Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Francesca Rawlings, piękność o południowej urodzie, jest dziedziczką niewielkiego majątku, który kiedyś stanowił część posiadłości należącej obecnie do harbiego Chillingworth, przyjaciela rodziny Cynsterów i zagorzałego wroga małżeństwa. Hrabia postanawia zawrzeć związek małżeński z rozsądku z kobietą przeciętnej urody, która zapewni mu potomstwo i z założenia nie będzie zazdrosna o kochanki, z których hrabia nie chce zrezygnować. Wskutek nieporozumienia zaczyna się ubiegać o rękę panny Rawlings, sądząc, że to cicha niepozorna blondynka, a przy tym jest zafascynowany urodą Franceski, którą uważa za przyjaciółkę panny Rawlings. Komedia omyłek zostaje rozwiązana dopiero przy ołtarzu.
Cykl: Cynsterowie, t. 7
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Golniowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystko o namiętności
przełożyłaIwona Chamska
Warszawa 2005
Tytuł oryginału: All About Passion
Projekt okładki: Beata Kulesza DamaziakKorekta: Alicja Chylińska
Copyright © 2001 by Savdek Management Proprietory Ltd. Copyright © 2005 for the Polish translation by Wydawnictwo „bis
ISBN: 83-89685-45-0
Wydawnictwo „bis”
ul. Lędzka 44a01-446 Warszawatel. (0-22) 877-27-05, fax (0-22) 837-I0-84
Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.
Londyn, sierpień 1820
Gyles Frederick Rawlings, piąty hrabia Chillingworth, zatrzymał się na chwilę, zdjął płaszcz, potem wzruszył ramionami i upuścił okrycie na wyciągnięte dłonie kamerdynera.
Inny, bezszelestnie poruszający się lokaj otworzy! drzwi do biblioteki i Gyles wszedł do środka. Jego wuj, Horacy Walpole, siedział na szezlongu, z nogami wyciągniętymi przed siebie, z kieliszkiem brandy w dłoni opróżnionym do połowy. Otworzył jedno, a potem drugie oko i usiadł prosto.
Gyles podszedł do podręcznego stolika na alkohol.
Gyles skinął głową. Z kieliszkiem w dłoni podszedł do swego ulubionego fotela ze skórzanym obiciem i usiadł w nim z wyraźną ulgą.
Sir Horacy patrzył przez chwilę zaskoczony, potem wyprostował się i powiedział:
Gyles ukrył niewyraźny uśmieszek. Sir Horacy był jego opiekunem od śmierci ojca, który zginął, gdy chłopiec miał siedem lat, więc to właśnie wuj był mu przewodnikiem w okresie dorastania i wczesnej młodości. Mimo to Gyles wciąż zaskakiwał czymś wuja Horacego. Ciotka Henrietta, dla rodziny Henni, była zupełnie inna i instynktownie potrafiła wyczuć, jakie miał zdanie w większości ważnych kwestii, mimo iż on przebywał w Londynie, a ona rezydowała w jego majątku w hrabstwie Berk. Co się zaś tyczy matki, również przebywającej w zamku, cieszył się, że od dawna już zatrzymywała dla siebie wszystkie swoje spostrzeżenia.
Sir Horacy skrzywił się.
Sir Horacy skrzywił się i podał mu szklankę.
Napełnił kieliszki i odsunął od siebie nieprzyjemną wizję sprowokowaną przez starego przyjaciela Diabła, jednego z Cynsterów, i jego najnowsze piekielne posunięcie.
Wiedział, że nigdy nie ożeni się z miłości. Los, o którym od lat przypominał Richardowi Cynsterowi, nigdy nie przypadnie jemu w udziale. Każdy mężczyzna z rodu Cynsterów, mimo wcześniejszych sukcesów w dziedzinie damsko-męskiej i licznych podbojów, niezmiennie kończył w ramionach jednej jedynej kobiety, którą kochał, i był jej wierny. W grupie sześciu mężczyzn z tego rodu, zwanej Klubem Cynsterów, nie został ani jeden kawaler, a wszyscy małżonkowie pozostawali bezgranicznie zakochani w swoich żonach i skupieni na rozrastającej się rodzinie. Owszem, czul odrobinę zazdrości, kiedy o tym myślał, ale nie miał zamiaru jej okazywać, zresztą cena, jaką zapłacili za swój nowy los, była dla niego samego nie do przyjęcia.
Sir Horacy żachnął się.
Upił łyk brandy.
Sir Horacy skinął głową ze zrozumieniem. Gatting stanowiło niegdyś część posiadłości Lambourn. Bez niego majątek hrabiego był jak okrągłe ciasto bez jednego kawałka. Odzyskanie Gatting pozostawało ambicją ojca, a wcześniej dziada Gylesa.
Gyles skinął głową, a w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Po chwili otworzyły się drzwi do biblioteki.
Waring był mocno zbudowanym mężczyzną po trzydziestce, z okrągłą twarzą i krótko ściętymi włosami. Gyles wskazał mu fotel naprzeciw siebie.
Waring szukał chwilę w swoich papierach, a potem skinął głową.
Waring spojrzał na Gylesa.
Gyles zastanawiał się chwilę. Dało o sobie znać zniecierpliwienie całą sytuacją. Chciał już mieć to wszystko za sobą.
*
Pochwaliwszy Waringa za doskonałą pracę, Gyles odprowadził go do drzwi wyjściowych. Sir Horacy podążył za nimi, jako że jego zamiarem było powrócić następnego dnia do zamku Lambourn. Drzwi zamknęły się za mężczyznami, a Gyles odwrócił się i wszedł po schodach na górę.
Mimo dobrobytu i eleganckich wnętrz jego dom zionął chłodem - to brak kobiety sprawiał, że wydawał się taki nieprzytulny - mimo że klasyczny wystrój wnętrz nadawał im szczególną, niezależną od mody solidność. Gyles zatrzymał się na szczycie schodów i spojrzał w dół. Doszedł do wniosku, że nadszedł już czas, by usunąć tę wadę, umieszczając w tym domu odpowiednią damę.
Francesca Hermiona Rawlings uplasowała się na czele listy kandydatek, jakie mogły nadawać się do tego zadania. Poza ożenkiem pragnął również objąć w posiadanie majątek Gatting. Na jego liście były nazwiska innych dam, ale żadna z nich nie dorównywała majątkiem ani zaletami pannie Rawlings. Panna mogła oczywiście pod jakimś względem okazać się nieodpowiednia, a wówczas Gyles dowie się o tym wkrótce.
Odkładanie tego, co nieuniknione, i zdawanie się na los, nie było w jego stylu.
Następnego dnia znalazł się w hrabstwie Hamp i tego samego popołudnia dotarł do gospody Lyndhurst. Zamówił tam pokój, a Maxwellowi, swojemu totumfackiemu, kazał zaopiekować się siwkami. Wynajął pięknego kasztanka i ruszył do Rawlings Hall.
Ze słów gadatliwego gospodarza zajazdu wynikało, że daleki krewny Gylesa, sir Charles Rawlings, wiódł samotne życie w oddalonej od osad ludzkich posiadłości w pobliżu New Forrest, mimo to droga do Rawlings Hall była dobra, a brama zawsze otwarta dla gości. Tak jak i tym razem, gdy zajechał tam Gyles.
Hałas, jaki czyniły na żwirowej alejce kopyta kasztanka, słychać było wszędzie. Im bliżej dworu, tym mniej widział drzew; za nimi ciągnęły się rozlegle trawniki otaczające dom wzniesiony ze spłowiałej, czerwonej cegły. Z jednej strony Gyles zauważył pustą ścianę szczytową, z drugiej rysowała się pojedyncza wieża obronna. Od dawna nie dobudowano tu nowego skrzydła dworu, nawet za czasów króla Jerzego.
Dwór Rawlings był zadbany, choć niebogaty.
Na podwórzu od frontu zaaranżowano spory kwietnik, oddzielony starą, kamienną ścianą od trawnika otaczającego staw. Za ścianą znajdował się ogród biegnący wzdłuż domu, a za nim widać było zadbany zagajnik.
Gyles zatrzymał kasztanka przed schodami od frontu. Usłyszał kroki. Zsiadł z konia i podał wodze stajennemu, który właśnie zdążył podbiec. Mężczyzna wszedł po schodach na ganek i zapukał do drzwi.
Gyles przyglądał się chwilę wysokiemu kamerdynerowi.
Zbity z tropu kamerdyner zamrugał nerwowo.
Wskazał gościowi drogę do salonu. Gyles szedł za nim powoli, choć niecierpliwił się, bo czuł, że jest jedynie o krok od tego, co los mu zgotował. To była, oczywiście, wina Diabła. Jako honorowy członek rodu Cynsterów musiał uczynić wszystko, by oszukać los.
Otworzyły się drzwi, Gyles odwrócił się, a do pokoju wszedł dżentelmen, podobny do Gylesa budową ciała i kasztanowym odcieniem włosów, tylko starszy, bardziej zmęczony życiem. Nawet gdyby Gyles nie znal nazwiska mężczyzny, i tak pewnie, spotkawszy go, domyśliłby się, że jest to jego krewny.
Gyles uśmiechnął się i odpowiedział.
Przenieśli się do gabinetu sir Charlesa. Gyles został zaproszony do zajęcia miejsca w wygodnym fotelu, a sir Charles usiadł za biurkiem.
Gyles uniósł brwi.
Charles nie uśmiechnął się.
Sir Charles uniósł brwi.
Sir Charles przyglądał mu się uważnie przez chwilę, a potem skinął głową.
Gyles nic nie odpowiedział.
Sir Charles skinął głową.
Sir Charles przerwał, a Gyles zerknął na niego zdziwiony.
Sir Charles przyglądał mu się uważnie i po chwili najwyraźniej podjął jakąś decyzję.
Gyles spojrzał uważnie na sir Charlesa.
Sir Charles uśmiechnął się niepewnie.
Gyles uśmiechnął się równie niepewnie, jak sir Charles.
Gyles zastanawiał się przez chwilę.
Gyles nie spuszczał z niego wzroku. Po chwili skinął głową i powiedział:
Sir Charles zamrugał.
Charles chciał się przez chwilę spierać, ale Gyles najwyraźniej nie miał zamiaru tracić więcej czasu na zbędne dyskusje. Dla niego sir Charles był głową rodziny, a jemu przedstawił już swoje zamiary.
Kiedy przybory były gotowe, Gyles podyktował, a sir Charles zapisał oficjalną propozycję kontraktu małżeńskiego pomiędzy hrabią Chillingworth i Francescą Hermioną Rawlings. Sir Charles pisał właśnie ostatnie słowa intercyzy, kiedy Gyles zaczął się głośno zastanawiać:
Sir Charles wzruszył ramionami.
Sir Charles również wstał, otworzył usta i zawahał się:
Gyles potrząsnął głową:
Sir Charles spojrzał mu w oczy.
Gyles zawahał się, a po chwili skinął głową.
W oczach sir Charlesa zauważył ból. Gyles wiedział, że Charles był wdowcem, ale nie sądził, że tak wiele uczuć łączyło go z żoną; teraz wyraźnie było widać, jak bardzo mu jej brakowało. Poczuł chłodny powiew na karku.
Wyszedł do holu. Sir Charles udał się za nim i uścisnął mu dłoń. Podszedł kamerdyner i odprowadził go do drzwi.
Kamerdyner wyglądał na obrażonego i jednocześnie pełnego poczucia winy. Rzucił bezradne spojrzenie na Gylesa, podczas gdy pomoc kuchenna ciągnęła go cały czas za rękaw.
Gyles zaśmiał się głośno.
Na twarzy Bulwera pojawił się wyraz ulgi.
Gyles słyszał, jak po drodze strofuje pomoc kuchenną, nim oboje zniknęli za drzwiami. Z uśmiechem na twarzy hrabia wyszedł przez frontowe drzwi, zszedł po schodach i pod wpływem nagłego impulsu skręcił w lewo. Spacerował pośród klombów, podziwiając równo przystrzyżone żywopłoty i drzewka iglaste. Po jego lewej stronie tuż pod kamiennym murem prowadziła ścieżka, obok niej, w tej samej linii wyrastał cisowy żywopłot. Gyles skręcił w lewo w pierwszą przerwę w cisowym żywopłocie, i ruszył ścieżką pośród krzewów. Spojrzał przed siebie, tuż za żywopłotem wyrastał dach stajni.
Wszedł w łukowate przejście w żywopłocie i zatrzymał się. Ścieżka rozchodziła się w prawo i w lewo. Zerkając w stronę domu, zauważył, że z miejsca, gdzie stal, rozciąga się perspektywa na cały ogród, aż do kamiennej ściany, wzdłuż której wcześniej przechodził. Tuż pod samym domem obok muru postawiono kamienną ławkę. Na tej ławce siedziała młoda dama. Czytała książkę spoczywającą na jej kolanach. Ostatnie promienie późnego popołudnia padały na ziemię, otaczając ją złotym światłem. Jasne włosy koloru lnu miała zaczesane do tyłu. Bladoróżowa skóra lśniła nieznacznie. Ze swego miejsca nie widział oczu, ale jej rysy, choć nieszczególnie zachwycające, zdały mu się przyjemne. Jej poza, sposób przechylania głowy, opuszczone ramiona sugerowały, że jest kobietą, którą łatwo będzie zdominować, że jest z natury uległa.
Nie należała do tego rodzaju kobiet, które go pociągały, zwykle nie poświęcał takim damom wiele uwagi, ale zdecydowanie nadawała się na żonę. Właśnie takiej partnerki szukał dla siebie. Może to właśnie jest Francesca Rawlings?
Widocznie jakaś siła wyższa usłyszała jego pytanie, bo nagle kobiecy głos zawołał z góry:
Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę. Zamykała właśnie książkę i podnosiła z ławki szal, kiedy wołanie rozległo się ponownie:
Dziewczyna wstała i zakrzyknęła:
Głos miała delikatny i łagodny. Ruszyła w stronę domu i zniknęła z poła widzenia Gylesa. Mężczyzna uśmiechnął się i poszedł dalej. Ufał sir Charlesowi, wiedział, że ten nie próbował go oszukać. Francesca Rawlings posiadała dokładnie te wszystkie atrybuty, które powinna mieć posłuszna żona.
*
Ścieżka wiodła na porośnięte trawą podwórze. Gyles wyszedł na nie... Nagle derwisz w szmaragdowym odzieniu wpadł na niego i o mało nie zwalił z nóg. Była to niewielka kobieta, ledwie sięgająca mu do ramienia. Pierwsze, co zobaczył, to czupryna czarnych, kręconych włosów spadających na ramiona i plecy. Szmaragdowozielone, aksamitne odzienie było jej strojem do jazdy konnej. Miała na nogach wysokie buty i szpicrutę w ręku.
Gyles chwycił ją i przytrzymał, żeby nie upadła. Objął ją ramionami w obawie, że odbije się od niego i zrobi sobie krzywdę. Nim zdążyła złapać oddech, jego uścisk rozluźnił się nieco, ale dłonie nie omieszkały wyczuć, że dziewczyna była kształtna i bardzo kobieca. Dla niego taka kompozycja wydawała się idealna. Położył dłoń płasko na jej plecach, a potem przycisnął nieznacznie, uwięziwszy ją w swoich ramionach na jeszcze jedną chwilę. Pełne piersi spoczęły na jego torsie, miękkie biodra oparły się o jego uda.
- O! - wyrwało się jej.
Spojrzała w górę. Zielone piórko sterczące z czapki na czubku jej głowy łaskotało jego policzek. Gyles prawie tego nie zauważył.
Miała zielone oczy, ich odcień przypominał raczej szmaragd i był jeszcze bardziej intensywny niż kolor jej odzienia. Wielkie, zaokrąglone ze zdziwienia oczy otaczały grube i ciemne rzęsy. Skóra bez skazy przypominała kolorem kość słoniową o delikatnym, złotawym odcieniu. Różowe usta były łagodnie wykrojone; dolna warga zmysłowo pełna. Upięte na czubku głowy włosy odsłaniały gładkie czoło i łagodne luki brwi. Mniejsze i większe loki spływały w dół, otaczając intrygującą, pociągającą i bardzo piękną twarz. Gyles poczuł nagle, że koniecznie musi się dowiedzieć, o czym myśli ta panna. Te przerażone, szmaragdowe oczy patrzyły wprost na niego, przyglądały się chwilę jego twarzy i potem wyglądały na jeszcze bardziej przestraszone.
Jej głos był jak pieszczota, zaproszenie, otula! mgiełką jego zmysły, które i tak już były rozpalone. W mgnieniu oka zrozumiał, jakie budziła w nim uczucia. Och, tak, pomyślała budząca się w nim bestia. Wykrzywił usta w nieznacznym uśmiechu i myślą! już tylko o jednym.
Opuściła wzrok i patrząc na uśmiechnięte usta mężczyzny, przełknęła ślinę. Na jej jasnych policzkach pojawiła się odrobina różu. Odchyliła się nieco, napierając plecami na jego ramię.
Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale mimo to powoli, z nieukrywanym ociąganiem, rozluźnił uścisk.
Dziewczyna czuła się nieoczekiwanie dobrze w jego ramionach, nawet zbyt dobrze, ciepło, bezpiecznie. Cofnęła się, jeszcze bardziej zaczerwieniła, kiedy mężczyzna dotknął jej bioder, opuszczając dłonie. Poprawiła spódnicę, ale nie podniosła wzroku.
Nie czekając na odpowiedź, przesunęła się obok niego i szybko ruszyła ścieżką w stronę domu. Mężczyzna odwrócił się i obserwował jej ucieczkę.
Zwolniła, a po chwili się zatrzymała. Potem odwróciła głowę i spojrzała na niego. Bez udawanego zawstydzenia i kokieterii.
Wyglądała jak Cyganka na tle zielonego żywopłotu. Jej odważne spojrzenie, dumna postawa były nieodpartym wyzwaniem dla Gylesa.
Patrzyła na niego przez chwilę, a potem machnęła dłonią.
Na Boga, gdyby nie była...
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy i poczuli oboje jakiś prymitywny impuls, obietnicę, która nie potrzebowała słów. Obrzuciła go odważnym, głodnym spojrzeniem, jakby chciała zachować go w pamięci. On uczynił to samo, pożerał ją wzrokiem równie chciwie, obawiając się, że za chwilę ona mu umknie.
Tak też uczyniła. Odwróciła się, uniosła nieco spódnicę i ruszyła ścieżką w stronę domu, by po chwili zniknąć mu z pola widzenia.
Wciąż wpatrując się w pustą już ścieżkę, Gyles poczuł nagłą chęć dogonienia dziewczyny, ale chwilowy impuls znikł. Odwrócił się, uśmiechnął, choć nie był wcale rozbawiony. Zmysłowe ożywienie było stanem, z którym miał często do czynienia, a Cyganka najwyraźniej znała swoją wartość.
Dotarł do stajni i posłał stajennego po swojego kasztanka. Kiedy czekał, przyszło mu do głowy, że w tej właśnie chwili powinien myśleć raczej o swojej przyszłej żonie. Skupił więc myśli na bladolicej damie z książką na kolanach, ale już po kilku chwilach jej obraz został zastąpiony przez znacznie żywszą, bardziej zmysłową postać Cyganki, którą niedawno widział, oraz zainteresowaniu, jakie dostrzegł w jej oczach. Powrót do wizji blondynki wymagał od niego wielkiego wysiłku.
Uśmiechał się w duchu. Dlatego miał zamiar ożenić się z nijaką damą, by jej istnienie nie przeszkadzało mu w pogoni za bardziej zmysłowymi kobietami. Do tego celu Francesca Rawlings wydawała się idealną kandydatką, już minutę po jej obejrzeniu jego głowę zajęły lubieżne myśli dotyczące zupełnie kogoś innego.
Cyganki.
Kim ona jest? Jej przytłumiony, namiętny głos powrócił w jego myślach. Mówiła z odrobiną akcentu, samogłoski wymawiała głębiej, a spółgłoski bardziej twardo. Dzięki temu słowa miały bardziej uwodzicielski posmak. Wspomniał lekko złotawe zabarwienie jej skóry i przypomniał sobie, że większość życia Francesca Rawlings spędziła w Italii.
Chłopak stajenny wyprowadził wielkiego kasztanka, Gyles podziękował mu i wsiadł na konia, po czym ruszył cwałem w drogę.
Akcent i opalenizna; ta Cyganka mogła być po prostu Włoszką. Co zaś tyczy się zachowania, żadna skromna, dobrze wychowana młoda dama z Anglii nie obrzuciłaby go tak otwarcie odważnym spojrzeniem. Włoszka musiała zatem być przyjaciółką lub damą do towarzystwa jego przyszłej żony. Gdyby była służką, nie byłaby tak ubrana, poza tym służąca nie zachowywałaby się tak swobodnie, a z pewnością nie przy pierwszym, a nawet drugim spotkaniu.
Gyles skręcił w aleję wiodąca do bramy i zerknął w stronę siedziby rodu Rawlingsów. Nie wiedział jeszcze, jak to rozegrać. Najważniejszą obecnie sprawą był ożenek z dobrze ułożoną, posłuszną panną, a zmysłowa Cyganka, mimo silnego pociągu, jaki do niej czuł, musiała poczekać.
Zmrużył oczy i nie widział już wyblakłych cegieł, tylko szmaragdowe oczy pełne porozumienia, zmysłowości i wiedzy, która wykraczała poza to, co każda skromna, młoda dama powinna wiedzieć.
Postanowił, że będzie ją miał. Gdy tylko posłuszna narzeczona zgodzi się za niego wyjść, natychmiast rozpocznie podbój godny swoich upodobań. Zajęty myślami o nim, popędził konia i ruszył galopem.
Francesca wpadła do domu przez drzwi od ogrodu. Zatrzymała się gwałtownie, poczekała, aż jej oczy przywykną do łagodniejszego światła i przestanie jej się kręcić w głowie. Boże! Ostatni rok spędziła, narzekając w zaufanym gronie na brak ognia w żyłach Anglików, a oto bogowie zsyłają jej takiego mężczyznę. Nawet jeśli odnalezienie się zajęło im dwanaście miesięcy, to i tak nie miała zamiaru narzekać. Nie była jednak pewna, czy powinna klęknąć i dziękować Bogu. Obrazek, jaki powrócił w jej wspomnieniach, sprawił, że o mało nie wybuchła śmiechem, a dołeczek na lewym policzku zadrgał lekko. Po chwili wesołość ustąpiła. Kimkolwiek był, nie przyszedł przecież do niej; mogli się już nigdy nie zobaczyć. Była przekonana, że musiał być jej krewnym. Zauważyła u niego podobieństwo do ojca i stryja. Zmarszczyła brwi i weszła w głąb domu.
Ledwie zdążyła wrócić z przejażdżki, a już usłyszała krzyk ciotki Ester. Wyszła więc ze stajni i ruszyła szybkim krokiem w stronę domu. Była poza domem dłużej niż zwykle, więc ciotka Ester i stryj Charles mogli się martwić. Później zderzyła się z obcym mężczyzną. Wygląda! na dżentelmena, zdecydowanie ze szlacheckiego rodu, może nawet z tytułem. Trudno stwierdzić, czy Chillingworth to nazwisko czy herb. Chillingworth, powtarzała w myśli, wymawiała bezgłośnie. Słowo to miało specyficzne brzmienie, pasujące do tego mężczyzny. Kimkolwiek był, a miała kilka pomysłów na ten temat, z pewnością stanowił przeciwieństwo nudnych, nieciekawych, prowincjonalnych dżentelmenów, których poznała w ciągu ostatniego roku. Chillingworth, z jakiegokolwiek rodu pochodził, na pewno nie okazałby się nudny.
Jej serce wciąż biło pośpiesznie, krew krążyła szybciej w żyłach, znacznie szybciej niż bywało po przejażdżce konnej. Wszystko to stało się dlatego, że trzymał ją zbyt blisko siebie i patrzył jak lampart na swój następny posiłek, i dlatego że wiedziała dokładnie, o czym myślał.
W szarych oczach dostrzegła ogień, jego oczy płonęły, ale tęczówki pociemniały, a usta wykrzywiły się w uśmiechu, który mógł oznaczać tylko jedno... zdrożne myśli. Myślał o ciele przyciśniętym do innego nagiego ciała, o jedwabnej pościeli śliskiej i chłodnej pod poruszającymi się rytmicznie sylwetkami. Takie same bezwstydne wyobrażenia powstały teraz w jej głowie. Zaczerwieniła się, odsunęła od siebie te myśli i ruszyła dalej. Rozejrzała się dokoła, nie widząc nikogo, pomachała dłonią przed twarzą dla ochłody. Nie chciała wyjaśniać ciotce Ester, dlaczego się czerwieni. Zastanawiała się przez chwilę, gdzie ona może być. Szła w stronę kuchni, ale tam jej nie zastała. Służba słyszała, jak wołała, ale nie wiedzieli, gdzie poszła. Francesca pchnęła drzwi i weszła do holu. Był pusty, buty do jazdy konnej stukały o posadzkę. Była już w połowie drogi na górę, kiedy otworzyły się drzwi gabinetu stryja i wyszła z nich ciotka Ester.
Francesca zawróciła.
Kobieta skinęła w stronę otwartych drzwi gabinetu. Zaintrygowana Francesca weszła do środka i zamknęła je za sobą. Stryj Charles siedział za biurkiem i czytał list. Usłyszawszy stukot zamykanych drzwi, spojrzał w górę i uśmiechnął się.
Podeszła do krzesła, które wskazał. Nie stało po przeciwnej stronie biurka, ale obok niego. Zauważyła, że oczy stryja pojaśniały, wyglądały inaczej niż zwykle, gdy były przykryte cieniem nieznanych zmartwień. Zbyt często stryj przesiadywał tu i zamartwiał się, samotny i smutny. Teraz z jego twarzy biła radość dobrych wieści.
Usiadła na krześle.
Popatrzyła zdziwiona.
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ta postać w jej wyobraźni...
Sir Charles pochylił się i chwycił jej dłoń.
*
Kiedy sir Charles skończył jej wszystko wyjaśniać z bolesnymi i powtarzającymi się szczegółami, Francesca była jeszcze bardziej zaskoczona.
Francesca machnęła dłonią, odsuwając ten problem jako nieważny.
Sir Charles uśmiechnął się.
Miała ich dziesiątki, ale nie były to pytania, na które mógłby jej odpowiedzieć stryj. To raczej kawaler będzie musiał się z nimi zmierzyć. Nie był typem człowieka, który pragnąłby chłodnego, beznamiętnego związku. W żyłach miał ogień i pożądanie, tak samo jak ona.
O co więc chodziło?
Nagle zrozumiała.
- Przybędzie jutro rano, by usłyszeć twoją odpowiedź. Co mam mu rzec?
Żemu nie wierzę.
Francesca spojrzała w szczere oczy Charlesa.
Sir Charles uniósł brwi, ale nim skończyła mówić, kiwnął głową.
Było już prawie południe następnego dnia, kiedy Gyles znów jechał drogą w stronę Rawlings Hall. Wprowadzony do gabinetu, zobaczył, jak sir Charles obchodzi dokoła biurko i z uśmiechem wyciąga w jego stronę dłoń.
Prośba dziewczyny była, oczywiście, rozsądna, zdziwiło go jedynie, że to zasugerowała. Sir Charles przyglądał mu się zmartwiony, nie mogąc odczytać jego reakcji.
Sir Charles wstał i uścisnęli sobie dłonie.
Gyles zatrzymał się i zerknął na gospodarza.
Gyles przyjrzał się sir Charlesowi. Był spokojniejszy, łagodniejszy niż on sam, kobiety powściągliwe i grzeczne były z pewnością bardziej w jego guście. Odpowiedział na uśmiech sir Charlesa.
Odwrócił się w stronę drzwi otwartych przez sir Charlesa. Bulwer już czekał, aby odprowadzić go dalej. Gyles skinął głową i wyszedł.
Postanowił iść do stajni tak, jak to uczynił wcześniej. Szedł wolno ścieżką wśród klombów i rozglądał się dokoła. Powiedział sir Charlesowi, że nie chce poznawać oficjalnie swojej przyszłej żony, ponieważ uważał, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć. Jednak, zważywszy, że poprosiła o trzydniową zwłokę...
Mądrze byłoby poznać tę młodą damę.
Jego oferta była bardzo hojna. Stwierdził, że to dość dziwne jak na kobietę o wyglądzie i zachowaniu panny Rawlings. Nieważne, że ledwie raz na nią spojrzał, był przecież ekspertem w ocenianiu kobiet. Najwyraźniej w tym wypadku się nieco przeliczył, postanowił więc poznać ją lepiej, by ustrzec się innych niespodzianek.
Los się do niego uśmiechnął, dziewczyna spacerowała właśnie nad jeziorem w towarzystwie sfory spanieli. Z głową uniesioną w górę, wyprostowanymi plecami, oddalała się od niego, a psy kłębiły się wokół jej nóg. Ruszył za nią. Zbliżył się, kiedy zakręcała na skraju jeziorka.
Zatrzymała się i odwróciła. Szal spoczywający na jej ramionach zatrzepotał, jego kolor podkreślał piękno jasnych włosów, prostych i zaczesanych w luźny kok. Powiewające na wietrze kosmyki otaczały miłą twarz, ładną, ale nie piękną. Najpiękniejsze były w niej oczy, bardzo jasne, otoczone jasnymi rzęsami.
-Tak?
Patrzyła, jak podchodzi ze spokojem, choć odrobinę niezdecydowanie. Gyles przypomniał sobie, że nalegał, aby oświadczyny uczyniono w imieniu hrabiego Chillingwortha, a ona najwyraźniej nie kojarzyła go z mężczyzną, którego miała zamiar poślubić.
Zamrugała i uśmiechnęła się tak skromnie, jak to sobie Gyles wyobrażał.
Spojrzał na nią, żeby sprawdzić, czy nie żartuje, ale jej wyraz twarzy wskazywał z całą pewnością, że nie. Pospiesznie ocenił figurę dziewczyny. Była przeciętnego wzrostu, głową sięgała mu ledwie pod brodę. Szczupła, raczej mało kobieca, ale do zniesienia. Do zniesienia.
Szli dokoła jeziora, a ona wymieniała imiona psów. Gyles za nic nie mógł wymyślić odpowiedniego tematu do rozmowy, innego niż te psy. Każde zdanie, które cisnęło mu się na usta, w świetle jej naiwności i nieskrywanej niewinności wydawało się nie na miejscu. Zrozumiał wtedy, że minęło sporo czasu od dnia, kiedy ostatnio rozmawiał z niewinną panną.
Nie znalazł jednak uszczerbku w jej manierach ani wychowaniu. Była wesoła i otwarta, jak mówił Charles, a przebywanie z nią działało na niego dziwnie kojąco. Może dlatego, że była tak niewymagająca.
Dotarli do końca jeziorka i szli w stronę klombów w pobliżu domu. Już miał zamiar ją odprowadzić, kiedy przez chwilę błysnęła mu odrobina szmaragdu. Popatrzył na kuszącą, oddaloną postać odzianą w zieleń. Między drzewami ledwie ją dostrzegł, a po chwili już jej nie było. Zmarszczył brwi i przyśpieszył kroku, dołączając do rozmówczyni.
Szli przez trawnik, a jego towarzyszka wciąż mówiła o psiej rodzinie. Szedł obok, lecz jego uwaga skupiona była na czymś innym. Ta przeklęta Cyganka jeździła naprawdę szybko, za szybko.
Gdy dotarli do ogrodu pod domem, jego towarzyszka skręciła na ścieżkę wiodącą do głównej części ogrodu. Gyles zatrzymał się.
Uśmiechnęła się szczerze.
Przeszedł przez obsadzoną krzewami część parku, wciąż wypatrując derwisza w zielonym stroju do konnej jazdy. Nikt się nie pojawił. Dotarł do stajni i krzyknął:
Kiedy nikt mu nie odpowiedział, przeszedł przez całą stajnię, nie zastawszy jednak ani jednego chłopca stajennego. Znalazł swojego kasztanka, ale nie dostrzegł żadnego konia, którego przed chwilą wprowadzono by do środka. Przecież Cyganka na pewno już dotarła do stajni, jechała wyraźnie w tę stronę. Powróciwszy na podwórze, rozejrzał się. Nigdzie nikogo nie było. Potrząsnął głową i wrócił do środka, by przygotować swego konia. Właśnie w tej chwili tupanie zapowiedziało stajennego. Pędem wbiegł na podwórze, trzymając wiklinowy kosz piknikowy. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy zobaczył Gylesa.
Rozejrzał się na boki, zerknął na Gylesa, a potem na kosz.
Jaka panienka? - o mało nie zapytał, ale ile panienek mogło być w Rawlings Hall.
Chłopak podał mu kosz. Był pusty.
Gyles szedł do sadu z uśmiechem.
Zatrzymał się i rozejrzał dokoła. Sad był jeszcze daleko, pełen pięknych jabłoni i śliw, obsypanych niedojrzałymi owocami. Wtedy dostrzegł konia, wielkiego, groźnego gniadosza, wysokiego, z masywną piersią i zadem. Stał osiodłany z luźno wiszącymi wodzami, skubał trawę. Gyles zaczął iść w tamtą stronę, gdy usłyszał jej głos:
Twarz Gylesa przybrała kamienny wyraz. Ruszył przed siebie, rozglądając się wśród wysokiej trawy, szukając czarownicy w zielonym stroju i chłopaka, którego uwodziła...
Przestała mówić, Gyles ruszył szybciej. Dotarł do jabłoni. Rozejrzał się wśród trawy, ale nie znalazł żywej duszy.
Gyles spojrzał w górę. Leżała wyciągnięta na gałęzi... spódnicę miała podciągniętą aż do kolan, a spod niej wystawała jedna czwarta pantalonów i kuszący kawałek nagiej nogi między falbaną i butami.
Gylesowi zakręciło się w głowie. Czuł się niemądrze z powodu wrzącej w nim nieuzasadnionej złości, ale ponieważ ta złość nie znalazła ujścia, był wciąż podekscytowany, a jednocześnie poruszony faktem, że powierzchowne spojrzenie na skórę koloru miodu sprawiło, że jest podniecony. Do tego wszystkiego targał nim jeszcze niepokój. Przeklęta Cyganka była dwa i pół metra nad ziemią.
Rozhuśtała się, chwyciła oba kociaki w jedną dłoń, a drugą złapała gałąź, żeby z niej nie spaść. Kocięta miauczały żałośnie. Gyles zamieniłby się z nimi bez słowa.
Z zaokrąglonymi ze zdziwienia oczyma, ze spódnicą wciąż zawiniętą powyżej kolan, siedziała i patrzyła na niego. Uśmiechnął się złowieszczo.
Zmrużyła oczy i już, już miała go zbesztać, ale powiedziała tylko:
Gyles postawił koszyk, chwycił kulkę biegającą u jego stóp i wsunął ją do koszyka. Kiedy już się upewnił, że kolejny jego krok nie będzie morderstwem, podszedł pod gałąź i sięgnął do góry.
To okazało się dość trudne, zważywszy że musiała jednocześnie trzymać się gałęzi. W końcu położyła jedno z kociąt na kolanach, podała mu drugie, a potem oddala jego bliźniaka. Powróciwszy do koszyka, Gyles wsunął do niego dwa kocięta, nie wypuszczając jednocześnie pierwszych dwóch ze środka. W zasięgu wzroku już miał kolejne maleństwo. Schwyta! je, wepchnął do koszyka i zapytał:
Zauważył kolejnego w trawie. Wsuwał do koszyka miauczącą kulę futra, kiedy usłyszał trzask gałęzi.
Odwrócił się w samą porę, by uczynić duży krok, chwycić ją i odskoczyć spod gałęzi. Wylądowała prosto w jego ramionach. Halki wystawały spod jej spódnicy, stercząc bezładnie we wszystkie strony. Westchnęła dwa razy głęboko, nim nabrała powietrza w płuca.
Niósł ją bez wysiłku, zupełnie jakby ważyła nie więcej niż te kocięta. Nie odrywał od niej oczu, a ona nie mogła skupić myśli. Szare oczy pociemniały nagle, jak niebo w czasie burzy, i skupiły się na jej ustach. Pierwszy dotyk był całkowitym zaskoczeniem, usta miał chłodne i twarde. Instynktownie chcąc go ułagodzić, nie stawiała oporu, a jej wargi rozluźniły się. Potem przypomniała sobie, że rozważa myśl poślubienia go, uniosła dłonie w górę na jego tors, potem przesunęła na ramiona. Splotła palce na jego karku i oddała pocałunek.
Przez jedną chwilę poczuł coś niezwykle ulotnego, jakby coś mu umknęło, jakby stracił kontrolę, chwilę później miał wrażenie, że porozumiewają się bez słów i oboje pragną więcej. Nacisk jego ust na jej usta sprawił, że ustąpiła zaskoczona, rozwarła wargi, a on wsunął do środka język, biorąc je pożądliwie, bez zahamowań, bez skrupułów.
Przywarła do niego i przez chwilę czuła się bezradna, rozumiała, że opanował ją całkowicie, i gwałtownie pociąga w głębię nieznanych doznań. Czuła w ciele drżenie, gorącą falę sięgającą aż do stóp, ale nie czuła strachu, tylko radość. Właśnie po to się urodziła. Ale to tylko część jej przygody, część jej przeznaczenia, połowa jabłka, a ona przecież chciała cale. Nie stawiała oporu, pozwoliła, żeby poniosła ją namiętność, by fale pożądania przepływały przez jej ciało swobodnie.
Całowała namiętnie, zaskakując go tym całkowicie. Nie spodziewał się tego i nim się zorientował, znalazł się w pułapce, w której ona była przynętą.
Francesca zawsze tak właśnie sobie to wyobrażała. Jeszcze nigdy nie całowała mężczyzny w taki sposób, ale pragnęła tego skrycie. Pomyślała, że jeśli potrafi powtórzyć te same pieszczoty, którymi on ją obdarza, na pewno będzie tak jak powinno. Zawsze sądziła, że damy w taki właśnie sposób uczyły się pocałunków i miłosnych igraszek, od kogoś, kto je znał.
On znał je dobrze. Gorące, pożądliwe usta stopiły się w jedno, języki drażniły się dotykiem, przesuwały, pieściły. Ciała wrzały i drżały, ogarnięte gwałtowną falą pożądania. Po chwili jego pocałunki stały się wolniejsze, ale mocniejsze, głębsze, bardziej rytmiczne i oszałamiające. Zadrżała gwałtownie, czując, jak coś w niej rośnie, otwiera się i uspokaja. Całe jej ciało reagowało cudownym, rosnącym, olśniewającym pożądaniem.
Gyles tonął, z trudem utrzymywał się na fali obezwładniającego pożądania. Z obawą zarejestrował kolejną nadchodzącą falę, która ogarnęła go całego, zatapiając i pozbawiając resztek kontroli nad sobą. Gwałtownie oderwał od niej usta, odsunął głowę i spojrzał na dziewczynę. Uczepiona jego ramion, przytrzymywana jego dłońmi, zamrugała, starając się odzyskać zmysły.
Mężczyzna zamarł. Mruknął pod nosem przekleństwo, a potem powiedział głośno:
Zacisnęła usta. Szarpnęła się gwałtownie, a on postawił ją na ziemi. Odsunęła się, cofnęła o krok, szybko wyprostowała pogniecioną suknię i strzepnęła z niej liście. Potrząsnęła spódnicą. Przypomniała sobie, że była na niego zła, zanim jeszcze wypowiedział te słowa. Powiedział, że przyjedzie rano, a minęło już chyba południe, nim raczył się zjawić. Czekała zaczajona, by go sobie obejrzeć, ale kiedy się nie zjawił, pojechała na przejażdżkę, by się nieco uspokoić. Przyjazd w południe nie świadczył o zbytnim pośpiechu z jego strony. Co zaś dotyczy jego zachowania, było skandaliczne! Żadnych zalotów, czułego obejmowania, jedynie gorąca namiętność i odważne poczynania. To nawet dobrze, zwłaszcza że te drugie bardziej do niej przemawiały niż pierwsze, ale przecież on nie mógł o tym wiedzieć. Był taki zawzięty... czy może chciał sobie zapewnić pozytywną odpowiedź? I co właściwie miał na myśli, mówiąc, że jest łatwa?
Uklękła, żeby sprawdzić, co się dzieje z kociętami, i rzuciła mu groźne spojrzenie.
Gyles patrzył na dziewczynę liczącą kocięta i starał się nie zmarszczyć brwi. Jeśli o tym słyszała...
Kim ona, do diaska, jest? Nim jednak zadał to pytanie, powiedział:
Dopiero, kiedy wstał, zrozumiał, co powiedział. To była prawda, owszem, musiał przyznać, ale, po co, do diaska, jej o tym mówił. Odwróciwszy się, spojrzał na nią, nie ukrywając zdziwienia, i kątem oka dostrzegł kroczącego odważnie na skraju sadu kolejnego kotka. Stłumił przekleństwo i ruszył za nim.
Kiedy się pochyliła i wypuściła kociaka z gniazdka pod piersiami, do koszyka, jęknął.
Wzruszył ramionami i umieścił ostatniego kota w koszu.
Patrzył na nią chwilę zupełnie zaskoczony. Jak to się stało, że zeszli na ten temat?
Nim się zorientował, już stał z wodzami w dłoni i patrzył, jak dziewczyna wychodzi z ogrodu. Przyglądał się, jak jej kuszące krągłości poruszają się swobodnie, jak podnosi rąbek spódnicy i wspina się na niewielkie wzniesienie. Zacisnął szczęki i ruszył za nią. Teraz jednak zrozumiał, dlaczego zostawiła mu wodze konia.
Dobrą chwilę zajęło mu przekonanie bestii, że naprawdę powinna za nim pójść. W końcu wielki rumak dał się ułaskawić i z wolna ruszyli. Jak dotąd to ona wypytywała go o wszystko. Po co to robiła? Przyszedł mu do głowy jedyny możliwy powód.
Wiedziała o propozycji małżeństwa. Doszedł do wniosku, że na pewno była powiernicą panny Rawlings. Możliwe, że Francesca opowiedziała jej o spotkaniu z nim i teraz dziewczyna starała się w imieniu przyjaciółki jak najwięcej na jego temat się dowiedzieć.
Francesca spojrzała na niego zaskoczona. Czyżby się z niej naśmiewał? Patrząc znów przed siebie, odezwała się cierpko:
Gyles zmrużył oczy i utkwił wzrok w czarnych lokach na jej głowie. Nie widział jej twarzy, więc nie był pewien, ale... nie, z pewnością nie ośmieliłaby się... - Panie domu należące do śmietanki towarzyskiej chętnie mnie zapraszają - powiedział, pozwalając jej domyślać się reszty.
Ta przeklęta czarodziejka pytała, czy ma kochankę. Dotarli właśnie do stajni, kobieta stanęła na brukowanym podwórzu i odwróciła się. Zielone oczy napotkały jego wściekły wzrok i nie ustąpiły. Po chwili pełnej napięcia, powoli, wyraźnie powiedział:
Fakt, że zamierzał zmienić tę sytuację, był wyraźnie wyczuwalny w jego tonie.
Nie odwracając wzroku, z trudem powstrzymywała uśmiech. W szarych oczach dostrzegła coś, czego nie rozumiała. Czyżby prowokował ją do tego, aby była na tyle cudowna i fascynująca, żeby nie miał ochoty odwiedzać innych dam? Czyżby w ten sposób chciał jej powiedzieć, że to, czy znajdzie sobie kochankę, czy nie, będzie zależało tylko i wyłącznie od niej samej? Ta myśl wydała jej się do pewnego stopnia kusząca, ale miała swoją dumę. Wyprostowała się, rzuciła mu surowe spojrzenie, kiwnęła głową i rzekła:
Uniosła dumnie głowę, odwróciła się na pięcie i ruszyła do kuchni.
Gyles miał ochotę sięgnąć dłonią i odwrócić ją w swoją stronę. Zacisnął pięści, by powstrzymać odruch.
- Ruggles! - zawołała.
Rudo-biała kotka wyłoniła się pośpiesznie z drzwi. Przystanęła, aby powąchać koszyk, miauknęła i zaczęła biec obok swojej pani.
Gyles starał się uspokoić, miał wrażenie, że krew w nim wrze. Ostatnie spojrzenie na nią było nie do zniesienia. Już miał stanowczo ją wypytać, kim jest i w jakim stopniu jest spokrewniona z Francescą Rawlings, kiedy ta przeklęta czarownica tak po prostu go zostawiła!
Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio jakaś dama tak go potraktowała. Na myśl o tym zmrużył oczy. Patrzył, jak wchodzi do domu kuchennym wejściem, niosąc kocięta, a za nią biegnie miaucząca matka maleństw. Jeśli się nie mylił, to ta Cyganka właśnie pokazała mu, gdzie jest jego miejsce.
Nie mógł przestać o niej myśleć, w ustach wciąż czul smak jej namiętnego pocałunku. Nie mógł uwolnić zmysłów od czaru, jaki na niego rzuciła. Następnego ranka wciąż był w jej sidłach. Kłusował przez las. Odrobina perswazji i wziąłby ją pod tą przeklętą jabłonią. Dlaczego właściwie tak go to irytowało? Czyżby oburzało go, iż uwiedzenie jej może okazać się sprawą zbyt łatwą? A może po prostu był zły na siebie, że nie skorzystał z okazji? Gdyby to uczynił, nie dręczyłaby go już, nie czułby się rozdarty i nie odczuwałby głodu, którego jeszcze nie nasycił.
Z drugiej jednak strony...
Odsunął od siebie tę myśl. Przecież nie znaczyła dla niego aż tak wiele. Była jedynie upartą kokietką, która stanowiła wyzwanie, a on nie potrafił mu się oprzeć. To wszystko. Nie mógł mieć na jej punkcie obsesji.
Przynajmniej na razie.
Wzdrygnął się na tę myśl. Był przecież za stary, zbyt doświadczony, żeby tak dać się złapać. Po to właśnie tu przyjechał, żeby zaaranżować małżeństwo z posłuszną, nienarzucającą się panną o dobrych manierach. Przypomniawszy sobie o tym, rozejrzał się, a potem skręcił w następną polną drogę prowadzącą w stronę Rawlings Hall.
Dziś przyjechał wcześniej niż poprzedniego dnia. Dostrzegł ją, kiedy wychodziła od psów. Powitała go promiennym uśmiechem.
- Dzień dobry panu, panie Rawlings. Znowu u nas?
Odpowiedział uśmiechem, ale obserwował ją uważnie. Sądził, że po wczorajszej rozmowie i przekazaniu informacji przez Cygankę Francesca na pewno będzie wiedziała, kim naprawdę jest.
Gdyby tak było, to ta kobieta musiałaby być lepszą aktorką niż Sarah Siddon, bo nie okazała ani odrobiny zakłopotania, ani szczypty rezerwy. Zaskoczony pogodził się z tym, że o niczym nie wie. Za jego sprawą sytuacja stała się dość pogmatwana i nie należało jej komplikować, przedstawiając się oficjalnie akurat teraz. To by ją jedynie zaniepokoiło.
Jak poprzednim razem, szedł obok niej z przyjemnością. Gdy dotarli na drugą stronę jeziorka, przystanęła, aby z zachwytem przyjrzeć się drzewu i zapytać, czy wie, jaki to może być gatunek. Zrozumiał wtedy, że nie dość uważnie jej słuchał. Naprawił swoją gafę, wyjaśniając, że to brzoza. Później słuchał jej uważnie i odkrył, że bez wątpienia dokonał właściwego wyboru i dziewczyna w pełni odpowiada jego potrzebom. Głos miała delikatny i wysoki, a nie niski i uwodzicielski. Nie miał dość mocy, by na dłużej zaprzątać jego myśli. Francesca była miła, skromna i mało ekscytująca. Więcej czasu spędził, przyglądając się spanielom niż jej.
Gdyby szedł teraz w obecności Cyganki, z pewnością potknąłby się o spaniele. Potrząsnął głową, żałując, że nie może wyrzucić z pamięci wizerunków czarodziejki, zwłaszcza tych, które tej nocy powstały w jego wyobraźni i nie mógł przez nie zasnąć. Z wysiłkiem wrócił myślami do damy obecnej przy jego boku.
Nie rozpalała w nim nawet najmniejszej iskry zainteresowania swoją seksualnością. Ona i jej wioska przyjaciółka były swoimi przeciwieństwami. Była dokładnie taką damą, jakiej potrzebował na żonę, młodą i miłą, która jednak nie wzbudza pożądania. Wykonywanie małżeńskich obowiązków będzie jednak dość łatwe i przysporzenie sobie z jej pomocą jednego czy dwóch potomków nie powinno być nieprzyjemne. Może nie wydawała się szczególnie piękna, ale miała dość przyjemną aparycję i była wystarczająco miła i uprzejma. Jeśli przyjmie jego oświadczyny i zgodzi się wyjść za niego bez miłości, będą sobie razem nieźle radzili.
Na razie, biorąc pod uwagę fakt, że jego narzeczona i Cyganka byty przyjaciółkami, warto byłoby zaprzyjaźnić się z przyszłą żoną, nim uwiedzie tę drugą. Wizja wrzaskliwej sceny, w której żona oskarża go o romans z jej najbliższą przyjaciółką, wydała mu się koszmarem, ale wątpił, by kiedykolwiek doszło do czegoś podobnego. Kto wie, może dzięki temu ich przyjaźń rozkwitnie. Takie historie zdarzały się już w towarzystwie.
A jednak w duchu wciąż przypominał sobie o potrzebie ostrożności i tym razem bardziej wsłuchiwał się w swój wewnętrzny głos. Postanowił, że lepiej będzie zachować umiar, przynajmniej do czasu, gdy jego żona i przyszłość będą zabezpieczone. Cyganka była dzika i nieprzewidywalna i dopóki małżeństwo nie stanie się faktem, lepiej powstrzymać żądze i trzymać się z dala od pokusy.
Podobnie jak poprzednim razem zostawił swoją przyszłą żonę w ogrodzie. Przyjęła jego odejście ze spokojem i miłym uśmiechem, nie prosząc o więcej wspólnie spędzonego czasu. Bardzo zadowolony z wyboru Gyles ruszył w stronę stajni. Czekał tam na niego Josh. Pobiegł po jego kasztanka, a Gyles się rozejrzał. Potem, wsiadając na konia, ociągał się, jak długo mógł. Po chwili ruszył ścieżką w stronę bramy, a za nią skręcił w kierunku Lyndhurst.
Postanowił unikać Cyganki. Nielogiczne byłoby w tej sytuacji czuć rozczarowanie, jeśli się jej nie spotkało. Niestety, mimo wszystko je czuł. Serce podskoczyło mu w piersi, kiedy dostrzegł na odległej, pustej drodze wdzięcznie wyglądającego jeźdźca. Nim się zastanowił, co robić, spiął konia i ruszył jego śladem.
Zwolniła na końcu drogi, zastanawiając się, w którą stronę jechać, kiedy usłyszała za sobą odgłos końskich kopyt i obejrzała się za siebie. Na jej twarzy pojawił się uśmiech radości. Roześmiała się dźwięcznie i rzuciła mu wyzywające spojrzenie. Ruszyła galopem, skręcając w najbliższą drogę.
Gyles jechał za nią. Jego kasztanek był doskonałym wierzchowcem, ale siwek, na którym jechała jego czarodziejka, okazał się znacznie szybszy. Na dodatek koń Gylesa nie znał drogi. Dziewczyna galopowała żwawo, ale Gyles nie dawał za wygraną i trzymał się za nią, wiedząc, że z czasem pozwoli się dogonić.
Obejrzała się i zobaczyła, jak mężczyzna mknie między drzewami.
Przez chwilę widział przed sobą rozbawiony wyraz jej twarzy. Piórko na jej maleńkim kapelusiku podskakiwało, kiedy unosiła się i opadała wraz z rumakiem, szybko pokonując zakręty.
Gdy wypadli z lasu na otwartą łąkę, za którą rósł jeszcze gęstszy las, Gyles puścił wodze i popędzał wielkiego kasztanka kolanami i rękoma jednocześnie. Doganiał już uciekającą Cygankę i choć jechała szybko, z ulgą się zorientował, że nie popędza już rumaka. Wielki, rasowy koń musiał być jednym z ogierów rozpłodowych Charlesa, nieoceniony pod względem prędkości i wytrzymałości, zwłaszcza na takim terenie. Na dodatek teraz jechał z połową tego, co zwykle dźwigał na grzbiecie.
Mała diablica usłyszała, że się zbliża, roześmiała się i krzyknęła:
- Jeszcze?
Nie czekając na odpowiedź, skłoniła siwka do galopu i skręciła w boczną drogę. Ścieżka wiła się i skręcała ostro. Potem pędzili przez kolejną polanę, a Gyles czuł dudnienie w uszach i radość. Od dawna nie czuł takiego poruszenia, od lat nie pozwolił sobie na uganianie się konno z taką prędkością, nie wsłuchiwał w stukot końskich kopyt, nie zachwycał pędem i nie słyszał tak szybkiego bicia własnego serca.
Ona też to czuła. Wiedział to na pewno. Dostrzegł to w jej lśniących oczach. Spojrzała na niego i już jej nie było. Nie musiał się zastanawiać, czy za nią podążyć. Pędzili jak szaleni przez las. Zewsząd otaczały ich drzewa, osłoniły swoimi zielonymi ciałami, jakby pędzili przez krainę, gdzie nie istnieje czas.
Jednak czas pędził nieubłaganie. Gyles jeździł konno, od kiedy skończył trzy łata, i zawsze czul przez skórę, ile jest w stanie wytrzymać jego koń. Choć jechali bardzo szybko przez dłuższy czas, kiedy sprawdził, jak się ma jego kasztanek, stwierdził, że nic mu nie dolega. Od chwili wyjazdu ze stajni do spotkania z nią wolno kłusował drogą. Teraz skupił się na siwku. Mógłby założyć się o parę koni do powozu, że galopowała jak szalona od chwili opuszczenia stajni.
Zaczął się martwić. Serce podskakiwało mu ze strachu przy każdym ostrym zakręcie, wstrzymywał oddech na każdej nierówności terenu, którą pokonywała. Straszliwe obrazy pojawiały się w jego głowie - ona leżąca na ziemi, ranna, jej ciało roztrzaskane na pniu drzewa, rozbita głowa i szyja skręcona pod niebezpiecznym kątem...
Nie mógł się pozbyć tych natrętnych myśli. Drzew było wokół coraz mniej. Wyskoczyli na kolejną polanę. Zawołał ją, ale ona już popędziła siwka. Odwróciła głowę i roześmiała się. Spojrzała znów przed siebie i ściągnęła wodze...
Gyles wytężył wzrok. Łąkę dzielił na pół stary, rozwalający się płot obrośnięty niewielkimi krzewami. Spięła siwka, by przeskoczył przeszkodę.
- Nie! - krzyk Gylesa zagłuszył stukot końskich kopyt. Była za daleko, by mógł dostrzec jej twarz, a za blisko płotu, by mógł ryzykować odwrócenie jej uwagi od manewru. Wyprzedzający go o kilkanaście metrów, siwek wyskoczył w górę. W myślach Gyles modlił się gorąco, aby jej się nic nie stało. Ciężkie kopyta konia ominęły przeszkodę z łatwością. Siwek wylądował i potknął się. Dziewczyna pisnęła.
Zniknęła mu z oczu. Po chwili koń wyłonił się zza płotu bez jeźdźca na grzbiecie. Z sercem w gardle Gyles skręcił i objechał płot kilka metrów od miejsca, gdzie upadla, i zawrócił w jej stronę. Leżała bezwładnie w krzaku janowca. Sądząc po wielkości krzaka i jej zdegustowanej minie, nic jej się nie stało, ale przerażenie, jakie go ogarnęło i ściskało gardło, nie minęło od razu. Podjechał, zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie. Dyszał z wysiłku, długi galop sprawił, że czuł się, jakby sam przebiegł co najmniej kilometr. Z wściekłości miał ochotę rozszarpać ją na strzępy.
Dziewczyna uśmiechnęła się, ale spoważniała, kiedy dostrzegła jego zmrużone ze złości oczy.
