Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Dziedziczka ogromnej fortuny, szesnastoletnia hrabianka Helena, w paryskim klasztorze, w którym dorasta, pewnego dnia wpada na przystojnego nieznajomego. Zataja jego obecność przed szukającymi go zakonnicami, a w podziękowaniu otrzymuje pocałunek. Po siedmiu latach Helena, już panna na wydaniu, ponownie spotyka nieznajomego w osobie Sebastiana, księcia St. Ives. Ma to miejsce w jednym z londyńskich salonów, gdzie opiekun prawny Heleny poszukuje dla niej męża. Helena wprawdzie obawia się związku z mężczyzną o silnym charakterze, jednak pocałunek sprzed lat okazuje się dla niej równie pamiętny, jak dla Sebastiana.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Cypriana Kamila Norwida w Goleniowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
przełożyła Zuzanna Sikorska
Warszawa 2006
Tytuł oryginału: The Promise in a Kiss
Projekt okładki: Beata Kulesza DamaziakKorekta: Alicja Chylińska
Copyright © 2001 by Savdek Management Proprietory Ltd.Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo „bis”, 2006
ISBN 83-89685-55-8
Wydawnictwo „bis”
ul. Lędzka 44a01-446 Warszawatel. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwobis.com.pl
Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne SA
19 grudnia 1776
Klasztor des Jardinieres de Marie, Paryż
Północ minęła jak z bicza strzelił. Kiedy klasztorny dzwon wybił ponownie, Helena stała w drzwiach infirmerii. Trzecia nad ranem. Ariele, jej młodsza siostra, w końcu zasnęła, gorączka spadła i można było dziewczynkę zostawić w rękach siostry Artemis. Helena ruszyła do swojej celi na zasłużony wypoczynek. Czuła ogromną ulgę.
Otuliła się wełnianym szalem. Noc była zimna, bezchmurna. Drewniane chodaki stukały cicho po kamiennym dziedzińcu. Helena miała na sobie jedynie koszulę nocną i szlafrok - siostra dyżurna wyrwała ją ze snu, by pomogła przy siostrze.
Zdrowy rozsądek kazał się śpieszyć; szal nie chronił przed zimnem. Mimo to szła powoli, podziwiając skąpane w blasku księżyca ogrody klasztoru, który był jej domem przez ostatnie dziewięć lat.
Wkrótce, jak tylko Ariele wydobrzeje i będzie mogła podróżować, Helena wyjedzie stąd na zawsze. Trzy miesiące temu skończyła szesnaście lat, otwierała się przed nią przyszłość - debiut na salonach, a potem aranżowane małżeństwo z bogatym arystokratą. Tak to właśnie wyglądało w wyższych sferach, a hrabina d’Lisle, pani rozległych ziem w Camargue, w dodatku spokrewniona między innymi z rodem de Mordaunt, była łakomym kąskiem.
Konary potężnej lipy rzucały złowrogie cienie, Helena minęła je pośpiesznie i znów znalazła się w świetle księżyca. Przystanęła i podniosła głowę. Spojrzała na bezkresne, rozgwieżdżone niebo. Czuła, że spływa na nią spokój. Zaledwie kilka dni pozostało do Bożego Narodzenia i klasztor był niemal pusty, bo córki możnych rozjechały się na święta. Zostały tylko ona i Ariele. Mała rozchorowała się, a Helena nie chciała zostawiać siostry samej. Ariele miała tu wrócić w lutym, by wraz z innymi dziewczynkami kontynuować naukę. Do tego czasu...
Ogród wydawał się uśpiony, a rośliny skąpane w srebrzystej poświacie, płynącej wprost z bezchmurnego nieba. Nad głową migotały gwiazdy, niczym diamenty rozrzucone na aksamitnym całunie nocy. Tuż przed oczami rysowały się kamienne ściany klasztoru - znajomy, kojący widok.
Nie była pewna, co ją czeka na zewnątrz. Odetchnęła głęboko, nie zważając na zimno, rozkoszując się słodyczą ostatnich dni dzieciństwa. Ostatnich dni wolności.
Zaszeleściły suche liście. Spojrzała w lewo, na stary, wykrzywiony od wiatru bluszcz, pnący się po ścianie dormitorium. Wytężyła wzrok. Nawet o tak późnej godzinie nie bała się; klasztor miał opinię niezwykle bezpiecznego. Wielu możnych posyłało tu swoje córki.
Usłyszała stłumiony łomot, potem kolejny, potem całą ich serię. Po chwili jej oczom ukazała się postać - spadla z muru, prosto do jej stóp.
Helena otworzyła szeroko oczy. Nie przyszło jej do głowy, by krzyczeć. Zresztą po co? Mężczyzna wyglądał na dżentelmena. Nawet w bladym świetle księżyca widać było, jak błyszczy jego jedwabna peleryna i klejnot spinający koronkowy kołnierz. Jeszcze większy kamień znajdował się na palcu. Odgarnął niesforne loki, okalające twarz o pięknych, wyrzeźbionych rysach.
Leżał w bezruchu, opierając się na łokciach. Widać było szeroką pierś, wąskie biodra i długie nogi o umięśnionych udach, odzianych w satynowe bryczesy. Był szczupły, ale potężnie zbudowany. Nawet stopy miał duże, obute w skórzane trzewiki ze złotymi sprzączkami. Miały niskie obcasy, co potwierdziło jej wrażenie, że właściciel nie potrzebuje dodawać sobie wzrostu.
Upadł na kamienną ścieżkę, ale wyglądało na to, że poza paroma siniakami nic mu się nie stało. Nie wyglądał zresztą na poszkodowanego - na jego twarzy malowało się rozdrażnienie i rozczarowanie. I obawa.
Przyglądał jej się uważnie. Bez wątpienia czekał, aż zacznie krzyczeć.
Może poczekać. Jeszcze się nie napatrzyła.
Sebastian miał wrażenie, że znalazł się w bajce i padł do stóp zaczarowanej księżniczce. To była jej wina, że upad! - spojrzał w dół, szukając oparcia dla stóp i zobaczył ją, wychodzącą z cienia. Podniosła głowę, a on zagapił się, zapomniał o bożym świecie i się poślizgnął.
Rozpiął pelerynę i sprawdził kieszenie. Po chwili znalazł to, czego szukał. Złoty kolczyk, cel jego wizyty w klasztorze, leżał bezpiecznie w kieszeni.
Rodzinny skarb Fabiena de Mordaunt należał teraz do niego.
Kolejny szalony zakład, kolejna zwariowana przygoda i kolejne zwycięstwo.
I niespodziewane spotkanie.
Instynkt kazał mu docenić wagę tej chwili. Dziewczyna - nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat - przyglądała mu się uważnie, a pewność siebie, która biła z jej postaci mówiła więcej o jej pochodzeniu niż wspaniałe koronki zdobiące kołnierz koszuli. Musiała być jedną z zamożnych wychowanek klasztoru, która z jakiegoś powodu nie wyjechała na święta.
Z kocią gracją podniósł się na nogi. - Mille pardons, mademoiselle.
Uniesiona brew lekko drgnęła. Niczym nieskrępowane, czarne włosy opadały falującymi kaskadami.
Nie chciałem cię przestraszyć.
Nie wyglądała na przestraszoną. Wyglądała jak księżniczka - pewna siebie i nawet lekko rozbawiona. Wyprostował się. Była niewielkiego wzrostu, jej głowa nie sięgała mu nawet do podbródka.
Podniosła wzrok, księżyc oświetlił jej twarz. W jasnych oczach nie było śladu niepokoju, długie rzęsy rzucały cień na policzki. Miała prosty nos, a rysy twarzy potwierdzały szlacheckie pochodzenie.
Wyglądała tak, jakby na coś czekała. Może powinien się przedstawić?
- Diable! Lefou...
Obrócił się na pięcie. W ciszę nocy wdarły się krzyki, a w drugiej części klasztoru zapaliły się światła.
Zszedł ze ścieżki i schował się w cieniu ogromnego krzewu. Wciąż go widziała, ale dla nadbiegającej gromady był niewidoczny. Wystarczy, że podniesie palec i wskaże na niego, oddając w ręce strażników.
Helena patrzyła na zbliżające się zakonnice. Towarzyszyli im dwaj ogrodnicy z widłami w rękach.
Zobaczyli ją.
Helena otworzyła szeroko oczy i odwróciła głowę od krzewu, za którym ukrył się zbieg. Spojrzała na główną bramę i podniosła dłoń...
Pobiegli z głośnym wrzaskiem, a potem znikli w klasztornych ogrodach. Wyglądało na to, że szukają mitycznego szaleńca, a nie mężczyzny, który padł Helenie do stóp.
Po chwili hałasy ucichły. Owinęła się szczelniej szalem, skrzyżowała ramiona i spojrzała na mężczyznę wyłaniającego się z zarośli.
Miał niski głos i staranną dykcję. Ciekawe, co tu robi? Collette Marchand opuściła klasztor w ubiegłym roku, ale kilka dni temu przywieźli ją zagniewani krewni. Miała czekać na brata, a potem jechać na wieś. Plotkowano, że jej zachowanie na salonach Paryża wywołało... no cóż, poruszenie. Helena spojrzała na mężczyznę. - Kim jesteś?
Długie, wąskie usta poruszyły się szybko. - Jestem Anglikiem. - Zatrzymał się tuż przed nią.
Nie zgadłaby, mówił po francusku bez śladu obcego akcentu. Wiele jej to wyjaśniło. Słyszała, że mężczyźni tej nacji są solidnej postury i bywają nieco szaleni, nawet jak na paryskie standardy.
Nigdy dotąd nie spotkała żadnego Anglika.
Widział to w przenikliwych jasnych oczach. Nie był pewien, czy są błękitne, szare czy też zielone i już żałował, że nie zobaczy ich za dnia. Dotknął palcem jej policzka. - Jeszcze raz, mademoiselle, bardzo dziękuję.
Odsunął się, powtarzając sobie w duchu, że tak trzeba.
Nagle za jej plecami zobaczył błysk. Promień księżyca oświetlił jemiołę zwisającą z gałęzi starej lipy. Już prawie święta.
Podążyła za jego wzrokiem. Spojrzała na jemiołę, potem na niego - na jego oczy, usta.
Przypominała francuską madonnę, była cudownie delikatna i krucha. Sebastian nie mógł się powstrzymać, pragnienie okazało się silniejsze. Pochylił głowę.
Powoli. Postanowił dać jej wystarczająco dużo czasu, by mogła się rozmyślić.
Nie zrobiła tego.
Dotknął ustami jej ust. Był to najbardziej niewinny pocałunek w jego życiu.
Dziękuję. Tyle tylko mówił ten pocałunek.
Ich usta się rozłączyły, ale on nie ruszył się z miejsca. Nie potrafił. Ich spojrzenia spotkały się, oddechy połączyły...
Tym razem wyszła mu naprzeciw, z wahaniem oddając swe słodkie, cudowne usta. Pragnął czegoś więcej, ale powstrzymał się i brał tylko tyle, ile w swej niewinności chciała mu dać. Pocałunek był obietnicą, przysięgą, chociaż oboje zdawali sobie sprawę, że jest niemożliwa do spełnienia.
Kiedy w końcu oderwał usta, kręciło mu się w głowie. Nie dotknął jej nawet, a mimo to czuł ciepło jej ciała. Zmusił się, by się odsunąć, podnieść głowę, nabrać tchu.
Spojrzał na jemiołę i kierując się impulsem, oderwał delikatną gałązkę. Zasalutował i ukłonił się. - Wesołych Świąt.
Nie spuszczając z niej wzroku, ruszył w stronę głównej bramy.
- Nie tędy.
Serce waliło jej jak młotem, w głowie szumiało, ale zdołała pokazać mu właściwą drogę, w przeciwnym kierunku. - Dojdziesz do muru, a potem zobaczysz drewnianą furtkę. Nie wiem, czy jest zamknięta... - Wzruszyła ramionami. - Dziewczęta korzystają z niej, wymykając się do miasta. Wychodzi na drogę.
Anglik spojrzał na nią uważnie, a potem pochylił głowę i schował gałązkę do kieszeni peleryny. - Au revoir, mademoiselle.
Odwrócił się i rozpłynął w ciemnościach.
Minutę później nie było już po nim śladu. Otuliła się szczelniej szalem, zaczerpnęła głęboko tchu i próbując jeszcze przez chwilę zatrzymać tę magiczną chwilę, poczłapała w stronę dormitorium.
Miała wrażenie, że obudziła się z głębokiego snu. Poczuła zimno i przyśpieszyła kroku. Dotknęła palcami ust. Wciąż czuła ciepło jego warg, zmysły budziły się do życia.
Kim był ten człowiek? Żałowała, że nie wystarczyło jej odwagi, by zapytać. A zresztą może to i lepiej, że nie wie. Cóż może wyniknąć z takiego spotkania, z nieuchwytnej obietnicy zawartej w pocałunku?
Co robił w klasztorze? Z pewnością dowie się rano od Collette. Dlaczego matka przełożona nazwała go szaleńcem?
Uśmiechnęła się cynicznie. Nie ufała słowom hrabiego de Vichesse. Znała go doskonale, był jej prawnym opiekunem. Jeśli Anglik zdołał utrzeć mu nosa, mogła się tylko cieszyć, że mu pomogła.
Listopad 1783
Londyn
Collette nie zdradziła, kim jest tajemniczy Anglik, ale Helena rozpoznała go natychmiast. Był tak samo przystojny, postawny i szczupły, chociaż siedem lat starszy. W eleganckim londyńskim salonie, krążąc wśród wytwornych gości, Helena patrzyła jak urzeczona.
Przyjęcie u lady Morpleth toczyło zwykłym trybem. Była już połowa listopada i Londyn myślał wyłącznie o zabawie. Wśród zapachu ostrokrzewu królowała wesołość i beztroska. We Francji nadejście Bożego Narodzenia stanowiło doskonały pretekst do wszelkich ekstrawagancji i chociaż więzy między Paryżem a Londynem ostatnio osłabły, ten ostatni wciąż toczył bój o pierwszeństwo - o to, gdzie więcej blichtru, bogactwa i rozrywek godnych królewskiego dworu. Nie było przy tym obawy społecznych niepokojów ani groźby, że gdzieś w ukryciu zbierają się spiskowcy.
W Londynie dobrze urodzone i bogate elity bawiły się beztrosko do samych Świąt.
Pokój, w którym znalazła się Helena, był wypełniony ludźmi. W głowie szumiało od głośnych rozmów. Przystanęła, spoglądając w stronę sali balowej.
Stał w sąsiednim przejściu i rozmawiał z jakąś damą. Wąskie usta wykrzywiał lekki uśmiech. Helena pomyślała o tym, jak smakowały te usta.
Siedem lat.
Przyjrzała mu się uważnie. W klasztornym ogrodzie było zbyt ciemno, by mogła zapamiętać szczegóły, ale wciąż poruszał się z taką samą gracją, co przy jego wzroście już wtedy wydało się niezwykle. Pozbawiona pudru i ozdób twarz sprawiała ascetyczne, surowe wrażenie. Włosy miały brązowy kolor o miodowym odcieniu; bujne fale przewiązane były z tylu czarną wstążką.
Prosty ubiór zdradzał zamożność. W każdym calu widać było arystokratę, począwszy od kunsztownej koronki kołnierza i mankietów do wytwornego kroju szarego surduta i grafitowych bryczesów. Inni ozdobiliby surdut koronką lub ozdobną taśmą, u niego jedyną ozdobą byty srebrne guziki. Pod surdutem widać było kamizelkę w tym samym kolorze co spodnie, bogato haftowaną srebrem. Całość robiła wrażenie wytwornego opakowania spowijającego jeszcze doskonalszą zawartość.
W salonie pełnym koronek, piór i przeróżnych klejnotów zdecydowanie się wyróżniał, i to nie tylko z powodu wzrostu.
Siedem lat, które upłynęły od ich spotkania, pozostawiło swój ślad - trudną do opisania aurę otaczającą mężczyzn nawykłych do władzy. Widać było, że ma jej teraz więcej, że stał się bardziej bezwzględny, arogancki. W tym samym czasie ona stała się ekspertem - potrafiła rozpoznać władzę tak wprawnie, jak kolor skóry swojego rozmówcy.
Ta sama aura otaczała Fabiena de Mordaunt, hrabiego de Vichesse. Człowiek ten nie cofał się przed niczym, łącznie z wykorzystaniem rodzinnych koneksji, by w końcu stać się jej prawnym opiekunem. Ostatnie siedem lat sprawiło, że Helena nauczyła się uważać na takich mężczyzn.
- Eh, bien. Co słychać, ma cousine?
Odwróciła się na pięcie i chłodno skinęła głową. - Bon soir, Louis. - Nie był jej kuzynem, nie było między nimi nawet cienia pokrewieństwa, ale tym razem nie miała zamiaru mu tego wypominać. Był nikim, pilnował jej tylko na rozkaz swojego wuja, Fabiena de Mordaunt.
Louisa mogła ignorować. Fabiena niestety nie.
Louis rozejrzał się. - Widzę tu kilka interesujących partii. - Nachylił pudrowaną głowę, by szepnąć jej do ucha: - Słyszałem, że jest tu nawet angielski książę. Kawaler. Nazywa się St. Ives. Zrób coś, żeby cię przedstawiono.
Helena uniosła brew i rozejrzała się po salonie. Książę? Louis potrafił się czasem przydać. Był wiernym narzędziem Fabiena, a tym razem ona i jej opiekun mieli podobny cel, choć zupełnie różne motywy.
Przez ostatnie siedem lat - niemal od tajemniczego pocałunku - była pionkiem w rozgrywkach Fabiena. O jej rękę ubiegały się najznakomitsze rody Francji, a ona sama była tyle razy bliska zaręczyn, że trudno zliczyć. Niestabilność francuskiego rządu, zmienne losy arystokratycznych rodzin, zależnych od najmniejszego kaprysu króla, zniechęcały Fabiena do scementowania aliansu poprzez jej małżeństwo. Jej majątek i uroda były przynętą, mającą przyciągnąć tych, którymi w danej chwili manipulował. Kiedy już dopiął celu,
zrywał rozmowy, a Helena wracała na paryskie salony.
Bała się myśleć, jak długo potrwa ta gra. Aż będzie zbyt stara i brzydka, by stanowić przynętę? Na jej szczęście we Francji zaczęły się zamieszki. Fabien zawsze kierował się instynktem, a ten mówił mu teraz, że w powietrzu wisi coś niedobrego. Czuła, że rozważa zmianę taktyki na długo przed próbą porwania.
To było straszne. Nawet teraz, w pełnym ludzi salonie, Helena poczuła na plecach dreszcz. Spacerowała po ogrodach Le Roc, francuskiej posiadłości Fabiena, kiedy nagle pojawili się trzej jeźdźcy.
Musieli czaić się w zaroślach, czekając na dogodny moment. Walczyła, opierała się - bezskutecznie. Zabraliby ją ze sobą, ale Fabien usłyszał krzyki i przyszedł jej z pomocą.
Intrygi Fabiena mogły jej się nie podobać, ale musiała przyznać, że troszczy się o to, co uważa za swoje. Miał wtedy trzydzieści dziewięć lat i był w kwiecie wieku. Zabił jednego z napastników, dwóch pozostałych uciekło. Gonił ich jeszcze, ale zdołali się wymknąć.
Tego wieczora rozmawiali o przyszłości, a każde słowo zapadło jej głęboko w pamięć. Powiedział, że porywacze byli najemnikami Rouchefouldów. Podobnie jak on sam, wszyscy najpotężniejsi intryganci zdawali sobie sprawę, że idą ciężkie czasy. Sądzili, że dodatkowe ziemie, tytuły i alianse pozwolą im przetrwać nadciągającą nawałnicę.
Stała się żywą tarczą. Fabien powiedział jej wtedy: - Otrzymałem kategoryczną prośbę o twoją rękę od najważniejszych rodów Francji. Niestety wszystkich czterech. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Jak rozumiesz, nie jestem zadowolony. Mamy problem.
Owszem, był to problem i znaczne ryzyko. Fabien nie chciał wybierać, nie chciał wiązać jej fortuny i swojej przyszłości z którąś z czterech rodzin. Wybierze jedną, a przy nadarzającej się okazji pozostałe rzucą mu się do gardła. Być może nawet dosłownie. Helena rozumiała jego stanowisko, choć uważała, że spotyka go zasłużona kara.
Zamrugała. Uśmiechnął się, bardziej do siebie niż do niej.
Fabien zmarszczył czoło. - Skądże. Za to ślub z zamożnym angielskim szlachcicem mógłby rozwiązać nasze obecne problemy.
Gapiła się na opiekuna w absolutnym zdumieniu. Błędnie interpretując jej milczenie, wycedził: - Pamiętaj, moja droga, że angielska szlachta w przeważającej części pochodzi od króla Williama. Najprawdopodobniej będziesz musiała nauczyć się tego ohydnego języka, ale wszyscy, którzy się liczą, mówią po francusku i małpują nasze zwyczaje. Nic ci nie będzie.
Siedem lat w towarzystwie Fabiena czegoś ją nauczyło. Nie okazała radości. - Chcesz powiedzieć że mam jechać do Londynu i szukać męża wśród angielskiej szlachty?
- Oczywiście nie byle kogo. Tak jak mówiłem, musi mieć tytuł i majątek przynajmniej równy twojemu. Innymi słowy, musi to być hrabia, markiz lub książę, a do tego bogaty. Chyba nie muszę ci przypominać, ile jesteś warta.
Całe życie nie pozwalano jej o tym zapomnieć. Zmarszczyła czoło, sprawiając wrażenie, że nie jest zadowolona z obrotu spraw, ale w duchu knuła plan. Widziała jedną zasadniczą przeszkodę. Zrobiła nieszczęśliwą minę. - Załóżmy, że pojadę na londyńskie salony i znajdę kandydata spełniającego te warunki, a ty mi powiesz, że ci się nie podoba. A jak znajdę innego, usłyszę to samo. - Prychnęła lekceważąco, skrzyżowała ramiona i odwróciła wzrok. - To nie ma sensu. Zamiast do Londynu, wolę wracać do Cameralle.
Nie odważyła się spojrzeć, jak Fabien zareagował na to małe przedstawienie, ale czuła na sobie jego baczny wzrok.
Po dłuższej chwili, ku swemu zdumieniu, usłyszała śmiech. - Doskonale. Dam ci deklarację na piśmie. - Usiadł przy biurku, wyciągnął z szuflady pergamin i pióro. Pisząc, czytał głośno:
Niniejszym oznajmiam, że ja, Fabien de Mordaunt, jako twój prawny opiekun wyrażam zgodę, żebyś poślubiła angielskiego szlachcica, który będzie miał tytuł przynajmniej równy twojemu, bardziej rozległe ziemie i większe dochody.
Patrzyła, jak składa podpis i nie wierzyła własnemu szczęściu. Wysuszył atrament i zwinął pergamin w rolkę. Omal nie wyrwała mu jej z dłoni, zdołała jednak zachować zrezygnowaną minę.
Dokument schowała głęboko - zaszyła go w podszewce kufra. To miał być jej paszport do wolności i prawdziwego życia.
Louis prychnął. - Od tygodnia bawisz wśród angielskiej szlachty. Nie robisz się zbyt wybredna? Wiem, czego oczekuje wuj i widzę tu wielu odpowiednich kandydatów.
Obróciła się na pięcie. Ubrała usta w lekki uśmiech i z łatwością przebiła się przez tłum. Marjorie Thierry, żona odległego krewnego Heleny, była jej oficjalną przyzwoitką. Helena szła przez salon, świadoma męskich spojrzeń, które towarzyszyły jej krokom. To dobrze, że przyjechała tu w szczycie sezonu, kiedy angielska szlachta pogrążona była w szalonej zabawie. W przeciwnym razie wzbudziłaby dużo większe zainteresowanie, a tego nie chciała. Salon był pełen plotkujących kobiet i rozgadanych dżentelmenów. Grzane wino i przedświąteczne podniecenie sprawiły, że wszystkim dopisywały humory. Łatwo było się wymknąć, wystarczyło lekkie skinienie głowy i uśmiech.
Fabien wynajął dla Heleny dom w najlepszej części miasta. W takich sprawach nigdy nie skąpił gotówki. Państwo Thierry nie byli zamożni, stąd z ogromną wdzięcznością przyjęli ofertę bogatego krewniaka. Dostali mieszkanie, jedzenie, służbę i pieniądze na wydatki, co pozwalało im przyjmować przyjaciół i znajomych, których poznali podczas swego jedynego, niezwykle kosztownego roku w Londynie.
Państwo Thierry doskonale zdawali sobie sprawę, jak daleko sięga władza Fabiena de Mordaunt, nawet w Anglii. Opiekun Heleny był znany z niezwykle długich rąk. Byli gotowi zrobić wszystko, czego sobie życzył - wprowadzili Helenę do towarzystwa i pomagali w szukaniu odpowiedniego kandydata na męża.
Helena ostrożnie korzystała z wdzięczności państwa Thierry. Marjorie, szczupła blondynka około trzydziestki, miała tendencję do ulegania Louisowi, ale była kopalnią wiedzy na temat angielskiej arystokracji.
Na pewno znajdzie się ktoś odpowiedni.
Zastała Marjorie na ożywionej dyskusji z pewną damą i dżentelmenem. Dołączyła do rozmowy, a kiedy tematy się wyczerpały, odciągnęła Marjorie na bok.
Helena potrząsnęła głową. - Za stary. Zbyt surowy, zbyt wymagający. Louis wspominał, że jest tu jakiś książę. Nazywa się St. Ives, czy jakoś tak. Wiesz coś o nim?
Helena podniosła brwi w oczekiwaniu na dalsze szczegóły.
Marjorie owinęła się szalem i przysunęła bliżej.
Zanim Helena zdążyła coś powiedzieć, Marjorie spojrzała w bok i zacisnęła dłoń na nadgarstku dziewczyny. - Popatrz!
Helena podążyła za wzrokiem Marjorie i spojrzała na dżentelmena, który właśnie pojawił się w salonie.
Szalony Anglik, ten sam, który pocałował ją w klasztornym ogrodzie.
Spokojnie rozglądał się po salonie, istne wcielenie elegancji, arogancji i władzy. Zanim zdążył je zobaczyć, Marjorie złapała Helenę za ramię i pociągnęła w przeciwnym kierunku.
Helena widziała, a jednak... wciąż pamiętała pocałunek i związaną z nim obietnicę. Poczucie, że gdyby oddała się w jego ręce, otoczyłby ją opieką na zawsze. Wyglądał na uwodziciela. Była pewna, że przez lata doskonalił umiejętności w tym kierunku. No i był niebezpieczny, jak powiedziała Marjorie. Lepiej będzie, jeśli zostawi go w spokoju.
Nie jest na tyle głupia, by uciekając przed jednym silnym mężczyzną wpaść prosto w ramiona drugiego. Wolność to zbyt drogocenny dar.
Na szczęście monsieur le duc otwarcie deklarował swą niechęć do małżeństwa.
Jest jeszcze ktoś, kogo powinnam wziąć pod uwagę?
Poznałaś markiza?
Miała już dosyć władzy Fabiena, ale prawo i tradycja nie dawały jej wyboru. Podróż do Londynu była najlepszą i pewnie jedyną szansą ucieczki - szansą, którą podrzucił los, a którą miała zamiar umiejętnie wykorzystać. Zgodnie z deklaracją Fabiena mogła poślubić każdego Anglika, który spełniał kryteria tytułu, majątku i dochodów. Zasady wydawały się rozsądne, sądziła, że wielu Anglików będzie w stanie im sprostać.
Przyszły mąż Heleny musiał mieć odpowiedni tytuł, być zamożny i szanowany oraz być pantoflarzem. To był czwarty warunek, jej własny. Nie będzie przez resztę życia marionetką w rękach jakiegoś mężczyzny. Jeśli ktoś będzie pociągał za sznurki, to tylko ona sama.
Nie chce być ozdobą, cennym przedmiotem, z którym nikt się nie liczy. Fabiena nie obchodziły cudze uczucia, chyba że wchodziły mu w drogę. Był despotą, tyranem gotowym zmiażdżyć każdego, kto mu się oprze. Wiedziała o tym od samego początku. Udało jej się przetrwać i zachować niezależność tylko dlatego, że rozumiała jego motywy i nauczyła się odpowiednio maskować.
Nie była nigdy na tyle głupia, by stawać do walki, której nie miała szansy wygrać. Tym razem los się do niej uśmiechnął. Wolność była w zasięgu ręki.
Z szerokim uśmiechem na twarzy Gaston Thierry ukłonił się nisko. - Jeśli jesteś wolna, wiele osób chciałoby cię poznać.
Błysk w jego oku kazał jej się uśmiechnąć. Gaston Thierry był utracjuszem, ale bardzo sympatycznym człowiekiem. Podała mu dłoń. - Jeśli twoja żona nie ma nic przeciwko...
Z wdzięcznym ukłonem w stronę Marjorie Helena pozwoliła się poprowadzić.
Tak jak podejrzewała, prośby o przedstawienie pochodziły od dżentelmenów, ale jeśli ma zamiar bawić na salonach lady Morpleth, nic nie stoi na przeszkodzie, by milo spędzała czas. Panowie wychodzili ze skóry, by ją zainteresować, opowiadali najnowsze anegdotki, opisywali zbliżające się przyjęcia.
Pytali ją o plany.
Tutaj była dosyć tajemnicza, co dodatkowo wzbudzało ich zainteresowanie. Doskonale o tym wiedziała.
Głos dobiegał zza jej pleców. Nie rozpoznała go, ale od razu wiedziała, kto to taki. Opanowała pragnienie, by odwrócić się na pięcie i spojrzeć mu w twarz. Spokojnie, łagodnie zwróciła się ku nieznajomemu, zachowując uprzejmy dystans.
Sebastian spojrzał na francuską madonnę, której nie zapomniał mimo upływu siedmiu długich lat. Wyraz jej twarzy był opanowany i lekko rozbawiony, dokładnie taki jak pamiętał. Był wyzwaniem, chociaż ona nie miała o tym pewnie pojęcia. Jej oczy... Aż wstrzymał dech, gdy podniosła powieki i spojrzała mu prosto w twarz.
Zielone. Krystalicznie zielone oczy, przejrzyste jak górskie jezioro. Oczy, które kusiły, zachęcały, by spojrzeć prosto w jej duszę.
O ile tylko by na to przystała.
Czekał siedem lat, by zobaczyć te oczy. Nie zdradzały, że go rozpoznała. Na twarzy nie było widać żadnych emocji. Uśmiechnął się lekko, wiedząc, że się mu przygląda. Był pewien, że go pamięta. Tak samo jak on pamiętał ją.
Zwrócił uwagę na jej włosy. Czarne jak noc, błyszczące, bujne loki okalające twarz i opadające na ramiona. Spojrzenie powędrowało niżej, ogarnęło jej figurę, prowokacyjnie opiętą zielonym jedwabiem i otuloną brokatową peleryną. Przyglądał jej się, oceniał... A potem spojrzał jej w twarz.
Zapadła krępująca cisza. St. Ives spojrzał na pana Thierry i uniósł nieznacznie brew, zauważając dziwną opieszałość kawalera. Ten przestępował z nogi na nogę, jakby stal na rozżarzonych węglach.
Helena rzuciła Gastonowi władcze spojrzenie, unosząc brew dużo bardziej zdecydowanie.
- Hm... - Thierry zreflektował się. - Monsieur le duc de St. Ives. Mademoiselle la comtesse d’Lisle
Sebastian wyciągnął dłoń, ona podała mu swoją, dygając głęboko.
Helena była pewna, że ją pamięta, chociaż nic w jego twarzy nie zdawało się na to wskazywać. Ostre, jakby wyrzeźbione rysy były niczym kamienna maska, oczy swą niewinnością przypominały błękit nieba, choć otaczające je długie, zmysłowe rzęsy zdawały się przeczyć tej niewinności. Usta zawierały podobny kontrast: były długie i wąskie, ale ich wyraz zdradzał poczucie humoru i skłonność do żartów.
Nie był młody. Wśród otaczających ją mężczyzn był z pewnością najstarszy, najbardziej dojrzały. A mimo to roztaczał męską, silną aurę, która sprawiała, że inni przy nim bledli i wtapiali się w krajobraz.
Dominował nad otoczeniem. Towarzystwo takiego mężczyzny nie było nowością, przyzwyczaiła się do tego w domu. Podniosła podbródek i powiedziała spokojnie: - Byłeś ostatnio w Paryżu, Wasza Wysokość?
Oczy i usta go zdradziły, ale to dlatego, że tak uważnie się mu przyglądała. Błysk, lekki grymas, to było wszystko.
- Nie ostatnio. Kiedyś spędzałem tam kilka tygodni w roku.
Powiedział to wystarczająco dobitnie. Była pewna, że ją rozpoznał. Poczuła lekkie mrowienie, a on, jakby się domyślił, spojrzał na jej ramiona. - Dziwne, że się dotąd nie spotkaliśmy.
Poczekała, aż ponownie spojrzy jej w oczy. - Rzadko odwiedzam Paryż. Moje ziemie leżą na południu Francji.
Kąciki ust uniosły się; spojrzenie ogarnęło włosy, zatrzymało się na oczach, a potem skierowało się w dół. - Tak sądziłem.
Uwaga była dosyć niewinna; jej karnacja rzeczywiście zdradzała południowe pochodzenie. Ale ton, głęboki i niski, zdawał się odbijać echem po najdalszych zakamarkach jej duszy.
Spojrzała na Gastona, nerwowo przestępującego z nogi na nogę. - Wybacz, Wasza Wysokość, ale na nas już pora. Czy nie tak, monsieur Thierry?
Zawahała się, a potem skinęła głową. - Na to wygląda.
*
Ku wielkiej uldze Heleny Gaston nie zwrócił uwagi na ostatnie słowa księcia. Razem z Marjorie wydawali się tak przejęci faktem, że St. Ives chciał ją poznać, iż nie zauważyli jej poruszenia. Nie zauważyli, że wciąż dotyka palcami miejsca, gdzie odcisnęły się jego usta. Opanowała się dopiero, kiedy ponownie znaleźli się na Green Street.
Marjorie spojrzała jej w oczy. - Jutro idziemy na bal do hrabiny Montgomery. Będą tam wszyscy, którzy się liczą.
-Bon. - Helena ruszyła w stronę schodów. - Dobre miejsce na łowy.
Życzyła Gastonowi dobrej nocy. Marjorie dogoniła ją na schodach.
*
*
Helena spotkała księcia St. Ives na balu u hrabiny Montgomery, raucie lady Furness i wieczorku u rodziny Rawleigh. Kiedy poszła na spacer do parku, również się na niego natknęła. Spacerował tam, zupełnie przypadkiem, z dwoma przyjaciółmi.
Gdziekolwiek poszła, zawsze musiała go spotkać.
Nie zdziwiło jej zatem, kiedy podszedł do niej na balu u księżnej Richmond. Stanął po jej prawej stronie, a otaczający ją dżentelmeni usunęli się bez słowa, jak gdyby miał do niej jakieś prawa. Ukrywając swą irytację, Helena uśmiechnęła się łagodnie i podała mu rękę. I uzbroiła się na wypadek kolejnego pocałunku w dłoń.
Jak to możliwe, że takie proste, niewinne słowa mogą brzmieć tak dwuznacznie? Czy sprawił to blask niebieskich oczu, tembr głosu, a może władczy dotyk? Helena nie miała pojęcia, ale nie podobało jej się, że z taką łatwością dociera do jej zmysłów.
Uśmiechała się nadal, przyzwalając na jego towarzystwo. Kiedy grupa się rozeszła, Helena zwlekała chwilę. Wiedziała, że jej się przygląda, że jest czujny. Kiedy po chwili wahania zaoferował jej ramię, uśmiechnęła się i oddala mu dłoń.
Przeszli zaledwie kilka metrów. - Chciałabym z tobą porozmawiać.
Nie widziała jego twarzy, ale była pewna, że się uśmiecha.
Poprowadził ją i posadził w fotelu z widokiem na cały salon, a sam zajął miejsce naprzeciwko.
Helena zmierzyła go wzrokiem. - Co ty knujesz?
Brwi uniosły się. - Co takiego?
Patrzył jej prosto w oczy, ale usta nie mogły powstrzymać się od śmiechu. Podniósł dłoń i położył ją sobie na sercu. - Mignonne, zadajesz mi wielki ból.
Jego ukochaną, skarbem.
Uśmiechnął się protekcjonalnie, jakby wiedział coś, czego ona nie wie.
Helena zacisnęła palce na wachlarzu i zwalczyła ochotę, by go nim uderzyć. Spodziewała się takiej odpowiedzi - łub raczej jej braku - i dlatego przygotowała się do tej rozmowy. Zdumiało ją tylko jedno. Ze tak łatwo traci głowę, że on tak łatwo wytrąca ją z równowagi. Zwykle była bardziej opanowana.
Słyszała wystarczająco dużo od przerażonej Marjorie, a wywnioskowała jeszcze więcej ze spojrzeń i szeptów. Gdyby nie jej pochodzenie i wiek, to nawet taka rozmowa mogłaby jej przypiąć etykietkę.
Spojrzała mu w oczy, czekając na odpowiedź, jakąś uszczypliwą uwagę, potyczkę słowną. On przyglądał jej się z zadumą, przeciągając chwilę, kiedy się odezwie. - Tak sądzisz?
Uśmiechnął się szeroko. - Trzymam się twojej spódnicy, mignonne, bo mnie bawisz. - Opuścił wzrok i poprawił koronkę mankietu. - Nie znam tu nikogo, komu się to udaje.
Helena z trudem powstrzymała prychnięcie. - Wiele pań chętnie spróbuje.
Podniósł głowę i spojrzał jej w twarz. - Chyba nie. Jak się okazuje, można znaleźć osobę, która do niej dorasta.
Oczy Heleny zamieniły się w wąskie szparki. - Jesteś potworem!
Uśmiechnął się. - Nie robię tego celowo, mignonne.
Zacisnęła zęby. Miała ochotę krzyczeć. Nie jest i nie będzie jego mignonne! Ale przecież spodziewała się oporu. Zaczerpnęła tchu i opanowała się. - Doskonale. - Pokiwała głową. - Skoro masz zamiar trzymać się mojej spódnicy, to przynajmniej bądź użyteczny. Masz wielu przyjaciół w Londynie i wiesz więcej niż inni na temat majątków i tytułów. Pomożesz mi wybrać męża.
Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Potwierdzało to jego tezę, że ona i tylko ona posiada rzadką umiejętność zadziwiania go i jednocześnie rozśmieszania. Impuls był silny, ale Sebastian poszedł za ciosem.
Swoją reputację Sebastian zawdzięczał między innymi szybkiemu refleksowi. Zawsze potrafił dostrzec i w porę pochwycić szansę, która materializowała się przed oczyma. - Z ogromną przyjemnością, mignonne.
Spojrzała na niego podejrzliwie, ale on położył dłoń na sercu i się skłonił. - Będzie to dla mnie zaszczyt, móc ci towarzyszyć w wyborze.
Wyciągnął dłoń. - Wstań. Zatańczymy.
Podniósł się, ciągnąc ją za sobą. Nie była to prośba, tylko rozkaz, ale Helena nie miała nic przeciwko temu. Dotychczas unikała tańca z nim w obawie, że nie będzie w stanie opanować emocji towarzyszących jego dotykowi.
Tuż obok tworzył się korowód; dołączyli do niego. Kiedy zabrzmiał pierwszy akord, dygnęła. Ukłonił się. Złączyli ręce.
Było gorzej, niż się spodziewała. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Wiedziała, że to niemądre, ale rozum nie potrafił się oprzeć magnetyzmowi.
Otaczała ich zmysłowa mgiełka, zapomnieli, że wokół są inni ludzie.
Poruszał się z niezwykłą gracją, pewny siebie, opanowany. Przysięgłaby, że ledwo słyszał muzykę, ale był na tyle doświadczony, na tyle wprawny, że muzyka wcale nie była potrzebna. Helena tańczyła menueta już w wieku dwunastu lat, ale nigdy nie było tak jak teraz. Teraz tańczyła jak we śnie, a każdy ruch, każdy gest, każde spotkanie błękitnych oczu było jak rażenie piorunem. Nigdy nie czuła takiej siły, takiej energii.
Jakby zarzucił na nią sieć. Wiedziała, co się święci, jakie są jego zamiary. Gdzieś w odległym zakątku mózgu tkwiła świadomość, że gdy taniec się skończy, ona będzie wolna. Ale dopóki obracali się wokół siebie, wykonując skomplikowane figury, była jak uwięziona, oczarowana.
Zafascynowana.
Zdawała sobie sprawę, że oddycha głośniej, że czuje mrowienie na skórze. Wszelkimi zmysłami czuła, że jej ciało budzi się do życia - jej piersi, ramiona, biodra, nogi. Czuła też, że fascynacja jest obustronna.
Kiedy zamilkła muzyka, Helenie kręciło się w głowie. Podniosła się z głębokiego ukłonu i odwróciła twarz. - Chcę wracać do madame Thierry.
Kątem oka zauważyła, że jego usta się poruszyły. Spotkała jego spojrzenie i zdała sobie sprawę, że w niebieskich oczach nie ma triumfu, a raczej łagodne zrozumienie.
Dangereux.
To słowo nie opuszczało jej myśli. Zadrżała.
- Chodź - podał jej dłoń. - Odprowadzę cię.
Oddala mu rękę. Odprowadził ją do Marjorie, wymieniając ukłon z Louisem, który stal u jej boku, a następnie ukłonił się i znikł.
-Mon dieu! Heleno...
Podniosła dłoń, powstrzymując Marjorie od dalszych słów. - Wiem, wiem, ale my się dogadaliśmy. Nie zostanę jego kochanką, a on obiecał, że pomoże mi znaleźć męża. Twierdzi, że go bawię.
Marjorie gapiła się na nią. - Co takiego? - Po chwili potrząsnęła głową. - Ech, ci Anglicy. Są szaleni.
Louis się wyprostował. - Szaleni czy nie, jego propozycja może być bardzo cenna. Może być doskonałym źródłem informacji, a że jest dużo starszy...
Marjorie prychnęła. - Ma tylko trzydzieści siedem lat, a jeśli połowa z tego, co słyszałam to prawda, mógłby zadziwić niejednego dwudziestosiedmiolatka.
- Czy to ważne? - Louis szarpał nerwowo za kieszeń kamizelki; sam miał dwadzieścia siedem lat. - Skoro Helena twierdzi, że nie potraktuje jej jak swój kolejny podbój, a mimo to chce nam pomóc, głupotą byłoby odrzucać jego ofertę. Jestem przekonany, że mój wuj, hrabia de Vichesse, zachęcałby do skorzystania z tego pomysłu.
Helena pochyliła głowę. - Masz rację. - Fabien korzystał z każdego narzędzia, które wpadło mu w ręce.
Marjorie westchnęła z niepewną miną. - Jeśli jesteś pewna, że hrabia... - Bień, zróbmy, jak uważasz.
Marjorie przystała na ten pomysł, ale z pewnością go nie pochwalała, bo za każdym razem, gdy St. Ives odprowadzał Helenę, traktowała go jak wilka, który akurat schował kły, ale jeszcze chwila i odsłoni prawdziwe oblicze.
St. Ives właśnie przyjechał. Zapowiedziano go, przystanął na moment na schodach prowadzących do sali balowej, przyglądając się zgromadzonym. Ukłonił się gospodyni, a potem jego wzrok szukał... Aż ją znalazł.
Helena poczuła, że serce jej przystanęło. Nie bądź niemądra, powiedziała sobie. Ale kiedy schodził po schodach, jak zwykle niedbale elegancki, nie mogła zaprzeczyć, że jej ciało ogarnia dziwna ekscytacja.
Powiedziała to, by uspokoić Marjorie, ale sama w to nie wierzyła. Mówiła mu wielokrotnie, że nie zostanie jego kochanką, a on nigdy tego nie komentował. Obiecał jednak, że pomoże jej znaleźć męża, i chyba mówił szczerze. Nietrudno było przejrzeć jego zamiary. Jak tylko zostanie żoną jakiegoś nudnego, angielskiego lorda, będzie pierwszy w kolejce, by zostać jej kochankiem.
Trudno mu się będzie oprzeć.
Przeszył ją dreszcz, poczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa.
A tymczasem był już obok, ukłonił się nisko, powiedział kilka słów Marjorie, a potem poprosił Helenę na krótki spacer. Zgodziła się. Dangerewc czy nie, ona już podjęła decyzję, od której nie było odwrotu.
Nie było odwrotu z pułapki, którą na nią zastawił.
Ta świadomość otworzyła jej oczy. Nagle się spięła. Poczuł to, widziała to w jego spojrzeniu, pobieżnej pieszczocie niebieskich oczu na jej twarzy.
Rzuciła mu spojrzenie z ukosa, widząc rozbawienie. - Marjorie się martwi.
Zmrużyła oczy. - Nie udawaj niewiniątka, Wasza Wysokość. Nie jest ci z tym do twarzy.
Sebastian zaśmiał się. Była urocza; dotąd żadnej kobiecie nie udało się go tak zaabsorbować. Prowadził ją przez tłum, przystając tu i ówdzie, by z kimś porozmawiać, przywitać się ze znajomym, czy pokazać jej stojącego na tarasie anioła wyrzeźbionego w lodzie.
Żałował, że nie może przyśpieszyć tempa, skrócić tego etapu znajomości i przejść do następnego, kiedy będzie mógł jej dotknąć, pieścić i całować. Zważywszy na jego zamiary, nie było to rozsądne. Kiedyś był mistrzem w rozgrywaniu towarzyskich gier, ale wynik tej był dużo ważniejszy niż wszystkich dotychczasowych.
Gdy tylko okrążyli salę, odciągnął ją na bok. - Powiedz mi, mignonne, co robiłaś w święta w klasztorze?
Potrząsnęła głową. - Ariele była chorowitym dzieckiem. Teraz jest lepiej, ale nie chciałam jej narażać na chłodną, angielską zimę. U nas jest dużo cieplej.
Sebastian poprowadził Helenę do sofy, którą właśnie opuściły dwie damy. Poczekał, aż rozsiądzie się wygodnie, a potem usiadł obok. Ze względu na różnicę wzrostu, jeśli Helena spuści głowę, nie będzie widział jej twarzy. Nie będzie mógł śledzić jej myśli.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Wydajesz się tego całkiem pewien, Wasza Wysokość.
Zaśmiała się, a potem rozejrzała po sali. - No to mi powiedz, dlaczego oni nie... ze względu na twoją reputację... - Zaczęła gestykulować.
Bo nie są w stanie rozgryźć moich planów i pewnie przestali próbować. Sebastian oparł się wygodnie, patrząc na jej profil. - Wciąż się przyglądają, ale na razie nie wydarzyło się nic takiego, co mogłoby dostarczyć tematu do plotek.
Łagodnie wypowiedziane słowa zapadły jej głęboko w pamięć. Znów ogarnęło ją poczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa. Powoli odwróciła głowę i spojrzała prosto w niebieskie oczy. - Obiecałeś, że do niczego nie dojdzie.
Nie unikał jej wzroku, ale jego spojrzenie było enigmatyczne, nieprzeniknione.
To mogło być pytanie, ale ona nie miała wątpliwości. Poczuła nagle, że brak jej powietrza. Z trudem wydobyła z siebie słowa: - Prowadzisz ze mną niebezpieczną grę.
Zrozumiał, w jego oczach pojawił się znajomy błysk. Twarz nabrała surowego wyglądu. - Nie, mignonne, to nie jest gra.
Brzydziły ją gry wpływowych mężczyzn, a mimo to, uciekając przed Fabienem, trafiła wprost w ramiona innego silnego mężczyzny. Jak to się stało? Tak szybko, bez udziału jej woli?
Zachmurzy! się, chociaż ciało wciąż wydawało się rozluźnione, a poza pełna niedbałej elegancji. Patrzył jej głęboko w oczy, ale ona dawno nauczyła się strzec swoich sekretów.
Wzrok mu się zaostrzył; złapał ją za rękę. - Mignonne...
Podniósł głowę, Helena zrobiła to samo. Poczuła, że jego palce zaciskają się na jej dłoni. Nie puścił jej, chociaż korpulentna angielska dama o okrągłej twarzy otoczonej ufryzowanymi loczkami najwidoczniej liczyła na bardziej wylewne powitanie. Przygniatała ją taka ilość biżuterii, że Helena ledwie zauważyła dziwaczny odcień sukni. Odniosła wrażenie, że Sebastian westchnął w duchu.
Wstał powoli, z wyraźnie niezadowoloną miną. Helena również.
Helena oddała mu spojrzenie, właściwie odczytując jego irytację.
Znów chwilę odczekał. Helena również. Z nieukrywaną niechęcią i wątpliwą gracją kobieta ponownie dygnęła. Helena uśmiechnęła się słodko i pokazała jej, jak powinien wyglądać dyg.
Prostując się, zobaczyła błysk aprobaty w oczach Sebastiana.
Lady Almira zacisnęła usta. - Rzeczywiście. Nie wydaje mi się, żebym miała zaszczyt poznać twego męża, hrabiego d’Lisle.
Helena uśmiechnęła się niewinnie. - Nie jestem mężatką.
Helena potrząsnęła głową.
Almira skrzywiła się, zwracając do Sebastiana: - Lady Orcott pytała o ciebie.
Sebastian uniósł brew. - Doprawdy?
Ton nie pozostawiał wątpliwości, że w ogóle go to nie interesuje.
Helena ugryzła się w język. Oschła odpowiedź Sebastiana nie zrobiła żadnego wrażenia na jego szwagierce.
Almira odwróciła się bokiem do Heleny. - Chciałam ci powiedzieć, że Charles zaczął chodzić po schodach. Rośnie jak na drożdżach. Musisz przyjechać i go zobaczyć.
Nawet ona nie mogła nie zauważyć takiej odprawy. Zrobiła niezadowoloną minę i dygnęła. - Spodziewam się ciebie za kilka dni.
Z tą impertynencką uwagą odwróciła się na pięcie i odeszła.
Patrzyli, jak się oddala. - Czy lady March - zaczęła Helena - której nie znam, rzeczywiście daje nam znaki?
Helena spojrzała na niego, na uprzejmą maskę zamiast twarzy. - Syn tej kobiety odziedziczy po tobie majątek i tytuł?
Jego twarz nie zdradzała najmniejszych emocji. Oddal jej spojrzenie i odwrócił głowę bez słowa.
Helena uniosła lekko brwi i nie pytała o więcej.
Wtopili się w tłum. Po chwili dopadł ich wysoki, szczupły mężczyzna w eleganckim czarnym ubraniu. A raczej dopadł Sebastiana; ją zauważył dopiero wtedy, gdy zrobiło się luźniej.
Oczy dżentelmena rozbłysły; uśmiechnął się i ukłonił niemal tak elegancko, jak Sebastian.
Ten westchnął. - Droga hrabino, pozwól, że ci przedstawię mojego brata, lorda Martina Cynstera.
