nas choćby jeden przewód, którym z innego źródła niż z Ciebie wlewałyby się w nas byt i życie, Panie, nasz Stwórco? Dla Ciebie byt i życie nie różnią się między sobą, gdyż byt doskonały i życie doskonałe są jednym i tym samym.
Ty jesteś doskonały i nie zmieniasz się. Dzisiejszy dzień nie przemija w Tobie, a jednak w Tobie się kończy, gdyż w Tobie są wszystkie dni: nie miałyby którędy przechodzić, gdybyś ich nie obejmował. A ponieważ „Twoje lata nie zmierzają ku końcowi” [Ps 101, 28], lata Twoje są dniem dzisiejszym. Ile naszych dni i dni naszych ojców przeminęło już przez Twój jeden dzisiejszy dzień, otrzymując w nim swoją miarę i odpowiednią formę swego istnienia? Minie jeszcze wiele innych dni i one także otrzymają swoją miarę i odpowiednią formę istnienia. „Ty zaś wciąż jesteś ten sam” [Ps 101, 28] i wszystkie jutrzejsze i następne dni, a także wszystkie dni wczorajsze i jeszcze wcześniejsze dni będziesz dzisiaj stwarzał i dzisiaj stworzyłeś. Czy to moja sprawa, jeśli ktoś tego nie rozumie? Niech i on mimo wszystko się cieszy, mówiąc: „Co to znaczy?” [Wj 16, 15]. Niech i tak się cieszy, i niech większą będzie dlań radością, że nie znalazł odpowiedzi, ale Ciebie odnalazł, niż że znalazł odpowiedź, ale nie odnalazł Ciebie.
7. Wysłuchaj mnie, Boże! Biada ludziom za grzechy! Kiedy człowiek o nich mówi, litujesz się nad nim, ponieważ Ty go stworzyłeś, ale nie stworzyłeś w nim grzechu. Kto mi przypomni grzechy mojego niemowlęctwa? Nikt bowiem przed Twoim obliczem nie jest bezgrzeszny, nawet niemowlę, które żyje na ziemi zaledwie jeden dzień54. Kto mi przypomni? Czy może jakieś maleńkie dziecko, w którym teraz widzę to, czego sam nie pamiętam o sobie? Jaki więc grzech wówczas popełniłem? Czy ten, że zbyt chciwie rwałem się z płaczem do piersi z pokarmem? Gdybym teraz tak chciwie rwał się już nie do piersi, ale do pokarmu odpowiedniego do mojego wieku, całkiem słusznie by mnie wyśmiano i zganiono. Wtedy postępowałem więc w sposób naganny, ale ponieważ nie potrafiłbym zrozumieć nagany, to ani zwyczaj, ani rozsądek nie pozwalały mnie karcić. Dorastając, wykorzeniamy w sobie i porzucamy te dziecięce nawyki. Nie widziałem zaś nigdy rozsądnego człowieka, który coś oczyszczając, usuwałby także to, co dobre. Czy jednak ze względu na mój wiek mogło uchodzić za coś dobrego także to, że domagałem się z płaczem rzeczy dla mnie szkodliwych i bardzo się oburzałem, kiedy nie byli mi posłuszni ludzie wolni i starsi oraz moi rodzice, kiedy mądrzejsze ode mnie osoby nie chciały ulegać moim zachciankom? Wówczas starałem się, na ile potrafiłem, biciem sprawić im przykrość, ponieważ nie słuchali moich rozkazów, których spełnienie byłoby dla mnie zgubne. Tak więc niewinne jest nieporadne ciało niemowlęcia, a nie jego umysł55.
Sam przyglądałem się pewnemu małemu dziecku, które było zazdrosne. Jeszcze nie umiało mówić, a już blade ze złości rzucało gniewne spojrzenia na inne dziecko ssące mleko. Kto tego nie zna? Matki i mamki twierdzą, że potrafią jakimiś nieznanymi mi środkami wyplenić to zło. Ale czy i to może uchodzić za niewinność, że niemowlę u źródła obficie i szczodrze płynącego mleka nie może ścierpieć, by wspólnie z nim karmiono inne dziecko, które potrzebuje tego pokarmu i jedynie dzięki niemu żyje? Pobłażliwie wybacza się te dziecięce ułomności nie dlatego, że są drobne i bez znaczenia, ale dlatego, że – jak się zakłada – z wiekiem znikną. O ile można się na to zgodzić, o tyle jednak nie sposób spokojnie znosić te same wady u kogoś dorosłego.
Ty więc, Panie Boże mój, dałeś niemowlęciu życie i ciało, które – jak widzimy – zaopatrzyłeś w zmysły, złączyłeś członkami, obdarzyłeś piękną sylwetką i dla jego wszechstronnego zabezpieczenia ofiarowałeś mu wszystkie instynkty potrzebne żywej istocie. Ty, Panie, każesz mi Cię wielbić za Twoje dzieła, „wyznawać Cię i grać na cytrze, Najwyższy, na cześć Twego imienia” [Ps91, 2.4]. Ty bowiem już wtedy byłbyś Bogiem wszechmocnym i dobrym, gdybyś tylko to uczynił, a nikt inny uczynić tego nie może poza Tobą, o jedyny, który jesteś wzorem wszelkiej miary, o Najpiękniejszy, który wszystko kształtujesz i wszystko porządkujesz według Twego prawa. Z przykrością, Panie, dołączam do mojego życia ten okres, którego nie pamiętam, i jedynie wierzę temu, co mówią mi o nim inni i czego sam mogę się także domyślać – choć z dużą pewnością – widząc inne niemowlęta. Ten czas mojej niepamięci jest równie pogrążony w ciemności jak ten, w którym przebywałem w łonie matki. A jeżeli „zostałem poczęty w nieprawościach i żywiła mnie w grzechu moja matka w swoim łonie” [Ps 50, 7], to gdzie, Boże mój, gdzie ja, sługa Twój, Panie, gdzie i kiedy mógłbym być niewinny? Ale pomijam ten okres mojego życia, bo co ma on ze mną wspólnego, jeżeli żadnego jego śladu nie mogę znaleźć w pamięci?
8. Czy zmierzając do swego dzisiejszego wieku, nie wkroczyłem z niemowlęctwa w lata chłopięce? Lub raczej czy ten wiek chłopięcy nie przyszedł sam do mnie, następując po niemowlęctwie? Ale i ono nie odeszło, bo gdzie by się podziało? A jednak nie było go już wtedy. Nie byłem bowiem niemowlęciem niezdolnym do mówienia, lecz chłopcem, który już umie mówić. Pamiętam to, lecz dopiero później się dowiedziałem, w jaki sposób nauczyłem się mówić. Nie uczyli mnie bowiem tego starsi, podając mi pewne słowa w określonym porządku metodycznym, tak jak wkrótce potem litery, ale ja sam się tego nauczyłem za pomocą rozumu, który mi dałeś, mój Boże. Chciałem bowiem płaczem, różnymi okrzykami i ruchami ciała wyrażać swoje uczucia i sprawiać, by spełniano moje pragnienia. Nie mogłem jednak przekazać wszystkiego, co chciałem, ani też wszystkim, do których się zwracałem. Pomagałem sobie pamięcią: gdy dorośli nazywali jakąś rzecz, a równocześnie zwracali się w jej kierunku, obserwowałem to i zapamiętywałem, jak brzmiało słowo, które wymawiali, aby ją wskazać. O tym, czego chcą, świadczyły ruchy ich ciała, jakby jakiś wspólny wszystkim ludom naturalny język, który przemawia wyrazem twarzy, spojrzeniem, gestami i brzmieniem głosu, wskazując na stan umysłu, gdy się czegoś pragnie albo coś posiada lub odrzuca, albo czegoś unika. Słysząc słowa umieszczane w odpowiednich miejscach różnych zdań, powoli zaczynałem rozumieć, co oznaczają, i wypowiadałem przez nie swoje życzenia, przyzwyczaiwszy usta do artykułowania tych wyrazów. W ten sposób za pomocą znaków ujawniałem otoczeniu swoje pragnienia i wchodziłem głębiej w pełną emocji wspólnotę z ludźmi, zależny od władzy rodziców i woli starszych.
9. Mój Boże, iluż nieszczęść doświadczyłem, ileż razy mnie zwiedziono, gdyż przekonywano mnie w dzieciństwie, że dobrze żyć to znaczy być posłusznym tym, którzy doradzali, abym odniósł sukces w swojej epoce i wyróżnił się w sztuce wymowy dla zdobycia sławy i złudnych bogactw. Posłano mnie następnie do szkoły, abym zdobył wykształcenie, ale nie wiedziałem, biedny, jaki ma stąd być pożytek. Jeśli się nie przykładałem do nauki, brałem chłostę56. Starsi chwalili tę dyscyplinę i wielu naszych przodków zgotowało nam tę opłakaną drogę, którą musieliśmy przechodzić, pomnażając przez to nasze trudy i cierpienia potomków Adama.
Spotkałem tam jednak, Panie, ludzi modlących się do Ciebie, dzięki którym na miarę moich możliwości nabrałem przeświadczenia, że jesteś kimś wielkim i że nawet nie ukazując się naszym oczom, możesz nas wysłuchiwać i przychodzić nam z pomocą. Już bowiem jako dziecko zacząłem modlić się do Ciebie, „Obrono i Ucieczko moja” [Ps 17, 3], i moim niewprawnym językiem jako mały chłopiec z niemałym przejęciem prosiłem Cię, by mnie nie bito w szkole. A gdy nie wysłuchiwałeś mojej prośby, która dla mnie nie była czymś błahym, dorośli, a nawet moi rodzice – mimo że nie chcieli przecież, by mnie spotkało coś złego – nic sobie nie robili z tego bicia. Ale dla mnie było to wtedy bardzo ciężkim nieszczęściem.
Czy jest, Panie, ktoś tak wielki duchem, tak gorąco Ci oddany, czy jest – powtarzam – ktoś, kto pała do Ciebie tak głębokim uczuciem, żeby bagatelizował obcęgi, haki i różne tego rodzaju narzędzia tortur? Taka niewrażliwość może wynikać ze swoistej głupoty. A przecież ludzie na całym świecie zazwyczaj modlą się pełni trwogi, by się od tych rzeczy uchronić. Jeśli się kocha tych, którzy się tego straszliwie boją, to dlaczego nasi rodzice wyśmiewali się z katuszy, którym nas w dzieciństwie poddawali nauczyciele? My bowiem wcale nie mniej lękaliśmy się bicia i nie mniej błagaliśmy Ciebie, aby nas ono ominęło. Nie byliśmy jednak bez winy, gdyż za mało przykładaliśmy się do pisania i czytania, mniej myśleliśmy o nauce, niż od nas wymagano. Nie brakowało nam, Panie, ani pamięci, ani zdolności, którymi nas zechciałeś obdarzyć stosownie do naszego wieku. Ale z wielką przyjemnością oddawaliśmy się zabawie, a ci, którzy przecież robili to samo, karcili nas za to. Rozrywki dorosłych nazywa się zajęciami, a gdy dzieci coś takiego czynią, są karane przez starszych, i nikt nie lituje się ani nad dziećmi, ani nad nimi, ani nad jednymi i drugimi równocześnie. Chyba żaden rozsądny sędzia nie uzna, że zasługiwałem na cięgi, bo jako dziecko grałem w piłkę, a to przeszkadzało mi w szybkim postępie w nauce, za pomocą której jako człowiek dorosły mogłem się w jeszcze bardziej gorszący sposób zabawiać. A co innego czynił ten, który mnie bił? Jeśli w jakiejś drobnej kwestii naukowej zostałby pokonany przez swojego kolegę, czy nie uniósłby się jeszcze większym gniewem i większą zazdrością niż ja, gdy zostałem pokonany przez mojego towarzysza zabawy?
10. A jednak nie byłem bez winy, Panie Boże mój, Rządco i Stwórco wszystkiego na świecie z wyjątkiem grzechu, którego nie jesteś twórcą, lecz arbitrem. Panie Boże mój, grzeszyłem, postępując na przekór nakazom rodziców i owych nauczycieli. Mogłem bowiem później zrobić dobry użytek z nauk, do których poznania z tych czy innych pobudek zachęcali mnie moi najbliżsi. Nie dlatego nie byłem im posłuszny, że chciałem wybierać to, co lepsze, lecz wskutek mojej pasji sportowej. Lubiłem odnosić zwycięstwa w zawodach i napełniać sobie uszy złudnymi opowiastkami, aby się tym bardziej do tego zapalać. Taka sama ciekawość coraz silniej błyszczała w moich oczach, gdy patrzyłem na widowiska, które były rozrywkami dla dorosłych. Ci, którzy je organizują, obdarzeni tym zaszczytem tak bardzo się wyróżniają, że prawie wszyscy rodzice życzą go sobie dla swoich dzieci. Pozwalają jednak je bić, jeśli widowiska odciągają je od nauki, a przecież chcą, aby właśnie dzięki niej ich dzieci doszły do zaszczytu urządzania takich przedstawień. Spójrz na to, Panie, litościwie i zbaw nas, którzy już Cię wzywamy, a także zbaw tych, którzy jeszcze Cię nie wzywają, aby Cię wzywali i abyś ich zbawił.
11. Słyszałem jeszcze jako dziecko o obietnicy życia wiecznego, którą nam dał nasz Pan Bóg, zstępując w swojej pokorze na ziemię, pomimo naszej pychy. Otrzymałem znak Jego krzyża i poświęconą sól57 zaraz po wyjściu z łona matki, która pokładała w Tobie całą ufność. Widziałeś, Panie, jak pewnego dnia, gdy byłem jeszcze chłopcem, dostałem silnego bólu żołądka i ataku gorączki, tak że byłem bliski śmierci. Widziałeś, Panie mój, bo byłeś już moim opiekunem, jak żarliwie i z jaką wiarą domagałem się od mojej pobożnej matki i od Twojego Kościoła, matki nas wszystkich, chrztu w imię Twojego Syna Chrystusa, Boga i Pana mojego. A przerażona matka, która zrodziła moje ciało, tym gorliwiej troszcząc się w swoim czystym sercu, pełnym wiary w Ciebie, o moje wieczne zbawienie, czyniła pospieszne starania, abym został dopuszczony do zbawczych sakramentów i obmyty wodą święconą, wyznawszy Ciebie, Panie Jezu, na odpuszczenie grzechów – gdy nagle wyzdrowiałem. Opóźniło się więc moje oczyszczenie, jakby było konieczne – jeśli miałbym żyć – abym nadal tkwił w bagnie grzechów, gdyż widocznie po owym obmyciu chrzcielnym moja wina za brudne występki byłaby większa i groźniejsza niż przed chrztem.
Tak więc już wierzyłem, podobnie jak moja matka i cały dom oprócz ojca jedynie, który jednak nie zdołał przezwyciężyć we mnie wpływu matczynej pobożności i sprawić, bym nie wierzył w Chrystusa, tak jak on jeszcze weń nie wierzył. Matka bowiem bardzo się starała, abyś raczej Ty, mój Boże, był mi Ojcem niż on. Wspierałeś ją, by odniosła zwycięstwo nad mężem, któremu, będąc lepszą od niego, była posłuszna, ponieważ przez to także służyła Tobie, wypełniając Twe rozkazy.
Pytam Ciebie, mój Boże, bo chciałbym wiedzieć, jeśli taka jest także Twoja wola: w jakim celu mój chrzest został wtedy opóźniony? Czy dla mojego dobra zostały mi wówczas jakby poluźnione zapory powstrzymujące mnie od grzechu, czy też ich wcale nie poluźniono? Dlaczego więc nawet teraz ze wszystkich stron dochodzą do moich uszu słowa: „Pozwól mu na to! Nie jest jeszcze ochrzczony”? A przecież gdy chodzi o zdrowie ciała, nie mówimy: „Pozwól, niech ma większą ranę, bo jeszcze go nie wyleczono!”. O ileż więc byłoby lepiej, gdybym wyleczył się wówczas szybko i gdyby starania moich bliskich i moje własne sprawiły, żeby odzyskane przeze mnie zdrowie duszy, którą mnie obdarzyłeś, było bezpieczne pod Twoją opieką. Naprawdę, byłoby lepiej! Lecz ileż, i to jakże groźnych, pokus wydawało się kłębić wokół mnie, gdy wyrosłem z dzieciństwa! Matka wiedziała o nich dobrze i wolała narazić na nie tworzywo, z którego miałem później być uformowany, niż mój wizerunek, kiedy będę już dojrzały.
12. W samym okresie dzieciństwa, w którym mniej się o mnie obawiano niż w okresie młodzieńczym, nie lubiłem nauki i nie cierpiałem, kiedy mnie do niej zmuszano. A jednak zmuszano mnie i było to dla mnie dobre, chociaż nie postępowałem dobrze. Gdyby mnie nie zmuszano, wcale bym się nie uczył. Nikt wszakże nie czyni dobrze wbrew swej woli, choćby to, co czyni, było dobre. I zmuszający mnie też nie czynili dobrze, lecz stało się to dla mnie dobre dzięki Tobie, mój Boże. Nie wnikali oni bowiem w to, jak wykorzystam tę naukę, do wchłaniania której mnie zmuszali, chodziło im tylko o to, abym zaspokoił nienasyconą żądzę nędznego bogactwa i haniebnej sławy. Ty zaś, przez którego „policzone są nawet nasze włosy” [Mt 10, 30], posłużyłeś się dla mojego pożytku błędem tych wszystkich, którzy się usilnie domagali, abym się uczył. Użyłeś mojej niechęci do nauki jako kary dla mnie, która mi się w pełni należała, gdyż byłem małym chłopcem, a wielkim grzesznikiem. I tak oto przez tych, którzy nie czynili dobra, uczyniłeś dla mnie dobro i ściągnąłeś na mnie sprawiedliwą odpłatę za grzechy. Tak bowiem zarządziłeś i tak jest, że nieład duszy jest dla niej samej karą.
13. Do dziś niezupełnie pojmuję, z jakiego powodu nienawidziłem języka greckiego, którego mnie uczono od najmłodszych lat. Polubiłem natomiast łacinę, ale nie tę, której nauczają na samym początku, tylko tę, którą wykładają nauczyciele literatury zwani gramatykami58. Ten okres nauki, kiedy się uczy czytać, pisać i liczyć, uważałem za nie mniej męczący i dolegliwy niż całą grekę. Skąd się to jednak brało, jeśli nie z grzechu i z marności tego życia, gdyż byłem „ciałem i tchnieniem, które idzie i nie wraca” [Ps 77, 39]? Lepsze bowiem w każdym razie, bo pewniejsze, były tamte początki: dzięki nim zrodziła się we mnie, powstała i trwa ta zdolność, która sprawia, że kiedy znajdę jakiś tekst, potrafię go przeczytać, a i sam coś napiszę, jeśli zechcę. Lepsze to oczywiście i pewniejsze niż lekcje, na których mnie zmuszano, abym pamiętał o tułaczym błądzeniu jakiegoś Eneasza59 i płakał nad śmiercią Dydony, która się zabiła z miłości60, podczas gdy ja sam, nieszczęsny, zapomniawszy o własnych błędach, patrzyłem suchymi oczyma, jak pogrążony w tych naukach umieram dla Ciebie, Boże, Życie moje!
Cóż bowiem może być nieszczęśliwszego od nieszczęśnika, który nie lituje się nad samym sobą, a opłakuje śmierć Dydony z powodu miłości do Eneasza? Od nieszczęśnika, który nie płacze nad własną śmiercią wskutek braku miłości do Ciebie, Boże, Światłości mojego serca, Chlebie żywiący moją duszę, Potęgo zapładniająca mój umysł i strumień moich myśli? Nie kochałem Cię i „cudzołożyłem z dala od Ciebie” [Ps 72, 27], a wokół cudzołożnika zewsząd było słychać: „Świetnie! Brawo!”. Cudzołóstwo przeciwko Tobie bardzo się podoba światu i woła się wtedy: „Świetnie! Brawo!”, aby się wstydził ten, kto nie jest taki. I nie płakałem nad tym, lecz płakałem nad Dydoną, która „przebiwszy się mieczem, poniosła śmierć”61, choć i ja, zapomniawszy o Tobie, chciałem dosięgnąć najniższych części stworzenia i sam będąc ziemią, spieszyłem do ziemi. Ale gdyby zabroniono mi to czytać, ubolewałbym, bo nie mógłbym czytać tego, nad czym bym ubolewał. Takie szaleństwo uchodzi za naukę szlachetniejszą i płodniejszą niż tamta, dzięki której potrafię czytać i pisać.
Lecz niech mój Bóg odezwie się teraz w mojej duszy i niech przemówi do mnie Jego prawda: „To nie tak. To nie tak”. Ta początkowa nauka jest bezsprzecznie lepsza, bo oto jestem bardziej skory zapomnieć o wędrówkach Eneasza i wszystkich tego rodzaju opowieściach niż o czytaniu i pisaniu. Przy wejściach do szkół gramatycznych62 wiszą wprawdzie zasłony, ale nie tyle z szacunku dla tajemnicy, co dla ukrywania błędów. Niech mnie nie gromią ci, których już się nie boję, gdy dusza moja Tobie, mój Boże, wyznaje, czego pragnie, i gdy z przekonaniem potępiam moje niegodziwe drogi, aby ukochać Twoje drogi godziwe. Niech mnie nie gromią ci, którzy sprzedają lub kupują wiedzę gramatyczną, jeśli bowiem postawię im pytanie, czy to prawda, że – jak mówi poeta63 – Eneasz przybył niegdyś do Kartaginy, mniej wykształceni odrzekną, że nie wiedzą, a nawet bardziej wykształceni zaprzeczą, że to prawda. Jeśli natomiast zapytam, jakimi literami pisze się imię „Eneasz”, wszyscy, którzy się tego nauczyli, odpowiedzą zgodnie z prawdą, że stosownie do ustalonych między ludźmi zasad pisowni. A jeśli zapytam, czego z większą stratą dla swojego życia można by zapomnieć: czytania i pisania czy owych poetyckich fikcji, to jest jasne, co odpowie każdy, kto nie postradał zmysłów. Grzeszyłem więc, gdy jako dziecko z upodobaniem stawiałem wyżej owe bezwartościowe wymysły niż pożyteczniejsze nauki albo raczej gdy tych nienawidziłem, a tamte kochałem. A już szczególnie obmierzły był dla mnie wierszyk: „Jeden i jeden to dwa, a dwa i dwa to cztery”. Natomiast najprzyjemniejszym, ale jałowym widowiskiem był drewniany koń, pożar Troi i cień samej Kreuzy64.
14. Dlaczego więc nienawidziłem literatury greckiej, która opiewa podobne wydarzenia? Przecież i Homer potrafi zręcznie snuć takie zmyślone opowieści i jest w bardzo przyjemny sposób banalny, a dla mnie w dzieciństwie było to przykre. Jestem pewny, że dla greckich dzieci taki jest też Wergiliusz, gdy muszą go czytać tak jak ja Homera. Prawdę mówiąc, trudność taka – w ogóle trudność nauczenia się obcego języka – jakby zaprawiała żółcią wszelkie uroki bajecznych opowieści greckich. Nie znałem bowiem z greki ani słowa i zmuszano mnie postrachem i groźbą okrutnych kar, abym ją przyswoił. Wprawdzie niegdyś jako niemowlę także nie znałem żadnych słów łacińskich, ale natężając uwagę, nauczyłem się ich bez jakiegokolwiek strachu i męki, wśród pieszczot piastunek, żartów i wesołych uśmiechów tych, którzy się ze mną bawili. Nauczyłem się ich więc bez groźby kary i bez przymusu, gdyż własne serce skłaniało mnie do wyrażania moich myśli. Nie byłoby to możliwe, gdybym się nie nauczył pewnych słów nie od nauczycieli, ale od tych, którzy ze mną rozmawiali i którym sam chciałem przekazać to, co czułem.
Widać więc z tego jasno, że silniejsze oddziaływanie ma w nauce niczym nieskrępowana ciekawość niż przymus połączony z obawą. Ale właśnie on ogranicza ją Twoimi prawami, które – od rózeg nauczycieli aż po tortury męczenników – potrafią przejąć nas zbawienną goryczą, z powrotem przywodząc nas ku Tobie od zgubnej rozkoszy, przez którą odstąpiliśmy od Ciebie.
15. Wysłuchaj, Panie, mojej modlitwy: niech moja dusza nie słabnie w posłuchu Twojej nauki, niech nie słabnę w wyznawaniu Twego miłosierdzia, w którym wyrwałeś mnie ze wszystkich moich najgorszych grzechów. Obyś stał się przez to dla mnie słodszy niż wszelkie atrakcje, za którymi się uganiałem. Obym kochał Cię najgoręcej i obym całym sercem przywarł do Twojej prawicy. Zachowaj mnie od wszelkich pokus aż do końca życia.
Oto bowiem, Panie, Królu i Boże mój, niech służy Ci wszystko, czego z pożytkiem nauczyłem się w dzieciństwie, niechaj Ci służy to, co mówię i piszę, i czytam, i liczę, bo gdy się uczyłem rzeczy nieprzydatnych, Ty mi dawałeś prawdziwą naukę i przebaczałeś moje grzeszne zamiłowanie do tych niedorzeczności. Nauczyłem się wprawdzie przy tym wielu użytecznych słów, ale można było się ich nauczyć, nie zajmując się niedorzecznościami. I to jest właśnie bezpieczny szlak, którym dzieci powinny podążać.
16. Biada ci, rzeko ludzkiego zepsucia! Kto ci się oprze? Kiedy wreszcie wyschniesz? Jak długo jeszcze będziesz toczyła synów Ewy ku ogromnemu i straszliwemu morzu, przez które z trudem przeprawiają się nawet ci, którzy wespną się na drzewo65? Czy to nie w twoim nurcie dowiedziałem się o Jowiszu, który i grzmi, i cudzołoży? A przecież nie mógłby czynić tych dwóch rzeczy naraz. Zostało to wymyślone, aby prawdziwe cudzołóstwo znalazło wzór do naśladowania, a miały zachęcać do tego fałszywe grzmoty.
Który z nauczycieli w długich narzutkach66 mógłby cierpliwie słuchać człowieka ulepionego z tej samej gliny, gdy woła: „Homer zmyślał i przenosił na bogów to, co cechowało ludzi; wolałbym jednak, by nam przypisał to, co boskie”?67 Lecz słuszniej byłoby twierdzić, że Homer wprawdzie zmyślał i przenosił ludzkie błędy na bogów, ale zmyślał przez to, że występnym ludziom przypisywał znamiona boskości, aby występków nie uważano za występki i aby się wydawało, że każdy, kto je popełnia, nie naśladuje występnych ludzi, tylko bogów.
A jednak, piekielna rzeko, ludzie rzucają w twe nurty swoje dzieci i płacą, aby się tego uczyły. I jest to wielka uroczystość, gdyż odbywa się to publicznie na forum pod nadzorem praw, które ustalają prócz opłaty od uczniów stałe pensje dla nauczycieli. A ty, rzeko, uderzasz o nadbrzeżne skały i w twoim szumie słychać wołanie: „Tutaj uczy się właściwych słów, tutaj zdobywa się sztukę wymowy, tak niezbędną do przekonywania i wyrażania myśli”. Nie poznalibyśmy zatem takich słów, jak „złoty deszcz”, „łono”, „uwiedzenie”, „sklepienie niebieskie” i innych zapisanych w tym tekście, gdyby Terencjusz nie wprowadził na scenę młodego nicponia, który za przykład nierządu bierze sobie Jowisza. Chłopak patrzy wtedy na jakiś fresk „przedstawiający Jowisza, który – jak mówią – spuścił złoty deszcz na łono Danae, aby ją uwieść”68. I proszę, jak młodzieniec wzbudza w sobie żądzę, jakby czerpiąc naukę z nieba:
I co to za bóg! To on wstrząsa sklepienie niebieskiepotężnym gromem.A ja, człeczyna, tego bym nie potrafił,ale to, co tu widzę, zrobiłem, i to z ochotą!69
Ta rozwiązłość bynajmniej nie ułatwia uczenia się takich słów, ale przez nie śmielej popełnia się rozwiązłe czyny. Nie obwiniam słów, gdyż są jakby wybornym i drogocennym naczyniem, lecz obwiniam zatrute błędem wino, którym częstowali nas pijani nauczyciele, a jeśli nie chcieliśmy pić, bito nas i nie wolno nam było się odwołać do jakiegoś trzeźwego sędziego. A jednak, mój Boże, wobec którego mogę już teraz bezpiecznie to wspominać, chętnie się tego uczyłem, bo znajdowałem w tym, nieszczęsny, przyjemność, i dlatego uważano mnie za dziecko bardzo dobrze się zapowiadające.
17. Pozwól mi, mój Boże, powiedzieć, na jakie głupstwa marnowałem swój talent, który jest Twoim darem. Postawiono przede mną zadanie, które wprawiło mnie w niemały niepokój, gdyż mogłem się spodziewać albo pochwał w nagrodę, albo wstydu i chłosty. Miałem mianowicie ułożyć i wygłosić mowę Junony zagniewanej i żalącej się, że nie może odpędzić od brzegów Italii wodza Trojan70. Nigdy nie słyszałem słów Junony, lecz zmuszano mnie do podążania krętymi ścieżkami poetyckich fantazji i do wygłaszania prozą tego, co poeta napisał wierszem. Z większym uznaniem spotykał się ten uczeń, który w swojej deklamacji trafniej zdołał oddać uczucia gniewu czy cierpienia zgodnie z osobowością przedstawianej postaci i ubrać jej myśli we właściwe słowa.
I co mi z tego przyszło, Boże mój, moje prawdziwe Życie, że oklaskiwano mnie za te recytacje bardziej niż wielu moich rówieśników i kolegów? Czy to wszystko nie było tylko zwiewnym dymem i wiatrem? Czy nie było żadnego innego tematu, w którym bym mógł kształcić swój umysł i język? Twoja chwała, o Panie, Twoja chwała głoszona w Twych Pismach byłaby wówczas podporą mojego młodego serca i nie zostałoby ono przez te bezwartościowe błazeństwa uwiedzione jak nędzna zdobycz dla przelotnego ptactwa. Na różne sposoby bowiem składa się ofiary upadłym aniołom.
18. Co więc dziwnego, że wciągnęły mnie te brednie i oddalałem się od Ciebie, mój Boże, gdy mi stawiano za wzór ludzi, którzy opowiadając o swoich dobrych uczynkach, czuli się zawstydzeni, jeśli ich ganiono za użycie barbaryzmu lub solecyzmu71, chełpili się natomiast, jeśli ich chwalono za to, że poprawnymi, dobrze zbudowanymi zdaniami szeroko i wymownie opowiadają o swojej rozpuście?
Widzisz to, Panie, i milczysz, cierpliwy i pełen prawdziwego miłosierdzia [por. Ps 102, 8; 85, 15]. Czy jednak zawsze będziesz tak milczał? Oto już teraz wyrywasz z najstraszniejszej otchłani duszę szukającą Ciebie i spragnioną rozkoszy przebywania z Tobą. Mówi ona: „Szukałam, Panie, Twego oblicza, i będę nadal szukała Twego oblicza” [Ps26, 8]; bo tkwiąc w mrokach namiętności, daleko byłem od Twego oblicza. Od Ciebie bowiem się nie odchodzi i nie powraca się do Ciebie pieszo. Rzecz nie polega na odległości w przestrzeni. Twój syn marnotrawny [por. Łk 15, 11–32] nie zabiegał przecież o konie ani o rydwan, ani o statek, ani nie odleciał na widzialnych skrzydłach, ani też nie przebył tej drogi piechotą, aby żyjąc rozrzutnie w odległej krainie, roztrwonić to, co mu dałeś, gdy wyruszał w drogę. Wtedy byłeś dla niego czułym Ojcem, ale okazałeś się jeszcze bardziej czuły, gdy wrócił jako nędzarz.
Ulegać więc żądzy znaczy żyć w mroku i z dala od Twego oblicza.
Spójrz, Panie, tak cierpliwie jak zawsze, spójrz, Boże mój, jak pilnie rodzaj ludzki przestrzega przejętych od dawnych mówców zasad wymowy głosek i sylab, a jak lekceważy przejęte od Ciebie przykazania konieczne do wiecznego zbawienia. To zupełnie tak, jakby ktoś, kto się trzyma dawnych zasad wymowy lub ich naucza, budził większą niechęć, gdy wbrew prawidłom gramatycznym wymówi wyraz homo bez aspiracji w pierwszej sylabie72, niż gdy wbrew Twoim przykazaniom nienawidzi bliźniego. Albo jest tak, jakby ktoś sądził, że wróg jest dla niego bardziej szkodliwy niż sama nienawiść, jaką do niego żywi, lub jakby prześladując bliźniego, uważał, że wyrządza mu większą szkodę niż własnemu sercu, które niszczy swoją nienawiścią. Z pewnością znajomość języka nie jest głębsza niż trwała świadomość, czym jest czynienie bliźniemu tego, czego nikt sam nie chciałby znosić. Jakże jesteś tajemniczy, Boże jedyny i wielki, który w milczeniu przebywasz na wysokościach i który według nieuchronnego prawa jako karę za zakazane żądze zsyłasz zaślepienie. Tymczasem człowiek, który dąży do sławy jako mówca, stojąc w otoczeniu tłumu przed sędzią i prześladując swojego wroga z zawziętą nienawiścią, bacznie się wystrzega, by nie powiedzieć przez pomyłkę inter hominibus73, a nie wystrzega się tego, by przez swoją szaleńczą porywczość nie wykluczyć człowieka z ludzkiej społeczności.
19. Nieszczęsny chłopczyna, wkroczyłem w świat, w którym panowała taka moralność, i musiałem ćwiczyć na takiej arenie, bardziej obawiając się popełnić barbaryzm, niż strzegąc się, by nie zazdrościć tym, którzy go nie popełnili. Mówię i wyznaję Ci, mój Boże, to, za co chwalili mnie ci, którym podobać się było wtedy dla mnie tym samym, co żyć uczciwie. Nie dostrzegałem wówczas, w jaką otchłań ohydy „zostałem wtrącony sprzed Twojego oblicza” [Ps 30, 23]. Cóż bowiem mogło być w Twoich oczach ohydniejszego ode mnie, skoro nie podobałem się nawet ludziom tego samego co ja pokroju, gdyż ciągle kłamiąc, oszukiwałem mojego wychowawcę, nauczycieli i rodziców, ogarnięty żądzą zabawy, zamiłowaniem do bezsensownych widowisk i nienasyconą chęcią ich naśladowania.
Dopuszczałem się też kradzieży ze spiżarni lub ze stołu moich rodziców – pod wpływem łakomstwa albo chcąc w ten sposób zapłacić chłopcom, którzy sprzedawali mi swój udział w zabawie, chociaż znajdowali w niej nie mniejszą przyjemność niż ja. Nawet w tych grach, owładnięty pustą chęcią wynoszenia się nad innych, często polowałem na oszukańcze zwycięstwa. Dlaczego nie chciałem tego znieść, jeśli kogoś schwytałem na oszustwie, i surowo zganiłem go za to, co sam czyniłem innym? Gdy natomiast to mnie schwytano na gorącym uczynku i zganiono, raczej byłem gotowy wpaść w złość niż ustąpić. Czy to jest ta dziecięca niewinność? Nie, Panie, z pewnością nie. Przebacz mi, mój Boże! Nic się tu bowiem nie zmienia, z upływem czasu przechodzimy jedynie – porzucając orzechy, piłki i wróble – od wychowawców i nauczycieli pod władzę prefektów i królów, do złota, posiadłości, niewolników. W miarę jak przybywa nam lat, wszystko to następuje kolejno, tak jak po chłoście przychodzą surowsze kary. Tak więc, nasz Królu, uznałeś słabość dziecięcą za symbol pokory w słowach „do takich należy królestwo niebieskie” [Mt 19, 14].
20. Tobie jednak, Panie, największemu, najlepszemu Stwórcy i Władcy wszechświata, naszemu Bogu, składam dzięki, choćbyś zechciał dać mi tylko dzieciństwo. Istniałem przecież wtedy, żyłem i odczuwałem, troszczyłem się o swoją nienaruszalność, ten ślad najtajniejszej jedności, z której się narodziłem. Instynktownie strzegłem zdrowia moich zmysłów, radowałem się prawdą nawet w krótkich refleksjach na temat drobiazgów. Nie chciałem, by mnie oszukiwano, miałem znakomitą pamięć, uczyłem się wymowy, korzystałem z uroków przyjaźni, unikałem bólu, przygnębienia, niewiedzy. Co w takiej młodej istocie nie jest godne zachwytu i pochwały? A wszystko to dary mojego Boga, bo nie ja sam je sobie dałem, i są to prawdziwe dobra, a ja jestem tym wszystkim. Ten, który mnie stworzył, jest dobry. On sam jest moim dobrem. Jemu z radością dziękuję za wszystkie dobra, które otrzymałem w dzieciństwie. Grzeszyłem w tym, że szukałem szczęścia, wzniosłości, prawdy nie w Nim samym, lecz w Jego stworzeniach, w sobie oraz w innych rzeczach, i przez to narażałem się na cierpienie, kłopoty i błędy. Składam Ci dzięki, Rozkoszy moja i Ozdobo, Ufności moja, Boże mój, dzięki za Twoje dary. Lecz Ty ocal je dla mnie, przez to bowiem mnie ocalisz, Twoje dary pomnożą się i udoskonalą, a ja sam będę z Tobą, ponieważ i to, że jestem, to Twój dar.
1. Chcę rozpamiętywać moje dawne nieprawości i zepsucie zmysłowe mojej duszy – nie dlatego, że je miłuję, ale aby ukochać Ciebie, mój Boże. Robię to z miłości do Twojej miłości, przypominając sobie haniebne ścieżki mojego życia, abyś Ty, Słodyczy niezawodna, Słodyczy szczęśliwa i spokojna, osłodził mi gorycz tego rozważania. Podnoszę się po załamaniu, w którym daremnie tkwiłem rozdarty, gdy odwróciwszy się od Ciebie jedynego, marniałem pośród błahych spraw. Niegdyś w młodości rozpaliła się we mnie żądza piekielnych rozkoszy i odważyłem się wkroczyć w dziki gąszcz różnych potajemnych miłostek. I tak zniknęła moja uroda i stałem się w Twoich oczach zgnilizną, podobając się jedynie sobie i pragnąc podobać się ludziom.
2. W czymże innym znajdowałem rozkosz jak nie w tym, że kochałem i byłem kochany? Nie zachowywałem jednak miary we wzajemnych związkach dusz, wykraczając wyraźnie poza granice przyjaźni. Z grzęzawiska pożądliwości zmysłowej i z wrzącego źródła mojej młodzieńczości unosiły się opary, które tak zasłaniały ciemną chmurą moje serce, że nie można było odróżnić czystej miłości od mrocznej żądzy. Obydwie, zmieszane ze sobą, burzyły się we mnie, porywały słabego młodzieńca na bezdroża namiętności i pogrążały w otchłani występków. Wzbierał Twój gniew na mnie, ale nie wiedziałem o tym. Ogłuchłem w śmiertelnych okowach mojej doczesności – była to kara za pychę, która owładnęła moją duszą i coraz bardziej się oddalałem od Ciebie, a Ty pozwalałeś na to. Tarzałem się i nurzałem w rozpuście, dyszałem nią, a Ty milczałeś. O późna Radości moja! Milczałeś wówczas, a ja w pełnym pychy wykluczeniu, dręczony niepokojem odchodziłem od Ciebie coraz dalej i dalej, gdzie było coraz więcej bezowocnych ziaren bólu.
![Wyznania św. Augustyn [ebook] - św. Augustyn z Hippony - ebook](https://files.legimi.com/images/6d7c7daa9a4f1c71c821f8ed07a97718/w200_u90.jpg)