Dzikie noce - Stephanie Laurens - ebook

Dzikie noce ebook

Stephanie Laurens

0,0

Opis

 

 

Po latach spędzonych na balach i przyjęciach piękna Amanda Cynster jest śmiertelnie znudzona bywającymi tam dżentelmenami. Pragnąc znaleźć na męża kogoś fascynującego, wybiera się do klubu, w którym szanująca się panna nigdy nie postawiłaby nogi. Ma nadzieję spotkać tam mężczyznę swojego życia. Ekscytująca przygoda szybko zmienia się w koszmar, ale Amanda zostaje wybawiona z kłopotów przez młodego arystokratę Martina Fullbridge'a. Jak się okazuje ten nieco zblazowany, a przy tym tajemniczy człowiek, ma ponurą przeszłość, która nie pozwala mu pokazywać się wśród londyńskiej śmietanki towarzyskiej. Zafascynowana nim Amanda postanawia właśnie jego upolować na męża. 

 

Cykl: Cynsterowie, t. 8 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Goleniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 468

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Stephanie Laurens

Dzikie noce

przełożyła

Anna Bielska

Warszawa 2005

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: On A Wild Night

 

 

Projekt okładki: Beata Kulesza Damaziak

Korekta: Alicja Chylińska

 

 

 

 

 

Copyright © 2002 by Sadek Management Proprietory Inc.

Copyright © 2005 for the Polish translation by Wydawnictwo „bis”

 

 

 

 

 

 

ISBN 83-89685-38-8

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo „bis”

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84

e­-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

 

 

Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.

Rozdział 1

Ulica Upper Brook, Londyn20 lutego 1825

– To beznadziejne! – Amanda Cynster rzuciła się na łóżko swej siostry, bliźniaczki. – Po prostu nie ma żadnego dżentelmena wartego uwagi.

– Od ostatnich pięciu lat nie ma, przynajmniej takiego, który byłby zainteresowany znalezieniem żony – Amanda wyciągnęła się obok siostry i wpatrywała w baldachim. – Szukamy i szukamy...

– Szukałyśmy wszędzie.

– A ci nawet średnio zainteresowani nie są... interesujący.

– To śmieszne!

– Przygnębiające.

Obie bliźniaczki, podobne do siebie fizycznie i psychicznie, obdarzone blond lokami, chabrowymi oczami i porcelanową cerą, mogłyby z łatwością uchodzić za La Belle Assemble, dobrze wychowane, modne młode damy, gdyby nie wyraz, jaki malował się na ich twarzach. Amelia wyglądała na zdegustowaną, a Amanda na zbuntowaną.

– Nie mam zamiaru obniżać swoich standardów.

Od lat bezustannie rozprawiały nad wymaganiami wobec przyszłego męża. Ich oczekiwania nie różniły się od tych wyznawanych przez ich mentorki: matkę, ciotki i żony kuzynów. Otaczały je silne kobiety, damy, z których każda odnalazła szczęście w małżeństwie. Bliźniaczki nie miały najmniejszych wątpliwości co do rzeczy, których poszukiwały.

Dżentelmena, który nade wszystko pokocha je i rodzinę, jaką razem założą. Opiekuna, przyjaciela o silnym ramieniu, który zawsze zapewni im poczucie bezpieczeństwa. Mężczyznę, który doceni ich zdolności, inteligencję, własne zdanie i zaakceptuje jako równe samemu sobie, nawet gdyby pragnął być panem i władcą świata. Dżentelmena majętnego, który pomnażałby majątek, mężczyznę z ich świata, na tyle dobrze skoligaconego, by pasował do potężnego klanu Cynsterów.

Człowieka namiętnego i rodzinnego, kochanka, opiekuna, partnera. Męża.

– Musi to być ktoś, kto dorównuje naszym kuzynom – mruknęła Amanda. Cynsterowie, słynna szóstka, która trzęsła wszystkim dokoła przez wiele lat, łamiąc wiele dziewczęcych serc, dopóki każdego z nich nie dopadło przeznaczenie. – Nie mogą być wyjątkiem.

– Nie są. Pomyśl o Chillinworthcie.

– Prawda, ale wtedy myślę o lady Francesce, więc niewiele to pomaga. Już jest zajęty.

– I tak jest za stary. Potrzebny nam ktoś bardziej w naszym wieku.

– Byle nie za młody, dość już mam niecierpliwych młodzianów.

Było to dla nich objawienie niczym na drodze do Damaszku, kiedy zdały sobie sprawę, że ich kuzyni, ci aroganccy, dyktatorscy mężczyźni, od których przez tyle lat pragnęły się uwolnić, są w istocie uosobieniem ich ideałów. Odkrycie to zmniejszyło drastycznie kolejkę potencjalnych kandydatów na męża, co sprawiło im nie mniej zaskakującą ulgę.

– Jeśli kiedykolwiek mamy zamiar znaleźć sobie mężów, musimy zacząć działać.

– Potrzebny nam plan.

– Inny niż ten z zeszłego roku, czy z roku poprzedniego! – Amanda zerknęła na Amelię; na twarzy siostry malował się wyraz nieobecności, oczy wpatrzone były w jakąś, tylko dla niej wyraźną, wizję. – Wyglądasz tak, jakbyś już jakiś miała.

Amelia spojrzała w jej stronę:

– Nie, nie mam planu. Jeszcze nie, są jednak odpowiedni mężczyźni, tylko że oni nie szukają żony. Przynajmniej jeden przychodzi mi na myśl, więc muszą być i inni. Myślałam, że... Może powinnyśmy przestać czekać i wziąć sprawy we własne ręce.

– Zgadzam się całkowicie, ale co proponujesz?

– Mam już dość czekania – Amelia zacisnęła szczęki. – Mam dwadzieścia trzy lata! Chcę wyjść za mąż do czerwca. Kiedy zaczną się święta, mam zamiar sporządzić nową listę kandydatów, niezależnie od tego, czy mają ochotę na małżeństwo, czy nie. Potem mam zamiar wybrać tego, który mi najbardziej odpowiada i podjąć kroki, które doprowadzą go ze mną do ołtarza.

W ostatnim zdaniu dało się wyczuć prawdziwą determinację. Amanda przyjrzała się profilowi siostry. Wiele osób sądziło, iż to ona jest tą upartą, silniejszą i pewniejszą siebie. Amelia wyglądała na spokojniejszą, ale w rzeczywistości, kiedy już sobie coś postanowiła, nie było siły mogącej zawrócić ją z raz obranej drogi, prowadzącej do osiągnięcia wymarzonego celu.

– Ty szczwana łasiczko, masz kogoś na oku.

Amanda zmarszczyła nosek

– Mam, ale nie jestem pewna. Może nie jest najlepszym wyborem, jeśli pominiesz założenie, że kandydat powinien szukać żony, to wybór będzie o wiele większy.

– Prawda. Ale nie dla mnie, szukałam... – zamilkła na chwilę. – Powiesz mi, kto to jest? Czy mam zgadywać?

– Ani jedno, ani drugie – Amelia zerknęła na siostrę. – Nie wiem na pewno, czy to akurat ten jedyny, a ty mogłabyś nieuważnie zdradzić moją tajemnicę, gdybyś wiedziała.

Amanda musiała przyznać siostrze rację; maskowanie uczuć nie było jej najmocniejszą stroną.

– Dobrze, ale jak masz zamiar sprawić, by doprowadził cię do ołtarza?

– Nie wiem, ale uczynię wszystko co konieczne, by tak się stało.

To ponure ślubowanie sprawiło, iż po plecach Amandy przeszły ciarki. Doskonale wiedziała, co oznacza określenie „wszystko co konieczne”. Była to ryzykowna strategia, ale nie miała wątpliwości, że Amelia, zdeterminowana Amelia, doprowadzi ją do zwycięstwa.

Amelia posłała jej spojrzenie:

– Co z tobą? Co z twoim planem? Nie trudź się nawet wmawiając mi, że żadnego nie masz.

Amanda uśmiechnęła się. To było najlepsze w byciu bliźniaczkami: instynktownie wyczuwały własne myśli.

– Już przejrzałam nasze otoczenie i nie tylko tych, którzy raczyliby błogosławić nasze stopy. Doszłam do wniosku, że skoro nie mogę znaleźć mężczyzny w naszym otoczeniu, muszę szukać poza nim.

– A gdzie znajdziesz nadającego się do małżeństwa mężczyznę poza naszym otoczeniem?

– Gdzie nasi kuzyni spędzali większość wieczorów, zanim się pożenili?

– Chodzili na bale i przyjęcia.

– Tak, ale przypomnij sobie, że zjawiali się tylko na chwilę, na taniec lub dwa, i wychodzili. Pojawiali się tylko dlatego, że ciotki nalegały. Nie wszyscy odpowiedni mężczyźni, tacy, jakich uważałybyśmy za dobre partie, mają kobiety w rodzinie, które dbają o to, by pojawiali się w towarzystwie.

– Więc... – Amelia skupiła wzrok na twarzy siostry. – Będziesz szukała właściwej partii w prywatnych klubach i szulerniach?... Dżentelmenów, których nie spotkałyśmy, ponieważ niezbyt często lub wcale nie pokazują się w naszych kręgach?

– Właśnie: w klubach i szulerniach i na prywatnych przyjęciach, które odbywają się w salonach różnych dam.

– Mhm, brzmi nieźle.

– Sądzę, iż kryje w sobie mnóstwo możliwości – Amanda przyjrzała się twarzy siostry. – Chcesz poszukać ze mną? Z pewnością w cieniu kryje się więcej niż jedna odpowiednia partia.

Wzrok Amelii napotkał spojrzenie siostry i ominął ją; po chwili bliźniaczka przytaknęła:

– Nie, gdybym nie była zdeterminowana, ale jestem.

Ich spojrzenia skrzyżowały się w idealnym porozumieniu i Amanda skinęła głową:

– Czas się rozdzielić – uśmiechnęła się i wykonała teatralny gest. – Ty poszukasz szczęścia w świetle żyrandoli...

– A ty...?

– A ja odnajdę swe przeznaczenie w ciemnościach.

*

Zaiste głębokie ciemności panowały w głównej sali Mellors, najnowszym, najbardziej modnym klubie gry; opanowując chęć zapuszczenia się w nie, Amanda zatrzymała się u wejścia i chłodnym spojrzeniem omiotła towarzystwo.

Zebrani również się jej przyglądali, jednak nie tak chłodno.

Wokół czterech z sześciu okrągłych stołów zgromadzeni byli mężczyźni; mieli zmęczone oczy, w rękach karty, na stolikach stały kieliszki. Bezczelnie przyglądali się dziewczynie, ale Amanda zignorowała to. Przy największym stole trwała partia faraona; dwóm graczom towarzyszyły dwie damy, przywarte do nich niczym syreny. Bankier spojrzał wprost na Amandę, zamarł, jakby sobie coś przypomniał, i zerknął w dół, odwracając kolejną kartę.

Towarzysz Amandy, Reggie Carmarthen, przyjaciel z dzieciństwa, coraz mniej chętny do tej eskapady, potajemnie pociągnął ją za rękaw.

– Nic tu nie ma, naprawdę. Jeśli teraz wyjdziemy, zdążymy do Henry’s przed końcem kolacji.

Amanda skończyła swój przegląd i napotkała wzrok Reggie’ego.

– Jak możesz mówić, że nic tu nie ma? Ledwo przyszliśmy, a w kątach jest ciemno.

Właściciele klubu znajdującego się na tyłach ulicy Duke udekorowali ściany brązowymi tapetami, pasującymi do skórzanych krzeseł i drewnianych stolików. Pomieszczenie, oświetlone jedynie przez dobrze rozmieszczone na ścianach świeczniki, tonęło w mroku, pełnym nasyconej męskością atmosfery. Amanda rozejrzała się. Opanował ją dreszcz strachu, ciarki przeszyły ciało. Uniosła brodę.

– Pozwól mi się rozejrzeć; jeśli nie będzie rzeczywiście nic interesującego, wyjdziemy.

Reggie wiedział, jakiego to „nic interesującego” szukała Amanda, nawet jeśli on zdecydowanie tego nie pochwalał. Podając mu swoje ramię, dziewczyna uśmiechnęła się.

– Nie możesz tak szybko nawoływać do odwrotu.

– Oznacza to, że nie posłuchasz mnie, nawet jeśli tak będzie.

Rozmawiali ściszonymi glosami, mając na uwadze skupienie grających. Amanda poprowadziła Reggie’ego w stronę stolików, nie zwracając uwagi na to, co przyglądający się im mogliby pomyśleć: że Reggie jest jej kawalerem i ona namówiła go, by zabrał ją w to miejsce. Rzeczywiście przekonała go, jednak miała na myśli o wiele bardziej skandaliczny cel.

Lokal był nowy i przyciągał rozmaitej maści fircyków i awanturników szukających hulanki. Gdyby znalazła cokolwiek w jej guście w miejscu o lepszej renomie, nigdy nie przyszłoby jej do głowy przychodzić tutaj. Jednak przez ostatnie dwa tygodnie odwiedzała kluby i szulernie i jej obecność tutaj, gdzie jedynymi znajomymi twarzami oprócz Reggie’ego były te, których wolałaby nie rozpoznawać, świadczyła jedynie o jej zdesperowaniu.

Wsparta na ramieniu towarzysza, udając niewinne zainteresowanie grą, spoglądała zblazowanym wzrokiem na graczy i każdego odrzucała.

Gdzie, łkała w środku, był mężczyzna dla niej?

Dotarła do ostatniego stolika i zatrzymała się. Pomieszczenie było głębokie. Przed nimi rozciągała się ciemność rozjaśniona jedynie promieniami dwóch ściennych lamp. Tu i ówdzie stały przepastne fotele, w których niemal niknęli siedzący ludzie. Pomiędzy fotelami poustawiano niewielkie stoliki. Amanda dostrzegła, jak biała dłoń o długich palcach apatycznie rzuca kartę na wypolerowany blat. Niewątpliwie w tej części pomieszczenia odbywały się najbardziej poważne partie.

I znajdowali się tu najbardziej niebezpieczni gracze. Zanim zdecydowała się podejść bliżej, przy jednym ze stolików skończyła się właśnie gra. Karty rzucono na stół, żarty przeplatały się z przekleństwami; szurały krzesła.

Amanda obróciła się i znalazła pod obstrzałem czterech par męskich oczu, intensywnym i rozpalonym. Wszystkie spojrzenia skupione były na niej.

Najbliższy z mężczyzn podniósł się; był o głowę wyższy od Reggie’ego. Jeden z jego towarzyszy dołączył do niego. Uśmiechał się niczym wilk.

Pierwszy z mężczyzn nawet się nie uśmiechnął. Zrobił śmiały, chwiejny krok w przód i zawahał się, omiatając ich spojrzeniem.

– Proszę, proszę... czyż to nie mała panienka Cynster? Przyszłaś zobaczyć, jak bawi się druga połowa?

Amanda dumnie się obróciła, mimo iż mężczyzna przewyższał ją wzrostem, spojrzała na niego z góry. Kiedy rozpoznała, kim jest, uniosła brodę jeszcze wyżej.

– Lord Connor – skłoniła się.

Był w końcu hrabią, ale ona zbagatelizowała tę różnicę, jej status społeczny był wyższy.

Hrabia był rozpustnikiem, miał opinię człowieka pełnego wad i wszetecznika. Wilgotny błysk w jego bladych oczach, z których jedno było na wpół przymknięte z powodu jakiegoś dawnego pojedynku, świadczył o tym, iż w tym wypadku plotka nie mija się z prawdą. Był korpulentny, szerszy niż wyższy; chodził wolno, jego skóra wyglądała blado, a obwisłe policzki sprawiały, że gdyby nie kruczoczarne włosy, mógłby wyglądać na kogoś w wieku jej ojca.

– No więc? Przyszłaś tutaj pogapić się, czy wziąć udział w grze?

Mięsiste usta Connora wydęły się w pogardliwym uśmiechu; zmarszczki, żłobione latami na jego twarzy, pogłębiły się.

– Z pewnością teraz, kiedy dzielnie przekroczyłaś progi Mellors, nie odejdziesz bez spróbowania szczęścia w grze? Nie wykorzystasz przychylnego Cynsterom losu? Słyszałem, że odnosiłeś niejakie sukcesy podczas wypadów do miasta.

– W zasadzie, my już... – Reggie zacisnął dłoń na jej nadgarstku.

– Szukaliście odpowiedniego wyzwania? Zobaczmy, czy uda mi się was zadowolić. Co powiecie na partyjkę wista?

Amanda nie patrzyła na Reggie’ego; wiedziała, co myśli, ale zostanie przeklęta, jeśli weźmie nogi za pas i ucieknie tylko dlatego, że jakiś mężczyzna z plemienia Connorów stanął jej na drodze. Pozwoliła, aby na jej twarzy zagościł wyraz rozbawionej buty.

– Nie sądzę, mój panie, aby wygrana z taką nowicjuszką jak ja dala ci jakąkolwiek satysfakcję.

– Wręcz przeciwnie – głos Connora stal się twardy. – Mam nadzieję, że sprawi mi to przyjemność – uśmiechnął się niczym drapieżnik zwąchawszy zwierzynę. – Słyszałem, że masz rękę do kart, z pewnością nie pominiesz takiej okazji – wypróbować swe umiejętności przeciwko moim.

– Nie! – wyszeptał Reggie w sotto voce.

Amanda wiedziała, że powinna w chłodny sposób odmówić i pozwolić, by Reggie ją wyprowadził, ale nie mogła, po prostu nie mogła znieść myśli, że Connor i każdy z tych mężczyzn pośle za jej plecami domyślny uśmieszek i roześmieją się w głos, kiedy wyjdzie.

– Wist? – Usłyszała własne słowa.

Reggie wydał z siebie jęk.

Znała dobrze zasady gry i rzeczywiście sprzyjała jej karta, ale nie była na tyle głupia, by uważać, iż mogłaby być równą przeciwniczką dla Connora. Udawała, iż rozważa jego propozycję, świadoma, że wszystkie oczy wpatrzone są w nią. Następnie potrząsnęła głową, a na jej ustach zagościł uśmieszek.

– Sądzę, że...

– Mam piękną, młodą klaczkę, czysty Arab, kupiłem ją dla hodowli, ale się okazało, że piekielnie gryzie i jest całkowicie nieokiełznana. Będzie ci idealnie pasowała – słowa te brzmiały tak gładko, że nie mogły zostać odebrane jako obraza.. Connor uśmiechnął się, doskonale zdając sobie z tego sprawę. – Wygrałem ją od twojego kuzyna, w rzeczy samej.

Ta ostatnia uwaga, została rzucona niewątpliwie po to, by wzbudzić jej zainteresowanie, zamiast tego podrażniła jej dumę.

– Nie! – nalegał Reggie rozpaczliwym szeptem.

Amanda zmierzyła się spojrzeniem z Connorem i uniosła brew. Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Klacz, powiadasz?

Connor przytaknął, troszkę zbity z tropu.

– Warta niezły majątek – w jego tonie słychać było, iż zaczyna się zastanawiać nad słusznością swej propozycji.

Przez ułamek sekundy Amanda rozważała podjęcie rzuconej rękawicy, ale ostrożność wzięła górę. Gdyby odrzuciła propozycję Connora i rozegrała partię z paroma z przyglądających im się hulaków, to by wystarczyło, by udowodnić, iż nie zasługuje na miano kompletnej dyletantki. Nie mogła pozwolić sobie na odrzucenie i pogardę towarzystwa, w którym prawdopodobnie znajdował się jej przyszły mąż. Jak jednak wymknąć się z pułapki Connora?

Odpowiedź była jasna jak słońce. Amanda wygięła usta i wycedziła:

– Jakże ciekawe. Niestety, nie mam nic, co mogłabym postawić wobec tak cennej stawki.

Odwróciła się i pozwoliła, aby jej wzrok spotkał się ze spojrzeniami dwóch młodzieńców, którzy nagle zaczęli się zbliżać. Przyglądała im się spokojnie.

– Nie poświęcisz nawet trzech godzin swego czasu? – wyjęczał Connor.

– Trzech godzin? – Amanda odwróciła się.

– Trzech godzin u mojego boku – Connor wielkodusznie machnął ręką. – W otoczeniu, w jakim sobie zażyczysz. – Ostatnie zdanie wypowiedział, łypiąc lubieżnie okiem.

Amanda mogła roześmiać się sama do siebie kpiąco. Uniosła brodę:

– Mój czas staje się coraz cenniejszy. Ale ośmielam się twierdzić, że ta twoja klacz jest również cenna. – Serce waliło jej jak młotem. Uśmiechnęła się protekcjonalnie. – Musi być, skoro Demon się nią interesował – rozpogodziła się. – Jeśli wygram, dam mu ją.

Skręciłby jej kark.

Jęk Reggie’ego mogli usłyszeć wszyscy. Amanda uśmiechnęła się.

– Zdaje się, że powiedziałeś coś o partyjce wista?

Wreszcie przekroczyła granicę, wkraczając na niebezpieczne tereny. Kiedy wypowiadała te słowa i kiedy patrzyła na tężejący wzrok Connora, poczuła niepokój, jakiego nigdy wcześniej nie doznała. Poczuła dreszcz strachu i oczekiwania zarazem; ogarniała ją wesołość.

– Twój partner? – spojrzała z zaciekawieniem na Connora.

Ten z kamienną twarzą machnął ręką w stronę ciemności:

– Meredith.

Chudy jegomość uniósł się z fotela i sztywno ukłonił.

– Niewiele mówi, ale doskonale radzi sobie w kartach. – Connor przeniósł wzrok na Reggie’ego. – A kto będzie partnerował tobie, panno Cynster? Ten tu, Carmarthen?

– Nie – w tonie Reggie’ego wyczuwało się granicę, której nie miał zamiaru przekraczać. Potrząsnął ramieniem Amandy.

– To szaleństwo! Chodź zaraz! Co ci zależy, co takie łobuzy sądzą na twój temat?

Ale ona o to nie dbała, w tym tkwiła cała przykrość. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, jednak nie mogła wyobrazić sobie, by którykolwiek z jej kuzynów zostawił ot tak sobie gładkie obraźliwe słówka Connora. Na pewno nie, zanim otrzymaliby odpłatę.

Klacz krwi arabskiej wydawała się właściwą odpłatą. Zaiste odpłata. To go nauczy, żeby nie igrać z kobietami Cynsterów, nawet z tymi młodymi.

Najpierw jednak musiała znaleźć partnera, najlepiej takiego, który pomógłby jej w zwycięstwie. Nie traciła czasu na przekonywanie Reggie’ego, ledwo pamiętał kolory kart. Uśmiechając się pewnie, starając się zmniejszyć jego zatroskanie, zwróciła się w stronę stolików, przy których zamarła gra.

Musi znaleźć się jakiś dżentelmen, chcący przyjść jej z pomocą.

Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. Nie było najmniejszego zainteresowania, nie zauważyła żadnego zaciekawionego wyrazu twarzy, jaki spodziewała się dostrzec. W oczach mężczyzn widać było nieskrywaną,chłodną kalkulację. Łatwo było się domyślić, jaką opcję rozważają: ile Amanda jest skłonna dać za uratowanie jej przed Connorem?

Wystarczyło jedno spojrzenie. Dla nich była jedynie niewinnym, soczystym gołąbkiem w sam raz do oskubania. Opuściła ją wesołość i opanowało przemożne, paniczne uczucie.

Jeśli chcąc zaspokoić swą dumę wybierze jednego z tych mężczyzn na partnera, gdzie zaprowadzi ją to pod koniec gry?

Da jej to poczucie triumfu niezależnie od rezultatu, ale i kolejny być może bardziej niebezpieczny dług.

Patrzyła po kolei w oczy każdego z mężczyzn, a serce zamarło jej w piersi. Z pewnością był wśród nich jeden dżentelmen, wystarczająco szacowny, by partnerować jej w tej piekielnej grze.

Tu i ówdzie pojawiły się uśmiechy; zaszurały krzesła. Kilku mężczyzn wstało...

Nagle uwagę mężczyzn zebranych w sali odwróciło coś w cieniu, w jej głębi.

Amanda i Reggie się odwrócili.

W ciemnościach majaczyło coś wielkiego.

Z krzesła w drugim końcu pomieszczenia podniósł się ciemny kształt; mężczyzna, szeroki w barach i wysoki. Ospale i dostojnie, co wraz z jego posturą było imponujące, niespiesznie zbliżył się w ich stronę.

Powoli wynurzył się z cienia; stanął w świetle, gdzie widoczny był jak na dłoni, ubrany w płaszcz, który pochodzić mógł jedynie od jednego z najznamienitszych krawców. Na szyi zawiązany miał fantazyjny krawat koloru kości słoniowej, a całości dopełniała zdobna, satynowa kamizela wyjątkowej urody. Sposób, w jaki się poruszał, bez wysiłku i dostojnie świadczył o pewności siebie i – co więcej – całkowitym przekonaniu o umiejętności wygrywania, niezależnie od podjętego wyzwania.

Mężczyzna miał ciemne, gęste włosy, przycięte w modny sposób; opadały mu na twarz, kryjąc grube brwi i spływając na kołnierz. W świetle świec wyglądały niczym pióra jakiegoś ptaka.

Zbliżył się spokojnie, nie wzbudzając strachu, a jednak po jego sposobie poruszania się widać było, iż każdym długim, majestatycznym krokiem pacyfikuje swą siłę.

W końcu i jego twarz wynurzyła się z ciemności.

Amanda wstrzymała oddech.

Wyraziste kości policzkowe wznosiły się nad policzkami, szczupłymi, lekko zapadniętymi w okolicach mocno zarysowanej żuchwy. Miał twarz, którą Amanda bezbłędnie oceniła – w tak arystokratyczny sposób elegancką, jak jego ubranie, i tak pełną siły i wyrazistą, jak sposób jego poruszania.

Oczy o barwie zielonkawych agatów napotkały jej wzrok i przytrzymały go do momentu, aż mężczyzna stanął obok. Nie odczuwa żadnego instynktu drapieżcy z jego strony; szukała, lecz nie udało jej się odnaleźć żadnego śladu ukrytego w jego wzroku. Zamiast tego dostrzegła zrozumienie i wyczula rozbawienie.

– Jeśli potrzebujesz partnera, będę zaszczycony jeśli ci pomogę.

Jego głos doskonale pasował do postury: był głęboki, nieco szorstki, zachrypnięty, jakby nadwyrężony. Amanda poczuła jego słowa niemal namacalnie a jej zmysły zawrzały. Mężczyzna nie spuszczał wzroku z jej twarzy, chociaż zdążył omieść błyskawicznym spojrzeniem jej postać, a następnie ponownie zajrzał jej w oczy. Amanda nie patrzyła na Reggie’ego, ale zdawała sobie sprawę, że mężczyzna wie o obecności jej przyjaciela, który szarpał ją za rękaw i od czasu do czasu wydawał z siebie ostrzegający syk.

– Dziękuję – ufała, zaufała tym agatowym oczom. Nawet jeśli się myliła, nie dbała o to. – Panna Amanda Cynster – wyciągnęła dłoń. – A pan jest...?

Mężczyzna chwycił jej dłoń, a jego usta wygięły się, kiedy się skłonił:

– Martin.

Szczerze wątpiła by był panem Martinem, a zatem lord Martin. Jak przez mgłę pamiętała, iż słyszała o jakimś lordzie Martinie.

Martin wypuścił jej rękę i zwrócił się do Connora:

– Zakładam, że nie masz nic przeciw temu?

Amanda skierowała wzrok na twarz Connora i dostrzegła, że w istocie ma on jakieś obiekcje. I to poważne, jeśli wierzyć krzywemu spojrzeniu jego oczu. Doskonale! Być może Connor się wycofa...

W tym samym momencie zdała sobie sprawę, jak mało jest to prawdopodobne. Mężczyźni i ich idiotyczne zasady!

Zaraz jednak Connor szybko skinął głową. Chciałby zaprotestować, ale czuł, że nie może.

Amanda zerknęła na Reggie’ego. Na jego twarzy malował się wyraz całkowitego przygnębienia i porażki. Otworzył usta, omiótł dziewczynę spojrzeniem, a potem powoli zacisnął wargi z powrotem.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

Jego szept dobiegł jej w momencie, kiedy zwróciła się ku nowemu partnerowi. Martin patrzył na Connora:

– To może powinniśmy zaczynać – machnął ręką w stronę ciemnego wnętrza.

– W rzeczy samej. – Connor odwrócił się i ruszył w stronę cienia. – Noc zbliża się wielkimi krokami.

Amanda przyjrzała się panującym wokół ciemnościom i powstrzymała wyraz grymasu. Spojrzała w górę i napotkała wzrok Martina, który następnie zerknął ponad jej głową w stronę drzwi.

– Dwie świeże talie, Mellors – ponownie spojrzał w jej stronę. – I dwa kandelabry.

Zawahał się przez chwilę, a następnie zaoferował jej swe ramię.

– Idziemy?

Amanda uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego ramieniu, zdając sobie natychmiast sprawę ze stalowej siły jego mięśni. Mężczyzna poprowadził ją w róg pomieszczenia, gdzie oczekiwali ich Connor i Meredith.

– Czy jesteś dobrym graczem, sir?

– Uważają, że mam dobrą rękę – uśmiech zaigral na jego wargach i mężczyzna spojrzał na nią.

– To dobrze, ponieważ Connor jest ekspertem, a ja nie. I sądzę, że często grywa z Meredithem.

– A jak ty grasz? – spytał po chwili Martin.

– Dość dobrze, ale nie równam się klasą z Connorem.

– W takim razie – zniżył głos, kiedy zbliżyli się do przeciwników. – Graj prosto, nie staraj się być sprytna, to zostaw mnie.

To były jedyne wskazówki, na jakie mieli czas, ale w zupełności wystarczyły. Amanda starała się ich trzymać, kiedy rozpoczęła się pierwsza partia. Mieli dla siebie cały róg pomieszczenia. Reggie zapadł się w fotelu kilka metrów dalej, obserwując ponuro całą scenę. Connor siedział po lewej ręce Amandy, Meredith po prawej. Obaj wzdrygnęli się, kiedy Mellors przyniósł kandelabry.

Niewzruszony Martin nakazał Mellorsowi umieścić świeczniki na małych stolikach po obu stronach krzesła Amandy. Connor posłał Martinowi jadowite spojrzenie, ale nie rzeki ani słowa; Martin roztaczał wokół siebie aurę tak niezwykłej siły, że niewielu miałoby odwagę ją kwestionować. Amanda, spowita złocistym blaskiem, poczuła się o wiele bardziej komfortowo; zrelaksowana, potrafiła lepiej się skoncentrować.

Pierwsza partia była serią pojedynków, Connor oceniał siłę Amandy i jej partnera, a Martin jednocześnie szacował przeciwników i z bliska przyglądał się grze dziewczyny. Jak to się często zdarzało, karta jej szła, ale granie przeciw tak wyśmienitemu graczowi jak Connor nie było łatwym zadaniem. Niemniej jednak, pod czujnym okiem Martina, wygrali pierwszą partię.

Amanda była zachwycona rozgrywką. Oparła się wygodnie i wyciągnęła ręce, uśmiechając się do Mellorsa, który poczęstował ją kieliszkiem szampana. Rozdawano kieliszki; Amanda delikatnie skosztowała napoju; mężczyźni pochłonęli łapczywie zawartość szkła i Mellors skwapliwie uzupełnił trunek.

Martin potasował karty, Connor rozdał i rozpoczęła się kolejna partia.

Po każdym wyłożeniu Martin, po raz pierwszy od długiego czasu, nie był pewien, czy wygra. Co jeszcze bardziej go zdziwiło, zależało mu na tym, nie dla siebie samego, ale dla tego anioła, który siedział naprzeciw niego w złocistej aureoli blasku świec. Jej włosy mieniły się, gęste i lśniące. Palce świerzbiły go by ich dotknąć, pogłaskać, nie tylko jej włosy. Cera dziewczyny była doskonała, idealnie mleczna, taka, jaką znaleźć można było tylko u niektórych angielskich panienek. Wiele usiłowało osiągnąć podobne efekty za pomocą maści i kremów, ale w przypadku Amandy Cynster skóra była naturalna niczym nieskazitelny marmur.

Oczy miała chabrowe, o blasku najdroższych szafirów. Prawdziwe, niewinne klejnoty... Ale dziewczyna nie była naiwna, była nietknięta cynizmem tego świata. Nie dopadły jej jeszcze życiowe burze. Była dziewicą, co do tego nie miał wątpliwości.

Dla takiego konesera jak on, o wysmakowanym, wyrafinowanym guście, dziewczyna stanowiła perfekcyjny okaz angielskiej róży.

Oczekującej na kogoś, kto ją zerwie.

Z pewnością stałoby się tak tego wieczoru, gdyby się tutaj nie pojawił. Co, do diabła, tu robiła, przechadzając się w tym piekle niczym łabędź pływający w stawie pełnym krokodyli. Tego nie potrafił zrozumieć.

Między Bogiem a prawdą nie chciał myśleć o niej zbyt dużo, o niej, o jej myślach i potrzebach. Jedynym powodem, dla którego zapragnął wyciągnąć ją z tego piekła, był czysty altruizm. Widział, jak usiłowała odeprzeć ataki starego Connora, jednocześnie próbując zachować godność. Rozumiał, dlaczego przyjęła wyzwanie.

Wiedział bardzo dobrze, co to znaczy stracić twarz.

Kiedy jednak wygrają i dziewczyna będzie bezpieczna, on odejdzie i powróci w krainę cienia, gdzie jego miejsce. Z żalem, przyznał, ale musiał tak postąpić. Ona nie była i nigdy nie będzie dla niego.

Odszedł z jej świata dawno temu.

Ostatnia lewa przypadła Connorowi. Martin ocenił wzrokiem zapis, jaki leżał na stole pomiędzy nimi. Jeszcze jedno rozdanie i, jeśli nie nadejdzie pomoc z niebios, Connor i Meredith wygrają partię, grę i cały wieczór.

Czas na zmianę taktyki.

Następne rozdanie poszło zgodnie z jego przypuszczeniami, Connor zapiszczał z radości i poprosił o więcej szampana, tasując karty do pierwszego rozdania w decydującej rozgrywce. Zauważając delikatny rumieniec na jasnych policzkach swojej partnerki,Martin przywoła! Mellorsa, kiedy ten schylił się, by napełnić kieliszki; i wyszeptał mu jakieś polecenie.

Mellors miał dobre rozeznanie w tym, kto jest kim wśród jego zamożniejszych klientów; przechodząc za oparciem krzesła Amandy, potrącił świecznik, chwycił, aby go ustawić ponownie, i zrzucił kieliszek dziewczyny, dopiero co napełniony najprzedniejszym, francuskim szampanem. Rozpływając się w przeprosinach, pozbierał kieliszek i obiecał przynieść następny.

Zrobił to jakiś czas później, kiedy gra zbliżała się do końca pierwszego rozdania.

Amanda przyglądała się swoim kartom, czekając, aż Connor zawistuje jako pierwszy. Ani ona, ani nikt z graczy nie zagrał jeszcze fałszywą kartą; robili, co mogli, wykorzystując swoje rozdania. Decydującym czynnikiem był łut szczęścia. Niezbyt pocieszająca myśl.

Zwłaszcza gdy Connor okazał się jeszcze większym ekspertem, niż przypuszczała. Gdyby nie ta potężna, dająca poczucie pewności postać, siedząca po przeciwnej stronie stołu, spokojnie tasująca karty dziewczyna już dawno by spanikowała. Nie żeby spędzenie trzech godzin w towarzystwie Connora tak bardzo ją martwiło, ale jak zrobić to w bezpieczny sposób, tak aby nie dowiedziała się o tym jej rodzina... Ta myśl przemknęła jej przez głowę, kiedy rozpoczęli drugą partię. Teraz zajmowała ją dogłębnie.

Przegrana do Connora wcale nie pomoże jej w znalezieniu męża. Szlag by go trafił. Dlaczego musiał rzucić jej to wyzwanie, zwłaszcza w taki sposób, podrażniając jej poczucie dumy i nadwyrężając nerwy?

Jednak wyzwanie to sprawiło, że pojawił się Martin. Amanda koncentrowała się na kartach, niewzruszenie starając się powstrzymać od skupienia uwagi na przeciwległym krańcu stołu. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie w tej chwili; kiedy wygrają, będzie mogła pofolgować zmysłom do woli. Ta obietnica, stojąca jej przed oczami, pozwoliła na chwycenie myśli w cugle. Karty padały na stół; temperatura rosła. Dziewczyna sięgnęła po kieliszek, upiła łyk.

Skrzywiła się i pociągnęła kolejny łyk. Grymas zniknął z jej twarzy. Woda.

– Teraz ty, moja droga.

Uśmiechnęła się do Connora; odstawiła kieliszek na bok, zastanowiła się przez chwilę i przebiła atutem jego asa. Na ustach Martina zamigotał uśmieszek; dziewczyna powstrzymała się przed patrzeniem na niego i ostrożnie wyjęła kolejną atutową kartę.

Wygrali rozdanie, ale punkty były marne. Connor nie miał zamiaru okazywać im żadnej laski. Rozdanie szło za rozdaniem, toczyła się zażarta walka. Martin grał bardziej agresywnie, ale i Connor nie pozostawał mu dłużny.

Przy czwartym rozdaniu Martin mógł z całą stanowczością stwierdzić, że hrabia Connor był najznamienitszym graczem, przeciw jakiemu miał kiedykolwiek przyjemność grać. Niestety, przyjemność tę zasmucał fakt wiszącego nad rozgrywką zakładu. Zarówno on, jak i Connor starali się wykorzystać wszelkie możliwości w tym pojedynku udanych ataków i popełnianych błędów. Jak do tej pory, Amanda dostosowywała się do upomnień Martina; on się modlił, żeby nie rozproszyła jej taktyka jego lub Connora.

Od czasu do czasu dziewczyna rzucała mu spojrzenie, zagryzając ze zmartwienia dolną wargę. On napotykał wzrokiem jej spojrzenie i nie spuszczał oczu... jakby czerpał siłę z tego delikatnego kontaktu, dziewczyna wstrzymywała oddech i rzucała na stół kolejną kartę, prosto, bez zbędnego zastanawiania, tak jak ją o to prosił. Jak na kobietę zaskakująco dobrze radziła sobie z tym trudnym zadaniem. Wraz z rozwojem gry szacunek Martina do Amandy rósł.

Świece zdążyły się wypalić. Mellors pojawił się, by je wymienić. Wszyscy gracze wyciągnęli się na krzesłach czekając na wznowienie gry, dając odpocząć oczom i umysłom.

Grali już od wielu godzin.

Martin, Connor i Meredith byli przyzwyczajeni do całonocnych partyjek, Amanda nie. Zmęczenie, mimo iż usiłowała je okiełznać, zamgliło jej oczy. Kiedy zdusiła ziewnięcie, Martin ze zdziwieniem poczuł na sobie spojrzenie Connora i przytrzymał wzrok starego rozpustnika. Spoczywał na nim ostry niczym ostrze noża, jakby Connor pragnął zajrzeć mu w duszę. Martin uniósł brwi. Connor zawahał się, a następnie zwrócił wzrok na karty. Szli łeb w łeb, każdy miał po dwa punkty, ale z każdym rozdaniem sytuacja się nie wyjaśniała, nadal był remis.

Martin rozłożył karty do następnego rozdania.

W końcu to doświadczenie sprawiło, że szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę.

Dlaczego Connor popełnił taki błąd, trudno było zrozumieć. Nawet gdyby stracił siły, a tak się nie stało. Każdy mógł popełnić błąd, to oczywiste: Martin miał pewność, że tak właśnie tłumaczyłby się Connor, gdyby go spytano.

Zaczekał, aż rozegrano ostatnią lewą. Razem z Amandą zyskali jeden punkt na rękę. Zanim Connor zdążył zgarnąć karty, Martin wymruczał:

– Czy mógłbyś odwrócić ostatnie cztery lewy...?

Connor zerknął na niego i uczynił, o co ten poprosił. Stało się oczywistym, iż nie dal karty do koloru. Connor wpatrywał się w obrazki i westchnął.

– Cholera! Przepraszam.

Amanda zerknęła na karty, a potem podniosła pytający wzrok na Martina. Ten poczuł, jak wyginają mu się wargi:

– Wygraliśmy.

Amanda otworzyła szeroko buzię ze zdziwienia. Z zaciekawieniem, z narastającą przyjemnością spojrzała w karty.

Obserwujący ich z oddali tłum powoli topniał, ale ci, co pozostali, porozbudzali się i zaczęli opuszczać swoje stoliki ciekawi wyniku rozgrywki. W ciągu kilku sekund powietrze wypełniło się podekscytowanymi pomrukami i gwarem głosów.

Connor, o dość grzecznym usposobieniu, zważywszy na okoliczności, wyjaśnił Amandzie swój błąd i w jaki sposób wygrali partię, a tym samym robra. Następnie odepchnął krzesło i wstał.

– Dobra! Zatem to już koniec!

Spojrzał groźnie na Amandę.

Dziewczyna zamrugała, świadoma zdradzieckiego, złośliwego błysku, jaki pojawił się w oczach Connora.

– Jutro z samego rana przyślę klacz, ulica Upper Brook, prawda? Niech ci się dobrze chowa.

Ostatnie słowa wypowiedział z rubaszną wesołością. Do świadomości Amandy dotarła rzeczywistość.

– Nie! Poczekaj...

Gdzie, do diabla, miałaby trzymać tego konia? Jak wytłumaczy, w jaki sposób go zdobyła? A co gorsza, Demon bawił w mieście, mógł wpaść przez przypadek, rozpoznać zwierzę, poznać, do kogo należało, i zacząć zadawać niewygodne pytania.

– Daj mi się zastanowić... – zerknęła na Reggie’ego. Nie, żadnej pomocy z tej strony; Reggie zamieszkiwał z rodzicami, a jego matka była serdeczną przyjaciółka jej matki. – Być może... – Zerknęła na Connora. Czy mogłaby odmówić przyjęcia wygranej? Czy biorąc pod uwagę niezrozumiale zasady, jakimi rządził się męski świat, zostanie to poczytane za przejaw zniewagi?

– Śmiem twierdzić... – głęboki, spokojny głos Martina wdarł się w jej myśli.

Wraz z Connorem obrócili się w jego stronę, w stronę zwycięzcy, wygodnie rozpartego na wielkim krześle z kieliszkiem szampana w wysmukłej dłoni.

– ...że panna Cynster może obecnie nie dysponować miejscem w stajniach dla tego konia – utkwił wzrok zielonkawych oczu w twarzy dziewczyny. – Moje stajnie są spore i tylko w połowie zapełnione. Jeśli zechcesz, Connor może przysłać klacz do mojego majątku, a ty możesz dać znać kiedykolwiek będziesz chciała na niej pojeździć, lub przenieść ją w inne miejsce, kiedy już zdołasz przygotować wszystko, co konieczne.

Amandę ogarnęło poczucie ulgi. Człowiek ten okazał się błogosławieństwem nie tylko w jednej sprawie. Uśmiechnęła się szeroko.

– Dziękuję. To byłoby wprost doskonale – zerknęła w górę na Connora. – Gdyby zechciał pan być tak łaskawy, mój panie, i dostarczył klacz do posiadłości lorda Martina...

Connor wlepił w nią wzrok.

– Do posiadłości lorda Martina? Tak? – Przytaknął. – Bardzo dobrze. Będzie, jak zechcesz – zawahał się chwilę, następnie schylił, wziął jej dłoń i się skłonił. – Grasz nadzwyczaj dobrze, jak na kobietę, moja droga, lecz nie jesteś w mojej lidze... ani w jego – wskazał ruchem głowy na Martina. – Byłoby rozsądnym pamiętać o tym podczas przyszłych wypraw do piekła takiego, jak to.

Amanda uśmiechnęła się słodziutko. Dzięki wygranemu zakładowi potrzeba podobnych wypraw rozwiała się niczym mgła. Dziewczyna nie miała zamiaru zapominać o Martinie.

Connor puścił jej dłoń i się cofnął. Meredith, który do tej pory nie odezwał się ani słowem, podniósł się sztywno, skłonił się i wymruczał:

– To była prawdziwa przyjemność, panno Cynster.

Po czym wraz z Connorem zniknęli w ciemnościach.

Amanda zwróciła się do Martina i obdarzyła go jednym ze swych najpiękniejszych uśmiechów:

– Dziękuję za propozycję, rzeczywiście trudno by mi było w tej chwili znaleźć u siebie miejsce dla klaczki.

Mężczyzna przyjrzał się jej spokojnie z delikatnym rozbawieniem w oczach, ale bardzo widocznym, przynajmniej dla niej.

– Tak też pomyślałem – uniósł kieliszek w jej stronę, opróżnił go i odstawił na bok. Wstał; Amanda również się podniosła.

– Muszę także podziękować za twoją pomoc – znowu się uśmiechnęła, przypominając sobie jego propozycję służenia wsparciem, to, jak kazał nalać jej wody zamiast szampana, jak poprosił o zapalenie świeczników i wiele chwil w trakcie gry, kiedy jego zielonkawe oczy o złocistych refleksach powstrzymywały ją przed paniką. – Byłeś w rzeczy samej moim bohaterem wieczoru.

Kąciki jego ust podniosły się w uśmiechu; wziął ją za rękę, zaciskając mocno swe długie palce na jej dłoni... I zawahał się. Amanda spojrzała mu w oczy i zorientowała się, że znowu się zmieniły, stały się ciemniejsze. Mężczyzna skłonił się i puścił jej dłoń.

– Connor miał rację, miejsca takie jak Mellors nie są dla ciebie, ale domyślam się, że zdałaś sobie z tego sprawę.

Mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął z niej srebrne pudełko. Wyciągnął ze środka bilet wizytowy i trzymając pomiędzy dwoma palcami, rzekł:

– To, żebyś wiedziała, gdzie masz posłać po klacz. Wyślij wiadomość, a jeden z moich stajennych natychmiast ci ją przyprowadzi – jego wzrok znowu dotknął jej twarzy i zaraz potem mężczyzna schylił głowę:

– Do widzenia, panno Cynster.

Dziewczyna spiesznie podziękowała, a kiedy Martin się odwrócił, zerknęła na otrzymany bilecik:

– Mój Boże!

Bezmyślnie, z oczami utkwionymi w wizytówce, złapała za rękaw mężczyznę, który był jej partnerem w grze przez całą tę noc. Zatrzymał się posłusznie.

Z początku Amanda nie mogła oderwać wzroku od bileciku, prostego, białego, papierowego prostokącika ze złoceniami. Pod złotą obwódką wydrukowano jedno tylko słowo: Dexter. Poniżej widniał adres na Park Lane, który, jak domyślała się Amanda, musiał przynależeć do jednej z wielkich posiadłości leżących naprzeciw parku. Ale to nazwisko wywróciło jej świat do góry nogami.

Odrywając wzrok od karteczki, spojrzała na Martina.

– Ty jesteś Dexter?

Rozpustny, o opinii marnotrawnego, wyjątkowo tajemniczy Martin Fulbridge, piąty hrabia Dexter. Słyszała o nim z całą pewnością, ale dziś wieczór zobaczyła go po raz pierwszy. Zdała sobie sprawę, że ciągle ściska jego rękaw i zwolniła uścisk.

W jego oczach na powrót pojawiła się iskierka rozbawienia. Uniósł brew i cynicznym tonem spytał:

– A któżby inny?

Ich oczy spotkały się, a następnie mężczyzna niespiesznie omiótł wzrokiem jej twarz i równie niespiesznie odszedł.

Rozdział 2

Martin opuścił Mellorsa i zanurzył się w głąb ulicy. Szedł tak, a wiedziony doświadczeniem wiedział, że w atramentowych ciemnościach nie czai się żadne niebezpieczeństwo.

W oddali posępnie majaczył fronton jakiegoś budynku. Martin zatrzymał się, spowity ciemnością, i czekał.

Trzy minuty później odźwierny otworzył drzwi od Mellorsa, wyjrzał, gwizdnął i przywołał skinięciem oczekujący nieopodal powóz, który przytoczył się z hurgotem. Martin skinął głową z aprobatą. Pojawił się Mellors w towarzystwie Amandy Cynster i Regie’ego Carmarthena, których odprowadził do powozu. Weszli do środka, zatrzaśnięto drzwiczki i woźnica trzasnął lejcami, a powóz potoczył się po bruku. Skryty w ciemnościach Martin patrzył, jak się oddala, dostrzegł ledwie widoczny błysk miodowych włosów, widział postać Carmarthena pochyloną do przodu.

Mężczyzna uśmiechnął się; wyszedł z ukrycia i podążył w swoją stronę.

Otoczyła go noc. Przemierzając ulice Londynu w tych późnych godzinach, czuł się jak ryba w wodzie.

Dlaczego tak się działo, było tajemnicą, ale dawno już temu nauczył się, iż kwestionowanie przeznaczenia jest bezowocne. Dziwne było zaiste, iż tutaj, w otoczeniu, w którym się urodził i którego teraz unikał, czuł się tak bardzo na miejscu, jak nigdzie indziej na świecie, nawet pomimo faktu, iż wszyscy, którzy mogliby go rozpoznać, spali teraz smacznie we własnych łóżkach nieświadomi, iż przechodzi właśnie tuż obok.

Skręcił w Piccadilly, wydłużył krok, a jego myśli zwróciły się ku fascynującej partii wista, jaka rozegrała się tego wieczoru.

Z początku sądził, że Connor, sprośny stary knur, upatrzył sobie Amandę Cynster, ale w miarę rozwoju gry, wydawać mu się to zaczęło coraz mniej prawdopodobne. Sam zakład z Connorem nie stanowił dla Amandy zagrożenia, niezależnie od tego, czy wygrałaby, czy przegrała, ale rozegranie robra z Connorem uchroniłoby ją przed kontaktem z innymi bywalcami Mellorsa.

Martin przyglądał się dziewczynie, tym wielkim niebieskim oczom, które rozglądały się po pomieszczeniu w poszukiwaniu wybawcy...

Potrząsnął głową, zastanawiając się nad tą nieoczekiwaną dla niego samego własną wrażliwością. Od kiedy to stal się tak żałośnie rycerski, modlący się do pary niebieskich oczu? W Londynie i poza nim było wielu, którzy śmialiby się z samego tylko podobnego pomysłu, a mimo to, kiedy stanął oko w oko z Amandą Cynster, starającą się za wszelką cenę ratować swą dumę, ku własnemu zdziwieniu zaproponował jej pomoc.

Jeszcze bardziej go zaskoczyło, iż mu się to spodobało. Pojedynek okazał się największym wyzwaniem, które przykuło jego uwagę bardziej niż jakiekolwiek inne od czasu powrotu do Anglii.

Zakład Connora zdziwił go. Jego podejrzenia, co do dobrych intencji tego mężczyzny nie sprawdzały się, aż do momentu, kiedy Connor rzucił kartę nie do koloru. Za nic w świecie nie uwierzyłby, że Connor popełnił błąd. W którymś momencie gry najwyraźniej stwierdził, że przegrana wobec Amandy była ryzykiem do przyjęcia.

Martin nie miał pewności, co powinien myśleć na ten temat. Być może znaczyło to jedynie tyle, że Connor był niezwykle przebiegły. Miał bowiem rację, Dexter nie żywił wobec niej żadnych zamiarów. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, kim jest i że dziewczyna nie była dla niego. Przyjemnie spędził kilka godzin w jej towarzystwie, ale nie zamierzał pozwolić, aby para chabrowych oczu i różane usteczka, czy nawet satynowa skóra i jedwabiste włosy, zawróciły mu w głowie.

W jego życiu nie było miejsca na damy takie, jak Amanda Cynster. Ani teraz, ani nigdy. Ignorując uczucie żalu, które przemknęło mu przez serce, skręcił w Park Lane i pomaszerował w stronę domu.

– Znalazłam go! – Amanda z roziskrzonym wzrokiem zaciągnęła Amelię do sypialni i zatrzasnęła drzwi. – Jest doskonały. Po prostu wspaniały, nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego.

– Opowiadaj – Amelia ścisnęła siostrę za rękę.

Dziewczyna streściła historię, a kiedy skończyła, Amelia wyglądała na równie oszołomioną, jak jej siostra.

– Dexter?

– Tajemniczy, nieuchwytny hrabia Dexter, o którym krąży wiele plotek.

– Czy jest przystojny?

– Oszałamiająco... – Amanda szukała właściwych słów i machnęła ręką. – Po prostu lepszy od wszystkich, jakich widziałam.

– Co jeszcze o nim wiesz?

– Jest inteligentny, bystry, wyobraź sobie, że przyszło mu do głowy, by Mellors podmienił mi wino na wodę, i to w taki sposób, by nikt tego nie zauważył. – Amanda opadła na poduszki; obie umościły się na łóżku. – W sumie i fizycznie, i psychicznie Dexter jest idealny. Biorąc w dodatku pod uwagę, że jest bogaty jak Krezus, zbyt bogaty, w każdym razie, by połakomić się na mój posag oraz to, że, jeśli wierzyć plotkom, prowadził niezwykle ekscytujące życie, daleko bardziej szalone, niż mogłabym sobie wyobrazić, jego doskonałość staje się jeszcze bardziej wyrazista.

– Hm, pamiętaj jednak o tym skandalu sprzed lat.

Amanda zlekceważyła to ostrzeżenie:

– Skoro grandes dames nie uważają tego za warte pamiętania, to po cóż mam się tym przejmować? – Zmarszczyła brwi. – Wiesz, o co w ogóle w tym wszystkim chodziło?

– Wiem tylko, że dotyczyło to jakiejś młodej dziewczyny, którą rzekomo zbałamucił i która potem odebrała sobie życie. To było lata temu, kiedy przyjechał po raz pierwszy do miasta. Niezależnie od tego, czy była to prawda, został wygnany przez własnego ojca...

– I wrócił do Anglii dopiero rok temu, rok po odziedziczeniu tytułu, tyle wiem.

– Ile ma lat?

– Trzydzieści? – Amanda uniosła brwi. – Coś koło tego. Wydaje się starszy niż jest... Jest... poważny.

– Poważny?

– Nie w tym sensie, to znaczy... głęboki, z dystansem... Opanowany. Tacy mężczyźni zawsze wydają się starsi niż w istocie są.

Amelia przytaknęła.

– No dobrze... przyznaję, że wydaje się dla ciebie idealny, jak jednak masz zamiar poradzić sobie z największym problemem? Każda dama z towarzystwa stara się skusić go do powrotu na salony, lecz on odrzuca wszelkie zaproszenia. Jak więc zamierzasz spotykać go na tyle często, by przekonać go... – Amelii zabrakło słów. Studiowała przez chwilę twarz siostry. – Nie będziesz się starała wciągnąć go do swego świata... masz zamiar sama przeniknąć do jego świata...

– Taki mam plan, przynajmniej do momentu, aż tak go obłaskawię, że pójdzie za mną wszędzie.

Amelia zachichotała.

– Mówisz, jakby był psem.

– Nie psem, raczej lwem. Wielką, dziką bestią, która rozkoszuje się leżeniem u boku swej lwicy i poluje w nocy – Amanda przytaknęła z wyrazem determinacji na twarzy. – Dokładnie to zamierzam zrobić, obłaskawić i poskromić mojego lwa.

*

Nie była na tyle głupia, by sądzić, iż to łatwe zadanie. Spędziła cały dzień, rozważając wszelkie ewentualności. Jedną z nich była klacz, ale dziewczyna nie chciała wyjść na zbyt niecierpliwą, a poza tym, gdyby zbyt wcześnie wyłożyła tę kartę, Martin mógłby zrobić dokładnie to, co powiedział, czyli przysłać po prostu stajennego z koniem i w ten sposób zachować rozsądny, chłodny dystans.

Rozsądny, chłodny dystans nie był tym, czego pragnęła Amanda.

Nie mogła jednak powrócić do Mellorsa, nie po ostrzeżeniach, jakie usłyszała od Martina. Byłoby to nadzwyczaj bezmyślne, a poza tym zbyt szybko zdradziłoby jej zamiary. On zaś z pewnością by tego nie pochwalił.

Myśl ta wyzwoliła kolejną, i jeszcze następną, i nagle Amanda wiedziała już dokładnie, co sprowadzi tego lwa do jej nogi.

– Wczorajszej nocy Mellors, dziś lady Hennessy. Postradałaś zmysły? – Reggie wpatrywał się w dziewczynę w mrokach powozu. – Jeśli moja matka dowie się, że towarzyszyłem ci w takim miejscu, z pewnością mnie wydziedziczy!

– Nie bądź niemądry – Amanda poklepała go po kolanie. – Zarówno ona, jak i moja matka sądzą, że bawimy się z Montaguesami w Chelsea. Dlaczegóż miałyby sądzić, że jesteśmy gdzie indziej?

W miarę jak mijały lata, Amanda i Reggie, często w towarzystwie Amelii, sami wybierali ulubione rozrywki w swoim otoczeniu. Ponieważ wybór ten przeważnie nie pokrywał się z preferencjami ich matek, konsekwentnie i coraz częściej robili wszystko po swojemu. Żadne plotki nie krążyły na ten temat, wszystkim było wiadomo, że Reggie Carmarthen zna się z bliźniaczkami Cynsterów od dzieciństwa.

Taki układ przynosił korzyści każdej ze stron. Siostry miały odpowiednią eskortę, którą potrafiły owinąć sobie wokół małego palca. Reggie zyskał wymówkę przed mamusiami, które w innym wypadku niechybnie namówiłyby jego mamę, by towarzyszył ich afektowanym córeczkom. Zaś rodzice bliźniaczek i Reggie’ego mogli czuć się bezpiecznie wiedząc, że ich pociechy są bezpieczne.

Do pewnego stopnia przynajmniej.

– I nie musisz zachowywać się tak, jakby wizyta u lady Hennessy miała mnie zrujnować.

– Nie jesteś jeszcze mężatką! – Po jego głosie znać było, iż niezbyt szybko spodoba mu się cały ten pomysł.

– To już lada chwila. Mam dwadzieścia trzy lata. Od sześciu lat bywam na salonach. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że jestem niewinną panienką.

Z ust Reggie’ego wyrwał się stłumiony okrzyk, złożył ręce na piersiach i opadł ciężko na siedzenie. Nie odezwał się już ani słowem, kiedy powóz wtoczył się w uliczkę prowadzącą do sekretnie oświetlonych drzwi pod numerem 19 przy ulicy Gloucester.

Powóz zatrzymał się, Reggie zacisnął mocno wargi, wysiadł i pomógł wydostać się Amandzie, która strzepnęła suknię i spojrzała w stronę drzwi. Obok nich stal odźwierny w liberii. Reggie podał dziewczynie ramię.

– Powiedz tylko słówko, a wyjdziemy.

– Prowadź Horacy!

Reggie wymruczał coś, ale zgodził się, prowadząc Amandę w górę po stopniach. Podał odźwiernemu ich nazwiska, drzwi otworzyły się i odźwierny wpuścił ich do środka, nisko się kłaniając. Reggie rozejrzał się po wyłożonym marmurami holu, podczas gdy Amanda oddała płaszcz bardzo odpowiednio wyglądającemu lokajowi.

– Zawsze chciałem wiedzieć, jak wygląda to miejsce w środku – przyznał Reggie, kiedy Amanda ponownie do niego dołączyła.

– Widzisz – wzięła go pod ramię i skierowała w stronę salonu. – Tylko czekałeś, aż dam ci stosowną wymówkę, by tu przyjść.

– Ech!

Weszli do salonu, zatrzymali się i zaczęli rozglądać dokoła.

Lady Hennessy to był zupełnie inny świat niż Mellors, tutaj czuć było rękę kobiety z klasą. Ściany obwieszono kremowym jedwabiem o niezwykle delikatnym, turkusowym wzorze. Kremowy, zloty i turkusowy wzór widniał także na satynowych obiciach krzeseł i szezlongów oraz na otulających wysokie okna ciężkich zasłonach. Podłogę pokrywały drogocenne chińskie dywany, tłumiące stukot modnych obcasików.

Bogata spadkobierczyni szkockiej arystokracji, lady Hennessy, postanowiła ożywić swoje życie oraz życie sporej części towarzystwa, organizując salon w tradycji poprzedniego stulecia. Jej salony zostały umeblowane wygodnie i z modną elegancją; przekąski i napoje zawsze były najwyższej jakości. Jeśli chodzi o karty, to w noce, kiedy gra była dozwolona, stawki stawały się ponoć astronomiczne.

Jednak przez większość czasu lady Hennessy koncentrowała się na zapewnianiu rozrywki, która gwarantowała przyciągnięcie najprzedniejszej błękitnej krwi rozpustników w mieście. To z kolei zapewniało obecność samej śmietanki zamężnych dam, szukających odmiany, co z kolei gwarantowało, że każdy rozpustnik wart swej opinii nieodmiennie powracał do salonu przy ulicy Gloucester. Geniusz gospodyni polegał na sposobie, w jaki potrafiła przewidzieć związek pomiędzy dwiema najważniejszymi grupami gości i potrafiła go umiejętnie podsycać. W salonie przygrywał dyskretnie kwartet smyczkowy, a oświetlenie z dużych i małych lamp, ściennych świeczników i kandelabrów dawało miejsca łagodnie oświetlone oraz zacienione, bardziej sprzyjające dyskretnym wybuchom namiętności niż jaskrawe światło żyrandola.

Chodziły słuchy o innych pokojach, które od czasu do czasu wynajmowano na prywatne przyjęcia. Amanda była ich ciekawa, ale pewna, iż nie będzie musiała doświadczyć pobytu w takich miejscach. Dla jej celów w zupełności wystarczą ogólnie dostępne salony lady Hennessy.

– Raczej spokojnie, nieprawdaż? – na twarzy Reggie’go pojawił się grymas. – Nie tego się spodziewałem.

Amanda skryła uśmiech; Reggie oczekiwał pewnie, iż będzie to połączenie domu publicznego z pubem. Jednak wśród rozmów, wśród szeptów, chichotów i westchnień eleganckiego tłumu czuć było napięcie, które nawiązywało się między parami zbliżonymi w poufałych rozmowach i które z pewnością dalekie było od letniego. Padające tu i ówdzie spojrzenia płonęły niczym rozżarzone węgle. Almack’s był targowiskiem dla chcących się wydać lub ożenić; lady Hennessy była targowiskiem innego rodzaju, ale i tu, i tam bywały te same grupy kupujących i sprzedających. Mówiło się, iż w każdy wieczór podczas świąt Bożego Narodzenia więcej mężczyzn błękitnej krwi można znaleźć przy ulicy Gloucester niż w jakimkolwiek innym lokalu w mieście.

Kończąc wyczerpującą ocenę sytuacji, Amanda poczuła ulgę, iż nie znalazła tam nikogo, kogo nie pragnęłaby zobaczyć, na przykład znajomych ojca. Lub kogoś z kręgu matki. Lub jakiegoś z przyjaciół jej kuzynów. Była to jedyna obawa, jaka powstrzymywała ją przed wdrożeniem w życie swojej strategii. Upewniwszy się, poczuła się odprężona i natychmiast pomyślała o podjęciu kolejnego kroku.

– Jestem spragniona. Nie mógłbyś przynieść mi kieliszka szampana?

– Dobrze. Wydaje mi się, że bufet znajduje się tam – Reggie skinął głową w stronę sąsiedniego salonu i ruszył w tamtym kierunku.

Amanda poczekała, aż zniknie jej z oczu, przesłonięty barczystymi postaciami. Następnie wkroczyła w tłum i zaczęła się rozglądać.

Nie minęły trzy minuty, a już zgromadziła wokół siebie trzech idealnie pasujących adoratorów. Byli to dżentelmeni pożądani, atrakcyjni i eleganccy, którzy okazali się również dowcipni i czarujący, i którzy byli nadzwyczaj zainteresowani odkryciem powodu, dla którego Amanda pojawiła się na salonach lady Hennessy.

Amanda uczęszczała na zbyt wiele przyjęć i balów, by słowna szermierka z trzema kawalerami – panem Fitzgibbonem, lordem Walterem i lordem Cranbournem, okazała się dla niej jakimkolwiek wyzwaniem. Potrafiła ukryć prawdziwe zamiary. W rzeczy samej łatwość, z jaką umiała to zrobić, jedynie rozpaliła podekscytowanie i ciekawość dżentelmenów i sprawiła, iż otoczyli ją ciasnym wianuszkiem.

Nim Reggie zdążył ją odnaleźć, była już całkiem zaabsorbowana.

Amanda obdarzyła go uśmiechem i przyjęła kieliszek szampana, który dla niej przyniósł, i zapoznała go z trzema adoratorami. Reggie, z niewzruszonym wyrazem twarzy, przyjął to do wiadomości. Amanda zignorowała ten surowy wyraz, kiedy się zwrócił w jej stronę, i uśmiechnęła się do pana Fitzgibbona:

– Opisywał pan nocne pływanie łodzią po Tamizie, sir. Czy to doświadczenie warte jest wszelkiej niewygody?

Pan Fitzgibbon bez wahania zapewnił ją, iż tak właśnie jest. Amanda notowała w myślach, kiedy zaczął w poetycki sposób rozpływać się nad widokiem gwiazd rozświetlonych na nocnym niebie i odbijających się w czarnych wodach Tamizy. Nie wiedziała, ile wieczorów przyjdzie jej tu spędzić, i chciała wykorzystać przynętę w postaci trzech kawalerów, aż nazbyt chętnych, by sprowadzić ją do swego mniej cnotliwego świata, w jakim przebywali.

Nie miała zamiaru korzystać z ich pomocy, ale skrzętnie to skrywała. Logika sugerowała jej, że Dexter odwiedzi lady Hennessy; Amanda mogła się założyć, że zna on miejsce, odpowiadające jego wartości.

Jeśli miałby się nie pojawić, straci parę wieczorów; to kropla w morzu czasu, jaki spędziła dotychczas na poszukiwaniach męża. Jeśli się pojawi, ale nie zachowa, jak przewidywała, zdobędzie niesamowicie cenną wiedzę, wystarczającą, by dojść do wniosku, iż – pomimo całej swej wiary – Dexter nie jest dla niej.

Jednak jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wygra, tak jak zamierzała.

Amanda uważała, że jej zamysł jest wprost genialny. Z szerokim uśmiechem, bezwstydnie wodząc oczami i roztaczając wdzięki, rzuciła się ku wyzwaniu.

*

Martin dojrzał Amandę, jak tylko przekroczył próg salonu lady Hennessy. Dziewczyna stała obok kominka; płomienie świec oświetlały ją w pełni, jakby pozłacając całą postać.

Uczucie, jakiego doznał na jej widok, zaskoczyło go; nagłe ukłucie żądzy posiadania, niespodziewany poryw serca. Strząsnął z siebie te doznania, przyjmując cynicznie rozbawioną maskę, jaką zawsze nosił, i podszedł w stronę gospodyni.

Helen była zachwycona, widząc go. Rozmawiała z nim, starając się przyciągnąć jego uwagę ku trzem samotnym, doświadczonym damom, które zaszczyciły ją swą obecnością tego wieczoru.

– Będą zachwycone, mogąc cię poznać.

Zerknęła na niego, unosząc brew. Martin ledwie rzucił okiem na owe damy.

– Nie dziś.

– Nie wiem czy się cieszyć, czy smucić – westchnęła Helen. – Twoja nierychliwość jedynie wzmaga ich zainteresowanie, ale ciągłe odmowy zaangażowania stawiają pod znakiem zapytania moje umiejętności.

– Zawsze w końcu ci się udaje, moja droga, i jestem pewien, iż damy te o tym wiedzą. Dziś wieczór jednak będą musiały zadowolić się talentami kogoś innego, ja... – Martin spojrzał na Amandę, która niczym złocisty anioł rozsyłała uśmiechy wśród adoratorów. – Mam inną pieczeń do usmażenia.

Spojrzał na Helen, zaciekawiony, czy podchwyci kierunek, w jakim padł jego wzrok.

– Nie, nie musisz się dziwić, podejrzewam, że rola, jaką przyjdzie mi odegrać, będzie raczej rolą rycerza­-opiekuna niźli demonicznego kochanka.

– Jakże fascynujące – Helen otworzyła szeroko oczy i uśmiechnęła się. – Bardzo dobrze. Masz moją zgodę na rozdzielanie swych łask podług własnego życzenia, i tak nie posłuchałbyś, gdyby było inaczej. Ale uważaj! – Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek i odwróciła się, by przywitać kolejnego gościa. – Wiesz, co mówią o miejscach takich jak to?

Nie wiedział i nie miał też takiej potrzeby. Ostrzeżenie to wyleciało mu z głowy, kiedy przedzierał się przez tłum, ostentacyjnie omijając wzrokiem owe damy i wypatrując tej jedynej.

Nie zauważyła go do tej pory, a przynajmniej tak się zdawało; spostrzegł jej wzrok biegnący w jego kierunku, ale dziewczyna nie dała po sobie poznać, że go rozpoznała. Nadal zajęta była trzema adoratorami i Carmarthene’em, choć ten ostatni wyglądał raczej na zatroskanego niż rozbawionego.

Martin musiał przyznać, iż zabawianie kawalerów szło jej nadzwyczaj sprawnie. Jej uśmiechy, śmiech, którego niestety nie mógł dosłyszeć, wesoła paplanina, radość błyszcząca w oczach, wszystko to składało się na osóbkę pewną siebie, młodą damę, pełną iskrzącego się czaru. Przypominała mu w istocie najprzedniejszy szampan, doskonałe, musujące wino, którego smak pogłębiał odpowiedni wiek, obiecujący rozkosz dla podniebienia i zmysłów.

Martin nie mógł stwierdzić, czy dziewczyna wie o jego obecności. Nie potrafił powiedzieć, czy jej zachowanie było wykreowane na pokaz, ze względu na jego osobę, czy też podpowiadała mu to tylko własna arogancja.

Krążąc wśród tłumu, znalazł się poza zasięgiem jej wzroku. Teraz tłum między nimi przerzedził się i mężczyzna mógł dostrzec ją bardzo wyraźnie; mimo to nie odwracała się w jego stronę. Roześmiała się, świetlistym, głębokim i radosnym śmiechem, który doleciał do jego uszu. Pieścił je, wabił, podobnie jak stojących w pobliżu dziewczyny mężczyzn.

Nie miało to znaczenia, czy zaplanowała sobie zwrócić w ten sposób na siebie jego uwagę. I tak jej się to udało.

Amanda poczuła nadejście Martina niczym wkradającą się burzę, wyczuwała jego bliskość. Uczucie to poruszyło ją, zmusiła się, by się nie odwrócić i stanąć twarzą w twarz z tym, przed czym ostrzegały ją wszystkie zmysły. Gdyby zrobiła to za wcześnie, wydałby się cały jej misterny plan. Nagle Martin zatrzymał się tuż koło niej, a jego strzelista postać była wystarczająca wymówką, by przerwać opowieść i posiać mu spojrzenie.

Pozwoliła, by na jej twarzy zagościł wyraz świadczący o tym, iż go rozpoznała, w jej oczach pojawiło się zadowolenie. Nie było to trudne, w jasnym świetle, w eleganckim ubraniu mężczyzna wyglądał jeszcze przystojniej niż poprzedniego wieczoru. Dziewczyna uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę:

– Mój panie.

Uczyniła jedynie tyle, pozwalając, by zarówno on, jak i inni zinterpretowali to na swój własny sposób. Martin ujął jej dłoń, a ona dygnęła. Podniósł rękę Amandy, ze wzrokiem utkwionym w jej oczach i skłonił głowę.

– Panno Cynster.

Amanda starała się, aby jej palce nie zaczęły pieścić jego dłoni, mądrze jednak nie cofając ręki, dopóki on tego nie uczyni.

Martin zwolnił uścisk, Amanda rozpoczęła rytuał przedstawiania gości.

– I sądzę, że pamięta pan pana Carmarthena.

– W rzeczy samej.

Reggie obdarzył go uważnym spojrzeniem i grzecznym skinięciem głowy. Wzrok Dextera spoczął na jego twarzy, a potem na twarzy Amandy.

– Przyznaję, iż jestem zaskoczony spotykając panienkę tutaj. Sądziłem, że po ostatniej wizycie w podobnym przybytku rozwaga wygra jednak z odwagą.

Jest tutaj! Jest tutaj i chwycił przynętę!

Amanda spojrzała mu w oczy i bezlitośnie przerwała biegnącą w jej głowie litanię. Tak był tutaj, ale jeszcze nie dał się obłaskawić. I jeśli Amanda nie będzie uważać, to ona sama może znaleźć się w potrzasku.

Martin z wyraźną przyjemnością wspomniał ich ostatnie spotkanie i dziewczyna uśmiechnęła się:

– Rozważałam pomysł, czy nie uczestniczyć w balu lady Sutcliffe, jednak – obdarzyła uśmiechem trzech kawalerów – takie formalne zobowiązania stają się nudne, kiedy spędziło się tyle lat na salonach – ponownie zerknęła na Dextera. – Wydaje się prawdziwą stratą nie uczestniczyć w bardziej wyrafinowanych divertissements organizowanych przez naszą gospodynię; to o wiele bardziej zajmujące; śmiem twierdzić, że i pan je takimi znajduje?

Martin przytrzymał jej spojrzenie i zastanawiał się, czy dziewczyna nie blefuje.

– Moje gusta z pewnością ulokowane są z dala od przyjęć organizowanych przez damy z towarzystwa. Jednak nie wyobrażam sobie, by takie rozrywki mogły stanowić pokusę dla takiej młodej damy.

Amanda uniosła brodę, w jej oczach rozbłysły iskierki, świadczące o tym, iż potraktowała to wyzwanie z humorem:

– Wręcz przeciwnie, mój panie. Mam zdecydowaną ochotę na bardziej ekscytujące rozrywki – z uśmiechem, przelotnie dotknęła jego rękawa. – Ośmielam się twierdzić, że o tym nie słyszałeś, prowadząc tak samotniczy żywot.

– Ekscytujące rozrywki, he? – Cranbourne podchwycił te słowa. – Słyszała panienka o ekscesach, jakie wyprawiano wczorajszego wieczora u pani Croxton?

– Doprawdy? – Amanda zwróciła się w jego stronę. Martin patrzył, jak dziewczyna pozwala, by trzej kawalerowie przedstawiali jej swe najbardziej wymyślne propozycje. Być może żył w odosobnieniu, ale wiedział dokładnie, co ogląda. Carmarthen stawał się coraz bardziej zdenerwowany. Jednak gdyby on, Dexter, skłonił się teraz i odszedł, czy ona dalej zachowywałaby się tak samo? Gdyby on zadeklarował się jako jej opiekun, czy Amanda obyłaby się bez niego? Jakie sieci wiązała, ile z tego było prawdą?

Nie żeby miało to dla niego znaczenie; potrafiłby sobie poradzić z nią niezależnie od taktyki, jaką przyjęła. Ona zaś najwyraźniej potrzebowała kogoś, kto się nią zaopiekuje, kogoś bardziej muskularnego niż drogi Reggie.

Cranbourne, Fitzgibbon i Walter byli pochłonięci dziewczyną; biorąc pod uwagę, ile czasu spędziła na zabawianiu ich, spodziewali się, iż wkrótce któregoś z nich wybierze. I w odróżnieniu od tego, czego spodziewała się Amanda, przyzwyczajona do zasad panujących na balach i w salonach, urocza odmowa na pewno nie zostałaby dobrze przyjęta.

Martin sięgnął po jej dłoń; zdziwiona dziewczyna spojrzała w jego stronę, zbijając przemawiającego Waltera z pantałyku.

– Moja droga, obiecałem Helenie... lady Hennessy, że skoro jest to twoja pierwsza tu wizyta, dopilnuję, byś zapoznała się ze wszystkim, co nasza gospodyni ma do zaoferowania – popatrzył prosto w jej oczy i położył jej dłoń na swym ramieniu. – Czas już, byśmy ruszyli, albo nie zdążysz zobaczyć wszystkiego, nim nastanie świt – zerknął na trzech kawalerów. – Jestem pewien, iż panowie nam wybaczą.

Nie mieli wyboru; nikt nie sprzeciwiłby się zaleceniom Heleny, Martin tylko na to liczył. Dżentelmeni pożegnali się i wycofali. Martin zastanowił się nad Reggie’em.

– Wydaje mi się, że panna Cynster miałaby ochotę na jeszcze jeden kieliszek szampana.

Reggie spojrzał na Amandę.

Ta zaś przytaknęła, brzękając bransoletkami.

– Tak, miałabym.

Reggie skrzywił się i rzucił spojrzenie Martinowi.

– Pod warunkiem, że nie znikniecie mi, kiedy mnie nie będzie.

Martin zdusił uśmiech; być może Reggie nie był tak niedomyślny, jak się zdawało.

– Zostaniemy w tym salonie, ale będziemy się przechadzać – przerwał z oczami utkwionymi w Reggie’ego. – Niezbyt to rozsądne przebywać zbyt długo w jednej pozycji.

Ujrzał przerażenie na jego twarzy, a potem młodzieniec przytaknął:

– W porządku, znajdę was – rzucił Amandzie pełne dezaprobaty spojrzenie i ruszył w stronę sąsiedniego salonu.

Martin rozejrzał się po pomieszczeniu, opuścił ramię i skinieniem ręki przywołał Amandę, by ruszyła przodem. Trzymanie jej dłoni na swoim ramieniu, taka bliskość, nie byłoby zbyt mądrym posunięciem. Pragnął, aby wszyscy widzieli, że dziewczyna jest pod jego opieką w towarzyskim sensie, ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył było to, by goście pomyśleli, iż jest to coś więcej.

– Naprawdę przyjaźnisz się z lady Hennessy?

– Tak.

Helen była kolejną osobą, która, choć mogła bywać w towarzystwie, odrzucała taką propozycję.

Amanda zwolniła kroku.

– Co zrobiłam źle?

Martin schwycił jej spojrzenie i zdał sobie sprawę, że było to proste, bezpośrednie pytanie.

– Jeśli spędzasz więcej niż piętnaście minut na rozmowie z jednym mężczyzną, zostanie to odebrane tak, iż masz ochotę na jedną z egzotycznych rozrywek, o jakich rozmawialiście.

– Och – jej piękna twarz pobladła. Dziewczyna odwróciła się i ruszyła dalej przed siebie. – Nie miałam takiego zamiaru.

Martin przedstawił ją trzem osobom i ruszyli dalej. Zmniejszając dystans między nimi, schylił głowę i wyszeptał:

– A jaki miałaś zamiar?

Dziewczyna stanęła tak raptownie, że niemal na nią nie wpadł. Zatrzymał się; ledwie centymetr oddzielał jego tors od jej pleców, jego uda od pokrytych jedwabiem jej pośladków. Amanda obejrzała się i napotkała jego wzrok.

Martin poczuł nagłą potrzebę objęcia jej i przytulenia do siebie.

– Chciałabym trochę pożyć, zanim się zestarzeję – odnalazła wzrokiem jego oczy. – Czy to zbrodnia?

– Jeśli tak jest, połowa świata to zbrodniarze.

Dziewczyna spojrzała przed siebie i ruszyła dalej. Martin opanował swe instynkty i ruszył jej śladem.

– Rozumiem, że miałeś sporo doświadczenia w tej kwestii – zerknęła na niego.

– Nie wszystko było takie przyjemne.

– Mnie interesują jedynie przyjemne aspekty – zamachała ręką w powietrzu.

Ton jej głosu był bezpośredni, bez przedrzeźniającej nuty. Zamierzała szukać przyjemności życia, unikając jednocześnie pułapek.

Gdyby tylko życie było takie proste.