Wszystko o namiętności - Stephanie Laurens - ebook

Wszystko o namiętności ebook

Stephanie Laurens

0,0

Opis

Francesca Rawlings, piękność o południowej urodzie, jest dziedziczką niewielkiego majątku, który kiedyś stanowił część posiadłości należącej obecnie do harbiego Chillingworth, przyjaciela rodziny Cynsterów i zagorzałego wroga małżeństwa. Hrabia postanawia zawrzeć związek małżeński z rozsądku z kobietą przeciętnej urody, która zapewni mu potomstwo i z założenia nie będzie zazdrosna o kochanki, z których hrabia nie chce zrezygnować. Wskutek nieporozumienia zaczyna się ubiegać o rękę panny Rawlings, sądząc, że to cicha niepozorna blondynka, a przy tym jest zafascynowany urodą Franceski, którą uważa za przyjaciółkę panny Rawlings. Komedia omyłek zostaje rozwiązana dopiero przy ołtarzu. 

 

Cykl: Cynsterowie, t. 7 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Golniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystko o namiętności

przełożyłaIwona Chamska

Warszawa 2005

Tytuł oryginału: All About Passion

Projekt okładki: Beata Kulesza DamaziakKorekta: Alicja Chylińska

Copyright © 2001 by Savdek Management Proprietory Ltd. Copyright © 2005 for the Polish translation by Wydawnictwo „bis

ISBN: 83-89685-45-0

Wydawnictwo „bis”

ul. Lędzka 44a01-446 Warszawatel. (0-22) 877-27-05, fax (0-22) 837-I0-84

[email protected]

Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.

Rozdział 1

Londyn, sierpień 1820

- Dobry wieczór, milordzie. Pański wuj przyjechał. Oczekuje na pana w bibliotece.

Gyles Frederick Rawlings, piąty hrabia Chillingworth, zatrzymał się na chwilę, zdjął płaszcz, potem wzruszył ramionami i upuścił okrycie na wyciągnięte dłonie kamerdynera.

- Ach, tak.
- Lord Walpole ma zamiar wkrótce wrócić do zamku Lambourn. Był ciekaw, czy ma pan wiadomość dla pani hrabiny.
- Innymi słowy - mruknął Gyles, poprawiając rękawy - chce usłyszeć najświeższe plotki, ponieważ nie śmie wrócić do mamy i ciotki bez wiadomości.
- W rzeczy samej, milordzie. Wcześniej był również pan Waring. Upewniwszy się, że wróci pan dziś wieczorem, zostawił wiadomość, że czeka na spotkanie z waszą lordowską mością w najbliższym, odpowiadającym panu terminie.
- Dziękuję, Irving. - Gyles wszedł do holu. Frontowe drzwi zamknęły się za nim bezgłośnie, popchnięte przez milczącego lokaja. Zatrzymał się pośrodku zielono-białej mozaiki pokrywającej podłogę i odwrócił w stronę Irvinga, który, jak spowite w czerń uosobienie cierpliwości, czekał na jego rozkazy. - Wezwij Waringa. - Zatrzymał się i dodał: - Zważywszy na późną godzinę, poślij lepiej powóz z lokajem.
- Bezzwłocznie, milordzie.

Inny, bezszelestnie poruszający się lokaj otworzy! drzwi do biblioteki i Gyles wszedł do środka. Jego wuj, Horacy Walpole, siedział na szezlongu, z nogami wyciągniętymi przed siebie, z kieliszkiem brandy w dłoni opróżnionym do połowy. Otworzył jedno, a potem drugie oko i usiadł prosto.

- A, jesteś, mój chłopcze, już myślałem, że będę musiał wracać bez plotek, a zważywszy tego konsekwencje, lepiej byłoby coś zmyślić.

Gyles podszedł do podręcznego stolika na alkohol.

- Zdaje się, że mogę oszczędzić wysiłku twojej wyobraźni, wuju. Spodziewam się właśnie Waringa.
- Tego twojego nowego sekretarza?

Gyles skinął głową. Z kieliszkiem w dłoni podszedł do swego ulubionego fotela ze skórzanym obiciem i usiadł w nim z wyraźną ulgą.

- Zajmuje się pewną sprawą, w moim imieniu.
- Och? Jaką sprawą?
- Kandydatką na żonę.

Sir Horacy patrzył przez chwilę zaskoczony, potem wyprostował się i powiedział:

- A niech mnie! Myślisz o tym poważnie.
- Małżeństwo nie jest dla mnie tematem do żartów.
- Cieszę się, że to słyszę. - Sir Horacy upił spory łyk brandy. - Henni mówiła mi, że masz w tym względzie pewne zamiary, ale nie sądziłem, że to prawda, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Gyles ukrył niewyraźny uśmieszek. Sir Horacy był jego opiekunem od śmierci ojca, który zginął, gdy chłopiec miał siedem lat, więc to właśnie wuj był mu przewodnikiem w okresie dorastania i wczesnej młodości. Mimo to Gyles wciąż zaskakiwał czymś wuja Horacego. Ciotka Henrietta, dla rodziny Henni, była zupełnie inna i instynktownie potrafiła wyczuć, jakie miał zdanie w większości ważnych kwestii, mimo iż on przebywał w Londynie, a ona rezydowała w jego majątku w hrabstwie Berk. Co się zaś tyczy matki, również przebywającej w zamku, cieszył się, że od dawna już zatrzymywała dla siebie wszystkie swoje spostrzeżenia.

- Małżeństwo nie należy przecież do wydarzeń, których mógłbym uniknąć.
- Właśnie - zgodził się Horacy. - Osbert w roli hrabiego byłby nie do zniesienia. I bez tego ciężko z nim wytrzymać.
- To samo wynika z częstych listów ciotki Millicenty - potwierdził Gyles, kiwnąwszy głową w stronę wielkiego biurka, stojącego na końcu pokoju. - W tamtym liście, tym grubym, znów żąda stanowczo, żebym wypełnił swój obowiązek wobec rodziny, czyli natychmiast znalazł sobie odpowiednią dziewczynę i ożenił się. Raz w tygodniu, bez wyjątków, przychodzi do mnie takie ponaglenie.

Sir Horacy skrzywił się.

- Oczywiście, za każdym razem, gdy natknę się na Osberta, ten patrzy na mnie, jakbym był jedyną drogą jego wybawienia.
- Bo jesteś - potwierdził wuj. - Jeśli się nie ożenisz i nie spłodzisz dziedzica, on będzie musiał przejąć po tobie tytuł, a to zdaje się zbyt przygnębiająca perspektywa dla biednego Osberta. - Sir Horacy opróżnił kieliszek. - Nie sądziłem jednak, że pozwolisz, by stara ciotka Millicenta i Osbert zmusili cię do ożenku tylko dla ich przyjemności.
- To nieprawda. Jeśli już musisz wiedzieć, robię to bardziej dla ciotki Henni, zresztą ożenię się z kobietą, która będzie mi odpowiadała. Mam już trzydzieści pięć lat, dalsze odkładanie nieuniknionego sprawi, że później jeszcze trudniej będzie mi się przełamać. Mam swoje przyzwyczajenia - wyjaśnił, wstał i wyciągnął dłoń.

Sir Horacy skrzywił się i podał mu szklankę.

- Małżeństwo to diabelski interes, uwierz mi na słowo. To chyba nie te wszystkie śluby w rodzinie Cynsterów nakłoniły cię do połknięcia haczyka?
- Właśnie byłem dziś w Somersham. Odbyło się tam zebranie rodzinne, mające na celu przedstawienie wszystkich nowych żon i dzieci. Gdybym potrzebował potwierdzenia słuszności twojej tezy, wuju, właśnie tam bym je znalazł.

Napełnił kieliszki i odsunął od siebie nieprzyjemną wizję sprowokowaną przez starego przyjaciela Diabła, jednego z Cynsterów, i jego najnowsze piekielne posunięcie.

- Diabeł i inni ustanowili mnie honorowym członkiem rodu Cynsterów. - Odwrócił się od stolika z napitkami i podał kieliszek wujowi, po czym wrócił na swoje miejsce. - Powiedziałem im, że mimo wielu wspólnych cech i zainteresowań nigdy nie będę jednym z nich.

Wiedział, że nigdy nie ożeni się z miłości. Los, o którym od lat przypominał Richardowi Cynsterowi, nigdy nie przypadnie jemu w udziale. Każdy mężczyzna z rodu Cynsterów, mimo wcześniejszych sukcesów w dziedzinie damsko-męskiej i licznych podbojów, niezmiennie kończył w ramionach jednej jedynej kobiety, którą kochał, i był jej wierny. W grupie sześciu mężczyzn z tego rodu, zwanej Klubem Cynsterów, nie został ani jeden kawaler, a wszyscy małżonkowie pozostawali bezgranicznie zakochani w swoich żonach i skupieni na rozrastającej się rodzinie. Owszem, czul odrobinę zazdrości, kiedy o tym myślał, ale nie miał zamiaru jej okazywać, zresztą cena, jaką zapłacili za swój nowy los, była dla niego samego nie do przyjęcia.

Sir Horacy żachnął się.

- Te małżeństwa z miłości to specjalność Cynsterów, ale ostatnio podobny obłęd opanował też innych. Ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że małżeństwo z rozsądku ma swoje plusy.
- Mam dokładnie takie samo zdanie. Na początku lata Waring otrzymał ode mnie zadanie sprawdzenia odpowiednich kandydatek. - Gyles chciał mieć mocne argumenty na poparcie swojego wyboru, pragnął, aby dama, o której rękę będzie się w końcu starał, nie miała żadnych wątpliwości co do tego, dlaczego postanowił ożenić się właśnie z nią. - Poinstruowałem go, że moja przyszła hrabina musi być odpowiednio urodzona, posłuszna i wnieść w posagu przynajmniej milą powierzchowność, maniery i odpowiedni charakter. - Dama, która mogłaby stanąć u jego boku, nie mogła zbytnio zawracać mu głowy, powinna być dobrze urodzona, ale nijaka, urodzić mu dzieci, ale nie zakłócać jego dotychczasowego stylu życia.

Upił łyk brandy.

- Tak się składa, że poprosiłem niedawno Waringa, by sprawdził, kto jest obecnym właścicielem majątku Gatting.

Sir Horacy skinął głową ze zrozumieniem. Gatting stanowiło niegdyś część posiadłości Lambourn. Bez niego majątek hrabiego był jak okrągłe ciasto bez jednego kawałka. Odzyskanie Gatting pozostawało ambicją ojca, a wcześniej dziada Gylesa.

- W czasie sprawdzania tożsamości nowego właściciela Waring odkrył, że tytuł posiadania do majątku przeszedł na dalekiego krewnego rodu Rawlings, a po jego zgonie stało się posagiem jego dorosłej już córki. Informacja, którą Waring chciałby teraz jak najszybciej mi przekazać, dotyczy pewnie tej właśnie damy.
- Więc panna jest do wzięcia?

Gyles skinął głową, a w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Po chwili otworzyły się drzwi do biblioteki.

- Pan Waring, milordzie.
- Dziękuję, Irving.

Waring był mocno zbudowanym mężczyzną po trzydziestce, z okrągłą twarzą i krótko ściętymi włosami. Gyles wskazał mu fotel naprzeciw siebie.

- Poznałeś już lorda Walpole’a. Mogę ci zaproponować coś mocniejszego?
- Nie, dziękuję, milordzie. - Waring skinął głową w stronę sir Horacego, a potem usiadł i położył na kolanach skórzaną torbę. - Wiem, że bardzo chciał pan dowiedzieć się szczegółów w tej sprawie, zatem pozwoliłem sobie zostawić wiadomość...
- Owszem. Rozumiem, że przynosisz interesujące wieści.
- Tak. - Włożył na nos binokle i wyjął z torby zawiązane wstążką kartki papieru. - Jak już wiemy, dżentelmen, o którym mówiliśmy, i jego rodzina mieszkali na stale w Italii. Wygląda na to, że oboje rodzice: Gerrard Rawlings i jego żona Katrina zginęli razem. W konsekwencji ich córka, Francesca Hermiona Rawlings wróciła do Anglii i zamieszkała w domu swego stryja i opiekuna, sir Charlesa Rawlingsa, w hrabstwie Hamp.
- Próbuję przypomnieć sobie... - Gyles zakręcił kieliszkiem z brandy. - Czy to byli Charles i Gerrard, synowie Francisa Rawlingsa?

Waring szukał chwilę w swoich papierach, a potem skinął głową.

- W rzeczy samej, Francis był dziadem rzeczonej damy.
- Francesca Hermiona Rawlings. - Gyles wypowiedział głośno jej imiona i nazwisko, jakby się zastanawiał. - Jakaż jest ta dama?
- Uzyskanie tych informacji okazało się łatwiejsze, niż przypuszczałem. To była rodzina prowadząca otwarty dom, każda dobrze urodzona osoba w Londynie, która podróżowała po północnej Italii, musiała ich poznać. Mam opinie lady Kenilworth, pani Foxmartin, lady Lucas i hrabiny Morpleth.
- Cóż o niej sądzą?
- To urocza młoda dama. Ładna, szczodrze obdarzona przez naturę, przemiła osóbka, tak przynajmniej powiedziała lady Kenilworth. To podobno prawdziwa dama, dobrze urodzona i świetnie wychowana.
- Któż powiedział, że jest szczodrze obdarzona przez naturę? - zapytał sir Horacy zaciekawiony.
- Wszystkie damy to potwierdziły - odparł Waring i zerknął na swoje notatki, po czym oddał je Gylesowi.
- Gdyby wierzyć temu, co mówią, to ta dama jest idealna - rzeki Gyles, biorąc podane kartki. Uniósł brwi. - Nie byłbym tego taki pewien. - Podał papiery wujowi. - A co z resztą?
- Młoda dama ma teraz dwadzieścia trzy lata, ale nie słyszałem żadnych plotek na temat ewentualnego małżeństwa. Właściwie damy, z którymi rozmawiałem, nie widywały ostatnio panny Rawlings. Większość z nich wiedziała o tragedii, jaka przytrafiła się jej rodzicom, i słyszała, że powróciła do Anglii, jednak żadna z nich nie spotkała jej od tego czasu. Wydało mi się to dziwne, więc sprawdziłem tę informację. Panna Rawlings przebywa obecnie u stryja w Rawlings Hall, niedaleko Lyndhurst. Nie udało mi się jednak odszukać w Londynie ani jednej osoby, która widziałaby się z panną, jej opiekunem lub kimkolwiek z jej rodziny w ciągu ostatnich kilku lat.

Waring spojrzał na Gylesa.

- Jeśli pan sobie życzy, mogę wysłać swojego człowieka, żeby sprawdził obecną sytuację panny, oczywiście dyskretnie.

Gyles zastanawiał się chwilę. Dało o sobie znać zniecierpliwienie całą sytuacją. Chciał już mieć to wszystko za sobą.

- Nie, sam sobie poradzę - rzeki i zerknął na wuja. Uśmiechnął się cynicznie. - Są pewne zalety bycia głową rodziny.

*

Pochwaliwszy Waringa za doskonałą pracę, Gyles odprowadził go do drzwi wyjściowych. Sir Horacy podążył za nimi, jako że jego zamiarem było powrócić następnego dnia do zamku Lambourn. Drzwi zamknęły się za mężczyznami, a Gyles odwrócił się i wszedł po schodach na górę.

Mimo dobrobytu i eleganckich wnętrz jego dom zionął chłodem - to brak kobiety sprawiał, że wydawał się taki nieprzytulny - mimo że klasyczny wystrój wnętrz nadawał im szczególną, niezależną od mody solidność. Gyles zatrzymał się na szczycie schodów i spojrzał w dół. Doszedł do wniosku, że nadszedł już czas, by usunąć tę wadę, umieszczając w tym domu odpowiednią damę.

Francesca Hermiona Rawlings uplasowała się na czele listy kandydatek, jakie mogły nadawać się do tego zadania. Poza ożenkiem pragnął również objąć w posiadanie majątek Gatting. Na jego liście były nazwiska innych dam, ale żadna z nich nie dorównywała majątkiem ani zaletami pannie Rawlings. Panna mogła oczywiście pod jakimś względem okazać się nieodpowiednia, a wówczas Gyles dowie się o tym wkrótce.

Odkładanie tego, co nieuniknione, i zdawanie się na los, nie było w jego stylu.

Następnego dnia znalazł się w hrabstwie Hamp i tego samego popołudnia dotarł do gospody Lyndhurst. Zamówił tam pokój, a Maxwellowi, swojemu totumfackiemu, kazał zaopiekować się siwkami. Wynajął pięknego kasztanka i ruszył do Rawlings Hall.

Ze słów gadatliwego gospodarza zajazdu wynikało, że daleki krewny Gylesa, sir Charles Rawlings, wiódł samotne życie w oddalonej od osad ludzkich posiadłości w pobliżu New Forrest, mimo to droga do Rawlings Hall była dobra, a brama zawsze otwarta dla gości. Tak jak i tym razem, gdy zajechał tam Gyles.

Hałas, jaki czyniły na żwirowej alejce kopyta kasztanka, słychać było wszędzie. Im bliżej dworu, tym mniej widział drzew; za nimi ciągnęły się rozlegle trawniki otaczające dom wzniesiony ze spłowiałej, czerwonej cegły. Z jednej strony Gyles zauważył pustą ścianę szczytową, z drugiej rysowała się pojedyncza wieża obronna. Od dawna nie dobudowano tu nowego skrzydła dworu, nawet za czasów króla Jerzego.

Dwór Rawlings był zadbany, choć niebogaty.

Na podwórzu od frontu zaaranżowano spory kwietnik, oddzielony starą, kamienną ścianą od trawnika otaczającego staw. Za ścianą znajdował się ogród biegnący wzdłuż domu, a za nim widać było zadbany zagajnik.

Gyles zatrzymał kasztanka przed schodami od frontu. Usłyszał kroki. Zsiadł z konia i podał wodze stajennemu, który właśnie zdążył podbiec. Mężczyzna wszedł po schodach na ganek i zapukał do drzwi.

- Witam pana, czy mogę w czymś pomóc?

Gyles przyglądał się chwilę wysokiemu kamerdynerowi.

- Hrabia Chillingworth. Chciałbym się widzieć z sir Charlesem Rawlingsem.

Zbity z tropu kamerdyner zamrugał nerwowo.

- Tak jest, milordzie. Proszę tędy. Natychmiast poinformuję sir Charlesa o pańskim przybyciu.

Wskazał gościowi drogę do salonu. Gyles szedł za nim powoli, choć niecierpliwił się, bo czuł, że jest jedynie o krok od tego, co los mu zgotował. To była, oczywiście, wina Diabła. Jako honorowy członek rodu Cynsterów musiał uczynić wszystko, by oszukać los.

Otworzyły się drzwi, Gyles odwrócił się, a do pokoju wszedł dżentelmen, podobny do Gylesa budową ciała i kasztanowym odcieniem włosów, tylko starszy, bardziej zmęczony życiem. Nawet gdyby Gyles nie znal nazwiska mężczyzny, i tak pewnie, spotkawszy go, domyśliłby się, że jest to jego krewny.

- Chillingworth? Cóż! - Sir Charles zamrugał, zaskoczony podobieństwem, okazało się ono odpowiedzią na pytanie, którego nie zadał. Szybko się opanował i dodał: - Witam pana. Czemu zawdzięczam przyjemność goszczenia pana u siebie?

Gyles uśmiechnął się i odpowiedział.

- Francesca?

Przenieśli się do gabinetu sir Charlesa. Gyles został zaproszony do zajęcia miejsca w wygodnym fotelu, a sir Charles usiadł za biurkiem.

- Przepraszam... ale... nie rozumiem, dlaczego interesuje się pan Francescą.
- Nie jestem zupełnie pewien, ale zdaje się, że mój problem jest raczej powszechny. Jako głowa rodziny jestem zobowiązany do ożenku. Wszyscy oczekują, że postąpię jak należy i nareszcie spłodzę potomka. - Przerwał, a potem zapytał: - Poznał pan Osberta Rawlingsa?
- Osberta? Czy to syn Henry’ego? - Kiedy Gyles skinął głową, Charles zamyślił się. - Czy to ten, który chciał zostać poetą?
- Tak, ten sam, obecnie jest poetą, a to już znacznie gorsza sprawa.
- Dobry Boże! Tak niezdecydowany, ciapowaty, nigdy nie wie, co zrobić z rękoma?
- To Osbert. Teraz rozumie pan, dlaczego cała rodzina liczy na to, że spełnię swój obowiązek. Zresztą sam Osbert obawia się, iż mógłbym nie spłodzić dziedzica i wtedy on musiałby zająć moje miejsce.
- Wyobrażam sobie. Nawet jako mały chłopiec nie miał ani trochę samodyscypliny i charakteru.
- Dlatego, osiągnąwszy trzydziesty piąty rok życia, zająłem się szukaniem sobie żony.
- I pomyślał pan o Francesce?
- Zanim zaczniemy rozmawiać o szczegółach, muszę powiedzieć wyraźnie jedną rzecz; szukam odpowiedzialnej panny, która nie wzgardzi zaaranżowanym małżeństwem.
- Zaaranżowanym... - Sir Charles zmarszczył brwi. - Chodzi panu o małżeństwo z rozsądku?

Gyles uniósł brwi.

- To wyrażenie zawsze stanowiło dla mnie oksymoron. Cóż ma małżeństwo wspólnego z rozsądkiem?

Charles nie uśmiechnął się.

- Może powinien pan wyjaśnić dokładnie, czego pan oczekuje.
- Chciałbym zawrzeć małżeństwo z damą o odpowiednim urodzeniu, wychowaniu i przygotowaniu towarzyskim, która wypełniałaby z godnością rolę hrabiny i dostarczyła mi i mojej rodzinie tak nam potrzebnego dziedzica. Poza prowadzeniem domu i wypełnianiem oficjalnych obowiązków hrabiny Chillingworth, nie miałbym innych wymagań, co do tej damy. W zamian otrzymywałaby odpowiednie do swojej towarzyskiej pozycji stroje, służbę oraz powóz. Otrzymywałaby kieszonkowe, które pozwalałoby jej żyć w luksusie do końca jej dni, w końcu nie jestem człowiekiem ubogim.
- Z całym szacunkiem, Francesca również nie jest biedna.
- Słyszałem. Jednakże, z wyjątkiem posiadłości Gatting, którą chciałbym dołączyć do majątku Lambourn, wszystkie odziedziczone przez nią dobra pozostawiłbym do jej dyspozycji i mogłaby z nimi zrobić, co zechce.

Sir Charles uniósł brwi.

- To bardzo hojna oferta. Muszę przyznać, że moje małżeństwo również było zaaranżowane przez rodziców... - Zamyślił się, po chwili znów spojrzał na Gylesa. - Obawiam się, że muszę pana zapytać, kuzynie, czy istnieje jakiś powód, dla którego chce pan zawrzeć małżeństwo tego typu?
- Pyta pan zapewne o to, czy nie jestem w długoletnim związku z kobietą, której nie chciałbym oddalić, ale odpowiedź brzmi: nie. - Gyles przyjrzał się sir Charlesowi, patrzył prosto w jego uczciwe, brązowe oczy, spoglądające na niego otwarcie i szczerze. - Powodem mojej decyzji jest fakt, iż nie mam cierpliwości do takich problemów jak miłość w małżeństwie i wolę, żeby wszystko było z góry ustalone i traktowane bardziej jak interes. Miłość to przeceniana idea, a ja nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Nie chcę, by moja przyszła żona oczekiwała ode mnie miłości i wyobrażała sobie barwną, romantyczną przyszłość. Chcę, aby od początku wiedziała, że miłość nie mieści się w naszej małżeńskiej umowie. Nie widzę żadnych pożytków z mamienia kobiety takimi pomysłami i będę nalegał, aby moje zamiary były jawne od samego początku.

Sir Charles przyglądał mu się uważnie przez chwilę, a potem skinął głową.

- Powiedziałbym, że jest pan po prostu bardziej uczciwi niż ci mężczyźni, którzy myślą podobnie, ale nie mówią o tym głośno.

Gyles nic nie odpowiedział.

- Dobrze więc. Rozumiem teraz, czego pan oczekuje, ale dlaczego wybrał pan Francescę?
- Głównie z powodu Gatting. Kilka wieków temu odłączono tę posiadłość od naszego majątku jako wiano. Prawdopodobnie zawarte wtedy małżeństwo również było wynikiem ustaleń między rodzicami, więc teraz historia rodziny zatoczyłaby koło, gdyby majątek powrócił do dawnych właścicieli. Nigdy nie powinien był zostać oddzielony, ale ponieważ przestał być częścią majoratu, jeden z właścicieli przekazał go młodszemu synowi, co później stało się czymś w rodzaju tradycji... - Gyles zmarszczył brwi. - Gerard był najstarszy, prawda? Jak to możliwe, że pan odziedziczył ten majątek, a on Gatting?
- Mój ojciec - zaczął sir Charles - pokłócił się z Gerardem, ponieważ ten nie zgodził się poślubić dziewczyny, którą on dla niego wybrał. Gerard ożenił się z miłości i uciekł do Italii, a ja...
- Ożenił się pan z panną, którą odrzucił brat?

Sir Charles skinął głową.

- Dlatego właśnie papa zmienił testament. Gerard dostał majątek Gatting, który mnie się należał, a ja ten. - Uśmiechnął się. - Brat wcale się nie zmartwił. Nawet po śmierci ojca został w Italii.
- I tam zmarł. Jak to się stało?
- Pewnej nocy na jeziorze Lugano zdarzył się wypadek. Nikt do dziś nie wie, dlaczego łódź zatonęła. Gerrard i Katrina utonęli.
- I dlatego Francesca trafiła do pana.
- Tak, jest z nami już od ponad dwóch lat.
- Co może pan o niej powiedzieć?
- Francesca - zaczął sir Charles i natychmiast poweselał - to wspaniała dziewczyna! Jest jak powiew świeżego powietrza i promyk słońca. To dziwne, ale choć jest bardzo żywa, jednocześnie jest spokojna. Wiem, że to sprzeczność, ale... - Sir Charles spojrzał na Gylesa.
- Podobno ma dwadzieścia trzy lata. Istnieje jakiś powód, dla którego nie wyszła za mąż?
- Właściwie nie. Przed śmiercią Gerrard i Katrina zaczęli się zastanawiać poważniej nad kwestią jej zamążpójścia, ale po ich wypadku nikt o tym nie wspominał. Francesca odbyła już pełną żałobę po rodzicach. Była jedynaczką, bardzo z nimi związaną. Dopiero rok temu zaczęła bywać w towarzystwie. - Charles skrzywił się nieznacznie. - Z powodów, którymi nie będę pana zanudzał, nie przyjmujemy w domu gości. Francesca bywa czasem na miejscowych przyjęciach organizowanych przez lady Willingdon, jedną z naszych sąsiadek...

Sir Charles przerwał, a Gyles zerknął na niego zdziwiony.

- O co chodzi?

Sir Charles przyglądał mu się uważnie i po chwili najwyraźniej podjął jakąś decyzję.

- Przez ostatni rok Francesca szukała męża. Poprosiłem o pomoc w tej kwestii lady Willingdon.
- Poznała kogoś, kogo uważałaby za odpowiednią partię?
- Nie, niestety, zdecydowanie odrzuciła wszystkie kandydatury okolicznych kawalerów.

Gyles spojrzał uważnie na sir Charlesa.

- Wiem, że to raczej niedyskretne pytanie, ale czy wydaje się panu, że mnie uznałaby za odpowiedniego partnera?

Sir Charles uśmiechnął się niepewnie.

- Z tego, co słyszałem, jeśli pan tylko zechce, by uznała pana za odpowiedniego dla siebie męża, to tak się właśnie stanie. Może pan rozkochać w sobie każdą naiwną, młodą pannę.

Gyles uśmiechnął się równie niepewnie, jak sir Charles.

- Niestety, w tym przypadku ten właśnie talent może się okazać nieprzydatny. Chcę mieć posłuszną małżonkę, a nie zakochaną po uszy pannicę.
- To prawda.

Gyles zastanawiał się przez chwilę.

- Sir, wiem, że postawię pana w trudnej sytuacji, prosząc o pomoc w moim przedsięwzięciu, ale jako głowa swego rodu powinien pan odpowiedzieć mi uczciwie. Czy uważa pan, że istnieje jakiś powód, dla którego Francesca Rawlings nie powinna zostać hrabiną Chillingworth?
- Nie, absolutnie żaden - odpowiedział sir Charles, nie odwracając wzroku. - Francesca na pewno spełni dobrze swoją rolę i zachwyci całą rodzinę.

Gyles nie spuszczał z niego wzroku. Po chwili skinął głową i powiedział:

- Dobrze więc. - Czuł, że kamień spadł mu z serca. - W takim razie, chciałbym oficjalnie poprosić o rękę pańskiej bratanicy.

Sir Charles zamrugał.

- Tak po prostu?
- Tak po prostu.
- Cóż - mruknął Charles i wstał. - Poślę po nią...
- Nie - zaprotestował Gyles. - Zapomina pan, że chcę całą sprawę potraktować jak najbardziej formalnie. Pragnę, żeby było jasne, nie tylko przez to, co powiedziałem, ale także przez moje czyny, że to małżeństwo z rozsądku i nic więcej. Pański opis bratanicy potwierdza opinie pozostałych osób, pewnych dam z towarzystwa szczególnie doświadczonych w ocenie przydatności młodych panien do małżeństwa. Wszyscy twierdzą, że Francesca Rawlings to wyjątkowa partia i niepotrzebne mi dodatkowe zapewnienia. W tych okolicznościach nie widzę powodu, by spotykać się z panną Rawlings towarzysko. Pan jest jej opiekunem i do pana zwracam się o jej rękę.

Charles chciał się przez chwilę spierać, ale Gyles najwyraźniej nie miał zamiaru tracić więcej czasu na zbędne dyskusje. Dla niego sir Charles był głową rodziny, a jemu przedstawił już swoje zamiary.

- Dobrze. Jeśli takie jest pańskie życzenie, proszę podać szczegóły, a ja porozmawiam o tym z Francescą wieczorem... Lepiej niech pan zapisze swoje oczekiwania - dodał i zaczął szukać papieru i kałamarza.

Kiedy przybory były gotowe, Gyles podyktował, a sir Charles zapisał oficjalną propozycję kontraktu małżeńskiego pomiędzy hrabią Chillingworth i Francescą Hermioną Rawlings. Sir Charles pisał właśnie ostatnie słowa intercyzy, kiedy Gyles zaczął się głośno zastanawiać:

- Lepiej nie wspominać o naszym pokrewieństwie, choć jest raczej odległe. Nie ma to, oczywiście, żadnego praktycznego znaczenia, ale wołałbym, żeby intercyza podkreślała, że panna poślubi hrabiego.

Sir Charles wzruszył ramionami.

- Nie zaszkodzi o tym wspomnieć. Kobiety lubią tytuły.
- Dobrze. Skoro nie ma pan już do mnie żadnych pytań, sir Charles, oddalę się - rzeki Gyles i wstał.

Sir Charles również wstał, otworzył usta i zawahał się:

- Miałem zaproponować panu, żeby został na kolacji i przenocował...

Gyles potrząsnął głową:

- Może innym razem. Gdyby pan mnie potrzebował, jestem w gospodzie Lyndhurst - odparł i ruszył w stronę drzwi.
- Jeszcze dziś wieczorem omówię tę kwestię z Francescą... - powiedział sir Charles, pociągnąwszy za dzwonek na służbę.
- Przyjadę jutro rano, by usłyszeć odpowiedź - odparł Gyles i zatrzymał się pod drzwiami. - Jeszcze jedno pytanie. Wspomniał pan, że jego małżeństwo było zaaranżowane przez ojca. Niech mi pan powie, był pan szczęśliwy?

Sir Charles spojrzał mu w oczy.

- Tak, bardzo.

Gyles zawahał się, a po chwili skinął głową.

- Więc rozumie pan, że Francesca nie ma się czego obawiać w związku z moją propozycją małżeństwa.

W oczach sir Charlesa zauważył ból. Gyles wiedział, że Charles był wdowcem, ale nie sądził, że tak wiele uczuć łączyło go z żoną; teraz wyraźnie było widać, jak bardzo mu jej brakowało. Poczuł chłodny powiew na karku.

Wyszedł do holu. Sir Charles udał się za nim i uścisnął mu dłoń. Podszedł kamerdyner i odprowadził go do drzwi.

- Wysłałem właśnie lokaja po pańskiego konia, milordzie - rzeki kamerdyner, gdy dotarli do drzwi, ale gdy wyszli na zewnątrz, nikogo nie zastali. Nagle z hukiem otwarły się obite rypsem drzwi na końcu korytarza. Po chwili wybiegła z nich pomoc kuchenna; zignorowawszy Gylesa, podbiegła do kamerdynera.
- Och, panie Bulwer, musi pan szybko przyjść! Kogut lata po kuchni, kucharka biega za nim z tasakiem, ale nie może dogonić!

Kamerdyner wyglądał na obrażonego i jednocześnie pełnego poczucia winy. Rzucił bezradne spojrzenie na Gylesa, podczas gdy pomoc kuchenna ciągnęła go cały czas za rękaw.

- Przepraszam najmocniej, milordzie, zaraz poproszę kogoś o pomoc...

Gyles zaśmiał się głośno.

- Proszę się nie martwić... Sam sobie poradzę. Wygląda na to, że musi pan pomóc w kuchni, jeśli chcecie zjeść dziś kolację.

Na twarzy Bulwera pojawił się wyraz ulgi.

- Dziękuję, milordzie. Stajenny zaraz przygotuje pańskiego konia - rzekł kamerdyner i, nim zdołał cokolwiek dodać, odciągnięto go do kuchni.

Gyles słyszał, jak po drodze strofuje pomoc kuchenną, nim oboje zniknęli za drzwiami. Z uśmiechem na twarzy hrabia wyszedł przez frontowe drzwi, zszedł po schodach i pod wpływem nagłego impulsu skręcił w lewo. Spacerował pośród klombów, podziwiając równo przystrzyżone żywopłoty i drzewka iglaste. Po jego lewej stronie tuż pod kamiennym murem prowadziła ścieżka, obok niej, w tej samej linii wyrastał cisowy żywopłot. Gyles skręcił w lewo w pierwszą przerwę w cisowym żywopłocie, i ruszył ścieżką pośród krzewów. Spojrzał przed siebie, tuż za żywopłotem wyrastał dach stajni.

Wszedł w łukowate przejście w żywopłocie i zatrzymał się. Ścieżka rozchodziła się w prawo i w lewo. Zerkając w stronę domu, zauważył, że z miejsca, gdzie stal, rozciąga się perspektywa na cały ogród, aż do kamiennej ściany, wzdłuż której wcześniej przechodził. Tuż pod samym domem obok muru postawiono kamienną ławkę. Na tej ławce siedziała młoda dama. Czytała książkę spoczywającą na jej kolanach. Ostatnie promienie późnego popołudnia padały na ziemię, otaczając ją złotym światłem. Jasne włosy koloru lnu miała zaczesane do tyłu. Bladoróżowa skóra lśniła nieznacznie. Ze swego miejsca nie widział oczu, ale jej rysy, choć nieszczególnie zachwycające, zdały mu się przyjemne. Jej poza, sposób przechylania głowy, opuszczone ramiona sugerowały, że jest kobietą, którą łatwo będzie zdominować, że jest z natury uległa.

Nie należała do tego rodzaju kobiet, które go pociągały, zwykle nie poświęcał takim damom wiele uwagi, ale zdecydowanie nadawała się na żonę. Właśnie takiej partnerki szukał dla siebie. Może to właśnie jest Francesca Rawlings?

Widocznie jakaś siła wyższa usłyszała jego pytanie, bo nagle kobiecy głos zawołał z góry:

- Francesco!

Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę. Zamykała właśnie książkę i podnosiła z ławki szal, kiedy wołanie rozległo się ponownie:

- Francesco! Franni!

Dziewczyna wstała i zakrzyknęła:

- Tu jestem, ciociu Ester!

Głos miała delikatny i łagodny. Ruszyła w stronę domu i zniknęła z poła widzenia Gylesa. Mężczyzna uśmiechnął się i poszedł dalej. Ufał sir Charlesowi, wiedział, że ten nie próbował go oszukać. Francesca Rawlings posiadała dokładnie te wszystkie atrybuty, które powinna mieć posłuszna żona.

*

Ścieżka wiodła na porośnięte trawą podwórze. Gyles wyszedł na nie... Nagle derwisz w szmaragdowym odzieniu wpadł na niego i o mało nie zwalił z nóg. Była to niewielka kobieta, ledwie sięgająca mu do ramienia. Pierwsze, co zobaczył, to czupryna czarnych, kręconych włosów spadających na ramiona i plecy. Szmaragdowozielone, aksamitne odzienie było jej strojem do jazdy konnej. Miała na nogach wysokie buty i szpicrutę w ręku.

Gyles chwycił ją i przytrzymał, żeby nie upadła. Objął ją ramionami w obawie, że odbije się od niego i zrobi sobie krzywdę. Nim zdążyła złapać oddech, jego uścisk rozluźnił się nieco, ale dłonie nie omieszkały wyczuć, że dziewczyna była kształtna i bardzo kobieca. Dla niego taka kompozycja wydawała się idealna. Położył dłoń płasko na jej plecach, a potem przycisnął nieznacznie, uwięziwszy ją w swoich ramionach na jeszcze jedną chwilę. Pełne piersi spoczęły na jego torsie, miękkie biodra oparły się o jego uda.

- O! - wyrwało się jej.

Spojrzała w górę. Zielone piórko sterczące z czapki na czubku jej głowy łaskotało jego policzek. Gyles prawie tego nie zauważył.

Miała zielone oczy, ich odcień przypominał raczej szmaragd i był jeszcze bardziej intensywny niż kolor jej odzienia. Wielkie, zaokrąglone ze zdziwienia oczy otaczały grube i ciemne rzęsy. Skóra bez skazy przypominała kolorem kość słoniową o delikatnym, złotawym odcieniu. Różowe usta były łagodnie wykrojone; dolna warga zmysłowo pełna. Upięte na czubku głowy włosy odsłaniały gładkie czoło i łagodne luki brwi. Mniejsze i większe loki spływały w dół, otaczając intrygującą, pociągającą i bardzo piękną twarz. Gyles poczuł nagle, że koniecznie musi się dowiedzieć, o czym myśli ta panna. Te przerażone, szmaragdowe oczy patrzyły wprost na niego, przyglądały się chwilę jego twarzy i potem wyglądały na jeszcze bardziej przestraszone.

- Przepraszam, nie zauważyłam pana.

Jej głos był jak pieszczota, zaproszenie, otula! mgiełką jego zmysły, które i tak już były rozpalone. W mgnieniu oka zrozumiał, jakie budziła w nim uczucia. Och, tak, pomyślała budząca się w nim bestia. Wykrzywił usta w nieznacznym uśmiechu i myślą! już tylko o jednym.

Opuściła wzrok i patrząc na uśmiechnięte usta mężczyzny, przełknęła ślinę. Na jej jasnych policzkach pojawiła się odrobina różu. Odchyliła się nieco, napierając plecami na jego ramię.

- Proszę mnie puścić...

Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale mimo to powoli, z nieukrywanym ociąganiem, rozluźnił uścisk.

Dziewczyna czuła się nieoczekiwanie dobrze w jego ramionach, nawet zbyt dobrze, ciepło, bezpiecznie. Cofnęła się, jeszcze bardziej zaczerwieniła, kiedy mężczyzna dotknął jej bioder, opuszczając dłonie. Poprawiła spódnicę, ale nie podniosła wzroku.

- Proszę mi wybaczyć, muszę już iść.

Nie czekając na odpowiedź, przesunęła się obok niego i szybko ruszyła ścieżką w stronę domu. Mężczyzna odwrócił się i obserwował jej ucieczkę.

Zwolniła, a po chwili się zatrzymała. Potem odwróciła głowę i spojrzała na niego. Bez udawanego zawstydzenia i kokieterii.

- Kim pan jest?

Wyglądała jak Cyganka na tle zielonego żywopłotu. Jej odważne spojrzenie, dumna postawa były nieodpartym wyzwaniem dla Gylesa.

- Nazywam się Chillingworth - rzeki, odwracając się w jej stronę i kłaniając się głęboko, nie odrywając jednak od niej oczu. Potem wyprostował się i dodał: - Pani uniżony sługa.

Patrzyła na niego przez chwilę, a potem machnęła dłonią.

- Jestem spóźniona.

Na Boga, gdyby nie była...

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy i poczuli oboje jakiś prymitywny impuls, obietnicę, która nie potrzebowała słów. Obrzuciła go odważnym, głodnym spojrzeniem, jakby chciała zachować go w pamięci. On uczynił to samo, pożerał ją wzrokiem równie chciwie, obawiając się, że za chwilę ona mu umknie.

Tak też uczyniła. Odwróciła się, uniosła nieco spódnicę i ruszyła ścieżką w stronę domu, by po chwili zniknąć mu z pola widzenia.

Wciąż wpatrując się w pustą już ścieżkę, Gyles poczuł nagłą chęć dogonienia dziewczyny, ale chwilowy impuls znikł. Odwrócił się, uśmiechnął, choć nie był wcale rozbawiony. Zmysłowe ożywienie było stanem, z którym miał często do czynienia, a Cyganka najwyraźniej znała swoją wartość.

Dotarł do stajni i posłał stajennego po swojego kasztanka. Kiedy czekał, przyszło mu do głowy, że w tej właśnie chwili powinien myśleć raczej o swojej przyszłej żonie. Skupił więc myśli na bladolicej damie z książką na kolanach, ale już po kilku chwilach jej obraz został zastąpiony przez znacznie żywszą, bardziej zmysłową postać Cyganki, którą niedawno widział, oraz zainteresowaniu, jakie dostrzegł w jej oczach. Powrót do wizji blondynki wymagał od niego wielkiego wysiłku.

Uśmiechał się w duchu. Dlatego miał zamiar ożenić się z nijaką damą, by jej istnienie nie przeszkadzało mu w pogoni za bardziej zmysłowymi kobietami. Do tego celu Francesca Rawlings wydawała się idealną kandydatką, już minutę po jej obejrzeniu jego głowę zajęły lubieżne myśli dotyczące zupełnie kogoś innego.

Cyganki.

Kim ona jest? Jej przytłumiony, namiętny głos powrócił w jego myślach. Mówiła z odrobiną akcentu, samogłoski wymawiała głębiej, a spółgłoski bardziej twardo. Dzięki temu słowa miały bardziej uwodzicielski posmak. Wspomniał lekko złotawe zabarwienie jej skóry i przypomniał sobie, że większość życia Francesca Rawlings spędziła w Italii.

Chłopak stajenny wyprowadził wielkiego kasztanka, Gyles podziękował mu i wsiadł na konia, po czym ruszył cwałem w drogę.

Akcent i opalenizna; ta Cyganka mogła być po prostu Włoszką. Co zaś tyczy się zachowania, żadna skromna, dobrze wychowana młoda dama z Anglii nie obrzuciłaby go tak otwarcie odważnym spojrzeniem. Włoszka musiała zatem być przyjaciółką lub damą do towarzystwa jego przyszłej żony. Gdyby była służką, nie byłaby tak ubrana, poza tym służąca nie zachowywałaby się tak swobodnie, a z pewnością nie przy pierwszym, a nawet drugim spotkaniu.

Gyles skręcił w aleję wiodąca do bramy i zerknął w stronę siedziby rodu Rawlingsów. Nie wiedział jeszcze, jak to rozegrać. Najważniejszą obecnie sprawą był ożenek z dobrze ułożoną, posłuszną panną, a zmysłowa Cyganka, mimo silnego pociągu, jaki do niej czuł, musiała poczekać.

Zmrużył oczy i nie widział już wyblakłych cegieł, tylko szmaragdowe oczy pełne porozumienia, zmysłowości i wiedzy, która wykraczała poza to, co każda skromna, młoda dama powinna wiedzieć.

Postanowił, że będzie ją miał. Gdy tylko posłuszna narzeczona zgodzi się za niego wyjść, natychmiast rozpocznie podbój godny swoich upodobań. Zajęty myślami o nim, popędził konia i ruszył galopem.

Rozdział 2

Francesca wpadła do domu przez drzwi od ogrodu. Zatrzymała się gwałtownie, poczekała, aż jej oczy przywykną do łagodniejszego światła i przestanie jej się kręcić w głowie. Boże! Ostatni rok spędziła, narzekając w zaufanym gronie na brak ognia w żyłach Anglików, a oto bogowie zsyłają jej takiego mężczyznę. Nawet jeśli odnalezienie się zajęło im dwanaście miesięcy, to i tak nie miała zamiaru narzekać. Nie była jednak pewna, czy powinna klęknąć i dziękować Bogu. Obrazek, jaki powrócił w jej wspomnieniach, sprawił, że o mało nie wybuchła śmiechem, a dołeczek na lewym policzku zadrgał lekko. Po chwili wesołość ustąpiła. Kimkolwiek był, nie przyszedł przecież do niej; mogli się już nigdy nie zobaczyć. Była przekonana, że musiał być jej krewnym. Zauważyła u niego podobieństwo do ojca i stryja. Zmarszczyła brwi i weszła w głąb domu.

Ledwie zdążyła wrócić z przejażdżki, a już usłyszała krzyk ciotki Ester. Wyszła więc ze stajni i ruszyła szybkim krokiem w stronę domu. Była poza domem dłużej niż zwykle, więc ciotka Ester i stryj Charles mogli się martwić. Później zderzyła się z obcym mężczyzną. Wygląda! na dżentelmena, zdecydowanie ze szlacheckiego rodu, może nawet z tytułem. Trudno stwierdzić, czy Chillingworth to nazwisko czy herb. Chillingworth, powtarzała w myśli, wymawiała bezgłośnie. Słowo to miało specyficzne brzmienie, pasujące do tego mężczyzny. Kimkolwiek był, a miała kilka pomysłów na ten temat, z pewnością stanowił przeciwieństwo nudnych, nieciekawych, prowincjonalnych dżentelmenów, których poznała w ciągu ostatniego roku. Chillingworth, z jakiegokolwiek rodu pochodził, na pewno nie okazałby się nudny.

Jej serce wciąż biło pośpiesznie, krew krążyła szybciej w żyłach, znacznie szybciej niż bywało po przejażdżce konnej. Wszystko to stało się dlatego, że trzymał ją zbyt blisko siebie i patrzył jak lampart na swój następny posiłek, i dlatego że wiedziała dokładnie, o czym myślał.

W szarych oczach dostrzegła ogień, jego oczy płonęły, ale tęczówki pociemniały, a usta wykrzywiły się w uśmiechu, który mógł oznaczać tylko jedno... zdrożne myśli. Myślał o ciele przyciśniętym do innego nagiego ciała, o jedwabnej pościeli śliskiej i chłodnej pod poruszającymi się rytmicznie sylwetkami. Takie same bezwstydne wyobrażenia powstały teraz w jej głowie. Zaczerwieniła się, odsunęła od siebie te myśli i ruszyła dalej. Rozejrzała się dokoła, nie widząc nikogo, pomachała dłonią przed twarzą dla ochłody. Nie chciała wyjaśniać ciotce Ester, dlaczego się czerwieni. Zastanawiała się przez chwilę, gdzie ona może być. Szła w stronę kuchni, ale tam jej nie zastała. Służba słyszała, jak wołała, ale nie wiedzieli, gdzie poszła. Francesca pchnęła drzwi i weszła do holu. Był pusty, buty do jazdy konnej stukały o posadzkę. Była już w połowie drogi na górę, kiedy otworzyły się drzwi gabinetu stryja i wyszła z nich ciotka Ester.

- Tu jesteś, moja droga.

Francesca zawróciła.

- Przepraszam, był taki piękny dzień, że jechałam i jechałam, zapomniawszy o tym, że już tak późno. Usłyszałam wołanie i przyszłam natychmiast. Czy coś się stało?
- Nie, nic - powiedziała kobieta o końskiej twarzy i ogromnej uprzejmości w oczach. Uśmiechnęła się łagodnie do dziewczyny, kiedy ta zatrzymała się przed nią, sięgnęła dłonią i zdjęła frywolny kapelusik z roztrzepanych loków. - Twój stryj życzy sobie z tobą porozmawiać, ale nie dzieje się nic złego, wręcz przeciwnie. Podejrzewam, że zainteresuje cię to, co ma do powiedzenia. Wezmę to - rzekła i zabrała rękawiczki do konnej jazdy, szpicrutę i kapelusik. - Zaniosę je na górę. Idź już, stryj czeka.

Kobieta skinęła w stronę otwartych drzwi gabinetu. Zaintrygowana Francesca weszła do środka i zamknęła je za sobą. Stryj Charles siedział za biurkiem i czytał list. Usłyszawszy stukot zamykanych drzwi, spojrzał w górę i uśmiechnął się.

- Francesca, moja droga, wejdź i usiądź. Właśnie dowiedziałem się czegoś niezwykłego.

Podeszła do krzesła, które wskazał. Nie stało po przeciwnej stronie biurka, ale obok niego. Zauważyła, że oczy stryja pojaśniały, wyglądały inaczej niż zwykle, gdy były przykryte cieniem nieznanych zmartwień. Zbyt często stryj przesiadywał tu i zamartwiał się, samotny i smutny. Teraz z jego twarzy biła radość dobrych wieści.

Usiadła na krześle.

- Czy te wieści dotyczą mnie?
- Owszem, tak - rzeki, odwróciwszy się do niej, i oparł przedramiona na kolanach, pochylając się tak, by jego twarz była naprzeciwko jej twarzy. - Moja droga, właśnie otrzymałem ofertę matrymonialną dla ciebie.

Popatrzyła zdziwiona.

- Od kogo? - usłyszała własne, ciche pytanie i sama się zdziwiła, że udało jej się je wydusić. W głowie huczało jej od myśli. Z trudem powstrzymała wszelkie reakcje i zachowała się poprawnie, jak na damę przystało.
- Od dżentelmena, cóż, szlachcica. Od Chillingwortha.
- Chillingwortha? - jęknęła i nawet jej samej własny glos wydal się pełen wysiłku.

Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ta postać w jej wyobraźni...

Sir Charles pochylił się i chwycił jej dłoń.

- Moja droga, hrabia Chillingworth oficjalnie poprosił o twoją rękę.

*

Kiedy sir Charles skończył jej wszystko wyjaśniać z bolesnymi i powtarzającymi się szczegółami, Francesca była jeszcze bardziej zaskoczona.

- Małżeństwo z rozsądku? - Nie mogła tego zrozumieć. Gdyby propozycja pochodziła od innego dżentelmena, owszem, Anglicy są tacy... flegmatyczni. Ale od niego, od człowieka, który trzymał ją w ramionach i zastanawiał się, jak by to było, gdyby... z nią... Coś tu było nie tak.
- Bardzo mu zależy, żebyś to rozumiała. - Poważny i łagodny wzrok sir Charlesa nie odrywał się ani na chwilę od jej twarzy. - Moja droga, nie nalegam, żebyś przyjęła tę propozycję, jeśli nie czujesz się na silach, ale jako twój opiekun nie spełniłbym swojego obowiązku, gdybym ci nie powiedział, że choć propozycja Chillingwortha wydaje się chłodno wykalkulowana, to jednak jest uczciwa. Wielu mężczyzn myśli tak samo, ale okrywając się peleryną obłudy i kłamstwa, starają się zdobyć twoje serce.

Francesca machnęła dłonią, odsuwając ten problem jako nieważny.

Sir Charles uśmiechnął się.

- Wiem, że nie jesteś płochą dziewczyną, której zawrócą w głowie uroczyste zapewnienia. Znam cię na tyle dobrze, by wiedzieć, że przejrzysz wszelkie gierki. Ale Chillingworth nie jest człowiekiem, który angażowałby się w coś podobnego, to nie w jego stylu. Jest świetną partią, jak już ci mówiłem, ma wielki majątek. Jego propozycja jest więcej niż kusząca. - Przerwał. - Czy chciałabyś wiedzieć coś jeszcze? Masz jakieś pytania?

Miała ich dziesiątki, ale nie były to pytania, na które mógłby jej odpowiedzieć stryj. To raczej kawaler będzie musiał się z nimi zmierzyć. Nie był typem człowieka, który pragnąłby chłodnego, beznamiętnego związku. W żyłach miał ogień i pożądanie, tak samo jak ona.

O co więc chodziło?

Nagle zrozumiała.

- Rozmawiał ze stryjem, kiedy ja jeździłam konno? - Sir Charles skinął głową, a ona zapytała znów: - I nigdy mnie nie widział? Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej spotkała tego człowieka.
- Nie sądzę, by cię widział... - Sir Charles zmarszczył brwi. - Spotkałaś go?
- W drodze ze stajni do domu. Właśnie... wychodził.
- Cóż... - Sir Charles wyprostował się i wyraźnie pojaśniał. - Więc... - Przez chwilę jego wzrok wędrował gdzieś poza Francescą, ale potem do niej wrócił.

- Przybędzie jutro rano, by usłyszeć twoją odpowiedź. Co mam mu rzec?

Żemu nie wierzę.

Francesca spojrzała w szczere oczy Charlesa.

- Powiedz mu, stryjku, że... potrzebuję trzech dni, dokładnie siedemdziesiąt dwie godziny, licząc od dzisiejszego popołudnia, by rozważyć jego propozycję. Zważywszy jej nagłość i... niezwykłą naturę, muszę wszystko dokładnie przemyśleć. Za trzy dni, po południu, powiem tak lub nie.

Sir Charles uniósł brwi, ale nim skończyła mówić, kiwnął głową.

- Doskonały pomysł. Musisz najpierw sama się upewnić, czego chcesz, a potem... - przerwał i skrzywił się - dać mu, a właściwie mnie, odpowiedź.
- Właśnie. - Francesca wstała, czując jak rośnie w niej determinacja. - Muszę się upewnić, czego chcę... a potem on się tego dowie.

Było już prawie południe następnego dnia, kiedy Gyles znów jechał drogą w stronę Rawlings Hall. Wprowadzony do gabinetu, zobaczył, jak sir Charles obchodzi dokoła biurko i z uśmiechem wyciąga w jego stronę dłoń.

Prośba dziewczyny była, oczywiście, rozsądna, zdziwiło go jedynie, że to zasugerowała. Sir Charles przyglądał mu się zmartwiony, nie mogąc odczytać jego reakcji.

- Czy stanowi to przeszkodę?
- Nie. - Gyles zamyślił się. - Mimo iż pragnę zakończyć tę sprawę jak najszybciej, nie sposób odmówić żądaniu panny Rawlings słuszności. W końcu małżeństwo to poważna sprawa, co sam wiele razy podkreślałem.
- Właśnie. Francesca nie jest płochą dzierlatką, mocno stąpa po ziemi. Obiecała powiedzieć jasno tak albo nie za trzy dni, licząc od wczoraj.
- To więc tylko dwa dni - zamyślił się Gyles i wstał. - Dobrze więc. Pozostanę w pobliżu i przyjadę z wizytą po południu umówionego dnia.

Sir Charles wstał i uścisnęli sobie dłonie.

- Podobno - rzeki sir Charles, odprowadzając Gylesa do drzwi - widział pan Francescę wczoraj.

Gyles zatrzymał się i zerknął na gospodarza.

- Owszem, ale tylko przez krótką chwilę. - Widocznie go widziała, ale była dość sprytna, by nie dać po sobie tego poznać.
- Mimo to jedno spojrzenie powinno wystarczyć. To niezwykła młoda osoba, nie sądzi pan?

Gyles przyjrzał się sir Charlesowi. Był spokojniejszy, łagodniejszy niż on sam, kobiety powściągliwe i grzeczne były z pewnością bardziej w jego guście. Odpowiedział na uśmiech sir Charlesa.

- Uważam, że panna Rawlings doskonale sprawdzi się w roli hrabiny.

Odwrócił się w stronę drzwi otwartych przez sir Charlesa. Bulwer już czekał, aby odprowadzić go dalej. Gyles skinął głową i wyszedł.

Postanowił iść do stajni tak, jak to uczynił wcześniej. Szedł wolno ścieżką wśród klombów i rozglądał się dokoła. Powiedział sir Charlesowi, że nie chce poznawać oficjalnie swojej przyszłej żony, ponieważ uważał, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć. Jednak, zważywszy, że poprosiła o trzydniową zwłokę...

Mądrze byłoby poznać tę młodą damę.

Jego oferta była bardzo hojna. Stwierdził, że to dość dziwne jak na kobietę o wyglądzie i zachowaniu panny Rawlings. Nieważne, że ledwie raz na nią spojrzał, był przecież ekspertem w ocenianiu kobiet. Najwyraźniej w tym wypadku się nieco przeliczył, postanowił więc poznać ją lepiej, by ustrzec się innych niespodzianek.

Los się do niego uśmiechnął, dziewczyna spacerowała właśnie nad jeziorem w towarzystwie sfory spanieli. Z głową uniesioną w górę, wyprostowanymi plecami, oddalała się od niego, a psy kłębiły się wokół jej nóg. Ruszył za nią. Zbliżył się, kiedy zakręcała na skraju jeziorka.

- Panno Rawlings!

Zatrzymała się i odwróciła. Szal spoczywający na jej ramionach zatrzepotał, jego kolor podkreślał piękno jasnych włosów, prostych i zaczesanych w luźny kok. Powiewające na wietrze kosmyki otaczały miłą twarz, ładną, ale nie piękną. Najpiękniejsze były w niej oczy, bardzo jasne, otoczone jasnymi rzęsami.

-Tak?

Patrzyła, jak podchodzi ze spokojem, choć odrobinę niezdecydowanie. Gyles przypomniał sobie, że nalegał, aby oświadczyny uczyniono w imieniu hrabiego Chillingwortha, a ona najwyraźniej nie kojarzyła go z mężczyzną, którego miała zamiar poślubić.

- Gyles Rawlings - powiedział, ukłonił się i uśmiechnął. Ktoś inny musiał dostrzec go wczoraj, kiedy obserwował ją w ogrodzie, i donieść o tym sir Charlesowi, może kobieta, która ją zawołała? - Jestem pani dalekim kuzynem. Może mógłbym tu z panią pospacerować?

Zamrugała i uśmiechnęła się tak skromnie, jak to sobie Gyles wyobrażał.

- Jeśli jest pan moim krewnym, chyba nie ma w tym nic złego. - Gestem wskazała ścieżkę nad jeziorem. - Biorę psy na spacer, dla zdrowia. Codziennie to robię.
- Jest ich sporo. - Spaniele wąchały jego buty. Nie były to psy myśliwskie, tylko mniejsze, domowe, prawie kanapowe. - Czy należą do pani?
- Nie, nie. Mieszkają w tym domu.

Spojrzał na nią, żeby sprawdzić, czy nie żartuje, ale jej wyraz twarzy wskazywał z całą pewnością, że nie. Pospiesznie ocenił figurę dziewczyny. Była przeciętnego wzrostu, głową sięgała mu ledwie pod brodę. Szczupła, raczej mało kobieca, ale do zniesienia. Do zniesienia.

- Tamten pies - wskazała jednego z poszarpanym uchem - to najstarsza suczka. Nazywa się Bess.

Szli dokoła jeziora, a ona wymieniała imiona psów. Gyles za nic nie mógł wymyślić odpowiedniego tematu do rozmowy, innego niż te psy. Każde zdanie, które cisnęło mu się na usta, w świetle jej naiwności i nieskrywanej niewinności wydawało się nie na miejscu. Zrozumiał wtedy, że minęło sporo czasu od dnia, kiedy ostatnio rozmawiał z niewinną panną.

Nie znalazł jednak uszczerbku w jej manierach ani wychowaniu. Była wesoła i otwarta, jak mówił Charles, a przebywanie z nią działało na niego dziwnie kojąco. Może dlatego, że była tak niewymagająca.

Dotarli do końca jeziorka i szli w stronę klombów w pobliżu domu. Już miał zamiar ją odprowadzić, kiedy przez chwilę błysnęła mu odrobina szmaragdu. Popatrzył na kuszącą, oddaloną postać odzianą w zieleń. Między drzewami ledwie ją dostrzegł, a po chwili już jej nie było. Zmarszczył brwi i przyśpieszył kroku, dołączając do rozmówczyni.

- Doiły świetnie łapie szczury...

Szli przez trawnik, a jego towarzyszka wciąż mówiła o psiej rodzinie. Szedł obok, lecz jego uwaga skupiona była na czymś innym. Ta przeklęta Cyganka jeździła naprawdę szybko, za szybko.

Gdy dotarli do ogrodu pod domem, jego towarzyszka skręciła na ścieżkę wiodącą do głównej części ogrodu. Gyles zatrzymał się.

- Muszę już iść - powiedział i, przypomniawszy sobie, po co tu przybył, przybrał uprzejmy wyraz twarzy i ukłonił się. - Dziękuję za towarzystwo, moja droga. Z pewnością jeszcze się spotkamy.

Uśmiechnęła się szczerze.

- Z przyjemnością. Jest pan bardzo dobrym słuchaczem.

Przeszedł przez obsadzoną krzewami część parku, wciąż wypatrując derwisza w zielonym stroju do konnej jazdy. Nikt się nie pojawił. Dotarł do stajni i krzyknął:

- Hej tam!

Kiedy nikt mu nie odpowiedział, przeszedł przez całą stajnię, nie zastawszy jednak ani jednego chłopca stajennego. Znalazł swojego kasztanka, ale nie dostrzegł żadnego konia, którego przed chwilą wprowadzono by do środka. Przecież Cyganka na pewno już dotarła do stajni, jechała wyraźnie w tę stronę. Powróciwszy na podwórze, rozejrzał się. Nigdzie nikogo nie było. Potrząsnął głową i wrócił do środka, by przygotować swego konia. Właśnie w tej chwili tupanie zapowiedziało stajennego. Pędem wbiegł na podwórze, trzymając wiklinowy kosz piknikowy. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy zobaczył Gylesa.

- Och, przepraszam, sir. Eeee...

Rozejrzał się na boki, zerknął na Gylesa, a potem na kosz.

- Dla kogo to? - zapytał Gyles, wskazując kosz.
- Panienka kazała go natychmiast przynieść.

Jaka panienka? - o mało nie zapytał, ale ile panienek mogło być w Rawlings Hall.

- Daj. Oddaj mi kosz, ja jej go zaniosę, a ty przygotuj mego konia do jazdy. Gdzie ona jest?

Chłopak podał mu kosz. Był pusty.

- W sadzie - rzeki stajenny i skinął ręką za stajnię. Gyles ruszył, ale po chwili odwrócił się i krzyknął:
- Gdybym zaraz nie wrócił, przygotuj konia i przywiąż go przy drzwiach. Na pewno masz sporo roboty.
- Tak, proszę pana - chłopiec dotknął palcami czapki i zniknął w stajni.

Gyles szedł do sadu z uśmiechem.

Zatrzymał się i rozejrzał dokoła. Sad był jeszcze daleko, pełen pięknych jabłoni i śliw, obsypanych niedojrzałymi owocami. Wtedy dostrzegł konia, wielkiego, groźnego gniadosza, wysokiego, z masywną piersią i zadem. Stał osiodłany z luźno wiszącymi wodzami, skubał trawę. Gyles zaczął iść w tamtą stronę, gdy usłyszał jej głos:

- Ależ z ciebie śliczny chłopczyk. Chodź, popieszczę cię, o tak, pogłaszczę po głowie. O tak, dobry chłopiec - głos brzmiał zalotnie, zapraszająco, kusząco.

Twarz Gylesa przybrała kamienny wyraz. Ruszył przed siebie, rozglądając się wśród wysokiej trawy, szukając czarownicy w zielonym stroju i chłopaka, którego uwodziła...

Przestała mówić, Gyles ruszył szybciej. Dotarł do jabłoni. Rozejrzał się wśród trawy, ale nie znalazł żywej duszy.

- Josh - mruknęła - masz ten koszyk?

Gyles spojrzał w górę. Leżała wyciągnięta na gałęzi... spódnicę miała podciągniętą aż do kolan, a spod niej wystawała jedna czwarta pantalonów i kuszący kawałek nagiej nogi między falbaną i butami.

Gylesowi zakręciło się w głowie. Czuł się niemądrze z powodu wrzącej w nim nieuzasadnionej złości, ale ponieważ ta złość nie znalazła ujścia, był wciąż podekscytowany, a jednocześnie poruszony faktem, że powierzchowne spojrzenie na skórę koloru miodu sprawiło, że jest podniecony. Do tego wszystkiego targał nim jeszcze niepokój. Przeklęta Cyganka była dwa i pół metra nad ziemią.

- Mam cię! - powiedziała i chwyciła coś, co wyglądało na sporą kulkę futra wyrastającą z gałęzi drzewa. Przycisnęła kulkę do piersi, usiadła i pochyliła się, pokazując podobną kulkę w drugiej dłoni. Zauważyła Gylesa.
- Och!

Rozhuśtała się, chwyciła oba kociaki w jedną dłoń, a drugą złapała gałąź, żeby z niej nie spaść. Kocięta miauczały żałośnie. Gyles zamieniłby się z nimi bez słowa.

Z zaokrąglonymi ze zdziwienia oczyma, ze spódnicą wciąż zawiniętą powyżej kolan, siedziała i patrzyła na niego. Uśmiechnął się złowieszczo.

- Przyniosłem koszyk. Josh jest czymś zajęty.

Zmrużyła oczy i już, już miała go zbesztać, ale powiedziała tylko:

- Cóż, skoro go pan przyniósł, niech się pan na coś przyda. - Wskazała kulkę futra, którą właśnie dostrzegł obok swego buta. - Trzeba je zebrać i zanieść do domu.

Gyles postawił koszyk, chwycił kulkę biegającą u jego stóp i wsunął ją do koszyka. Kiedy już się upewnił, że kolejny jego krok nie będzie morderstwem, podszedł pod gałąź i sięgnął do góry.

- Proszę je podać.

To okazało się dość trudne, zważywszy że musiała jednocześnie trzymać się gałęzi. W końcu położyła jedno z kociąt na kolanach, podała mu drugie, a potem oddala jego bliźniaka. Powróciwszy do koszyka, Gyles wsunął do niego dwa kocięta, nie wypuszczając jednocześnie pierwszych dwóch ze środka. W zasięgu wzroku już miał kolejne maleństwo. Schwyta! je, wepchnął do koszyka i zapytał:

- Ile ich jeszcze jest?
- Razem dziewięć. O, tam jest jeden. Wyprostował się i zauważył rudą kulę.
- Czy kotka może mieć aż dziewięć małych?
- Tak.

Zauważył kolejnego w trawie. Wsuwał do koszyka miauczącą kulę futra, kiedy usłyszał trzask gałęzi.

- Och... o..!

Odwrócił się w samą porę, by uczynić duży krok, chwycić ją i odskoczyć spod gałęzi. Wylądowała prosto w jego ramionach. Halki wystawały spod jej spódnicy, stercząc bezładnie we wszystkie strony. Westchnęła dwa razy głęboko, nim nabrała powietrza w płuca.

- Dziękuję - wydusiła i patrzyła na niego, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć coś jeszcze.

Niósł ją bez wysiłku, zupełnie jakby ważyła nie więcej niż te kocięta. Nie odrywał od niej oczu, a ona nie mogła skupić myśli. Szare oczy pociemniały nagle, jak niebo w czasie burzy, i skupiły się na jej ustach. Pierwszy dotyk był całkowitym zaskoczeniem, usta miał chłodne i twarde. Instynktownie chcąc go ułagodzić, nie stawiała oporu, a jej wargi rozluźniły się. Potem przypomniała sobie, że rozważa myśl poślubienia go, uniosła dłonie w górę na jego tors, potem przesunęła na ramiona. Splotła palce na jego karku i oddała pocałunek.

Przez jedną chwilę poczuł coś niezwykle ulotnego, jakby coś mu umknęło, jakby stracił kontrolę, chwilę później miał wrażenie, że porozumiewają się bez słów i oboje pragną więcej. Nacisk jego ust na jej usta sprawił, że ustąpiła zaskoczona, rozwarła wargi, a on wsunął do środka język, biorąc je pożądliwie, bez zahamowań, bez skrupułów.

Przywarła do niego i przez chwilę czuła się bezradna, rozumiała, że opanował ją całkowicie, i gwałtownie pociąga w głębię nieznanych doznań. Czuła w ciele drżenie, gorącą falę sięgającą aż do stóp, ale nie czuła strachu, tylko radość. Właśnie po to się urodziła. Ale to tylko część jej przygody, część jej przeznaczenia, połowa jabłka, a ona przecież chciała cale. Nie stawiała oporu, pozwoliła, żeby poniosła ją namiętność, by fale pożądania przepływały przez jej ciało swobodnie.

Całowała namiętnie, zaskakując go tym całkowicie. Nie spodziewał się tego i nim się zorientował, znalazł się w pułapce, w której ona była przynętą.

Francesca zawsze tak właśnie sobie to wyobrażała. Jeszcze nigdy nie całowała mężczyzny w taki sposób, ale pragnęła tego skrycie. Pomyślała, że jeśli potrafi powtórzyć te same pieszczoty, którymi on ją obdarza, na pewno będzie tak jak powinno. Zawsze sądziła, że damy w taki właśnie sposób uczyły się pocałunków i miłosnych igraszek, od kogoś, kto je znał.

On znał je dobrze. Gorące, pożądliwe usta stopiły się w jedno, języki drażniły się dotykiem, przesuwały, pieściły. Ciała wrzały i drżały, ogarnięte gwałtowną falą pożądania. Po chwili jego pocałunki stały się wolniejsze, ale mocniejsze, głębsze, bardziej rytmiczne i oszałamiające. Zadrżała gwałtownie, czując, jak coś w niej rośnie, otwiera się i uspokaja. Całe jej ciało reagowało cudownym, rosnącym, olśniewającym pożądaniem.

Gyles tonął, z trudem utrzymywał się na fali obezwładniającego pożądania. Z obawą zarejestrował kolejną nadchodzącą falę, która ogarnęła go całego, zatapiając i pozbawiając resztek kontroli nad sobą. Gwałtownie oderwał od niej usta, odsunął głowę i spojrzał na dziewczynę. Uczepiona jego ramion, przytrzymywana jego dłońmi, zamrugała, starając się odzyskać zmysły.

Mężczyzna zamarł. Mruknął pod nosem przekleństwo, a potem powiedział głośno:

- Boże, jakaś ty łatwa.

Zacisnęła usta. Szarpnęła się gwałtownie, a on postawił ją na ziemi. Odsunęła się, cofnęła o krok, szybko wyprostowała pogniecioną suknię i strzepnęła z niej liście. Potrząsnęła spódnicą. Przypomniała sobie, że była na niego zła, zanim jeszcze wypowiedział te słowa. Powiedział, że przyjedzie rano, a minęło już chyba południe, nim raczył się zjawić. Czekała zaczajona, by go sobie obejrzeć, ale kiedy się nie zjawił, pojechała na przejażdżkę, by się nieco uspokoić. Przyjazd w południe nie świadczył o zbytnim pośpiechu z jego strony. Co zaś dotyczy jego zachowania, było skandaliczne! Żadnych zalotów, czułego obejmowania, jedynie gorąca namiętność i odważne poczynania. To nawet dobrze, zwłaszcza że te drugie bardziej do niej przemawiały niż pierwsze, ale przecież on nie mógł o tym wiedzieć. Był taki zawzięty... czy może chciał sobie zapewnić pozytywną odpowiedź? I co właściwie miał na myśli, mówiąc, że jest łatwa?

Uklękła, żeby sprawdzić, co się dzieje z kociętami, i rzuciła mu groźne spojrzenie.

- Podobno się oświadczyłeś, panie.

Gyles patrzył na dziewczynę liczącą kocięta i starał się nie zmarszczyć brwi. Jeśli o tym słyszała...

- Owszem.

Kim ona, do diaska, jest? Nim jednak zadał to pytanie, powiedział:

- Jest ich sześć, brakuje nam jeszcze trzech.
- Ten pański dom, zamek Lambourn, czy to prawdziwy zamek? Ma mury obronne i wieże, most zwodzony i fosę?
- Nie ma fosy i mostu - odparł Gyles i dostrzegł szarego kotka chowającego się za skałą. Poszedł po niego, a maluch natychmiast zaczął uciekać. - Pozostała część murów obronnych tuż przy głównej bramie i dwie wieże po obu stronach. Jest też wartownia, która obecnie stanowi dom hrabiny wdowy.
- Dom hrabiny wdowy? Więc pańska matka jeszcze żyje?
- Tak. - Skoczył w stronę kociaka i pochwycił go. Trzymając maleństwo za skórę na karku, zaniósł je do koszyka.
- Co pańska matka sądzi o tym małżeństwie?
- Nie pytałem - rzekł, skupiwszy się na wpychaniu wijącego się kociaka do koszyka, pilnując jednocześnie, by pozostałe nie uciekły. - To nie ma z nią nic wspólnego.

Dopiero, kiedy wstał, zrozumiał, co powiedział. To była prawda, owszem, musiał przyznać, ale, po co, do diaska, jej o tym mówił. Odwróciwszy się, spojrzał na nią, nie ukrywając zdziwienia, i kątem oka dostrzegł kroczącego odważnie na skraju sadu kolejnego kotka. Stłumił przekleństwo i ruszył za nim.

- Mieszka pan w Lambourn cały rok, czy tylko przez kilka miesięcy? - zapytała, kiedy wrócił z piszczącą kulką w dłoni.

Kiedy się pochyliła i wypuściła kociaka z gniazdka pod piersiami, do koszyka, jęknął.

- Eee... Pół roku spędzam w Lambourn. Zwykle do Londynu zjeżdżam na sezon, a potem znów jesienią na sesję parlamentu.
- Och? - W zielonych oczach zapłonęło prawdziwe zainteresowanie. - Więc zajmuje pan miejsce w parlamencie i przemawia?

Wzruszył ramionami i umieścił ostatniego kota w koszu.

- Kiedy kwestia mnie interesuje, tak, oczywiście.

Patrzył na nią chwilę zupełnie zaskoczony. Jak to się stało, że zeszli na ten temat?

- Proszę. - Wyciągnęła przed siebie dłoń z wodzami wałacha i sięgnęła po kosz. - Może pan zaprowadzić Sułtana. Ja je wezmę.

Nim się zorientował, już stał z wodzami w dłoni i patrzył, jak dziewczyna wychodzi z ogrodu. Przyglądał się, jak jej kuszące krągłości poruszają się swobodnie, jak podnosi rąbek spódnicy i wspina się na niewielkie wzniesienie. Zacisnął szczęki i ruszył za nią. Teraz jednak zrozumiał, dlaczego zostawiła mu wodze konia.

Dobrą chwilę zajęło mu przekonanie bestii, że naprawdę powinna za nim pójść. W końcu wielki rumak dał się ułaskawić i z wolna ruszyli. Jak dotąd to ona wypytywała go o wszystko. Po co to robiła? Przyszedł mu do głowy jedyny możliwy powód.

Wiedziała o propozycji małżeństwa. Doszedł do wniosku, że na pewno była powiernicą panny Rawlings. Możliwe, że Francesca opowiedziała jej o spotkaniu z nim i teraz dziewczyna starała się w imieniu przyjaciółki jak najwięcej na jego temat się dowiedzieć.

- Proszę powiedzieć, cóż panna Rawlings chciałaby o mnie wiedzieć.

Francesca spojrzała na niego zaskoczona. Czyżby się z niej naśmiewał? Patrząc znów przed siebie, odezwała się cierpko:

- Panna Rawlings chciałaby wiedzieć, czy pański dom w Londynie jest duży.
- Całkiem spory. To dość nowy budynek. Dom nie ma jeszcze pięćdziesięciu lat, więc jest nowoczesny i wygodny.
- Podejrzewam, że wiedzie pan bujne życie towarzyskie w Londynie, przynajmniej w sezonie.
- Owszem, czasem bywa gorąco, ale większość spotkań odbywa się wieczorem.
- I pewnie na wszystkich jest pan wyczekiwany.

Gyles zmrużył oczy i utkwił wzrok w czarnych lokach na jej głowie. Nie widział jej twarzy, więc nie był pewien, ale... nie, z pewnością nie ośmieliłaby się... - Panie domu należące do śmietanki towarzyskiej chętnie mnie zapraszają - powiedział, pozwalając jej domyślać się reszty.

- Naprawdę? Czy wobec którejś z nich czuje się pan obecnie szczególnie zobowiązany?

Ta przeklęta czarodziejka pytała, czy ma kochankę. Dotarli właśnie do stajni, kobieta stanęła na brukowanym podwórzu i odwróciła się. Zielone oczy napotkały jego wściekły wzrok i nie ustąpiły. Po chwili pełnej napięcia, powoli, wyraźnie powiedział:

- Nie, obecnie nie.

Fakt, że zamierzał zmienić tę sytuację, był wyraźnie wyczuwalny w jego tonie.

Nie odwracając wzroku, z trudem powstrzymywała uśmiech. W szarych oczach dostrzegła coś, czego nie rozumiała. Czyżby prowokował ją do tego, aby była na tyle cudowna i fascynująca, żeby nie miał ochoty odwiedzać innych dam? Czyżby w ten sposób chciał jej powiedzieć, że to, czy znajdzie sobie kochankę, czy nie, będzie zależało tylko i wyłącznie od niej samej? Ta myśl wydała jej się do pewnego stopnia kusząca, ale miała swoją dumę. Wyprostowała się, rzuciła mu surowe spojrzenie, kiwnęła głową i rzekła:

- Muszę wnieść kocięta do środka. Proszę powierzyć Sułtana Joshowi...

Uniosła dumnie głowę, odwróciła się na pięcie i ruszyła do kuchni.

Gyles miał ochotę sięgnąć dłonią i odwrócić ją w swoją stronę. Zacisnął pięści, by powstrzymać odruch.

- Ruggles! - zawołała.

Rudo-biała kotka wyłoniła się pośpiesznie z drzwi. Przystanęła, aby powąchać koszyk, miauknęła i zaczęła biec obok swojej pani.

Gyles starał się uspokoić, miał wrażenie, że krew w nim wrze. Ostatnie spojrzenie na nią było nie do zniesienia. Już miał stanowczo ją wypytać, kim jest i w jakim stopniu jest spokrewniona z Francescą Rawlings, kiedy ta przeklęta czarownica tak po prostu go zostawiła!

Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio jakaś dama tak go potraktowała. Na myśl o tym zmrużył oczy. Patrzył, jak wchodzi do domu kuchennym wejściem, niosąc kocięta, a za nią biegnie miaucząca matka maleństw. Jeśli się nie mylił, to ta Cyganka właśnie pokazała mu, gdzie jest jego miejsce.

Rozdział 3

Nie mógł przestać o niej myśleć, w ustach wciąż czul smak jej namiętnego pocałunku. Nie mógł uwolnić zmysłów od czaru, jaki na niego rzuciła. Następnego ranka wciąż był w jej sidłach. Kłusował przez las. Odrobina perswazji i wziąłby ją pod tą przeklętą jabłonią. Dlaczego właściwie tak go to irytowało? Czyżby oburzało go, iż uwiedzenie jej może okazać się sprawą zbyt łatwą? A może po prostu był zły na siebie, że nie skorzystał z okazji? Gdyby to uczynił, nie dręczyłaby go już, nie czułby się rozdarty i nie odczuwałby głodu, którego jeszcze nie nasycił.

Z drugiej jednak strony...

Odsunął od siebie tę myśl. Przecież nie znaczyła dla niego aż tak wiele. Była jedynie upartą kokietką, która stanowiła wyzwanie, a on nie potrafił mu się oprzeć. To wszystko. Nie mógł mieć na jej punkcie obsesji.

Przynajmniej na razie.

Wzdrygnął się na tę myśl. Był przecież za stary, zbyt doświadczony, żeby tak dać się złapać. Po to właśnie tu przyjechał, żeby zaaranżować małżeństwo z posłuszną, nienarzucającą się panną o dobrych manierach. Przypomniawszy sobie o tym, rozejrzał się, a potem skręcił w następną polną drogę prowadzącą w stronę Rawlings Hall.

Dziś przyjechał wcześniej niż poprzedniego dnia. Dostrzegł ją, kiedy wychodziła od psów. Powitała go promiennym uśmiechem.

- Dzień dobry panu, panie Rawlings. Znowu u nas?

Odpowiedział uśmiechem, ale obserwował ją uważnie. Sądził, że po wczorajszej rozmowie i przekazaniu informacji przez Cygankę Francesca na pewno będzie wiedziała, kim naprawdę jest.

Gdyby tak było, to ta kobieta musiałaby być lepszą aktorką niż Sarah Siddon, bo nie okazała ani odrobiny zakłopotania, ani szczypty rezerwy. Zaskoczony pogodził się z tym, że o niczym nie wie. Za jego sprawą sytuacja stała się dość pogmatwana i nie należało jej komplikować, przedstawiając się oficjalnie akurat teraz. To by ją jedynie zaniepokoiło.

Jak poprzednim razem, szedł obok niej z przyjemnością. Gdy dotarli na drugą stronę jeziorka, przystanęła, aby z zachwytem przyjrzeć się drzewu i zapytać, czy wie, jaki to może być gatunek. Zrozumiał wtedy, że nie dość uważnie jej słuchał. Naprawił swoją gafę, wyjaśniając, że to brzoza. Później słuchał jej uważnie i odkrył, że bez wątpienia dokonał właściwego wyboru i dziewczyna w pełni odpowiada jego potrzebom. Głos miała delikatny i wysoki, a nie niski i uwodzicielski. Nie miał dość mocy, by na dłużej zaprzątać jego myśli. Francesca była miła, skromna i mało ekscytująca. Więcej czasu spędził, przyglądając się spanielom niż jej.

Gdyby szedł teraz w obecności Cyganki, z pewnością potknąłby się o spaniele. Potrząsnął głową, żałując, że nie może wyrzucić z pamięci wizerunków czarodziejki, zwłaszcza tych, które tej nocy powstały w jego wyobraźni i nie mógł przez nie zasnąć. Z wysiłkiem wrócił myślami do damy obecnej przy jego boku.

Nie rozpalała w nim nawet najmniejszej iskry zainteresowania swoją seksualnością. Ona i jej wioska przyjaciółka były swoimi przeciwieństwami. Była dokładnie taką damą, jakiej potrzebował na żonę, młodą i miłą, która jednak nie wzbudza pożądania. Wykonywanie małżeńskich obowiązków będzie jednak dość łatwe i przysporzenie sobie z jej pomocą jednego czy dwóch potomków nie powinno być nieprzyjemne. Może nie wydawała się szczególnie piękna, ale miała dość przyjemną aparycję i była wystarczająco miła i uprzejma. Jeśli przyjmie jego oświadczyny i zgodzi się wyjść za niego bez miłości, będą sobie razem nieźle radzili.

Na razie, biorąc pod uwagę fakt, że jego narzeczona i Cyganka byty przyjaciółkami, warto byłoby zaprzyjaźnić się z przyszłą żoną, nim uwiedzie tę drugą. Wizja wrzaskliwej sceny, w której żona oskarża go o romans z jej najbliższą przyjaciółką, wydała mu się koszmarem, ale wątpił, by kiedykolwiek doszło do czegoś podobnego. Kto wie, może dzięki temu ich przyjaźń rozkwitnie. Takie historie zdarzały się już w towarzystwie.

A jednak w duchu wciąż przypominał sobie o potrzebie ostrożności i tym razem bardziej wsłuchiwał się w swój wewnętrzny głos. Postanowił, że lepiej będzie zachować umiar, przynajmniej do czasu, gdy jego żona i przyszłość będą zabezpieczone. Cyganka była dzika i nieprzewidywalna i dopóki małżeństwo nie stanie się faktem, lepiej powstrzymać żądze i trzymać się z dala od pokusy.

Podobnie jak poprzednim razem zostawił swoją przyszłą żonę w ogrodzie. Przyjęła jego odejście ze spokojem i miłym uśmiechem, nie prosząc o więcej wspólnie spędzonego czasu. Bardzo zadowolony z wyboru Gyles ruszył w stronę stajni. Czekał tam na niego Josh. Pobiegł po jego kasztanka, a Gyles się rozejrzał. Potem, wsiadając na konia, ociągał się, jak długo mógł. Po chwili ruszył ścieżką w stronę bramy, a za nią skręcił w kierunku Lyndhurst.

Postanowił unikać Cyganki. Nielogiczne byłoby w tej sytuacji czuć rozczarowanie, jeśli się jej nie spotkało. Niestety, mimo wszystko je czuł. Serce podskoczyło mu w piersi, kiedy dostrzegł na odległej, pustej drodze wdzięcznie wyglądającego jeźdźca. Nim się zastanowił, co robić, spiął konia i ruszył jego śladem.

Zwolniła na końcu drogi, zastanawiając się, w którą stronę jechać, kiedy usłyszała za sobą odgłos końskich kopyt i obejrzała się za siebie. Na jej twarzy pojawił się uśmiech radości. Roześmiała się dźwięcznie i rzuciła mu wyzywające spojrzenie. Ruszyła galopem, skręcając w najbliższą drogę.

Gyles jechał za nią. Jego kasztanek był doskonałym wierzchowcem, ale siwek, na którym jechała jego czarodziejka, okazał się znacznie szybszy. Na dodatek koń Gylesa nie znał drogi. Dziewczyna galopowała żwawo, ale Gyles nie dawał za wygraną i trzymał się za nią, wiedząc, że z czasem pozwoli się dogonić.

Obejrzała się i zobaczyła, jak mężczyzna mknie między drzewami.

Przez chwilę widział przed sobą rozbawiony wyraz jej twarzy. Piórko na jej maleńkim kapelusiku podskakiwało, kiedy unosiła się i opadała wraz z rumakiem, szybko pokonując zakręty.

Gdy wypadli z lasu na otwartą łąkę, za którą rósł jeszcze gęstszy las, Gyles puścił wodze i popędzał wielkiego kasztanka kolanami i rękoma jednocześnie. Doganiał już uciekającą Cygankę i choć jechała szybko, z ulgą się zorientował, że nie popędza już rumaka. Wielki, rasowy koń musiał być jednym z ogierów rozpłodowych Charlesa, nieoceniony pod względem prędkości i wytrzymałości, zwłaszcza na takim terenie. Na dodatek teraz jechał z połową tego, co zwykle dźwigał na grzbiecie.

Mała diablica usłyszała, że się zbliża, roześmiała się i krzyknęła:

- Jeszcze?

Nie czekając na odpowiedź, skłoniła siwka do galopu i skręciła w boczną drogę. Ścieżka wiła się i skręcała ostro. Potem pędzili przez kolejną polanę, a Gyles czuł dudnienie w uszach i radość. Od dawna nie czuł takiego poruszenia, od lat nie pozwolił sobie na uganianie się konno z taką prędkością, nie wsłuchiwał w stukot końskich kopyt, nie zachwycał pędem i nie słyszał tak szybkiego bicia własnego serca.

Ona też to czuła. Wiedział to na pewno. Dostrzegł to w jej lśniących oczach. Spojrzała na niego i już jej nie było. Nie musiał się zastanawiać, czy za nią podążyć. Pędzili jak szaleni przez las. Zewsząd otaczały ich drzewa, osłoniły swoimi zielonymi ciałami, jakby pędzili przez krainę, gdzie nie istnieje czas.

Jednak czas pędził nieubłaganie. Gyles jeździł konno, od kiedy skończył trzy łata, i zawsze czul przez skórę, ile jest w stanie wytrzymać jego koń. Choć jechali bardzo szybko przez dłuższy czas, kiedy sprawdził, jak się ma jego kasztanek, stwierdził, że nic mu nie dolega. Od chwili wyjazdu ze stajni do spotkania z nią wolno kłusował drogą. Teraz skupił się na siwku. Mógłby założyć się o parę koni do powozu, że galopowała jak szalona od chwili opuszczenia stajni.

Zaczął się martwić. Serce podskakiwało mu ze strachu przy każdym ostrym zakręcie, wstrzymywał oddech na każdej nierówności terenu, którą pokonywała. Straszliwe obrazy pojawiały się w jego głowie - ona leżąca na ziemi, ranna, jej ciało roztrzaskane na pniu drzewa, rozbita głowa i szyja skręcona pod niebezpiecznym kątem...

Nie mógł się pozbyć tych natrętnych myśli. Drzew było wokół coraz mniej. Wyskoczyli na kolejną polanę. Zawołał ją, ale ona już popędziła siwka. Odwróciła głowę i roześmiała się. Spojrzała znów przed siebie i ściągnęła wodze...

Gyles wytężył wzrok. Łąkę dzielił na pół stary, rozwalający się płot obrośnięty niewielkimi krzewami. Spięła siwka, by przeskoczył przeszkodę.

- Nie! - krzyk Gylesa zagłuszył stukot końskich kopyt. Była za daleko, by mógł dostrzec jej twarz, a za blisko płotu, by mógł ryzykować odwrócenie jej uwagi od manewru. Wyprzedzający go o kilkanaście metrów, siwek wyskoczył w górę. W myślach Gyles modlił się gorąco, aby jej się nic nie stało. Ciężkie kopyta konia ominęły przeszkodę z łatwością. Siwek wylądował i potknął się. Dziewczyna pisnęła.

Zniknęła mu z oczu. Po chwili koń wyłonił się zza płotu bez jeźdźca na grzbiecie. Z sercem w gardle Gyles skręcił i objechał płot kilka metrów od miejsca, gdzie upadla, i zawrócił w jej stronę. Leżała bezwładnie w krzaku janowca. Sądząc po wielkości krzaka i jej zdegustowanej minie, nic jej się nie stało, ale przerażenie, jakie go ogarnęło i ściskało gardło, nie minęło od razu. Podjechał, zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie. Dyszał z wysiłku, długi galop sprawił, że czuł się, jakby sam przebiegł co najmniej kilometr. Z wściekłości miał ochotę rozszarpać ją na strzępy.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale spoważniała, kiedy dostrzegła jego zmrużone ze złości oczy.

- Bezmyślna kobieto! - rzucił i przerwał, by dotarło do niej to, co powiedział. - Słyszałaś, jak krzyknąłem, dlaczego, do diaska, nie zatrzymałaś się?