Prawda o miłości - Stephanie Laurens - ebook

Prawda o miłości ebook

Stephanie Laurens

5,0

Opis

 

 

Pierwsza połowa XIX w. Przystojny szwagier Vane'a CynsteraGerrard Debbington, twierdzi, że może doskonale obejść się w życiu bez miłości. Jako artysta malarz daje się namówić na sporządzenie portretu panny Jacqueline Tregonning, co jest warunkiem namalowania słynnych ogrodów Hellebore Hall, należących do jej ojca. Młody Cynster nie podejrzewa, jak straszliwa tajemnica kryje się za tą propozycją. Przybywa do posiadłości i oczarowany panną Jacqueline, coraz bardziej angażuje się w pracę nad jej portretem, nieświadomy zbliżającej się katastrofy. 

 

Cykl: Cynsterowie, t. 12 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 

Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Goleniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 550

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewa10ewa

Nie oderwiesz się od lektury

kolejny z rodu Cystersów pokonany przez milosc
00



 

 

 

przełożyłaEwelinaKowalczyk

Warszawa 2007

 

Tytuł oryginału: The Truth About Love

Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak

Copyright © 2005 by Savdek Management Proprietary Ltd.Copyright © 2007 for the Polish translation Wydawnictwo BIS

Publisher by arrangement with William Morrow, an imprint ofHarperCollinsPublishers. All rights reserved.

ISBN 978-83-7551-004-1

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawatel. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84

e-mail: [email protected] Druk i oprawa: Białostockie Zakłady Graficzne S.A.

Rozdział 1

Londyn, czerwiec 1831

- Drogi panie Cunningham, jak już panu mówiłem, nie jestem zainteresowany portretowaniem córki lorda Tregonninga. - Gerrard Reginald Debbington przyjął wystudiowaną pozę w wygodnym fotelu w palami swego klubu. Powstrzymując narastającą irytację, wytrzymał spojrzenie pełnomocnika lorda Tregonninga. - Zgodziłem się na to spotkanie, mając nadzieję, że pomimo mej odmowy malowania portretu lord Tregonning jednak zgodzi się wpuścić mnie do ogrodów Hellebore Hall.

W końcu jestem najsłynniejszym pejzażystą śmietanki towarzyskiej; powinienem był już dawno odwiedzić słynne ogrody lorda Tregonninga - pomyślał.

Cunningham zbladł. Odchrząknął i zerknął na dokumenty rozłożone na małym stoliku.

Wokół mężczyzn unosił się dyskretny szmer rozmów; Gerrard zdawał sobie sprawę ze spojrzeń rzucanych w ich stronę. Członkowie klubu zauważali jego obecność, widząc jednak Cunninghama i domyślając się, że prowadzą negocjacje - nie przeszkadzali.

Gerard skończył już dwadzieścia dziewięć lat i przypuszczał, że Cunningham jest o kilka lat młodszy. Jednym spojrzeniem ogarnął surowy, czarny garnitur, praktyczną koszulę z kremowego lnu i okrągłą twarz pełnomocnika, który zmarszczył brwi i z uwagą wpatrywał się w dokumenty. Zanim Cunningham zdecydował się przemówić, Gerrard sporządził w głowie szkic pod tytułem: „Agent biznesowy przy pracy”.

- Lord Tregonning polecił mi przekazać panu, że docenia pański opór przed przyjęciem zamówienia na portret osoby, której jeszcze nigdy pan nie widział i że ta postawa tylko utwierdza go w przekonaniu, że to właśnie pan powinien ów portret namalować. Mój pracodawca spodziewa się, że namaluje pan jego córkę dokładnie taką, jaka naprawdę jest, bez żadnego przekłamywania. Tego właśnie sobie życzy. Chce, żeby portret był wiernym obrazem i prawdziwym odbiciem panny Tregonning.

Gerrard zacisnął usta. Rozmowa zmierzała donikąd.

Nie patrząc na niego, Cunningham kontynuował:

- Oprócz proponowanego honorarium, zapewniamy panu czas, jaki uzna pan za konieczny do ukończenia portretu, zaś potem otrzyma pan nieograniczony dostęp do ogrodów Hellebore Hall oraz pozwolenie na robienie szkiców i malowanie. Jeśli pan sobie życzy, może pan przyjechać z przyjacielem czy towarzyszem. Obydwaj będziecie gośćmi Hellebore Hall przez cały czas trwania prac nad portretem.

Gerrard z trudem powstrzymywał złość. Nie miał zamiaru po raz kolejny wysłuchiwać tej propozycji, niezależnie od tego, czym ją osłodzono. Odrzucił jąstanowczo już dwa tygodnie temu, podczas pierwszego spotkania z Cunninghamem. Zmienił pozycję i spojrzał pełnomocnikowi prosto w oczy.

- Pański pracodawca mnie nie zrozumiał - nigdy dotąd nie malowałem portretu na zamówienie. Dopóki jestem wystarczająco zamożny, by móc hołdować swym przyjemnościom, malowanie jest moją największą pasją. Jednak malowanie portretów jest niczym więcej, jak przypadkową rozrywką. Być może dość owocną, ale nie na tyle, by skupić mą uwagę. Nie przemawia do mojej artystycznej duszy, jeśli mogę tak to ująć. - Nie była to cała prawda, ale w tych okolicznościach trafna i przekonująca. - Choć byłbym zachwycony, mogąc malować ogrody Hellebore Hall, nawet taka sposobność nie jest wystarczająco kusząca, bym podjął się malowania portretu, którego nie mam ochoty ani potrzeby malować.

Cunningham wytrzymał jego spojrzenie. Odetchnął głęboko, zerknął na kartkę i podniósł wzrok, wpatrując się w przestrzeń gdzieś ponad lewym ramieniem Gerrarda.

- Lord Tregonning polecił mi przekazać panu, że jest to jego ostateczna propozycja... I że jeśli jej pan nie przyjmie, będziemy zmuszeni znaleźć innego malarza, który podejmie się tego zadania. Oznacza to, że ów malarz otrzyma dostęp do ogrodów i możliwość ich malowania. Ponadto lord Tregonning zamierza dopilnować, by do końca jego życia, a także do końca życia jego bezpośrednich spadkobierców, żaden inny malarz nie wszedł do Hellebore Hall.

Gerrard musiał użyć całej siły woli, by utrzymać emocje na wodzy i pozostać w pozycji siedzącej. O co, do diabla, chodzi Tregonningowi, skoro ucieka się do takiego szantażu? Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń. Jedno było zupełnie jasne- lord Tregonning był absolutnie zdecydowany zmusić go do namalowania portretu swej córki.

Wbił łokieć w oparcie fotela i wsparł brodę na pięści. Przeczesując wzrokiem salę, próbował znaleźć jakieś dogodne wyjście z tej pułapki. Nic nie przychodziło mu do głowy. Przemożna niechęć oddania pierwszeństwa jakiemuś podrzędnemu portreciście spowijała jego umysł jak gęsta mgła. Spojrzał na Cunninghama.

- Muszę jeszcze raz przemyśleć propozycję szanownego lorda.

Powiedział to z takim naciskiem, że zupełnie nie zdziwił się, gdy twarz agenta pozostała nieprzenikniona. Kiwnął tylko głową.

- Oczywiście. Ile czasu pan potrzebuje?
- Dwadzieścia cztery godziny. - Gdyby ta zagadka dłużej niż dobę męczyła go nierozwiązana, z pewnością by oszalał. Wstał i wyciągnął rękę. -Mieszka pan w hotelu Cumberland?

Zbierając w pośpiechu dokumenty, Cunningham wstał i uścisnął dłoń Gerrarda.

-Tak. Hm... Będę czekał na pana odpowiedź.

Gerrard kiwnął głową. Stał przy fotelu, dopóki Cunningham nie opuścił palarni, po czym wyszedł z klubu.

Przemierzał parki stolicy - St. James, Greek Park i wreszcie zajrzał do Hyde Parku. To nie był dobry wybór. Ledwie wszedł na trawnik, usłyszał okrzyki lady Swaledale, pragnącej przedstawić go swej córce i bratanicy. Stadka matron i pannic z błyszczącymi oczami pochylały się w swych powozach licząc na to, że zwrócą na siebie jego uwagę. Inne błąkały się w pobliżu, paradując po zielonej trawie.

Kątem oka dostrzegł powóz ciotki Minnie stojący na skraju alejki i grzecznie przeprosił pewną szczególnie natrętną matronę, usiłującą pozyskać jego względy. Gdy tylko dotarł do ciotki, chwycił lady Bellamy za dłoń i ucałował ją z natchnieniem.

- Błagam cię o litość! Ocal mnie! - wykrzyknął.

Minnie zachichotała. Poklepała go po ręce i pochyliła się, nadstawiając mu pomarszczony policzek, który posłusznie ucałował.

- Gdy wreszcie się zdecydujesz, kochanie, odpuszczą ci i zaczną polować na kogoś innego.
- Oczywiście, nie zamierzamy cię poganiać. - Timms, przyjaciółka ciotki, pochyliła się i podała mu dłoń. - Ale dopóki jesteś wolny, dopóty będziesz ścigany.

Gerrard zrobił przerażoną minę.

- Przez ciebie również, Timms?

Starsza dama parsknęła. Z upływem łat robiła się coraz bardziej koścista, lecz z jej głową było wszystko w porządku. Podobnie było z Minnie. Ciotka przyjrzała mu się przenikliwie i z czułością.

- Odziedziczyłeś wspaniałą posiadłość, Cynsterowie wciągnęli cię w swoje interesy i jesteś moim głównym spadkobiercą. Nie masz szans, mój chłopcze. Gdybyś był brzydki jak sam diabeł, może nieco by je to powstrzymało. Ale skoro jesteś poważanym i przystojnym dżentelmenem, a w dodatku malarzem, zawsze będziesz najskrytszym marzeniem każdej matki.

Gerrard spojrzał na nią z niesmakiem.

- Jakoś nie jestem przekonany, czy małżeństwo powinno zaprzątać moje myśli. A przynajmniej w najbliższej przyszłości.

Takie było jego zdanie, choć do tej pory z nikim się nim nie podzielił.

- Och? - Minnie szeroko otworzyła oczy. Przez moment patrzyła na niego poważnie, lecz po chwili uśmiechnęła się ciepło. - Na twoim miejscu nie zawracałabym sobie tym głowy, kochanie. Gdy pojawi się na horyzoncie właściwa dama, wszystko nagle stanie się jasne i proste.

Timms z zadumą pokiwała głową.

- W istocie. O niczym już nie będziesz mógł decydować.

Ich słowa zamiast uspokoić, wzbudziły w nim dziwny niepokój. Ukrył obawy pod uśmiechem. Ujrzał w oddali grupę swych przyjaciół i postanowił się wycofać. Pożegnał Minnie i Timms i ruszył przez trawnik w stronę nawołujących go czterech dżentelmenów. Znał ich dobrze, byli jak on sam - w wieku stosownym do ożenku i posiadający stosowne zaplecze finansowe. Stali nieco z boku i obserwowali park.

- Dziewczyna Curtissów jest wcale powabna, nie sądzicie? - Philip Montgomery spojrzał przez okulary na piękność spacerującą z siostrami.
- Jeśli lubisz nieustanne chichotanie - odparł Elmore Standish. - Mnie bardziej przypadła do gustu panna Etherington.

Gerrard tylko jednym uchem słuchał tych komentarzy. Poniekąd należał do tego towarzystwa, jednak niezwykła pasja oddalała go od typowych londyńskich młodzieńców. Otworzyła jego oczy na prawdy, które były niedostępne dla rówieśników.

Wymienił z nimi kilka cierpkich, cynicznych uwag i odszedł ku względnie bezpiecznemu ogrodowi Kensington. O tej porze żwirowe alejki były pełne nianiek i opiekunek doglądających swychpodopiecznych, którzy gramolili się przez trawniki. Nieopodal spacerowało kilku dżentelmenów, zaś damy bardzo rzadko zaglądały w te strony.

Miał zamiar skupić się na zdumiewającej propozycji lorda Tregonninga, lecz okrzyki dzieci rozproszyły go i skierowały jego myśli na zupełnie inne tory.

Rodzina. Dzieci. Następne pokolenie. Żona. Szczęśliwe małżeństwo.

Spodziewał się, że pewnego dnia poukłada wszystkie te elementy w swoim życiu. Przecież jednak coś dla niego znaczyły, przemawiały do głębi jego serca. Pragnął ich. Jednak, podczas gdy malarstwo, a zwłaszcza portrety, wyniosły go na pozycję, z której mógł zupełnie swobodnie przebierać wśród wolnych dam, ten sam talent, który pozwalał mu tworzyć dzieła sztuki, otworzył mu oczy i napełnił serce nieufnością.

Miał zamiar ostrożnie wybierać żonę. Ostrożnie planować małżeństwo. A zwłaszcza ostrożnie obchodzić się z miłością.

Nie był to temat, o którym chętnie dyskutował. Samo myślenie o miłości go niepokoiło, jakby było kuszeniem losu. To, co widział i z czym się zmierzył malując swą siostrę Patience i jej męża Vane’a Cynstera, a później inne pary, to, co uwieczniał na portretach, było tak potężne, że musiałby być ślepy, by nie zdawać sobie sprawy, jak taka siła wpłynie na jego życie. Obezwładni go, nie pozwoli mu się skupić. Wyssie z niego wszystkie żywotne siły, które powinien przelewać na płótna.

Jeśli się jej podda.

Jeżeli jednak kiedyś się zakocha - czy wciąż będzie w stanie malować? Czy zakochanie się i małżeństwo z miłości - takie, jak jego siostry czy innych osób z rodziny - będzie źródłem nieustającej radości, czy katastrofą, która zrujnuje jego talent? Malując, wkładał całego siebie w obraz, całą swą energię i całą namiętność. Gdyby poddał się miłości, czy pozbawiłaby go zdolności malowania? Czy w ogóle istnieje tu jakiś związek? Czy namiętność, która ożywia miłość, jest tą samą namiętnością, która podsyca talent, czy są to dwie zupełnie różne siły?

Rozmyślał długo, ale nie przyniosło mu to ukojenia. Malowanie jest nierozerwalną częścią jego istoty; każdy nerw jego ciała spinał się na myśl, że cokolwiek mogłoby ograniczać jego talent.

Tak więc wzdragał się przed małżeństwem. Unikał go. Niezależnie od wszelkich proroctw Timms, podjął decyzję, że przez następne kilkanaście lat miłość będzie tym, czego musi się pilnie strzec. Zatem małżeństwo rzeczywiście nie leżało w sferze jego zainteresowań.

Ta decyzja powinna była uporządkować jego myśli, jednak nie czuł satysfakcji i spokoju. Doszedł do wniosku, że na drodze, którą sobie obrał, raczej ich nie zazna.

A jednak nie widział innego rozsądnego rozwiązania.

Otrząsnął się z myśli i stwierdził, że się zatrzymał. Wpatrywał się w grupę dzieci bawiących się przy stawie. Poczuł swędzenie w palcach - znajomy sygnał, że przydałby mu się ołówek i szkicownik. Postał jeszcze przez kilka minut, by obrazy bawiących się dzieci zapadły głęboko w jego pamięć i ruszył dalej przed siebie.

Tym razem udało mu się skupić myśli na ofercie lorda Tregonninga i rozważyć jej wady i zalety. Miotały nim pragnienia, instynkt i wyuczone odruchy. Gdy zbliżał się do mostu na Serpentine, zatrzymał się i podsumował swoje wysiłki. W ciągu trzech godzin zabrnął dokładnie donikąd, nie licząc stwierdzenia, jak łatwo lord Tregonning go przejrzał. Nie mógł przedyskutować swojego problemu z żadnym z zaprzyjaźnionych artystów, z kolei nikt inny nie zrozumiałby, jak wielką pokusę odczuwa i jednocześnie, jaki jest rozdarty.

Musi koniecznie porozmawiać z kimś, kto go zrozumie.

Zbliżała się piąta, gdy wspinał się na schody domu Vane’a i Patience Cynsterów na Curzon Street. Jego starsza siostra, Patience, przez wiele lat zastępowała mu rodziców, którzy zmarli, gdy był jeszcze mały. Gdy wyszła za mąż za Vane’a, Gerrard został przyjęty na łono rodziny Cynsterów, traktowany jak równy i otoczony opieką Vane’a. Cynsterowie odegrali decydującą rolę w stawaniu się tym, kim był obecnie, i był im za to niezmiernie wdzięczny.

Ojciec Gerrarda, Reggie, nie był godny naśladowania. Cynsterom zawdzięczał natomiast nie tylko swój sukces finansowy, lecz również elegancję, niewzruszoną pewność siebie i ukryty pazur arogancji, który odróżniał go od innych młodzieńców z towarzystwa.

Zastukał do drzwi. Otworzył mu Bradshaw, lokaj Vane’a, ukłonił się i poinformował, że państwo są w domu i może ich znaleźć w małym salonie.

Gerrard wiedział, co to oznacza. Podał lokajowi laskę, uśmiechnął się i zwolnił go gestem.

- Sam się zapowiem.
- Tak będzie lepiej, sir.

Bradshaw znów się ukłonił, walcząc z uśmiechem.

Zanim jeszcze dotarł do drzwi salonu, dobiegły go dzikie okrzyki. Gdy wszedł, zapadła martwa cisza. Trzy głowy podniosły się gwałtownie i trzy pary oczu wpatrzyły się w niego oskarżycielsko. Po chwili siostrzeńcy i siostrzenica zorientowali się, kto śmiał przerwać im zabawę. Zerwali się na równe nogi jak zgraja demonów. Zabrzmiało rozdzierające uszy: „Wujek Gerrard!” i trzy diabełki rzuciły się na niego. Ze śmiechem złapał najstarszego chłopca, Christophera, i obrócił go do góry nogami. Christopher piszczał z uciechy, a Gregory podskakiwał, głośno się śmiejąc. Therese dołączyła się do zamieszania. Gdy już porządnie wytrząsł Christophera, Gerrard postawił go na podłodze i rycząc jak ogr, złapał młodszą dwójkę w ramiona. Łaskocząc ich, podszedł do pary siedzącej przy kominku.

Patience uśmiechała się do niego pobłażliwie, siedząc bokiem do ognia i kołysząc na kolanach najmłodszego Martina. Vane szczerzył zęby w uśmiechu, przerzuciwszy ramię przez oparcie fotela żony; zanim Gerrard wszedł do pokoju, Vane siłował się z trójką starszych dzieci.

- Co cię do nas sprowadza? Z pewnością nie pragnienie, by te małe potwory wyrwały ci wszystkie włosy.

Wyplątując zaciśnięte palce Gregory’ego i Therese ze swoich włosów, Gerrard przelotnie się uśmiechnął.

- Och, sam nie wiem. - Usadził dzieci na sofie i sam siadł między nimi. Popatrzył uważnie na obydwoje. - Zdecydowanie mają coś w sobie, nie sądzicie?

Dzieci natychmiast zasypały go opowieściami o swoich niedawnych wyczynach. Słuchał uważnie,jak zawsze oczarowany ich niewinnym, nieskalanym spojrzeniem na wszystkie przyziemne sprawy. W końcu się zmęczyli. Chłopcy przytulili się do jego boków; Therese ziewnęła i wgramoliła się na kolana ojcu.

Vane pocałował ją w miękkie loki i spojrzał na Gerrarda.

- O co chodzi? Przecież widzę, że coś cię gryzie.

Gerrard oparł się wygodnie i opowiedział im całą historię o lordzie Tregonningu.

- Widzicie więc, że jestem w pułapce. Absolutnie i definitywnie nie chcę malować tego portretu. Jego córka z pewnością jest typową, zepsutą, pustogłową jedynaczką, przyzwyczajoną do wydawania rozkazów w swej wiejskiej rezydencji. Nie znajdę nic ciekawego do uwiecznienia, nie licząc bezmyślnego egoizmu.
- Wcale nie musi się okazać taka zła - powiedziała Patience.
- Istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, że będzie jeszcze gorsza. - Gerrard westchnął ciężko.
- Przeklinam dzień, w którym pozwoliłem wystawić dla publiczności portrety bliźniaczek.

Od samego początku przygody z malarstwem Gerrard był pejzażystą i pozostał nim do tej pory

- pejzaż był jego najgłębszą i najważniejszą pasją. Jednak dziesięć lat temu, ze zwykłej ciekawości, wypróbował swój talent w zakresie malowania par. Vane i Patience byli pierwszą parą, którą poprosił o pozowanie. Ich portret wisiał z dala od wścibskich spojrzeń, w salonie ich domu w Kent. Później malował jeszcze inne pary, wszystkie z bliższej lub dalszej rodziny, jednak obrazy zawsze trafiały do prywatnych pokoi. Niestety wyzwanie, jakim były portrety, skusiło go znowu i postanowił namalować bliźniaczki rodziny Cynsterów - Amandę, obecnie księżną Deuter, i Amelię, wiceksiężną Calverton, obie trzymające na rękach swych niedawno narodzonych pierworodnych synów.

Obrazy miały trafić do ich letnich rezydencji, jednak członkowie śmietanki towarzyskiej, którzy zdołali je zobaczyć, zanim opuściły Londyn, zrobili taki rwetes, że kustosze z Królewskiej Akademii błagali, dosłownie błagali, by wypożyczył je na doroczną wystawę portretów. Sława miała słodki smak, więc uległ ich namowom.

I teraz miał tego żałować do końca życia.

Vane przypatrywał mu się z rozbawieniem.

- Jakże trudno jest dźwigać taką sławę. Gerrard prychnął.
- Powinienem mianować cię moim agentem i kazać ci opanować tę hordę matron, z których wszystkie są niezbicie przekonane, że ich córki są idealnymi modelkami do moich kolejnych wspaniałych portretów.

Patience kołysała Martina na kolanie.

- Przecież chodzi tylko o jeden portret.

Gerrard potrząsnął głową.

- Niestety, to tak nie działa. To kolejne ogromne ryzyko. W tej chwili mam solidną i nieskazitelną reputację. Jednak jeden koszmarny portret może ją zrujnować w sposób zupełnie nieobliczalny. Poza tym nie mam zamiaru poddawać się presji modelki czy jej rodziców. Maluję to, co widzę, a to oznacza, że lord Tregonning i jego ukochana córka będą prawdopodobnie bardzo rozczarowani efektem.

Dzieci zaczęły się niecierpliwić. Gdy ich niania zajrzała do salonu, Patience wstała z fotela, kiwnęła na dostojnie wyglądającą kobietę i zerknęła w stronę dzieci.

- Już czas na podwieczorek. Dziś chlebowy pudding!

Gerrard ukrył cierpki uśmiech, gdy wizja puddingu ostatecznie zniechęciła dzieci do pozostania w jego towarzystwie. Chłopcy skoczyli na podłogę i pożegnali się grzecznie. Therese przesłała mu całusa i pobiegła za braćmi do niani. Patience oddała Martina i zamknęła drzwi.

- Wyjaśnij mi, dlaczego jesteś taki zrozpaczony? Po prostu odrzuć propozycję i po sprawie.
- O to właśnie chodzi. - Gerrard zacisnął dłonie na poręczach sofy. - Jeśli ją odrzucę, to nie tylko stracę możliwość namalowania słynnego Ogrodu Nocy, lecz w dodatku sprawię, że jedyny malarz, który będzie mógł to zrobić w ciągu kolejnych pięćdziesięciu lat, prawdopodobnie będzie marnym portrecistą, który nawet nie rozpozna, co ma przed oczami.
- A co będzie miał przed oczami? - Vane wstał, przeciągnął się i usiadł na innym fotelu. - Co czyni te ogrody tak pożądanymi?
- Ogrody w Hellebore Hall w Kornwalii powstały w 1710 roku. - Gerrard dopytał o wszystkie szczegóły po pierwszej rozmowie z Cunnighamem. - Teren jest wyjątkowy. Wąska, osłonięta wzgórzami dolina, skierowana na południowy zachód, ma taki mikroklimat, że rosną w niej rośliny i drzewa niespotykane nigdzie indziej w całej Anglii. Na wzgórzu stoi dom, a dolina zbiega ku morzu. Szkice projektu ogrodu widziało wiele osób i wzbudziły one w owym czasie wiele emocji. Zanim zostały ukończone, minęło ponad trzydzieści lat i w tym czasie rodzina zaczęła prowadzić pustelniczy tryb życia. Niewiele osób miało okazję obejrzeć ogrody w całejichokazałości. - Zerknął na Patience. - Ci, którzy dostąpili tego zaszczytu, byli oczarowani. Od dziesięcioleci pejzażyści marzą o namalowaniu Hellebore Hall. Nikomu nie udało się tam dostać. - Wykrzywił wargi i spojrzał na Vane’a.
- Dolina i ogrody leżą na terenie dużej posiadłości, a wąwóz jest skalisty i niebezpieczny, więc wśliźnięcie się tam i sporządzenie wstępnych szkiców po kryjomu absolutnie nie wchodzi w grę.
- Więc każdy pejzażysta w Anglii...
- Oraz w Europie i nawet w obydwu Amerykach...
- ...Skakałby z radości, będąc na twoim miejscu.
- Vane pokiwał głową. - Jesteś pewny, że chcesz zaprzepaścić taką szansę?

Gerrard odetchnął głęboko.

- Nie! Na tym właśnie polega problem. I dotyczy on zwłaszcza Ogrodu Nocy.
- Cóż to za ogród? - zapytała Patience.
- Ogrody dzielą się na wiele pomniejszych części i każda z nich jest nazwana imieniem jakiegoś antycznego bóstwa lub postaci mitologicznej. Jest tam Ogród Herkulesa, w którym rośnie wiele wysokich, potężnych drzew, Ogród Artemidy z krzewami wystrzyżonymi na kształt dzikich zwierząt, i tak dalej. Jeden z mniejszych ogrodów nazywa się Ogrodem Wenus. Rośnie w nim spora ilość różnych afrodyzjaków i odurzająco pachnących kwiatów, z których wiele rozwija płatki tylko nocą. Jest w nim również grota i sadzawka zasilana strumieniem płynącym wzdłuż doliny. Mieści się u szczytu, tuż pod domem. Z powodu jakiegoś kaprysu natury ta część ogrodów szalenie wybujała. Pewien szczęśliwiec, który widział ją jakieś dziesięć lat po zasadzeniu roślin, opisywał Ogród Wenus jakogotycki raj - mroczny krajobraz, który przyćmiewa swym urokiem resztę ogrodów. Stał się słynny jako Ogród Nocy.

Zamilkł na chwilę, a potem dodał:

- Wśród pejzażystów namalowanie Ogrodu Nocy jest tym samym, czym znalezienie Świętego Graala. Ogród istnieje, ale od wielu pokoleń jest poza naszym zasięgiem.

Vane skrzywił się cierpko.

- Trudny wybór.

Gerrard kiwnął głową.

- Ogromnie trudny. Będę przeklęty, jeśli się na to zdecyduję i równie przeklęty, jeśli im odmówię.

Patience spoglądała to na brata, to na męża.

- Mnie się zdaje, że decyzja jest zupełnie prosta. - Spojrzała Gerardowi w oczy. - Musisz tylko zdecydować, czy chcesz zaryzykować narażenie na szwank swej reputacji i spróbować namalować rozsądny portret tej młodej damy, a w zamian dostać możliwość namalowania swego Świętego Graala. - Przekrzywiła głowę. - Innymi słowy musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: jak bardzo chcesz namalować Ogród Nocy? Czy aż tak bardzo, by podjąć ryzyko stworzenia przyzwoitego portretu jednej damy?

Gerrard patrzył w jej szare oczy i wytrzymał jakoś przenikliwe spojrzenie. Po chwili spojrzał na Vane’a.

- Ech, te siostry...

Vane roześmiał się głośno.

*

Nawet po zwięzłym podsumowaniu przez Patience jego problemu musiał przyznać, że czuł sięnim przytłoczony. Spędził resztę wieczoru z siostrą i Vanem, beztrosko gawędząc o zupełnie innych rzeczach. Gdy żegnał się z Patience w holu, pocałowała go w policzek i wyszeptała:- Wiesz, co chciałbyś zrobić, więc zrób to.Podejmij to ryzyko.

Uśmiechnął się, poklepał ją po ramieniu i udał się do domu, rozmyślając, rozważając rozmaite możliwości, jednak wciąż krążąc wokół pytania, jak miałby poradzić sobie z portretem próżnej trzpiotki i jednocześnie jej nie obrazić.

Dotarł do domu przy Duke Street i udał się prosto do sypialni. Jego lokaj Compton wbiegł na górę i z szacunkiem odebrał od niego płaszcz, by oddać go do czyszczenia. Gerrard uśmiechnął się, rozebrał i padł na łóżko.

Śnił o Ogrodzie Noty.

Nigdy wcześniej go nie widział, a jednak we śnie wydał mu się niezwykle żywy, nieodparcie kuszący i hipnotycznie mroczny. Jako malarz natychmiast dostroił się do jego pełnej dramatyzmu atmosfery. Czuł grozę i podniecenie, niebezpieczeństwo i coś jeszcze głębszego, bardziej pierwotnego i złowieszczego, czającego się w cieniu.

To coś go wzywało. Szeptało ku niemu ponętnie.

Nie wierzył w znaki.

Rano wstał, założył koszulę, spodnie i aksamitny szlafrok i zszedł na dół. Nie należało podejmować poważnych decyzji na pusty żołądek.

Ledwie zaczął jeść szynkę i jajka, gdy ktoś załomotał do drzwi. Bezbłędnie rozpoznając ten sygnał, Gerrard sięgnął po dzbanek i nalał sobie kawy, zanim szanowny Barnaby Adair osuszy dzbanek do ostatniej kropli.

Drzwi salonu otworzyły się gwałtownie.

- Na Boga! - Wysoki, elegancki, złotowłosy mężczyzna wbiegł do środka, przeszywając Gerrarda dramatycznym spojrzeniem. - Niech wszyscy święci chronią mnie przed swatającymi matkami! - Jego wzrok padł na dzbanek. - Zostało jeszcze trochę?

Uśmiechając się, Gerrard wskazał dłonią naczynie z kawą i talerze, podczas gdy Compton pośpieszył rozłożyć dodatkową zastawę.

- Częstuj się.
- Dziękuję. Jesteś moim wybawcą.

Gerrard obrzucił go rozbawionym spojrzeniem.

- Tobie również życzę dobrego dnia. Co cię tak wyczerpało? Czyżby bal u lady Harrington okazał się nazbyt męczący?
- Nie chodzi o lady Harrington. - Barnaby sączył kawę z przymkniętymi oczami. - To jednak przyzwoita kobieta. - Otworzył oczy i spojrzał na zawartość talerzy. - To lady Oglethorpe i jej córka Melissa.
- Ach! - Gerrard przywołał w pamięci znajome damy. - Stara znajoma twej kochanej mamy, która liczyła na to, że oprowadzisz po mieście jej podopieczną?
- Ta sama. - Barnaby ugryzł grzankę. - Pamiętasz bajkę o brzydkim kaczątku? Melissa nim właśnie jest, tylko dokładnie na odwrót.

Gerrard roześmiał się szczerze. Barnaby był jego rówieśnikiem, miał zbliżony temperament i podobne koneksje rodzinne. Lubili to samo i tego samego nie znosili, a także obydwaj mieli ekscentryczne hobby. Gerrard nie mógł sobie przypomnieć, kiedy zaczęli razem rozbijać się po mieście, ale co najmniej od pięciu lat towarzyszyli sobie w rozmaitych przygodach, czując się coraz lepiejw swoim towarzystwie i bez wahania polegając na sobie nawzajem.

- Już po mnie - stwierdził Barnaby. - Muszę na jakiś czas zniknąć ze stolicy.

Gerrard wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Nie może być aż tak źle.
- Owszem, może. Mówię ci, ta lady Oglethorpe nie zamierza poprzestać na wciskaniu mnie w rolę eskorty dla swej córeczki. Ma w oczach taki błysk, któremu zupełnie nie ufam, a jakby tego było mało, ta paskudna Melissa bije się dłońmi w piersi - całkiem niezłe zresztą piersi, ale reszta jest beznadziejna - i zarzeka się płomiennie, że jestem jej ideałem i żaden inny mężczyzna z towarzystwa nie może dorównać mej wspaniałości. - Barnaby skrzywił się komicznie. - Nastają na mnie z taką mocą, jak powiedziałby mój ojciec, że chyba się niedługo rozchoruję. A przecież jest czerwiec! Czy one nie wiedzą, że sezon łowiecki już się skończył?

Gerrard z zadumą wpatrywał się w przyjaciela. Barnaby był trzecim synem hrabiego i odziedziczył ładną posiadłość po ciotce ze strony matki. Tak samo jak Gerrard był kuszącym kąskiem dla matron szukających bezpiecznej przyszłości dla swych córek. Jednak, podczas gdy Gerrard wymawiał się malarstwem, by uniknąć najbardziej niebezpiecznych zaproszeń, pasją Barnaby’ego były studia nad zbrodnią i jako takie nie stanowiły dobrej wymówki.

- Zdaje mi się - zadumał się Barnaby - że mógłbym odwiedzić siostrę, ale zaczynam podejrzewać, że ona również jest nieobliczalna. - Zmrużył oczy.
- Jeśli zaprosi panie Oglethorpe z wizytą... - Zadrżał.

Gerrard sięgnął po filiżankę.

- Jeśli jesteś zdecydowany uciekać przed paskudną Melissą, możesz wybrać się ze mną do Kornwalii.
- Do Kornwalii? - Barnaby zamrugał kilka razy.
- A co jest w Kornwalii?

Gerrard mu opowiedział.

Barnaby nagle się ożywił.

- Ostrzegam cię - dodał Gerrard - że będzie tam co najmniej jedna niezamężna dama, a gdzie jest jedna...
- ...Tam zwykle jest ich cała paczka - pokiwał głową Barnaby. - Jednak radziłem sobie jakoś do tej pory. Dopiero Melissa, jej matka i rodzinne koneksje tak mnie osłabiły.

Wspomniane osłabienie z pewnością należało traktować metaforycznie - Barnaby pożarł ostatnią kiełbaskę i spojrzał na Gerrarda.

- Więc kiedy wyjeżdżamy?

Gerrard popatrzył mu prosto w oczy. Patience ma rację, chociaż pewnie nigdy by jej tego nie powiedział.

- Dziś napiszę do pełnomocnika Tregonninga. Muszę zrobić zakupy i upewnić się, że zostawiam wszystko w należytym porządku... Co powiesz na koniec następnego tygodnia?
- Wspaniale! - Barnaby uniósł filiżankę w toaście, wypił kawę duszkiem i sięgnął po dzbanek.
- Jestem pewien, że do tej pory gdzieś się ukryję.

*

Dwanaście dni później Gerrard przejechał powozem między dwoma kamiennymi słupami wiekowej bramy. Na tablicy wiszącej po lewej stronie widniał napis: „Hellebore Hall”.

- To istotnie kawał drogi z Londynu - odezwał się Barnaby, wygodnie rozparty na siedzeniu obok Gerrarda, i rozejrzał się z ciekawością, a nawet zaintrygowaniem.

Cztery dni wcześniej wyjechali ze stolicy i przez całą drogę popędzali siwki Gerrarda, na obiad i na noc zatrzymując się w gospodach, które przykuły ich uwagę. Z trasy wiodącej do St. Just i St. Mawes zjechali na wiejską drogę okrytą gęstymi koronami starych drzew o grubych pniach. Pola po obydwu stronach były oddzielone od drogi gęstymi żywopłotami. Ogarnęło ich przemożne uczucie zamknięcia w żywym korytarzu, mieniącym się różnymi odcieniami brązu i zieleni. Pomiędzy szczytami żywopłotów i zwisającymi gałęziami dostrzegali co jakiś czas wspaniały widok morza. Woda zdawała się srebrzysta pod błękitnym niebem. Z przodu i od prawej strony zatokę okalały przylądki, które w popołudniowym świetle przybrały barwy oliwkowoszare z domieszką purpury. Gerrard zmrużył oczy.

- O ile się nie mylę, ten obszar wód należy do Carrick Roads. Na wprost musi leżeć Falmouth.

Barnaby wytężył wzrok.

- Za daleko, żeby zobaczyć miasto, ale widzę mnóstwo żaglówek.

Okolica obniżała się łagodnie, droga wiodła na południowy zachód. Trakt do St. Mawes i widok na Carrick Roads zniknęły im z oczu i po chwili zwarty szyk drzew nagle się skończył. Powóz wjechał na pełne słońce.

Obydwaj głośno westchnęli.

Przed nimi rozpościerała się nieregularna zatoka, która najwyraźniej przed wiekami była doliną, teraz zatopioną przez morze. Po ich prawej stronieleżało St. Mawes na półwyspie Roseland i chroniło dolinę przed zimnym północnym wiatrem. Po lewej stronie pas surowych wyżyn pokrytych wrzosowiskami bronił przed szkwałem. Konie mknęły dalej i gdy ujechali jeszcze kawałek, ich oczom ukazał się kolejny wspaniały widok. Droga wiodła przez łagodne pagórki, po czym wznosiła się stromo i na wprost zamajaczył dwuspadowy dach. Zataczając szeroki, łagodny łuk, droga minęła dom, który objawił się im w całej okazałości, i zawróciła, kończąc się przy szerokim żwirowym dziedzińcu przed frontowymi drzwiami.

Wchodząc w ostatni zakręt, Gerrard ściągnął lejce; ani on, ani Barnaby nie byli w stanie wydusić z siebie słowa. Dom był... ekscentryczny. Niezwykły. Wspaniały! Miał więcej wieżyczek, niż można było zliczyć, mnóstwo balkoników z kutego żelaza, okna w dziwacznych kształtach i kolorach, i rzędy pokoi tworzących zdumiewające kąty i załamania w szarych kamiennych ścianach.

- Nic nie mówiłeś o domu - powiedział Barnaby, gdy konie zbliżały się do dziedzińca, a obydwaj pasażerowie byli zmuszeni wpatrywać się w dom.
- Nic o nim nie wiedziałem - odparł Gerrard.

- Słyszałem tylko o ogrodach.

Słynne ogrody Hellebore Hall nieco wykraczały poza dolinę, u której szczytu stał fantazyjny dom, i obejmowały go jak ramionami. Były dobrze ukryte przed ciekawskimi, zasłonięte bryłą budynku i żywopłotami. Dom zagradzał widok na całą dolinę biegnącą ku skalistemu wybrzeżu.

Gerrard wypuścił długo wstrzymywane powietrze.

- Teraz już wiem, dlaczego nie da się tu niezauważenie wśliznąć.

Barnaby obrzucił go rozbawionym spojrzeniem i wyprostował się na siedzisku, gdyż wjeżdżali już na ocieniony dziedziniec Hellebore Hall.

*

Siedząca w salonie Jacqueline Tregonning uchwyciła dźwięk, którego oczekiwała - stukot podków i cichy chrzęst żwiru pod kolami powozu. Żadna z pozostałych, rozgoszczonych w salonie osób niczego nie zauważyła; byli zbyt zajęci dyskutowaniem o charakterach gości, którzy właśnie wjechali na dziedziniec.

Jacqueline nie chciała spekulować. Nie wtedy, gdy mogła zobaczyć coś na własne oczy i wyrobić sobie własne zdanie. Cicho i spokojnie wstała z fotela ustawionego przy sofie, na której siedziała jej najlepsza przyjaciółka Eleanor Fritham wraz z matką. Obie przyjechały z sąsiedniej posiadłości Tresdale Manor. I obie były pochłonięte żywą dyskusją z pastorową Elcott na temat gości, których opisy dostarczyli stołeczni znajomi i przyjaciele lady Fritham i pani Elcott.

- Mój kuzyn twierdzi, że obydwaj są aroganccy.
- Pani Elcott skrzywiła się lekceważąco. - Spodziewam się, że będą zadzierać nosa.
- Nie wydaje mi się, by mieli po temu powody
- odparła Eleanor. - Lady Humphries napisała, że choć obaj pochodzą z doskonałych rodzin, z samej śmietanki towarzyskiej, to mają ujmujące charaktery i są bardzo otwarci i zabawni. - Eleanor zwróciła się do matki: - Dlaczego mieliby się wywyższać? Pomijając już wszystko inne, jesteśmy jedynym stosownym towarzystwem w całej okolicy.Musieliby wieść pustelnicze życie, gdyby nie chcieli spędzać z nami czasu.

- To prawda - zgodziła się lady Fritham. - Jednak jeśli są choć w połowie tak dobrze urodzeni, jak twierdzi lady Humphries, to nie będzie nam z nimi łatwo. Zapamiętaj moje słowa - lady Fritham kiwała głową, aż zatrzęsły się jej liczne podbródki i koronki przy czepku. - Prawdziwego dżentelmena poznaje się po tym, że z łatwością dostosowuje się do każdego towarzystwa.

Nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, Jacqueline ruszyła cicho do okna, z którego był najlepszy widok na dziedziniec, i obrzuciła gości zebranych w salonie pełnym cynizmu spojrzeniem. Nie licząc ciotki Millicent, która po śmierci matki Jacqueline zamieszkała w ich domu, nikt nie miał powodu, by tu przesiadywać.

Po prostu zżerała ich ciekawość.

Jordan Fritham, brat Eleanor, gawędził z panią Myles i jej córkami, Klarą i Różą. Obok nich stała Millicent z Mitchelem Cunninghamem u boku. Ta grupka dyskutowała o sztuce portretowania i o sukcesie Mitchela i jej ojca w przekonaniu najsłynniejszego portrecisty salonowego, by zaszczycił swą obecnością Hellebore Hall i uraczył ich owocami swego talentu.

Jacqueline powoli zbliżała się do parapetu. Zgodnie ze słowami ojca, Mitchela, a także samego słynnego portrecisty, to właśnie ona zostanie obdarzona największą łaską. A przecież jeszcze nie zdecydowała, czy chce mu pozować i nie podejmie tak ważkiej decyzji, zanim nie oceni mężczyzny, jego talentu, a co najważniejsze, jego honoru.

Wiedziała, dlaczego ojciec tak nalegał, by właśnie ten, a nie inny artysta namalował jej wizerunek.Millicent potrafiła zasiewać różne myśli w głowie brata i odpowiednio je pielęgnować, aż zaowocują konkretną decyzją. Jacqueline była wtajemniczona we wszelkie plany i zdawała sobie sprawę, że ten mężczyzna odegra w nich decydującą rolę. Że bez jego talentu, zaangażowania i absolutnej prawości ich plany legną w gruzach.

Nie było innego wyjścia.

Zatrzymała się dwa kroki od okna i spojrzała na pasażerów powozu, który właśnie zatrzymał się przy głównym portyku. Wiedząc, w jakiej znajduje się sytuacji, nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia, podglądając Gerrarda Debbingtona. Najpierw musiała odgadnąć, który z mężczyzn był malarzem. Ten, który prowadził powóz? Jasnowłosy dżentelmen zeskoczył na ziemię i ze śmiechem powiedział coś do drugiego, siedzącego wciąż na koźle z wodzami trzymanymi luźno w szczupłych dłoniach.

Do powozu zaprzężone były dwa zadbane, pełnokrwiste siwki; Jacqueline dostrzegła to w mgnieniu oka. Mężczyzna trzymający wodze był ciemnowłosy, z prawdziwie męskimi rysami, jakby wyrzeźbionymi z marmuru. Siedzący obok niego blondyn miał bardziej subtelną, pogodną twarz. Zamrugała szybko, gdy zdała sobie sprawę, że zachowuje się dziwnie. Męska uroda nader rzadko zajmowała jej uwagę. Spojrzała jeszcze raz na dziedziniec i musiała przyznać, że uroda obydwu dżentelmenów była trudna do zignorowania.

Mężczyzna na koźle poruszył się i od razu pojawił się przy nich lokaj. Brunet wyskoczył z powozu i oddał mu lejce.

I oto miała swoją odpowiedź. To on jest malarzem. To Gerrard Debbington.

Tuzin drobnych spraw potwierdzał jej spostrzeżenie, od niekwestionowanej siły palców rzucających wodze, po ascetyczną elegancję stroju i energię, która go otaczała równie namacalnie jak modny płaszcz. Ta pełnia życia zaskoczyła Jacqueline. Nastawiła się już na radzenie sobie z jakimś modnym strojnisiem albo próżnym mądralą, lecz rzeczywistość okazała się zgoła inna. Patrzyła, jak Debbington odpowiada przyjacielowi cichym głosem; linia jego wąskich ust była tylko lekko zakrzywiona, jak zapowiedź uśmiechu. Kontrolowana moc, powściągnięta energia, bezwzględne zdecydowanie - oto skojarzenia, które tłoczyły się w jej umyśle, gdy się odwrócił.

I spojrzał prosto na nią.

Wstrzymała oddech i skamieniała; stała zbyt daleko od szyby, by mógł ją widzieć. Usłyszała szelest sukien, pośpieszne kroki w drugim końcu pokoju. Zerknęła w bok i zobaczyła, że Eleanor, obie panny Myles oraz ich matki tłoczą się przy drugim oknie, a Jordan spogląda ponad ich głowami. W odróżnieniu od niej przyciskali niemal twarze do szyb. Spojrzała znów na Gerrarda Debbingtona i dostrzegła, że spogląda na nich z uwagą. Uśmiechnęła się. Jeśli wyczuł, że ktoś go obserwuje, będzie przekonany, że to oni.

Gerrard spojrzał na stłoczone w dużym oknie, jawnie przyglądające mu się twarze. Wyniośle uniósł brew i odwrócił się do nich plecami. Uważając również na wzrok samotnej kobiety stojącej w głębi pokoju, zerknął na Barnaby’ego.

- Zdaje się, że nas oczekiwano.

Barnaby również widział tłoczące się w oknie postacie, lecz załom muru krył przed jego wzrokiem samotną kobietę w drugim oknie. Wskazał na drzwi.

- Może zróbmy dobre pierwsze wrażenie?

Gerrard kiwnął głową.

- Zadzwoń.

Barnaby podszedł do zakończonego ołowianą rączką sznura wiszącego przy drzwiach i szarpnął nim. Gerrard odwrócił głowę i jeszcze raz spojrzał na tajemniczą kobietę. Jej spokojna postawa świadczyła o tym, iż sądzi, że Gerrard nie może jej dostrzec. Światło wpadało do pokoju przez okna za jej plecami i na ukos przecinało pokój. Dzięki temu cała jej sylwetka skrywała się w mroku. Kobieta była na tyle inteligentna, by o tym wiedzieć. Zapomniała jednak lub nie wiedziała, że światło odbija również pomalowane drewno. Gerrard mógł się założyć, że biała rama okienna ma co najmniej dwadzieścia centymetrów szerokości. Odbijała wystarczającą ilość miękkiego, rozproszonego światła, by widział jej twarz.

Tylko twarz.

Zobaczył już w tłumie trzy młode dziewczęce oblicza, wszystkie równie mało inspirujące, jak się tego spodziewał. Bez wątpienia jedną z nich miał namalować. I, na Boga, uda mu się.

A jednak ta dama... Tę chciałby namalować. Wiedział to od pierwszej chwili, od pierwszego spojrzenia. Choć jej rysy nie były aż tak dobrze widoczne, było w nich coś niezwykłego - spokój, głębia, tajemnica kryły się za bladym owalem jej twarzy. Przykuło to jego uwagę. Tak samo, jak sen o Ogrodzie Nocy, widok jej twarzy wołał do niego, wzywał go i sięgał do samej duszy.

Drzwi otworzyły się i Gerrard odwrócił się od okna. Pozornie cały poświęcił się ceremonii witania i bycia witanym. Cunningham zapraszał ich do środka; Gerrard uścisnął mu dłoń z uprzejmą miną, choć wzrok miał wciąż nieprzytomny. Guwernantka albo przyjaciółka. Jest teraz w salonie, za drzwiami, ku którym właśnie zmierzają. Zatem, jeśli nie uciekła, zanim otwarto im drzwi, zaraz się z nią spotka. A potem będzie tylko musiał znaleźć jakiś sposób na zachęcenie jej do pozowania.

- To jest Treadle. - Cunningham przedstawił lokaja, który skłonił się z szacunkiem. - A oto pani Carpenter, nasza gospodyni.

Surowa, poważna kobieta dygnęła przed nimi głęboko.

- Jesteśmy do panów dyspozycji. - Pani Carpenter wyprostowała się. - Jeszcze nie wybrałam dla panów sypialni, gdyż nie miałam pewności co do panów preferencji. Może gdy panowie rozejrzą się i zdecydują, które z pokoi są odpowiednie, przekażą wiadomość Treadle’owi lub mnie, a my w mgnieniu oka wszystko przygotujemy.

Gerrard uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Dziękuję. Na pewno damy znać.

Czarujący uśmiech jak zwykle zdziałał cuda; twarz pani Carpenter rozpogodziła się, a Treadle wyprostował się nieco.

- To jest pan Adair. - Gerrard przedstawił Barnaby’ego, który ze swą zwykłą serdecznością kiwnął głową Cunninghamowi i służbie.

Gerrard spojrzał na sekretarza, który nagle się stropił.

- Ach... Proszę. Zapraszam do salonu. Przedstawię panów damom i powiadomię lorda Tregonninga, że już jesteście.

Gerrard uśmiechnął się nieco zjadliwie.

- Dziękuję.

Cunningham odwrócił się i poprowadził ich ku podwójnym drzwiom, które Gerrard uznał za wejście do salonu. Miał rację. Weszli do pokoju wystarczająco dużego, by dało się w nim wydzielić trzy oddzielne kąciki do swobodnej rozmowy. W jednym rogu, już nie przy oknie, lecz usadowiona na krzesłach przy kominku, znajdowała się grupa dam i miody dżentelmen. Ci sami, którzy wcześniej przyglądali się im przez okno. W drugim końcu stała kobieta w średnim wieku, której Gerrard wcześniej nie widział. Na sofie na wprost drzwi siedziały dwie matrony. Jedna z nich obrzucała ich wzrokiem pełnym dezaprobaty. Choć Gerrard nie spojrzał w tamtą stronę, był niemal namacalnie świadomy obecności jeszcze jednej młodej damy, stojącej w odosobnieniu i przyglądającej się im obojętnie.

Zdusił w sobie niecierpliwość i stanął przy Cunninghamie, który zatrzymał się kilka kroków za progiem. Barnaby przystanął przy jego ramieniu. Gerrard spojrzał na stadko młodych dam i zastanawiał się, która podejdzie do nich pierwsza. Którą z nich będzie musiał z odrazą i wstrętem malować. Ale ku jego zdumieniu żadna z nich się nie podniosła.

Dama w średnim wieku ruszyła w ich stronę z uśmiechem pełnym serdeczności. Samotna dama również zaczęła iść w ich stronę. Starsza z nich była już zbyt posunięta w latach, nie mogła być jego modelką. Młodsza zbliżała się i Gerrard nie mógł dłużej się opierać. Spojrzał wprost na nią.

Zobaczył jej twarz i całą postać w dobrym świetle. Spojrzał jej w oczy i zrozumiał swój błąd.

To nie guwernantka. I nie przyjaciółka.

Dama, na której widok jego palce odruchowo szukały pędzla, była córką lorda Tregonninga.

Rozdział 2

Widząc damy zbliżające się do nich z dwóch stron, Cunningham zastygł, nie wiedząc, której najpierw powinien przedstawić gości. Z kłopotu wybawiła go starsza z nich, z uśmiechem oznajmiając:

- Jestem Millicent Tregonning, siostra lorda Tregonninga. - Zatoczyła dłonią krąg. - Pozwólcie panowie, że powitam was w Hellebore Hall.

Millicent Tregonning miała brązowe włosy, a jej suknia, choć doskonale uszyta, była skromna. Starsza dama robiłaby wrażenie niezwykle surowej, gdyby nie ciepły blask bijący z jej orzechowych oczu. Gerrard ujął jej dłoń i skłonił się dwornie.

- Dziękujemy.

Przedstawił Barnaby’ego i odsunął się o krok, by przyjaciel mógł przywitać się ze starszą panną Tregonning, przez co sam stanął bliżej córki lorda Tregonninga, która przez kolejnych kilka miesięcy miała pochłaniać całą jego artystyczną uwagę.

Panna Tregonning zatrzymała się przy boku ciotki. Była średniego wzrostu, ubrana w suknię z jasnozielonego muślinu, ekscytująco podkreślającą kształtne piersi, szczupłą talię, kobieco zaokrąglone biodra. Spokojnie czekała, aż Barnaby wymieni z ciotką grzeczności. Chwilowo wolny od salonowych obowiązków Gerrard przyglądał się jej uważnie.

Z niewzruszonym spokojem odwróciła głowę i spojrzała mu w twarz. Jej duże oczy były mieszaniną złota, bursztynu i zieleni, zaś delikatne łuki brwi miały kolor orzecha. Włosy o głębokim odcieniu tekowego drewna, z licznymi jaśniejszymi pasmami, spięła w kok, z którego wymknęło się kilka loków. Blady owal twarzy przecinał prosty nos, nieskazitelna cera w odcieniu kości słoniowej promieniowała zdrowiem, zaś usta były kusząco pełne i emanowały żywotnością i ekspresją. Gerrard wiedział już, gdzie musi patrzeć, jeśli chce odnaleźć znaki jej myśli i uczuć.

W tej chwili jej oczy były jak spokojne stawy, pełne pewności siebie. Obserwowała, oceniała i szacowała. Nie była w najmniejszym stopniu zakłopotana czy zawstydzona. Choć pojawiło się w jej domu dwóch młodych dżentelmenów, Gerrard nie zauważył żadnej oznaki charakterystycznego dla kobiet tracenia głowy. Nie patrzyła na nich, jak na mężczyzn, lecz jak na... coś innego. Stwierdził, że spojrzeniem oceniała go jako artystę. Wyłącznie jako artystę.

- A oto moja bratanica, panna Jacqueline Tregonning.

Jacqueline zwróciła się do Gerrarda Debbingtona i z uśmiechem podała mu dłoń.

- Witam, panie Debbington. Mam nadzieję, że podróż minęła panu przyjemnie. To bardzo długa droga.

Spojrzał jej w oczy i ujął szczupłą dłoń. Długimi palcami uścisnął niezbyt mocno, lecz pewnie. Ukłonił się z wdziękiem.

- Panno Tregonning. Jestem niezmiernie wdzięczny, że ojciec pani zaprosił mnie tutaj. Podróż była zaiste długa, jednak gdybym tu nie przyjechał, musiałbym żałować tego do końca życia.

Ledwie zrozumiała, co do niej mówi. Niski, męski ton jego głosu prześliznął się po jej ciele jak pieszczota; siłą jego palców i drzemiąca w nim męska moc obmyły ją jak fala i wytrąciły z równowagi. Wpatrywał się w nią z uczuciem, którego nie potrafiła nazwać. Palce uwięzione w jego dłoni zadrżały. Zdumiona własną reakcją Jacqueline skupiła się, by powstrzymać to drżenie.

Wstrząsnął nią widok jego twarzy, lekko opalonej skóry, wysokich kości policzkowych, surowych arystokratycznych rysów, niewzruszonej miny lekko tylko zabarwionej uprzejmością oraz intensywnego spojrzenia brązowych oczu, które wciąż na nią patrzyły.

Zmusiła się do spojrzenia na niego ponownie i zobaczenia, kim jest naprawdę.

W myślach nazwała go lwem salonowym i z pewnością nim był. Jednak wyraźnie nie zaczerpnął swej elegancji od świata - była to część jego samego. Promieniowała z niego jak ochronna tarcza. Falujące włosy o ciemniejszym odcieniu brązu niż jej własne były modnie ostrzyżone i okalały szerokie czoło. Miał ciemne brwi i gęste, długie rzęsy.

Był prawie o głowę od niej wyższy i choć jego ciało było raczej szczupłe, ramiona miał szerokie. Pełne gracji ruchy świadczyły o niezwykłej sile mięśni ukrytych pod nieskazitelnymi manierami. Widoczne oznaki owej wewnętrznej siły odbijały się również na jego twarzy, w ostrych rysach brwi, nosa i podbródka. Nie był fircykiem ani zapatrzonym w siebie strojnisiem. Okazał się lwem, jednakże lwem subtelnym. Miała rację - mógł być niebezpieczny. Bardziej niebezpieczny niż sobie wyobrażała. Samym spojrzeniem, uściskiem dłoni i kilkoma słowami - cóż on, do diabla, w ogóle powiedział? - sprawił, że brakowało jej tchu.

Stwierdziwszy to, spróbowała się uspokoić. Głęboko zaczerpnęła powietrza i uprzejmie skinęła głową.

- W rzeczy samej.

Miała nadzieję, że zwyczajowa formułka pasuje do jego wypowiedzi. Zwykle pasowała, niezależnie od tego, co kto mówił.

Uśmiechnął się nieznacznie, lecz tak czarująco, że znów wytrącił ją z równowagi. Z wysiłkiem odwróciła się do jego towarzysza; Gerrard Debbington uwolnił jej dłoń, co w znacznym stopniu pomogło jej zapanować nad własnym ciałem i myślami.

Jasnowłosy, przystojny jak bożek dżentelmen uśmiechnął się do niej szeroko.

- Jestem Barnaby Adair, panno Tregonning. Jestem zachwycony, mogąc panią poznać.

Udało jej się uśmiechnąć. Podała mu dłoń i czekała. Jednak mimo iż Adair zdawał się ulepiony z tej samej gliny, co Debbington, dotyk jego dłoni nie wywołał w niej żadnych emocji; jego błękitne oczy były po prostu tylko ładne i radosne, a głos nie sprawiał, że zapominała o wypowiadanych przezeń słowach.

Jacqueline powitała go z uczuciem ogromnej ulgi, potem zaś stanęła z boku, gdy Mitchel i Millicent poprowadzili obydwu dżentelmenów w kierunku sofy, by dopełnić prezentacji. Podczas gdy pozostała trójka szła ku matronom, Gerrard wahał się i ociągał. Jacqueline czuła, że wciąż na nią patrzy. Spojrzała w górę i napotkała jego wzrok. Najdelikatniejszym z gestów i nieznacznym uniesieniem brwi dał jej do zrozumienia, iż pragnie, by mu towarzyszyła. Sama nie wiedziała, dlaczego się na to godzi, choć w zasadzie nie miała wyjścia. Ruszyła więc za ciotką, z Gerrardem.

Używając wciąż tego prostego sposobu - nie ruszając z miejsca, dopóki ona się nie ruszyła - Gerrard przez cały czas zapoznawania się z kolejnymi osobami kroczył u boku panny Tregonning. Choć w najmniejszym stopniu nie interesowały go postaci, którym go przedstawiano, był na tyle świadomy towarzyskich obowiązków, aby nie dać po sobie tego poznać. Część jego umysłu zajmowała się formułowaniem stosownych odpowiedzi, łączeniem twarzy z nazwiskami i zapamiętywaniem koneksji rodzinnych i towarzyskich. Żaden z jego rozmówców nie odgadłby, że cała jego uwaga skupiona jest na kobiecie stojącej u jego boku.

Niemalże nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Portretowanie córki lorda Tregonninga okazało się dalekie od odrażającego i nudnego obowiązku. Stało się... dokładnie takim rodzajem wyzwania, jakiego zawsze pragnął i jakie uwielbiał. Skupił na niej wszystkie swoje zmysły. Tak wiele było w niej nieodgadnionych tajemnic! Mówiąc wprost - fascynowała go. Był poniekąd świadomy tego, że pewne elementy owej fascynacji zbliżyły się do uczuć, które wywoływały w nim damy pociągające go raczej erotycznie niż artystycznie. Ponieważ jednak Jacqueline Tregonning była pierwszą damą spoza jego rodziny, którą postanowił namalować, nie miał pewności, czy jest w tym coś niewłaściwego. Zawsze postrzegał kobiety takimi, jakimi są. Jako złożone, kompletne, również seksualne istoty; to był jeden z powodów jego sukcesu jako portrecisty.

Jacqueline okazałaby się Świętym Graalem dla każdego artysty - miała głębię, grały w niej emocje i pasje, troski i rozmyślania, a to wszystko za fasadą twarzy, która sama w sobie była intrygująca. Wystarczyło jedno spojrzenie w jej piękne oczy i już wiedział, z czym się właśnie zetknął - z modelką ucieleśniającą życiową siłę, której potrzebował, by stworzyć prawdziwe dzieło sztuki. Stanowiła zagadkę.

Gerrard zdawał sobie sprawę, że jest na to za młoda. Damy w jej wieku zazwyczaj nie posiadały głębi, a już na pewno nie miały w sobie głębi skrywanych; nie żyły na tyle długo i nie doświadczyły wystarczająco wielu tragedii, by wytworzyć w sobie drugie dno. Jacqueline Tregonning była ucieleśnieniem osoby, o której mówi się „cicha woda”. Niczym spokojne, głębokie jezioro o gładkiej, lśniącej powierzchni, lecz posiadające w swych głębinach groźne wiry. Nie miał jeszcze najmniejszego pojęcia, czego mogły dotyczyć owe wiry i co je wywołało, jednak zamierzał się tego dowiedzieć. Tego i w ogóle wszystkiego na jej temat, wszystkiego, co czaiło się za spokojną fasadą. Na razie w jej oczach mógł dostrzec jedynie samokontrolę.

W czasie rozmów z rozmaitymi osobami pozostał skupiony na Jacqueline i instynktownie zapamiętywał nie to, co pokazywała, lecz to, co wyczuwał, jako jej prawdziwe emocje. Rezerwa, dystans, zamknięcie w sobie. Słowa te rezonowały w jego głowie, gdy obserwował jej beznamiętną twarz. To nie była nieśmiałość; w ogóle nie zdawała się zawstydzona. Widać było, że czuje się pewnie i bezpiecznie w swoim własnym domu, z ludźmi, których prawdopodobnie zna od wielu lat.

Jednak wcale im nie ufa.

Nikomu, z wyjątkiem ciotki Millicent.

Właśnie przyswajał sobie to nowe odkrycie, gdy usłyszał wolne kroki i cichy stukot laski o podłogę. Odwrócił się razem z innymi. W drzwiach pojawił się starszy dżentelmen. Mężczyzna odnalazł go wzrokiem, przez chwilę mu się przypatrywał, w końcu podszedł bliżej. Szedł powoli, lecz jego kroki nie były słabe ani ociężale. Raczej wyważone.

Marcus, lord Tregonning, należał do starej szkoły. Gerrard w lot rozpoznał oznaki: niemodny krój marynarki, spodnie do kolan, rozmyślnie powolny krok, niepotrzebna łaska i celowe niedostrzeganie innych osób, nie licząc konkretnie tej, na której spoczęło oko szanownego pana. A spoczęło na nim. Gerrard cieszył się ze szkoły, której poddali go Vane i Gabriel Cynsterowie, dzięki czemu potrafił utrzymać niewzruszony wyraz twarzy, w tym konkretnym przypadku powściągając nieznośną chęć roześmiania się. Ani on sam, ani Barnaby nie przejmowali się budzącym grozę stylem starszego pokolenia.

Kątem oka dostrzegł, że Barnaby powstrzymuje uśmiech - uśmiech pełen szacunku, jednak lord Tregonning zapewne byłby niezadowolony, widząc taki objaw lekceważenia. Byli wszak gośćmi w jego domu, a oto stali tu niemal jak drapieżnicy, zupełnie innego gatunku niż pozostali dżentelmeni w pokoju, ze świeżą krwią na pazurach i na terytorium starego lwa.

Wzrok lorda Tregonninga był jeszcze ostrzejszy i bardziej oceniający niż wzrok jego córki. Twarz miał bladą, poznaczoną głębokimi zmarszczkami, które Gerrard uznał za pozostałość wielkiego żalu. Włosy wciąż miał gęste i ciemne, oczy kryły się głęboko pod ciężkimi powiekami; trzymał się sztywno i bardzo prosto. Dłoń zaciśnięta na główce laski była naznaczona wiekiem, pokryta plamami, lecz uścisk zachował młodzieńczą moc. W duchu Gerrard określił starego lorda jako znękanego, lecz wciąż dumnego pana.Lord Tregonning zatrzymał się dwa kroki od Gerrarda. Brązowe oczy o odcieniu agatów wpiły się w niego, gdy przemówił:

- Gerrard Debbington, jak mniemam?

Gerrard ukłonił się z szacunkiem. Starszy dżentelmen wyciągnął ku niemu dłoń i gość ją uścisnął, wytrzymując spokojne spojrzenie starych oczu.

- Jestem zaszczycony, że przyjął pan mojezamówienie, sir.

Gerrard wiedział, że nie powinien okazywać całego swego zachwytu.

- Jak pan wie, tutejsze ogrody są uznawane za cud. Nie mógłbym odrzucić takiej szansy.

Tregonning uniósł brwi.

- A portret?

Gerrard spojrzał na Jacqueline; odeszła kilka kroków, by porozmawiać z innymi młodymi damami.

- Jeśli o to chodzi, wątpliwości, które miałem na początku, a które z pewnością przekazał panu Cunningham, zniknęły. W zasadzie nie mogę się już doczekać pracy.

Wiele wysiłku kosztowało go zachowanie spokoju i wyrażanie się tonem uprzejmym i obojętnym. W rzeczywistości bowiem marzył tylko o tym, by wysłać szanownego pana Tregonninga oraz całą resztę na jakąś inną planetę, wyszarpnąć szkicownik z walizki, Jacqueline Tregonning gdzieś posadzić i zabrać się za rysowanie. Zmuszając się do oderwania od niej wzroku, zerknął na gospodarza i zobaczył przebłysk niezmiernej ulgi na jego znużonej twarzy.

- Czy wolno mi przedstawić panu Barnaby’ego Adaira?

Tregonning uścisnął dłoń Barnaby’ego, a Gerrard wykorzystał tę chwilę, by lepiej mu się przyjrzeć. Istotnie, stary lord nieco się rozluźnił, część sztywności odpłynęła z jego ramion, ponure napięcie w tajemniczy sposób zniknęło z jego twarzy.

Przywitawszy się z Barnabym, Tregonning ponownie utkwił spojrzenie w Gerrardzie, tym razem jednak patrzył z delikatnym odcieniem aprobaty.

- Może... - stary lord rzucił okiem ku damom, tym młodym i tym nieco starszym, ze wszystkich sił starającym się robić wrażenie, że nie podsłuchują każdego ich słowa. - Może przeszlibyśmy do mojego gabinetu, żeby omówić pana oczekiwania?
- Doskonały pomysł. - Gerrard zerknął na Jacqueline, stojącą w głębi pokoju. - Chciałbym przedstawić panu zasady, których zawsze się trzymam i które gwarantują, że portret pana córki będzie właśnie taki, jakiego obaj sobie życzymy.
- Świetnie, świetnie. - Tregonning wskazał ręką na drzwi. - Proszę ze mną...
- Marcus? Marcus, zaczekaj!

Odwracając się wraz z gospodarzem, Gerrard zobaczył damę, przedstawioną mu wcześniej jako lady Fritham, biegnącą ku nim i machającą rękami. Unosząc ze zdumienia brwi, Tregonning wsparł się na lasce.

- Słucham cię, Mario?
- Jutro wieczorem wyprawiam przyjęcie i chciałabym zaprosić na nie ciebie, pana Debbingtona i pana Adaira. To będzie dla nich doskonała sposobność zapoznania się z naszym gronem znajomych. - Nieprawdopodobnie jasne loki lady Fritham drżały z ferworem. Szeroko otworzyła błękitne oczy i złożyła upierścienione dłonie na podołku. - Drodzy panowie, nie dajcie się prosić!
- Gerrard spojrzał na Tregonninga, zdając się na jego wolę. Gospodarz przelotnie spojrzał mu w oczy i zwrócił się do lady Fritham:
- Jestem pewny, że panowie Debbington i Adair z radością przyjmą twoje zaproszenie, Mario. Obawiam się jednak, że ja sam nie będę mógł się pojawić. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Ukłonił się powściągliwie i ruszył ku drzwiom.

- Zostanę w salonie. - Barnaby grzecznie się skłonił i podszedł do Millicent Tregonning.

Lord szedł ku drzwiom. Tuż za nim podążał Gerrard, zastanawiając się, czy jego pracodawca ma zamiar przywołać swą córkę, czy może sam powinien mu to zaproponować. Wyszli na korytarz; Tregonning nawet nie spojrzał za siebie. Pytał o życie w stolicy, posługując się pojęciami kogoś, kto nie był w Londynie od kilku dekad. Gerrard odpowiadał na pytania, gdy szli długim korytarzem ku gabinetowi. Na swój sposób jego gospodarz był równie intrygujący, jak jego córka. Otaczała go aura znużenia, którym emanował jego cichy głos. Przeczyło temu przemożne wrażenie, że działaniami starszego dżentelmena kieruje jakiś ponury, niepodważalny zamysł. Gerrard nie potrafił niczego odczytać z jego twarzy; lord trzymał swe emocje na wodzy, zepchnięte tak głęboko i tak dobrze ukryte, że nie mógł ich łatwo rozpoznać nawet tak dobry obserwator, jakim był Gerrard.

Pomyślał znowu o Jacqueline Tregonning. Być może rezerwa, którą w niej wyczuł, była cechą rodzinną; jednak w jej przypadku zewnętrzna, dostępna wszystkim część jej osobowości jeszcze do tego stopnia nie skostniała. Nie tłumaczyło to jednak, w jaki sposób dama w takim wieku - choćdokładnie nie wiedział, ile ma lat - dorobiła się jakichś tragicznych sekretów.

Idąc korytarzem, rozglądał się dyskretnie. Przyzwyczaił się do książęcych rezydencji, jednak ten dom był ogromny i wyposażony bardziej ekscentrycznie, niż to bywało w zwyczaju. Wnętrza zapełniały meble dobrej, choć nie wyjątkowej jakości, głównie ciemne, ciężkie i rzeźbione, najczęściej w stylu barokowym. Atmosfera była zgoła gotycka, dziwaczna, lecz nieprzytłaczająca.

Na końcu korytarza Tregonning poprowadził go po kilku schodach i otworzył drzwi, wpuszczając gościa do ciemnego gabinetu. Był to wygodny pokój, urządzony w męskim stylu; zapadając się w ogromny skórzany fotel, który wskazał mu gospodarz, Gerrard stwierdził, że prawdopodobnie Tregonning spędza w gabinecie większość swego pustelniczego życia. Sadowiąc się w drugim fotelu, starzec zatoczył dłonią łuk.

- Mój dom i cała służba są do pańskiej dyspozycji. Czego panu trzeba?
- Studio, w którym będę pracował, musi mieć doskonale oświetlenie. Zwykle świetnie do tego celu nadają się dawne pokoje dziecięce.

Tregonning pokiwał głową.

- Mamy nieużywany duży pokój dziecięcy. Wydam polecenie, by go uprzątnięto i przygotowano do użytku. Ma bardzo duże okna.
- Doskonale. Obejrzę go i zdecyduję, czy się nadaje. Byłoby bardzo wygodnie, gdyby mój pokój oraz pokój dla mojego lokaja były niedaleko pracowni.

Tregonning machnął ręką.

- Jestem pewien, że niezastąpiona pani Carpenter da sobie radę z wszystkimi pańskimi potrzebami lokalowymi.

Gerrard wymienił inne niezbędne rzeczy: długi stół, podwójny zamek w drzwiach i inne, pomniejsze przedmioty. Tregonning zaakceptował wszystko bez zmrużenia oka, wymieniając z nazwiska konkretnych służących, którzy mogą zająć się poszczególnymi zadaniami.

- Przywiozłem wszystkie potrzebne mi materiały, zaś Compton pojawi się niedługo z resztą bagażu. Może się zdarzyć, że będę musiał w jakimś momencie pojechać do stolicy, by uzupełnić zapasy, jednak nie mogę określić czy i kiedy to nastąpi.

Tregonning kiwnął głową.

- Czy ma pan choćby mgliste pojęcie, ile czasu może panu zabrać stworzenie portretu?
- Niestety, nie. Moje poprzednie portrety malowałem po kilka miesięcy, najdłużej osiem. Jednak w tamtych przypadkach doskonale znałem moich modeli i modelki. Jeśli zaś chodzi o ten portret, zanim zdołam zrobić choćby wstępne szkice, będę musiał najpierw spędzić sporo czasu w towarzystwie pańskiej córki, po prostu ją obserwując. A skoro już o tym rozmawiamy, powinniśmy ustalić, co oznacza „pozowanie” i co się w tym terminie zawiera. Do namalowania portretu, jakiego pan oczekuje, przynajmniej na początku będę wymagał wyłącznego rozporządzania czasem pańskiej córki. Muszę widzieć ją w rozmaitych sytuacjach i przy czynnościach, które wykonuje w domu. Niezwykle istotne jest, bym poznał jej charakter i osobowość. - Gerrard dodał jeszcze dla zwykłej formalności: - Spodziewam się, że pańska córka wie o portrecie i chce poświęcić mu konieczny czas?

Tregonning zamrugał szybko. To był pierwszy raz, gdy Gerrard zobaczył na jego twarzy coś innego niż wyraz absolutnej pewności siebie. Przypomniał sobie surowy, oceniający wzrok Jacqueline i osaczyła go wątpliwość. Czy młoda dama wyraziła zgodę na portretowanie?

Tregonning zmarszczył brwi.

- Powiedziała, że zgodzi się pozować, jednak gdy ją o to pytałem, nie znałem szczegółów, które mi pan teraz wyjaśnił. Córka może nie uznać konieczności... - Pokręcił głową z zaciśniętymi wargami. - Porozmawiam z nią.
- Nie. Z całym szacunkiem, wolałbym sam z nią porozmawiać. Będę mógł odpowiedzieć na wszystkie jej pytania i upewnić się, że nie ma między nami jakichś nieporozumień czy niedomówień.
- Gerrard wytrzymał uważne spojrzenie lorda.
- Żądanie spędzania z nią każdej chwili zmniejszy się z chwilą, gdy zacznie mi pozować do płótna.

Twarz Tregonninga rozjaśniła się i wyraźnie się rozluźnił.

- Tak rzeczywiście będzie najlepiej. Córka zgodziła się pozować i nie sądzę, żeby teraz miała odmówić, jednak z pewnością będzie dobrze, gdy powiadomi ją pan o swoich oczekiwaniach i potrzebach.

Gerrard odetchnął dyskretnie. Miał o wiele większe zaufanie do własnej umiejętności przekonywania niż do elokwencji Tregonninga. Lord zdawał się zdystansowany do całego świata i prawdopodobnie w zbliżony sposób traktował także swą córkę. Ponieważ Gerrard nie miał jeszcze okazji zobaczyć, jakimi uczuciami darzą się ojciec i córka, nie chciał ryzykować, że Jacqueline zareaguje w sposób odruchowy.

Bardziej niż sam lord Tregonning, Gerrard pragnął, by portret Jacqueline zaczął już powstawać i to w najlepszych możliwych warunkach. Więcsam pomówi z damą i upewni się, że dostanie zgodę, do której będzie mógł się odwołać, jeśli w przyszłości zaczęłaby czynić mu jakieś trudności. Zrobił w głowie szybki przegląd rzeczy, które już ustalili, po czym kontynuował:

- Ponieważ zwykle nie przyjmuję zamówień, chciałbym, aby było jasne, jakiego efektu końcowego może się pan spodziewać. Zamówienie dotyczy ukończonego portretu pańskiej córki, naturalnych rozmiarów, wykonanego techniką olejną i oprawionego. Jeśli nie wydarzy się jakaś nieprzewidziana katastrofa, która przerwie naszą pracę, wspomniany portret przedstawię panu w ciągu najbliższego roku. Zachowam dla siebie wszelkie szkice i wstępne portrety. Kolejna ważna sprawa - nigdy nie pozwalam na oglądanie mojej pracy, dopóki jej nie skończę. Zobaczy pan dopiero ukończony i gotowy obraz. Jeśli go pan nie zaakceptuje, zatrzymam go, lecz nie przyjmę kolejnego zamówienia.

Tregonning kiwał głową.

- Zgadzam się na wszystko. - Spojrzał Gerrardowi w oczy. - Wiem, że pragnie pan również malować ogrody.

Tym razem zamrugał Gerrard.

- Zgadza się. - Zerknął w stronę okna, za którym rozpościerały się wspaniale widoki. - Zatrzymam wszystkie szkice i ukończone obrazy ogrodów. Jeśli kiedykolwiek wystawię któryś z nich na sprzedaż, rzecz jasna, będzie miał pan prawo pierwokupu.

Tregonning chrząknął cicho.

- Spodziewam się - powiedział lord dźwigając się z przepastnego fotela - że chciałby pan bezzwłocznie zwiedzić ogrody.Ze wzrokiem wciąż utkwionym w oknie, Gerrard również się podniósł i zwrócił spojrzenie na Tregonninga.
- Niekoniecznie. W artystycznym znaczeniu nie biorę pod uwagę zwiedzania innych ogrodów niż osoba pańskiej córki i to aż po horyzont. Innymi zajmę się, gdy już będę miał zarys jej portretu.

Tregonning był zaskoczony, ale wyraźnie zadowolony i usatysfakcjonowany.

Idąc przy jego boku do salonu, Gerrard zdawał sobie sprawę z ironii losu. Przyjechał tu, by namalować cudowności Hellebore Hall, jednak pomimo obsesji, jaką miał na ich punkcie, za każdym razem, gdy jego wzrok padał na Jacqueline Tregonning, marzył tylko o malowaniu jej twarzy.

Z jej urokiem nie mógł się równać nawet słynny Ogród Miłości.

Wrócili do głównego holu. Lord Tregonning wskazał mu drzwi do salonu, lecz sam zatrzymał się kilka kroków przed nimi.

- Powiadomię panią Carpenter i Treadle’a o pańskich potrzebach. Z pewnością będą chcieli z panem później porozmawiać.
- Dziękuję.

Kiwnąwszy głową, Tregonning poszedł korytarzem, którym przed chwilą przyszli. Zza drzwi salonu dobiegał kobiecy szczebiot. Najwyraźniej lord zamierzał schronić się w swoim gabinecie, zostawiając Gerrarda i Barnaby’ego na pastwę lady Fritham, pani Myles i surowej pani Elcott. Akceptując to, co i tak było nieuniknione, Gerrard ruszył do boju. W czasie jego nieobecności podano herbatę; Millicent Tregonning z uśmiechem wręczyła mu filiżankę. Usadowiony między nią i panią Myles, porozmawiał chwilę o swoich pierwszych wrażeniach. Pani Myles natychmiast dawała się rozpoznać jako matka, mająca dwie córki na wydaniu; z błyszczącymi oczami, urywanym szeptem komentowała, co też Barnaby porabia w drugim końcu pokoju. Gerrard oddał pustą filiżankę, przeprosił damy i podszedł do przyjaciela.

Oczywiście ani Barnaby, ani sam Gerrard nie mogliby tak po prostu uciec od towarzyskich obowiązków. Zanim ich sława jako nowych postaci nie zblednie, pozostaną w ośrodku zainteresowania. Gerrard przeciął pokój, omijając łukiem sofę, na której siedziała lady Fritham pogrążona w żywej dyskusji z panią Elcott. Ubrana w szarą suknię, która podkreślała jej siwe włosy, pastorowa wyglądała, jakby wciąż oczekiwała wybuchu jakiegoś straszliwego skandalu. Gerrard podszedł do grupy młodych osób, w której centrum, co było do przewidzenia, królował Barnaby.

Widząc, że Gerrard się zbliża, panny Myles dyskretnie rozsunęły się na boki, robiąc dla niego miejsce w kółku. Uśmiechnął się wypróbowanym uśmiechem i lekko skinąwszy głową, obszedł grupę dookoła i stanął u boku panny Tregonning. Choć była skupiona na opowieści Barnaby’ego, czuła, że Gerrard do niej podszedł. Zerknęła na niego z ukosa i przesunęła się nieco, by mógł swobodnie przy niej stanąć. Gerrard zauważył w jej wzroku irytację i zastanowił się nad jej przyczyną. Po chwili doszedł do wniosku, iż złościło ją to, że stojąc tuż przy nim nie miała szansy go obserwować.

Uśmiechnął się.

Po drugiej stronie kółka widział błyszczące oczy panien Myles. Udając, że ich nie dostrzega, wpatrzył się w przyjaciela. Wzbudzanie jakichkolwiek nadziei w młodych sercach panien Myles byłoostatnią rzeczą, jakiej pragnął. Ta myśl zmusiła go nagle do dyskretnego spojrzenia w lewą stronę, gdzie ponad eleganckim brzegiem gorsetu unosiły się piersi Jacqueline. Skórę miała nieskazitelną, białą jak mleko. Poczuł, jak swędzą go palce. Mógłby przysiąc, że ta skóra w dotyku przypomina płatki róż.

Jej kształty wypełniały suknię w niesłychanie ponętny sposób, który musiał przykuwać wzrok mężczyzn. Podnosząc oczy, Gerrard rozejrzał się po grupce; oprócz Barnaby’ego, który wyraźnie dostrzegał jej piękno, pozostali dwaj dżentelmeni zdawali się zupełnie nieczuli na wdzięki Jacqueline. Czy wynikało to z ich wieloletniej znajomości, czy...?

W trakcie historii opowiadanej przez Barnaby’ego Cunningham wyraźnie ignorował siostry Myles, za to rzucał ukradkowe, bardzo nieśmiałe spojrzenia na Eleanor Fritham. Była prawdziwą ślicznotką, nieco starszą niż Jacqueline i zupełnie innego rodzaju. Wyższa i szczuplejsza, miała alabastrową skórę i długie, niezwykle jasne włosy. Jej oczy były w odcieniu pogodnego nieba, brwi i rzęsy miała brązowe. Bezwstydnie używała ich, by oczarować Barnaby’ego, skupiając na nim całą swą uwagę. Niczego dobrego jej to nie przyniesie, pomyślał Gerrard. Choć była bardzo piękna, instynktownie czuł, że nie jest to typ, który pociąga Barnaby’ego.

Nie licząc ukradkowych spojrzeń Cunninghama, Gerrard nie zauważył niczego innego godnego zanotowania. Obydwaj z Barnabym bardzo sobie cenili spokojne życie i na razie Gerrard nie odkrył niczego, co mogłoby je zakłócić.

Ukradkowość spojrzeń Cunninghama najwyraźniej miała związek z obecnością drugiego dżentelmena - niespełna trzydziestoletniego Jordana Frithama, starszego brata Eleanor. Ciemnowłosy, wyniosły dżentelmen stał między swoją siostrą i pannami Myles. Spoglądając na jego minę, Gerrard ledwie powstrzymał uśmiech. Szkic, który pojawił mu się przed oczami, można było zatytułować: „Wielce niezadowolony kogut z lokalnego podwórka, obserwujący intruzów na swoim terenie”. Barnaby i on sam byli owymi intruzami, jednak o ile Gerrard się nie mylił, to nie jego uwaga poświęcana Jacqueline, lecz uwaga Eleanor poświęcana Barnaby’emu, irytowała Jordana. Usiłował nie okazywać swych uczuć, jednak lekko wykrzywione usta wybitnie świadczyły o jego zdenerwowaniu.

- Gdy jednak Monteith stanął triumfalnie w powozie, ciesząc się z wygranej - Barnaby przybrał pełną dramatyzmu pozycję - zobaczył, że stoi tam już George Bragg i nonszalancko opiera się o bat!

Siostry Myles jednocześnie westchnęły, oczy Eleanor lśniły ze śmiechu. Z ujmującym uśmiechem Barnaby dokończył opowieść o ostatnim skandalu na wyścigach.

- Rzecz jasna Monteith był wściekły, jednak w tym momencie mógł tylko zrobić dobrą minę do złej gry i powstrzymać wybuch.
- Och, to musiało boleć! - Eleanor lekko klasnęła w dłonie.
- Och, bolało - zapewnił ją Barnaby. - Monteith zaszył się w swej kryjówce gdzieś w górach i od tamtej pory nikt go nie widział.

Gerrard znał tę historię; widział to na własne oczy. Jordan Fritham rzucił uprzejmy komentarz na temat rodowodów londyńskich koni. Gerrard nie słyszał odpowiedzi, gdyż odwróciła się ku niemu Jacqueline. Spojrzał na nią i znów natknął się na jej uważny wzrok.

- Czy pan również ma skłonność do tego rodzaju rozrywek, panie Debbington?

Znów jakby zapomniała, że jest mężczyzną. Uśmiechnął się porażająco.

- Nie - wymruczał. - Znam lepsze sposoby spędzania czasu. Przynoszące więcej satysfakcji.

Przez chwilę wytrzymała jego wzrok i zaraz potem szelest sukni dał jej sposobność do odwrócenia spojrzenia. I zaczerpnęła powietrza. Głęboko.

Demonem, który mu przeszkodził okazała się lady Fritham. Przyszła po Eleanor i Jordana. Pani Myles z ociąganiem ruszyła za nią, przywołując córki i grupka się rozpierzchła. Millicent, Mitchel i Jacqueline poszli odprowadzić gości do powozów. Idąc kilka kroków za nimi, Gerrard i Barnaby zatrzymali się w holu.

- Cóż za spokojne i przyjazne grono, nie sądzisz? - odezwał się Barnaby.
- Byłem skupiony na Jacqueline Tregonning.
- Zauważyłem - Barnaby wzniósł oczy do góry. - Artysta zadurzony w modelce - niezbyt oryginalne posunięcie.
- Nie zadurzony, idioto, tylko zaabsorbowany. Jest w niej o wiele więcej do odkrycia niż to, co widać na pierwszy rzut oka.
- Nie mam zamiaru się z tobą sprzeczać w tej kwestii. A jeśli chodzi o inne, to się zobaczy.

Do holu weszła pani Carpenter i od razu się do nich zbliżyła.

- Już przygotowaliśmy pokoje. Gdyby zechcieli panowie ze mną pójść, moglibyśmy się upewnić, że wszystko jest w porządku.

Gerrard uśmiechnął się do niej.

- Jestem pewien, że tak jest. - Rzucił ostatnie spojrzenie na Jacqueline stojącą na ganku i machającą dłonią, po czym odwrócił się i ruszył za panią Carpenter i Barnabym.

Służba była naprawdę tak sprawna, jak sugerował lord Tregonning. Pokój, do którego gospodyni wprowadziła Gerarda, znajdował się na pierwszym piętrze, tuż przy schodach prowadzących do dawnych pokoi dziecięcych.

- Treadle wysłał lokajów, by zabrali stamtąd wszystkie duże meble. Pokojówki posprzątają jutro o świcie, sir. Może mógłby pan zajrzeć tam po śniadaniu i powiedzieć nam, co dalej?
- Bardzo pani dziękuję, pani Carpenter, i proszę przekazać podziękowanie Treadle’owi. Po śniadaniu ustalimy dalsze kroki.

Pani Carpenter dygnęła i wyszła, a Gerrard rozejrzał się po pokoju. Był przestronny, z kilkoma wygodnymi fotelami przed dużym kominkiem i ogromnym łóżkiem z baldachimem stojącym na podeście. Drzwi po jednej stronie kominka prowadziły do garderoby, z której wychylił się na chwilę Compton. Ujrzawszy pana, kiwnął głową i ponownie zajął się rozpakowywaniem rzeczy.

Barnaby dostał podobny pokój w tym samym korytarzu, bliżej głównych schodów. Gerrard podszedł do otwartych drzwi garderoby i zajrzał do środka.

- Wszystko w porządku?
- Tak, sir. - Compton, lokaj w średnim wieku, pracował u niego od ośmiu lat. - Ten dom to świetnie działająca maszyneria, w dodatku wypełniona przyjazną atmosferą. - Obrzucił Gerrarda przeciągłym spojrzeniem. - Przynajmniej w służbówce.
- Na wyższych piętrach - Gerrard odpowiedział na pytanie, które wisiało w powietrzu - wszystko zdaje się równie doskonale, lecz wciąż nie nabrałem pewności. Wiesz może, do której grupy należy Cunningham?
- Jada posiłki z państwem. - Po chwili Compton zapytał: - Chce pan, bym się trochę rozejrzał?
- Cunningham mnie nie interesuje, ale chciałbym się dowiedzieć wszystkiego na temat młodszej panny Tregonning. Muszę ją dobrze poznać i to jak najszybciej.
- To się da zrobić. Czy naszykować dla pana do kolacji brązowy surdut, czy woli pan czarny?
- Czarny.

Compton zajął się wieczornym strojem, zaś Gerrard podszedł do oszklonych drzwi balkonowych. Półokrągły balkon miał szerokość połowy pokoju. Z uwagi na dziwaczny kształt budynku i ostry kąt, pod którym znajdował się następny pokój, z balkonu nie można było dostrzec żadnego wnętrza, ani też nikt w innym pomieszczeniu nie mógł go zobaczyć. Jego sypialnia była całkowicie odosobniona i ponadto roztaczał się stąd świetny widok na ogrody.

Mężczyzna wyszedł na balkon. Pomimo wydłużających się cieni i nadchodzącego wieczoru ogrody wyglądały magicznie - z półmroku wynurzały się fantastyczne kształty, bajkowe widoki nakładały się na siebie i przeplatały wzdłuż całej doliny; jeden fascynujący ogród przechodził w następny i tak aż do wybrzeża. Na horyzoncie morze lśniło jak złoto w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Bliżej brzegu woda mieniła się różnymi odcieniami srebra, potem błękitu i wreszcie zamieniała się w postrzępioną falę rozbijającą się o skały otaczające wąską zatoczkę. Błądził wzrokiem coraz wyżej i stwierdził, że im bliżej domu, tym bardziej uporządkowane i regularne są ogrody.

W pasie tuż przy domu, na jednym końcu dostrzegł grupę okrągłych głazów, nieco bliżej klasyczny ogród we włoskim stylu, następnie część wypełnioną jakimiś rzeźbami i wreszcie wysokie sosny na drugim krańcu. Słyszał delikatny szmer strumyka płynącego po kamieniach. Patrząc w kierunku źródła tego dźwięku, ujrzał taras tuż pod balkonem. Taras otaczał dom od strony doliny, stanowiąc zarówno wygodne wejście do ogrodów jak i miejsce widokowe. Bezpośrednio z tarasu można było zejść do wybranej części. Mniej więcej pośrodku doliny gęstszy i ciemniejszy pas roślin wznosił się ku tarasowi i prawdopodobnie biegł jeszcze pod nim.

Czując, jak obmywa go fala satysfakcji, Gerrard stwierdził, że musi to być ów słynny Ogród Nocy.

Zamierzał zwiedzić go jutro. Przez jakiś czas próbował się skupić na roztaczającym się pod balkonem widoku, ale zauważył, że jego umysł uparcie wraca do Jacqueline Tregonning. W jaki sposób ma zdobyć jej zaufanie? Jak ją skłonić do zwierzenia mu wszystkiego, co pragnął o niej wiedzieć?