Wspomnienia Pięknoducha. Tom I - Tadeusz Cegielski - ebook

Wspomnienia Pięknoducha. Tom I ebook

Tadeusz Cegielski

0,0

Opis

Tadeusz Cegielski, „Wspomnienia pięknoducha. Tom I”

Jak dorasta się po wschodniej stronie żelaznej kurtyny, nie rezygnując z ciekawości świata, sztuki i własnej niezależności? Tadeusz Cegielski opowiada o rodzinie, dzieciństwie w Krakowie i Gorlicach, szkolnych latach w Warszawie oraz przyjaźniach, które kształtowały jego życie.

Pierwszy tom wspomnień prowadzi czytelnika przez powojenną Polskę, studencki Marzec 1968, życie Uniwersytetu Warszawskiego i przemiany przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wielkie wydarzenia historyczne pojawiają się tu obok rodzinnych opowieści, podróży, miłości i codziennych prób urządzania życia po swojemu.

Cegielski pisze z humorem i dystansem do siebie. Przywołuje ludzi i miejsca, które zniknęły lub zmieniły się nie do poznania, a zarazem zastanawia się, jak pamięć przekształca to, co przeżyliśmy. Opowieści towarzyszą liczne fotografie i materiały archiwalne. „Wspomnienia pięknoducha” są osobistą historią człowieka, którego losy splatały się z historią powojennej Polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 581

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kasi

Tadeusz Cegielski, 1969.Fot. Andrzej Zieliński. Archiwum autora

Tadeusz Cegielski

Wspomnienia pięknoducha

Tom I

© Copyright by Wydawnictwo Fosforos 2025

© Copyright by Tadeusz Cegielski 2025

Wydanie elektroniczne

ISBN 978-1-995773-44-5

Idea okładki: Tadeusz CegielskiOpracowanie graficzne: Anna Maria BauerProjekt druków towarzyszących: Damian Mełgieś

Wydawnictwo Fosforoswww.fosforos.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

A propos tematu i tytułu –czyli małe sekrety autorskiej kuchni

Beata Stasińska, najbardziej doświadczona pośród znanych mi wydawców i redaktorów, osoba która zachęciła mnie onegdaj do pisania kryminałów, po lekturze moich Wspomnień zwróciła uwagę na dwie kluczowe – w jej opinii – kwestie: adresata książki i jej tytułu. Oświadczyłem, że naturalnym odbiorcą tekstu jest mój rówieśnik, ale także czytelnicy młodsi o kolejne dekady – włącznie z rocznikiem (1975) mojego syna Maksa, który mówi, że pamięta PRL. Miał, co prawda, szczególne powody, żeby zapamiętać – ale dobrze! Wtedy Beata zapytała: a dlaczego nie młody odbiorca, dwudziesto-trzydziestolatek, który zaczął na serio interesować się okresem Polski Ludowej? I dodała: musiałbyś jednak wyjść naprzeciw temu czytelnikowi, ułatwić zrozumienie wielu podtekstów i sytuacji, oczywistych dla twojego pokolenia, ale dla młodszych już nie. W pełni się z nią zgodziłem. Przejrzałem i poprawiłem pod tym kątem całość książki, szczególnie jej część pierwszą. Czy sprostałem zadaniu? – Czytelnik sam osądzi.

Nie cały tekst poświęcony został trzem dekadom mojego świadomego życia, które przyszło mi spędzić w dobie PRL. Szczególnie jego część dotycząca przygody z masonerią, zat. Wolny Mularz. Autoportret, wybiega znacznie w czasy III RP, wręcz odnosi się do lat ostatnich. Ważne też, że pisząc o „słusznie minionym okresie” polskiej historii nie mogłem niekiedy oprzeć się wrażeniu, że tamte czasy wracają w jakiejś upiornej, groteskowej wersji. Po raz kolejny potwierdziła się zasada, znana historykom i socjologom, że najwolniej w świecie zmienia się ludzka mentalność. Wielu z nas – dotyczy to polityków, ale nie tylko – tkwi nadal w tamtym okresie i nie jest w stanie zrozumieć tego, co dziś się wokół nich dzieje.

Druga ważna materia poruszona przez Beatę Stasińską, dotyczyła tytułu. Zaproponowany przeze mnie, Jak to się wszystko zaczęło, uznała za dobry, ale tylko dla części pierwszej. I tak już zostało. Ale tytuł dla całości? Zdaniem Stasińskiej rzecz jest o Europejczyku, który żyje po wschodniej stronie żelaznej kurtyny, ale żyje tak, jakby kurtyny tej nie było. Zgodziłem się, ale to że ja sam jestem Europejczykiem, odkryłem dopiero w 1993 roku, kiedy na krótko znalazłem się w Stanach Zjednoczonych. Nadmieniam o tym w trzeciej, „masońskiej” części książki. No dobrze, ale żelazna kurtyna i Europejczyk w tytule? Byłaby to katastrofa. Ktoś, kto wziąłby moją książkę do ręki, pomyślałby, że to jakaś polityczna publicystyka. W tytule powinien znaleźć się ktoś taki jak ja – a sam siebie widzę i opisuję jako pięknoducha. W stanie wojennym napisałem nawet krótką powieść (novelette – jakby powiedzieli Anglicy) zat. Z pamiętnika pięknoducha, w której podśmiewałem się z siebie i swoich przyjaciół, zaangażowanych w antyreżimową konspirę. Jeśli w takim ujęciu tytułowy pięknoduch jest trochę sowizdrzałem, to kiedy patrzę na swoje życie, myślę, że winien pozostać, przede wszystkim, lekkoduchem. Oba pojęcia: piękno- i lekkoduch mają pejoratywny, krytyczny walor – dla mnie przecież nie tylko taki.

Wracam w tym miejscu do żelaznej kurtyny. Jej przekraczanie nie było dla mnie – wynika to jasno z relacji – żadnym heroicznym aktem, podobnym to tego, jakim musiał być zawsze dla mieszkańców NRD, czyli wschodniej, komunistycznej do 1989 roku części Niemiec. O tym szczególnym, policyjnym państwie i związanych z nim doświadczeniach piszę w części drugiej tej książki, zat. D’Allemagne – O Niemczech. Mój przywilej jako piękno- i lekkoducha stanowiło u n o s z e n i e s i ę, w pewnym sensie, ponad ową granicą między Wschodem i Zachodem Europy, granicą naprawdę groźną: setki kilometrów fortyfikacji i pól minowych, wartownie w kontakcie wzrokowym ze sobą i karabiny maszynowe, z których strzelano do wszystkiego, co się rusza. Czasami był to tylko zając lub lis, najczęściej jednak człowiek. Jak to było możliwe, owo pokonywanie praw grawitacji – i w ogóle fizyki – odpowiadam, choć raczej pośrednio, w tej książce.

Można na moment zawiesić prawa fizyki, czy raczej odwołać się do innych praw, niż te widzialne i rozpoznane, ale nie oszuka się praw biologii. Starzejemy się, co tu mówić – ale czy stajemy się przez to mądrzejsi? Pytanie to zadaję sobie nieprzypadkowo, bo sądzę, że urodziwszy się w styczniu 1948 roku i przeżywszy tyle lat, ile przeżyłem, nie jestem ani odrobinę mądrzejszy, ani tym bardziej lepszy od tamtego młodego człowieka sprzed pięciu i więcej dekad. A tamten miał kolosalną przewagę nade mną dzisiejszym, wynikającą z jego młodego wieku. I nie tylko z tego powodu. Tamten wiedział już, że dane jest nam tylko t u i t e r a z. A to co jest, wcale nie musi być złe; a jeśli już, trzeba t o zmienić. Nie ma też na tym świecie ani nagród, ani kar. A więc i dobry uczynek wcale nie musi być ukarany, tak jak ten zły nagradzany – jak twierdzą tzw. realiści. Przyszłość jest tajemnicą, taką samą jak nasza przeszłość, którą staramy się jednak rozświetlić, by wiedzieć kim jesteśmy. Tak, historia jest bardzo ważna, ale nie dlatego że kogoś czegoś nauczyła. Historia nie zna podobnego przypadku. Ale ona jest i żyje; żyje w nas. Warto się w nią wsłuchać. Warto wracać pamięcią; warto przywoływać przeszłość z własnej niepamięci. Profity przynosi także sięganie do pamięci zbiorowej: rodziny, grupy społecznej, narodu, cywilizacji wreszcie. Przedłuża ono – i to znacznie – naszą jednostkową egzystencję. Bo jak napisał baron Stanisław Jerzy de Tusch-Letz, znany bardziej jako Stanisław Jerzy Lec, autor Myśli nieuczesanych: „Pytasz, jak długo lęgną się moje myśli? Sześć tysięcy lat, o urocza.” No właśnie!

„Mój cel – napisałem w zakończeniu części pierwszej – stanowiło pisanie nie tylko i nie tyle o sobie, co nakreślenie obrazu świata i ludzi w tej jego części, która była moim udziałem – bez roszczenia sobie pretensji do sądu nad nią, oraz z konieczną dozą wyrozumiałości dla innych i dla samego siebie”. Mam nadzieję, że cel ów osiągnąłem. Warszawa, w grudniu 2023 roku

Tadeusz Cegielski

Nie ma narzędzia opisu świata bardziej zawodnego, nieobliczalnego i podatnego na korupcję jak pamięć indywidualna. Jednak bez tej pamięci nie mogłaby zrodzić się pamięć zbiorowa, a więc i nasza cywilizacja, ludzkość po prostu. Świadom tego paradoksu i wynikających z niego tak ograniczeń, jak i zachęt, zabieram się do pisania niniejszych Wspomnień.

Część I

Jak to się wszystko zaczęło

Każda rzecz przestanie być sobą – stanie się obrazem albo wspomnieniem.Stefan Żeromski, Wierna rzeka

Rozdział I

Jak to się wszystko zaczęło

Dobre pytanie. Bo, jak się skończyło, to odpowiedź już mamy. Skończyło się katastrofą, a to dopiero początek końca. Naszym życiem włada paskudny wirus COVID-19 wraz z licznymi już mutacjami, a w dodatku od wielu lat kontrolę nad państwem sprawuje organizacja przestępcza. W jej łonie mają miejsce brutalne porachunki – więc zabłysła nadzieja, że to może już koniec. Poszło o władzę dziś i następstwo po capo di tutti capi jutro. Wszystko to wydaje się groteskowe, ale karykaturalność obrazu tylko potęguje bijącą z niego grozę. Optymiści tacy jak ja znajdują pocieszenie w myśli, że za trzydzieści, góra czterdzieści lat Bydgoszcz i Poznań staną się portami morskimi, a 40% terytorium Polski zniknie pod falami Bałtyku. Choć może jednak nie. Podobno narody żyjące nad Morzem Północnym planują gigantyczną zaporę, która ochroni także i nas przed wodami topniejącej coraz szybciej Arktyki. To wizja optymistów, bo pesymiści przypominają, że najpierw, bo już w najbliższych dwóch dekadach, zaleje nas inna fala: milionów uchodźców z coraz gorętszych i zmieniających się w pustynie regionów Afryki, Azji, a nawet południowej Europy.

Na ulicy Studenckiej (róg Loretańskiej) w Krakowie

Lepiej więc pytać, jak się zaczęło. Dla mnie świat zaczął się, przynajmniej potencjalnie, w Krakowie w dniu 1 stycznia 1948 roku, około godziny trzynastej, w szpitalu św. Łazarza. Jednak wolę wyobrażać sobie, że stało się to przy ulicy Studenckiej pod ósmym. Pod tym adresem przebywała wówczas niemal cała moja familia. Legenda rodzinna głosi, że Mama – jak to ona – bardzo aktywnie spędzała Sylwestra. Przyśpieszyło to moje narodziny przynajmniej o dzień-dwa.

Olga Grodyńska, Kraków, 1916. Fot. archiwum autora

Dyplom doktorski Olgii Grodyńskiej po mężu Rzihy, uzyskany na Wydziale Filozoficznym UJ i dat. 11 czerwca 1926 r. Fot. archiwum autora

To był jednak dopiero potencjalny, jak się rzekło – udokumentowany stosownym zaświadczeniem – początek mojego świata. Zanim zacząłem cokolwiek rozumieć z tego, co dzieje się wokół mnie, minąć musiało kilka lat. Owe najważniejsze, gdyż pierwsze doświadczenia zatarły się całkiem w pamięci – lub jak kto woli, zepchnięte zostały do pod(nie)świadomości. Na najwcześniejsze obrazy zapisane w pamięci i wielokrotnie odtwarzane – przeto już mocno wytarte i zniekształcone – nasuwają się wspomnienia przekazane mi przez rodziców, dziadków, także innych ludzi, wśród nich przez moją prawie stuletnią dziś matkę chrzestną, która do niedawna żyła w Krakowie przy ulicy Studenckiej, w kamienicy i mieszkaniu moich dziadków, na ostatnim, trzecim piętrze.

Dzieckiem byłem zupełnie przeciętnym; chorowałem za to ponadprzeciętnie, toteż życie zawdzięczam nie tylko trosce i przytomności umysłu Matki, ale i wiedzy medycznej dwóch legendarnych krakowskich lekarek: docent Jadwigi Miklaszewskiej, sąsiadki ze Studenckiej dwa piętra niżej, oraz doktor Janiny Kościuszkowej – z ulicy Krowoderskiej 11. Pierwsza była barwną postacią przedwojennego i powojennego życia artystycznego i sportowego. Tak! Sportowego! Zdobyła mistrzostwo Polski w wioślarstwie.

Wilhelm Grodyński, sędzia Sadu Apelacyjnego, Kraków 1915. Fot. archiwum autora

Miałem przyjemność poznać obu jej synów: Krzysztofa, reżysera i aktora związanego – tak jak jego matka – z teatrem Cricot Kantora oraz Stanisława, profesora ekonomisty. Moja potajemna miłość do artystycznej awangardy musiała się niechybnie wziąć się z tamtych spotkań z lekarką i ekscentryczną artystką w jednej osobie. Druga ze wspomnianych, doktor Janina Kościuszkowa, pediatra, w czasie II wojny więźniarka w Auschwitz, zapisała się w pamięci obozowych dzieci jako ich troskliwa opiekunka. W pamięci mojej Mamy zaś jako mistrzyni w wyciąganiu jej pierworodnego z poważnych zdrowotnych opresji.

Z okien mieszkania dziadków na trzecim piętrze rozciąga się biedermeierowski w klimacie widok na spory kawałek miasta. Na wprost, na ogród zakonu Braci Mniejszych Kapucynów przy ulicy Loretańskiej. Na dalszym planie gmach krakowskiego Liceum nr V, „od zawsze” cieszącego się reputacją najlepszego w mieście. A jak wychylić się z okna i spojrzeć w lewo, zobaczyć można gotycką świątynię – kościół klasztorny Zwiastowania NMP. Tutaj moi rodzice wzięli ślub, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczność, iż ślub ów był ich pierwszym kontaktem z kościołem rzymsko-katolickim od wielu, wielu lat, zaś mój chrzest w roku następnym w Bazylice Mariackiej przy krakowskim Rynku ostatnim takim aktem. Podobnie moje formalne związki z kościołem zakończyły się wraz z udzieleniem mi chrztu.

Nie jestem przecież ateistą, tak jak i moi rodzice nie byli nigdy ateistami. Wychowani, jak to w Galicji, w atmosferze ultramontańskiego, nietolerancyjnego katolicyzmu, stali się na przekór mu mocno antyklerykalni.

Testimonium Copulationis Marii Rimler i Wilhelma Grodyńśkiego, 7 listopada 1879, odpis z 1919 r. Fot. archiwum autora

Przyznać trzeba, że nie byli represjonowani z tego powodu, jako że i c h rodziców (a moich dziadków) cechowała niezwykła w tamtych czasach tolerancja. Matka, Maria Rzichówna, pochodziła z krakowskiej inteligencji. Jej dziadek Wilhelm Grodyński piastował godność sędziego, przewodniczącego sądu apelacyjnego. Matka Mamy, Olga Rzihowa, de domo Grodyńska, była dyplomowaną nauczycielką z doktoratem z filozofii uzyskanym w 1926 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ówczesny fakultet filozoficzny byłby dziś po prostu humanistycznym, a temat rozprawy doktorskiej Olgi – jak wynika z treści dyplomu – brzmiał Tragizm w utworach H. Sienkiewicza. Wielkiej kultury osobistej, natury delikatnej, uduchowionej wręcz, stała się Babcia z czasem gorliwą katoliczką – nie tracąc jednak właściwej sobie otwartości i dobroci. Miałem i ja doświadczyć tych jej skłonności, o czym opowiem w innym miejscu.

Ukochany brat Olgi, a więc wuj mojej Mamy, Tadeusz Grodyński, zrazu urzędnik c. k. monarchii austro-węgierskiej, w odrodzonej Polsce jako wybitny znawca prawa skarbowego otrzymał tytuł profesora zwyczajnego na Uniwersytecie Warszawskim; był też współtwórcą stołecznej Akademii Handlowej i jej profesorem nadzwyczajnym. Pełnił ważne funkcje w kolejnych gabinetach rządowych. W świetle niedokończonych, co prawda, badań genealogicznych, przeprowadzonych przez mojego brata Piotra, rodzina Grodyńskich stanowiła zasymilowaną gałąź krakowskiego rodu Goldsteinów, gałąź która pod koniec XIX wieku porzuciwszy religię mojżeszową konwertowała na katolicyzm i zmieniła nazwisko na Grodyński, bądź też pozostała bezwyznaniowa. Polityczny i społeczny porządek c. k. Galicji sprzyjał podobnym procesom i losy tej części mojego rodu uznać można za w miarę typowe. Rangę odkryć Piotra skorygować jednak nakazuje Testimonium Copulationis, czyli katolickie Świadectwo Ślubu moich pradziadków, Marii Rimmler i Wilhelma Grodyńskiego z listopada 1879 roku. Wynika z niego niezbicie, że przynajmniej wtedy rodzina była już po obu stronach katolicka.

Znamienne, że w następnym pokoleniu, które przyszło na świat w ostatniej dekadzie XIX wieku, świadomość żydowskich korzeni uległa szybkiemu zatarciu, bądź też zepchnięta została do sfery niepamięci. Świadczy o tym zachowanie w latach okupacji niemieckiej tak mojej prababki, jak i babki, zupełnie obojętnych na nazistowskie obsesje sprawdzania wszystkich pod kątem ich „aryjskich” – lub też nie – przodków. Zapewne ta właśnie obojętność, względnie prosta nieświadomość, pozwoliła im bezpiecznie przejść przez piekło czasu spod znaku ustaw norymberskich.

Inaczej sprawy się miały w przypadku mojego ojca Longina Cegielskiego. Pochodził z małopolskiej prowincji, z rodziny chłopskiej. Rozległa i ludna wieś Moszczenica, w której przyszedł na świat w 1920 roku, położona była osiem kilometrów od powiatowych Gorlic; miała status wsi gromadzkiej. Ten dystans, który dziś zmniejszył się o połowę i pokonywany jest w kwadrans przez miejski autobus, miał odegrać istotną rolę w jego życiu. W Gorlicach działało wówczas jedyne w okolicy, za to utrzymane na wysokim poziomie Państwowe Gimnazjum Neoklasyczne (a więc z obowiązkową greką i łaciną). W Moszczenicy niewielkimi gospodarstwami władała od początku XIX wieku rodzina Cegielskich oraz ich sąsiedzi, zarazem krewni i powinowaci: Kunowie, Klockowie, Brachowie i Niemcowie. Mój dziadek po mieczu, Jan Cegielski miał czworo dzieci, ale dwoje z nich, dziewczynka i chłopiec, zmarło kilka dni po narodzinach. Przeżył mój ojciec i młodsza od niego Zofia. Matka, Helena z domu Kuna, również odeszła przedwcześnie. Stało się to w 1925 roku, a więc kiedy Longin miał zaledwie pięć lat – tragiczne żniwo biedy i trudnych powojennych czasów.

Wiejscy antyklerykałowie

Za to mój dziadek Jan Cegielski okazał się nietypową jak na wiejskie stosunki postacią. Inwalida (utracił lewą rękę) okresu Wielkiej Wojny otrzymał na koszt cesarsko-królewskiego rządu wykształcenie zawodowe w postaci kursów biurowo-księgowych. Ciągnęło go jednak nie do biurowości, lecz do polityki. Działacz PSL-u stał się z czasem prawdziwym trybunem ludowym. Jako taki nie tylko inspirował, kierował i doradzał, ale i pomagał całej wsi. Prowadził nieformalne i nieodpłatne, za to cieszące się zaufaniem biuro pisania podań. Miał też sprawę karną „za znieważenie osoby duchownej”; poszło o publiczne oskarżenie księdza proboszcza o spekulację zbożem na przednówku – kosztem biednych parafian. Sprawa ciągnęła się latami, aż nowy kodeks karny RP pozbył się w 1932 roku zapisu z czasów austriackich, w których czyn „znieważenia osoby duchownej” był ścigany z mocy prawa.

Ojciec mój, dziedzicząc po swym ojcu dystans do kleru, zamienił go z czasem w głęboką niechęć do niebiańskiej kasty. Stało się tak za sprawą – jak sam twierdził – rozmaitych szkolnych, a potem studenckich konwiktów kościelnych, których był pensjonariuszem. Z prowadzonego przez księży szkolnego internatu w Gorlicach uciekł po jednym semestrze. Wolał zimą i latem pokonywać osiem kilometrów w jedną oraz osiem w drugą stronę, niż dać się terroryzować w szkolnym konwikcie. Nie do końca wierzyłem w tę ojcowską martyrologię, tym bardziej, że jak sam przyznał, niekiedy jego ojciec – lub ktoś z sąsiadów – podwoził go furmanką do szkoły. Po wojnie, kiedy ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, skarżył się z kolei na studencki konwikt prowadzony przez siostry zakonne. Mieszkał w nim dopóki jako narzeczony, a potem mąż mojej Mamy nie przeprowadził się na Studencką. Siostrzyczki żywiły studentów – jak opowiadał – głównie brukwią.

Jan Cegielski, Zaświadczenie Związku Inwalidów Wojennych, rewers. Fot. archiwum autora

Jan Cegielski, zdjęcie poświadczone 13 grudnia 1927, awers. Fot. archiwum autora

Faktem jest, że nabawił się wrzodów żołądka i Matka leczyła go – mniej lub bardziej skutecznie – przez wszystkie pozostałe mu lata życia. Prawie do samego końca, bo kiedy przeszedł na emeryturę, przestał być wicepremierem, a później także posłem, pożegnał się też z chorobą, na którą w jego czasach nie było lekarstwa. Poza zalecanym spokojem, dietą i niepaleniem.

Jeśli antyklerykalizm stał się trwałym elementem rodzinnej tradycji Cegielskich, to nie wyczerpywał on bynajmniej puli osobliwości, nie tak znowu częstych w przypadku małopolskich chłopów. Innym dziwacznym, a nawet niepokojącym składnikiem tej tradycji była legenda o rzekomo indiańskim pochodzeniu babki mojego ojca z domu Kuna. Miała wraz ze swym mężem przybyć w XIX wieku z pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku, a pośród wspólnoty moszczenickiej wyróżniać się wyjątkowo ciemną cerą – co skutkowało przydomkiem „cyganka”. Mój brat Piotr, który podjął się nie tylko odtworzenia drzewa genealogicznego rodu Cegielskich, lecz także weryfikacji związanych z nim legend, stwierdził ze rzekoma Indianka pochodziła z pobliskich Węgier (prawdopodobnie z terenu obecnej Słowacji).

Inna rodzinna legenda, wymagająca weryfikacji, również wiąże się z nazwiskiem Kuna – wydaje się wszak bardziej prawdopodobna. Jest faktem dowiedzionym, że wybitny rzeźbiarz okresu międzywojennego, zmarły w 1945 roku Henryk Kuna, przyszedł na świat w Warszawie, w żydowskiej rodzinie Bywalskich. Uczył się początkowo na rabina, ale szybko porzucił Talmud na rzecz młotka i dłuta. Po artystycznych studiach w Warszawie kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; tu w 1912 roku ochrzcił się, a to w związku ze ślubem z aktorką Stefanią Ewą Krauze. Zgodnie z moszczenickim przekazem rodzinnym ojcem chrzestnym miał być jeden z Kunów, mieszkający aktualnie w Krakowie. On też użyczyć miał Bywalskiemu swojego nazwiska, znakomicie też brzmiącego jako pseudonim artystyczny. Obie historie, być może obie apokryficzne, dowodzą przecież, że wiejska familia otwarta była szeroko na świat i innych ludzi, skoro gotowa była „przysposobić” – choćby tylko symbolicznie – zarówno Indiankę, jak i Żyda. Zresztą podanie rodzinne związane z Kuną żywo przypomina tradycję dotyczącą mojego dziadka po kądzieli, wspomnianego wcześniej Franza Rzihy. Tym razem tradycji w 100% autentycznej: był Rziha ojcem chrzestnym dla całej lwowskiej rodziny Spitzmanów, z których jej głowa, Henryk, był nie tylko jego wspólnikiem, ale i przyjacielem.

Franciszek Rziha u progu kariery naftowca, 1908. Fot. archiwum autora

*

Wykształcenie moich rodziców nie miało nic wspólnego z ich planami życiowymi, zainteresowaniami czy zdobytym doświadczeniem. Wojna kompletnie pokrzyżowała ich plany, przy czym w największym stopniu Mamie, która chciała być inżynierem i miała studiować na Politechnice w Rotterdamie. Planowała pójść w ślady swego ojca, przedsiębiorcy naftowego i ukończyć studia, które pozwoliłyby jej zająć się wydobyciem lub przetwórstwem ropy naftowej. Jej ojciec, a mój dziadek urodził się jako Franz Rziha pod rządami Habsburgów, w Kraju Sudetów (Sudetenland) w 1885 roku, w rodzinie niemieckojęzycznej. Losy jego ojca Wilhelma to przykład awansu znamiennego dla czasu i miejsca. Rolnik z dziada pradziada stał się właścicielem gospody oraz niewielkiego browaru. W rodzinnym Pschoblik (dziś Pšovlky w Republice Czech) piastował funkcję naczelnika gminy. Cesarz Franciszek Józef I odznaczył go w 1914 roku Złotem Krzyżem Zasługi.

Franz Rziha Franciszkiem stał się dopiero w Polsce, po I wojnie, kiedy osiadł tu na stałe i pojął za żonę rodowitą krakowiankę, Olgę Grodyńską. Wtedy też, w wieku lat czterdziestu, nauczył się języka polskiego. Z domu wyniósł znajomość niemieckiego i czeskiego, w czasie Wielkiej Wojny w niewoli rosyjskiej nauczył się rosyjskiego. Dzięki pobytowi w Brazylii poznał portugalski. Był typowym obywatelem świata, zarazem self-made manem; zawód naftowca zdobywał – jak niemal wszyscy naftowcy na początku XX stulecia – dzięki praktyce. Choć tytułowano go inżynierem, nie był nim; nie jest pewne, czy mimo podjęcia nauki w liceum w Pschoblik ukończył je i uzyskał maturę. Jak wspominała Mama – i napisała o tym w opublikowanym w 2009 roku pamiętniku Podróż do Brazylii – niedostatki w wykształceniu jej ojca rzucały się niekiedy cieniem na rodzinne stosunki, gdy okazało się, że nie bardzo może pomóc jej w nauce łaciny. Bez względu na to, kochała i podziwiała ojca bezgranicznie, ale jego deprymowała ta własna ułomność. Łacina stała się więc w tabu w rodzinie Rzihów.

Mama, dwa lata młodsza od Ojca, szkołę powszechną, czyli jak powiedzielibyśmy dziś podstawową, kończyła w Krakowie. Była to szkoła prywatna, kierowana przez Marię Münnichową. Naukę w czteroletnim gimnazjum, zreformowanym w 1932 roku, rozpoczęła już w Gorlicach. Doszła do drugiej licealnej klasy szkoły nowego typu, kiedy musiała przerwać naukę i z powodu choroby (gruźlica!) wyjechać na pół roku na leczenie do Rabki.

Maturę będzie więc robić w czasie okupacji, w tajnym nauczaniu, w które zaangażowana była jej matka oraz grupa nauczycieli z gorlickiego liceum. Studia odbyła w Akademii Handlowej (obecnie Uniwersytet Ekonomiczny) w Krakowie; końcowe egzaminy zdawała tuż przed moimi narodzinami, w grudniu 1947 roku. Została magistrem nauk ekonomiczno-handlowych, a jej praca dyplomowa dotyczyła „analizy funkcji produkcji w rolnictwie”. Tak oto miejskie, inteligenckie z pochodzenia dziecko, wychowane w domu przedsiębiorcy naftowego, zostało rolnikiem – powiedzmy, ekonomistą rolnym. Zawód ten wykonywać będzie z dobrym skutkiem przez długie lata. Dopiero w dwóch ostatnich dekadach życia Mama odnalazła swoje powołanie w zawodzie tłumacza. Władała dobrze francuskim i angielskim, a z dzieciństwa wyniosła biegłą znajomość języka niemieckiego. Była osobą dwujęzyczną; tłumaczyła w obie strony, przy czym – jak sama mówiła – chętniej na niemiecki. Rola języka niemieckiego w jej życiu rodzinnym to odrębna materia, którą odłożymy na później.

Autografy Jana i Longina Cegielskich na stronie tytułowej Słownika wyrazów obcych, 1921. Fot. archiwum autora

Teraz wspomnę, że z galicyjskiej szkoły średniej wyniosła tak dobrą znajomość języka łacińskiego, iż kiedy w 1967 roku zacząłem studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, była w stanie wspomagać mnie – i całą grupę ćwiczeniową – w rozsupływaniu zaawansowanych łacińskich szarad gramatycznych.

Ojciec, z kolei, marzył, żeby studiować medycynę, ale kiedy w maju 1938 roku z bardzo dobrym świadectwem zrobił maturę w Gorlicach, musiał wybrać inaczej. Studia medyczne były kosztowne, a on szukał takich, na których czesne nie było wysokie, a które zarazem dawałyby dobre perspektywy pracy. Wybrał cieszący się renomą już od XIX wieku kierunek rolniczo-leśny na Politechnice Lwowskiej. Wszak rolnictwo i związane z nim grupy społeczne, ziemiaństwo i chłopi, stanowiły wiodące obok inteligencji grupy społeczne w Galicji. Od śmierci Jana Cegielskiego w styczniu 1937 roku utrzymywał się sam; po ojcu rolniku odziedziczył książkę, którą zabrał ze sobą do Lwowa: Michała Arcta Słownik wyrazów obcych, wydanie siódme w Warszawie w 1921 roku. Historię zachowanej do dziś, zaczytanej niemal na śmierć księgi zaświadczają autografy na jej okładce.

Młodsza od Longina jego siostra Zofia, która pozostała na rodzinnym gospodarstwie w Moszczenicy, nie mogła – w warunkach przedwojennej ekonomii – pomóc mu finansowo. Raczej sama oczekiwała pomocy. Dlatego bardzo szybko – zdecydowanie przedwcześnie – wyszła za mąż za sąsiada, Tadeusza Klocka. W dodatku mało szczęśliwie. Całe długie życie spędziła w rodzinnej wsi, nie opuściwszy jej na dłużej niż jeden dzień. Pielgrzymki do Częstochowy lub innego miejsca świętego nie odbyła, bo jak wszyscy w jej rodzinie nie była specjalnie religijna. Szanowała bardzo swojego brata, który przybywał niekiedy do Moszczenicy z odległej Warszawy – bardziej jednak z poselskiego niż rodzinnego obowiązku. Miałem okazję obserwować ich oboje: Longin, doktor inżynier nauk rolnych okazywał zainteresowanie skromną gospodarką Zofii. Coś tam jej tłumaczył, proponował, a ona, z wiejska ubrana, za to wciąż o młodej, gładkiej twarzy – patrzyła na niego uważnie. Mam wrażenie, że niewiele rozumiała z fachowych, agrotechnicznych porad brata, tym bardziej daleka była od ich stosowania. Ze znacznie lepszym skutkiem Longin pilnował, aby wszystkie dzieci siostry otrzymały wykształcenie; pomagali w tym dziele rodzice Mamy, Rzihowie, którzy służyli stancją (i pomocą w nauce) w Gorlicach. W ten sposób trzy moje kuzynki, identycznie jak moi rodzice, uzyskały kolejno maturę w liceum im. Marcina Kromera. I wyruszyły w wielki świat.

Ojciec będąc przez dwie kadencje posłem z ramienia ZSL z regionu gorlickiego, dbał o sprawy rodzinnej wsi. Kiedy już sporo lat po jego śmierci, w 1997 roku gościłem w sąsiedniej do Moszczenicy gminie Rzepiennik Strzyżewski, tamtejsza pani wójt upewniwszy się, że jestem synem „t e g o Cegielskiego” zawołała: „ach, jak myśmy zazdrościli Moszczenicy, że ma takiego protektora jak pański ojciec!”.

Bardziej ukraińskiego niż rzymskiego pochodzenia

Lonhyn Cehelsky jako deputowany na fotografii prasowej, „Nowości Ilustrowane” nr 29 z 1911 roku. Fot. Wikipedia – domena publiczna

Imię ojca – Longin (od łac. Longus, „długi”) – stanowiło rodzinną zagadkę. Imieniny Longina przypadają dziewięć razy w roku, poczynając od 15 marca. Patronem imienia jest męczennik z I wieku, św. Longin z Cezarei, rzymski żołnierz. W Polsce niejaką popularność imię zyskało dzięki postaci z sienkiewiczowskiego Ogniem i mieczem. Oficjalna data urodzin ojca to 12 marca (1920), a więc jedna z wersji mojego rodziciela, że ksiądz proboszcz nadał mu pierwsze lepsze imię z kalendarza, wydaje się prawdopodobna. Nie wyklucza wszak podejrzenia, że miałby tym Longinem zrobić go na złość Janowi Cegielskiemu, z którym był skonfliktowany – to wersja druga. Ale nie koniec na tym. Ojciec zawsze kwestionował marcową datę swoich urodzin; twierdził, że zapis w księdze parafialnej jest niewyraźny, gdyż poprawiany; zamiast łacińskiego Marti powinno być Mai. To już wersja trzecia, która znajduje odbicie w wielu zachowanych dokumentach. Mojemu bratu Piotrowi, który zajmował się tą sprawą, nie udało się dotrzeć do oryginalnego zapisu metrykalnego, lecz jedynie do znacznie późniejszego wypisu z ksiąg parafialnych. Problem miesiąca urodzin ojcowskich pozostać musi nierozstrzygnięty.

Lonhyn Cehelsky (z prawej) wraz z członkami rządu Petlury, Boberskim i Voloshynem, 1918. Fot. Wikipedia – domena publiczna

Istnieje natomiast inne jeszcze, czwarte już, wyjaśnienie, skąd wzięło się imię Longin. Ojciec miał raczej mglistą świadomość tego, iż jego rodzina wywodzi się – w linii męskiej – z zachodniej części Ukrainy. Z ojcowskiego przekazu zapamiętał tylko, że jego małopolscy przodkowie mieli wspólnych ponoć przodków z działaczem politycznym i przemysłowcem w Poznaniu, Hipolitem Cegielskim. I że ród swój wiedli z okolic Lwowa.

W sukurs tej tradycji przychodzi niespodziewanie dwujęzyczna, angielsko- -ukraińska Złota Księga Rodu Cegielskich, wydana w Toronto w 1990 roku. Otóż w chwili gdy Longin przyszedł na świat, głośno było o ukraińskim działaczu państwowym, współpracowniku Petlury, który w latach 1918–1919 był ministrem w rządzie Ukraińskiej Republiki Ludowej, Lonhynie Cehelskim (ukr. Лонгин Цегельський, pol. Longin Cegielski, 1875–1950). Za rządów austriackich Cehelski ów był posłem na sejm w Wiedniu w latach 1911–1917, a tuż przed upadkiem „prometejskiego” projektu budowy niepodległej Ukrainy w sojuszu z Polską, Petlura mianował go ambasadorem w Stanach Zjednoczonych. Na trop ukraińskich krewnych wpadłem jakieś dwie dekady temu; podczas pobytu w Lwowie spotkałem się z jednym z nich, profesorem medycyny (nota bene wolnomularzem). Od niego dostałem w prezencie Złotą Księgę. Uświadomił mi, jak ważną postacią w ukraińskim panteonie narodowym był Lonhyn Cehelski. Dowiedziałem się również, że papież Jan Paweł II wyniósł w 2001 roku na ołtarze bł. Mykołę Cehelskiego, duchownego grekokatolickiego zamęczonego w obozie przez NKWD, oraz że Andrej Cehelski był – jakby dla równowagi – ministrem „wnutriennych dieł” Ukrainy w czasach Chruszczowa. Dobrze, że nie za Stalina! – pomyślałem.

Rok we Lwowie – i jak to się skończyło 1938 – 1939

Młodszy o dwa pokolenia polski imiennik Longyna Cehelskiego po uzyskaniu matury z wyróżnieniem powrócił, można by powiedzieć, do ukraińskich korzeni. Po złożeniu konkursowego egzaminu wstępnego mógł w październiku 1938 roku rozpocząć studia na Politechnice Lwowskiej, na Wydziale Rolniczo-Leśnym. Bez problemów zaliczył pierwszy rok studiów, a potem chwalił się egzaminem z geometrii wykreślnej zdanym u profesora Stefana Banacha. Kiedy pokazał mi zachowany szczęśliwie indeks z autografem uczonego, zwróciłem uwagę, że zdał zaledwie na trzy z plusem. – „Ha! To była bardzo wysoka ocena! – rzekł Ojciec. – Banach nie stawiał piątek, niezmiernie rzadko czwórki, a większość studentów wylatywała za drzwi z dwóją”. Geometria wykreślna była wyjątkowo trudnym przedmiotem, rodzajem sita na pierwszym roku, a obowiązywała na wszystkich kierunkach politechnicznych. Pojęcie „przestrzeni Banacha” (les espaces de S. Banach – jak nazwał je francuski matematyk Maurice Fréchet) stało się fundamentalne dla rozwoju analizy funkcjonalnej i matematyki w ogóle. Jeden z podstawowych obiektów współczesnej matematyki, wykorzystywany jest w programowaniu komputerowym – którą to informację podaję za matematykami-informatykami.

Po prawej Longin Cegielski rok przed maturą, Gorlice 1937. Fot. archiwum autora

W nieforemnym szynelu Legii Akademickiej, luty 1939. Identyczny szynel otrzymałem niemal 30 lat później jako słuchacz Studium Wojskowego Uniwersytetu Warszawskiego, tyle że orzełek na guziku stracił koronę. Fot. archiwum autora

Ojciec żartował, że wybuch wojny we wrześniu 1939 roku uchronił go przed odsiedzeniem dwóch tygodni paki w Legii Akademickiej. Dostał tę karę za kilkudniowe spóźnienie się na szkolenie wojskowe jesienią 1938 roku. Opowiadał, że przysposobienie wojskowe nie cieszyło się dobrą opinią wśród studentów:

– Wyobraź sobie – wspominał – przychodzi sierżant na zajęcia do studentów rolnictwa i weterynarii i opowiada im, jak zbudowany jest „koń wojskowy”: „otóż, składa się on z trzech części: skóry, mięsa i kości!”. Gdybym nie był świadkiem, nie uwierzyłbym! – kończył mój Stary.

Odpowiedziałem Ojcu, że doskonale wiem, o czym mówi – a rzadko się z nim w czymkolwiek zgadzałem. Podobnie jak u niego we Lwowie, rzecz się miała w przypadku mojego szkolenia na Studium Wojskowym przy Uniwersytecie Warszawskim, odbytym na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tu jednak – inaczej niż w przedwojennym Lwowie – wykładowcami byli majorowie i podpułkownicy – za jakieś przewinienia zesłani na katorgę ze studentami. Zajęcia na Studium Wojskowym stanowiły więc źródło cierpienia dla obu stron.

Z relacji Ojca wynikało, że jeszcze gorzej miały się sprawy z przedwojenną Legią Akademicką. Nie była formacją stricte wojskową, lecz paramilitarną organizującą przysposobienie wojskowe i zajęcia wychowawcze; podlegała Urzędowi do Spraw Wychowania Fizycznego i PW. Przygotowywała studentów pierwszego i drugiego roku do pełnienia funkcji dowódczych nie w wojsku, lecz tylko we własnych strukturach. We wrześniu 1939 roku, po paru ćwiczeniach z jednostrzałowym Mauserem pamiętającym I wojnę światową, ruszyli akademicy na front, do jednostek liniowych we wschodniej Małopolsce. Ojciec znalazł się w niedawno utworzonej Karpackiej (Pół)Brygadzie Obrony Narodowej, by walczyć na linii Przemyśl – Gródek Jagielloński i zakończyć wojaczkę po kilkunastu dniach. Według oficjalnego dokumentu WKU z 1979 roku dopiero 27 września. Jedno jest pewne: nie przeszedł jak inni żołnierzy brygady, w której walczyli liczni Hucułowie, na stronę rumuńską. W październiku Ojciec był już u siebie w domu w Moszczenicy. Prawdziwa wojna miała się dlań dopiero teraz zacząć. Oficjalnie pracuje teraz w gospodarstwie rolnym swojej siostry Zofii; faktycznie podejmuje najróżniejsze aktywności, tak wojskowe, jak i polityczne. I o czym będzie tu jeszcze obszernie mowa – kocha się w Marysi Rzihowej.

Rodzice – początki

Tuż po śmierci Mamy, w listopadzie 2015 roku odnalazłem w domowej bibliotece należący do niej egzemplarz wspomnianego już pamiętnika Podróż do Brazylii. Na tytułowej stronie napisała dedykację. Sama sobie:

Tę książeczkę dedykuję samej sobie jako remedium na smutek i samotność, autorka.

Warszawa, 11 marca 2011 r. w siedemdziesiątą piątą rocznicę pierwszego listu od Longina

O tym liście, od którego wszystko się zaczęło, ponieważ był miłosnym wyznaniem siedemnastolatka poczynionym dwa lata młodszej dziewczynie, Mama wspominała parokrotnie. Poznali się, a jakże, w szkole. W gorlickim państwowym gimnazjum im. Marcina Kromera, w którym lekcje z trzech aż języków, polskiego, francuskiego i niemieckiego, prowadziła dr Olga Rzihowa. Mój Ojciec w nagrodę za dobre wyniki w nauce oraz sprawowanie uhonorowany został funkcją pomocnika szkolnego bibliotekarza. Zastępował go w określonych dniach i godzinach; wydawał i przyjmował książki, sprawdzał rewersy. Nie otrzymywał za to żadnego wynagrodzenia, ale – jak się okazało – miał możliwość zawierania interesujących znajomości. Wpadła mu więc w oko ładna i wesoła dziewczyna, wyglądająca na znacznie starszą niż wynikałoby to z jej rocznika. Często przychodziła do biblioteki, bo dużo czytała, ale w pewnym momencie – jak sama wspominała – zaczęła przychodzić i częściej, i zawsze podczas dyżurów chłopaka, który z kolei jej wpadł w oko. Kiedy oglądam – dość licznie zachowane – zdjęcia Ojca z tego okresu, stwierdzić muszę, że doskonale Mamę rozumiem. Owszem, był przystojny, ale przede wszystkim miał w sobie pewną zawadiackość, coś co znamionuje siłę i niezależność charakteru. Z czasem jednak konwencja fotografii – a może też sam model – zmienia się.

Okładka Podróży do Brazylii Marii Cegielskiej, Kraków 2009 Fot. archiwum autora

Na nieco już wystudiowanych ujęciach z okresu po zakończeniu szkoły (nie znamy, niestety, autora tych zdjęć), widzimy zamyślonego, uwodzicielsko romantycznego młodzieńca z zapalonym papierosem w dłoni.

Ukochana córka tatusia. Szymbark ok. 1934. Fot. archiwum autora

Z owym pierwszym listem wspomnianym w dedykacji, a po części zacytowanym przez adresatkę w jej wspomnieniach („Koleżanko! Ponieważ nie mam innej drogi do zapoznania się z Koleżanką, postanowiłem coś do Koleżanki napisać”) sprawa nie była też ani prosta, ani oczywista. List doręczony przez posłańca został na jego oczach podarty, z „uprzejmą prośbą”, aby przekazać nadawcy, żeby się odczepił. Zdenerwowana adresatka zachowała jednak na tyle przytomności umysłu, aby kawałki listu zachować w kieszeni fartucha. Posklejany jeszcze tego samego dnia, stanowi do dziś najcenniejszą relikwię rodzinną.

„Chodzić ze sobą” – to obecnie trochę już archaiczne określenie miało swój dramatyczny wymiar w latach trzydziestych, szczególnie w małym mieście, jak Gorlice. Rodziło się bowiem pytanie, jak, gdzie i kiedy można w ogóle „być ze sobą”? Życie młodych kontrolowane było w wysokim stopniu przez szkołę, a rygory szkolne czyniła jeszcze bardziej uciążliwymi władza księży katechetów. Dobrze, jeśli okazali się w miarę normalnymi ludźmi. W szkolnych czasach moich rodziców ksiądz Górnicki nie tylko cenzurował ocenzurowane już przez Ministerstwo Edukacji Narodowej filmy i książki. Szkoła gorlicka miała prawo wywiesić plakat dozwolonego przez MEN filmu – ale pod warunkiem, że obraz otrzymał dodatkowo zgodę księdza katechety. Z tego co wiem, w wielkich miastach nie było takich rygorów. Podobnie nie było zakazu pojawiania się uczniów bez opieki w miejscach publicznych.

Gorlice, pochód w dniu 3 maja 1938. W pierwszej trójce Marysia Rzihówna. Fot. archiwum autora

Mama ze zgrozą wspominała dramat

dziewczynki-Żydówki z klasy równoległej, którą ksiądz katecheta przyłapał wraz z koleżanką w cukierni – jedynej w Gorlicach przy ulicy 3 Maja. Żydówka uznana została za prowodyrkę – podobno to ona stawiała kremówki. Została, mimo wstawiennictwa ze strony nauczycieli, relegowana z „wilczym biletem” ze szkoły. Jej koleżance z katolickiego domu obniżono ocenę ze sprawowania…

Lato w Juracie, 1938. Dla Marysi szkolne rygory kończyły się w okresie wakacji, podczas wyjazdów nad morze lub w góry. Jak wspomina w Podróży do Brazylii, podobne kreacje były w Gorlicach nie do pomyślenia. Fot. archiwum autora

Bardziej jednak z uśmiechem politowania niż grozą wspominała Mama księdza Górnickiego, który co jakiś czas mierzył przed lekcjami długość sukienek uczennic: czy miały osiem obowiązkowych centymetrów za kolana. Jeśli nie – wymierzał karę kościelną i odsyłał delikwentkę do domu. W owych czasach niewinności nikt nie słyszał o księżej pedofilii, a tak przepisy, jak i zwyczaje dawały duchownym nieograniczone możliwości jawnego niemal zaspokajania swych żądzy.

A więc jak tu „chodzić ze sobą”, kiedy każdy twój ruch jest kontrolowany, a z domu do szkoły, tak jak Marysia Rzihówna, masz siedem minut? Pozostawały więc listy oraz szkolne imprezy sportowe i artystyczne, kiedy można było fizycznie, choćby na minutę, zbliżyć się do siebie. Taką możliwość stwarzał kościelny chór, na który uczęszczała Marysia, ale Longin już nie. Nie był muzykalny i nastawiony był krytycznie do Kościoła. Pozostawało jeszcze harcerstwo, którego gorliwą adeptką okazała się Marysia (otrzymała Krzyż Harcerski w 1936 roku), ale indywidualista Longin już nie tak bardzo. I tak dalej…

Bal „Rodziny Urzędniczej”, luty 1937: pani Zofia Car, wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, wiceminister skarbu Kajetan Dzierżykraj-Morawski, wiceminister, kierownik ministerstwa skarbu Tadeusz Grodyński. Fot. zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Szkoła i polityka

Szkoła – jak wszystkie szkoły w II RP – celebrowała kult Marszałka Piłsudskiego. Wraz z innymi dziećmi dziesięcioletni Longin pisał życzenia świąteczne dla Marszałka, który w 1930 roku udał się dla poratowania zdrowia na Maderę. W rodzinnym archiwum zachowało się zdjęcie wykonane 3 maja 1938 roku, na głównej ulicy Gorlic nazwanej, a jakże, 3 Maja. Widzimy imponujący pochód uczennic licealnych ciągnący środkiem ulicy, jednakowo i odświętnie ubranych, z Marysią Rzihówną w środku pierwszej trójki. Mieszkańcy liczne zgromadzeni na chodnikach, w oknach i na balkonach, przyglądają się pochodowi. Trudno orzec, co było przyczyną wyróżnienia Rzihówny: czy najwyższy wzrost w szkole, czy najlepsze wyniki w nauce? Być może jedno i drugie. Poza tym była córką cenionej w szkole i naukowo utytułowanej nauczycielski.

Mama wspominała, że patriotyczne wzmożenia nie przeszkadzały jej podczas szkolnych uroczystości śpiewać wraz z innymi „My Pierwsza Brygada, Piłsudskiego dziada” – choć osobiście nie miała nic przeciwko Marszałkowi, a w domu wypowiadano się o nim z szacunkiem. Z czasów krakowskich rodzice Mamy zachowali serdeczne stosunki z inżynierem Eugeniuszem Kwiatkowskim, ministrem przemysłu i handlu, a potem, od 1935 roku wicepremierem. Łącznikiem między wybitnym politykiem a rodziną moich dziadków był brat Olgi Rzihowej, wspominany już profesor Tadeusz Grodyński, wiceminister, kierownik ministerstwa skarbu w latach, gdy Kwiatkowski był wicepremierem. Obu panów łączyła serdeczna przyjaźń, pomimo tego że brat mojej babki, po którym otrzymałem imię, był zwolennikiem endecji, a jego przełożony jako były legionista i peowiak zdeklarowanym piłsudczykiem. Kwiatkowski nie był tu zresztą wyjątkiem; bliskie stosunki Grodyński utrzymywał z prof. Kazimierzem Bartlem, pierwszym premierem sanacyjnej ekipy po przewrocie majowym 1926 roku. Były to czasy, w których dobro wspólne, Rzeczpospolita, państwo polskie, stało – przynajmniej dla niektórych polityków – ponad partyjnymi podziałami i interesami. Taki był też patriotyzm Marysi Rzihówny: propaństwowy i absolutnie neutralny politycznie. Inaczej niż w przypadku Longina Cegielskiego, który już w czasach studenckich zaczął – idąc śladem swego ojca – sympatyzować z ruchem ludowym.

Ze sferą tak skarbowości, jak i polityki łączy się jeszcze inny przekaz rodzinny, mający oparcie w historycznych faktach. Mój cioteczny dziadek Tadeusz, najwyższy autorytet w kraju w dziedzinie prawa skarbowego i autor fundamentalnego dzieła na ten temat, Zasady prawa budżetowego (1938), znajdował się w nieustannym sporze z Józefem Piłsudskim w materii spraw budżetowych właśnie. Marszałek, jak to marszałek, walił pięścią w stół i mówił, że pieniądze (na coś tam, np. na wojsko) muszą się znaleźć, a Grodyński cierpliwie tłumaczył, dlaczego nie jest to możliwie. Z tego właśnie powodu – a nie z racji endeckiego rodowodu oponenta – Piłsudski nie darzył go specjalną sympatią. Jakież było zaskoczenie moich dziadków, kiedy po śmierci Marszałka w maju 1935 roku Polskie Radio w reportażu z Belwederu, w którym opisano szczegółowo mieszkanie zmarłego, wymieniło przedmioty leżące na jego biurku, a wśród nich otwartą książkę – podręcznik prawa skarbowego z 1926 roku, autorstwa Tadeusza Grodyńskiego.

*

Opisana tu postawa Mamy nie oznaczała przecież, że pozostała w swych młodzieńczych czasach ideową carte blanche. Pewne doświadczenia kształtowały może nie tyle jej polityczną, co społeczną świadomość. A tę odziedziczyła po ojcu przemysłowcu, bardzo nietypowym przedstawicielu swej klasy, bo o liberalnych, zarazem lewicowych niemalże poglądach. Te drugie zaś nabył podczas niewoli jenieckiej na Syberii w latach Wielkiej Wojny, przy czym tak się złożyło, że uciekając z Sybiru otarł się jesienią 1917 roku o rewolucyjne wydarzenia w Piotrogradzie. Kiedy przez rosyjską jeszcze Finlandię, potem neutralną Szwecję wrócił do Austrii, był już przekonany, że przyszłość świata należy do komunizmu. Komunistą pozostał raczej kanapowym, ale wystarczyło, by szokować opinię towarzyską w latach powojennych. Miał przecież prawdziwą sympatię dla ludzi pokrzywdzonych przez los i historię.

Kopalnia „Zawisza” należąca do Franciszka Rzihy, zima 1940 r. Fot. archiwum autora

Znany był z tego, że do pracy w swych kopalniach (dorobił się ich sześciu lub siedmiu) przyjmował robotników, którzy z tzw. wilczym biletem wylecieli z pracy gdzie indziej – najczęściej za agitację komunistyczną. W jego przedsiębiorstwach panowały za to patriarchalne stosunki. Dziadek trzymał do chrztu dzieci swych pracowników lub udzielał wsparcia finansowego, kiedy było to potrzebne. A ponieważ firma szybko się rozwijała, szczególnie w latach trzydziestych, płacił robotnikom coraz lepiej – nie przestając być przy tym wymagającym pracodawcą. Nic tedy dziwnego, że jego pracownicy niezmiernie go szanowali – o czym się sam mogłem wielokrotnie przekonać wiele lat po wojnie. I dzięki czemu miał uratować życie w 1945 roku, o czym już później.

Mama wspominała – ale nie zapisała w swoim pamiętniku – że zauważyła pewnego roku, jak jej ojciec w dniu pierwszego maja przywdziewa odświętny garnitur, wkłada czerwony goździk do butonierki, by w pierwszomajowym pochodzie ruszyć na czele miejscowych robotników, głównie własnych pracowników. Owe polityczne demonstracje Franciszka Rzihy przyprawiały władze Gorlic o wyjątkowy ból głowy – większy jeszcze niż ten, gdy przepowiadał rychłe nadejście komunistycznych porządków. Przepowiednia która – jak wiemy – już niebawem miała się spełnić!

Marysia kieruje traktorem, maj 1940 r. Fot. archiwum autora

Ale na razie był inny problem: jak tu rozpędzić nielegalną demonstrację, a prowodyrów przymknąć, kiedy przewodzi jej najhojniejszy sponsor miasta, właściciel kopalni „Zawisza”, finansujący brukowanie i oświetlenie ulic oraz budowę domu opieki społecznej? Jeden z największych pracodawców w powiecie, dający utrzymanie ludziom ze wszystkich warstw społecznych: od wiejskiej biedoty po inteligencję i ziemiaństwo. To ostatnie, jak zawsze żyjące ponad stan, poważnie było u dziadka zadłużone, choćby z racji niezapłaconych faktur za gaz ziemny. Gaz zaś powszechnie służył nie tylko do ogrzewania, ale i oświetlania domów.

Ów dzień pierwszomajowy Marysia zapamiętała wszak z innego powodu. Wracała ze szkoły ze swoją koleżanka, której ojciec był właścicielem sklepu – i najprawdopodobniej zagorzałym endekiem. Na chodniku dziewczynki spostrzegły porzucony, złamany goździk. Koleżanka zaczęła z furią deptać ów symbol sprawy robotniczej, a Marysi zrobiło się bardzo przykro, bo powrócił do niej obraz ojca, który wkłada rano goździka do butonierki. Może nawet tego samego czerwonego goździka.

Afirmacja lewicowych postaw własnych pracowników i związany z nią udział w pierwszomajowej demonstracji czyniły z ojca Mamy absolutny wyjątek w gronie miejscowych przemysłowców. Mało tego, był jedynym spośród licznych wśród nich obcokrajowców, obywateli świata, który szybko zżył się z nowym, polskim środowiskiem. Zapewne pod wpływem żony dawny Franz Rziha stał się Franciszkiem – o czym zaświadcza dyplom prezydenta RP nadający mu w 1932 roku polskie obywatelstwo. Nowej tożsamości narodowej i państwowej pozostanie wierny do końca życia. Fakt, iż rok później identyczny dyplom otrzymała Maria Rzihówna, dowodzi, że dotychczas dziedziczyła austriackie obywatelstwo ojca.

Marysia na spacerze z psem, Gorlice, październik 1939 r. Fot. archiwum autora.

Zapewne to nie najlepiej układające się relacje pomiędzy Franciszkiem i Olgą sprawiły, że Marysia nie doczekała się rodzeństwa i pozostała jedyną spadkobierczynią. Ojciec, który chciał widzieć w Marysi swoją następczynię w naftowych interesach, dbał oto, by córka zdobyła potrzebne do tego umiejętności. O ile księgowość i inne biurowe obowiązki nie były dla niej źródłem specjalnej przyjemności, choć świetnie sobie z nimi radziła, o tyle z wielkim entuzjazmem podjęła męskie ówcześnie aktywności. Zadania związane nie tylko z prowadzeniem, ale i konserwacją oraz naprawą pojazdów. W czerwcu 1938 roku, kiedy ukończyła szesnaście lat, otrzymała prawo jazdy, które upoważniało ją do prowadzenia nawet małych ciężarówek. Z początku okupacji prócz zdjęć dokumentujących biurową pracę Marysi, zachowała się fotografia z maja 1940 roku, przedstawiającą Rzihównę, jak prowadzi traktor marki „Ursus”. Nie była to przecież jakaś lipa, li tylko pozowanie do fotografii.

Marysia w pracy w biurze kopalni ojca, zajętej przez okupanta, wiosna 1940 r. Fot. archiwum autora.

Marysia Rihówna na tarasie górnym domu w Gorlicach, 1940. Fot. archiwum autora

Na początku okupacji Marysia podjęła pracę w niemieckiej spółce Karpaten Öl, która przejęła kopalnie Rzihy. Tam też prowadząc traktor czy motocykl urozmaicała sobie nudną pracę biurową, która sprowadzała się do sprawdzania i przepisywania tabel ze statystykami wydobycia ropy i gazu. Biegła w materiach księgowości szybko wykryła, że owe statystyki to czysta fikcja! Chodziło jedynie o to, by się sumy zgadzały – liczone z góry do dołu oraz z lewej strony na prawą. Potwierdził to – pośrednio – jej bezpośredni przełożony, volksdeutsch nazwiskiem Kloze, bardzo zresztą przyjaźnie do młodej Rzihówny nastawiony. Do sprawy owej z księżyca wziętej sprawozdawczości, Mama powracała po wojnie w rozmowach w kręgu rodzinnym. Statystyczne fałszerstwa skutecznie – przynajmniej w tym wypadku – kryły proceder kradzieży ropy i jej produktów na znaczną skalę – zagrożony jak wszystkie przestępstwa gospodarcze w GG karą śmierci. Ropa, nazywana ówcześnie „naftą”, nawet nie przetworzona służyła jako opał, smar, środek impregnujący, a nawet lekarstwo. Trudno się więc dziwić, że po tzw. wyzwoleniu w 1945 roku przedsiębiorstwa dziadka padły ofiarą zorganizowanej grabieży, która trwała przynajmniej dwa lata. Później, już po formalnej nacjonalizacji kopalni, ropę kradziono nadal, systematycznie, choć na mniejszą skalę. Na ślad tego procederu natrafiłem w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy wzdłuż i wszerz przemierzałem kopalnię „Zawisza” – odwiedzaną wcześniej w towarzystwie Dziadka.

Motocyklowe i inne wyczyny Marysi zakończyły się w 1941 roku, kiedy zaczęła naukę w Krakowie. Ale motoryzacyjne pasje pozostały jej do końca życia. Kiedy w jego osiemdziesiątym piątym roku żegnała się – pod niejaką presją otoczenia zatroskanego o jej bezpieczeństwo – z prowadzeniem samochodu, a także z jego ostatnim wcieleniem w postaci wysłużonego „malucha”, był to dla niej dramatyczny moment. Pożegnania z najważniejszą, gdyż prawdziwie samodzielną i aktywną fazą życia. Warto wspomnieć, że przez cały okres prowadzenia samochodu, od 1938, potem od 1960 roku przez następnych 47 lat nie miała ani jednego wypadku, ani razu nie zapłaciła mandatu! Owszem, najeżdżano na nią, przebijano samochód wzdłuż dyszlem od furmanki, wyrywano drzwi, ale były to nawet groźne, przecież nie zawinione przez nią wypadki.

Rozdział II

Miłość i okupacja

Czas samodzielnych decyzji

Ciekawe, ale Mama nie wspominała, aby ukochany Longin starał się jakkolwiek wpływać na jej poglądy polityczne. Wiedziała przy tym, że sam był zaangażowany w jakieś organizacje młodzieżowe – ale to dopiero w okresie studiów. Wyjazd Marysi na całe półrocze do Rabki jesienią 1938 roku, a Longina na studia do Lwowa, nie zniszczył ich związku. Poważniejszą próbą musiał okazać się wybuch wojny i niemiecka okupacja, ale ta przyniosła im w dłuższej perspektywie także korzyści. Byli teraz odpowiedzialni sami za siebie, zarazem też, o paradoksie, wolni! Runęły dawne instytucje, a wraz z nimi liczne zakazy, nakazy i staroświeckie obyczaje. Oboje podjęli pracę już jesienią 1939 roku: Marysia w kancelarii największej kopalni ojca, „Zawisza”, teraz zawładniętej przez Niemców, Longin w gospodarstwie rolnym swojej siostry w Moszczenicy.

Pod przykrywką biurowych obowiązków Marysia przygotowywała się do matury w tajnym nauczaniu (prowadzonym także w jej domu), bo z powodu choroby nie mogła ukończyć szkoły w terminie, to znaczy w maju 1939 roku. Maturę zrobiła – z bardzo dobrym wynikiem – w 1941 roku. Oryginał dokumentu, który niestety nie zachował się, ale został zreprodukowany w monografii Nadziei Druckiej z 1973 roku zat. Szkoła w podziemiu, powstał na kartce z notesu, na której podpisali się wszyscy nauczyciele-egzaminatorzy, łącznie z Olgą Rzihową. Stał się podstawą dla oficjalnego dokumentu wystawionego w 1945 roku.

Dla rodziców Mamy był to – jak dla wszystkich – trudny czas. Radzili sobie jednak dobrze, nie unikając przy tym zaangażowania, które nakazywało im sumienie i poczucie obowiązku, a za które – jak za wszystko, co przeciwne okupacyjnej władzy – była tylko jedna kara: śmierć na miejscu lub obóz zagłady. Zaczęło się od tego, że jesienią 1939 roku szef gestapo powiatu gorlickiego zajął parter domu Rzihów, a więc jego część reprezentacyjną od frontu oraz biura dziadka od tyłu. Także wolnostojący, obszerny garaż tak wielki, że na fotografiach wyglądał jak samodzielny dom. Cóż, Dziadek utracił swoje samochody, w tym zupełnie nowego buicka, więc nie było problemu. Właścicielom gestapowiec pozostawił łaskawie piętro, zgodnie zresztą z okupacyjnymi przepisami, które zezwalały posiadaczom kamienic zachować jedno mieszkanie dla siebie.

Podczas pobytu w Rabce. Marysia z ojcem, 1938/1939. Fot. archiwum autora

Z tego przywileju skorzystała moja prababcia, Maria Grodyńska (z d. Rimler), pilnując z wysokości trzeciego piętra reszty domu przy Studenckiej zajętej przez Wehrmacht. Krakowska kamienica stała się rodzajem etapowego hotelu dla rannych oficerów wycofywanych z frontu do jednego z podkarpackich uzdrowisk: Krynicy Zdroju, Iwonicza Zdroju, Rymanowa, Horyńca. Żyła tu w miarę spokojnie, korzystając z medycznej pomocy lekarza-Austriaka, który na co dzień opiekował się oficerami.

Rzihówka. Tablica upamiętniająca tajne nauczanie w okresie okupacji. Fot. archiwum autora

W Gorlicach „kohabitacja” z gestapowcem pod jednym dachem trwała dość długo, bo do grudnia 1942 roku. Być może pochodzący z Bawarii drobny, wychudzony, cherlawy wręcz mężczyzna nie czuł się bezpieczny wśród wielkoludów z pierwszego piętra. Mama parokrotnie wspominała, że ich nazistowski lokator musiał być bardzo wygłodzony, skoro zażyczył sobie od jej rodziców, aby codziennie na śniadanie zapewniali mu faskę masła, którą on pochłaniał w całości. Marysię Rzihównę śmieszyła przecież inna sytuacja związana z Bawarczykiem.

Willa Rzihówka, projekt Józefa Baruta, architekta miasta Gorlice, rok 1933. Fot. archiwum autora

Brunet, o kręconych włosach, wąskich ramionach i krzywych nogach stawał przed nią i zadzierając głowę robił jej wykład na temat wyższości rasy nordyckiej nad słowiańską. „Postawna, niebieskooka blondynka bez odstających kości policzkowych” – opisywana właśnie jako przedstawicielka rasy panującej – spoglądała ze zdumieniem na rzekomego pana stworzenia, który wyglądem przypominał jej wychudzonego czarnego pudelka. Podobne poczucie absurdu miałem ja sam prawie czterdzieści lat później, kiedy w Niemczech Wschodnich, w których rasistowskie brednie długo pozostały w powszechnym obiegu, chciano mi dowodzić „wyższości Germanów nad Słowianami”.

Warto wspomnieć, że przez ponad dwa lata w Rzihówce, pod jednym dachem z powiatowym szefem gestapo odbywało się tajne nauczanie prowadzone przez Olgę Rzihową – które to upamiętnia tablica umieszczona po wojnie na fasadzie domu dziadków, reprodukowana w Wikipedii. Powie ktoś, że pod lampą najciemniej. Zgoda, ale by przez długie miesiące stosować tę metodę, z niewątpliwym narażeniem życia, trzeba mieć niesłychanie silną motywację – i równie silne nerwy. Jak będzie jeszcze o tym mowa w dalszej części tej książki, Babcia była w jakimś sensie nauczycielem idealnym. Angażowała się bezgranicznie w swoją pracę – i jako taka jest do dziś w Gorlicach pamiętana.

Powrót do Szymbarku

W 1943 roku Rzihowie przenieśli się do drewnianego domku w Szymbarku Bystrej, w którym mieszkali przed wybudowaniem wilii w Gorlicach. Szymbarski dom i całą okolicę, łącznie z pobliskim pensjonatem „Kamionka”, w którym przed wojną gościła Maria Dąbrowska, a Marysia podarowała jej kwiaty z przydomowego ogrodu, ta druga opisała jako swoją Arkadię w Podróży do Brazylii:

Podłużny domek z impregnowanym ropą oszalowaniem, pokryty papą, cały opleciony dzikim winem. Po dwóch schodkach wchodziło się na zacienioną werandę przyozdobioną skrzynkami z kwitnącymi pelargoniami, na której w porze letniej jadaliśmy posiłki, a z niej do sieni dzielącej barak na dwie symetryczne części. […] Dom był ogrzewany i oświetlany gazem ziemnym, wydobywanym w kopalni, piece po wiejsku pobielane, a lampy gazowe […] zapalone żarzyły się białym światłem, nieustępującym elektrycznemu. Dom był przytulny, jasny oraz zaciszny w zimie.

Ten dom, otoczony wysokim żywopłotem grabowym – dziś owe graby zdziczałe bo nieprzycinane, to jedyny po nim ślad – z lampami gazowymi dającymi białe, ale ciepłe światło, pamiętam z mojego dzieciństwa. Zabrał mnie tam Dziadek, żeby powspominać zarówno dobre, jak i złe czasy i pokazać mi to miejsce. W latach pięćdziesiątych mieszkali tam jacyś ludzie dobrze znani Dziadkowi, być może dawni jego robotnicy, toteż wpuścili nas do środka, a ja mogłem zobaczyć z bliska, jak działa lampa gazowa. Nawet wtedy, mocno już podupadły dom wydał mi się bardzo piękny. Z czasem zmienili się lokatorzy, dawnych pracowników Dziadka zastąpiła miejscowa biedota, która doprowadziła do zupełnego zniszczenia drewnianego budynku. Opuszczony przez lokatorów, został rozebrany na podpałkę.

Wyprowadzenie się Rzihów z ich domu w Gorlicach miało przecież poważniejsze przyczyny niż obustronne, dziadków i gestapowca, niewygody. Poszło o fakt nielojalności Franciszka Rzihy – dla Niemców przecież Franza – wobec okupacyjnej władzy. Ta zaś za sprawę oczywistą uznała, że rodowity Austriak podpisze tzw. Reichslistę. Zostawszy zaś poddanym III Rzeszy otrzyma w nagrodę funkcję dyrektora w jego własnych kopalniach, teraz jednak zarekwirowanych przez Karpaten Öl GmbH, firmę zajmującą się wydobyciem ropy naftowej. Jednak Dziadek nie po to wystarał się w latach trzydziestych o polskie obywatelstwo, aby teraz zrzec się go na rzecz niemieckiego. W starostwie powiatowym, które zajmowało się tymi sprawami, oświadczył że jest Polakiem i Reichslisty nie podpisze.

Maria Rziha, legitymacja Szkoły Handlowej w Krakowie, 1941. Fot. archiwum autora

Był to przecież wyrok śmierci na siebie samego, bo w świetle nazistowskiego prawa „wyrzeczenie się niemieckości” – Entsagung der Deutschen podobnie jak „zhańbienie rasy niemieckiej” – Rassenschandung, np. związkiem Niemca z Polką lub Żydówką, stanowiło największą z możliwych zbrodni!

Na szczęście dla Dziadka i całej jego rodziny rasowa i narodowa pryncypialność okupanta łamała się w konfrontacji z odpowiedniej wysokości łapówką. Z jej płaceniem był o tyle problem, że wojna zastała Rzihę bez gotówki (latem 1939 roku przekazał miastu 100 000 zł na inwestycje), a jakaś okrągła kwota w dolarach została mu skradziona na początku okupacji. Na szczęście były jeszcze meble, perskie dywany, zastawy stołowe i dzieła sztuki – na tyle liczne i wysokiej klasy, że starczyło na cały okres okupacji. Do łapówek za przymykanie oczu na „wyrzeczenie się niemieckości” przez Dziadka, doszły łapówki za uchronienie Mamy przed wywózką na roboty do Niemiec. Zapewne decyzja o podjęciu nauki w Krakowie jesienią 1941 roku i wyjazd Rzihówny z Gorlic miały uchronić ją przed podobnym niebezpieczeństwem. Ukończyła dwuletnie studia zawodowe w Krakowie – w Szkole Handlowej Wyższego Stopnia działającej przez cały okres okupacji. Szkoła dała Mamie zarówno praktyczne, jak i teoretyczne podstawy w dziedzinie handlu i finansów, które przydały się jej nie tylko na powojennych studiach, lecz także w pracy zawodowej w Polskiej Akademii Nauk.

W tzw. Rzihówce zmienił się tymczasem lokator: gestapowca, który popadł w niełaskę, zastąpił niejaki Klose, przedwojenny fortdanser z Nysy, który jako prominentny działacz NSDAP dochrapał się funkcji szefa gorlickich kopalni – oraz mieszkania w domu tego, który funkcji tej nie przyjął. Latem 1944 roku, w obliczu nadciągającego frontu radzieckiego, Klose załadował na wagon kolejowy większość mebli gospodarzy, dywany, porcelanę, część obrazów itp.

Salon w domu dziadków. Ocalał jedynie portret Olgi Rzihowej, pastel autorstwa Alfonsa Karpińskiego, widoczny po lewej w głębi. Fot. archiwum autora

Z trwającego całą okupację rabunku wyposażenia domu coś przecież pozostało. Prócz książek, obrazy polskich mistrzów o patriotycznej lub folklorystycznej treści oraz portrety członków rodziny, których okupant wyraźnie nie chciał. I tak ocalały: od malowanych taśmowo ułanów Kossaka, poprzez scenkę pędzla Erno Erba z lwowskimi (a może krakowskimi) przekupkami oraz piękny, wykonany pastelem portret Olgi Rzihowej, dzieło Alfonsa Karpińskiego, po olśniewającą akwarelę Juliana Fałata przedstawiająca huculskie święto Jordanu. Ostatni z obrazów już przed wojną wart był fortunę; niestety, Dziadek przyciśnięty w latach sześćdziesiątych biedą sprzedał obraz za marne pieniądze.

Okiem fotografa

Odległość pomiędzy Marysią w Szymbarku a Longinem w Moszczenicy powiększyła się w latach okupacji. W dodatku oboje byli bardzo zaangażowani w nowe dla siebie obowiązki i nowe środowisko. Kultywują jednak dawne znajomości i przyjaźni, czego dowodem serie fotografii wykonanych z początkiem okupacji i przez Marysię, i Longina. Ta pierwsza nie dorobiła się nowego sprzętu i fotografowała starą Agfą, podarowaną jej przez rodziców, gdy miała 12 lat.

Wieś Moszczenica współcześnie, widok w kierunku południowo-zachodnim w stronę pasma Tatr. Jestem niemal pewien, że mojemu ojcu nie było dane go zobaczyć – z braku odpowiedniego sprzętu optycznego. Fot. archiwum autora

Zwyczaj dokumentowania spraw bieżących za pomocą fotografii pozostał jej niemal do końca życia. Ja przejąłem tę pasję po niej, z początku za pomocą tej samej, archaicznej Agfy, na błony formatu 6x9. Marysia, zapracowana i zabiegana dotąd uczennica, potem długo nieobecna w domu (Rabka) znajduje wreszcie czas, by spotykać się z koleżankami i fotografować w pobliżu pięknego domu w Gorlicach – jakby w przeczuciu, że za chwilę dom ten utraci. Jeszcze ciekawszy wydaje mi się przykład Ojca, który nie tylko pojawi się na wielkiej liczbie zdjęć, ale w dodatku z kosztownym ówcześnie, małoobrazkowym aparatem fotograficznym (typu Leica). Na jednym z serii zdjęć robionych w Moszczenicy w 1940 roku widzimy, jak zaciekawiony kolega ogląda aparat ojca. Ojciec nie rozstaje się ze swą zdobyczą na kolejnych fotkach, z czego wniosek, że nie on te zdjęcia robił. Rzecz jednak znamienna, na żadnej fotografii z okresu wojennego moi rodzice nie pojawią się razem. Za to na niektórych z nich, zachowanych przez Longina, widzimy różne młode i atrakcyjne kobiety. Zagadka, której już nie rozstrzygnę: czy to bardziej z jej, czy jego inicjatywy związek z Marysią Rzihówną utrzymał się przez cały okres okupacji: sześć i pół długich i strasznych lat?

Sytuacja widziana przez pryzmat zachowanej dobrej setki fotografii – wszystkich wyłącznie z pierwszego okresu okupacji – wydaje się dość niezwykła. Gromadka po miejsku, ba modnie ubranych młodych mężczyzn, w towarzystwie przystojnych kobiet o misternie ułożonych fryzurach, w filigranowych sandałkach i krótkich spódnicach, pokazujących zgrabne łydki, obie płci z obowiązkowym papierosem w ręku, udaje się na wieś. Łącznikiem między obu światami pozostaje mój ojciec, którego widzimy a to w wersji miejskiej, pozującego do fotografii w eleganckiej marynarce i pulowerze (i aparatem fotograficznym), a to konspiracyjno-partyzanckiej, w długim jasnym trenczu, w towarzystwie młodej kobiety i mężczyzny, i z nieodłącznym aparatem fotograficznym. Jakiż kontrast w stosunku do ubioru (i zachowania) miejscowych ludzi!

Longin z aparatem fotograficznym, Moszczenica, 1940 rok. Fot. archiwum autora

Możemy zaobserwować go na dokumencie z zielonoświątkowej, najpewniej, uroczystości (święta Zesłania Ducha Świętego, zarazem Święta Ludowego). Pośrodku kadru, w głowie stołu widzimy mojego ojca, obok nieznaną mi kobietę, zapewne tę samą osobę, którą odnajdujemy na innych fotografiach; niewątpliwie bardzo z nim zaprzyjaźnioną. Druga na lewo od Longina to jego młodziutka siostra Zofia. Z jednej strony stołu wąsaci mężczyźni w butach a la Witos, z drugiej zaś kobiety w długich spódnicach i narzuconych na nie wzorzystych fartuchach i serdakach.

W jasnym „okupacyjnym” płaszczu w towarzystwie niezidentyfikowanej pary, Moszczenica, ok. 1940 r. Fot archiwum autora

Potrzeba utrwalenia radosnej, przecież szybko przemijającej chwili, która znalazła się u źródła owej kosztownej w końcu mody, zrodzona jeszcze pod koniec okresu szkolnego i wyraźnie wzmożona u progu okupacji, szybko wyczerpuje się. W drugim roku wojny wyraźnie zanika.

Moszczenica, uroczystość zielonoświątkowa, czerwiec 1940 r. Fot. archiwum autora

Marysia Rzihówna jedzie w 1941 roku na naukę do Krakowa; niecałe dwa lata później dołączy do niej Longin na tajnych zajęciach uniwersyteckich. Zwyczaj fotografowania się tak na co dzień, jak i od święta, mocno ograniczą reguły konspiracji, w którą zaangażuje się znaczna część młodzieży inteligenckiej. Z życia Marysi i Longina znikną koleżanki i koledzy pochodzenia żydowskiego, ale też ubywać zacznie tych, którzy tak beztrosko uwieczniali się jeszcze w 1940 roku. Z osób utrwalonych na fotografiach z albumu Ojca niewielu dożyje do końca wojny; niektórzy staną się ofiarami prawdziwej wojny domowej, która rozpęta się wraz z wkroczeniem Sowietów do Polski. Martwi mnie fakt, że o ile pamiętam nazwiska czy pseudonimy tych osób, wielokrotnie wspominanych przez rodziców, nie jestem jednak w stanie – poza kilkoma wyjątkami przyjaciółek Mamy – przypisać ich do konkretnych wizerunków.

*

Skupiona do końca wojny w Szymbarku rodzina śledziła w napięciu szlak emigracyjnej wędrówki Tadeusza Grodyńskiego. Tzw. wujek Tadek, owdowiawszy w pierwszych dniach wojny (jego żona Tola z Eysymonttów zginęła 4 września jako sanitariuszka na Dworcu Wschodnim w Warszawie od bomby niemieckiego lotnika) we wrześniu 1939 roku opuścił kraj, by nigdy już do niego nie wrócić. Wraz z rządem i najwyższymi władzami Rzeczpospolitej ewakuował się przez Zaleszczyki do Rumunii, stamtąd zaś do Francji. Bezpośredni kontakt listowy nawiązany został, kiedy po klęsce Francji latem 1940 roku mój cioteczny dziadek znalazł się w Anglii. Stamtąd też był w stanie posyłać listy na umówiony adres w Hiszpanii, później zaś Portugalii (Rias los Amoreiras, obecnie centrum handlowe w Lizbonie), skąd przeadresowywane były do GG. Ten trick skutecznie oszukujący okupanta w Polsce możliwy był dzięki neutralności Hiszpanii i Portugalii w toczącej się wojnie, podobnie jak Szwajcarii i Szwecji. Pośrednicy z Półwyspu Iberyjskiego nieźle też zarabiali na opłaconych z Anglii paczkach żywnościowych ekspediowanych do okupowanej Polski. Do wygłodzonego Generalnego Gubernatorstwa, w tym do moich dziadków, regularnie dochodziły – w idealnym, nienaruszonym stanie – paczki z sardynkami, cytrynami, figami i innymi owocami południowymi, kakao oraz używkami. Produkty te nie tylko zasilały polskie rodziny, ale stanowiły bezcenną walutę wymienną w stosunkach z okupantem. Niemcy, którzy domyślali się, skąd biorą się u Polaków owe skarby, jako legaliści nie kwestionowali jednak ich pochodzenia. Za to dawali się przekupić iberyjską kawą czy kakao.

Rozdział III

W nowej rzeczywistości

Szybki koniec złudzeń

Po krótkich walkach, w których zginęło kilkudziesięciu czerwonoarmistów, 16 stycznia 1945 roku jednostki IV Frontu Ukraińskiego wkroczyły do Gorlic. Nie zachowały się relacje o tym, czy nowych władców witano kwiatami, ale zważywszy porę roku – środek surowej zimy – wydaje się to mało prawdopodobne. Zanim władzę przejęły polskie organa – Urząd Bezpieczeństwa przede wszystkim – Sowieci zachowywali się jak okupanci, w dodatku dobrze przygotowani do swej roli, co nie byłoby możliwe bez polskiej kolaboracji. Pierwszym ich posunięciem było aresztowanie dwudziestu najbardziej prominentnych obywateli miasta, z burmistrzem, sędziami, lekarzami, przedsiębiorcami – z Franciszkiem Rzihą włącznie. Dziewiętnastu z tej liczby zniknęło bez śladu; do dziś nie jest nam wiadome, czy zamordowano ich na miejscu, czy raczej wywieziono w głąb frontu i tam zlikwidowano. Dlatego też nie wiemy, gdzie zostali pochowani. Jakim cudem ocalał mój dziadek? Jedynym świadkiem w tej sprawie był on sam; nie wierzę, by coś zmyślił; mógł co najwyżej wszystkiego nie wiedzieć.

Tymczasowe więzienie zorganizowane przez NKWD znajdowało się w willi zwanej Szklarczykówką, przejętej od Gestapo, ale sztab sowieckiej bezpieki rezydował w gorlickim ratuszu. Tam też przez krótki czas trzymano ofiary owej łapanki. Wystarczająco jednak długo, by wieść o aresztowaniach nie rozeszła się po mieście i okolicach. Dotarła do niedawnych jeszcze pracowników Rzihy, których w samej tylko kopalni „Zawisza” było sześćdziesięciu. Dzień lub dwa po zniknięciu ich pracodawcy stawili się gremialnie pod ratuszem, domagając się rozmowy z komendantem sowieckiej bezpieki. Tłum był na tyle wielki, że z dwóch możliwych scenariuszy: rozpędzenia zgromadzenia siłą lub negocjacji, enkawudziści wybrali to drugie. Być może również dlatego, iż dowiedzieli się, że wśród robotników są członkowie byłej KPP, teraz zaś PPR, a więc komunistycznej, prosowieckiej partii robotniczej. Wedle relacji Dziadka oddelegowani do rozmów podkreślali, że ich dawny chlebodawca przyjmował do pracy ludzi z komunistyczną przeszłością oraz że nigdy nie krył swych sympatii dla idei Marksa i Lenina. Wszystko to było, w rzeczy samej, prawdą, przy czym w owych prokomunistycznych manifestacjach Dziadka było zapewne więcej przekory i działania pour épater le bourgeois