Wspomnienia gdańskiego bówki, t. 2 - Brunon Zwarra - ebook

Wspomnienia gdańskiego bówki, t. 2 ebook

Brunon Zwarra

0,0

Opis

"Wspomnienia gdańskiego bówki" I i II zaprezentowały Czytelnikowi dzieciństwo i młodość autora spędzone w Wolnym Mieście Gdańsku w okresie międzywojennym oraz jego aresztowanie w 1939 roku i pobyt w nieludzkich warunkach obozów koncentracyjnych Stutthof i Sachenhausen do wyzwolenia Gdańska. Samego wyzwolenia nie oglądamy, gdyż Autor schronił się na te tragiczne dla miasta dni na wsi kaszubskiej u krewnych. Jednakże świadectwo jego o życiu codziennym w Gdańsku podczas wojny jest ważne, gdyż właściwie nie ma innych. Widzimy smutny obraz miasta w okresie panowania niemieckich porządków, całkowicie podporządkowanych potrzebom wojennym. Odczuwamy grozę położenia miejscowych Polaków - więzionych, deportowanych, zubożonych, zmuszonych do podpisywania niemieckich list narodowościowych, przemocą wcielanych do Wehrmachtu. Jesteśmy świadkami wreszcie stopniowego upadku machiny hitlerowskiej w tym mieście.

Wspomnienia Zwarry są świadectwem historycznym.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 344

Rok wydania: 1985

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wspomnienia

gdańskiego bówki

Tom 2

 

Wydawnictwo Morskie

Gdańsk 1985

 

Brunon Zwarra

Wspomnienia

gdańskiego bówki

Tom 2

 

Okładkę projektował

Kazimierz Mroczkowski

 

Redaktor

Maria Aldona Kozłowska

Redaktor techniczny

Barbara Bukowska

Korekta

Aniela Wilkanowicz

 

© Copyright by Brunon Zwarra, Gdańsk 1985

 

ISBN 83-215-8271-0

I

 

W Gdyni panował nadal spokój. Nie potrafiłem tego zrozumieć i dawałem temu wyraz w różnych rozmowach. Nie dowierzano mi, gdy opowiadałem, co się w Gdańsku dzieje i jak się zbroją hitlerowcy. A przecież i ja nawet nie wiedziałem, że według pierwotnych zamierzeń Hitlera wojna miała być już od soboty rana w pełnym toku. Miałem wtedy wrażenie, jakoby świadomość tych ludzi o panującej sytuacji była podobna do samotnego działka polowego stojącego samotnie w Kolibkach za wzgórzem, wobec masy sprzętu wojskowego i gotowości bojowej Niemców po drugiej stronie tak bliskiej przecież granicy. Naszły mnie więc wątpliwości, czy uczyniłem słusznie opuszczając Gdańsk i swoje miejsce pracy.

Szukając znajomych błąkałem się po Gdyni bez celu. Pierwszą noc spędziłem w hotelu turystycznym znajdującym się, o ile dobrze pamiętam, przy Skwerze Kościuszki. Dopiero w niedzielę spotkałem kolegów z Gdańska, którzy zaprowadzili mnie do gmachu sądowego, który stał się schronieniem dla licznych uciekinierów z Gdańska. Spało się tam na materacach i przykrywało kocami.

W poniedziałek udałem się do Warszawskiego Towarzystwa Transportowego z myślą, że uda mi się znaleźć tam zatrudnienie. Dowiedziałem się jednak, że ruch w porcie zamiera. Było poza tym już wiadomo, że wobec zaostrzającej się z godziny na godzinę sytuacji pracownicy tego przedsiębiorstwa otrzymają lada chwila trzymiesięczną odprawę.

Nie miałem zbyt dużo pieniędzy, więc chcąc zdobyć jeszcze nieco grosza, udałem się za radą kolegów do biura Polskiego Związku Zachodniego. Mieściło się ono w jednym z budynków przy Skwerze Kościuszki i tam otrzymałem od razu bez zbytnich ceregieli dziesięciozłotową zapomogę.

We wtorek dnia 29 sierpnia 1939 roku stałem kilka godzin na peronie dworcowym w Gdyni i oczekiwałem przybycia pociągu z Gdańska. Na tej tak dotychczas ożywionej trasie ruch całkowicie zamarł i gdyńscy kolejarze nie mieli już prawie nadziei na to, że przybędzie stamtąd jeszcze jakikolwiek pociąg. Czekałem wszakże cierpliwie, gdyż wierzyłem, że pani Buczkowska przybędzie zgodnie z przyrzeczeniem ponownie do Gdyni. Tak też się późnym popołudniem stało, a wieści z Gdańska rozwiały ostatecznie resztki moich wątpliwości.

Pani Buczkowska opowiedziała mianowicie, że w Gdańsku napięcie wzrosło jeszcze bardziej i że nadal odbywają się aresztowania Polaków. Porozumiała się z moim ojcem jeszcze w sobotę po swoim powrocie z Gdyni, a szefowi powiedziała w poniedziałek, że jestem zapewne dlatego nieobecny, ponieważ zostałem jak wielu innych Polaków prawdopodobnie aresztowany. Pamiętam, jak siedząc potem z panią Buczkowską w kawiarni „Mokka” na Skwerze Kościuszki słuchałem z coraz większym spokojem jej gorączkowych słów, gdy nalegała, bym wcale nie myślał o powrocie do Gdańska, gdyż nawet ogólna sytuacja polityczna uległa zaostrzeniu.

Że tak było w istocie, świadczyła również strona tytułowa jakiegoś tygodnika angielskiego, który leżał przed nami na okrągłym stoliku kawiarnianym. Spoglądała z niej poważna twarz polskiego żołnierza w hełmie na głowie, a tekst mówił, iż on i jego rodacy są gotowi przeciwstawić się agresji hitlerowskiej.

Było to paradoksem, ale słowa mojej koleżanki o prawdopodobieństwie wybuchu wojny nie wywołały we mnie niepokoju, lecz przeciwnie, bardziej mnie uspokoiły. Groźniejsze wydawały mi się komplikacje przy pracy, tym bardziej że usłyszane wiadomości upewniły mnie, że uchodząc z Gdańska postąpiłem słusznie. Nie wiedziałem jeszcze wtedy zresztą o tym, że chcąc uniknąć ewentualnego aresztowania uchroniłem się przed jeszcze większym niebezpieczeństwem: powołaniem do niemieckiego wojska!

Ponieważ pociąg do Gdańska miał w Gdyni tylko dwie godziny postoju, rychło powróciliśmy na dworzec. Na peronie zastaliśmy tylko kilka osób żegnających nielicznych pasażerów ważących się jeszcze wyjechać do Gdańska. Pamiętam, że pani Buczkowska była jedyną pasażerką, w długim wagonie. Gdy pociąg ruszył, spoglądałem długo za nim, jakbym przeczuwał, że za tym łagodnym łukiem szyn niknie ostatnia nić łącząca mnie nie tylko z domem, lecz z tym wszystkim, co wiązało mnie z dotychczasowym pokojowym życiem w Gdańsku.

Traf chciał, że spotkałem po drodze przypadkowo mego stryja Antoniego, który choć mieszkał w Kościerzynie, pracował okresowo w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w Gdyni. Mieszkał w jednej z kilku samotnie stojących kamienic niedaleko miejsca pracy na Grabówku, gdzie zajmował na pierwszym piętrze pokój. Skorzystałem z jego rady i postanowiłem się u niego ulokować. Za dnia przebywałem wszakże u swoich kolegów w sądzie, gdyż szykowałem się wraz z nimi na wyjazd do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie miano tworzyć z nas gdańszczan „Legion Gdański”.

W dniu ogłoszenia mobilizacji — 31 sierpnia — obraz gdyńskich ulic raptownie się zmienił. W tej grupie domów, gdzie obecnie mieszkałem, powołano do wojska kilku mężczyzn. Pamiętam, jak podczas wieczornego pożegnania, jeden z nich, właściciel jakiegoś sklepu, zamierzał mi go na czas swej nieobecności powierzyć.

Na cichym dotychczas dworcu kolejowym nastał run na wyjeżdżające przez Kościerzynę w głąb kraju pociągi. Pamiętam, że oczekujący tam ludzie zajmowali swoimi licznymi tłumokami wszystkie korytarze i tunele dworcowe.

Pobyt mój u stryja omal nie miał tragicznego dla mnie zakończenia. Znalazłem tam bowiem pewnego przedpołudnia w jednej z szuflad służbowy pistolet stryja. Po sprawdzeniu, że magazynek jest pusty, przyłożyłem sobie tę broń do skroni i zastanawiałem się nad tym, co też odczuwają próbujący zadać sobie śmierć samobójcy. Pociągałem coraz mocniej za spust, a gdy poczułem lekki opór, usłyszałem nagle jakiś ostrzegawczy głos. Opuściłem rękę. Podszedłem do otwartego okna, a widząc po tamtej stronie szosy pasące się daleko pod lasem krowy, wziąłem jedną na cel i pociągnąłem.

Gruchnął strzał!

Byłem tym tak przerażony, że opuściłem w popłochu pokój i błądziłem nieprzytomny długi czas po okolicy. Gdy powróciłem po pewnym czasie do domu, stwierdziłem ku swemu zdumieniu, że nie wywołałem tym głośnym przecież hukiem strzału u mieszkańców domu żadnego poruszenia.

Jeszcze dziś, po tylu latach, cierpnie mi skóra na myśl o tym, jak wtedy byłem blisko swej lekkomyślnej śmierci! Zadaję sobie przy tym ciągle pytanie, skąd się wziął ten wewnętrzny głos, który nie tylko przypomniał mi nagle, jak to już wielu ludzi zginęło w podobnie lekkomyślny sposób, lecz nakazał mi, bym się wstrzymał z dalszym zaginaniem wskazującego palca. Nie jestem zdania, iż był to tylko ot taki sobie zwyczajny odruch mego instynktu samozachowawczego. Takie tłumaczenie można przyjąć w stosunku do innych wydarzeń, lecz nie dla tego tak dramatycznego przypadku.

Stryja na szczęście jeszcze nie było w domu. Podniosłem z podłogi leżący pistolet i włożyłem go do szuflady, a odnalezioną łuskę wyniosłem z domu.

Nastał ranek pamiętnego piątku 1 września 1939 roku! Na dworze było jeszcze szarawo, gdy nagle jakiś gwałtowny wstrząs wyrzucił nas niemal z łóżek.

— To wojna! — padły od razu słowa stryja i zaczęliśmy się szybko ubierać.

On podążył do swego miejsca pracy, a ja udałem się po zjedzeniu posiłku do miasta. Mimo tak rychłej pory na ulicach panował gorączkowy ruch. Wszędzie powtarzano to groźne słowo „wojna”. Wypowiadały je przerażone kobiety, cedziły je zacięte usta wielu mężczyzn. Na ulicach było mało ludzi w wojskowych mundurach, według mego gustu zbyt mało w stosunku do liczby mężczyzn tego miasta. Nie znałem przyczyny, więc nie tylko się dziwiłem, lecz pamiętając liczne mundury niemieckie w Gdańsku, nawet się niepokoiłem.

Niepokój ten wzrósł, gdy udałem się potem z kolegą, uczniem Polskiej Szkoły Handlowej w Gdańsku Czerepaniakiem, do punktu zbornego dla poborowych. Mieścił się za gmachem Szkoły Morskiej w urzędzie zatrudnienia na Grabówku i tam urzędował ojciec kolegi Czerepaniaka. Miałem więc nadzieję, że ułatwi mi przyjęcie do jakiejkolwiek formacji wojskowej.

Sytuacja była teraz dla mnie zupełnie jasna i dlatego pragnąłem zgłosić się od razu ochotniczo do wojska. Chciałem wraz z mymi rodakami pokazać tym butnym hitlerowcom; że dosyć już bezkarnych napadów i zniewag, których nam w Gdańsku dotychczas nie szczędzono. Utwierdził mnie w tym zamiarze zapał tłumnie na ulicy przed tym punktem zbornym zebranych mężczyzn. Byli pełni animuszu i wiary w zwycięstwo, lecz usłyszałem także utyskiwania na to, że wstrzymano już przyjmowanie ochotników do wojska.

Mimo to miałem nadzieję, że ojciec kolegi Czerepaniaka mi pomoże. Jednak tak się nie stało. Kolegę wciągnięto wprawdzie na listę ochotników, lecz mnie nie chciano przyjąć, ponieważ byłem obywatelem gdańskim.

Czerepaniak wskazał na coraz większy tłum mężczyzn coraz głośniej dopominających się wcielenia do wojska i żądających wydania broni. Mówił, o ile sobie dobrze przypominam, iż otrzymał tylko jakąś część ekwipunktu wojskowego oraz nikłą sumę pieniędzy, po czym pożegnał się ze mną i udał się w swoją drogę.

Wracając ulicą Morską (obecnie Czerwonych Kosynierów) do gmachu sądowego, spotykałem ciągnących w tym kierunku nadal licznych mężczyzn. Gdy znalazłem się w pobliżu dworca kolejowego, nagle rozległ się przejmujący sygnał syreny alarmowej. Przechodnie nie chowali się mimo wezwań do domów, lecz stali na ulicy i przeklinając Niemców spoglądali w kierunku Oksywia, gdzie z niskich chmur spadały jak czarne jastrzębie niemieckie stukasy i zrzucały na port wojenny bomby. Słyszałem dalekie przytłumione wybuchy oraz bliskie przekleństwa. Widziałem zaciskające się w bezsile pięści mężczyzn. Nagle jakiś marynarz wspiął się na podmurówkę parkanu okalającego dworcowy teren i przyłożywszy do żelaznej sztaby karabin, wycelował do bardzo dalekich samolotów i wystrzelił.

Był to akt wściekłości i rozpaczy, lecz nikt z tłumu nie wyśmiał tego marynarza, gdyż wyraził on tylko to, co czuliśmy wszyscy. Nie wiedziałem, a zapewne także nikt z pozostałych rodaków, że ten odruch marynarza był smutnym i znamiennym symbolem naszej ówczesnej sytuacji.

W sądzie dowiedziałem się, że dwie grupy gdańszczan zdążyły już w nocy wyjechać do Włodzimierza Wołyńskiego, więc chcąc się wraz z trzecią, pod kierownictwem starszego kolegi Stanisława Szymańskiego, dostać do „Batalionu Gdańskiego”, postanowiłem w tym gmachu pozostać. Ulokowałem się w sali nr 21.

Już po kilku godzinach okazało się jednak, że połączenie kolejowe z resztą kraju zostało przerwane. Znikły więc nasze nadzieje na wyjazd, a przepełniony dotychczas podróżnymi mały dworzec gdyński znowu opustoszał.

Gdy tylko wybuchła wojna, zaczęto „polować” na szpiegów i dywersantów niemieckich. Krążyły wtedy po ulicach liczne patrole i widziałem nie raz odprowadzanych do komendy Marynarki Wojennej przy ulicy 10 Lutego podejrzanych ludzi. Podobne podejrzenie padło również na Alfonsa Błeńskiego, starszego kolegę z gdańskiego gimnazjum. Powód jego zatrzymania był bardzo prozaiczny i charakteryzował ówczesną nieco histeryczną nagonkę w Gdyni. Uszedł on również do Gdyni przed Niemcami w Gdańsku i ulokował się w jakimś pokoju na szóstym piętrze domu firmy „Bergtrans” na Placu Kaszubskim. Golił się pewnego dnia przy otwartym oknie, gdzie ustawił sobie na parapecie okiennym lusterko, gdy nagle nastąpił niemiecki nalot. Zbytnio się tym nie przejmował i golił się dalej. Był wszakże bardzo zdumiony, gdy po odwołaniu alarmu zjawili się u niego policjanci, którzy na widok jego gdańskiego paszportu zaprowadzili go z miejsca do aresztu policyjnego przy ulicy Starowiejskiej. Przebywał tam trzy dni wśród ujętych Niemców, a zarzucano mu, iż dawał swoim lusterkiem nadlatującym niemieckim lotnikom znaki. Potem zaprowadzono go do gmachu Komisariatu Rządu, gdzie stanął przed grupą oficerów marynarki wojennej. Wypytywali go przy tej okazji o to, dlaczego znaleziono w jego pokoju wycinane z grubszego papieru sylwetki okrętów wojennych i jakie miało to znaczenie. Błeński nie miał zupełnie o tym pojęcia, że tam takowe były, gdyż w owym pokoju nocowali poprzednio różni ludzie. Mogło to mieć jednak dla niego w tamtych gorących dniach przykre konsekwencje, gdyby nie wyjaśnienie jednego z oficerów, iż były to sylwetki okrętów używane do popularnej wówczas gry w bitwę morską.

Sprawę na tym zakończono i polecono zarazem Błeńskiemu, by zgłosił się do wojska. Starania jego skończyły się jednak podobnie bezskutecznie jak moje. Alfons Błeński oświadczył mi po wojnie, że zachowywano się w areszcie wobec niego zawsze poprawnie, a owo przesłuchanie przez oficerów marynarki wojennej, które go uratowało, zawdzięcza swoim kolegom z Gdańska, między innymi Antoniemu Olszewskiemu, którzy przebywali wraz ze mną w sądzie i w jego sprawie interweniowali. Błeński dodał jeszcze, że jeden z zatrzymanych w areszcie policyjnym Niemców, który uchodził wówczas za pastora, okazał się po zajęciu Gdyni gestapowcem. Spotkał go przypadkowo potem na ulicy i był zdziwiony, że tamten go wita podniesieniem ręki. Mniemał on zapewne, iż Błeński był także Niemcem jak on.

Od samego początku działań wojennych żywiono wielkie nadzieje na rychłe nadejście wojsk generała Bortnowskiego. Także pierwsze komunikaty były pełne wiadomości o zwycięstwach wojsk polskich. A tymczasem bombardowano nader często Oksywie. Podczas tych alarmów przebywaliśmy początkowo w schronie gmachu sądowego, gdzie wraz ze Stanisławem Szymańskim poruszałem dużą dźwignią urządzenia wentylacyjnego. Jednak nie pamiętam, by zrzucano bomby na samo miasto.

Nadeszła niedziela 3 września 1939 roku. Byłem jak zwykle wraz z moim rówieśnikiem Zygmuntem Błeńskim oraz innymi kolegami z Gdańska w kawiarence mieszczącej się w bliskim domu narożnym przy ulicy Starowiejskiej, gdy w pewnej chwili przekazano przez radio wiadomość, że Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę. Wywołało to wśród nas i na ulicach ogromny entuzjazm, który jeszcze wzrósł, gdy w kilka godzin potem podano, iż to samo uczyniła także Francja. Sądziliśmy, że wkrótce nastąpi atak wojsk sojuszniczych na Niemcy, flota angielska wpłynie na Bałtyk i ukaże się niebawem w Gdyni, a my będziemy mogli powrócić do Gdańska.

Tymczasem Niemcy zajmowali jedno miasto polskie za drugim. Lecz wszystko to odbywało się bardzo daleko i nie docierało głębiej do mojej świadomości. W samej Gdyni było nadal spokojnie, nie było słychać odgłosu walk, a tylko na morzu rozlegały się od czasu do czasu głuche wybuchy. Nie byłem więc w stanie sobie wyobrazić, jaka w głębi kraju dzieje się tragedia.

Pewnego dnia dostałem w czasie jednego z nalotów nagłego ataku wyrostka robaczkowego. Z powodu silnych bólów wezwano wprawdzie karetkę pogotowia, lecz nie chcąc długo czekać, postanowiłem udać się przy pomocy kolegi pieszo do szpitala na Placu Kaszubskim. Tam po zbadaniu orzeczono, że sytuacja jest groźna, lecz nie mogę w szpitalu pozostać, gdyż jest zbyt dużo rannych. Polecono mi zachować ścisłą dietę i wrócić znowu do sądu. Widząc naocznie, co się w szpitalu dzieje, zrozumiałem, jak krwawe toczą się wokół Gdyni walki. Zawstydziłem się, że zawracam lekarzom taką drobnostką głowę i udałem się powoli w powrotną drogę.

Ostre kłucia jednakże nie ustępowały. Umieszczono mnie na polecenie jakiejś pani, zajmującej się gdańskimi uciekinierami, na drugim piętrze w odległym pokoju, gdzie przez kilka dni przeleżałem w zupełnym odosobnieniu i ciszy. Jedyną osobą, która się mną zaopiekowała, była młodziutka harcerka. O ile dobrze pamiętam, była córką jednego z wykładowców Szkoły Morskiej. Przychodziła w ciągu dnia dwukrotnie i zmieniała mi okłady. Po kilku dniach absolutnej diety, zaczęła mnie karmić kilkoma kromkami cienko pokrojonej bułki. Było mi wtedy bardzo głupio, gdyż zrozumiałem, iż tylko dzięki jej troskliwej opiece po tygodniu wydobrzałem.

Miałem potem niesamowity apetyt. Nie brakowało wtedy jeszcze w mieście żywności i pamiętam, jak z Antkiem Olszewskim i Alfonsem Żurawskim raczyliśmy się obfitymi obiadami w ówczesnej, dziś już nie istniejącej restauracji „Dwór Kaszubski” na ulicy Starowiejskiej.

Pamiętam jeszcze, że ostatni raz zjedliśmy tam doskonale przyrządzony sznycel po wiedeńsku, który podano z czterema rodzajami warzyw, a wszystko to kosztowało tylko jednego złotego i piętnaście groszy! W mieście było również dużo owoców, szczególnie pysznych klapsów, a ponieważ nie żałowałem na jedzenie pieniędzy, musiałem w końcu sprzedać nie tylko zegarek, ale i wieczne pióro. Byłem wtedy zmuszony jadać w tanim barze restauracji „Ermitage” na ulicy Świętojańskiej.

Pewnego dnia spotkałem na ulicy 10 Lutego mego kolegę klubowego z „Gedanii” Lipka Kellera. Był jak zwykle w dobrym humorze i robił mimo tak niepewnej sytuacji jeszcze jakieś interesy. Chwilę porozmawialiśmy, po czym nastąpiło pożegnanie. Jak się dowiedziałem po wojnie, udało mu się potem cudem dostać do Lwowa, gdzie podobno zaskoczyli go w 1941 roku atakujący to miasto Niemcy i gdzie zginął.

Dnie wlokły się jednostajnie. Zdaje się, że w niedzielę dnia 10 września postanowiłem udać się spacerem w kierunku mola. W mieście panowała wielka, pełna oczekiwania cisza, a na ulicach spotykałem tylko nielicznych przechodniów. Gdy minąłem będący w surowym stanie budynek, w którym mieści się obecnie Muzeum Oceanograficzne, zauważyłem zbliżający się od strony Gdańska niemiecki wodnopłatowiec. Działa naszej baterii w Redłowie milczały, więc pewny siebie pilot niemiecki zniżył lot i wyglądało na to, że zamierza nawet przelecieć nad miastem. Nagle za jazgotały znajdujące się na bliskiej budowli ciężkie karabiny maszynowe. Wodnopłatowiec skręcił gwałtownie w głąb zatoki i nabierając szybkości zmierzał ku otwartemu morzu.

Wówczas odezwały się działa na Helu. Na tle panującej ciszy słychać było dalekie przytłumione odgłosy wybuchów, po których pojawiać się zaczęły wokół malejącej sylwetki samolotu coraz liczniejsze białe obłoczki. Tkwiły one potem przez kilka minut na tle błękitnego nieba jak małe kłębki waty. Niemiecki pilot został zmuszony tym ogniem do skrętu w bok i widać było, że zamierza usunąć się spod zasięgu coraz bliżej rozrywających się granatów. Zbliżając się znowu do brzegu zaczął się gwałtownie zniżać i wydawało się, że ta ucieczka mu się nawet uda, gdy nagle rozległo się wściekłe ujadanie działek z Redłowa, które zmusiło go do ponownego zwrotu w kierunku Gdyni. Historia się powtórzyła i niebawem gdy sunął w kierunku zatoki, otaczać go zaczęły znowu białe obłoki wybuchów. Nagle wodnopłatowiec się zakołysał, po czym znowu wyrównał lot, by podrzucony nowym wybuchem granatu w górę, zacząć po gwałtownym skręcie w prawo spadać szerokim łukiem ku morzu. Maszynę prowadził prawdopodobnie doświadczony pilot, gdyż udało mu się nie tylko utrzymać kierunek lotu w stronę Sopotu, lecz niedaleko mola wyciągnąć maszynę do poziomego lotu i osadzić ją na wodzie. Po chwili dopłynęła do wodnopłatowca duża łódź motorowa i wzięła go na hol odpływając w kierunku Gdańska.

Wracając do miasta byłem myślami przy naszych żołnierzach, którzy mieli zapewne sporo satysfakcji z powodu strącenia tego samolotu. Gdy znalazłem się na skrzyżowaniu ulicy Świętojańskiej z 10 Lutego, zatrzymały mnie nagle groźnym tonem wypowiedziane słowa:

— Co pan tu robi? Dlaczego szwenda się pan po ulicy?

Przede mną stał jakiś człowiek w cywilu, który skierował na mnie pistolet. Byłem tym tak zaskoczony, że początkowo nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Mężczyzna ten mówił do mnie podniesionym głosem o walce, o ochotnikach i kosynierach, a gdy mu wyjaśniłem, że jestem uciekinierem z Gdańska i moje starania o przyjęcie do wojska były bezskuteczne, jakoś się uspokoił. Powtórzył jednak na odchodnym, bym się zgłosił do kosynierów na ochotnika.

Gdy opowiedziałem potem swoim o tym widowisku nad morzem i zrelacjonowałem przebieg tego spotkania, doszliśmy do wniosku, że nie przybyliśmy do Gdyni, by walczyć prymitywnymi kosami, lecz by otrzymać należyte uzbrojenie do walki. Ówczesna sytuacja była już bardzo niepewna i coraz głośniej mówiło się o wejściu do Gdyni Niemców. Dlatego myśl o walce z nimi kosami wydawała nam się niedorzeczna. O ile dobrze pamiętam, obiegła wtedy miasto wieść o niesamowicie dużych stratach podczas pierwszego ataku kosynierów. Nie wiadomo, ilu wtedy padło ludzi, lecz o tym, że było ich bardzo wielu, świadczy wypowiedź inicjatora i ówczesnego dowódcy kosynierów Kazimierza Rusinka, przytoczona w książce pt. „Ostatni kosynierzy” na stronie 57: „(...) W pierwszym natarciu poległo 40 procent...” Taka wypowiedź nie może być powodem dumy pozostałego przy zdrowiu i życiu dowódcy tej formacji. Taki wysoki stosunek strat potwierdził tylko nasze ówczesne obawy.

Znamienny był brak jakichkolwiek większych jednostek wojskowych w Gdyni. Tam w Gdańsku latem aż się roiło od różnych niemieckich mundurów i pojazdów wojskowych. W Gdyni mimo wojny widziałem tylko pojedynczych polskich żołnierzy. Pewnego dnia ukazał się przed dworcem jakiś kawalerzysta, który z oburzeniem opowiadał o napaści dywersantów na jego jednostkę niedaleko Rumi. Nie pamiętam, by walczyła pod Gdynią konnica, wszakże ten kawalerzysta bez konia nie wyglądał na jakiegoś panikarza czy dezertera, gdyż po wypiciu kubka wody udał się od razu do Komendy Miasta.

Dopiero we środę dnia 13 września spotkałem na ulicy Świętojańskiej maszerującą w kierunku portu wojskową drużynę. Żołnierze wyglądali raczej na harcerzy, a jeden z nich dźwigał znany mi z ćwiczeń lekki karabin maszynowy. Dowódca odpowiadał na pytania zatroskanych gdynian, mówiąc, że wycofuje się spod Orłowa na Oksywie, by tam prowadzić dalszą walkę. Z jego słów wynikało, że Niemcy są tuż za nimi. Znalazło to wieczorem swoje, potwierdzenie, gdy okazało się, że znajdują się już przed gmachem Komisariatu Rządu i zamierzają zająć następnego dnia miasto.

Chciałem się zabezpieczyć w prowiant, więc udałem się tego samego wieczora do niedalekiej od sądu piekarni Pomieczyńskiego. Pod sklepem stał już tłum podnieconych i żądających głośno chleba ludzi. Mniemając, iż mam nikłe szanse, przystanąłem pod drewnianą bramą. Nagle otworzono ją od wewnątrz i jako jeden z pierwszych wpadłem na podwórze. Okazało się, że przezorny właściciel piekarni postanowił sprzedawać chleb nie w sklepie, lecz w jakimś pomieszczeniu od pod worzą i tym szczęśliwym zbiegiem okoliczności stałem się w szybki sposób posiadaczem ciepłego jeszcze bochenka.

Następnego ranka, tj. dnia 14 września 1939 roku, udałem się około godziny szóstej do hali targowej, gdzie udało mi się zakupić słoik miodu oraz dwa kilogramy pomarańcz. Bardzo się tym ucieszyłem, gdyż w mieście zaczęło już brakować podstawowych artykułów żywnościowych, co stało się powodem utyskiwania ludności narzekającej na władze, które nie zwolniły do sprzedaży nagromadzonej w portowych magazynach żywności.

Powróciwszy do sądu, udałem się do urządzonej w hallu pierwszego piętra kapliczki, gdzie uczestniczyłem wraz z całą jeszcze pozostałą gdańską społecznością we mszy świętej. Celebrował ją nasz gimnazjalny katecheta ks. prof. Stanisław Nagórski. Mimo grożącego nam niebezpieczeństwa nie widziałem na twarzach otaczających mnie rodaków objawów paniki czy nawet niepokoju. Przystąpiłem wraz z nimi do spowiedzi i Komunii Świętej. Byłem bardzo zbudowany tym, że i moi wychowawcy gimnazjalni, jak na przykład profesor Leon Wojtaszewski, przystąpili także do Stołu Pańskiego.

Zabrałem się potem do zjedzenia mego nieco dziwnego zestawu śniadaniowego. Stałem właśnie przy wysokim oknie hallu i jedząc spoglądałem na pusty plac przed dworcem, gdy w pewnej chwili zaczął od strony śródmieścia narastać coraz głośniejszy warkot silników.

Zrozumiałem, że nadjeżdżają Niemcy!

Gdy wspominam dzisiaj tamte chwile, nie mogę się nadziwić, że z tak wielkim spokojem oczekiwałem ich widoku. Nurtowało we mnie wprawdzie pytanie, co też z nami uczynią, jednakże nie zdawałem sobie zupełnie sprawy z tego, jakie już nastały w ich postępowaniu wobec Polaków zmiany. Z suchych komunikatów nie potrafiłem sobie wyobrazić całej potworności wydarzeń w Polsce. A o tym wszystkim, co działo się w Gdańsku, nic nie było wiadome. Mój sposób myślenia obracał się nadal w granicach dotychczasowych doświadczeń. Byłem wprawdzie przygotowany na to, że zostanę zatrzymany czy nawet dostanę po krzyżu, lecz mając spokojne sumienie, nie lękałem się. Nie znaczy to jednak, że bagatelizowałem mające nastąpić wydarzenia. O, nie! Wraz z pojawianiem się coraz liczniejszych szarych sylwetek niemieckich żołnierzy zaczęło we mnie narastać niepokojące podniecenie.

Niemcy zajechali przed dworzec ostrożnie się rozglądając i ustawili natychmiast na jezdni dwa ciężkie karabiny maszynowe. Skierowali je na budynek sądowy i wtedy usłyszałem głośne wołanie na dworze, by znajdujący się w gmachu mężczyźni natychmiast wyszli i ustawili się w dwuszeregu na ulicy. Opychałem się jeszcze resztą jedzenia i jako jeden z ostatnich stanąłem na dworze.

Pomiędzy dworcem i gmachem sądu znajdował się wówczas trawnik, za którym zalegli przy gotowych do strzału karabinach maszynowych Niemcy. Młody oficer stał na chodniku, a u wejścia do naszego gmachu dwóch żołnierzy poganiało ociągających się jeszcze rodaków. Na moment zapanowała na placu chwila niepewnej ciszy. Pamiętam, że obserwowałem z niepokojem zarówno leżących żołnierzy, jak i ruchy młodego oficera. Ten otrzymał po chwili meldunek o opróżnieniu sądu z mężczyzn, spojrzał na nas nieufnie i ku mojej uldze dał nam rozkaz do odmarszu.

Nie pamiętam, by pozostałe w sądzie kobiety rozpaczały lub za nami wołały. Sądzę, że obowiązywał je zakaz wychodzenia na ulicę. Zakaz ten obowiązywał chyba w całej Gdyni, gdyż w czasie naszego przemarszu po ulicy Śląskiej w kierunku drogi do Witomina chodniki były puste. Prowadzono po tej ulicy liczne kolumny Polaków. Gdy znaleźliśmy się na obszernym trawiastym placu pod zalesionym wzgórzem (dziś — przy przystanku Wzgórze Nowotki), otoczyła nas już ogromna ciżba zatrzymanych ludzi. Szukając jakiejkolwiek znajomej twarzy przechadzałem się pomiędzy żywo rozprawiającymi mieszkańcami Gdyni. Spotkałem jednak początkowo tylko byłego kolegę klasowego, niejakiego Dawidowskiego. Graliśmy wtedy razem w piłkę. Rychło naszą szkołę opuścił, jednak po jego ubiorze poznałem, że dawał sobie w życiu nieźle radę.

Podczas dalszego obchodu zbliżyłem się także do gęsto ustawionej linii pilnujących nas żołnierzy. Wówczas nagle jeden z nich wywołał moje nazwisko. Poznałem w nim ku memu zdumieniu mego byłego sąsiada z ławy niemieckiej szkoły dokształcającej w Gdańsku. Ponieważ byłem z nim wówczas w dobrych stosunkach koleżeńskich, więc i w tej dla nas obu niezwykłej sytuacji rozmowa nasza przebiegała tak, jak to pomiędzy młodymi ludźmi bywa. Rozmawialiśmy ze sobą dosyć długo, lecz gdy go w pewnym momencie zapytałem, czy może mnie stamtąd jakoś wypuścić twarz jego spoważniała i oświadczył, że tego nie może uczynić. Miał bezwzględny rozkaz użycia w razie jakiejkolwiek ucieczki broni. Z tonu jego wywnioskowałem, że byłby ten rozkaz bezwzględnie wykonał. Nie miałem zresztą takiego zamiaru, gdyż przypuszczałem, że po sprawdzeniu moich personaliów Niemcy mnie zwolnią. Zaczął mżyć deszcz. Nadal poszukując kolegów natknąłem się w końcu na Mariana Winieckiego i Henryka Świętochowskiego, starszych kolegów szkolnych i lekkoatletów „Gedanii”. Pozwolili mi schronić się pod ich letnim płaszczem, a Marian podzielił się ze mną resztką czekolady.

Nagle odezwały zza wzgórza niemieckie działa. Ostrzeliwały stamtąd Oksywie. Nie wiem, czy dowódcy niemieccy ustawili te działa tuż za nami naumyślnie, czy też to dosyć strome wzgórze odpowiadało ich wymogom. W każdym razie dobrze się stało, że nie było z Oksywia na to podobnej odpowiedzi, gdyż łatwo sobie wyobrazić co by się wtedy na placu działo.

Siedząc w kucki drzemaliśmy znużeni gdzieś do pierwszej w nocy. Wtedy zaczęto nas prowadzić Świętojańską w kierunku Placu Grunwaldzkiego do stojącego nad brzegiem morza kina „Morskie Oko”. Oglądałem tam kiedyś w wygodnych fotelach western z Ken Meynardem w głównej roli. Tej nocy gmach kina był przepełniony ludźmi, a nas wepchnięto do smrodliwego wnętrza już na siłę.

Jak się nad ranem następnego dnia okazało, tak wielki ścisk panował tylko w wejściowym korytarzu. W nocy nie można było tam początkowo ruszać nawet ręką. Minęło sporo czasu, zanim w panującej ciemności zrobiło się nieco luźniej i można było nawet usiąść. Mimo zaduchu było jeszcze wielu takich, którzy nie mogli się powstrzymać od palenia papierosów.

Staliśmy wraz z kolegą Winieckim i Świętochowskim następnego dnia przy wejściu przed oknem i widzieliśmy, jak zaczęto na tarasie ustawiać stoliki. Było ich pięć lub sześć, dokładnie nie pamiętam, a za każdym zasiadł jakiś umundurowany Niemiec. Przesłuchiwali po kolei naszych rodaków i za każdym razem wertowali małą książeczkę w czerwonej oprawie. Była to osławiona księga poszukiwań wrogich Niemcom lub źle przez nich notowanych Polaków. „Sonderfahndungsbuch Polen”.

Podobnie działali Niemcy podczas zajęcia w 1938 roku Austrii i czeskich Sudetów. Jak pisze prof. dr Martin Broszat na stronie 79 swej pracy „Nationalsozialistische Konzentrationslager 1933— 1945” (Obozy koncentracyjne nazistów 1933—1945), opublikowanej w II tomie książki „Anatomie des SS-Staates” (Anatomia państwa SS), to specjalne jednostki służby bezpieczeństwa Rzeszy poszukiwały w marcu i kwietniu w Austrii oraz w październiku i listopadzie 1938 roku w Sudetach, tj. natychmiast po zajęciu tych terenów, ludzi uznanych za wrogów Rzeszy. Także Kazimierz Moczarski podaje na stronie 180 swej książki „Rozmowy z katem” interesujący szczegół z tej dziedziny. Usłyszał on od Jurgena Stroopa, kata getta żydowskiego w Warszawie, który pod koniec 1942 roku zorganizował w Wiedniu na rozkaz Himmlera grupę SS i policji przeznaczonej do „służby” na terenie Gruzji, iż dla niego była najważniejsza nieduża książeczka wydana w mikroskopijnym formacie. Widniała w niej lista wszystkich działaczy komunistycznych Kaukazu oraz bezpartyjnej inteligencji, naukowców, nauczycieli, pisarzy i dziennikarzy, księży, urzędników, ważniejszych chłopów, pracowników gospodarki itp. wraz z ich adresami i telefonami, a ponadto z adresami ich rodzin i przyjaciół (były tam nawet niektóre fotografie) na wypadek, gdyby się ukrywali. Nasuwa się tu pytanie, kto hitlerowcom te dane dostarczył, gdyż na tych terenach nie było, w przeciwieństwie do Austrii, Czech i nawet Polski, wcale Niemców.

Przy ostatnim stoliku wydawano zwolnienia. Zwalniano wtedy sporo, lecz coraz częściej zatrzymywano ludzi, których nazwiska znaleziono w owej książce. Zaraz ich oddawano pod dozór żołnierzom. Jednych kierowano w dół poza taras, a innych ustawiano pod strażą na wprost naszego wejścia.

Byli to głównie gdańszczanie, wśród których zapamiętałem nieco tęgawego pana Banaszkiewicza, zięcia posła Budzyńskiego. Widząc to, byliśmy pełni złych przeczuć. Sądziłem wprawdzie, że nie będzie ze mną tak źle, jednak obawiałem się o los moich kolegów, znanych w Gdańsku przecież lekkoatletów. Po dłuższym czasie odważył się wyjść Heniek Świętochowski. Minął ku naszej radości wpierw pierwszy stół, potem drugi, trzeci, a po kilku słowach przy stole czwartym doszedł już do ostatniego, gdy siedzący tam Niemiec po dłuższym wertowaniu w dosyć ostrych słowach przywołał do siebie żołnierza i kazał naszego, kolegę odprowadzić. Zeszli obaj po stopniach i jak się dopiero długo po wojnie dowiedziałem, zaprowadzono go do piwnic sądowych, skąd udało mu się tego dnia jeszcze wysłać list do swojej rodziny. Był to jego ostatni znak życia, gdyż został z początkiem listopada tego roku rozstrzelany w Piaśnicy.

Marian Winiecki, który był w Gdańsku najbardziej znany z powodu swoich licznych zwycięstw, widząc wyprowadzanego pod strażą Heńka, był zdania, że stanie się z nim to samo. Nie chciał jednak dłużej czekać w niepewności, więc serdecznie się ze mną pożegnał i zdeterminowany wyszedł na dwór. Śledziłem z dużym napięciem jego drogę i ku mojej radości zobaczyłem, jak przechodzi od jednego stołu do drugiego i w końcu trzyma w ręku zwolnienie. Spojrzał na moment w moim kierunku i nieznacznie się uśmiechnął.

Na sali kinowej było już znacznie luźniej. Nie mogąc się zdecydować na wyjście, błąkałem się z kąta w kąt, gdy nagle dobiegło mnie z tyłu wołanie. Przy zakratowanym oknie stał Marian i wręczył mi paczkę z kilkoma wędzonymi piklingami. Był z tak pomyślnego dla niego obrotu sprawy bardzo ucieszony, co przypuszczalnie zawdzięczał temu, że Niemcy nie potrafili wymawiać właściwie jego nazwiska. Już przed wojną wymawiali je zawsze „Winniczka”. Mimo tego Marian miał się na baczności i powiedział, że musi szybko zginąć Niemcom z oczu. Nie udało mu się stwierdzić, dokąd zaprowadzono Heńka Świętochowskiego, więc po kilku jeszcze słowach pospiesznie się ze mną znowu pożegnał, po czym rozglądając się ostrożnie wokół siebie odszedł.

Obydwaj ci koledzy już nie żyją. Jednakże ich ówczesna postawa utkwiła mi na stałe w pamięci. Byłem przecież od nich wówczas znacznie młodszy, a poza tym byli w naszym polonijnym środowisku bardziej znani. Znaliśmy się tylko z widzenia, jednak nie zawahali się przyjąć mnie do siebie, a Marian oddał mi swój ostatni kawałek czekolady oraz przynosząc mi owe piklingi nie zapomniał o mnie nawet po swoim zwolnieniu. Można to uznać za zwykły gest, jednak dla mnie oznaczało to coś więcej. Była to pierwsza lekcja solidarności, którą sobie dobrze zapamiętałem. Tak to zrozumiałem i dawałem temu podczas moich powojennych rozmów z Marianem Winieckim zawsze wyraz.

Jedząc swój skromny posiłek, stałem przy oknie. W pewnej chwili zobaczyłem, jak z zamglonej jeszcze zatoki wynurzają się jak duchy sylwetki małych jednostek bojowych, które powoli i zupełnie bezgłośnie wsuwały się po kolei w głąb basenu jachtowego. Był to tak niesamowity widok, że przejęty zupełnie zapomniałem, gdzie jestem i co mnie oczekuje. Spoglądałem jak urzeczony na te nieustannie wpływające jednostki z krwawym sztandarem i swastyką na rufie i dopiero wtedy uświadomiłem sobie w całej pełni, iż Niemcy są panami Gdyni.

Ogarnęło mnie uczucie przygnębienia. Nie spodziewając się niczego dobrego, wyszedłem w końcu na taras. Zajął się mną szturmowiec SA ubrany w „Raüberzivil”, który dobrą polszczyzną zapytał o moje dokumenty.

— Owszem, mam — odpowiedziałem po polsku i wręczyłem mu swój gdański paszport.

Hitlerowcowi wyrwał się wściekły okrzyk:

— „Du verfluchtes Schwein! Bist aus Danzig und sprichst mit mir polnisch!”1

Mój paszport poleciał wielkim łukiem w stronę morza, a ja otrzymałem od Niemca pięścią i zostałem popchnięty ku stojącym w narożniku gdańszczanom.

Tak skończyły się moje nadzieje na szybki powrót do domu. Gdyby jednak tak się stało, wpadłbym z deszczu pod rynnę. Musiałbym bowiem zgłosić się do komendy wojskowej, gdyż jak potem mój ojciec mi powiedział, czekało na mnie od 3 września w domu powołanie do niemieckiego wojska!

Gdy przesłuchanie zakończono, zaprowadzono naszą grupę do kortu tenisowego, znajdującego się wówczas za kinem „Bajka” (obecnie „Goplana”), położonego przy skrzyżowaniu ulic Żeromskiego i Pułaskiego. Był ogrodzony wysoką siatką i okolony niską trawiastą skarpą, z której wyrastały smukłe młode topole.

Było tego dnia bardzo ciepło, więc wielu ludzi stało w kolejce przed jedynym kranem z wodą. Gdy w końcu i ja ugasiłem pragnienie i napełniłem wodą butelkę po lemoniadzie, zobaczyłem stojącego daleko w kolejce profesora Leona Wojtaszewskiego. Podszedłem do niego. Częstując go wodą przekonałem się w toku prowadzonej z nim rozmowy, że miał on mimo tak przykrej sytuacji jeszcze sporo humoru. Nie mógł jednak ukryć pewnego niepokoju, który był uzasadniony, gdyż zginął potem zamordowany przez Niemców.

Spotkałem na tym placu również profesora Bernarda Janika. Był chory, na szyi nosił gruby bandaż. Widziałem go potem, jak rozmawiał z jakąś kobietą przy siatce. Jak się potem okazało, został wkrótce zwolniony.

Wieczorem padł rozkaz, by wszyscy usiedli i zakomunikowano nam, że nie wolno nikomu w nocy wstawać. W nocy było chłodno. Ponieważ byłem tylko w ubraniu, więc było mi zimno. Skuliwszy się, zdołałem jednak mimo jaskrawego światła reflektorów jakoś się przespać. Tylko raz obudziła mnie seria oddanych do jakiegoś nieszczęśnika strzałów.

Następnego przedpołudnia, tj. w sobotę dnia 16 września, nakazano nam uformować się w czwórki i podchodzić do stojącej na ulicy ciężarówki z prowiantem. Tam otrzymaliśmy po pół bochenka chleba z porcją masła, do czego dodano także dwa gotowane jajka. Następnie zaprowadzono nas od razu do kościoła przy ulicy Batorego. Nie było w nim zbyt wielu jeńców. Szokujące dla mnie było to, że natychmiast znaleźli się osobnicy, którzy zaczęli pokazywać swoje niewybredne wygłupy. Niektórzy weszli na kazalnicę i stamtąd wygłaszali swoje „mowy”, a wszystkich zaskoczył jakiś wyjątkowy cynik, który zamierzał wypróżnić się na głównym ołtarzu. Szybko jednak stamtąd zeskoczył, gdyż oburzeni gdynianie zamierzali dobrać mu się do skóry. Gdy uspokoiło się nieco w kościele, usiadłem na jakiejś ławce i zacząłem spożywać w tym tak osobliwym miejscu swój posiłek, tej twardej ławce przespałem także następną noc.

W niedzielę nastąpiło ponowne przesłuchanie, które tym razem odbyło się w przeciwległym kinie „Lido” (obecnie „Atlantic”) na ulicy 3 Maja. Przekonałem się wtedy, jakimi to my gdańszczanie cieszymy się u Niemców „względami”. Rozmowa ze mną nie trwała długo, gdyż dla przesłuchujących hitlerowców było oczywiste, że byłem w Gdyni po to, by dostać się do polskiego wojska. Nazwano mnie zdrajcą i skierowano na podwórze do oczekującej tam grupy rodaków.

Późnym popołudniem ustawiono nas w kolumnę marszową, po czym poprowadzono ulicą Morską w kierunku Grabówka. Na ulicach było mało ludzi, tylko nieliczne kobiety spoglądały na nas przestraszone z bram i okien swych mieszkań. Skręciliśmy w pewnym momencie w lewo i podchodząc pod górę znaleźliśmy się niebawem na terenie byłego Urzędu Emigracyjnego.

Było już szaro, gdy po rozdzieleniu na poszczególne grupy znalazłem się wraz ze sporą liczbą rodaków przed wejściem do ostatniego bloku. Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem się tam ponownie z Antkiem Olszewskim i Alfonsem Żurawskim, a potem dołączył do nas jeszcze syn naszego profesora gimnazjalnego, najmłodszy z nas, Mietek Urbanek. Był jako jedyny obładowany pękatym plecakiem, więc gdy się zatrzymaliśmy, spuścił go z widoczną ulgą na ziemię.

Wtedy jakiś młody oficer niemiecki kazał wystąpić młodocianym z szeregu. Takich w naszej grupie nie było, tylko Mietek szeptał o tym, jakiego ma pecha, gdyż dopiero niedawno ukończył osiemnaście lat. Nie wiem, czy było mi go żal, czy był inny powód, w każdym razie wysunąłem się przed kolumnę i zapytałem owego oficera, czy nie mógłby mieć względu na Urbanka z powodu tego, iż jest krótkowidzem. Młody Niemiec przyjrzał się badawczo Mietkowi i krótko rozkazał:

— „Hau ab!”2

Popchnąłem wtedy mocno mego młodszego kolegę i zawołałem:

— Uciekaj! Bo biegniesz o życie!

Może użyłem wtedy przesadnych słów. Nie wiem. W każdym razie Mietek, który zamierzał chwycić jeszcze za plecak, rzucił się po moim pchnięciu naprzód i pobiegł pędem ku bramie. Myślę, że pobił tego wieczora swój życiowy rekord w bieganiu. Nasza trójka również na tym skorzystała, gdyż jak się rychło okazało, pozostały nam dość pokaźne zapasy prowiantu.

Zastanawiałem się po wojnie nieraz nad tym, dlaczego ja sam nie starałem się wtedy skorzystać z tak idealnej przecież okazji. Wyglądałem na siedemnastolatka, a ponieważ nie miałem przy sobie żadnych papierów i nigdzie mnie nie zapisano, mogłem z zupełnym spokojem podać się za młodocianego. Nie przyszło mi to jednakże wcale na myśl. Byłem przyzwyczajony do porządku i mówienia prawdy, i nawet po tych przesłuchaniach nie zdawałem sobie wcale sprawy z tego, jakie mi mogą grozić niebezpieczeństwa. Byłem nadal jeszcze zdania, iż nie popełniłem żadnego przestępstwa i dlatego nie potrzebuję się niczego obawiać.

Znaleźliśmy się potem na pierwszym piętrze w dużej sali. Nie dbając na rozlegające się wokół krzyki poszukujących legowisk rodaków, usiedliśmy pod oknem przy stoliku i zabraliśmy się od razu do jedzenia. Wokół ciągle się kłócono, gdyż na każdym z piętrowych żelaznych łóżek miały spać po dwie osoby. W pewnej chwili przystąpił do nas jakiś starszy jegomość i zaproponował nam, byśmy zajęli przy nim trzy wolne miejsca. Chętnie z tego skorzystaliśmy. Okazało się potem, że tym usłużnym człowiekiem był współwłaściciel dużego domu towarowego „Bon Marché” na ulicy Świętojańskiej w Gdyni. Również pozostali leżący wokół nas jego ziomkowie byli majętnymi Żydami, grali bowiem w następnych dniach często w pokera i to o bardzo wysokie sumy pieniężne.

Następnego dnia odbyła się rano na podwórzu zbiórka. Prowadził ją dozorujący naszą izbę starszy wiekiem feldfebel, który pracował przed wojną w gdańskim zakładzie oczyszczania miasta. Wśród tych blisko trzystu rodaków byliśmy w trójkę jedynymi, którzy władali językiem niemieckim, a ponieważ przypadłem temu gdańszczaninowi do gustu, wybrał mnie na swego tłumacza. Otrzymałem białą opaskę, która upoważniała mnie do swobodnego poruszania się po terenie obozu.

Musiałem wpierw spisać personalia przebywających w tej izbie rodaków, w czym pomagali mi moi koledzy, a potem wzywano mnie niemal codziennie do pokoju podoficerskiego, gdzie wykonywałem różne prace pisarskie. To miało swoje dobre strony, gdyż mogłem słuchać różnych audycji radiowych. Pamiętam, że stacja gdańska nadawała wtedy niemal ciągle muzykę przerywaną często głośnymi fanfarami, po których oznajmiano wiadomości ze zwycięskiego pochodu wojsk niemieckich w Polsce.

Szczególnie chętnie słuchałem muzyki operowej, a i dzisiaj, gdy słyszę słynny walc z opery „Faust” Gounoda, wracam zawsze myślami do tamtych dni w Gdyni.

Otrzymywałem od tych podoficerów, dla których wykonywałem prace, dodatkowe posiłki i miałem nawet możliwości uzupełnienia naszych własnych zapasów różnymi wędlinami, które zalegały całymi dniami w biurku i szafie tych podoficerów. Miałem wtedy również prawo wstępu do kantyny, gdzie poza czekoladą i papierosami zakupiłem dla kolegów i naszych sąsiadów wbrew zakazowi niejedną butelkę piwa.

Pamiętałem także o tych rodakach, którzy przebywali pod naszą izbą w suterynie i o których było wiadomo, że są zakładnikami gdyńskimi. Okien ich pilnował stale wartownik, lecz to nie przeszkodziło mi podrzucić im przy nadarzającej się okazji kilku paczek papierosów. Nie rozumiem wszakże do dzisiaj, dlaczego, zatrzymano tam także księdza Hoefta, naszego ostatniego opiekuna młodzieży z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, (KSMM) w Gdańsku, którego potem rozstrzelano w Piaśnicy.

W tym obozie nie mogliśmy narzekać na braki w wyżywieniu. Szczególnie po zajęciu Oksywia, gdy wyruszały od nas kolumny robocze, zaczęto do naszej izby przynosić różne suchary, konserwy, cukier i nawet sól w workach, bryły smalcu i inne różności. Nie brakowało wtedy wśród nas papierosów, szczególnie tych w okrągłych blaszanych puszkach, doskonałych i tak przez Niemców poszukiwanych, marki „Mewa”. Pamiętam, jak jeden z młodszych rodaków wręczył mi kiedyś dwie pary oficerskich butów i prosił, bym wręczył je przybywającym następnego dnia pod bramę rodzicom. Przy bramie do naszego obozu panował wtedy przy przyjmowaniu i odbieraniu paczek bardzo ożywiony ruch. Gdy wręczyłem temu kaszubskiemu gburowi owe buty, bardzo się tym zdziwił. My natomiast raczyliśmy się potem przywiezionym przez niego wiejskim chlebem i masłem.

Byli wśród nas i tacy, którzy wracając z pracy na Oksywiu ledwo byli zdolni utrzymać się na nogach. Opowiadali, że popijali sobie zdrowo z niemieckimi wachmanami i nawet śpiewali przy tym polskie pieśni. Wielu wykorzystało ten niemal sielski nastrój do ucieczki. Chcąc uniknąć przykrych z tego powodu następstw, sprawdzałem co wieczór listę obecności i stwierdzałem, że brakowało niekiedy i do dwudziestu ludzi. Musieliśmy z tej przyczyny sporządzać szybko nowe zestawienia i jakoś uniknęliśmy wpadki.

Pewnego dnia bardzo zdziwiłem się słysząc, że ktoś stojący na położonej na zewnątrz obozu drodze wywołuje moje nazwisko. Stała tam młodsza siostra Mietka Urbanka, która przyniosła nam nieco żywności. Przybyła po dwóch lub trzech dniach ponownie i prosiła wtedy, byśmy oddali jej obszerny plecak, potrzebny Urbankom, którzy zamierzali opuścić Gdynię, co też uczyniłem. Młoda Urbankówna imponowała mi swoją odwagą. W 1972 roku miałem ogromną satysfakcję, mogąc jej podczas przypadkowego spotkania w Domu Harcerza w Gdańsku to powiedzieć i za otrzymaną wówczas pomoc podziękować.

Chociaż rozmawiałem niekiedy z kolegami o ucieczce do dochodzącego pod obóz lasu, nigdy takich prób nie czyniliśmy. Stał tam bowiem czołg, który oświetlał okoliczny teren swoim reflektorem. Nie chcieliśmy także skorzystać z ucieczki na Oksywiu, gdyż uważaliśmy, że nasze zniknięcie wzmoże czujność Niemców i uniemożliwi dalsze ucieczki naszych rodaków. Uważaliśmy, że nasza ucieczka nie miałaby po prostu sensu.

Upewniło nas w tym także zachowanie się naszego poczciwego feldfebla. Gdy w sobotę dnia 23 września szykował się do wyjazdu do Gdańska, zabrał od nas listy, a przyjąwszy do wymiany kilkadziesiąt złotych, przyrzekł przywieźć nam kilka drobiazgów do codziennego użytku, które były nam potrzebne oraz butelkę dobrej gdańskiej wódki. Byłem w poniedziałek bardzo zdziwiony, gdy ten stary gdańszczanin oddał mi te pieniądze i wręczając sporą paczkę oświadczył, że banki dają wprawdzie za dwa złote jedną markę, lecz nie miał już do wymiany moich pieniędzy czasu. Kupił te drobiazgi, jak ręcznik, mydło i grzebień za swoje pieniądze, a co do wódki smętnie oświadczył, że nie poznał swego miasta, gdyż zamknięto wiele lokali i knajpek, a sam miał tylko okazję raz napić się kieliszka Machandla. Widzę go jeszcze dzisiaj, jak spoglądał na mnie z zażenowaniem i rozkładał ręce, jakby Bóg wie, jaka mu się przytrafiła przykrość.

Zachowanie się ogółu niemieckich żołnierzy i podoficerów było na ogół spokojne. O ile dobrze pamiętam, część z nich należała do jakiejś jednostki mającej siedzibę gdzieś na Pomorzu Zachodnim. Tylko jeden z owych podoficerów, grubas Lewandowski, pastwił się codziennie nad Żydami. Krzykiem i biciem popędzał ich po placu, co wywoływało wprawdzie niechęć i wymówki pozostałych podoficerów, jednak żaden z nich mu w tym nie przeszkodził.

Wszyscy ci podoficerowie bez wyjątku obawiali się dyżurnego lejtnanta, zwanego przez mich ironicznie „psem gończym” — „Windhumd”. Był bowiem wielkim służbistą i węszył wszędzie za uchybieniami.

Miałem jako starszy izby od pewnego czasu pewien kłopot, gdyż musiałem się gęsto tłumaczyć za pewnego chłopca, który ani razu nie wychodził do pracy. Leżał nieustannie na łóżku, nie wstawał nawet do mycia, więc sądziłem początkowo, że jest to zwyczajny leniuch czy markierant. Usiłowałem mu przemówić do rozsądku, lecz gdy dowiedziałem się od jego kolegów, że nie przyjmuje nawet jedzenia, zawezwałem lekarza. Ten stwierdził po pobieżnym zbadaniu, że ów chłopak cierpi na jakąś nierozpoznawalną chorobę i kazał mieć go na oku. Miałem wrażenie, że podejrzewał go o jakąś zakaźną chorobę, jednak go od nas nie odseparował. Nie było w tym obozie zresztą oddzielnej izby chorych.

W ostatnich dniach września będąc sam w izbie podoficerskiej zacząłem poszukiwać w radiu polskiej stacji. Wprawdzie wokół panował spokój, lecz obracając ostrożnie gałką nasłuchiwałem, by dać się zaskoczyć. Nagle jakby z bardzo daleka dobiegły mnie ledwo słyszalne słowa. Ktoś mówił bardzo powoli i uroczyście o poniesionych ofiarach i stratach podczas bohaterskiej obrony Warszawy. Jednak dalsze słowa były niewyraźne i tylko w końcu usłyszałem słowa o kapitulacji.

Nie pamiętam, czy już wtedy wiedziałem o tym, że przemawia prezydent miasta Warszawy Stefan Starzyński, lecz utkwiło w mej pamięci przygnębienie, jakie zapanowało wtedy wśród naszej trójki. Postanowiliśmy nie podać tej wiadomości dalej, gdyż nie chcieliśmy zabrać naszym rodakom tej ostatniej nadziei, jaką były toczące się jeszcze walki. Było znamiennym objawem, że my nie tragizowaliśmy dotychczas z powodu zalewającej nasz kraj powodzi wojsk niemieckich. Liczyliśmy jeszcze ciągle na jakiś korzystny obrót sprawy. Walki przecież jeszcze trwały, a główną ostoją naszego oporu była walcząca Warszawa oraz broniący się niedaleko nas Hel. Nie powiem, abyśmy się łudzili jakąś zewnętrzną pomocą. Nie mogliśmy jednak po prostu uwierzyć, iż walka pomiędzy wojskami polskimi a niemieckimi aż tak szybko się zakończy. Teraz my trzej wiedzieliśmy, że opór naszych wojsk ma się ku końcowi.

Nie dane nam było długo nad tym się zastanawiać, ponieważ dowiedziałem się od feldfebla, że nazajutrz, tj. dnia 30 września, przybędzie z Gdańska jakaś komisja, która przeprowadzi nasze ostateczne w Gdyni przesłuchanie. Feldfebel był pewny naszego zwolnienia, więc pełni nadziei oczekiwaliśmy następnego ranka.

SS-owcy byli w czarnych mundurach i już od samego rana przepytywali w obszernym hallu budynku dyrekcyjnego Polaków. Urzędowali przy kilku stolikach, a przesłuchania odbywały się na ogół spokojnie. Tylko od czasu do czasu rozlegały się sporadyczne okrzyki hitlerowców, z których jeden pastwił się nawet przez chwilę nad jakimś starszym człowiekiem.

Rodaków z naszej izby przesłuchiwał jakiś starszy SS-owiec. Wszystko szło sprawnie, gdyż pomagaliśmy we trójkę naszemu feldfeblowi przy utrzymaniu należytego porządku. Wielu z naszych rodaków otrzymało upragnione zwolnienia, a gdy nadeszła w końcu nasza kolejka, stary gdańszczanin przystąpił do owego gestapowca. Powiedział, że jesteśmy z Gdańska i byliśmy mu dotychczas bardzo pomocni, więc prosił, by ów SS-owiec to uwzględnił. Ów na to nic nie odrzekł, tylko nam się bacznie przyjrzał i zajął się wpierw Alfonsem Żurawskim.

Ten nie krył się dotychczas przed nami swoimi obawami, gdyż mimo swego młodego wieku był bardzo aktywnym działaczem młodzieżowym w Nowym Porcie. Mimo iż ów gestapowiec wertował wspomnianą już książeczkę w czerwonej oprawie poszukując nazwiska Alfonsa, nie znalazł go. Wystawił też od razu Alfonsowi zwolnienie, a ten niemal biegiem udał się do miasta.

Antek Olszewski był zawsze spokojnym człowiekiem i nie pamiętam, by uwikłał się przed wojną w jakieś awantury z Niemcami. Po ukończeniu nauki w naszym gimnazjum i po studiach pracował jako nauczyciel w polskiej szkole w Nowym Porcie, więc uważał, że nie ma powodu do jakichkolwiek obaw, iżby jego spokojna działalność mogła mu zaszkodzić. Po tym tak szybkim zwolnieniu naszego kolegi był zapewne również tak jak i ja przekonany, że opuści także za chwilę teren tego obozu. Stało się jednak inaczej.

Gestapowiec zapytał go o imię i nazwisko, a zajrzawszy do owej książki poszukiwań, od razu wezwał wartownika i kazał Antka odprowadzić. Nie wiedziałem dokąd, gdyż sam stanąłem przed obliczem tego gestapowca.

Gdy tylko wymieniłem swoje nazwisko, jego twarz nabrała wyrazu jakiegoś stężenia. Wypytywał mnie spokojnym głosem o miejsce mego zamieszkania i pracy, o mojego ojca, lecz do książki nie zajrzał. W końcu nieco zmienionym głosem zapytał, co zamierzam po moim zwolnieniu robić. Odpowiedziałem, że chciałbym powrócić do swojej pracy.

Wtedy ów gestapowiec uderzył pięścią w stół i zawołał: