Wspomnienia gdańskiego bówki, t. 1 - Brunon Zwarra - ebook

Wspomnienia gdańskiego bówki, t. 1 ebook

Brunon Zwarra

0,0

Opis

"Wspomnienia gdańskiego bówki" I i II zaprezentowały Czytelnikowi dzieciństwo i młodość autora spędzone w Wolnym Mieście Gdańsku w okresie międzywojennym oraz jego aresztowanie w 1939 roku i pobyt w nieludzkich warunkach obozów koncentracyjnych Stutthof i Sachenhausen do wyzwolenia Gdańska. Samego wyzwolenia nie oglądamy, gdyż Autor schronił się na te tragiczne dla miasta dni na wsi kaszubskiej u krewnych. Jednakże świadectwo jego o życiu codziennym w Gdańsku podczas wojny jest ważne, gdyż właściwie nie ma innych. Widzimy smutny obraz miasta w okresie panowania niemieckich porządków, całkowicie podporządkowanych potrzebom wojennym. Odczuwamy grozę położenia miejscowych Polaków - więzionych, deportowanych, zubożonych, zmuszonych do podpisywania niemieckich list narodowościowych, przemocą wcielanych do Wehrmachtu. Jesteśmy świadkami wreszcie stopniowego upadku machiny hitlerowskiej w tym mieście.

Wspomnienia Zwarry są świadectwem historycznym.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 511

Rok wydania: 1984

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wspomnienia

gdańskiego bówki

 

Wydawnictwo Morskie

Gdańsk 1984

 

Brunon Zwarra

Wspomnienia

gdańskiego bówki

Tom 1

 

Okładkę i stroną tytułową projektował

Kazimierz Mroczkowski

 

Redaktor

Maria Aldona Kozłowska

Redaktor techniczny

Elżbieta Smolarz

Korektor

Małgorzata Boczkowska

 

ISBN 83-215-8261-3

 

© Copyright by Brunon Zwarra, Gdańsk 1984

 

Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1984

Wydanie pierwsze. Nakład 19 750+250 egz. Ark. wyd. 23,13. Ark. druk, 18,25+3,75 ark. wkładek lustr. Papier druk. sat. IV kl. 71 g. Oddano do składania we wrześniu 1983 r. Podpisano do druku w lipcu 1984 r. Olsztyńskie Zakłady Graficzne im. S. Pieniężnego w Olsztynie, ul. Towarowa 2. Zam. nr 1320 P-4/695

Wstęp

 

Wspomnienia gdańskiego bówki? Cóż to za pamiętnik? Gdański bówka to człowiek z dołów, a wspomnienia piszą przecież głównie byli mężowie stanu czy inni słynni ludzie, którzy byli świadkami lub nawet decydującymi współuczestnikami bardzo ważnych wydarzeń. Cóż więc takiego ów bówka przeżył, że waży się o tym nawet pisać? Kim on właściwie jest?

Te pytania są słuszne, gdyż ani nie byłem ważną osobistością, ani nie miałem jakiegokolwiek wpływu na przebieg tych wypadków, które w opisanym czasie w Gdańsku zdarzyły się. Byłem tylko ich świadkiem. Przeżyłem je i przyglądałem się im z innej perspektywy niż to zazwyczaj się dzieje przy pisaniu wspomnień. Widziałem je oczami polskiego dziecka, a potem dorastającego młodzieńca, którego niekiedy zwano żartobliwie „gdańskim bówką”.

Chociaż niemieckie określenie „Bowke” dotyczyło głównie opisanych na następnych stronach ludzi, to stosowane na Kaszubach powiedzenie „gduńści bówka” było na wpół żartobliwym, na wpół ironicznym określeniem dla przybyszów z Gdańska. Było ono podobne do „warszawskiego antka”, „paryskiego gavroche’a” czy „londyńskiego cockneya”. Jest to typowe gdańskie wyrażenie żargonowe.

Być wśród swoich Polakiem nie jest trudne, lecz głosić polskość otwarcie wśród tak przeważającej ilości Niemców, jaka była wtedy w Gdańsku, nie było tak łatwe. Właśnie to nasze życie polonijne w Gdańsku przed wybuchem drugiej wojny światowej jest głównym elementem moich wspomnień. W dotychczasowych publikacjach nie ma o nim należytego świadectwa. Są mniej lub bardziej obiektywne oceny sytuacji w Gdańsku pisane przez dzisiejszych historyków, nie znających osobiście przeszłości, lub przez ludzi, którzy przebywali w naszym mieście tylko okresowo i obserwowali jakby z góry to, co się wokół nich działo. Są poza tym także niemieckie świadectwa, najczęściej tendencyjne.

Jako urodzony gdańszczanin należałem do tej warstwy ludności, która zawsze najdotkliwiej odczuwała wszystkie drgania koniunktury politycznej i gospodarczej, a przede wszystkim poczynania odpowiedzialnych ludzi.

Ponieważ w naszym wypadku, członków gdańskiej Polonii, te poczynania okazały się nader tragiczne, uważałem za swój obowiązek nie tylko ująć na piśmie naszą działalność i walkę o polską godność, lecz uzupełnić dla uwiarygodnienia osiągalnymi dla mnie dokumentami. Uważam to za swoją powinność wobec tych tak licznych rodaków, którzy tak wiele czynili, lecz tej wojny nie przeżyli.

Chyba się nie omylę, gdy powiem, że choć dramatyczny był przebieg mego życia, stałem się także świadkiem o wiele bardziej istotnego rozwoju wydarzeń w historii mego rodzinnego miasta. Chociaż nazywało się ono w latach mej młodości Wolnym Miastem, nie było ono wtedy miastem wolnym, gdyż mimo wielu powiązań gospodarczych i administracyjnych z Polską, spora część ludności niemieckiej, a głównie niemieckie władze tego miasta ciążyły ku Rzeszy niemieckiej. Było inaczej niż w okresie wielusetletniej przynależności Gdańska do Korony Polskiej. Wówczas niemiecki patrycjat i ludność Gdańska udowodniła wielokrotnie swoją wierność królom polskim. Należy zawsze pamiętać o tym, że od czasów krzyżackich decydującym, w tym mieście czynnikiem politycznym i gospodarczym byli Niemcy i stan ten trwał aż do dnia 30 marca 1945 roku, gdy wojska radzieckie i polskie to miasto zdobyły, dzięki czemu Gdańsk stał się w pełni tego słowa miastem polskim.

Lecz zanim to się stało, trwaliśmy w nieustannej i cichej walce o nasze polskie prawa, których Niemcy, niezależnie od rozwoju ich politycznych kierunków, nie chcieli przeważnie uwzględnić. Robili nam Polakom stale trudności, gdyż uważali, że w ten sposób uda im się zachować w tym mieście nie tylko niemiecką kulturę, lecz i niemieckie panowanie. W tym dążeniu szczególnie hitlerowcy nie przebierali w środkach, a najbrutalniej uczynili to w czasie wojny. Był to wszakże ostatni etap walki o niemieckie oblicze tego miasta, która skończyła się dla niego nieznanym w jego historii zniszczeniem.

Tego byłem właśnie świadkiem.

 

Gdańsk-Oliwa, dnia 20 stycznia 1982 r.

I

 

Gdańsk był od setek lat miastem, do którego ciągnęli z bliższych i dalszych okolic mieszkańcy Kaszub i Pomorza. Również mój ojciec Wojciech Zwarra, urodzony 4 kwietnia 1890 roku w Sikorskiej Starej Hucie, uległ temu ciągowi, gdyż po powrocie z dalekiego macedońskiego frontu w czasie pierwszej wojny światowej postanowił w 1919 roku osiedlić się w Gdańsku. Był z zawodu kowalem, ale ponieważ pracował już przed wojną jako dźwigowy, miał widocznie nadzieję, że znajdzie w tym dużym mieście odpowiednie do swoich kwalifikacji zajęcie.

Pierwsze lata pobytu moich rodziców w Gdańsku nie były łatwe. Oboje pracowali najpierw w fabryce cukierków śmietankowych „Kanold” przy ul. Łąkowej (dawniej Weidengasse) nr 35—39, a potem tylko matka zarabiała w tejże fabryce przez pewien czas na nasze utrzymanie.

Ojciec, po kilku miesiącach przynależności do „Christlicher Metallarbeiterverband”1, wstąpił, zgodnie z zapisem w będącej jeszcze w moim posiadaniu „Książce kwitowej Nr 893” z dnia 2 listopada 1922 roku, do Zjednoczenia Zawodowego Polskiego w Gdańsku, którego był członkiem nieprzerwanie aż do dnia wybuchu wojny w 1939 roku.

Jego decyzja miała dla nas zasadnicze znaczenie, gdyż odwiodła być może nas od zniemczenia, któremu wielu naszych krajan ulegało od dawna w Gdańsku. Decyzja ojca zaprowadziła nas na drogę, którą kroczyło wprawdzie nieliczne, lecz bardzo prężne i wówczas jeszcze spoiste społeczeństwo polskie w Gdańsku.

Krok ojca nie był przypadkowy. Był on dalszym ciągiem patriotycznej postawy moich przodków. Nie posiadam wprawdzie zbyt dużo wiadomości o ich dziejach, wszakże, relacje uzyskane od mego stryja Antoniego, brata ojca, dają wyraźne świadectwo ich postawy.

Sądząc po znanym na Kaszubach nazwisku mniemam, iż było ono znane także w innych regionach zamieszkałych przez Słowian, gdyż spotkałem je również w brzmieniu czeskim Švara lub słoweńskim Cvara.

Rodzina ojca wywodzi się z Sikorskiej Starej Huty, wsi leżącej około 7 km w linii prostej na północ od Kościerzyny. W tamtych okolicach były za czasów mego pradziadka Mateusza, który dożył 105 lat, wielkie lasy, w których napotykano nawet wilki. Dopiero pod koniec jego życia zaczęto te lasy karczować, by uzyskać więcej ornej ziemi i potrzebne dla bydła pastwiska.

Mój dziadek, również Wojciech, urodzony 5 marca 1846 roku, służył w armii niemieckiej. Na wojnie prusko-francuskiej 1870/1871 stracił częściowo wzrok i starał się o przyznanie odpowiedniej renty. Z tej przyczyny potrzebna była władzom pruskim opinia niemieckiego właściciela majątku w Sikorzynie. Był nim niejaki Kneipp, który miał zapewne ważne powody, by oświadczyć: „Wojciech Zwara nie zasługuje na przyznanie renty, ponieważ jest właścicielem ziemskim wykupującym ziemie z rąk niemieckich!”

A więc mój dziadek czynił to samo, co wszczął później na większą skalę utworzony w niedalekiej Stężycy Szlacheckiej polski Bank Ludowy. Zespoleni w tym banku Polacy nie tylko pomagali biednym Kaszubom w ich ciężkim położeniu, lecz przeciwdziałali akcji osławionego Banku Raiffeisena, wykupującego ziemię z rąk polskich. Oni bowiem wykupywali ziemię z rąk opuszczających te ubogie okolice osadników niemieckich, czym przyczynili się do umocnienia społeczności kaszubskiej.

Jak bardzo ta pomoc była ubogim Kaszubom potrzebna, świadczy fakt, iż niejeden z nich był na przednówku po ostrej zimie zmuszony karmić swoją jedyną krówkę lub konika sieczka ciętą ze słomy pokrywającej liche zabudowania. Kaszubi byli biedni, lecz bardzo honorowi. Jak opowiadał stryj Antoni, kwitowali oni otrzymane pożyczki często zwyczajnym uściskiem dłoni, lecz nie zdarzało się, by którykolwiek z nich swego długu nie oddał.

W owym czasie Niemcy, na skutek polityki kanclerza Bismarcka, stali u szczytu potęgi i jemu to właściciele i koloniści niemieccy żyjący na Kaszubach zamierzali postawić na szczycie Wieżycy ogromny pomnik wdzięczności, który miał być symbolem ich pakowania nad piękną Szwajcarią Kaszubską.

Mimo tak nieprzychylnej opinii mój dziadek jednak otrzymał swoje dziewięć talarów renty. Musiał się po nią co miesiąc zgłosić w Gdańsku, dokąd udawał się pieszo. Dzięki niemu i wielu innym Kaszubom nie pozostało w tamtych okolicach zbyt wielu niemieckich osadników. Nie mieli oni bowiem na tych ubogich piankach kaszubskich łatwego życia. Przekonał się o tym także pewien kolonista, który zamierzał zabrać dziadkowi bez ceregieli spory szmat łąki nad Jeziorem Dąbrowskim. Mój przodek oddał sprawę do sądu pruskiego urzędującego wówczas w Kartuzach, a pomny zapewne różnych obelg pod swoim adresem, zażądał mimo iż władał dość dobrze językiem niemieckim, by na rozprawie przydzielono mu tłumacza. Chciał tym zapewne zrewanżować się w jakimś stopniu Prusakom za to, iż wówczas (a było to w dziewięćdziesiątych latach ubiegłego stulecia) na dworcu w Kościerzynie obelżywie wołali: „Pollacken mit den langen Röcken hinten einsteigen!”2

Sąd musiał wobec bezpornych dowodów własności uznać rację dziadka i nakazał owemu osadnikowi oddać zabraną łąkę.

Jak stryj Antoni jeszcze opowiedział, dziadek i ojciec jego abonowali popularne wówczas na Kaszubach polskie gazety: pelplińskiego „Pielgrzyma” i „Gazetę Grudziądzką”, które do przeczytaniu pożyczali sąsiadom. Po domach odprawiano po kolei po polsku różaniec i czytano wieczorami z pożyczonych polskich książek, które przechowywał jeden z okolicznych gospodarzy.

O tym jak bardzo szanowano wtedy polskie druki, świadczy, że mieliśmy w naszym domu aż do wybuchu ostatniej wojny sporego formatu polski śpiewnik kościelny wydany w Pelplinie z końcem ubiegłego wieku. Zgodnie też z tradycją abonowaliśmy przez kilka lat w Gdańsku ową gazetę „Pielgrzym”, zamiast bardziej odpowiadającej miejscowej „Gazety Gdańskiej”.

Gdy zaczęto z biegiem czasu usuwać ze szkół naukę języka polskiego, a nawet zaprowadzono naukę religii w języku niemieckim, wówczas zaczęły dzieci kaszubskie jesienią 1907 roku odpowiadać nauczycielom niemieckim po polsku. Tak było również w szkole w Sikorzynie, co wywołało gniew nauczyciela Schlüdermanna, który biciem chciał zmusić dzieci, by odpowiadały po niemiecku. Nastąpił wtedy strajk szkolny. Wobec nieustępliwości rodziców nauczyciel ten spowodował wobec nich represje ze strony władz pruskich. Odbyły się liczne rozprawy sądowe i wielu Kaszubów skazano na wysokie grzywny. Od tego czasu dzieci z Sikorzyna i okolic uczęszczały na lekcje religii w języku polskim do kościoła w Kościerzynie. Tamtejsi księża nie ograniczali się jednak tylko do dawania lekcji religii, lecz potajemnie uczyli dzieci poprawnego pisania i czytania po polsku. Lekcje te odbywały się dwa razy w tygodniu i trwały przez okres dwóch lat.

Ojciec mój opowiedział mi swego czasu, że on i jego rodzeństwo nigdy nie opuszczali tych lekcji, chyba że ktoś był bardzo chory. Jeżeli się zważy, iż dzieci z Sikorzyna musiały na te lekcje przebyć dwukrotnie w ciągu tygodnia około 15 km drogi, to należy nie tylko podziwiać odwagę polskich księży, lecz też upór i silną wolę Kaszubów i ich dzieci. Rzadko które z nich miało na nogach skórzane obuwie i najczęściej chodziły w drewniakach „korkach”.

Mój dziadek miał to szczęście doczekać wolnej Polski i wolnych Kaszub. Dożył 77 lat i zmarł w sierpniu 1923 roku.

O losie przodków mojej matki Agnieszki, urodzonej 3 kwietnia 1894 roku, posiadam jeszcze mniej wiadomości. Wiem tylko tyle, że w Grabowskiej Hucie, wsi z której jej przodkowie Blockowie się wywodzą, panował podobny duch przywiązania do polskości jak w Sikorskiej Starej Hucie. Dodam tylko, że zarówno to nazwisko, jak i nazwa tej miejscowości są wymieniane w książce księdza Pawła Czaplewskiego „Kartuzja Kaszubska” na stronach 179 i 202. Autor podaje tam, iż „przybyły z dalekiej Pikardii francuskiej Jan Błock był jako donat klasztoru Kartuzów czynny w należących do tego zakonu wytwórniach szkła, między innymi zapewne także w Grabowskiej Hucie. O tym, że nazwy Grabowska Huta i Sikorska Stara Huta miały swoje uzasadnienie, świadczy wypowiedź mego stryja Antoniego. Powtarzał bowiem wielokrotnie, że gdy orał jako chłopak pola swego ojca, dosyć często napotykał nieforemne szklane bryły.

Również Jan Szczęsny, mieszkający obecnie na gospodarstwie, które należało niegdyś do mego dziadka w Grabowskiej Hucie, opowiedział mi, iż wiadomo mu z ustnych przekazów, że obok zabudowań gospodarczych niegdyś znajdował się piec do wytapiania szkła.

 

Rodzice wynajęli skromne mieszkanie przy ulicy Biskupiej (dawn. Bischofsberg)3 pod numerem drugim i tam też przyszedłem w dniu 18 października 1919 roku na świat.

Do naszego mieszkania na piętrze oficyny prowadziły strome drewniane schody. Zajmowaliśmy po prawej stronie mały pokój i jeszcze mniejszą kuchnię. Pokój miał jedno duże okno na podwórze, a pod przeciwległą ścianą stał spory piec kaflowy, przy którym ustawiono moje żelazne łóżeczko. Pod trzecią ścianą stała kanapa oraz łóżko, nad którym wisiał oleodruk przedstawiający cierpiącego Jezusa w Ogrodzie Getsemani. Obok wejścia do kuchni stała prosta szafa do ubrań. Z sufitu zwisała okolona seledynowym szklanym kloszem lampa gazowa, a na środku pokoju stał prosty drewniany stół z przystawionymi do niego czterema zwykłymi krzesłami.

Kuchnia była bardzo wąska. Od strony drzwi do pokoju stała szafa kuchenna, a po prawej był mały stół i krzesło. Dalej we wnęce stał niewielki piec kuchenny. Ściana i drzwi prowadzące do schodów były wykonane z grubych desek. Na ścianie umieszczono kran ze zlewem, a nieco dalej tuż przed oknem kuchennym były drzwi, które prowadziły do wspólnej z sąsiadami ubikacji.

Byli nimi Niemcy, zacni państwo Schwabowie. Pan Schwabe był powroźnikiem i pracował przez długie lata w Stoczni Schichaua. Oboje byli starsi wiekiem, a ponieważ nie posiadali dzieci, więc traktowali mnie jak swego własnego syna. Często obdarowywali mnie różnymi łakociami, na które nie stać było moich rodziców. Na Świętego Mikołaja ustawiałem, jak to nakazywał zwyczaj, nie tylko na naszym oknie kuchennym swoje buciki, lecz również na oknie sąsiadów starannie wyczyszczone buty ojca. Były zawsze nad ranem pełne ciastek i cukierków. U Schwabów usłyszałem również jako dziecko w słuchawkach detektora pierwszą audycję radiową.

Kamienica pod numerem drugim łączyła się piwnicami i podwórzem z kamienicą pod numerem trzecim. Obie należały do wdowy Julianny Kreft, która pochodziła również z Kaszub i władała nieźle polskim językiem. Siedziała codziennie w swoim małym sklepiku w suterynie pod jej mieszkaniem i sprzedawała w nim opał oraz różne warzywa.

Miała trzech dorosłych synów: Brunona, Franciszka i Pawła oraz jedną córkę. Najstarszy z nich, Brunon, doglądał w tych domach porządku i z tej przyczyny wyganiał mnie z podwórka, gdyż bawiłem się tam często piłką. Obaj wówczas nie wiedzieliśmy, że uratuję go latem 1945 roku z opresji.

Mile wspominam pozostałych mieszkańców tych dwóch kamienic, którzy do czasu naszego wyprowadzenia się jesienią 1935 roku zachowywali się wobec nas zawsze nie tylko przyzwoicie, lecz nawet wspomagali nas wtedy, gdy byliśmy w potrzebie. Ze szczególną wdzięcznością wspominam jedyną poza nami polską rodzinę państwa Turzyńskich, mieszkających na parterze pod numerem trzecim. Pan Augustyn Turzyński był pracownikiem Polskich Kolei Państwowych i wraz z żoną Martą pomagał mi w czasie mej nauki w Gimnazjum Polskim. Otrzymywałem bowiem bezpłatnie po ich najstarszej córce Wandzie potrzebne mi dosyć drogie podręczniki szkolne. Znaczenie tej dużej pomocy poznałem w całej pełni dopiero później, a miałem tę ogromną satysfakcję, że mogłem panu Turzyńskiemu wyrazić swoją wdzięczność w roku 1971 osobiście. Z młodszymi ode mnie Joachimem i Edwinem Turzyńskimi przyjaźniłem się i często bywałem z nimi i ich siostrą Urszulą pod opieką starszej Wandy Turzyńskiej w czasie lata w uroczych i cichych zakątkach bliskiej Biskupiej Górki.

W latach dwudziestych nie występowały w Gdańsku pomiędzy Polakami i Niemcami na ogół tak gwałtowne antagonizmy, jakie później po zdobyciu władzy przez hitlerowców zaczęły mieć miejsce. Pamiętam z tego okresu dwa wydarzenia, które rzucają pewien obraz na panujące wówczas u nas stosunki.

Kręciłem się pewnego dnia na podwórzu przy ojcu i jak to dzieciak zabawiałem się obracając dużym żelaznym kołem przystawionego do ściany naprzeciwko mieszkań oficyny dwukołowego wózka. Ten się w pewnym momencie gwałtownie przechylił, a spadając nie tylko rozbił dyszlem szyby dużego okna na parterze naszej oficyny, lecz stłukł tam również sporej wielkości akwarium mieszkającego tam sąsiada. Byłem tym naturalnie bardzo przerażony i zacząłem głośno płakać, a ojciec na widok takiej szkody zaczął mnie głośno łajać. Wyglądający z okien mieszkańcy stanęli wówczas w mojej obronie, a niektórzy z nich powychodzili z mieszkań i współczująco częstowali mnie ciastkami i cukierkami. Inni uspokajali mego zdenerwowanego ojca i, jak mi później opowiedział, pomogli mu pokryć powstałe szkody.

Miałem widocznie szczególny dar do wszczynania wśród dorosłych niepokoju, gdyż jak ojciec wspomniał, zapanowało jakiegoś popołudnia wśród mieszkańców obydwu domów ogólne poruszenie: zginąłem bez śladu! Rodzice i sąsiedzi szukali mnie do późna po okolicznych domach, zakamarkach i na wzgórzu, ulubionym terenie zabaw, jednak wszystkie wysiłki były daremne. Zebrani wieczorem na podwórzu skonsternowani sąsiedzi doradzili ojcu, by zawiadomił o moim zaginięciu policję, gdyż mniemali, że wpadłem zapewne do Raduni.

Zdarzało się dosyć często, iż ktoś się w niej topił. Dość wartki prąd unosił topielców aż do kraty przed młynem stojącym nad Radunią przed mostem przy ul. Kalinowskiego (dawn. Krebsmarkt). Sam byłem potem świadkiem, jak wyłowiono tam zwłoki jakiegoś starszego człowieka, które odwieziono w blaszanej przyczepie motocyklowej do Prezydium Policji.

Lecz nagle otworzyło się okno, w którym ukazała się uradowana twarz pani Schwabowej wołającej, iż zguba się znalazła. Ojciec mówił, że ukazał im się potem niezapomniany widok. Leżałem bowiem u naszych sąsiadów głęboko zakopany pod grubą pierzyną i mocno spałem. Zacna pani Schwabowa nie zwróciła nawet uwagi na to, że pobrudziłem swoimi zabłoconymi butami jej zawsze czystą pościel.

Schwabowie wyprowadzili się z tego domu z początkiem lat trzydziestych do swego domku na działce w kolonii ogródków działkowych „Bergfrieden” (obecnie kol. „Praca”), a po nich zamieszkała obok nas spokojna wdowa, pani Ruhnau. Przypadłem jej do gustu swoim zainteresowaniem jej licznymi rocznikami różnych czasopism niemieckich.

W mej najdalszej pamięci wspominam dosyć młodego malarza i fotografa Heinza Hoffmanna, który zajmował mieszkanie pod nami. Był to wesoły człowiek, który miał dla mnie zawsze jakieś wesołe powiedzonko lub nawet cukierka. We frontowej kamienicy mieszkała nad Kreftami rodzina Muschków. Ojciec był kasjerem partii socjalistycznej w Gdańsku, a z jego synem, znacznie ode mnie starszym Hansem, grałem często w piłkę nożną. Na najwyższym, drugim piętrze tego domu mieszkał starszy wiekiem kapelmistrz Paul Czoska. Jedna z jego dorosłych córek, Gerda, była pianistką i zabierała mnie, pięcio-lub sześcioletniego brzdąca, często ze sobą aż do kiosku ze słodyczami przy Placu 1 Maja (dawn. Heumarkt). Musiałem ją wtedy na pożegnanie pocałować, za co otrzymywałem dziesięć fenigów na zakup sporej torebki ulubionego złomu waflowego.

Mile wspominam także wdowę Heidemann, która mieszkała na pierwszym piętrze pod numerem trzecim. Pomagałem jej wraz z moim serdecznym przyjacielem Willym Schodrowskim często przy różnych pracach domowych. Po pracy mogliśmy się bawić pozostałymi po jej mężu hełmami i szablami lub oglądać książki o tematyce, wojskowej. Była ona szczodrą kobietą, gdyż częstowała nas ciastkami, a za naszą pomoc dawała nam zawsze pół guldena.

Willy był ode mnie nieco starszy i mieszkał wraz z rodzicami i starszym rodzeństwem w mieszkaniu położonym naprzeciwko mieszkania Kreftów. Okna tych mieszkań były od frontu na pierwszym piętrze, a od podwórza znajdowały się tuż nad betonową jego powierzchnią.

Starzy Schodrowscy mówili jeszcze łamanie po polsku, podobnie jak Scherwińscy, Czoskowie, Dembińscy, Ignatowitzowie i wielu innych mieszkańców tej ulicy. Czuli się jednak już Niemcami, chociaż na przykład krawiec Dembiński, mieszkający pod numerem 32, ogłaszał się jeszcze w lipcu 1926 roku w „Związkowcu”, organie Zjednoczenia Zawodowego Polskiego w Gdańsku. Jego synowie oraz chłopcy z podobnych rodzin pochodzenia polskiego nie mieli wszakże z polskością żadnej więzi. Należeli najczęściej do DJK (Deutsche Jugend-Kraft), katolickiej organizacji młodzieżowej, która została później przez hitlerowców rozwiązana. Jednak i wśród ludzi o niepolskich nazwiskach byli tacy, którzy mówili nawet płynnie po polsku. Jakież było w maju 1945 roku moje zdziwienie, gdy spotkałem na tej ulicy znanego mi z widzenia starszego urzędnika gdańskiego, którego nie podejrzewałem przed wojną w ogóle o jakieś związki z polskością, a mówiącego nagle płynnie po polsku.

Jak już wspomniałem, panowały w tamtych latach jeszcze pomiędzy Polakami i Niemcami na ogół zgodne stosunki. Tak było również pomiędzy nami dziećmi z naszej ulicy i dzielnicy. Graliśmy wspólnie w klipę4, rzucaliśmy monetami o ścianę bawiąc się w „Penschen”, biliśmy scyzorykami w ziemię „Landstecher” lub poganialiśmy wiosną biczyskiem po chodnikach różnokolorowe bączki. Niekiedy biegając po wale nad Radunią i prowadząc kawałkiem zagiętego drutu drewnianą obręcz lub zwyczajną felgę rowerową zapuszczaliśmy się aż do Oruni.

Stroiliśmy z Willym różne figle. Nabieraliśmy czasami starszych przechodniów wyłożoną na chodniku portmonetką, którą pociągaliśmy nicią przez szparę piwnicznego okna naszego domu. Innym razem napełnialiśmy świńskie pęcherze lub gumowe baloniki wodą i wrzucaliśmy je przez otwarte okna do parterowych pomieszczeń nie lubianych mieszkańców. Doskonałą zabawą było też chodzenie na wysokich szczudłach.

Na naszej ulicy było w tamtych czasach bardzo spokojnie. Od czasu do czasu odzywał się jakiś gramofon, lecz najczęściej słychać było nas dzieciaków pogwizdujących różne popularne melodie szlagierów i pieśni, na przykład o kochanym Augustynie. Codziennie pojawiał się mniej więcej o tej samej porze beczkowóz z mlekiem. Siedzący na koźle woźnica dzwonił po zatrzymaniu wozu sporym mosiężnym dzwonkiem i nie trwało długo, gdy zbierało się wokół umieszczonego na końcu beczki kranu sporo klientów. Mleczarz powoli i ostrożnie wlewał mleko do garnków i baniek, a zainkasowane pieniądze kładł do przewieszonej torby. Były również inne wozy rozwożące mleko, na których mieściły się bańki z mlekiem chudym i tłustym, maślanką, a nawet śmietaną. Przyjeżdżający na małym wózku szmaciarz oznajmiał swoje przybycie także dzwonieniem. Do niego ściągały przede wszystkim dzieci, które przynosiły zawczasu przygotowane zawiniątka ze starymi szmatami, za które otrzymywały albo kilkadziesiąt fenigów, albo jakieś zabawki.

Często przejeżdżały po ulicy platformy obładowane dębowymi beczkami z piwem oraz nader regularnie dwukonne wozy zakładu oczyszczania miasta. Przejeżdżały one codziennie ze swojej bazy na Oruni w pobliżu nas w stronę śródmieścia, a obsługujący je robotnicy odznaczali się zawsze czystością swoich szarawych mundurów. W śródmieściu widać było śmieciarzy popychających żelazne wózki, do których wrzucali śmieci. Oni też zajmowali się jesienią ustawianiem dużych skrzyń w różnych punktach miasta. Miały one skośne, obite papą lub blachą wieka z klapą do podnoszenia. Zawierały suchy piasek do posypywania śliskich chodników w zimie.

Jesienią i wiosną widywało się w naszym mieście liczne przeprowadzki. Stały wtedy przed domami duże, kryte półokrągłym dachem wozy meblowe na niskich kołach, a my malcy przyglądaliśmy się robotnikom, którzy dźwigali ciężkie meble.

Rzadko zabłąkał się w nasze ulice samochód. Dopiero w późniejszych latach, gdy wzmógł się w ogóle ruch samochodów, było i na naszej ulicy coraz głośniej od warkotu wspinających się stromo pod górę motorów i od wydawanych gumowymi trąbkami piskliwych sygnałów.

Z tamtych dni pamiętam również ukazujących się regularnie pod wieczór pracowników gazowni, którzy prowadząc rower nieśli na plecach składaną drabinkę, po której dostawali się do szklanego klosza, pod którym zapalali nienależycie działające lampy gazowe.

Dosyć często pojawiali się na ulicy lub na podwórzach muzykanci, którzy śpiewając i grając popularne melodie zarabiali na życie. Coraz rzadziej odwiedzali nas kataryniarze ze swoimi staromodnymi instrumentami. Mieliśmy zresztą na naszej ulicy własnego kataryniarza. Był to niewidomy inwalida Burde, którego codziennie odprowadzano na jego stałe miejsce w śródmieściu.

Nie brakowało u nas również żebraków. Byli tacy, których krańcowa bieda zmuszała do chodzenia po domach i proszenia o jałmużnę. Byli wszakże i inni, którzy liczyli wyłącznie na otrzymanie większego datku pieniężnego niż jednego „Dittchen”5. Na to mogli liczyć tylko u bogatszych mieszkańców. Od uboższych otrzymywali raczej tylko talerz zupy lub pajdę chleba. Nie wszyscy się tym zadowalali. Byli również tacy, którzy otrzymywane pajdy, nawet posmarowane masłem, przylepiali do poręczy schodów lub ścian na korytarzach. Tych właśnie żebraków spotykano potem często na ławkach okolicznych promenad, na pobliskiej łączce przed Prezydium Policji lub na skwerkach, gdzie raczyli się wódką. Jednak ani jedni, ani drudzy nie ważyli się rano wykradać z wiszących na klamkach mieszkań woreczków bułeczek „Knüppelchen”6 lub kajzerek z makiem. Rozwozili je rychłym rankiem uczniowie z trzech okolicznych piekarń, a po korytarzach domów rozchodziła się wtedy woń tego świeżego pieczywa.

W okresie letnim i jesiennym krążyły po ulicach małe platformy konne, którymi handlarze rozwozili szybko psujące się owoce, warzywa lub nawet ryby, by sprzedać je za tanie pieniądze okolicznym mieszkańcom. Zachwalali aż do późnego wieczora głośno swój towar, by go w ten sposób jeszcze sprzedać.

Przy ulicy Biskupiej i w najbliższej okolicy stały nie tylko kilkupiętrowe kamienice, lecz i stare niskie rudery. Były wszakże i takie domki, o których zwykło się w Gdańsku mówić, że przy nich zatrzymał się czas. Do nich należał oddzielony wąską jezdnią od niżej położonego koryta Raduni mały biały domek, w którym mieścił się niegdyś szpital menonitów. Stromy i wszędzie gładki brzeg kanału Raduni był tu formowany tarasowato i przez mieszkańców tego domu pilnie pielęgnowany. Szczególnie wiosną, gdy drzewa bieliły się kwieciem, całość wyglądała jak obraz z bardzo dawnych lat. Również niektóre domki tuż przy wale fortyfikacyjnym u wylotu ulicy Na Stoku wyglądały tak, jak je przedstawił w swoich uroczych rycinach znany gdański artysta J. C. Schultz.

W okresie letnim zamykano co roku na czternaście dni znajdujące się pod Pruszczem śluzy kanału Raduni i kierowano jej wody pierwotnym korytem do Motławy. Czyniono to dlatego, by oczyścić dno kanału z narosłego osadu i wrzuconych przez mieszkańców śmieci. Na dnie koryta leżały stale wąskie szyny, po których przewożono lorkami na wyznaczone miejsca owe śmiecie i piasek. My mieliśmy przy tym nową okazję do zabawy, gdyż wyłapywaliśmy w pozostałych kałużach węgorze i inne ryby. Chociaż pracowała już wówczas cukrownia w Pruszczu, ryb było sporo.

Według starych relacji oczyszczanie koryta Raduni należało, zgodnie z obowiązującymi od dawnych lat przepisami porządkowymi, do tych gmin i miejscowości, przez które kanał przepływał i których zasięg oznaczono przy raduńskim korycie granicznymi kamieniami. Również właściwą jego głębokość oznaczono specjalnymi palami.

Tuż za mostem nad Radunią i torami kolejowymi stała przy ulicy Stawki (dawn. Schwarzes Meer)7, dziś już nie istniejącej, wysoka kamienica oraz budynek niemieckiej szkoły powszechnej. Na parterze tej kamienicy były różne sklepy, a między innymi również sklep z pieczywem. Tam kupowaliśmy za lepszych czasów w niedziele rano tanie drożdżówki („szneki”) i „amerykanki”, które kosztowały wtedy tylko po pięć fenigów za sztuką. Właścicielka tego sklepu, pani Wisnewsky, pamiętała często o dniu moich urodzin i wręczała mi wtedy albo pudełko z pralinami albo czekoladę.

Naprzeciwko znajdował się niski ceglany kościółek gminy Katolicko-Apostolskiej, a nieco dalej uczęszczali do swego jasno otynkowanego kościółka menonici. Zarówno ogród przy tym kościele, jak i leżący za nim cmentarz salwatorski tchnął zawsze jakąś tajemniczością i był przez nas chłopców omijany. Budynek ten zachował się do dnia dzisiejszego i jest obecnie zborem Zjednoczonego Kościoła Ewangelickiego.

Wśród domów przy naszej ulicy odróżniał się od innych dworek pod numerem czwartym, należący do panny Elli Fuhrmann, właścicielki kilku kamienic w Gdańsku. Był to jeden z nielicznych starych dworków gdańskich, podobny do tego, który stał tuż przy torze kolejowym tam, gdzie są dzisiaj końcowe przystanki kilku linii autobusowych przy ul. Gdyńskich Kosynierów. Był on własnością fundacji rodziny Renner, której nazwiskiem oznaczono wtedy ową ulicę. Domek ten był zamieszkały przez około dwadzieścia starszych wiekiem wdów i rencistek, a uległ zniszczeniu podczas bombardowania Gdańska przez Anglików w nocy z 10 na 11 lipca 1942 roku.

Dworek przy ul. Biskupiej służył niegdyś jako zajazd, a przed pierwszą wojną światową znajdowała się w nim jeszcze kawiarnia pod nazwą „Bergschlösschen”8. Stał na znacznym wzniesieniu, a nierówny i spadzisty plac przed nim był wybrukowany „kocimi łbami”. Prowadzące do drzwi stopnie składały się z dużych polnych kamieni. Ten dworek był chyba najstarszym reliktem budowlanym w naszej dzielnicy. Musiał w końcu również ustąpić miejsca nowemu i stojącemu do dnia dzisiejszego budynkowi, a my mieliśmy podczas rozbiórki starej budowli nowe, choć niebezpieczne miejsce zabaw. W tym nowym budynku mieszkał czasowo na pierwszym piętrze późniejszy prezydent Senatu gdańskiego Arthur Greiser. Jak podała później gdańska prasa, pochodził on z Inowrocławia i chwalił się nawet tym, że władał językiem polskim. Podczas wojny mieściła się tam komórka partyjna NSDAP „Ortsgruppe Petershagen”, w której wydawano okolicznym mieszkańcom kartki żywnościowe i ubraniowe.

Po przeciwnej stronie znajdował się sklep kolonialny Johannesa Möllera. Mile wspominam tego zacnego kupca, który pomagał nam w czasie trudnych dni wielkiego kryzysu, udzielając często tak potrzebnego kredytu. Dbał on też o swoich stałych klientów. Ojca obdarowywał na Gwiazdkę butelką koniaku, a matce przesyłał bombonierę. Jego sklep nie był duży, lecz zawsze pełen towaru i klientów. Pod sklepem był magazyn, mający wejście przy niżej położonej bocznej ulicy. Czerwony na twarzy właściciel sklepu, z nieodmiennym wysokim kołnierzem na szyi, zwanym „Vatermörder”9, był zawsze bardzo grzeczny. Kupowałem u niego jako dzieciak małe tabliczki czekolady wytwórni „Anglas” w Oliwie za sześć czy osiem fenigów. Dokładano do nich obrazki z wizerunkami egzotycznych zwierząt lub przedstawicieli różnych narodowości w ich tradycyjnych strojach.

Podobne serie obrazkowe były w tym czasie bardzo popularne, gdyż również gdański monopol tytoniowy zachęcał do kupna swoich papierosów rozpowszechniając serie z flagami i herbami krain niemieckich i różnych państw europejskich, które wklejano do odpowiednich albumów. To zbieractwo było pouczającą zabawą. Posiadam jeszcze dwa takie albumy, a chociaż są uszkodzone, chętnie je przeglądam, by wracać myślami do tamtych beztroskich dni i lat.

Był również pewien okres, gdy pan Möller rozdzielał co tydzień wydawaną przez spółdzielnię zaopatrzeniową, do której należał, gazetkę dziecięcą. Wszystko to służyło do przyciągania klientów, a o tym, jak o nich dbano, świadczy następujący wiersz umieszczony w oknie pewnej restauracji pod koniec 1931 roku:

 

„Ob links, ob rechts, ob schwarz oder rot —

Trotz Notverordnung und Spargebot,

Mein Wunsch an die Gäste im neuen Jahr:

Kommt oft, seid gemütlich und zahlt bar!” 10

 

Za sklepem Möllera była w tym samym budynku drogeria, a naprzeciwko sklep rzeźniczy Emila Sommera, u którego kupowaliśmy przez pewien czas za kilkanaście fenigów we czwartki pozostałą po gotowaniu kiełbas zupę „Wurstsuppe”. W tym samym budynku mieszkała przez kilka lat rodzina Wilgorskich. Najmłodszy z niej, Albert, zginął zamordowany przez hitlerowców 1 września 1939 roku w Szymankowie. Rzeźnik Sommer stał się potem wielkim hitlerowcem; tuż przed zajęciem Gdańska w 1945 roku przez wojska radzieckie i polskie popełnił samobójstwo.

Przy nieco wyżej położonym narożniku tej ulicy był sklep kolonialny Artura Karstena. Do niego przylegała należąca do tego samego właściciela mała restauracyjka, do której odnosiłem znalezione butelki po piwie, za które otrzymywałem po dwadzieścia fenigów. Często posyłaliśmy do tego sklepu malców po „Puckelblau”11 za dziesięć fenigów, czym ociągaliśmy zawsze oczekiwany skutek. Karstenowie mieli bowiem już odpowiedni „przyrząd” w pogotowiu, którym „obsługiwali” nie znających tego kawału delikwentów. Koledzy opowiadali również o tym, że był w tej dzielnicy chorujący na cukrzycę rzeźnik, człowiek bardzo wybuchowy. Do niego wysyłano malców po tani cukier, co powodowało zawsze grubą awanturę i sprawiało urwisom tej ulicy zawsze wielką uciechę.

Równoległa do naszej ulica Salwator (dawn. Salvatorgasse) była częściowo również pewnym reliktem dawnych czasów. Połowę jej długości zajmowały bowiem niskie domki z wąskimi wejściami prowadzącymi do leżących w półmroku korytarzy. Okna były małe i niezbyt czyste, a mieszkania te zamieszkiwali biedniejsi mieszkańcy tej ulicy.

Na ich tle odbijała pewną pogodą i radością stojąca po przeciwnej stronie biała przybudówka, jakby przyklejona do tylnej ściany wysokiej kamienicy stojącej przy ul. Biskupiej. Białe ściany kontrastowały z przecinającymi je czarnymi belkami, a okna z zawsze lśniącymi bielą firankami i z umieszczonymi przed nimi zielonymi skrzyniami pełnymi kwiatów śmiały się do przechodniów. Tę przybudówkę po pewnym czasie jednak usunięto.

Podobnie schludnie wyglądały niskie stare domki rybackie ciągnące się nad Radunią niedaleko ujścia do Motławy przy obecnej ulicy Karpiej (Karpfenseigen).

Ciekawym obiektem był także budynek pokoszarowy na Biskupiej Górce, gdzie mieściły się różne warsztaty, jakaś fabryka Wyrobów tekstylnych, a głównie pomieszczenia przeznaczone na mieszkania. Mieszkała tam także liczna rodzina Kowalewskich, a ponieważ uczęszczałem z Pawłem Kowalewskim do jednej klasy w Senackiej Szkole Powszechnej w Gdańsku przy ul. Ułańskiej (dawn. Reitergasse), więc często do niego zachodziłem. Przemierzałem wtedy duże, okolone kręgiem przysadzistych budynków koszarowych podwórze i szedłem po dudniących deskach szerokiego korytarza. Panował tam zawsze duży ruch, gdyż w każdej salce mieszkała inna rodzina. Różnie sobie w nich radzono, by urządzić oddzielne pokoje, lecz ze względu na wychodzące na podwórze nieliczne okna odgradzano najczęściej poszczególne miejsca kotarami. Kuchnie mieściły się po przeciwnej stronie korytarza, gdzie okna były osadzone w głębi grubego muru zewnętrznego. Właśnie tamtędy wychodziliśmy z Pawłem na zewnątrz, by skradając się w górę po nasypie dostać się szybciej do obok położonego boiska piłkarskiego.

Wzgórze i wały Biskupiej Górki były dla nas chłopców istnym rajem do zabaw. Było tam pięć boisk piłkarskich i kilka mniejszych placyków, na których można było uganiać się za gumową piłeczką lub inną i kopać ją do bramki markowanej zwyczajnym kamieniem. Naszą zabawę w piłkę nożną nazywaliśmy „teppern”, a jak wynika ze zdjęcia z moich dziecinnych lat, uprawiałem ją nawet zanim zacząłem uczęszczać do szkoły, gdyż czarna plama na czubku prawego bucika jest zwyczajną dziurą powstałą od kopania piłki lub nawet innych twardych przedmiotów.

O grze dużą skórzaną piłką mogliśmy tylko marzyć lub liczyć na szczęśliwy przypadek, że podczas niedzielnego meczu piłkarskiego daleko kopnięta poszybuje nad siatkowym ogrodzeniem i upadnie gdzieś w rosnące na stromej skarpie krzaki. Dołączaliśmy w takim wypadku do poszukujących ludzi, lecz nie po to, by tę piłkę znaleźć, lecz by ją bardziej ukryć. Mogliśmy się potem nią na krótko radować, gdyż rychło wypatrywał ją pilnujący boiska gospodarz. Nie pamiętam, byśmy mieli ją dłużej niż dwa lub trzy dni, nie mówiąc o tym, że zamierzaliśmy taką piłkę ukraść. Piłka zawsze wracała do gospodarza klubu.

Boiska przy omawianych koszarach należały wtedy do klubu „Hansa”, przemianowanego potem na „Ostmark-Hansa”. Szatnia tej drużyny oraz jakieś inne pomieszczenia były wbudowane w jednym z sąsiednich wałów obronnych. Stamtąd wynoszono co niedziela słupy i poprzeczki bramek piłkarskich oraz wychodzili w swoich różnobarwnych strojach członkowie niemieckich drużyn, a niekiedy także polskiej „Gedanii”.

W tych samych kazamatach przetrzymano na początku września 1939 roku przez kilkanaście dni wziętych do niewoli żołnierzy polskich z Westerplatte oraz pojmanych obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku.

Mecze drużyn należących do gdańskiej ligi piłkarskiej odbywały się na jednym z pozostałych boisk. Były położone za wysokim wałem, a główne z nich należało do niemieckiego klubu „Preussen”, z którym „Gedania” toczyła nieodmiennie zażarte boje. Ponieważ z ciągnącego się równolegle wału była bardzo dobra widoczność, więc rozwieszano wzdłuż boiska od tej strony duże płachty, które uniemożliwiały darmowe oglądanie meczów. Było wówczas w Gdańsku miłym zwyczajem, że każdemu członkowi występującej w danym dniu drużyny wolno było zabrać ze sobą na boisko jednego z czekających przed wejściem chłopców. Właśnie przed boiskiem „Preussen” było to o tyle łatwiej, że szatnia tej drużyny mieściła się w odległym około czterysta metrów budynku niedaleko koszar. W nim mieściła się także kawiarenka tego klubu.

Na tym boisku odbywały się również mecze piłki ręcznej. Pamiętam jeszcze, że oglądałem nawet mecz pomiędzy drużyną „Preussen” i żydowską „Bar Kochba”.

Za boiskiem „Preussen” znajdował się stary cmentarz parafii Św. Józefa w Gdańsku, gdzie pochowano podczas wojny czasowo zwłoki znanego działacza polonijnego Romana Ogryzźaka-Ogrydziaka zmarłego w obozie w Nowym Porcie 30 września 1939 roku. Później pochowano tam także zmarłych w tymże obozie inż. Franciszka Fojuta oraz Bolesława Gdańca. Ciała tych trzech Polaków ekshumowano po wojnie i pochowano na cmentarzu Zaspa.

Za tymi boiskami był zarośnięty krzakami i młodym drzewostanem spadzisty stok, gdzie na odsłoniętych miejscach kwitły wiosną gęsto fiołki. Za tym stokiem i pnącą się pod górę ulicą Stoczniowców (Bischofstal) znajdował się na przeciwległym stoku cmentarz gminy żydowskiej. W kryzysowych trzydziestych latach przydzielono położone pomiędzy pozostałymi wałami tereny ludziom na działki. W szybkim tempie powstawały tam ładne ogródki z altankami, a z biegiem czasu zbudowano nawet małe domki mieszkalne.

Po tych zakrzewionych stokach, laskach i zakamarkach fortyfikacyjnych Biskupiej Górki hasaliśmy i bawiliśmy się w chowanego czy w Indian. Rozgrywaliśmy tam boje z chłopcami z sąsiednich ulic. Jesienią puszczaliśmy latawce i często rozlegało się wołanie „Roll ihm Bodd!”12 gdy puszczono po sznurku „pocztę” w górę. Dorośli chłopcy puścili pewnego późnego wieczora z wału pod koszarami nad miasto ogromnego latawca z umieszczonymi na nim oświetlonymi lampionami. Było to ciekawe widowisko, które przykuwało uwagę ludzi. Wykorzystali to mniejsi chłopcy, którzy penetrowali w tym czasie sąsiednie ogrody w poszukiwaniu owoców.

Naprzeciwko szatni i kawiarni drużyny „Preussen” ciągnął się niedługi ziemny wał z nieoświetlonym pomieszczeniem. Miał tam swoją siedzibę pozostały z wojny jeniec rosyjski Jewiemo. Żył w tym pomieszczeniu bez dziennego światła i produkował szare mydło oraz zajmował się bednarstwem. Ponieważ rozchodził się stamtąd od zalegających kości niesamowity fetor, wrzucaliśmy Początkowo z góry przez dwa otwory wentylacyjne kamienie i grudy ziemi. Gdyśmy się jednak potem przekonali, jak nędzne ten pracowity człowiek prowadzi życie, zaprzestaliśmy tego, a nawet pomagaliśmy mu przy mozolnym pociąganiu obładowanego wózka pod górę. Widziałem niekiedy, jak Jewiemo przywoził do sklepu Möllera okrągłe drewniane balie do prania. Wykonywał je ręcznie i miał zapewne kilku odbiorców. Z biegiem lat, gdy przestałem chodzić na Biskupią Górkę, straciłem tego Rosjanina z oczu i mówiono mi, że się wyprowadził do innej dzielnicy.

Przy dróżce prowadzącej na wspomniany równoległy do boiska wał było wgłębienie, zakończone zamkniętym na stałe wejściem do kazamat. Na poboczu stało za moich dziecięcych czasów jakieś żelazne ogrodzenie, co wyglądało tak, jakby tam był ktoś pochowany. Nie było tam żadnego napisu, a koledzy mówili, że właśnie tam jakoby znajdował się grób jakiegoś biskupa, od którego wzięła się nazwa tego wzgórza. Przyjąłem wówczas tę opowieść jako prawdziwą, lecz dzisiaj przypuszczam, że legł tam albo jakiś miłośnik tego uroczego zakątka, albo któryś z oficerów dawnego garnizonu.

Najbardziej strome wejście na szczyt wałów z widokiem na miasto było od strony północnej. Wznosiło się schodami nad krętą szosą, obecnie zwaną ulicą Pohulanką, prowadzącą z ul. Kartuskiej (dawn. Karthäuserstrasse) do rzadkich wówczas zabudowań Chełma (dawn. Stolzenberg). Ulicę tę zwaliśmy po prostu Schlangenweg, to znaczy krętą jak wąż. Na wzniesienie prowadziło kilkadziesiąt stopni i z niego wyglądałem wraz z ogromnym tłumem ludzi 15 sierpnia 1929 roku przylotu sterowca niemieckiego „Graf Zeppelin”. Była piękna pogoda i niebo bezchmurne. Z daleka widać było potężny obrotowy żuraw młotowy z długim poziomym wysięgnikiem w stoczni F. Schichaua. Był on wtedy jednym z kilku znamion Gdańska obok kościoła N.P. Marii, Ratusza Głównego Miasta, Żurawia nad Motławą oraz Katedry Oliwskiej. Miał 60 m wysokości — został wzniesiony przed I wojną światową do budowania wielkich liniowców i pancerników.

Założyciel tej firmy Ferdinand Schichau pochodził z Elbląga, gdzie wpierw rozpoczął swoją działalność w małym warsztaciku, z którego rozwinęły się duże jak na owe czasy zakłady mechaniczne. F. Schichau założył tam również stocznię, jednak po pewnym czasie przeniósł ją do Gdańska. Równocześnie z rozbudową tej stoczni zbudował dla swoich robotników także osiedle mieszkaniowe przy dzisiejszej ul. Twardej (dawn. Schellmühler Wiesendamm). W 1922 roku zbudowano na tej stoczni jeden z największych statków pasażerskich „Columbus” o 42 000 ton wyporności. Żuraw ten został nie wiadomo z jakich powodów latem 1945 roku zdemontowany.

Tego sierpniowego popołudnia oczekiwaliśmy z zaciekawieniem przybycia nie widzianego dotychczas sterowca. Zauważyłem w pewnej chwili nad Siedlcami jakiś rozszerzający się szary obłok i sądziłem, iż jest to większa chmura dymu. Tam na górze było bowiem nadal zupełnie cicho i żaden spodziewany szum silników nie zagłuszał rozmów i krzyków biegających wokół dzieci. Nagle ta szarawa podłużna chmurka zabłysła srebrem swej powłoki. Był to oczekiwany „Graf Zeppelin”, który zbliżył się cicho i leciał wzdłuż ulicy Kartuskiej. Rozległy się okrzyki zebranych wokoło i stojących na dachach ludzi, a w mieście narastał dźwięk fabrycznych i okrętowych syren. Słychać teraz było przed nami tylko nieznaczny szum silników sterowca, z którego wydającej się nam małej kajuty machano do nas ręką. W pewnej chwili coś stamtąd spadło w dół. Okazało się to workiem z pocztą upadającym przy aptece obok gmachu sądowego. Sterowiec płynął, a raczej posuwał się majestatycznie po niebie, zrobił wokół wieży kościoła N.P. Marii pętlę, a następnie skierował się na wschód, by polecieć do dalekiego Tokio.

Takich przelotów niemieckich sterowców było w Gdańsku kilka, lecz następne nie robiły już na mnie takiego wrażenia, jak za pierwszym razem.

Z tego samego wzniesienia przyglądałem się także przylotowi potężnego hydroplanu niemieckiego DO-X, który w przeciwieństwie do cichego sterowca płoszył głośnym warkotem swoich kilkunastu silników liczne stada gdańskich. gołębi, zanim sam osiadł jak wielki biały ptak na wodach zatoki.

Latem wzgórza te były pełne spacerowiczów, którzy podziwiali stamtąd piękną panoramę miasta. Liczne urocze zakątki były miejscem odpoczynku, gdzie opalano się i bawiono w różny sposób. W wielu miejscach stały ocienione ławki, były zakrzewione placyki, a zaciszne ustronne zakątki pozwalały znaleźć młodym i starym upragniony spokój.

Jesienią zbieraliśmy spod licznych drzew kasztany, które nanizywaliśmy na długie sznury. Poza wspomnianym puszczaniem latawców naszym ulubionym zajęciem było również chwytanie pasikoników. Gdy na ulicy szedł chłopiec z naręczą pokrzyw, wiedziano, że zebrał je dla trzymanych w pięknie wykonanych tekturowych domkach ćwierkających ulubieńców. Ja otrzymałem w podarku od znajomych Niemców taki domek w formie kościoła.

Wieczorem po całodziennych gonitwach odzywały się często z różnych stron dźwięki ustnych harmonijek, którym towarzyszył śpiew lub pogwizdywane popularne melodie szlagierów o pięknej „Walencji” lub „Małym Żigolo”.

W zimie budowaliśmy z zapałem bałwany ze śniegu, nakładając im na głowę najczęściej stary garnek i wtykając jako nos marchew. Dużo krzyku było podczas bitew śnieżkami. Wszakże głównym miejscem naszych zabaw był niezbyt długi tor saneczkowy, który miał swój początek przy górnym zakończeniu wspomnianej drogi prowadzącej na Chełm. Tor przebiegał wzdłuż płotu usytuowanych tam na stoku działek i kończył się przy bramie naprzeciwko ciągnących się w kierunku ulicy Kartuskiej bloków mieszkalnych. Zainstalowane przez władze miejskie wzdłuż toru elektryczne oświetlenie pozwalało nam ślizgać się aż do późnych godzin.

Było tam zawsze dużo saneczkarzy i panował porządek, a mimo że nie było specjalnego stróża, nie słyszałem, by zdarzył się jakiś poważniejszy wypadek. Natomiast w pobliskiej Oliwie pilnowano porządku, gdyż tor był bardziej niebezpieczny i ze względu na większą długość miał specjalny drewniany pomost na szczycie, by sankom nadać większą szybkość. Jeszcze dzisiaj są w lesie oliwskim ślady po tym torze saneczkowym, którego zakończenie było w okolicy obecnej ulicy Leśnej.

Stroma ulica Biskupia była ku utrapieniu woźniców dla okolicznej dzieciarni również ulubionym miejscem saneczkowania. Nie spieszono się wtedy zbytnio z sypaniem piasku na jezdniach. Stawiano wprawdzie jesienią w wielu miejscach duże skrzynie z sypkim piaskiem, lecz przeznaczano go głównie do posypywania chodników.

Śnieg leżał na naszej na uboczu leżącej ulicy w nieskażonym stanie dosyć długo. Śmigaliśmy więc beztrosko na sankach po wygładzonej kołami i płozami dużych sań jezdni. Dosyć często rozlegało się nawet w mieście dzwonienie oznajmiające przejazd sań. Gdy trasa była nieco zlodowaciała, próbowaliśmy jeździć na łyżwach, najczęściej takich, które zwaliśmy „Hackenreisser”13.

Podczas zimy uruchamiano w Gdańsku dwa lodowiska: jedno na kortach tenisowych przy „Sporthalle”14, a drugie przy ulicy M. Curie-Skłodowskiej (daw. Dellbrück-Allee) w miejscu, gdzie znajdowała się do niedawna kaplica OO. Palotynów, a obecnie zbudowano kościół. Na obu lodowiskach było zawsze rojno i gwarnie, a lodowisko położone niedaleko szpitala miejskiego miało tę zaletę, że można było tam zjeżdżać z oblodzonego wzniesienia. Na obu lodowiskach zainstalowano głośniki, z których najczęściej płynęła melodia walczyka pt. „Łyżwiarze”.

Zmęczeni i głodni łyżwiarze mogli odpocząć na ławkach przy bufecie, gdzie można było otrzymać ciepłą herbatę czy poncz i posilić się gorącymi parówkami. Mecze hokejowe drużyn gdańskich, w tym też „Gedanii”, odbywały się tylko na lodowisku przy hali sportowej.

Ze względu na koszty dalekiego dojazdu i opłaty za wejście woleliśmy z Willym hasać po zamarzniętych fosach. Gdy była odpowiednio wietrzna pogoda, rozpinaliśmy marynarki i popychani wiatrem zapuszczaliśmy się po przetartym specjalnym konnym pługiem torowisku na Motławie aż do dalekiego dla nas malców właściwego ujścia Raduni do tej rzeki, w miejscowości Krampitz, obecnie nazywającej się Krępiec. Stamtąd po krótkim wypoczynku w małej wiejskiej gospodzie, smagani przeciwnym wiatrem, a niekiedy gęstym śniegiem wracaliśmy pieszo po pełnej twardych grud drodze do domu. Nic to, że kilkukilometrowa droga powrotna wymagała od nas dużego wysiłku, bo cóż to znaczyło wobec tej wspaniałej szybkości, z jaką przedtem pędziliśmy po lodzie!

Gdy tafla lodu pokrywająca „Umfluter”15 była dość gruba, wycinano w niej duże bryły, które przesuwano wyrąbanym kanałem do transportera stojącego niedaleko mostu prowadzącego z Olszynki (Gross Walddorf) do miasta i tam po przesypaniu trocinami, układano w stojące aż do lata duże pryzmy.

Nadmieniam jeszcze z przyjemnością, iż mimo dużego ruchu spacerowiczów na Biskupiej Górce, licznych meczów piłkarskich oraz bawiących się tam gromad dzieci bardzo dbano o utrzymanie czystości. Nie pamiętam, by na drogach i dróżkach lub na murawie walały się papiery lub by na miejscach biwakowania Pozostawiono śmieci. Porządku doglądali zarówno sami mieszkańcy, jak i kilku starszych wiekiem stróżów. Nie pamiętam także, byśmy zarówno na tych wzgórzach czy w innych miejscach zabaw mieli kiedykolwiek zamiar usuwać czy nawet tylko uszkodzić ławki, kosze do śmieci czy ogrodzenia. Każdy z nas bał się czegokolwiek mocniej ruszyć, gdyż było wiadomo, iż za uszkodzenia trzeba płacić.

Chciałbym przytoczyć jeszcze jedno wydarzenie świadczące o zachowaniu się ówczesnych mieszkańców tej dzielnicy. Jak każdy dzieciak lubiłem owoce, których w domu było mało. Znałem jednakże na stoku górki miejsca i ogrody, gdzie rosły duże drzewa owocowe, których owoce spadały często poza obręb ogrodzenia. Szczególnie przy pewnym samotnie stojącym domku stała wysoka grusza, gdzie często zachodziłem przed pójściem do szkoły. Tak było również pewnego poranka, gdy po wietrznej nocy spodziewałem się znaleźć więcej niż zazwyczaj gruszek. Ku mojemu rozczarowaniu nie znalazłem ani jednej! Wszakże następnego dnia Udałem się tam znowu i jakaż była moja radość, gdy znalazłem przy płocie kilka owoców. Nie spostrzegłem wtedy, że leżały one blisko siebie, lecz gdy i następnego ranka znalazłem w taki sam sposób położone gruszki, spojrzałem speszony w stronę ceglanego domku. Nikogo jednak nie spostrzegłem, tylko firany w jednym z okien nieco się poruszały. Wiedziałem wtedy, że jestem obserwowany, a ponieważ było mi wstyd, więc już do tego miejsca nie zachodziłem.

Od tego czasu było moim marzeniem mieć kiedyś duży ogród, w którym stałyby liczne drzewa owocowe.

Obecnie zachodzę w okolicę Biskupiej Górki do miejsc moich dziecięcych zabaw rzadko. Nie tylko dlatego, że rozrosłe krzewy i drzewa zmieniły w ciągu czterdziestu lat ich wygląd, lecz razi mnie panujący tam nieporządek. Wolę zachować w pamięci piękniejszy obraz z tamtych lat.

 

Jak już wspomniałem, przebywałem najczęściej w towarzystwie Willego Schodrowskiego. Jego ojciec był inwalidą, więc matka utrzymywała rodzinę roznoszeniem dziennika „Danziser Neueste Nachrichten” abonentom mieszkającym w okolicy ulicy Elbląskiej (dawn. Langgarten). Jej starsi synowie nie mieli stałej pracy, a zarabiali tylko od czasu do czasu po kilka guldenów przy wykonywaniu różnych „Schauchen”16. Należeli też jak wielu bezrobotnych do partii komunistycznej. Często widziałem najstarszego z nich, Bernarda, paradującego w szarej kurtce i czapce noszonej przez komunistów. Willy angażował się także w jakiejś młodzieżowej grupie tej partii i zabierał mnie niekiedy do lokalu partyjnego przy ulicy Złotników (dawn. Goldschmiedegasse). Lokal ten składał się z kilku pomieszczeń, do których wchodziło się od podwórza. Mieściła się tam księgarnia i odbywały się spotkania lub przygotowywano przedstawienia. Willy pobierał tam bibułę lub inny materiał propagandowy dla swego brata, po czym udawaliśmy się do niedalekiego sklepiku na Podwalu Staromiejskim (dawn. Altstädtischer Graben), gdzie wymieniał popularne „Schmöker”17. Willy pożyczał mi bowiem wpierw zeszyty z bajkami, a potem również owe kryminały, książki Karola Maya, czy „Flottenkalender”18.

W tym małym sklepiku było zawsze dużo ludzi, przeważnie bezrobotnych, którzy grzebali w stertach leżących wokół różnych zeszytów z przygodnymi niezrównanego detektywa Franka Allana, określonego mianem „Der Rächer der Enterbten”19, podróżnika Rolfa Torringa, trapera Buffalo Billa, Indianina Sittinga Bulla czy korsarza Klausa Störtebeckera. Największą poczytnością cieszyły się z biegiem czasu książeczki z przygodami włamywacza-dżentelmena Johna Klinga i jego wspólnika.

Willy nie miał jak wielu innych czytelników tych zeszytów pieniędzy, więc mógł myśleć tylko o wymianie. Ponieważ trzeba było za jeden wybrany egzemplarz oddać dwa inne, więc Willy, by nie mieć straty, sprytnie wykorzystywał panujący tłok i wsuwał sobie dodatkowe egzemplarze pod kurtkę lub za spodnie. Na moją uwagę, że jest to przecież kradzież, odpowiedział: „Ich hab’ nicht geklaut, nur geruschelt!”20

Szwendając się często po ulicach Starego Miasta byliśmy niekiedy świadkami różnych zajść ulicznych. Powodowali je najczęściej różni ludzie z marginesu społecznego, zwani potocznie Absolwart, Leidack lub Luntrus. Pierwsze określenie wywodzi się z łacińskiego określenia „observatus”, co niegdyś oznaczało, iż dany osobnik był pod nadzorem gdańskiej straży czy potem policji. Słowo „Leidack” wywodzi się po prostu od polskiego słowa „łajdak”, a „Luntrus” jest typowo gdańskim wyrażeniem, oznaczającym nicponia.

Tacy właśnie osobnicy wywoływali często w pijanym stanie awantury i bywało, że stawiali opór chcącym ich odprowadzić do rewiru policyjnego szupowcom21. Ci nie mieli wtedy łatwego zadania, gdyż okoliczni mieszkańcy stawali przeważnie po stronie opierającego się lub leżącego na bruku pijaka i zachęcali go:

— Franz! Lass dir nich! Danz’jer Blut is’ keine Buttermilch!22 Pod adresem stróża porządku publicznego rzucali natomiast wyzwiska:

— Du dickes Stick Mest, verfeier Dir! Du Damenbeschützer! So’n volljefressener Tullas! Grienes Schorfkreet! Knüppelheini!23

Byli jednakże i tacy, którzy chcąc pomóc mocującemu się z pijakiem policjantowi zachęcali:

— Haben Sie kein Tammchen? Geben sie ihm doch mit dem Bollefleet ‘ne Wohlfahrtsnarkose!24

Gdy doprowadzony do ostateczności oporem pijaka szupowiec chwycił rzeczywiście w końcu za gumową pałkę, bywało nierzadko, że z okien leciały na niego doniczki z kwiatami lub wylewano nawet na niego pomyje lub zawartość jeszcze nie opróżnionych nocników. Policjant miał wówczas tylko jedno wyjście: schronić się do jakiegoś korytarza i gwizdem piszczałki wezwać do pomocy kolegów. Nie trwało wtedy zresztą długo, gdy przybywał z sąsiedniego rewiru jakiś policjant albo nadjeżdżała z głośnym: ta-ti, ta-ta popularna karetka policyjna, zwana „Grüne Minna”25. Wtedy uwijano się szybko z pijakiem i odwożono do aresztu przy Prezydium Policji.

Gdańsk był zawsze niespokojnym miastem. Gdy przeglądałem niemiecką prasę gdańską sprzed wojny, byłem niezmiernie zdziwiony tym, że było wtedy tak wiele rozpraw sądowych za nożownictwo. Wyroki nie były wysokie — za napad z nożem karano kilkumiesięcznym więzieniem, nawet wtedy gdy ofiara ledwo uszła z życiem.

Ludność obawiała się szczególnie gdańskich „Mochum”26 oraz Louisów, najbardziej niebezpiecznych przedstawicieli marginesu społecznego. Do pierwszych zaliczano głównie tych, którzy unikali wszelkiej pracy, żyli tylko z rzadkich prac dorywczych i miesiącami przebywali w urzędzie zatrudnienia. Swoje credo życia we wypowiadali w nader prostackim wierszyku:

 

„Schrumm, schrumm, schrumm,

Wer arbeitet, der ist dumm!

So lang’ der Bauch in die Weste passt

Wird keine Arbeit angefasst!

Hoch das Bein — das Vaterland soll leben!

Wer die Arbeit hat erfunden,

Hat an Arbeit nie gedacht!

Der hat nie die schönsten Stunden

Auf dem Arbeitsamt verbracht!

Und wenn man uns den Kaviar auf die Sohlen schmiert,

Wird keine Arbeit angefasst!

Schrumm, schrumm, schrumm,

Wer arbeitet, der ist dumm!”27

 

Gdy dwaj obcy sobie Mochums mieli zamiar zawrzeć bliższą znajomość, to spotykając się taksowali się wpierw długo i nieufnym wzrokiem spod nisko osadzonej czapki. Następnie wysuwali powoli i ostrożnie lewą nogę, by potem unieść prawicę, zahaczyć swymi zagiętymi małymi palcami i przytknąć równocześnie wyprostowane i sztywno uniesione kciuki. Dopiero po chwili, gdy obaj wypowiedzieli słowa: „Schieb ein!”28, następował uścisk dłoni i przyjacielskie poklepywanie po plecach.

Jeżeli takie spotkanie odbywało się na ulicy, tworzył się często wokół krąg ciekawych widzów, którzy jednak stali przezornie w pewnym oddaleniu. Ceremoniał ów trwał niekiedy dosyć długo, gdyż Mochums byli bardzo nieufni. Często też ta nieufność była uzasadniona i takie spotkanie kończyło się bójką na noże.

„Królem” tych nożowników był niejaki Lewandowski, zwany „Der Löwe aus Ohra”29. Był sztauerem, a miał za sobą już sporo wyroków sądowych. On to zasztyletował w 1930 roku na śmierć dwóch marynarzy z brytyjskiego krążownika „Centaur” oraz innego ciężko zranił, a uczynił to tylko dlatego, ponieważ ci przymilali się zanadto do jego „narzeczonej” w lokalu zwanym „Tante Anna”30 przy ulicy Stolarskiej (dawn. Tischlergasse). Nożownik ten dostał za swój niesamowity wyczyn surowy na owe czasy wyrok piętnastu lat ciężkiego więzienia.

Jeszcze gorszymi nicponiami byli Louisi. Gdy byłem dzieckiem, natknąłem się pewnego jesiennego wieczoru na przedstawiciela tego zanikającego klanu. Był ubrany po marynarsku w obcisłą kurtkę z błyszczącymi metalowymi guzikami. Nosił również marynarskie, u dołu bardzo szerokie spodnie, a na głowie miał zsuniętą do tyłu granatową czapkę z daszkiem. Na nogach miał obcisłe buty na dosyć szerokim, choć wysokim obcasie, co powodowało, iż szedł kołysząc się szeroko w biodrach. Mówiono mi, że były to specyficzne ruchy tych ludzi, którzy potrafili z takiego półobrotu ciałem uderzyć znienacka nożem. Inną ciekawostką było, że taki typ nosił w prawym uchu mosiężny, okrągły kolczyk. Wywodziło się to ze starego zwyczaju marynarskiego, gdyż taki kolczyk miał według dawniej szerzonej wersji wzmacniać wzrok oraz, jak mawiano w Gdańsku: „Er zieht den Fluss raus!” — wyciągać z chorych na szkorbut dziąseł ropą.

Później nie napotykałem już tak ubranych ludzi, a starsi koledzy opowiadali, że Louisów poszukiwała policja, gdyż stali się po prostu alfonsami.

Na przełomie lat trzydziestych spotykało się w mieście dosyć często wędrujących rzemieślników, szczególnie murarzy i cieśli. Ciągnęli oni do swojej gospody przy ulicy Łagiewniki (dawn. Schüsseldamm) niedaleko Raduni, by móc po swojej długiej pieszej wędrówce tam odpocząć, gdyż zarówno z powodu braku pieniędzy, jak i zgodnie z tradycją rzadko jeździli koleją.

Rzemieślnicy ci nosili na głowie czarne z szerokim rondem kapelusze z błyszczącego filcu. Ich długie kurtki, obcisłe kamizelki i szerokie spodnie były z czarnego welwetu, a umieszczone na nich duże metalowe guziki z daleka błyszczały. Ze schowka na prawej nogawce spodni wystawała żółta calówka, a swoje narzędzia i skromny dobytek mieli zawinięte w kraciastych dużych chustach zawieszonych na końcu laski lub styliska siekiery, które nosili na ramieniu.

Przyglądałem się pewnego dnia pracy cieśli, zatrudnionych przy budowie domku stojącego obok kościoła Św. Katarzyny. Pracujący tam wówczas cieśle mieli na głowie czarne cylindry, a spod kamizelki wyglądała biała, rozpięta pod szyją koszula, której rękawy były podkasane poniżej łokcia. Topory trzymali oburącz i obciosywali nimi równo i uważnie leżące na poprzeczkach i dobrze wyważone grube belki. Ich ciekawemu i zanikającemu sposobowi pracy przyglądali się wówczas liczni przechodnie.

Wraz z Willym przepłynąłem również po raz pierwszy promem kursującym od przystanku przy Żurawiu na drugi brzeg Motławy. Za przejazd płacono wówczas dwa fenigi. Przy tej okazji poznałem słynnego w Gdańsku przewoźnika Paulchen31, którego nazywano żartobliwie pierwszym oficerem tej drewnianej krypy. On to stawał zawsze na obu przystankach obok stojaka z widzącym na nim mosiężnym dzwonem i swoim stoickim: — „Man immer mit der Ruh’!”32 — regulował ruch pasażerów. Donośnym dzwonieniem poganiał opieszałych pasażerów, a gdy skończył, już nikogo na prom nie wpuszczał. Po odbiciu promu od przystani Paulchen zabierał się do kasowania miedziaków, dziękując mruknięciem, gdy ktoś wrzucił do jego puszki niklową monetę. Dwaj jego pomocnicy poruszali płaskodenny pojazd w ten sposób, że zaczepiali specjalnymi drewnianymi chwytakami posuwającą się po rolkach łodzi rozciągniętą od brzegu do brzegu stalową linę i idąc do tyłu pociągali łódź do przodu. Paulchen miał sporej wielkości nos o mocno fioletowym zabarwieniu, świadczącym o zamiłowaniu jego właściciela do popularnego w naszym mieście portowym mocnego grogu33.

Ten przewoźnik był przez gdańszczan bardzo lubiany, gdyż potrafił swoim rubasznym humorem i wesołymi powiedzonkami rozgrzać pasażerów wtedy, gdy stali odsłonięci i trzęśli się z zimna, smagani podmuchami wiatru z deszczem lub śniegiem. Gdy po jego śmierci ten drewniany prom zlikwidowano i parowy stateczek oznajmił na Motławie donośnym gwizdem rozpoczęcie swojej przewozowej działalności, pewien typowy gdański „Mottlauspucker”34 rzekł zamyślony, wspominając starego przewoźnika:

— Kto wie, co Pawełek by powiedział na tak nowoczesną komunikację?

Usłyszał wówczas odpowiedź gdańskiej handlarki:

— Dobrze się stało, że już tego nie dożył. Byłby się tym zapewne tylko mocno zdenerwował!

Gdy wraz z Willym znalazłem się znowu pod Żurawiem, opowiedział, że do kół znajdujących się wewnątrz tej budowli zapędzano niegdyś różnych nicponi, by depcząc w nich w koło odpokutowywali swoje winy. Jednak później dowiedziałem się, że tak nie było, gdyż jak wynika ze starych dokumentów, najmowano wtedy specjalnie ludzi do tej pracy, których nazywano „das Volk am Rade”35.

Mój przyjaciel zaprowadził mnie pewnej niedzieli, gdy wstęp był wolny, także do muzeum przyrodniczego, które mieściło się w Zielonej Bramie. Przed wejściem do obszernej sali stała szafa, a na niej umieszczono kobiecy kościotrup w siedzącej pozycji. Wewnątrz tej sali stały w oszklonych gablotach różne wypchane zwierzęta, wśród których wyróżniały się swoim ogromem brunatny niedźwiedź oraz bizon amerykański. W Gdańsku był wówczas również żywy bizon, którego trzymano wraz z różnymi innymi okazami naszej fauny w zwierzyńcu przy nadleśnictwie w Dolinie Radości.

Duże zainteresowanie zwiedzających budził pokazany w jednej ze szklanych gablot fragment morskiego brzegu z poustawianymi na nim wypchanymi ptakami. W innej gablocie pokazano lisią jamę z całą lisią rodziną.

Wzdłuż jednej ze ścian ustawiono płaskie gabloty wypełnione bursztynami. Były nawet bardzo duże okazy, a w wielu bryłach znajdowały się różne owady, liście i igliwie. Wyławianiem bursztynu zajmowali się mieszkający nad morzem rybacy, którzy podczas niepogody i nawet w zimie woleli stać na lodzie lub wchodzić w długich gumowych butach do wody i wyglądać wypływającego bursztynu niż siedzieć w domu za piecem. Z biegiem lat nazbierało się u nich tego bursztynu sporo, tak że zalegał na strychach rybackich domów. Opowiadał mi o tym znajomy właściciel warsztatu bursztyniarskiego przy Długim Pobrzeżu Brunon Bach, który chodząc po tych domach poszukiwał surowca dla swej rzemieślniczej działalności. Mówił również, iż w pierwszym powojennym okresie przybyli nad morze z głębi kraju polscy osadnicy nie znając bursztynu używali go niekiedy na podpałkę.

W innych szklanych gablotach tego muzeum leżały skamieliny i minerały, różne owady oraz znalezione w okolicy Gdańska i na Pomorzu wykopaliska.

Wszystko nas bardzo interesowało, tak że minęło zawsze kilka godzin, zanim pełni wrażeń wracaliśmy pospiesznie do domu.

Pod koniec 1929 roku zachodziliśmy często pod kościół Najświętszej Panny Marii, zwany przez gdańszczan żartobliwie „Dicke Marie”36, by przyglądać się prowadzonym tam pracom. Wieżę kościelną otoczono dwudziestoma pięcioma kręgami rusztowań, które po zakończeniu pracy oświetlano reflektorami. Prace te stały się bardzo potrzebne, gdyż jak donosiła prasa, rysy w murach były już bardzo szerokie. Rozszerzały się one do tego stopnia, że dorosły mężczyzna mógł w nich stanąć swobodnie, a leżący w szparach kurz był świadectwem tego, jak długo te pęknięcia już istniały. Według relacji dzienników, szpary te powstały zarówno na skutek dokonanego w połowie piętnastego wieku podwyższenia wieży, jak i z powodu silnych drgań przy uruchamianiu dzwonów kościelnych. Dzwony były poruszane przez ludzi depcących po specjalnych rusztowaniach, które wprawiały je w ruch, a hałas panujący na wieży był tak duży, że dzwonnicy nakładali na uszy specjalne ochrony. Podczas tych robót zamierzano założyć elektryczne urządzenia do uruchamiania dzwonów.

W tym samym czasie trwały także prace przy założeniu instalacji centralnego ogrzewania w tym kościele, co napotykało duże trudności. Ponieważ mury miały 3,5 metra grubości, wykuto w nich przewód kominowy w taki sposób, by nie spowodować zeszpecenia zewnętrznego wyglądu kościoła.

Pewnego dnia weszliśmy także do wnętrza. Było tam mało ludzi, a my przejęci panującą ciszą i mrokiem, chodziliśmy ostrożnie wśród wysokich snycowanych ławek i przyglądaliśmy się różnym obrazom oraz próbowaliśmy odczytać niewyraźne napisy na kamiennych płytach posadzki. Zaglądaliśmy do bocznych kapliczek i przystawaliśmy, by rozpoznawać zwisające nieruchomo ze ścian stare chorągwie. Niedaleko ołtarza stał kamienny posąg Marcina Lutra z uszkodzonym nosem. Dowiedziałem się potem od kolegi Nikodema Szymańskiego, że zrobili to chłopcy, których najął kościelny do odkurzania ławek. Chłopcy ci założyli się pewnego dnia o to, który z nich trafi z procy w głowę tego posągu. Jeden z nich niechcący odbił nos z tego monumentu, więc przestraszeni chłopcy hurmem z kościoła uciekli, rezygnując nawet z zarobionych kilkudziesięciu fenigów. Kościelnego to chyba bardzo zdziwiło, lecz nie wiadomo, czy doszedł przyczyny tej nagłej ucieczki zawsze łasych na pieniądze chłopaków.

Duże wrażenie na nas obu zrobił unieruchomiony od dawna i zakurzony zegar kilkumetrowej wysokości. Jak mówiła legenda, gdańszczanie oślepili wykonawcę tego dzieła po to, by uniemożliwić mu podjęcie podobnej pracy w Lubece. On też pewnego dnia zniszczył mechanizm tego zegara, mszcząc się w ten sposób za doznaną krzywdę. Rzucił się następnie z górnej części zegara na kamienną płytę i skończył ze swoim życiem.

Stojąc przed obrazem „Sąd Ostateczny” Memmlinga przyglądaliśmy się z pewną obawą twarzom ludzi idących do piekła. Również twarz Ukrzyżowanego Chrystusa wiszącego na krzyżu w jednej z bocznych kaplic oraz związana z tym legenda spowodowała, że bardzo przeżywałem tę jedyną przed wojną wizytę w tym kościele.

Podczas tych wspólnych wędrówek po mieście natknąłem się Pewnego dnia na znajdujący się na jezdni ulicy Św. Ducha (dawn. Heilige-Geist-Gasse) przed domami nr 92/93 okrągły czarny kamień. Mówiono, że miał oznaczać centrum naszego miasta, jednak stwierdziłem potem, że był to centralny punkt styku czterech kwater Głównego Miasta. Stała tu niegdyś studnia z czterema kobiecymi figurami, które wskazywały cztery strony świata. Przed wizytą gen. de Gaulle’a w Gdańsku jezdnię tę zalano asfaltem i nie wiadomo, czy kamień ten jeszcze tam leży.

Latem udawałem się z Willym często do położonej na końcu basenu Motławy przy Moście Toruńskim (Aschbrücke) wypożyczalni łodzi i kajaków Klinka. Tam trzeba było w małym drewnianym domku przystani zostawić właścicielowi jakiś zastaw z góry opłacać każdą godzinę przejazdu. Takich wypożyczalni łodzi było w Gdańsku kilka i dlatego panował wokół Wyspy Spichrzów i na okolicznych kanałach zawsze przy dobrej pogodzie spory ruch.

W maju obchodzono bardzo uroczyście Dzień Matki. Przypominały go corocznie specjalnymi dekoracjami w oknach wystawowych liczne gdańskie sklepy cukiernicze. Były one udekorowane okolicznościowymi transparentami i napisami oraz pełne czekoladowych chrabąszczy, marcepanowych serc oraz pięknych bombonier.

Obchodzono także Dzień Ojca „Vatertag”. Przypadał na dzień Wniebowzięcia Matki Boskiej i tego dnia zaczynały się na dawniejszym Rynku Siennym (Heumarkt, Plac 1 Maja) od rana zbierać gromady mężczyzn, którzy wierni tradycji pragnęli ten dzień wolny od pracy spędzić na łonie natury. Wybierali się najczęściej do okolicznych lasów, przy czym używali do przejażdżki specjalnie na ten dzień przygotowanych pojazdów, zwanych „Kremser”37. Były to czarne, dosyć długie, pokryte dachem powozy, mające wzdłuż bocznych ścian siedzenia. Zarówno same powozy, jak i wyczyszczone na wysoki połysk konie były udekorowane zielenią, różnokolorowymi wstążkami i chorągiewkami. Woźnice mieli na sobie czarne lub granatowe surduty, a niejedni z nich nawet reprezentacyjne długie płaszcze. Niemal wszyscy mieli na głowie błyszczące czarne cylindry, tylko nieliczni nosili okrągłe kapelusze, zwane „bibi”38. Wszyscy dzierżyli w ręku długie, paradne biczyska.

Sienny Rynek zasługiwał wtedy jeszcze rzeczywiście na tę nazwę, gdyż ten pełen kocich łbów plac był od dawna tradycyjnym miejscem postoju licznych furmanek i powozów przybywających na targ okolicznych wieśniaków. Równolegle do grubej drewnianej poręczy odgradzającej brzeg Raduni od placu stały wbite w ziemię drewniane lub żelazne pale, do których przywiązywano konie. Panował tu w dni targowe zawsze ożywiony gwar, pachniało sianem i końskim nawozem. Miejscem spotkań przybyłych gospodarzy były dwie restauracje na drugim brzegu Raduni. Jedna z nich nazywała się „Zum blanken Tonnchen”39 i do niej prowadził nad rzeką wąski drewniany pomost.

W Dniu Ojca lokale te były głównym miejscem zbiórki wycieczkowiczów. Nie „urzędowali” w nich wprawdzie długo, gdyż wszystkim było pilno, by jak najszybciej znaleźć się w jakimś zacisznym i ustronnym miejscu. Złośliwi mawiali wtedy, że wyjeżdżali głównie ci gdańszczanie, których pilnowały w domu bardzo czujne żony. Tego więc dnia korzystali z tak dogodnej okazji, by w gronie kolegów sobie poswawolić.

Niejedni z nich poczynali sobie już od rana zbyt ostro, popijając piwo i wódki, co można było poznać po głośnym śpiewie wyjeżdżających oraz wesołym trzaskaniu batów przez woźniców. Ciszej było natomiast w czasie powrotu. W niektórych powozach wprawdzie jeszcze śpiewano, lecz już nie tak raźnie i równo jak rano. Wielu z powracających miało spore trudności przy wysiadaniu i najczęściej wpadali od razu w objęcia oczekujących żon. Przyglądając się temu widowisku zastanawiałem się początkowo nad tym, dlaczego czekające niekiedy aż do mroku kobiety nosiły nawet przy pięknej, słonecznej pogodzie parasolki. Potem przestałem się temu dziwić, gdyż zbyt często byłem świadkiem, jak owi bohaterscy za dnia mężczyźni uchodzili przed rozsierdzonymi i poganiającymi ich tymi parasolkami żonami. Chociaż starano się artykułami prasowymi tę tradycję utrzymać, to z biegiem czasu zbierało się coraz mniej chętnych do takich wycieczek. Czasy stały się coraz bardziej niespokojne, a w końcu plac ten przebudowano i przeznaczono na przystanek końcowy dla podmiejskich autobusów. Dlatego uważano umieszczony w maju 1937 roku na jednym z powozów napis: „Żądamy Dnia Ojca!” — za ostatni okrzyk ginącego gdańskiego starego zwyczaju.

Podobnie stało się z licznymi grupami wędrownymi, zwanymi „Wandervögel”40, które przy dźwiękach mandolin, ze zwisającymi z nich kolorowymi wstążkami, przemierzały wiosną i latem ze śpiewem ulice Gdańska. Hitlerowcy te grupy wędrowne potem rozwiązali twierdząc, iż ich członkowie wywodzą się z kręgów opozycji.

Już wówczas, tj. w 1929 roku, narastało wśród ludności coraz bardziej napięcie spowodowane wzmagającym się bezrobociem oraz drastycznymi pociągnięciami politycznymi gdańskiego Senatu. Pamiętam, że w pewnym okresie krążyły po ulicach nawet Uzbrojone patrole policyjne, a na karetkach policyjnych umieszczono ciężkie karabiny maszynowe.

Często odbywały się przemarsze członków różnych partii politycznych, wśród których początkowo duże wrażenie robiły formacje nacjonalistycznej organizacji „Der Stahlhelm”41. Członkowie tej organizacji paradowali po ulicach w wojskowych mundurach, często mając na głowach stalowe hełmy. Rytm marszów Pruskich stwarzał niepokojący nastrój. Młodzież niemiecka, której wyobraźnia została pobudzona wyświetlanymi filmami wojennymi (pamiętam liczne filmy z walk na froncie francuskim, np. o fort Douaumont oraz o zatopieniu floty niemieckiej pod Scapa Flow) towarzyszyła licznie marszowym kolumnom tych byłych żołnierzy.

Najczęściej ukazywali się jednak komuniści, którzy coraz głośniej protestowali wobec poczynań gdańskiego Senatu. Organizowali liczne pochody i manifestacje protestacyjne, które kończyły się często starciami ze zwolennikami innych partii niemieckich, a przede wszystkim z policją.

W tym dla wielu gdańszczan i dla nas w domu coraz krytyczniejszym okresie pomagałem Willemu i jego matce przy roznoszeniu wspomnianego już dziennika. Dzięki otrzymanym od abonentów sowitym napiwkom mogłem pochwalić się w domu niemal codziennie zarobionym bochenkiem chleba lub piernikami. Willy nie był egoistą i częstował mnie również parówkami lub klopsikami przy wozo-budkach stojących w różnych punktach miasta oraz kupował cukierki, szczególnie ulubione kule różane znanej w Gdańsku wytwórni Lindernanna, która mieściła się na niedalekiej ulicy Sandgrube (dziś Ks. Franciszka Rogaczewskiego), czy marcepany wytwórni G. Mixa.

Byłem wielkim łakomczuchem i matka moja miała ze mną utrapienie, gdyż dobierałem się w różny sposób do torebek z cukrem, by posypać nim posmarowane smalcem pajdy chleba. Lubiłem również zwykły syrop, który był wtedy bardzo tani. Jedliśmy go szczególnie podczas Wielkiego Postu, a w Wielki Piątek był jedynym środkiem, który w domu używaliśmy do posmarowania chleba.

Chcąc skorzystać z tych poprzednio wymienionych wspaniałości chodziłem z Willym do późnego wieczora po mieście. Poznałem wtedy również po raz pierwszy czar srebrnego ekranu. Przyjaciel, który był ode mnie znacznie większy, kupił przy kasie pewnego zimowego wieczora dwa bilety w kinie przy Długim Targu, a gdy znaleźliśmy się w ciemnej sali, wręczył mi drukowany program przedstawienia. Zapowiedziano w nim poza kroniką filmową wyświetlanie dwóch lub trzech filmów krótkometrażowych. Z głównego filmu zapamiętałem tylko dwie sceny, a jego tytuł stanowił dla mnie długo nierozwiązaną zagadkę. Dopiero przed kilkoma laty rozpoznałem podczas audycji telewizyjnej „W starym kinie” po tych właśnie scenach, że moim pierwszym filmem był „Gosta Berling”, w którym występowała słynna aktorka Greta Garbo. Film był oczywiście niemy, a podczas seansu przygrywał jakiś skrzypek.

W śródmieściu było dwanaście kin, wśród których były kina „lepsze” i „gorsze”. Do ostatnich należało kino „Gedania” przy ul. Łagiewniki, zwane potocznie „Die Flohkiste”42. Było to kino o małych rozmiarach. Dochodziło tam do sporadycznych awantur. Powodowali je zbyt krewcy widzowie podczas filmów kowbojskich. Nie tylko krzyczeli podczas różnych pościgów i tupali głośno nogami, lecz rzucali niekiedy nawet pomidorem czy jabłkiem w ekran.

Chodziłem od czasu do czasu do kina miejskiego „Stadtkino”. Nie było to kino we właściwym tego słowa znaczeniu, lecz po prostu aula w szkole niemieckiej „Oberschule St. Petri und Pauli” (obecnie I Liceum Ogólnokształcące przy Wałach Piastowskich), w której wyświetlano w niedziele kilka filmów dla mniej zamożnych widzów. Uczęszczały tam dosyć często grupowo dzieci z domów sierot czy innych przytułków.