48,00 zł
Czternaście opowiadań mistrza horroru!
Dzięki niemu trafiamy do tajemniczego świata cyklu „Mroczna Wieża”, w którym bohater musi się zmierzyć z czyhającymi na niego wampirzycami, ale już kilkanaście stron dalej uciekamy wraz z Johnem Dillingerem przed obławą FBI. Spotykamy wędrujących nieboszczyków, prześladuje nas zmieniający się obraz i trafiamy do nawiedzonego pokoju hotelowego, gdzie od lat dochodzi do makabrycznych wypadków. W restauracji musimy się zmierzyć z szaleńcem, który postanowił nas zabić. A kiedy wybieramy się nad rzekę, by spokojnie połowić pstrągi, spotykamy samego diabła.
Stephen King (ur. 1947) nazywany jest Królem Horroru. Sławę i awans z pracownika pralni na najbogatszego pisarza Ameryki przyniosła mu „Carrie” (1974). To od niej zaczęło się pasmo prawdziwych bestsellerów – wśród nich znalazły się chociażby kultowe „Miasteczko Salem” (1975), „Lśnienie” (1977), „Bastion” (1978), cykl „Mroczna Wieża” (1982–2012), „Cmętarz Zwiężąt” (1983), „To” (1986), „Misery” (1987), „Zielona mila” (1996), „Dallas ’63” (2011), a także najnowsze powieści – „Billy Summers” (2021), „Holly” (2023) i „Nie wymiękaj” (2025). Dzieła Kinga, łączące gatunki takie jak horror, science fiction, sensacja, thriller i fantasy, rozeszły się w setkach milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Były też wielokrotnie ekranizowane. Stephen King i jego żona Tabitha mają córkę i dwóch synów – pisarzy Owena Kinga („Śpiące królewny”) i Joego Hilla („Locke & Key”).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 625
Tytuł oryginału:
EVERYTHING’S EVENTUAL
Copyright © 2002 by Stephen King
All rights reserved
Projekt okładki oraz ilustracja na okładce
Dark Crayon
Przygotowanie okładki do druku
Ewa Wójcik
Redaktor prowadzący
Michał Nalewski
Redakcja
Jacek Ring
Korekta
Dorota Wojciechowska
ISBN 978-83-8444-669-0
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dla Shane'a Leonarda
Niejednokrotnie wspominałem o radości pisania i nie widzę potrzeby, by dziś odgrzewać ten temat, ale muszę coś wyznać: niczym amator znajduję ogromną przyjemność w praktycznej stronie tego, co robię. Zawsze trochę marudzę, krzyżuję ze sobą różne formy przekazu, eksperymentuję. Próbowałem powieści wizualnych („Burza stulecia”, „Rose Red”), powieści w odcinkach („Zielona mila”) i powieści w odcinkach publikowanej w Internecie („The Plant”). Nie chodziło mi wcale o pieniądze czy o zaistnienie na nowych rynkach; chodziło o próbę spojrzenia na akt, sztukę i rzemiosło pisania z różnych stron, aby odświeżyć proces tworzenia i starać się tworzyć wyroby – czyli opowieści – jak najbłyskotliwsze.
W poprzednim wersie najpierw napisałem „tworzyć [opowieści] zawsze nowe”, a potem skasowałem całe wyrażenie, mając na względzie uczciwość. Z kogo mógłbym stroić sobie żarty tego rodzaju, panie i panowie, jeśli nie z samego siebie? Pierwsze opowiadanie sprzedałem w wieku dwudziestu jeden lat, gdy byłem w college’u. Dziś mam pięćdziesiąt cztery lata i mój organiczny komputer ważący 2,2 funta, na którym noszę czapkę z logo Red Sox, przetworzył już mnóstwo słów. Pisanie opowiadań to dla mnie nic nowego, co wcale nie znaczy, że straciło już urok. Jeśli jednak nie znajdę sposobu, aby wciąż były ciekawe i tchnęły świeżością, szybko zestarzeją się i zmęczą. Nie chcę tego, bo nie chcę oszukiwać ludzi, którzy czytają moje rzeczy (chodzi także o ciebie, mój drogi wierny czytelniku), nie chcę też oszukiwać siebie. Przecież razem w tym uczestniczymy. Jakbyśmy się umówili na randkę. Powinniśmy się świetnie bawić. Powinniśmy tańczyć.
Mając to wszystko na uwadze, muszę wspomnieć o czymś jeszcze. Moja żona i ja jesteśmy właścicielami dwóch stacji radiowych, WZON-AM zajmującej się sportem i WKIT-FM nadającej klasycznego rocka („rocka z Bangor”, jak mówimy). W dzisiejszych czasach radio to niełatwy interes, zwłaszcza na takim rynku jak Bangor, gdzie jest za dużo stacji, a za mało słuchaczy. U nas jest współczesne country, klasyczne country, stare przeboje i klasyczne stare przeboje, Rush Limbaugh, Paul Harvey i Casey Kasem. Stacje Steve'a i Tabby Kingów przez wiele lat przynosiły straty – niezbyt dotkliwe, ale na tyle duże, by mnie rozdrażnić. Lubię być górą, a mimo że wygrywaliśmy w notowaniach Arbitronu (które dla radia są tym, czym Nielsen dla telewizji), każdy kolejny rok kończyliśmy pod kreską. Tłumaczono mi, że w Bangor nie ma wystarczających przychodów z reklam, że rynkowy tort pokrojono na zbyt dużo kawałków.
Wpadłem więc na pewien pomysł. Napiszę słuchowisko, myślałem, podobne do tych, których słuchałem z dziadkiem, gdy dorastałem (a on się starzał) w Durham w stanie Maine. Prawdziwy spektakl na Halloween! Oczywiście, znałem sławną – lub niesławną – adaptację „Wojny światów” Orsona Wellesa z „Mercury Theatre”. Welles wykoncypował (absolutnie genialnie), żeby klasycznej opowieści H.G. Wellsa o inwazji Marsjan nadać formę serwisów informacyjnych i relacji na żywo. Udało się. Udało się tak dobrze, że w całym kraju wybuchła panika, a Welles (Orson, nie Herbert George) musiał w następnym wydaniu „Mercury Theatre” publicznie wygłosić przeprosiny. (Założę się, że zrobił to z uśmiechem – wiem, że ja bym się uśmiechał, gdybym kiedykolwiek wymyślił tak potężne i przekonujące kłamstwo).
Doszedłem do wniosku, że to, co się powiodło Orsonowi Wellesowi, uda się także mnie. Zamiast zaczynać się od muzyki tanecznej jak adaptacja Wellesa, moja audycja zacznie się od zawodzenia Teda Nugenta w „Cat Scratch Fever”. Potem włączy się spiker, jedna z naszych prawdziwych osobowości radiowych z WKIT (nikt nie nazywa ich już didżejami). „Tu JJ West, wiadomości WKIT – mówi. – Jestem w centrum Bangor, gdzie na Pickering Square zgromadziło się jakieś tysiąc osób, obserwujących, jak na ziemię opuszcza się wielki srebrzysty dysk… chwileczkę, uniosę mikrofon, może państwo usłyszą”.
W ten prosty sposób wrócilibyśmy do gry. Do uzyskania efektów dźwiękowych mógłbym wykorzystać własne urządzenia radiowe, wszystkie role odegraliby aktorzy z miejscowego teatru, a co by było najlepsze? Najlepsze w całym projekcie? Otóż nagralibyśmy efekt naszych działań i sprzedali stacjom w całym kraju! Doszedłem do wniosku, że dochód z tego przedsięwzięcia (a księgowy się ze mną zgodził) można będzie zakwalifikować jako „dochód stacji radiowej” zamiast „dochód z tytułu działalności literackiej”. W ten sposób poradzilibyśmy sobie z niedostatecznym przychodem z reklam i pod koniec roku stacje radiowe wreszcie odnotowałyby jakiś zysk!
Podekscytował mnie pomysł audycji, a także perspektywa wspomożenia radia dzięki swoim umiejętnościom pisarskim. Co się więc stało? Nie dałem rady, ot co się stało. Próbowałem i próbowałem, ale wciąż wychodziła mi narracja. Wcale nie brzmiała jak sztuka, która rozwija się w wyobraźni widza (ci, którzy mają tyle lat, by pamiętać programy radiowe w rodzaju „Suspense” czy „Gunsmoke”, będą wiedzieli, o czym mówię), a bardziej przypominała książkę w wersji dźwiękowej. Jestem pewien, że mimo to moglibyśmy trochę zarobić na sprzedaży tego materiału, jednak wiedziałem, że sztuka nie odniesie sukcesu. Była nudna. Oszukałbym słuchacza. Miała feler, a ja nie wiedziałem, jak go usunąć. Odniosłem wrażenie, że pisanie słuchowisk to zapomniana sztuka. Straciliśmy zdolność widzenia uszami, choć kiedyś to potrafiliśmy. Pamiętam, gdy słuchałem, jak jakiś imitator dźwięku stuka kostkami palców w kawałek wydrążonego drewna… i jak na dłoni widziałem Matta Dillona, który w zakurzonych butach podchodzi do baru w Saloonie Long Branch. Ale to przeszłość. Tamte czasy nie wrócą.
Pisanie dramatów w stylu Szekspira – komedii i tragedii, które uciekają się do białego wiersza – to kolejna stracona sztuka. Ludzie wciąż chodzą na wystawianego w college’ach „Hamleta” czy „Króla Leara”, ale bądźmy szczerzy: jak twoim zdaniem, drogi czytelniku, wypadłyby te dramaty w telewizji, gdyby porównać je z „Weakest Link” albo „Survivor Five: Stranded on the Moon”, nawet gdyby udało się obsadzić Brada Pitta w roli Hamleta czy Jacka Nicholsona jako Poloniusza? I mimo że ludzie wciąż chodzą na elżbietańskie fantazje w rodzaju „Króla Leara” i „Makbeta”, radość czerpaną z tej formy sztuki dzielą lata świetlne od radości ze stworzenia nowego, oryginalnego dzieła. Od czasu do czasu ktoś próbuje wystawiać na Broadwayu albo w mniejszych teatrach nowojorskich dramaty pisane białym wierszem. Ich klęska jest nieunikniona.
Poezja nie jest sztuką straconą. Poezja ma się lepiej niż kiedykolwiek. Oczywiście, jak zwykle znajdzie się gdzieś banda idiotów (jak sami mówili o sobie autorzy magazynu „Mad”), ludzi, którzy zupełnie pomieszali pretensjonalność z geniuszem, ale poza nimi jest jeszcze wielu błyskotliwych praktyków tej sztuki. Jeżeli mi nie wierzycie, zajrzyjcie do magazynów literackich w swoich księgarniach. Na sześć beznadziejnych wierszy, jakie tam przeczytacie, znajdziecie jeden czy dwa naprawdę dobre. Wierzcie mi, taki stosunek chłamu do klejnotów jest do przyjęcia.
Opowiadanie też nie jest sztuką straconą, ale moim zdaniem znajduje się o wiele bliżej przepaści niż poezja. Kiedy sprzedałem pierwsze opowiadanie w cudownie zamierzchłym roku 1968, już wtedy bolałem nad stale malejącym rynkiem: czytadła już przegrały, zbiory opowiadań też stały już na straconej pozycji, tygodniki (takie jak „The Saturday Evening Post”) umierały. W ciągu lat, jakie upłynęły od tamtych czasów, rynek opowiadań nadal się kurczył. Niech Bóg błogosławi małe czasopisma, w których młodzi pisarze mogą jeszcze publikować opowiadania w zamian za egzemplarze autorskie, niech Bóg błogosławi redaktorów, którzy jeszcze czytają zawartość ich wymiętoszonych maszynopisów (zwłaszcza w obliczu paniki wywołanej wąglikiem w 2001 roku), i niech Bóg błogosławi wydawców, którzy jeszcze czasem dają zgodę na publikację antologii oryginalnych opowiadań, ale Bóg nie będzie musiał poświęcać na błogosławieństwo całego dnia Swego ani nawet Swej przerwy na kawę. Wystarczy dziesięć minut, góra kwadrans. Takich ludzi jest bardzo niewielu, a z roku na rok ubywa jednego czy dwóch. Nie ma już czasopisma poświęconego opowiadaniom, świetlistego drogowskazu młodych pisarzy (nie wyłączając mnie, choć prawdę powiedziawszy, nigdy tam nie publikowałem). Nie ma już „Amazing Stories”, mimo licznych prób wskrzeszenia pisma. Nie ma ciekawych czasopism science fiction takich jak „Vertex” ani oczywiście magazynów poświęconych horrorom jak „Creepy” czy „Eerie”. Tych wspaniałych pism nie ma już od dawna. Od czasu do czasu ktoś próbuje wskrzesić jedno z nich; kiedy piszę te słowa, taką nieśmiałą próbę ożywienia przechodzi „Weird Tales”. W większości wypadków podobne wysiłki kończą się niepowodzeniem. Tak jak dramaty pisane białym wierszem, które istnieją przez chwilę krótką jak mgnienie oka. Kiedy coś odchodzi, nie ma już drogi powrotu. To, co stracone, najczęściej pozostaje stracone.
W ciągu tych lat nadal pisałem opowiadania, częściowo dlatego, że czasem przychodziły mi do głowy pomysły – pięknie skondensowane, które domagały się trzech tysięcy, może dziewięciu, najwyżej piętnastu tysięcy słów – a częściowo dlatego, iż w ten sposób potwierdzam (przynajmniej samemu sobie), że się jeszcze nie skończyłem, bez względu na to, co mogą sobie myśleć mniej przychylni mi krytycy. Opowiadania to nadal akordowa praca na zamówienie, odpowiednik niepowtarzalnych przedmiotów, które można kupić u rzemieślnika. Jeśli zechcesz być cierpliwy i zaczekasz, rzecz zostanie wykonana ręcznie w warsztacie na zapleczu.
Nie ma jednak żadnego powodu, by opowiadania sprzedawać w taki sam sposób jak przed laty, tylko dlatego, że tworzy się je tak samo, nie ma też powodu zakładać (jak czyni to wielu nudziarzy w prasie krytycznej), że droga, jaką dzieło literackie trafia do odbiorców, musi w jakiś sposób skazić czy umniejszyć wartość samego produktu.
Mówię tu o opowiadaniu „Jazda na Kuli”, które z pewnością jest moim najdziwniejszym doświadczeniem rynkowym, a także stanowi dobrą ilustrację istoty mojego wywodu: to, co stracone, niełatwo odzyskać; gdy minie się pewien punkt, koniec jest zapewne nieunikniony, ale świeży punkt widzenia na jeden z aspektów twórczego pisania – aspekt komercyjny – może czasem odświeżyć wszystko.
„Jazda na Kuli” powstała po książce „Jak pisać”, gdy wciąż wracałem do zdrowia po wypadku, w stanie niemal ciągłego cierpienia fizycznego. Pisanie ratowało mnie przed najgorszym bólem; było (i nadal jest) najlepszym środkiem przeciwbólowym w moim ubogim arsenale. Chciałem opowiedzieć historię bardzo prostą; naprawdę niewiele bardziej skomplikowaną niż opowieści o duchach, które snuje się przy ogniskach. „O autostopowiczu, którego zabrał nieboszczyk”.
Podczas gdy pisałem opowiadanie w nierzeczywistym świecie własnej wyobraźni, w równie nierzeczywistym świecie handlu elektronicznego rósł w siłę e-biznes. Jednym z aspektów tego zjawiska była tak zwana książka elektroniczna, która zdaniem niektórych miała oznaczać koniec książek, jakie znamy – przedmiotów ze sklejonych lub zszytych kartek papieru, które przewracało się ręcznie (i które czasem wypadały, jeśli klej okazał się za słaby albo szycie za stare). Na początku roku 2000 wielkie zainteresowanie wzbudził esej Arthura C. Clarke’a, który opublikowano tylko w cyberprzestrzeni. Tekst był jednak niezwykle krótki (jak pocałunek złożony na policzku siostry, pomyślałem po jego przeczytaniu). Moje opowiadanie okazało się dość długie. Pewnego dnia, zachęcona przez Ralpha Vicinanzę, zadzwoniła do mnie Susan Moldow, moja redaktorka ze Scribnera (jest wielbicielką „Z Archiwum X”, więc nazywam ją agentką Moldow… resztę dopowiedzcie sobie sami), pytając, czy nie mam czegoś nowego, z czym chciałbym spróbować zaistnieć na rynku elektronicznym. Wysłałem jej „Jazdę na Kuli” i cała nasza trójka – Susan, Scribner i ja – dołożyliśmy swoją cegiełkę do historii działalności wydawniczej. Kilkaset tysięcy czytelników ściągnęło opowiadanie z Sieci, a ja zainkasowałem kwotę, która mogła wprawić mnie w zakłopotanie. (Tyle że to cholerne łgarstwo, ani trochę nie byłem zakłopotany). Nawet prawa do wersji dźwiękowej poszły za sto tysięcy dolarów, komicznie kosmiczną cenę.
Chwalę się? Nadymam się jak jakiś pieprzony balon? W pewnym sensie tak. Ale chcę ci także powiedzieć, że przez „Jazdę na Kuli” zupełnie zwariowałem. Zwykle gdy znajdę się w jakiejś luksusowej poczekalni na lotnisku, reszta klienteli nie zwraca na mnie uwagi, pochłonięta telefonowaniem albo składaniem zamówienia przy barze. I dobrze mi z tym. Od czasu do czasu ktoś podejdzie z prośbą, abym podpisał się na serwetce „dla żony”. Odziani w gustowne garnitury i dzierżący aktówki panowie informują mnie zazwyczaj, że ich żony przeczytały wszystkie moje książki. Oni z kolei żadnej. Też uznają za stosowne mnie o tym poinformować. Po prostu nie mają czasu. Czytali „The Seven Habits of Highly Successful People”, czytali „Who Moved My Cheese?”, czytali „The Prayer of Jabez”1, ale to mniej więcej wszystko. Muszę już lecieć, pędzić, za jakieś cztery lata pewnie będę miał zawał i chcę mieć porządek ze swoim rachunkiem w funduszu emerytalnym, zanim mnie to spotka.
Po wydaniu „Jazdy na Kuli” w formie książki elektronicznej (okładka, kolofon Scribnera i tak dalej) wszystko uległo zmianie. W poczekalniach na lotniskach oblegał mnie prawdziwy tłum. Oblegano mnie nawet w poczekalni bostońskiej stacji kolejowej. Przyczepiali się do mnie ludzie na ulicy. Przez pewien czas musiałem odmawiać udziału w trzech talk-show dziennie (zwlekałem z decyzją, czekając na Springera, ale Jerry się do mnie nie odezwał). Znalazłem się nawet na okładce „Time’a”, a „New York Times” z namaszczeniem rozwodził się nad niewątpliwym sukcesem „Jazdy na Kuli”, a także nad niewątpliwą klęską „The Plant”, cybernastępcy tego opowiadania. Boże, byłem na pierwszej stronie „Wall Street Journal”. Zupełnie nieumyślnie zostałem prawdziwą gwiazdą.
Co jednak doprowadzało mnie do szaleństwa? Dlaczego uważałem, że całe to zamieszanie nie ma najmniejszego sensu? Otóż nikogo nie obchodziło opowiadanie. Do diabła, nikt mnie nawet o nie nie zapytał. Muszę wam powiedzieć, że moim zdaniem to całkiem niezłe opowiadanie. Proste, ale dobrze się czyta. Spełnia swoje zadanie. Uważam, że jeżeli czytając je z własnej woli, wyłączyłeś telewizor, to znaczy, że ta opowieść (albo inna z niniejszego zbiorku) odniosła bezapelacyjne zwycięstwo.
Ale po ukazaniu się „Jazdy na Kuli” wszyscy ci faceci w krawatach chcieli wiedzieć tylko: „Jak sobie radzi? Jak się sprzedaje?”. Jak miałem im powiedzieć, że gówno mnie obchodzi, jak opowiadanie radzi sobie na rynku, natomiast bardzo interesuje mnie, jak radzi sobie w sercu czytelnika? Czy tam odnosi sukces? Może ponosi klęskę? Przenika aż do końcówek nerwów? Powoduje ten szczególny dreszczyk stanowiący rację bytu opowiadania grozy? Stopniowo zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że jestem świadkiem kolejnego upadku działalności twórczej, jeszcze jednego kroku następnej ze sztuk na drodze, która może się urywać nad przepaścią. Jest coś dziwnie dekadenckiego w tym, że pojawiasz się na okładce znanego czasopisma tylko dlatego, że postanowiłeś dotrzeć na rynek inną niż dotąd drogą. Dziwniej jest jednak uświadomić sobie, że czytelników bardziej mogła interesować nowość formy pakietu elektronicznego niż jego zawartość. Czy chcę wiedzieć, ilu z czytelników, którzy ściągnęli „Jazdę na Kuli”, naprawdę przeczytało opowiadanie? Nie. Chyba bardzo bym się rozczarował.
Być może przyszłość należy do książki elektronicznej, być może nie. Wierz mi, naprawdę guzik mnie to obchodzi. Dla mnie był to po prostu trochę inny sposób, w jaki próbowałem w pełni zaangażować się w proces pisania opowiadań. A potem dotrzeć z nimi do jak największej liczby osób.
Ta książka prawdopodobnie przez pewien czas utrzyma się na listach bestsellerów; pod tym względem zwykle miałem szczęście. Lecz kiedy ją tam zobaczysz, możesz sobie zadać pytanie, ile innych książek z opowiadaniami trafia na listę bestsellerów w ciągu roku i jak długo wydawcy będą jeszcze publikować książki, które nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem czytelników. Dla mnie jednak nie ma większej przyjemności, niż w chłodny dzień po zmroku zasiąść w swoim ulubionym fotelu z kubkiem gorącej herbaty i słuchając wiatru za oknem, czytać dobre opowiadanie, które będę mógł skończyć jeszcze tego samego wieczoru.
Pisanie ich nie jest już tak przyjemne. Na myśl przychodzą mi tylko dwie historie z niniejszego zbioru – tytułowa oraz „Teoria zwierząt domowych L.T.” – których napisanie nie wiązało się z wysiłkiem znacznie większym, niż mogłaby sugerować ich końcowa lekkość. Sądzę jednak, że udało mi się uchronić swoje rzemiosło przed zestarzeniem, przynajmniej we własnych oczach, przede wszystkim dlatego, że każdego roku muszę napisać przynajmniej jedno lub dwa opowiadania. Nie dla pieniędzy i nawet nie z zamiłowania, ale żeby spłacić pewnego rodzaju należność. Bo jeśli chcesz pisać opowiadania, trzeba zrobić coś więcej, niż tylko myśleć o pisaniu opowiadań. To nie jest jazda na rowerze, bardziej przypomina ćwiczenia na siłowni: ćwiczysz tę umiejętność albo bezpowrotnie ją tracisz.
Zebranie ich w jednym tomie to dla mnie prawdziwa przyjemność. Mam nadzieję, że dla ciebie również. Daj mi znać na stronie www.stephenking.com, a jeżeli znajdziesz w nich to, co ja, zrób dla mnie (i dla siebie) coś jeszcze: kup jeszcze jeden zbiór opowiadań. Na przykład „Sam the Cat” Matthew Klama albo „The Hotel Eden” Rona Carlsona. To tylko dwaj dobrzy w swoim fachu twórcy opowiadań i choć oficjalnie mamy już dwudziesty pierwszy wiek, piszą je w ten sam sposób co zawsze, słowo po słowie. Forma, w jakiej ukazują się ich dzieła, niczego nie zmienia. Jeśli ci się spodoba, wspieraj ich. Najlepsza metoda wsparcia niewiele się zmieniła: czytaj ich opowiadania.
Chciałbym podziękować kilku osobom, które przeczytały moje opowiadania: Billowi Bufordowi z „New Yorkera”; Susan Moldow z wydawnictwa Scribner; Chuckowi Verrillowi, który w ciągu wielu lat dokonał redakcji mnóstwa moich tekstów; Ralphowi Vicinanzie, Arthurowi Greene’owi, Gordonowi Van Gelderowi i Edowi Fermanowi z „The Magazine of Fantasy and Science Fiction”; Nye’owi Willdenowi z „Cavaliera”; także nieżyjącemu już Robertowi A.W. Lowndesowi, który w 1968 roku kupił moje pierwsze opowiadanie. Jestem też ogromnie wdzięczny – najbardziej – swojej żonie, Tabicie, która nadal jest moim ulubionym wiernym czytelnikiem. Wszyscy wymienieni tu ludzie pracowali i pracują po to, by opowiadanie nie stało się kolejną straconą sztuką. Ja również. I ty, kupując to, co kupujesz (dotując w ten sposób tę sztukę), i czytając to, co czytasz. Przede wszystkim ty, mój wierny czytelniku. Zawsze ty.
Stephen King
Bangor, Maine
11 grudnia 2001 roku
Przełożył
Łukasz Praski
1 Tytuły popularnych książek poradnikowych (przyp. tłum.).
Jest tak ciemno, że przez chwilę – nie mam pojęcia, jak długo – wydaje mi się, że wciąż jestem nieprzytomny. Potem powoli dochodzi do mnie, że nieprzytomni ludzie nie odczuwają ruchu w ciemności, któremu towarzyszy cichy, rytmiczny dźwięk – najprawdopodobniej odgłos skrzypiącego koła. I czuję, że moje ciało czegoś dotyka, od głowy po czubki pięt. W nozdrzach czuję zapach jakby gumy czy winylu. Nie jestem nieprzytomny, poza tym wrażenia, jakie odbieram, są zbyt… jakie właściwie? Zbyt racjonalne, aby to mógł być sen.
W takim razie co to jest?
Kim jestem?
I co się ze mną dzieje?
Ustaje jękliwy rytm skrzypiącego koła i zatrzymuję się. Okrywające mnie coś o zapachu gumy głośno szeleści. Głos:
– Mówili, że do której?
Chwila ciszy. Drugi głos:
– Chyba do czwórki. Tak, do czwórki.
Znów ruszamy, ale wolniej. Teraz słyszę ciche szuranie stóp, prawdopodobnie w butach na miękkiej podeszwie, być może adidasach. Buty należą do właścicieli głosów. Znowu mnie zatrzymują. Słychać głuchy stuk, potem cichy szum. Wydaje mi się, że to odgłos otwierania drzwi pneumatycznych.
Co tu się dzieje? – wrzeszczę, lecz wrzask rozlega się tylko w mojej głowie. Moje wargi się nie poruszają. Wyraźnie je czuję – i język leżący bezwładnie w ustach jak ogłuszony kret – ale nie mogę nimi poruszać.
Pojazd, na którym spoczywam, sunie dalej. Ruchome łóżko? Tak. Inaczej wózek. Miałem już do czynienia z czymś takim, dawno temu podczas zakichanej przygody azjatyckiej Lyndona Johnsona. Uświadamiam sobie, że jestem w szpitalu, że stało mi się coś złego, coś podobnego do wybuchu, który dwadzieścia trzy lata temu omal mnie nie wykastrował, i będę miał operację. Dzięki temu przypuszczeniu potrafię udzielić rozsądnych odpowiedzi na większość pytań, ale szkopuł w tym, że nic mnie nie boli. Nic mi właściwie nie jest, jeżeli nie liczyć obezwładniającego przerażenia. Ale jeśli to są sanitariusze, którzy wiozą mnie do sali operacyjnej, dlaczego nic nie widzę? Dlaczego nie mogę mówić?
Trzeci głos:
– Tutaj, chłopcy.
Łóżko na kółkach zostaje skierowane w inną stronę, a w mojej głowie tłucze się pytanie: W co ja się najlepszego wpakowałem?
Chyba zależy od tego, kim jestem, myślę, ale to przynajmniej wiem na pewno. Nazywam się Howard Cottrell. Jestem maklerem giełdowym nazywanym przez niektórych kolegów Howardem Zdobywcą.
Drugi głos (tuż nad moją głową):
– Pięknie dziś pani wygląda, pani doktor.
Czwarty głos (damski i spokojny):
– Zawsze miło słyszeć potwierdzenie tego faktu z twoich ust, Rusty. Moglibyście się trochę pospieszyć? Muszę wrócić do domu przed siódmą. Opiekunka do dziecka obiecała swoim rodzicom, że zje dziś z nimi kolację.
Wrócić przed siódmą, wrócić przed siódmą. Może jeszcze jest popołudnie albo wczesny wieczór, ale tu panują egipskie ciemności, jest ciemno jak cholera, jak u świstaka w dupie – i co się w ogóle dzieje? Gdzie byłem? Co robiłem? Dlaczego nie dyżurowałem przy telefonach?
Bo jest sobota, wymamrotał głos z głębi. Byłeś… byłeś…
Dźwięk: ŁUP! Uwielbiam ten dźwięk. Można powiedzieć, że dla niego żyję. Dźwięk… czego? Kija golfowego, no jasne. Wybijającego piłkę z kołka. Stoję i przyglądam się, jak piłka wzbija się w błękit nieba…
Łapią mnie za ramiona i łydki i podnoszą. Truchleję ze strachu i próbuję krzyknąć. Nie wydobywam z siebie żadnego dźwięku… może tylko słabiutki pisk, znacznie cichszy niż skrzypienie kółka pode mną. Pewnie w ogóle niesłyszalny. Pewnie rozległ się tylko w mojej wyobraźni.
Przenoszą mnie w powietrzu w powłoce z czerni – hej, nie upuśćcie mnie, mam wrażliwe plecy! Staram się odezwać, ale znów nie poruszają się wargi ani zęby; język nadal leży w ustach; być może kret nie jest ogłuszony, ale martwy, a do głowy przychodzi mi straszna myśl, która wywołuje niemal panikę: co będzie, jeśli położą mnie odwrotnie i język zatka mi tchawicę? Nie będę mógł oddychać! W takich razach mówi się przecież, że ktoś „połknął język”, prawda?
Drugi głos (Rusty):
– Ten się pani spodoba, pani doktor, wygląda jak Michael Bolton.
Lekarka:
– Kto taki?
Trzeci głos – brzmi jakby należał do młodego, najwyżej kilkunastoletniego chłopaka:
– Ten biały knajpiany piosenkarz, który chce być czarny. Ale to chyba nie on.
Słyszę śmiech, do którego dołącza się kobiecy głos (trochę niepewnie), a kiedy kładą mnie na czymś w rodzaju wyściełanego stołu, Rusty znów zaczyna dowcipkować, jak gdyby opracował repertuar na cały wieczór. Tracę resztki wesołości, bo nagle zdejmuje mnie zgroza. Wcześniej pomyślałem, że nie będę mógł oddychać, jeśli zadławię się językiem, a jeżeli już nie oddycham?
Jeśli już nie żyję? Może tak właśnie wygląda śmierć?
Wszystko się zgadza. Zgadza się, pasuje w każdym najokropniejszym szczególe. Ciemność. Zapach gumy. Dziś jestem Howardem Zdobywcą, mistrzem wśród maklerów, postrachem Miejskiego Klubu Sportowego Derry, częstym bywalcem miejsca znanego na polach golfowych całego świata pod nazwą „dziewiętnastego dołka”, ale w 1971 roku należałem do Zespołu Pomocy Medycznej w delcie Mekongu i byłem przerażonym dzieciakiem, który czasem w środku nocy z mokrymi oczami budził się ze snu o swoim ukochanym psie. W jednej chwili poznaję ten dotyk i zapach.
Boże drogi, jestem w worku na zwłoki.
Pierwszy głos:
– Może to pani podpisać? Proszę mocno dociskać, jest w trzech egzemplarzach.
Odgłos długopisu sunącego po papierze. Wyobrażam sobie właściciela pierwszego głosu, który wyciąga do lekarki podkładkę z dokumentem.
Jezu Chryste, nie pozwól, żebym był martwy! Próbuję krzyczeć, lecz znów nie wydaję żadnego dźwięku. Przecież chyba jednak oddycham… prawda? Nie czuję, że oddycham, ale zdaje się, że z moimi płucami wszystko w porządku, nie pulsują z bólu, nie domagają się powietrza jak wówczas, gdy człowiek zanurzy się zbyt głęboko pod wodę, więc musi być dobrze, nie?
Jeżeli nie żyjesz, mamrocze znów tamten głos z głębi, w ogóle nie domagałyby się powietrza, prawda? Nie – bo martwe płuca nie muszą oddychać. Martwe płuca… po prostu się tym nie przejmują.
Rusty:
– Co pani robi w przyszłą sobotę wieczorem, pani doktor?
Jeżeli jednak nie żyję, jak mogę cokolwiek odczuwać? Jak to możliwe, że czuję zapach worka, słyszę głosy, na przykład teraz lekarka mówi, że w przyszłą sobotę kąpie psa, który też ma na imię Rusty, co za zbieg okoliczności, i wszyscy się śmieją? Jeżeli nie żyję, dlaczego po prostu nie zniknąłem albo nie wszedłem w to białe światło, o którym zawsze mówią u Oprah Winfrey?
Rozlega się głośny dźwięk, jakby ktoś rozdarł tkaninę, i w jednej chwili znajduję się w jasnym blasku; jest oślepiający jak słońce przebijające się przez grubą zasłonę chmur w zimowy dzień. Próbuję zmrużyć oczy, ale nic się nie dzieje. Powieki przypominają rolety na zepsutych rolkach.
Nachyla się nade mną czyjaś twarz, częściowo zasłaniając światło, którego źródłem nie jest żadna oślepiająca powierzchnia astralna, tylko rząd świetlówek na suficie. Natomiast twarz należy do młodego, przystojnego mężczyzny w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat; wygląda jak jeden z tych szablonowych plażowych mięśniaków, których można zobaczyć w serialach „Słoneczny patrol” czy „Melrose Place”. Może nieznacznie inteligentniej. Gęstą ciemną czuprynę przykrywa zielony czepek chirurgiczny. Mężczyzna jest ubrany w fartuch ochronny. Za przychylne spojrzenie jego oczu koloru kobaltu niektóre dziewczyny oddałyby zapewne wszystko. Na kościach policzkowych rysują się delikatne łuki ciemnych piegów.
– O kurczę – mówi. To trzeci głos. – Gość rzeczywiście wygląda jak Michael Bolton! Może jest deczko za stary… – Nachyla się bliżej. Jedna z tasiemek zielonego fartucha łaskocze mnie w czoło. – …Ale tak, widać podobieństwo. Hej, Michael, zaśpiewaj nam coś.
Próbuję zaśpiewać tylko: Pomocy! Jednak wciąż patrzę w jego ciemnoniebieskie oczy nieruchomym wzrokiem nieboszczyka; wciąż się zastanawiam, czy rzeczywiście nie żyję, czy tak to wygląda, czy właśnie przez to przechodzi każdy z nas, kiedy stanie mu pompka. A jeżeli nadal żyję, dlaczego facet nie zauważył, jak pod wpływem ostrego światła zwęziły mi się źrenice? Lecz znam odpowiedź… lub wydaje mi się, że znam. Nie zwęziły się. Dlatego blask świetlówek sprawia mi taką przykrość.
Tasiemka łaskocze mnie w czoło jak piórko.
Pomocy! – krzyczę na tego mięśniaka ze „Słonecznego patrolu”, który prawdopodobnie jest stażystą albo wręcz praktykantem. Pomocy, błagam!
Moje wargi nawet nie drgną.
Twarz odsuwa się, tasiemka przestaje mnie drażnić i nagle białe światło atakuje mój biedny mózg przez nieposłuszne oczy, których nie potrafię odwrócić. Potworne uczucie, jakbym doświadczał gwałtu. Jeśli będę musiał patrzeć na to zbyt długo, chyba oślepnę, co będzie wybawieniem.
ŁUP! Znów dźwięk kija wybijającego piłkę, ale trochę za płasko, czuję to w rękach. Piłka szybuje w górę… ale skręca… oddala się w stronę…
Cholera.
Strzelam w zarośla.
W polu mojego widzenia zjawia się inna twarz, której właściciel ma biały fartuch zamiast zielonego, zwieńczona strzechą ogniście rudych włosów. Moje pierwsze wrażenie to iloraz inteligencji z przeceny. To musi być Rusty. Jego fizjonomię rozjaśnia głupi sztubacki uśmiech, uśmiech dzieciaka, który powinien mieć wytatuowane na wątłym bicepsie WESOŁEK Z URODZENIA.
– Michael! – krzyczy Rusty. – Jezu, wyglądasz suuuper! Co za zaszczyt! Zaśpiewaj nam, chłopie! Ale tak żeby ci płuca rozerwało!
Spoza mnie dobiega głos lekarki, która już nawet nie udaje, że bawią ją błazeństwa sanitariusza.
– Daj spokój, Rusty. – Potem mówi gdzieś w bok: – Jak to się stało, Mike?
Mike to pierwszy głos – partner Rusty’ego. Wydaje się nieco zażenowany tym, że pracuje z facetem, który chce być młodym Andrew Dice’em Clayem.
– Znaleźli go przy czternastym dołku na polu klubu Derry. Właściwie poza polem, w zaroślach. Gdyby nie wysunął się przed innych graczy i gdyby nie zauważyli jego nogi wystającej z krzewów, uwijałyby się już na nim mrówki.
Znowu słyszę w głowie ŁUP! – po którym tym razem następuje o wiele mniej przyjemny dźwięk: szelest poszycia, w które zahaczam kijem. Czternastka musiała być dokładnie tu, gdzie teraz zdaje się, rośnie sumak. Sumak i…
Rusty wciąż gapi się na mnie z idiotycznym entuzjazmem. Nie ciekawi go wcale moja śmierć, tylko podobieństwo do Michaela Boltona. Och tak, zdaję sobie sprawę z tego podobieństwa, wykorzystywałem ten fakt w kontaktach z niektórymi klientkami. Lecz poza tym to szybko przemija. A w tych okolicznościach… Boże.
– Kto stwierdził zgon? – pyta lekarka. – Kazalian?
– Nie – mówi Mike i spogląda na mnie przelotnie. Jest starszy od Rusty’ego co najmniej o dziesięć lat. Czarne włosy przetykane siwizną. Okulary. Jak to możliwie, że żadne z nich nie widzi, że wcale nie umarłem? – Wśród graczy, którzy go znaleźli, był lekarz. Tu jest jego podpis, na pierwszej stronie… widzi pani?
Szelest papieru, potem:
– Boże, Jennings. Znam go. Badał Noego, kiedy arka osiadła na szczycie Araratu.
Mina Rusty’ego świadczy, że nie pojął żartu, mimo to rudzielec parska śmiechem prosto w moją twarz. Czuję woń cebuli, pozostałość po lunchu, a jeśli czuję cebulę, to znaczy, że oddycham. Na pewno oddycham, prawda? Gdyby tylko…
Zanim zdążyłem skończyć myśl, Rusty pochyla się jeszcze niżej, a mnie ogarnia nadzieja. Coś zauważył! Zauważył i zaraz zrobi mi usta-usta. Niech cię Bóg błogosławi, Rusty! Niech Bóg błogosławi ciebie i twój cebulowy oddech!
Ale głupi uśmiech nie znika i zamiast przyłożyć usta do moich, Rusty łapie mnie jedną ręką za szczękę i przytrzymuje kciukiem z jednej strony, pozostałymi palcami z drugiej.
– On żyje! – ryczy. – Żyje i zaśpiewa dla swojego fan clubu z prosektorium numer cztery!
Palce Rusty’ego zaciskają się mocniej – ale ból dochodzi z oddali, jakby powoli przestawała działać zaaplikowana mi nowokaina – i zaczynają poruszać w górę i w dół moją szczęką, która kłapie jak u marionetki.
– If she’s ba-aaad, he can’t see it – śpiewa Rusty okropnie fałszującym głosem, na którego dźwięk Percy’emu Sledge’owi2 głowa mogłaby się rozlecieć na kawałki. – She can do no wrrr-onggg… – Ręka brutalnie szarpie mnie za szczękę, moje zęby trzaskają o siebie, a język unosi się i opada jak martwy pies na łóżku wodnym.
– Przestań! – warczy na niego lekarka. Wydaje się naprawdę zaszokowana. Rusty, być może wyczuwając to, ani myśli przestać, ale ciągnie jeszcze radośniej, szczypiąc mnie teraz w policzki. Moje nieruchome oczy patrzą ślepo w górę.
– Turn his back on his best friend if she put him d…
I nagle wyrasta obok niego kobieta w zielonym kitlu z czepkiem zawiązanym pod szyją i zsuniętym na plecy niczym sombrero Cisco Kida. Krótkie brązowe włosy odsłaniają ładne, choć surowe brwi – lekarka wydaje się raczej przystojna niż piękna. Chwyta Rusty’ego dłonią o krótko obciętych paznokciach i odciąga ode mnie.
– Hej! – mówi z oburzeniem Rusty. – Niech pani zabierze ode mnie ręce!
– To trzymaj ręce z daleka od niego – odpowiada i nie sposób nie słyszeć w jej tonie gniewu. – Mam już serdecznie dosyć twojego szczeniackiego dowcipu, Rusty, i następnym razem złożę na ciebie raport.
– Już dobrze, uspokójmy się – mówi osiłek ze „Słonecznego patrolu” – asystent lekarki – z wyraźnym niepokojem w głosie, jak gdyby się obawiał, że za chwilę Rusty i jego szefowa zaczną się okładać pięściami. – Trochę umiaru.
– Dlaczego taka z niej jędza? – pyta Rusty. Stara się sprawiać wrażenie oburzonego, ale wychodzi mu zrzędliwy jęk. Potem, zwracając się w inną stronę: – Dlaczego z pani taka jędza? Ma pani okres czy jak?
Lekarka z niesmakiem:
– Zabierzcie go stąd.
Mike:
– Chodź, Rusty. Podpiszemy się w rejestracji.
Rusty:
– Tak. I trochę się przewietrzymy.
Słucham tego wszystkiego, jakbym słuchał radia.
Zmierzają do drzwi, skrzypiąc butami. Rusty z wielkim wzburzeniem pyta, dlaczego lekarka nie nosi pierścionka zmieniającego się pod wpływem nastroju, żeby ludzie znali jej samopoczucie. Miękkie buty skrzypią po wyłożonej płytkami podłodze i nagle słyszę odgłos mojego kija, który siecze zarośla w poszukiwaniu piłki; gdzież ona jest, przecież na pewno nie wpadła głęboko, więc gdzie jest, Jezu, nie cierpię czternastki, podobno rośnie tu sumak, a w takim gęstym poszyciu pewnie kryją się…
I wtedy coś mnie ugryzło, prawda? Tak, jestem niemal pewien. W lewą łydkę, tuż nad brzegiem skarpety. Ukłucie piekące żywym ogniem, ból z początku skupiony w jednym punkcie, później rozprzestrzeniający się coraz dalej…
…a potem ciemność. Aż do chwili, gdy szczelnie opakowany w worek na zwłoki jadę wózkiem, słuchając Mike'a („Mówili, że do której?”) i Rusty’ego („Chyba do czwórki. Tak, do czwórki”).
Jestem skłonny sądzić, że ukąsił mnie jakiś wąż, ale zapewne dlatego, że szukając piłki, myślałem właśnie o wężach. Być może to był jakiś owad, pamiętam tylko długotrwały ból, a zresztą czy to teraz ważne? Ważne jest to, że żyję, a oni o tym nie wiedzą. Niewiarygodne, ale nie wiedzą. Oczywiście, miałem pecha – znam Jenningsa, pamiętam, że rozmawiałem z nim przy jedenastym dołku. Całkiem miły gość, tylko trochę roztargniony i z innej epoki. I ten gość z innej epoki uznał mnie za zmarłego. Potem Rusty o głupkowatych zielonych oczach i uśmiechu dzieciaka, który został za karę po lekcjach, uznał mnie za zmarłego. Lekarka, panna Cisco Kid, nawet jeszcze na mnie nie spojrzała. Gdyby się przyjrzała, może…
– Nie cierpię tego półgłówka – mówi, kiedy za tamtymi zamknęły się już drzwi. W sali zostało tylko nas troje, choć oczywiście panna Cisco Kid sądzi, że tylko dwoje. – Dlaczego zawsze przydzielają mi półgłówków, Peter?
– Nie wiem – odpowiada pan Melrose Place – ale Rusty to szczególny przypadek nawet w kronikach słynnych półgłówków. Chodząca śmierć mózgu.
Lekarka śmieje się, coś nagle szczęka. Potem słyszę dźwięk, który przeraża mnie nie na żarty: brzęk stalowych narzędzi. Oboje są nieco z lewej i chociaż ich nie widzę, wiem, do czego się szykują: do sekcji. Szykują się, żeby mnie rozciąć. Zamierzają wyciągnąć serce Howarda Cottrella i sprawdzić, czy nawalił mu tłoczek albo wypadł jakiś pręcik.
Moja noga! – krzyczę w głowie. Spójrzcie na moją lewą nogę! Z nią coś jest nie tak, nie z sercem!
Być może w końcu wzrok trochę mi się przyzwyczaił do światła. W górnej części pola widzenia dostrzegam jakąś armaturę z nierdzewnej stali. Wygląda jak gigantyczna część sprzętu stomatologicznego, ale aparat nie ma na końcu wiertła. Ma piłę. Z jakiegoś głęboko ukrytego zakamarka, gdzie mózg przechowuje zupełnie nieistotne informacje, które mogą się przydać tylko komuś, kto gra w telewizyjnym „Va banque”, wygrzebuję nawet jej nazwę. Piła Gigliego. Odcinają nią czubek głowy. Oczywiście, dopiero kiedy zdejmą skórę twarzy razem z włosami i resztą, jak dziecięcą maskę na Halloween.
Potem wyjmują mózg.
Szczęk, stuk, szczęk. Chwila ciszy. Nagle BRZĘK!, tak głośny, że podskoczyłbym, gdybym mógł.
– Chcesz rozciąć osierdzie? – pyta lekarka.
Pete, niepewnie:
– Chcesz, żebym to zrobił?
Doktor Cisco, tonem kogoś, kto w nagrodę powierza młodszemu koledze odpowiedzialne zadanie:
– Tak, chyba tak.
– Dobrze – odpowiada. – Będziesz mi asystować?
– Jak sprawdzony drugi pilot – mówi lekarka ze śmiechem, któremu towarzyszy metaliczne ciach-ciach. Odgłos nożyczek przecinających powietrze.
Panika zaczyna trzepotać w mojej głowie jak stado szpaków uwięzionych na strychu. Wietnam był dawno temu, ale zdążyłem zobaczyć kilka sekcji zwłok w szpitalach polowych – lekarze nazywali je „Cyrkiem post mortem” – wiedziałem więc, co chcą zrobić Cisco i Pancho. Nożyce są długie i ostre – bardzo ostre – i mają grube uchwyty. Mimo to trzeba sporej siły, aby się nimi posługiwać. Dolne ostrze wchodzi w brzuch jak w masło. Potem ciach pęczek nerwów w splocie słonecznym oraz twardy jak suszona wołowina węzeł mięśni i ścięgien. Następnie mostek. Tu ostrza nożyc zwierają się z głośnym chrupnięciem, rozcinając kość, a klatka piersiowa rozpada się jak dwie beczki związane ze sobą szpagatem. Nożyce, które wyglądają równie groźnie jak nożyce do drobiu używane na stoiskach mięsnych w supermarketach, suną dalej w górę – ciach-CHRUP, ciach-CHRUP, ciach-CHRUP, krusząc kości i tnąc mięśnie, uwalniając płuca, zmierzają w stronę tchawicy i robią z Howarda Zdobywcy obiad na Święto Dziękczynienia, którego nikt nie weźmie do ust.
Cichy, drażniący wizg – aparat rzeczywiście wydaje odgłos jak wiertło dentystyczne.
Pete:
– Mogę…?
Doktor Cisco nieco matczynym tonem:
– Nie. Tym. – Ciach-ciach. Pokazuje mu.
Nie mogą tego zrobić, myślę. Nie mogą mnie rozciąć… Przecież CZUJĘ!
– Dlaczego? – pyta Pete.
– Bo ja tak chcę – odpowiada już bardzo niematczynym tonem. – Kiedy się usamodzielnisz, będziesz mógł robić, co ci się podoba. Ale w prosektorium Katie Arlen zaczniesz nożycami.
Prosektorium. Proszę bardzo. Wreszcie padła ta nazwa. Chciałbym okryć się gęsią skórką, ale oczywiście nic się nie dzieje. Moja ciało pozostaje gładkie.
– Zapamiętaj – mówi doktor Arlen (raczej wygłasza wykład) – każdy głupi potrafi się nauczyć obsługiwać dojarkę mechaniczną … ale zawsze najlepsza jest metoda ręczna. – W jej głosie brzmi sugestywna nuta. – W porządku?
– W porządku – mówi Pete.
Chcą to zrobić. Muszę wydać jakiś dźwięk albo wykonać ruch, inaczej naprawdę są gotowi to zrobić. Jeżeli po pierwszym nacięciu popłynie lub wręcz tryśnie krew, przekonają się, że coś jest nie tak, ale wtedy prawdopodobnie będzie już za późno; nastąpi pierwsze ciach-CHRUP i żebra znajdą się na moich ramionach, a serce w lśniącym od krwi worku osierdziowym będzie pulsowało jak szalone w blasku jarzeniówek…
Koncentruję całą uwagę na piersi. Napieram, w każdym razie staram się… i nagle coś się dzieje.
Dźwięk!
Wydaję dźwięk!
Rozlega się przede wszystkim wewnątrz zamkniętych ust, ale słyszę go i czuję w nosie – ciche mruczenie.
Koncentrując się, wytężając wszystkie siły, ponownie wydaję dźwięk, który tym razem jest odrobinę głośniejszy i ulatuje mi z nozdrzy jak dym z papierosa: Nnnnnnn… Na myśl przychodzi mi stary program telewizyjny Alfreda Hitchcocka, który oglądałem dawno, dawno temu. Joseph Cotten miał w nim wypadek samochodowy, w którego wyniku został sparaliżowany i mógł dać innym znać, że żyje, tylko w jeden sposób – roniąc łzę.
I gdyby nawet nie udało mi się osiągnąć niczego więcej, tym brzęczeniem cichuteńkim jak bzyk komara udowadniam sobie, że żyję i nie jestem tylko duchem ociągającym się z opuszczeniem glinianej kukły, w którą zmieniło się moje martwe ciało.
Skupiam wszystkie myśli i czuję, jak powietrze wchodzi przez nos i zmierza do gardła, wypełniając opróżnione przed chwilą miejsce, a potem znów je wydycham, pracując z większym poświęceniem niż w Lane Construction Company, gdzie robiłem latem jako nastolatek, pracując z większym poświęceniem niż kiedykolwiek w życiu, bo teraz usiłuję ocalić życie i muszą mnie usłyszeć, Jezu drogi, muszą.
Nnnnnnn…
– Puścić jakąś muzykę? – pyta lekarka. – Mam Marty’ego Stuarta, Tony’ego Bennetta…
Pete wzdycha z rozpaczą. Ledwie to słyszę i nie od razu pojmuję znaczenie jej słów… zapewne na własne szczęście.
– No dobrze – mówi lekarka ze śmiechem. – Mam też Rolling Stonesów.
– Ty?
– Ja. Nie jestem takim zgredem, na jakiego wyglądam, Peter.
– Nie chciałem wcale… – bąka podenerwowany.
Słuchajcie mnie! – krzyczę w głowie, podczas gdy moje szklane oczy wpatrują się w śnieżnobiałe światło. Przestańcie trajkotać jak przekupki i słuchajcie mnie!
Czuję, jak przez tchawicę przepływa szerszy strumień powietrza i przychodzi mi do głowy, że cokolwiek się ze mną stało, być może właśnie ustępuje… ale to tylko ulotny błysk na ekranie moich myśli. Być może ustępuje, lecz za chwilę nie będę już miał żadnych szans wyzdrowienia. Całą energię poświęcam teraz na to, by mnie usłyszeli i tym razem usłyszą, wiem na pewno.
– A więc Stonesi – mówi lekarka. – Chyba że chcesz, żebym na cześć naszego pierwszego osierdziowego bohatera pobiegła po jakąś płytę Michaela Boltona.
– Nie, błagam! – woła Pete i obydwoje wybuchają śmiechem.
Znów zaczynam mruczeć i tym razem rzeczywiście głośniej. Nie tak głośno jak chciałem, ale na pewno wystarczy. Na pewno. Usłyszą. Muszą.
Potem, właśnie gdy staram się wydobyć ten dźwięk z nozdrzy niczym szybko krzepnący płyn, salę wypełnia ryk przesterowanej gitary, a o ściany dudni głos Micka Jaggera: Oh, no, it’s only rock and roll, but I LIYYYYKE IT…
– Ścisz to! – wrzeszczy doktor Cisco, komicznie przekrzykując jazgot muzyki, przy którym moje nikłe buczenie słuchać równie dobrze jak szept w odlewni żeliwa.
Twarz lekarki ponownie nachyla się nade mną, a mnie przeszywa nowy dreszcz grozy na widok pleksiglasowej osłony na oczy i maseczki chirurgicznej zakrywającej jej usta. Ogląda się przez ramię.
– Rozbiorę go – mówi do Pete'a i pochyla się nade mną z błyszczącym skalpelem w dłoni odzianej w rękawiczkę, a wokół rozlega się grzmot gitar Rolling Stonesów.
Mruczę zrozpaczony, ale nic z tego. Nie słyszę sam siebie.
Skalpel zawisa na moment w powietrzu, a potem tnie.
W myślach piszczę przeraźliwie, ale nie czuję bólu, tylko moja koszulka polo opada na boki w dwóch kawałkach. Tak jak za chwilę moja klatka piersiowa, gdy nieświadomy niczego Pete zacznie swoje pierwsze cięcie osierdziowe na żywym pacjencie.
Unoszą mnie. Moja głowa opada bezwładnie i przez moment widzę odwróconego do góry nogami Pete’a, który nakłada osłonę z pleksiglasu, stojąc przy stalowym blacie i kontrolując przerażający zestaw narzędzi. Wśród nich najbardziej rzucają się w oczy duże nożyce. Dostrzegam bezlitosny błysk ostrzy. Po chwili znów leżę na wznak bez koszuli. Obnażony do pasa. W sali jest zimno.
Spójrz na moją klatkę piersiową! – krzyczę do lekarki. Musisz zauważyć, że się unosi, choćby przy tak płytkim oddechu! Przecież jesteś ekspertem, na litość boską!
Ona jednak patrzy w inną stronę i podnosi głos, aby przekrzyczeć muzykę. (I like it, like it, yes I do – śpiewają Stonesi, a ja mam wrażenie, że przez całą wieczność w piekle będę słyszał ten idiotyczny nosowy refren).
– Co obstawiasz? Bokserki czy slipki?
Z mieszaniną grozy i wściekłości uświadamiam sobie, o czym mówią.
– Bokserki! – woła Pete. – Jasne! Wystarczy na gościa popatrzeć!
Dupku! – mam ochotę krzyknąć. Pewnie ci się wydaje, że wszyscy po czterdziestce noszą bokserki! Pewnie ci się wydaje, że jak sam dorośniesz do czterdziestki, to…
Lekarka rozpina guzik moich bermudów i suwak rozporka. W innych okolicznościach gdyby zabierała się do tego taka ładna kobieta (trochę sroga, ale mimo to ładna), byłbym szalenie zadowolony. Jednak dziś…
– Przegrałeś, Pete – mówi. – Slipki. Dolar do wspólnej kasy.
– Po wypłacie – odpowiada Pete, podchodząc. Jego twarz zjawia się obok twarzy lekarki; oboje przyglądają mi się przez swoje pleksiglasowe przyłbice jak para kosmitów oglądająca porwanego. Staram się zwrócić ich uwagę na moje oczy, żeby zauważyli, że na nich patrzę, ale kretyni patrzą na moje slipy.
– O, i to czerwone – mówi Pete. – Jak jarzębina!
– Nazwałabym to raczej spranym różem – odpowiada. – Podnieś go trochę, Peter, musi ważyć z tonę. Nic dziwnego, że miał zawał. Niech to będzie dla ciebie przestroga.
Jestem w świetnej formie! – wrzeszczę do niej. Pewnie lepszej niż ty, dziwko!
Silne ręce podrywają nagle w górę moje biodra. Coś mi strzela w plecach; na ten dźwięk serce we mnie zamiera.
– Przepraszam, stary – mówi Pete, a mnie robi się bardzo zimno, bo nagle zostaję bez spodni i czerwonych majtek.
– Hop, jedna nóżka – mówi lekarka, unosząc moją stopę – i hop, druga – unosząc drugą. – Mokasynki raz, skarpeteczki dwa…
Nagle nieruchomieje i wstępuje we mnie nowa nadzieja.
– Pete?
– Tak?
– Czy na golfa chodzi się zwykle w bermudach i mokasynach?
Za jej plecami (tam jest tylko źródło dźwięku, bo naprawdę muzykę słychać w całej sali) Rolling Stonesi zaczęli „Emotional Rescue”. I will be your knight in shining armour – śpiewa Mick Jagger, a ja zastanawiam się, jak ekspresyjny mógłby być taniec w jego wykonaniu, gdyby wsadzić mu w chudy tyłek trzy laski dynamitu.
– Moim zdaniem gość wpakował się w to na własne życzenie – ciągnie lekarka. – Myślałam, że trzeba nosić specjalne buty do golfa, takie paskudne, z małymi korkami na podeszwach…
– Zgadza się, ale żadne prawo im tego nie nakazuje – mówi Pete. Trzyma ręce w rękawiczkach tuż nad moją twarzą, pocierając je o siebie i wyginając palce. Trzeszczą mu stawy, a na mnie osypuje się talk jak drobniutki śnieg. – Przynajmniej na razie. Inaczej niż w kręglach. Jeśli przyłapią cię na kręglach bez butów do kręgli, mogą cię wysłać do więzienia stanowego.
– Naprawdę?
– Tak.
– Chcesz zmierzyć temperaturę i przeprowadzić badanie zewnętrzne?
Nie! – piszczę. Nie, przecież to dzieciak, co ty wyprawiasz?
Spogląda na nią, jak gdyby doszedł do podobnego wniosku.
– To chyba… nie do końca zgodne z procedurą, prawda, Katie? Chciałem…
Lekarka rozgląda się, sprawdzając w burleskowy sposób, czy w sali nie czai się nikt niepowołany. Zaczyna mnie ogarniać przeczucie, które nie jest dla mnie dobrą nowiną: sądzę, że sroga Cisco – vel doktor Katie Arlen – ma ochotę na Pete'a o ciemnoniebieskich oczach. Boże drogi, ściągnęli mnie sparaliżowanego z pola golfowego prosto na plan kolejnego odcinka „General Hospital” zatytułowanego w tym tygodniu „Rozkwit uczucia w prosektorium numer cztery”.
– Rany – mówi lekarka ochrypłym teatralnym szeptem. – Nie widzę tu nikogo poza tobą i mną.
– Taśma…
– Jeszcze nie nagrywa – zauważa lekarka. – A kiedy zacznie, cały czas będę stała obok ciebie… w każdym razie wszyscy będą o tym przekonani. A przede wszystkim ja. Chciałabym po prostu zrobić porządek z tymi wykresami i preparatami. Jeśli nie czujesz się zbyt pewnie…
Tak! – krzyczę na niego zza nieruchomej twarzy. Nie czuję się zbyt pewnie. Właściwie czuję się całkiem niepewnie!
Ale Pete ma najwyżej dwadzieścia cztery lata, cóż więc może powiedzieć pięknej, srogiej kobiecie, stojącej obok niego w odległości, która może sugerować tylko jedno? Nie, mamusiu, boję się? Poza tym chłopak naprawdę chce. Przez zasłonę z pleksi widzę w jego oczach ochotę, która podskakuje w szalonym pogo jak stado przerośniętych punków w rytm muzyki Stonesów.
– Jeżeli będziesz mnie ubezpieczać w razie, gdyby…
– Jasne. Kiedyś trzeba zrobić pierwszy krok, Peter. I jeśli będzie trzeba, przewinę taśmę do tyłu.
Patrzy na nią zaskoczony.
– Naprawdę?
Uśmiecha się.
– W prosektorium numer czteri mamy sffoje male tajemnice, mein Herr.
– W to nie wątpię – mówi z uśmiechem, po czym sięga poza moje pole widzenia. Jego ręka pojawia się ponownie, trzyma w niej mikrofon, który zwiesza się z sufitu na czarnym kablu. Mikrofon wygląda jak stalowa łza. Na jego widok moje przerażenie staje się o wiele realniejsze niż dotąd. Przecież nie będą mnie naprawdę ciąć. Pete nie ma wielkiego doświadczenia, ale chyba czegoś się uczył; na pewno zauważy ślad po tym, co mnie ugryzło, gdy szukałem piłki w zaroślach, i przynajmniej zaczną coś podejrzewać. Muszą zacząć coś podejrzewać.
Ciągle widzę połyskujące bezdusznie nożyce – narzędzie do ćwiartowania drobiu, dumne ze swej nowej roli – i zastanawiam się, czy będę jeszcze żył, gdy Pete wyjmie mi serce z klatki piersiowej, ociekające krwią potrzyma przez chwilę przed moimi nieruchomymi oczami, a potem rzuci na wagę. Możliwe, że będę jeszcze żył; naprawdę możliwe. Podobno mózg zachowuje świadomość przez trzy minuty po ustaniu akcji serca.
– Gotów, pani doktor – mówi Pete bardzo oficjalnym tonem. Taśma już nagrywa.
Rozpoczyna się badanie sekcyjne.
– Obróćmy naleśnik na drugą stronę – mówi wesoło lekarka i rzeczywiście, przewracają mnie na brzuch z podobną łatwością jak kawałek cienkiego ciasta. Wyrzucona w górę moja prawa ręka, opadając, uderza w metalowy stół, którego wystający brzeg wpija się w biceps. Boli jak diabli, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi. Modlę się, żeby ostra krawędź przecięła mi skórę, żebym zaczął krwawić – do czego prawdziwe zwłoki nie są zdolne.
– Ojej, ojej – mówi doktor Arlen. Unosi moje ramię i kładzie wzdłuż boku.
Teraz częścią ciała, której jestem najbardziej świadomy, staje się mój przyciśnięty do stołu nos. Płuca po raz pierwszy wysyłają sygnał SOS – ubogie, stłumione doznanie. Mam zamknięte usta, nos częściowo zatkany (nie wiem, w jakim stopniu; właściwie nawet nie czuję, czy oddycham). A jeśli uduszę się w tej pozycji?
Nagle dzieje się coś, co zupełnie odwraca moją uwagę od nosa. W odbyt wbijają mi jakiś ogromny przedmiot – coś w rodzaju szklanego kija baseballowego. Jeszcze raz próbuję wrzasnąć, ale mogę wydać tylko wątłe, nędzne mruczenie.
– Mierzenie temperatury – mówi Peter. – Włączyłem stoper.
– Dobry pomysł – chwali lekarka, odsuwając się. Robi mu miejsce. Jakby zapraszała go na jazdę próbną. A ja mam być testowanym pojazdem. Muzyka odrobinę cichnie.
– Denat jest rasy białej, ma czterdzieści cztery lata – mówi Pete do mikrofonu, przemawiając do potomności. – Nazywa się Howard Randolph Cottrell, zamieszkały przy Laurel Crest Lane 1566 w Derry.
Doktor Arlen z pewnej odległości:
– W Mary Mead.
Chwila ciszy, potem Pete z nutką zdenerwowania w głosie:
– Doktor Arlen informuje mnie, że denat mieszkał w Mary Mead, która oddzieliła się od Derry w…
– Wystarczy tej historii, Pete.
Boże drogi, co oni mi wsadzili w tyłek? Termometr dla bydła? Mam wrażenie, że gdyby był odrobinę dłuższy, poczułbym smak zbiorniczka na końcu. Nie przesadzili też ze środkiem nawilżającym… zresztą po co by mieli to robić? Przecież nie żyję.
Nie żyję.
– Przepraszam, pani doktor – mówi Pete. Przez chwilę szuka w myślach słów, wreszcie znajduje. – Taką informację przekazało nam w formularzu pogotowie, pochodzi ona z prawa jazdy wystawionego przez stan Maine. Zgon stwierdził doktor, hm, Frank Jennings. Stwierdzono śmierć na miejscu.
Mam nadzieję, że zacznę krwawić z nosa. Błagam, mówię do nosa, niech poleci z ciebie krew. Co tam poleci, niech TRYŚNIE.
Nie leci.
– Przyczyną śmierci mógł być zawał serca – mówi Peter. Dłoń delikatnie sunie po moich obnażonych plecach w stronę tyłka. Modlę się, by wyciągnęła termometr, ale nic z tego. – Kręgosłup wygląda na nienaruszony, brak godnych uwagi zjawisk.
Godnych uwagi zjawisk? Godnych uwagi? Co oni sobie wyobrażają, do kurwy nędzy? Że jestem robaczkiem świętojańskim?
Peter unosi mi głowę, podtrzymując kości policzkowe opuszkami palców, zaczynam więc mruczeć z rozpaczliwą determinacją – Nnnnnnnnn – zdając sobie sprawę, że w żaden sposób nie może mnie usłyszeć poprzez ryk gitary Keitha Richardsa, mam jednak nadzieję, że przynajmniej poczuje wibrację w nozdrzach.
Nie czuje. Kręci za to w obie strony moją głową.
– Brak widocznych uszkodzeń szyi, nie stwierdzam stężenia pośmiertnego – mówi Peter. Przypuszczam, że puści teraz moją głowę i wyląduję twarzą na stole – wtedy na pewno z nosa poleci krew, chyba że naprawdę nie żyję – ale on kładzie ją delikatnie, troskliwie, ponownie wciskając mi nos w blat, co znów poważnie grozi uduszeniem.
– Na plecach i pośladkach nie ma widocznych ran – mówi – jednak wysoko na prawym udzie widać starą bliznę, która wygląda jak ślad po ranie, jakby po odłamku. Dość paskudna.
Była paskudna i rzeczywiście to był odłamek. Koniec mojej wojny. W magazyn zapasów trafił pocisk moździerzowy, zginęło dwóch ludzi, jeden miał szczęście – ja. Z przodu wygląda paskudniej, zwłaszcza we wrażliwych okolicach, ale cała aparatura działa bez zarzutu… a przynajmniej działała do dziś. Wystarczyłoby ćwierć cala w lewo, a podczas intymnych chwil musiałbym się posługiwać ręczną pompką i pojemnikiem z dwutlenkiem węgla.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
2 Pierwszy wykonawca piosenki „When a Man Loves a Woman”, którą „śpiewa” bohater (przyp. tłum).
Wstęp: Uprawianie sztuki (niemal) straconej. Przełożył Łukasz Praski
Prosektorium numer cztery. Przełożył Łukasz Praski
Okładka
