Wspólnota czerwieni - Piotr R. Frankowski - ebook

Wspólnota czerwieni ebook

Piotr R. Frankowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Współpraca Niemiec i Związku Radzieckiego - opinia publiczna nadal nie wie o niej zbyt wiele. Najczęściej kojarzy się nam z sowieckim atakiem na Polskę 17 września 1939 roku i to wszystko. A współpraca krajów, które przez ponad dekadę posługiwały się narodowymi flagami w tym samym, czerwonym kolorze, zaczęła się znacznie wcześniej. Zdaniem autora współpraca między teoretycznymi wrogami ma w polityce miejsce wówczas, gdy pojawiają się komplementarne potrzeby.

Państwo Lenina planowało podbicie reszty świata, a do tego potrzebowało nowoczesnej armii - takiej samodzielnie zbudować się nie dało. Umiejętność skutecznego, masowego mordowania cywilów nie czyniła z komisarzy wybitnych strategów. Z kolei wiedza, i militarna, i techniczna, występowała w obfitości w Niemczech - kraju, w którym wojsko sterowało podczas wojny propagandą w sposób tak skuteczny, że ludność nie zdawała sobie sprawy, że wojna jest przegrana. W końcu to armia w potajemny sposób sfinansowała powstanie wytwórni filmowej UFA, by skuteczniej manipulować opinią publiczną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 384

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od Autora

Książka ta powstała albo przy­pad­kowo, albo w kon­se­kwen­cji dzia­ła­nia Opatrz­no­ści – co kto woli. Pro­wa­dzi­łem rese­arch do mojej serii powie­ści histo­rycz­nych o pilo­cie doświad­czal­nym Luft­waffe i bada­łem kwe­stię taj­nego nie­miec­kiego ośrodka lot­ni­czego w Lipiecku w Związku Radziec­kim. Im wię­cej wie­dzy zdo­by­wa­łem, tym głę­biej wpa­da­łem w mat­nię, plą­ta­ninę strzę­pów nie­zwy­kłych infor­ma­cji. Cza­sem było to jedno zda­nie w jakiejś publi­ka­cji, które pro­wa­dziło mnie do aka­pitu w innej publi­ka­cji i tak dalej. Czy­ta­łem książki, prace naukowe, arty­kuły w spe­cja­li­stycz­nych cza­so­pi­smach, odtaj­nione raporty wywiadu po pol­sku, angiel­sku, nie­miecku, rosyj­sku i brną­łem coraz głę­biej w sprawy sekret­nej współ­pracy ZSRR i Nie­miec.

I wtedy ode­zwał się do mnie Mirek Dwor­ni­czak, zało­ży­ciel i spi­ri­tus movens bloga nauko­wego „Eks­pe­ry­ment myślowy”. Nakło­nił mnie, bym napi­sał coś o samo­cho­dach; byłem zaszczy­cony, mogąc zna­leźć się w gro­nie praw­dzi­wych naukow­ców. Tro­chę zmę­czony pisa­niem o auto­mo­bi­lo­wej histo­rii, zapro­po­no­wa­łem, że napi­szę tekst o taj­nej współ­pracy Repu­bliki Weimar­skiej i leni­now­skiego ZSRR. Jeden tekst prze­ro­dził się w długą serię, do roz­wi­ja­nia któ­rej nama­wiali mnie kole­dzy piszący do bloga. To dzięki Mir­kowi, Wieś­kowi, Luca­sowi, Mar­ci­nowi i Piotr­kowi nie stra­ci­łem zapału, roz­cią­ga­jąc cykl, aż się­gnął fascy­nu­ją­cego okresu po 1945 roku. Napi­saw­szy kil­ka­dzie­siąt odcin­ków pomy­śla­łem, że wła­ści­wie to mate­riał na książkę – tu znów mogłem liczyć na życz­liwe wspar­cie kole­gów z „Eks­pe­ry­mentu myślo­wego”.

To nie jest żadna poważna praca naukowa, a tylko próba zebra­nia w jed­nym miej­scu powszech­nie dostęp­nych infor­ma­cji, zsyn­te­ty­zo­wa­nia logicz­nego ciągu zda­rzeń, który prze­czy ofi­cjal­nej wer­sji histo­rii i powszech­nie akcep­to­wa­nym ste­reo­ty­pom. Nie wła­ma­łem się do taj­nych archi­wów Kremla, nie spe­ne­tro­wa­łem zapo­mnia­nego składu akt – po nitce do kłębka idąc, zbie­ra­łem roz­sy­pane odłamki prawdy histo­rycz­nej i sta­ra­łem się uło­żyć z nich spójny obraz. Przy­po­mi­nało to skła­da­nie ukła­danki typu puz­zle, w któ­rej bra­kuje nam połowy ele­men­tów. Przy­świe­cał mi jasny cel: poka­zać, że histo­ria Związku Radziec­kiego i Rosji oparta jest na maski­rowce i misty­fi­ka­cji. Jeśli uznają Pań­stwo, że fak­tycz­nie warto zre­wi­do­wać ste­reo­typy w tym zakre­sie, mój wysi­łek zosta­nie nagro­dzony.

Książkę dedy­kuję mojej żonie Agnieszce i córce Patry­cji, bez któ­rych wspar­cia i bez­gra­nicz­nej wyro­zu­mia­ło­ści nie mogłaby ona ni­gdy powstać.

Miłej lek­turyPiotr R. Fran­kow­ski

Rozdział I

I

Współ­praca Nie­miec i Związku Radziec­kiego – opi­nia publiczna na­dal nie wie o niej zbyt wiele. Naj­czę­ściej koja­rzy się nam z radziec­kim ata­kiem na Pol­skę 17 wrze­śnia 1939 roku i to wszystko. A współ­praca kra­jów, które przez ponad dekadę posłu­gi­wały się naro­do­wymi fla­gami w tym samym, czer­wo­nym kolo­rze, zaczęła się znacz­nie wcze­śniej.

Pro­to­typ samo­lotu trans­por­to­wego Jun­kers F 13, 19 sierp­nia 1919 roku.

Współ­praca mię­dzy teo­re­tycz­nymi wro­gami ma w poli­tyce miej­sce wów­czas, gdy poja­wiają się kom­ple­men­tarne potrzeby. Pań­stwo Lenina pla­no­wało pod­bi­cie reszty świata, a do tego potrze­bo­wało nowo­cze­snej armii – takiej samo­dziel­nie zbu­do­wać się nie dało. Umie­jęt­ność sku­tecz­nego, maso­wego mor­do­wa­nia cywi­lów nie czy­niła z komi­sa­rzy wybit­nych stra­te­gów. Z kolei wie­dza – i mili­tarna, i tech­niczna – wystę­po­wała w obfi­to­ści w Niem­czech – kraju, w któ­rym woj­sko ste­ro­wało pod­czas wojny pro­pa­gandą w spo­sób tak sku­teczny, że lud­ność nie zda­wała sobie sprawy, że wojna jest prze­grana. W końcu to armia w pota­jemny spo­sób sfi­nan­so­wała powsta­nie wytwórni fil­mo­wej UFA, by sku­tecz­niej mani­pu­lo­wać opi­nią publiczną.

Niemcy mieli to, czego potrze­bo­wali Sowieci, know-how i tech­nikę, ci ostatni zaś mieli do dys­po­zy­cji obszar swego wiel­kiego kraju, gdzie mogli udo­stęp­nić Niem­com tereny, na któ­rych ci mogliby roz­wi­jać dzia­łal­ność zaka­zaną przez trak­tat wer­sal­ski. Mamy tu do czy­nie­nia z eks­tre­mal­nym prag­ma­ty­zmem – Lenin pisał z pogardą o Niem­cach, a gene­rał Hans von Seeckt radziec­kich komu­ni­stów otwar­cie nie­na­wi­dził, choć pisał o nich ostroż­niej. Lenin okre­ślał nie­miec­kich woj­sko­wych z pierw­szej wojny jako „dzi­ku­sów”, „rabu­siów” i „dra­pież­ni­ków”, twier­dząc też, że pod­czas wojny „nie­mieccy ban­dyci pobili wszel­kie rekordy zbrodni wojen­nych”. Nie szczę­dził jado­wi­tej kry­tyki także wobec demo­kra­tycz­nej Repu­bliki Weimar­skiej, wspo­mi­na­jąc w jed­nym z tek­stów, że „praw­dziwą maszy­ne­rię pań­stwa sta­nowi gene­rał von Seeckt, który jest świet­nie zazna­jo­miony z narzę­dziami potrzeb­nymi do eks­ter­mi­na­cji mas”.

Nota­bene von Seeckt jesz­cze przed rewo­lu­cją paź­dzier­ni­kową suge­ro­wał, by usu­nąć ze Wschod­niej Europy 20 milio­nów Rosjan oraz „zbie­ra­ninę Żydów, Pola­ków, Mazu­rów, Litwi­nów, Łoty­szy, Estoń­czy­ków itd.” i zastą­pić ich nie­miec­kimi osad­ni­kami, co w dłuż­szej per­spek­ty­wie zapew­ni­łoby bez­pie­czeń­stwo Pru­som od wschodu. W koń­cówce „Mein Kampf”, tek­stu napi­sa­nego w 1924 i 1925 roku, Adolf Hitler wypo­wia­dał się kry­tycz­nie na temat ewen­tu­al­nego soju­szu mili­tar­nego z ZSRR, o któ­rym dowie­dział się z plo­tek. W takiej pozor­nie mało sprzy­ja­ją­cej atmos­fe­rze mili­ta­ry­ści nie­mieccy doga­dali się jed­nak z Sowie­tami – abso­lut­nie bez bacze­nia na ide­olo­gię, two­rząc sojusz oparty li tylko na potrze­bach.

Zazwy­czaj uważa się, że począt­kiem ści­słej współ­pracy był układ o nor­ma­li­za­cji sto­sun­ków dyplo­ma­tycz­nych, pod­pi­sany w Rapallo 15 kwiet­nia 1922 roku, lecz w rze­czy­wi­sto­ści już w 1920 roku oby­dwa pań­stwa wysy­łały do sie­bie nawza­jem dele­ga­cje woj­skowe, wymie­niały się ele­men­tami wie­dzy tech­nicz­nej oraz danymi wywiadu. Na wpół tajne orga­ni­za­cje byłych ofi­ce­rów kie­ro­wały wów­czas na swój koszt do ZSRR ludzi na szko­le­nia – w ten spo­sób zawo­dowy poli­cjant z Mona­chium, Hein­rich Müller, tra­fił do taj­nej szkoły NKWD, zaka­mu­flo­wa­nej wewnątrz szkoły ofi­ce­rów pie­choty w Ria­za­niu. Tak, to ten sam Hein­rich Müller, który póź­niej przez wiele lat kie­ro­wał Gestapo i który po dru­giej woj­nie świa­to­wej podobno zado­mo­wił się pota­jem­nie w ZSRR.

Pięć mie­sięcy po zło­że­niu pod­pi­sów pod szwaj­car­skim trak­ta­tem nastą­piło pod­pi­sa­nie umowy o współ­pracy woj­sko­wej przez gene­rała von Seeckta i Lwa Troc­kiego. Reali­za­cję umowy ukry­wano przed legal­nym rzą­dem Nie­miec aż do 1927 roku. Począt­kowo sku­piono się na relo­ka­cji mili­tar­nej czę­ści dzia­łal­no­ści nie­miec­kich firm na tereny Rosji Radziec­kiej, w czym pośred­ni­czyła nie­miecka armia. W efek­cie aż 255 nie­miec­kich firm pod­pi­sało umowy han­dlowe z wła­dzami ZSRR, co warto porów­nać z liczbą firm ze wszyst­kich pozo­sta­łych kra­jów świata, które to uczy­niły – było ich tylko 277.

Tak bli­skie były związki nie­miec­kiego biz­nesu ze Związ­kiem Radziec­kim, że cywil­nym nie­miec­kim inży­nie­rom wyda­wano cza­sem mun­dury ofi­cer­skie Armii Czer­wo­nej, by nie wzbu­dzali nad­mier­nego zain­te­re­so­wa­nia. W okre­sie do 1933 roku pań­stwo nie­miec­kie było głów­nym part­ne­rem han­dlo­wym ZSRR; dzięki Niem­com powstały dwie ze sztan­da­ro­wych inwe­sty­cji pierw­szego Planu Pię­cio­let­niego, czyli fabryka samo­lo­tów w Fili oraz Bol­sze­wicki Zakład numer 232 w Lenin­gra­dzie. Co cie­kawe, w opu­bli­ko­wa­nej w 1933 roku książce „Deutsch­land zwi­schen Ost und West” gene­rał Hans von Seeckt napi­sał jasno, że inte­res Nie­miec wymaga poko­jo­wych sto­sun­ków ze Związ­kiem Radziec­kim.

„Roz­strze­lać co dzie­sią­tego!”. Sowiecki pla­kat pro­pa­gan­dowy z 1919 roku.

Rozdział II

II

Tak w Niem­czech, jak i w ZSRR ist­nieli zwo­len­nicy moder­ni­za­cji sztuki wojen­nej, która miała pole­gać na więk­szej mobil­no­ści jed­no­stek wspie­ra­nych przez czołgi. Pisał o tym wspo­mi­nany wcze­śniej gene­rał von Seeckt, pisali inni, choć aku­rat von Seeckt był jed­no­cze­śnie upar­tym rzecz­ni­kiem uzbra­ja­nia kawa­le­rii w lance zamiast bar­dziej zaawan­so­wa­nej broni strze­lec­kiej. Począt­kowo weimar­skie kręgi woj­skowe liczyły na moż­li­wość skry­tego roz­woju broni pan­cer­nej na tere­nie Szwe­cji – póź­niej­szy ojciec Blitz­kriegu, Heinz Gude­rian, po raz pierw­szy w życiu prze­je­chał się czoł­giem wła­śnie w gości­nie u Skan­dy­na­wów. Szwe­dzi jed­nak lękali się, że to, co już pota­jem­nie robią wspól­nie z Niem­cami w dzie­dzi­nie lot­nic­twa, będzie zagro­żone, gdy wyda się współ­praca na ewen­tu­al­nym poli­go­nie czoł­go­wym. Sto­sunki armii nie­miec­kiej z ZSRR zostały już wtedy nawią­zane, m.in. za pośred­nic­twem Envera Paszy, turec­kiego poli­tyka po stu­diach w Niem­czech, zna­nego z zaini­cjo­wa­nia ludo­bój­stwa Ormian i z wyko­rzy­sty­wa­nia nie­miec­kich dorad­ców woj­sko­wych. To on zasu­ge­ro­wał Niem­com, by ich wywiad woj­skowy dostar­czał Sowie­tom infor­ma­cji na temat pol­skiego woj­ska po ataku ZSRR na Pol­skę.

Po pod­pi­sa­niu trak­tatu z Rapallo sojusz­nicy wzięli się przede wszyst­kim za tema­tykę lot­ni­czą oraz bada­nia nad bro­nią che­miczną (o czym opo­wiem w kolej­nych roz­dzia­łach), a także za współ­pracę han­dlową na wielu polach (o czym rów­nież zamie­rzam opo­wie­dzieć), a kolej­nym kamie­niem milo­wym współ­dzia­ła­nia dwóch mocarstw stał się trak­tat ber­liń­ski, pod­pi­sany w 1926 roku. ZSRR i Niemcy uzgod­niły, że zacho­wają neu­tral­ność w przy­padku ataku na jedną ze stron poro­zu­mie­nia, a rząd nie­miecki poży­czył wła­dzom radziec­kim 300 milio­nów marek na korzyst­nych warun­kach. To stwo­rzyło pod­wa­liny dla kolej­nej rundy taj­nych nego­cja­cji, tym razem doty­czą­cych wspól­nych prac nad roz­wo­jem broni pan­cer­nej oraz tak­tyki jej zasto­so­wa­nia. Zacho­wano daleko posu­niętą ostroż­ność, albo­wiem wła­dze Repu­bliki Weimar­skiej oba­wiały się odkry­cia współ­pracy z ZSRR przez Lon­dyn i Paryż, zaś Sowieci bali się, że wyj­ście na jaw współ­pracy z rze­ko­mym impe­ria­li­stycz­nym wro­giem osłabi wła­dzę „ludową”.

Pro­wa­dze­nie nego­cja­cji z wywia­dem Armii Czer­wo­nej zle­cono puł­kow­ni­kowi Reich­swehry, był to nie­jaki Her­mann von der Lieth-Thom­sen. Doga­dał się z Janem Berzi­nem, łotew­skiego pocho­dze­nia doświad­czo­nym cze­ki­stą, jed­nym z głów­nych dowód­ców leni­now­skiego apa­ratu ter­roru, zna­nym ze sku­tecz­nego i krwa­wego tłu­mie­nia rebe­lii chłop­skich, a także auto­rem planu poszu­ki­wa­nia i likwi­da­cji mary­na­rzy po bun­cie w Kronsz­ta­dzie w 1921 roku. Usta­lono, że w pobliżu Kaza­nia w Tatar­sta­nie powsta­nie sto­sowny obiekt, który sfi­nan­sują Niemcy, a Rosja­nie zajmą się samą budową oraz koniecz­nymi napra­wami. Wszystko miało wyda­rzyć się szybko, przy czym pierw­sze czołgi miały przy­być już gotowe z Nie­miec. Szyki spi­skow­ców pokrzy­żo­wało ujaw­nie­nie przez nie­miec­kich socjal­de­mo­kra­tów ist­nie­nia wspól­nych przed­się­wzięć Reich­swehry i Armii Czer­wo­nej, do tego doszedł jesz­cze arty­kuł na ten sam temat w jed­nej z angiel­skich gazet. Stre­se­mann chciał odstą­pić cał­ko­wi­cie od taj­nej współ­pracy, dotych­czas finan­so­wa­nej głów­nie z sekret­nych („czar­nych”) fun­du­szy nie­miec­kich, wyda­wa­nych z pomi­nię­ciem kon­troli rzą­do­wej. Rosja­nie wpa­dli w panikę i także w pierw­szym odru­chu chcieli zanie­chać wspól­nej dzia­łal­no­ści we wszyst­kich dzie­dzi­nach.

Gustav Stre­se­mann (1878-1929) w 1926 roku.

Czy prze­rwano współ­pracę? A skąd. Cze­ki­ści wie­dzieli, jak sobie radzić z pro­pa­gandą, a nie­miec­kie woj­sko po pro­stu jesz­cze udat­niej uni­kało udzie­la­nia jakich­kol­wiek infor­ma­cji trak­to­wa­nemu prze­zeń z pogardą Reich­sta­gowi. Na jakiś czas prace nad ośrod­kiem pan­cer­nym zostały spo­wol­nione, ale nie zatrzy­mane. W 1928 roku Ges­sler, mini­ster obrony, prze­ko­nał Stre­se­manna, by sekretną współ­pracę kon­ty­nu­ować, zyskała ona zatem wymiar quasi-ofi­cjalny (mini­ster Stre­se­mann liczył także na pomoc ZSRR w swo­jej gospo­dar­czej woj­nie z Pol­ską, mają­cej na celu ode­bra­nie Rze­czy­po­spo­li­tej m.in. czę­ści Wiel­ko­pol­ski i Gór­nego Ślą­ska). Tryb ukry­wa­nia przed par­la­men­tem wie­dzy o pro­gra­mach pro­wa­dzo­nych w ZSRR udo­sko­na­lono, dba­jąc zara­zem o zastra­sza­nie nie­licz­nych pra­wo­myśl­nych, któ­rzy sta­rali się współ­pracy Repu­bliki Weimar­skiej z komu­ni­stami jakoś zapo­biec. Gdy parę lat póź­niej dzien­ni­karz Carl von Ossietzky opu­bli­ko­wał wyniki swego śledz­twa na temat radziecko-nie­miec­kiej szkoły lot­ni­czej w Lipiecku, posta­wiono go przed sądem za zdradę stanu i szpie­go­stwo (ska­zany został na pół­tora roku wię­zie­nia).

Rozdział III

III

Przy­go­to­wa­nie do stwo­rze­nia wspól­nej radziecko-nie­miec­kiej szkoły pan­cer­nej trwało długo, ale sama szkoła, gdy już powstała, miała ogromny wpływ na dok­tryny mili­tarne oby­dwu kra­jów i przy­go­to­wała kadry ofi­ce­rów myślą­cych o woj­nie pan­cer­nej w nowo­cze­sny spo­sób.

Po nego­cja­cjach odby­tych w 1926 roku Reich­swehra wysłała do ZSRR jesie­nią tego samego roku majora A.D. Mal­brandta, by ten usta­lił z Armią Czer­woną opty­malną loka­li­za­cję dla czoł­go­wego ośrodka. Wybrano Kazań, mia­sto znaj­du­jące się kil­ka­set kilo­me­trów na wschód od Moskwy, a dokład­niej dawne car­skie koszary 5 pułku dra­go­nów. Nie­długo potem w Związku Radziec­kim poja­wiła się kolejna dele­ga­cja, tym razem zło­żona z trzech inży­nie­rów pod dowódz­twem tego samego Mal­brandta. Wspól­nie z Rewo­lu­cyjną Radą Wojenną wybrano teren na poli­gon. Bystrzy i inte­li­gentni Sowieci sami utwo­rzyli kryp­to­nim dla two­rzo­nego super­taj­nego ośrodka – nazwali go KAMA, od słów „KAzań” i „MAl­brandt”. Nie­stety duch rewo­lu­cji wygrał z ele­men­tarną logiką – obok poli­gonu pły­nęła (i pły­nie) rzeka Kama, więc utaj­nie­nie loka­li­za­cji nie­szcze­gól­nie się powio­dło.

Zgod­nie z umową, Niemcy mieli odpo­wia­dać za stronę szko­le­niową, ale sama szkoła miała być pro­wa­dzona wspól­nie. Moskwa skie­ro­wała swo­jego przed­sta­wi­ciela do ośrodka KAMA – był nim nie nikt inny, jak Józef Unsz­licht. Tej kana­lii warto poświę­cić wię­cej niż kilka zdań. Uro­dzony w Mła­wie Unsz­licht pocho­dził z rodziny żydow­skiej. Dzia­łał w SDK­PiL razem z Różą Luk­sem­burg, wię­ziony był wie­lo­krot­nie, został także zesłany w głąb Rosji. Gdy roz­po­częła się rewo­lu­cja, w bły­ska­wicz­nym tem­pie został człon­kiem Rewo­lu­cyj­nej Rady Wojen­nej. Był współ­or­ga­ni­za­to­rem Armii Czer­wo­nej i kie­ro­wał wpro­wa­dza­niem siłą wła­dzy radziec­kiej na Litwie i Bia­ło­rusi. Peł­nił liczne funk­cje wska­zu­jące na wyjąt­kowy poziom zaufa­nia, jakim darzył go Lenin.

Uczest­ni­czył w woj­nie pol­sko-radziec­kiej, natu­ral­nie wier­nie słu­żąc Moskwie. Współ­two­rzył tzw. Polrew­kom, czyli mario­net­kowy rząd pol­ski w Bia­łym­stoku, przy­go­to­wy­wany do prze­ję­cia wła­dzy w kraju po zwy­cię­stwie Sowie­tów (sko­ja­rze­nia z rzą­dem lubel­skim z 1944 roku są jak naj­bar­dziej upraw­nione). Towa­rzysz Unsz­licht przy­czy­nił się w ogrom­nym stop­niu do stwo­rze­nia apa­ratu ter­roru, w tym struk­tur Czeka, gdzie został zastępcą Feliksa Dzier­żyń­skiego. W 1923 roku poje­chał do Nie­miec, by kie­ro­wać orga­ni­za­cją rewo­lu­cji, oczy­wi­ście cał­ko­wi­cie spon­ta­nicz­nej i oddol­nej… Mniej wię­cej w tym samym cza­sie zaj­mo­wał się także two­rze­niem fun­da­men­tów wywiadu woj­sko­wego GRU. Został potem sze­fem zaopa­trze­nia Armii Czer­wo­nej, zastępcą komi­sa­rza ludo­wego do spraw woj­sko­wych, prze­wod­ni­czą­cym „Oso­awia­chimu” – jasno widać, że w tej epoce był jedną z naj­bar­dziej wpły­wo­wych osób w radziec­kim kie­row­nic­twie. Wyzna­cze­nie go do współ­kie­ro­wa­nia szkołą broni pan­cer­nej nie było dzie­łem zbiegu oko­licz­no­ści, stwo­rze­nie bowiem spraw­nej armii, zdol­nej do pod­boju całej Europy, sta­no­wiło prio­ry­tet radziec­kiego kie­row­nic­twa.

Part­ne­rem Unsz­lichta ze strony nie­miec­kiej był Oswald Lutz. Lutz wpraw­dzie ni­gdy na stałe nie miesz­kał w KAMIE, ale wizy­to­wał ośro­dek i zarzą­dzał nim z daleka. Na początku lat 30. jego sze­fem sztabu został Heinz Gude­rian – lecz nie uprze­dzajmy fak­tów. Wypły­nię­cie w Niem­czech na świa­tło dzienne infor­ma­cji o taj­nej współ­pracy Reich­swehry z Armią Czer­woną spo­wol­niło prace orga­ni­za­cyjne. Mal­brandt i jego dwóch asy­sten­tów pozo­stało w KAMIE, w kiep­skich warun­kach, ale w zasa­dzie nic poważ­nego nie działo się tam aż do 1927 roku, gdy przy­byli do Kaza­nia pierwsi nie­mieccy inży­nie­ro­wie. Rosja­nie powoli remon­to­wali budynki bazy, zaś Niemcy przy­sy­łali po jed­nym spe­cja­li­ście, by nie wzbu­dzić podej­rzeń. Prace w nie­wy­koń­czo­nym ośrodku roz­po­częto od pro­wi­zo­rycz­nej adap­ta­cji dwóch cią­gni­ków rol­ni­czych Hano­mag na działa samo­bieżne.

Eks­pe­ry­men­talny lekki czołg nie­miecki firmy Rhe­in­me­tall, prze­wie­ziony do ZSRR na bada­nia poli­go­nowe jako lekki cią­gnik rol­ni­czy.

W 1928 roku Kli­ment Woro­szy­łow, dowódca Armii Czer­wo­nej, zor­ga­ni­zo­wał wizytę w KAMIE nie­miec­kiej dele­ga­cji z gene­ra­łem Wer­ne­rem von Blom­ber­giem na czele. Nie­miec posta­no­wił usu­nąć z ośrodka paru nie­miec­kich ofi­ce­rów, w tym Mal­brandta, ale doga­dał się z Woro­szy­łowem w jed­nej spra­wie: bez pro­to­ty­pów czoł­gów prace badaw­cze i szko­le­nia nie mogły się roz­po­cząć. Reich­swehra trzy lata wcze­śniej pota­jem­nie zamó­wiła w fir­mach Daim­ler-Benz, Krupp i Rhe­in­me­tall pro­jekty czoł­gów w dwóch kla­sach wago­wych i prace nad nimi pro­wa­dzono w kon­spi­ra­cji. Pierw­sze eks­pe­ry­men­talne czołgi miały tra­fić na Wschód jako cią­gniki rol­ni­cze – do trans­portu dołą­czono nawet zestaw płu­gów, by uwia­ry­god­nić misty­fi­ka­cję. Pierw­sza par­tia sze­ściu czoł­gów tra­fiła do Pan­zer­trup­pen­schule KAMA w maju 1929 roku.

Rozdział IV

IV

W marcu 1929 prace budow­lane w szkole pan­cer­nej KAMA pod Kaza­niem dobie­gały końca i zaczęły do niej przy­by­wać grupy Niem­ców oraz Rosjan. Peł­nej wie­dzy na temat składu oso­bo­wego szkoły nie ma, bo Niemcy bar­dzo dbali o utaj­nie­nie per­so­na­liów, a Sowieci z kolei zapi­sy­wali kur­san­tów i pra­cow­ni­ków, posłu­gu­jąc się wyłącz­nie ich imio­nami. Nie­któ­rym bada­czom udało się jed­nak uzy­skać nieco wia­ry­god­nych danych poprzez porów­ny­wa­nie dostęp­nych nie­miec­kich i radziec­kich doku­men­tów, przy czym te ostat­nie tra­fiły w ręce histo­ry­ków tylko na krótki czas w epoce Jel­cyna.

Uru­cho­miona KAMA była domem dla około 45 Niem­ców i ponad 140 ludzi radziec­kich, z czego tylko mały uła­mek sta­no­wili kur­sanci. Oby­dwie strony oczy­wi­ście wśród ofi­ce­rów umie­ściły funk­cjo­na­riu­szy wywiadu woj­sko­wego. Ekipa radziecka miała także w swoim skła­dzie ofi­cera poli­tycz­nego, który miał zapo­bie­gać nad­mier­nemu bra­ta­niu się Niem­ców z kadrą radziecką oraz lud­no­ścią miej­scową. Sowie­tom bar­dzo nie podo­bał się nie­miecki zwy­czaj wrę­cza­nia kur­san­tom i robot­ni­kom pre­zen­tów – nie­jaki Smir­now, sani­ta­riusz, tra­fił na celow­nik cze­ki­stów za sprze­daż nie­mieckich podar­ków na czar­nym rynku.

Kursy w bazie KAMA zaczęły się w marcu 1929 roku, choć pierw­sza par­tia pro­to­ty­po­wych czoł­gów dotarła tam dopiero 8 tygo­dni póź­niej. Uczono teo­rii, tak­tyki, obsługi, tech­niki napraw. Wraz z poja­wie­niem się sze­ściu czoł­gów (po dwa pro­to­typy z każ­dej z firm: Rhe­in­me­tall, Daim­ler-Benz, Krupp) kur­sanci zaczęli szko­lić się na każ­dym ze sta­no­wisk człon­ków załogi czołgu, by następ­nie uczyć się dowo­dze­nia pod­od­dzia­łem pan­cer­nym. W pierw­szej gru­pie kur­san­tów z Nie­miec zna­lazł się Rit­ter Wil­helm von Thoma, który pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej dosłu­żył się stop­nia gene­rała majora i wal­czył zarówno w Afryce Pół­noc­nej, jak i na fron­cie wschod­nim (sic!). Kur­san­tom poma­gali tłu­ma­cze, ale z rapor­tów GRU wynika, że wielu ofi­ce­rów Reich­swehry swo­bod­nie posłu­gi­wało się rosyj­skim.

W latach 1930-33 Pan­zer­trup­pen­schule roz­ro­sła się kolo­sal­nie. Przez trzy lata prze­szko­liła około 30 ofi­ce­rów nie­miec­kich, zwy­kle w stop­niu pod­puł­kow­nika – wielu z nich dowo­dziło pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej dużymi związ­kami tak­tycz­nymi; w tym samym cza­sie przez tajny ośro­dek prze­szło znacz­nie wię­cej kur­san­tów radziec­kich, naj­praw­do­po­dob­niej kilka setek. Moskwa przy­sy­łała na szko­le­nia ofi­ce­rów szta­bo­wych, fron­to­wych, wykła­dow­ców aka­de­mii woj­sko­wych oraz inży­nie­rów. Jed­nym z naj­waż­niej­szych wykła­dow­ców w szkole był kapi­tan Ernst Volc­kheim, który pisał także liczne arty­kuły teo­re­tyczne na temat dok­tryny uży­cia wojsk pan­cer­nych i był jed­nym z rzecz­ni­ków zasto­so­wa­nia radio­sta­cji w czoł­gach (do czego wró­cimy).

W miarę upływu czasu przy­by­wało w bazie KAMA pro­to­ty­po­wych czoł­gów i zwięk­szała się inten­syw­ność prac roz­wo­jo­wych nad nowymi tech­no­lo­giami (nota­bene auto­rem bądź współauto­rem pro­jektu czołgu kon­cernu Daim­ler-Benz był Fer­dy­nand Porsche). Obok czoł­gów testo­wano także pro­to­typy samo­cho­dów pan­cer­nych, w tym ośmio- i dzie­się­cio­ko­ło­wych, ale na roz­wi­ja­nie ich Reich­sweh­rze bra­ko­wało środ­ków. Nie­które typy bar­dzo dobrych samo­cho­dów pan­cer­nych, sto­so­wa­nych pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej, swoje korze­nie miały wła­śnie w tych eks­pe­ry­men­tal­nych, testo­wa­nych w ZSRR pojaz­dach. Sowieci kupili w tym samym okre­sie w Wiel­kiej Bry­ta­nii tan­kietki Car­den-Lloyd wraz z licen­cją na ich pro­duk­cję (od nich wywo­dziły się także pol­skie tan­kietki TK i TKS) i dwie skie­ro­wali do badań pod Kazań. Testo­wali też swoje pro­to­typy czoł­gów lek­kich.

Eks­pe­ry­men­talny czołg nie­miecki Vs.Kfz.31 (VK31), zaka­mu­flo­wany do prze­wozu do ZSRR jako „Krupp Leicht­trak­tor”, czyli „lekki cią­gnik Kruppa”.

W nie­licz­nych publi­ka­cjach, które wspo­mi­nają o szkole KAMA, przy­jęło się, że to Niem­ców uważa się za głów­nych bene­fi­cjen­tów cen­trum szko­le­nio­wego i poli­gonu, ukry­tych w ZSRR przed wzro­kiem poli­ty­ków, wyma­ga­ją­cych prze­strze­ga­nia zało­żeń z Wer­salu. Należy jed­nak spoj­rzeć na ten temat sze­rzej: wygląda na to, że Armia Czer­wona wynio­sła z dzia­łal­no­ści Pan­zer­schule wię­cej korzy­ści. Sowieci prze­jęli tech­no­lo­gię spa­wa­nia pan­ce­rzy czoł­gów zamiast mod­nego wów­czas nito­wa­nia, prze­jęli pomysł na mon­taż kara­binu maszy­no­wego w wieży, sprzę­żo­nego z dzia­łem, prze­jęli kon­cep­cję czoł­go­wego pod­wo­zia sys­temu Kruppa, poznali nowo­cze­sne przy­rządy celow­ni­cze i pery­skopy, pojęli zało­że­nia nowo­cze­snej teo­rii dzia­ła­nia wojsk o zwięk­szo­nej mobil­no­ści.

Bodaj naj­waż­niej­szą jed­nak nie­miecką tech­niczną inno­wa­cją była odporna na wstrząsy radio­sta­cja, pozwa­la­jąca na utrzy­ma­nie sta­łej, duplek­so­wej łącz­no­ści z czoł­gami. Gdy po prze­ję­ciu wła­dzy przez NSDAP Hitler zarzą­dził natych­mia­stowe prze­rwa­nie dzia­łal­no­ści szkoły pan­cer­nej w ZSRR, zin­wen­ta­ry­zo­wano tam ponad 120 radio­sta­cji róż­nych typów. W pierw­szej fazie dru­giej wojny świa­to­wej dzia­ła­jące nie­za­wod­nie nie­miec­kie radio­sta­cje dawały Wehr­mach­towi ogromną prze­wagę np. nad jed­nost­kami fran­cu­skimi, które na­dal korzy­stały z sys­temu łącz­no­ści mię­dzy czoł­gami poprzez sto­so­wa­nie spe­cjal­nych cho­rą­gie­wek. Radio­sta­cje te opra­co­wano i dopra­co­wano wła­śnie w bazie KAMA (choć do 1941 roku w ZSRR nie przy­wią­zy­wano zbyt­niej wagi do łącz­no­ści radio­wej w woj­skach pan­cer­nych, ponie­waż zma­so­wane natar­cie wiel­kimi oddzia­łami nie wyma­gało pre­cy­zyj­nej koor­dy­na­cji).

Zanim Adolf Hitler został kanc­le­rzem Nie­miec, Sowieci zdą­żyli już zor­ga­ni­zo­wać swój pierw­szy kor­pus pan­cerny według zało­żeń opra­co­wa­nych wspól­nie z Reich­swehrą na poli­go­nie pod Kaza­niem. Więk­szość źró­deł zazwy­czaj wspo­mina wiel­kie czystki Sta­lina, które rze­komo z kor­pusu ofi­cer­skiego wyeli­mi­no­wały absol­wen­tów szkoły KAMA (co ma niby uspra­wie­dli­wiać wcze­śniej­szą współ­pracę – oce­nia­jąc ją jako nie­sku­teczną), ale za jakiś czas zajmę się i tym zagad­nie­niem.

Rozdział V

V

22 kwiet­nia 1915 roku, na polach pod bel­gij­ską miej­sco­wo­ścią Ypres, miał miej­sce duży atak przy uży­ciu broni che­micz­nej – kon­kret­nie chloru. Prze­pro­wa­dziła go spe­cjalna jed­nostka, w któ­rej ważną funk­cję peł­nił che­mik Fritz Haber, póź­niej­szy lau­reat Nagrody Nobla, w stop­niu kapi­tana. Przez kilka lat po pierw­szej woj­nie świa­to­wej Haber wraz ze współ­pra­cow­ni­kiem Stol­zen­ber­giem ode­grali istotną rolę w taj­nych pra­cach nad bro­nią che­miczną, pro­wa­dzo­nych wspól­nie ze Związ­kiem Radziec­kim.

Haber, nie­miecki che­mik pocho­dze­nia żydow­skiego, uro­dzony w Bre­slau, widział swoje patrio­tyczne poglądy wobec Nie­miec Kaisera jako nad­rzędne wobec kwe­stii moral­nych. Autor metody Habera-Boscha, umoż­li­wia­ją­cej syn­tezę amo­niaku na skalę prze­my­słową z azotu i wodoru, miał ogromny wpływ na zmiany struk­tury świa­to­wej gospo­darki rol­nej, metoda ta pozwo­liła bowiem na masową pro­duk­cję nawo­zów sztucz­nych. Oce­nia się, że dziś połowa świa­to­wej pro­duk­cji żyw­no­ści zwią­zana jest ze sto­so­wa­niem metody Habera-Boscha. Gdy roz­po­częła się pierw­sza wojna, Haber pra­co­wał nad zasto­so­wa­niem chloru i innych gazów na polu walki, poma­gał w two­rze­niu sku­tecz­nych masek prze­ciw­ga­zo­wych i w prze­ciw­dzia­ła­niu alianc­kim ata­kom przy uży­ciu podob­nej broni.

Nie­miecki prze­mysł che­miczny na początku XX wieku zaj­mo­wał czo­łową pozy­cję na świe­cie – 90 pro­cent glo­bal­nej pro­duk­cji sztucz­nych barw­ni­ków pocho­dziło wła­śnie z Nie­miec. Nie wolno jed­nak myśleć, że tylko źli Niemcy korzy­stali ze swo­jego poten­cjału naukowo-prze­mysłowego do two­rze­nia broni che­micz­nej – Fran­cuzi mieli swo­jego nobli­stę Gri­gnarda, Bry­tyj­czycy ośro­dek w Por­ton Down pod wodzą nie­ja­kiego Raw­linsa (nota­bene ośro­dek ist­nieje do dziś). Począt­kowo widoczna była nie­miecka prze­waga, a potem oby­dwie strony kon­fliktu na zmianę mor­do­wały żoł­nie­rzy nie­przy­ja­ciela przy uży­ciu chloru. Chlor miał wiele wad w zasto­so­wa­niach tak­tycz­nych, co dopro­wa­dziło do opra­co­wa­nia lep­szej broni, mia­no­wi­cie fos­genu – Niemcy użyli go bojowo w grud­niu 1915 roku, Bry­tyj­czycy zaś dopiero latem następ­nego roku.

Haber wił się jak w ukro­pie, sta­ra­jąc się dać swej nie­miec­kiej ojczyź­nie prze­wagę. Przy tym opra­co­wał tzw. prawo Habera, za pomocą któ­rego wyli­cza się stę­że­nia sub­stan­cji tok­sycz­nych, które zabi­jają ludzi i zwie­rzęta – niskie stę­że­nie plus długa eks­po­zy­cja są tak samo sku­teczne, jak wyso­kie stę­że­nie i krótka eks­po­zy­cja. Po fos­ge­nie przy­szedł czas na ipe­ryt, także uży­wany przez oby­dwie strony kon­fliktu. W roku 1918 mię­dzy 20 a 30 pro­cent wszyst­kich poci­sków arty­le­ryj­skich wystrze­li­wa­nych na fron­cie zawie­rało ten czy inny bojowy śro­dek che­miczny, a jedna szó­sta wszyst­kich strat oso­bo­wych wią­zała się z uży­ciem broni che­micz­nej. Straty były ogromne i żadne wal­czące mocar­stwo nie ujmo­wało ich osobno w sta­ty­sty­kach, by nie wywo­ły­wać paniki.

Dwa duże ataki che­miczne miały miej­sce nie­zbyt daleko od War­szawy, pod Boli­mo­wem, w stycz­niu i maju 1915 roku. W pierw­szym przy­padku użyto amu­ni­cji arty­le­ryj­skiej wypeł­nio­nej brom­kiem ksy­lilu, zaś w dru­gim chloru z butli (co zre­ali­zo­wała kon­kret­nie jed­nostka, do któ­rej przy­dzie­lony był Haber; 264 tony chloru dotarło pod Boli­mów w 12 tysią­cach butli). Pierw­szy atak che­miczny nie udał się ze względu na niską tem­pe­ra­turę powie­trza, zaś drugi spo­wo­do­wał znaczne straty u Rosjan, acz­kol­wiek nie umoż­li­wił prze­ła­ma­nia frontu.

Oce­nia się, że ponad 1,3 miliona żoł­nie­rzy padło ofia­rami broni che­micz­nej pod­czas pierw­szej wojny. Lwią część tych strat sta­no­wili żoł­nie­rze rosyj­skiej armii car­skiej. Rosja miała słaby prze­mysł che­miczny, gazów bojo­wych uży­wała spo­ra­dycz­nie, zaś jej żoł­nie­rze zwy­kle nie otrzy­my­wali żad­nych środ­ków ochrony oso­bi­stej. Pomimo wysił­ków Habera i jego potęż­nej ekipy spe­cja­li­stów, broń che­miczna nie pomo­gła Niem­com wygrać wojny. Che­mik poczy­nił jed­nak plany także na wypa­dek porażki – prze­ko­nał dowódz­two woj­skowe, by prze­ka­zało mu spore sumy pie­nię­dzy jesz­cze w paź­dzier­niku 1918 roku, dzięki któ­rym mógł przez dwa lata kon­ty­nu­ować utaj­nione prace nad che­micznymi meto­dami eli­mi­na­cji siły wroga.

Po pokoju w Wer­salu alianci pró­bo­wali cał­ko­wi­cie zde­mon­to­wać nie­miecki pro­gram badań i pro­duk­cji broni che­micz­nej, a Habera i jego współ­pra­cow­ni­ków uznano za zbrod­nia­rzy wojen­nych. Nie­miecki che­mik zbiegł do Szwaj­ca­rii, by nie­ba­wem wró­cić już jako nobli­sta – sta­tus dobro­czyńcy rol­nic­twa oca­lił go przed karą ze strony zwy­cię­skich mocarstw. Nota­bene to jego ekipa stwo­rzyła śro­dek owa­do­bój­czy, prze­zna­czony do sto­so­wa­nia w silo­sach zbo­żo­wych, nazwany Zyklon A.

Prawda jest taka, że Niemcy sku­tecz­nie ukryli przed alian­tami zakres swo­jego pro­gramu badaw­czego oraz fakt, że był on pota­jem­nie kon­ty­nu­owany. Współ­pra­cow­nik Habera, Stol­zen­berg, miał fabryczkę che­miczną poza strefą znaj­du­jącą się pod kon­trolą sił oku­pa­cyj­nych. Haber pomógł mu uzy­skać lukra­tywne kon­trakty, w tym na neu­tra­li­za­cję zakła­dów pro­duk­cyj­nych gazu musz­tar­do­wego w Bre­loh, które Stol­zen­berg oso­bi­ście zakła­dał parę lat wstecz! Pod przy­krywką pozor­nej neu­tra­li­za­cji maga­zy­no­wano zasoby odczyn­ni­ków i goto­wej broni che­micz­nej. W 1921 roku rząd Hisz­pa­nii po cichu zwró­cił się do Habera, chcąc zaku­pić broń che­miczną do zasto­so­wa­nia prze­ciw rebe­lian­tom w Maroku – nie tylko sprze­dano im nie­miec­kie nie­le­galne zapasy takiej broni, ale Stol­zen­berg pomógł Hisz­pa­nom uru­cho­mić zakład pro­duk­cyjny gazu musz­tar­do­wego w kolo­niach w Afryce Pół­noc­nej. Zachę­cany przez Reich­swehrę, pra­co­wał tam także nad bom­bami lot­ni­czymi, zawie­ra­ją­cymi gaz bojowy.

Gdy w stycz­niu 1923 roku Zwią­zek Radziecki zaczął skła­dać w nie­miec­kich fir­mach tajne zamó­wie­nia na broń róż­nego typu, wytwa­rza­nie amu­ni­cji zawie­ra­ją­cej gaz oka­zało się poważ­nym pro­ble­mem – nad­zór alian­tów był zbyt sku­teczny. Jego­mość nazwi­skiem Otto Hasse, naon­czas szef inspek­to­ratu uzbro­je­nia Reich­swehry, zwró­cił się do Habera z pyta­niem, czy nie jest moż­liwe uru­cho­mie­nie pro­duk­cji amu­ni­cji che­micz­nej w ZSRR. Haber skon­tak­to­wał go ze Stol­zen­ber­giem, który prze­cież nie­długo wcze­śniej doko­nał cze­goś podob­nego w Hisz­pa­nii. Dodat­kowo sam Fritz Haber spo­wo­do­wał, że radziecki che­mik Ipa­tiew został popro­szony o wygło­sze­nie wykładu w Ber­li­nie – dzięki temu Nie­miec mógł się z nim roz­mó­wić bez wzbu­dza­nia podej­rzeń. Ipa­tiew zała­twił w Moskwie zapro­sze­nie dla Stol­zen­berga do odwie­dze­nia Związku Radziec­kiego. Po sze­ścio­ty­go­dnio­wej podróży obrotny Nie­miec dopro­wa­dził do wstęp­nego poro­zu­mie­nia w kwe­stii stwo­rze­nia fabryki broni che­micz­nej nie­opo­dal Samary, mniej wię­cej tysiąc kilo­me­trów od Moskwy.

Współ­praca Rosji Radziec­kiej z nie­miec­kimi siłami zbroj­nymi w latach dwu­dzie­stych w dzie­dzi­nie broni che­micz­nej miała nie­zwy­kle cie­kawy i zawiły prze­bieg. Przyj­rzymy się jej bli­żej, zacho­wu­jąc jed­nakże świa­do­mość, że to histo­ria godna co naj­mniej gru­bej książki i z koniecz­no­ści trzeba ją tutaj mocno okroić. W 1920 roku bry­gady budow­lane zaczęły budo­wać kom­pleks fabryk che­micz­nych, bara­ków miesz­kal­nych oraz budyn­ków pomoc­ni­czych w rejo­nie poło­żo­nym 40 kilo­me­trów od mia­sta Samara. Kom­pleks nazy­wano zwy­kle Ber­sol i począt­kowo miał on pro­du­ko­wać spłonki oraz mate­riały wybu­chowe. To wła­śnie tu wspo­mniany wcze­śniej Stol­zen­berg przy­był w 1923 roku i zastał dobre zaple­cze, wydajne połą­cze­nie kole­jowe, a także znaczną liczbę robot­ni­ków. W tym samym roku Niemcy stwo­rzyli spe­cjalną insty­tu­cję, zwaną w skró­cie GEFU, któ­rej zada­niem było finan­sowe wspie­ra­nie dzia­łal­no­ści nie­miec­kiego prze­my­słu w ZSRR – budżet wyno­sił 75 milio­nów Reich­sma­rek w zło­cie. Obok fabryki samo­lo­tów Jun­kersa w Fili pod Moskwą, to wła­śnie Ber­sol miał się stać główną inwe­sty­cją finan­so­waną przez GEFU.

Stol­zen­berg zgło­sił do GEFU zapo­trze­bo­wa­nie na 5 milio­nów 600 tysięcy marek w zło­cie na dofi­nan­so­wa­nie Ber­solu. Na nie­miecko-radziec­kim spo­tka­niu w Moskwie dograno szcze­góły – głów­nym zada­niem fabryki miała być pro­duk­cja gazu musz­tar­do­wego i fos­genu, kon­fek­cjo­no­wa­nego do amu­ni­cji arty­le­ryj­skiej, a pro­duk­cja nie­win­nych, cywil­nych che­mi­ka­liów, takich jak soda kau­styczna, miała dwo­jaką rolę: były to pro­dukty uboczne innych pro­ce­sów tech­no­lo­gicz­nych, zara­zem poma­ga­jące w zakon­spi­ro­wa­niu praw­dzi­wej funk­cji zakła­dów. Skala przed­się­wzię­cia robiła wra­że­nie: Ber­sol miał osią­gnąć pełną moc pro­duk­cyjną w zale­d­wie pół roku od pod­pi­sa­nia umowy, a zdol­ność ta miała wyno­sić aż pół miliona poci­sków arty­le­ryj­skich rocz­nie oraz 525 ton pię­ciu głów­nych pro­duk­tów che­micz­nych, z któ­rych dwa to fos­gen oraz gaz musz­tar­dowy.

Zachę­cony wiel­kimi inwe­sty­cjami władz ZSRR i GEFU Stol­zen­berg wło­żył w fabrykę sporo wła­snych środ­ków, jed­nak szybko napo­tkał pro­blemy typowe dla radziec­kiego prze­my­słu zbro­je­nio­wego, wier­nie słu­żą­cego spra­wie świa­to­wej rewo­lu­cji: brak wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków, skraj­nie zły stan maszyn i urzą­dzeń oraz tra­giczne zaopa­trze­nie w cokol­wiek. Uru­cho­mie­nie zakładu opóź­niło się o 9 mie­sięcy, a brak odpo­wied­niej siły robo­czej i tak pozo­stał główną barierą. Prak­tyczny Nie­miec ścią­gnął więc z ojczy­zny kil­ku­dzie­się­ciu zawo­dow­ców o wyso­kich kwa­li­fi­ka­cjach, by pomo­gli mu prze­szko­lić lokalny per­so­nel i zapa­no­wać nad cha­osem. Zaofe­ro­wał im wyso­kie zarobki, ale także ostrzegł, że gdy komu­kol­wiek zwie­rzą się z tego, czym się zaj­mują, ni­gdy nie opusz­czą ZSRR.

Fabryka, ledwo co zbu­do­wana, wyma­gała moder­ni­za­cji. Pro­du­ko­wano w niej tylko jeden nawóz sztuczny i nieco fos­genu, toteż kon­tro­lna dele­ga­cja z Moskwy uznała, że zakład nie speł­nia ocze­ki­wań. Powo­lutku sytu­acja ule­gała popra­wie, ale roz­cza­ro­wa­nie Kremla bra­kiem uży­tecz­nej broni che­micz­nej wią­zało się z utratą cier­pli­wo­ści. I wtedy przy­szedł praw­dziwy kata­klizm: Wołga wylała i fabryka zna­la­zła się pod wodą na wiele tygo­dni. Rosja­nie obwi­nili za wszystko Stol­zen­berga, depor­to­wali nie­miec­kich spe­cja­li­stów i zażą­dali od Reich­swehry zro­bie­nia porząd­ków. GEFU rozwią­zało zatem umowę z przed­się­biorcą, fabrykę prze­ka­zano ZSRR. Stol­zen­berg zban­kru­to­wał i pró­bo­wał wal­czyć w sądzie z daw­nymi moco­daw­cami, ale ci potra­fili spra­wie sku­tecz­nie ukrę­cić łeb.

Zakłady Ber­sol, zbu­do­wane w spo­rej czę­ści za tajne fun­du­sze nie­miec­kie, roz­wi­jały się szybko po zmia­nie zarządcy. W 1936 roku wytwa­rzano tam 4 tony gazu musz­tar­do­wego dzien­nie, czy­niąc z Ber­solu naj­więk­szy w świe­cie ośro­dek pro­duk­cji tej kon­kret­nej broni che­micz­nej. Eks­pe­ry­men­to­wano w zakła­dzie także z cyjan­kiem wodoru, w Niem­czech ofe­ro­wa­nym w han­dlu jako Zyklon B (potem także go pro­du­ko­wano). Ręce robot­ni­ków Ber­solu napeł­niały tru­ją­cymi che­mi­ka­liami dzie­siątki tysięcy poci­sków arty­le­ryj­skich mie­sięcz­nie. Fabryka pozo­stała głów­nym ośrod­kiem pro­duk­cji broni che­micz­nej w ZSRR aż do zakoń­cze­nia zim­nej wojny. Gigan­tyczne ska­że­nie wód grun­to­wych w miej­sco­wo­ści dziś zna­nej jako Cza­pa­jewsk poskut­ko­wało rekor­do­wym odset­kiem wad wro­dzo­nych u lud­no­ści w owym rejo­nie.

Rozdział VI

VI

Radziecki pro­gram budowy prze­my­słu pro­du­ku­ją­cego broń che­miczną począt­kowo znaj­do­wał się w jesz­cze gor­szym sta­nie niż nie­miecki, ale nie prze­szka­dzało to Armii Czer­wo­nej w sto­so­wa­niu takiej broni na masową skalę prze­ciwko wła­snym oby­wa­te­lom.

Jak już pisa­łem wcze­śniej, car­ska armia miała spore zale­gło­ści w sto­sunku do swo­ich sojusz­ni­ków i wro­gów w roz­wi­ja­niu broni che­micz­nej, zaś nowe, radziec­kie wła­dze Rosji począt­kowo zado­wo­liły się prze­ję­ciem maga­zy­nów w Pio­tro­gro­dzie. Pod­czas wojny domo­wej zmien­ność sytu­acji teo­re­tycz­nie utrud­niała uży­cie broni che­micz­nej, ale komu­ni­stom teo­ria nie wcho­dziła w paradę – to wła­śnie wów­czas po raz pierw­szy na świe­cie użyto bomb che­micz­nych zrzu­ca­nych z samo­lo­tów (30 czerwca 1919 roku). Sprze­ciw wobec tego stwier­dze­nia zgła­szają Bry­tyj­czycy, upie­ra­jąc się, że to oni jako pierwsi, kilka mie­sięcy wcze­śniej, zrzu­cili takie bomby na Rosjan.

Mniej­sza o palmę pierw­szeń­stwa w dość nie­chlub­nej kla­sy­fi­ka­cji, Sowieci chęt­nie bowiem korzy­stali z che­micz­nych środ­ków walki prze­ciw lud­no­ści cywil­nej, w szcze­gól­no­ści pod­czas tłu­mie­nia powstań prze­ciw wła­dzy radziec­kiej na tyłach frontu. Co naj­mniej trzy­krot­nie użyli ich na wielką skalę, zaopa­tru­jąc się w prze­ję­tych car­skich maga­zy­nach. Pierw­sze zasto­so­wa­nie miało miej­sce w mie­ście Jaro­sław nad Wołgą w 1918 roku, dru­gie prze­ciw kozac­kim wio­skom, zaś trze­cie, o naj­po­tęż­niej­szych kon­se­kwen­cjach, w 1921, wła­ści­wie już po utrwa­le­niu wyniku wojny domo­wej, w guberni tam­bow­skiej.

Jaka była geneza tego ostat­niego wyda­rze­nia? Otóż w stycz­niu 1919 roku Lenin wydał dekret, doty­czący rekwi­zy­cji „nad­wy­żek” zboża. W rejo­nie Tam­bowa, gdzie miały miej­sce spore zma­ga­nia bia­ło­gwar­dzi­stów z Armią Czer­woną, bru­tal­ność Armii Czer­wo­nej dopro­wa­dziła do pobu­dze­nia wiej­skiej dzia­łal­no­ści par­ty­zanc­kiej, która, pod wodzą mło­dego woj­sko­wego nazwi­skiem Anto­now, prze­kształ­ciła się w praw­dziwe powsta­nie. Po prze­gra­nej woj­nie z Pol­ską bol­sze­wic­kie dowódz­two mogło skie­ro­wać w ten rejon więk­sze siły, co uczy­niono, lecz siły te zebrały cięgi od powstań­ców, któ­rzy mieli dość narzu­co­nego siłą kolek­tyw­nego ustroju. Moskwa wysłała więc do Tam­bowa Tucha­czew­skiego. Ten zorien­to­wał się, że bagni­sty, gęsto zale­siony teren uła­twia życie rebe­lian­tom, dając im ukry­cie i unie­moż­li­wia­jąc atak na nich prze­wa­ża­ją­cymi siłami Armii Czer­wo­nej. Gene­rał Tucha­czew­ski wydał więc roz­kaz: „Lasy, gdzie ukry­wają się się ban­dyci, należy wyczy­ścić tru­ją­cymi gazami”. Przy­wie­ziono z cen­tral­nych maga­zy­nów dwa tysiące poci­sków arty­le­ryj­skich, wypeł­nio­nych gazami duszą­cymi.

Sys­te­ma­tycz­nie mor­do­wano lud­ność wio­sek, które sta­no­wiły zaple­cze sił par­ty­zanc­kich. Pod­czas likwi­da­cji osad ogniem arty­le­rii zda­rzało się, że bate­rie wystrze­li­wały w stronę bez­bron­nych cywi­lów wię­cej poci­sków che­micz­nych niż kon­wen­cjo­nal­nej amu­ni­cji. Opór zdła­wiono po mie­siącu dzia­łań, wspo­ma­ga­jąc broń che­miczną celowo wywo­ła­nym gło­dem. W rezul­ta­cie w Moskwie uznano, że broń che­miczna powinna w przy­szło­ści sta­no­wić istotny ele­ment radziec­kiego arse­nału. A co stało się z bro­nią­cymi swego zboża cywi­lami? Zabito ich około 240 tysięcy, a resztę zamknięto w sied­miu obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Chęt­nych do dal­szej walki z wła­dzą radziecką już nie było.

Tak bar­dzo podo­bała się broń che­miczna wła­dzom ZSRR, że nawet na zjeź­dzie par­tii mówiono o tym, że przy­szła wojna powinna zostać zdo­mi­no­wana przez ten rodzaj uzbro­je­nia. Inte­re­so­wał się nią sam Trocki, powo­łano nawet do życia twór, który nazy­wał się „Sto­wa­rzy­sze­nie Przy­ja­ciół Wojny Che­micz­nej” (sic!). Wszyst­kie jed­nostki zaj­mu­jące się taką bro­nią nie­ba­wem zgru­po­wano pod jedną „czapką”, w Zarzą­dzie Obrony Che­micz­nej. Jed­nostką tą de facto kie­ro­wał Jakow Fisz­man, Żyd z Ode­ssy, dok­tor w dzie­dzi­nie che­mii, zastępca attaché woj­sko­wego ZSRR w Niem­czech. Pod­czas pobytu w Repu­blice Weimar­skiej Fisz­man dobrze poznał nie­miecki prze­mysł che­miczny, kore­spon­do­wał także z Frit­zem Habe­rem. Miał sto­sowne „plecy”, by mógł sobie na to pozwo­lić – jego patro­nem w par­tii był wspo­mniany wcze­śniej Józef Unsz­licht, jedna z naj­waż­niej­szych postaci w mili­tar­nych struk­tu­rach ZSRR.

Fisz­man szybko awan­so­wał i został sze­fem WoChiMU, nowej insty­tu­cji mają­cej opa­no­wać kwe­stię broni che­micz­nej. Zorien­to­wał się, że pozo­stałe po car­skiej Rosji zapasy broni che­micz­nej ule­gają degra­da­cji i prak­tycz­nie nie nadają się już do niczego. Nie spro­stał zada­niu wypro­du­ko­wa­nia 3 milio­nów masek prze­ciw­ga­zo­wych, bo radziecki prze­mysł zwy­czaj­nie nie potra­fił wypro­du­ko­wać żad­nych pro­duk­tów dobrej jako­ści – setki tysięcy masek zuty­li­zo­wano, bo w każ­dej znaj­do­wał się negu­jący jej sku­tecz­ność otwór! Radziec­kiego prze­mysłu che­micz­nego wtedy jesz­cze dosta­tecz­nie nie finan­so­wano, wielu półpro­duk­tów w ogóle nie wytwa­rzano. Fisz­man szu­kał więc ratunku u Niem­ców.

Rozdział VII

VII

Cze­ki­stow­ski ter­ror nie poma­gał – wielu naukow­ców wysłano do obo­zów lub zabito, nie­licz­nym udało się zbiec za gra­nicę. Zastę­po­wa­nie ich pozba­wio­nymi wie­dzy wier­nymi komu­ni­stami nie spraw­dziło się. Jakow Fisz­man, szef WoChiMU, musiał zwró­cić się do Niem­ców – był już wcze­śniej w kon­tak­cie z Frit­zem Habe­rem. For­malna współ­praca roz­po­częła się w 1924 roku, gdy Fisz­man spo­tkał się puł­kow­ni­kiem Fische­rem z Reich­swehry. Począt­kowo współ­praca miała ogra­ni­czony zakres: otóż Niemcy wyszu­ki­wali che­mi­ków chęt­nych do pracy w ZSRR, a Sowieci ich u sie­bie zatrud­niali, for­mal­nie wpro­wa­dza­jąc ich do stanu oso­bo­wego Armii Czer­wo­nej. Zwią­zek Radziecki otrzy­my­wał spe­cja­li­stów, któ­rych ukry­wano w woj­sku przed oczami świata, zaś Reich­swehra utrzy­my­wała kon­trolę nad swo­imi naukow­cami oraz uzy­ski­wała solidne źró­dło infor­ma­cji wywia­dow­czych.

Ten sam Jakow Moj­sie­je­wicz Fisz­man wywal­czył też środki na pro­gram bada­nia broni bio­lo­gicz­nej, labo­ra­to­ria w Lenin­gra­dzie i Moskwie oraz kilka poli­go­nów, ale Niemcy nie byli zain­te­re­so­wani współ­pracą w tym zakre­sie. Wie­rzyli w siłę wła­snego pro­gramu dosko­na­le­nia broni che­micz­nej, znie­chę­cił ich także fakt, że broni bio­lo­gicz­nej nie da się uży­wać na szcze­blu tak­tycz­nym. Fisz­man prze­ko­nał wspo­mi­na­nego przeze mnie wcze­śniej Unsz­lichta, że broń che­miczna, jako prio­ry­te­towa (tow. Sta­lin bar­dzo się inte­re­so­wał per­spek­ty­wami jej uży­cia do wybi­ja­nia lud­no­ści całych miast), musi uzy­skać wspar­cie z zewnątrz – w efek­cie i na ten temat roz­po­częto ponowne nego­cja­cje z Niem­cami. Począt­kowo Sowieci chcieli ośro­dek badaw­czy, który miał głów­nie zaj­mo­wać się bada­niami wyko­rzy­sta­nia broni che­micz­nej w ata­kach lot­ni­czych, ulo­ko­wać w obiek­cie „Ługa” pod Lenin­gra­dem. Tę pro­po­zy­cję odrzu­cono, szu­ka­jąc innej loka­li­za­cji w pobliżu Moskwy.

Wybrano latem 1926 roku miej­sco­wość Podo­sinki – led­wie 20 kilo­me­trów od Kremla w kie­runku Ria­za­nia. Miej­sce zaak­cep­to­wała grupa nie­miecko-radziecka, w któ­rej skład wszedł Fisz­man, a także kapi­tan Kurt Stu­dent, póź­niej­szy dowódca hitle­row­skich wojsk spa­do­chro­no­wych. Niemcy wyra­zili wpraw­dzie swoje zdzi­wie­nie, że ist­nie­jąca baza radziec­kich wojsk che­micz­nych (na­dal cuch­nąca gazem musz­tar­do­wym) wraz z lot­ni­skiem i poli­go­nem znaj­duje się tak bli­sko zamiesz­ka­łych oko­lic, ale Fisz­man zapew­nił ich, że to nie ma zna­cze­nia i że bie­rze cał­ko­witą odpo­wie­dzial­ność za loka­li­za­cję.

Pierw­sza ekipa nie­miec­kich naukow­ców i pilo­tów dotarła jesie­nią tego samego roku do Podo­si­nek, by roz­po­cząć pro­duk­cję par­tii gazów i zacząć testo­wać je w bom­bach lot­ni­czych, ale spo­tkała ich typowo radziecka nie­spo­dzianka: nic nie zostało przy­go­to­wane. Nie było gdzie miesz­kać, nie było gdzie pra­co­wać. Dostępna żyw­ność wzbu­dzała wstręt. Wszyst­kie mate­riały do budowy trzeba było przy­wieźć z Nie­miec (co trwało), bo rodzimy prze­mysł radziecki nie potra­fił ich wypro­du­ko­wać. Bra­ko­wało nawet młot­ków i te rów­nież zamó­wiono z Nie­miec.

Rosja­nie wrę­czyli gościom przy­go­to­wany przez asy­stenta Fisz­mana – a w rze­czy­wi­sto­ści zapewne przez kogoś z OGPU – zestaw 29 zasad, któ­rych mieli Niemcy bez­wa­run­kowo prze­strze­gać. Nie wolno im było samo­dziel­nie jeź­dzić do Moskwy, cho­dzić po całym tere­nie lot­ni­ska czy roz­ma­wiać z Rosja­nami, któ­rzy nie byli bez­po­śred­nio zwią­zani z pro­gra­mem badaw­czym itp. Oto­cze­nie von Seeckta liczyło na szyb­kie roz­po­czę­cie prac, ale wysłan­nicy z Ber­lina zoba­czyli bar­dzo szybko, że Fisz­man może i wydaje roz­kazy, ale nikt ich nie wyko­nuje, nie­mieccy naukowcy miesz­kają w szo­pach bez ogrze­wa­nia i myją się w desz­czówce, zaś jedzą tylko podłą kieł­basę, bo niczego innego nie ma. Świa­dec­twem deter­mi­na­cji Niem­ców jest jed­nak fakt, że szybko zaczęli pro­wa­dzić bada­nia nad roz­rzu­tem środ­ków bojo­wych przy zrzu­ca­niu bomb z symu­lo­waną zawar­to­ścią che­miczną z róż­nej wyso­ko­ści oraz opry­ski­wa­niu poli­gonu ze spe­cjal­nie do tego przy­sto­so­wa­nych samo­lo­tów. Urzą­dzony w grud­niu pokaz dla nie­miec­kich ofi­ce­rów i Unsz­lichta prze­ko­nał o sku­tecz­no­ści nie­do­pra­co­wa­nych jesz­cze metod – Sowieci i Niemcy zgod­nie uznali, że bom­bar­do­wa­nie bądź opry­ski­wa­nie lud­no­ści cywil­nej w wiel­kich mia­stach środ­kami walki che­micz­nej sta­nie się jed­nym z głów­nych narzę­dzi sił zbroj­nych w przy­szłej woj­nie.

Unsz­licht napi­sał do Sta­lina i do całego Biura Poli­tycz­nego nastę­pu­jące słowa: „Uży­cie gazu musz­tar­do­wego za pośred­nic­twem lot­nic­twa w celu ska­że­nia terenu i zaata­ko­wa­nia osad ludz­kich jest moż­liwe tech­nicz­nie oraz ma dużą war­tość”. Nic dodać, nic ująć. Plan pod­bi­cia całego świata, reali­zo­wany przez ZSRR, zawie­rał teraz ele­ment wojny che­micz­nej. Na Kremlu doce­niono wyniki wstęp­nych prac w Podo­sin­kach i zwięk­szono budżet WoChiMU. W marcu 1927 roku w ośrodku w Podo­sin­kach nagle wybuchł pożar, praw­do­po­dob­nie spo­wo­do­wany typo­wym radziec­kim nie­chluj­stwem – ogień stra­wił sporo majątku, a tru­jące wyziewy unie­moż­li­wiały akcję ratow­ni­czą. Straż pożarna z Moskwy dotarła dopiero wtedy, gdy już nie było czego gasić. Niemcy kon­ty­nu­owali prace w Podo­sin­kach jesz­cze przez kilka mie­sięcy, mimo trud­nych warun­ków, uru­cho­mili nawet pilo­ta­żową pro­duk­cję gazu musz­tar­do­wego, ale pla­no­wali zmie­nić loka­li­za­cję ośrodka na bar­dziej dogodną. Rosja­nie pozo­stali w Podo­sin­kach, z któ­rych uczy­nili jeden z głów­nych ośrod­ków maso­wej pro­duk­cji broni che­micz­nej, a Niemcy, odrzu­ciw­szy pro­po­no­wany Ora­nien­burg, zna­leźli lep­sze miej­sce.

Jun­kers F 13 używany w Podo­sin­kach.

Rozdział VIII

VIII

W 1927 roku, po chwi­lo­wym ochło­dze­niu sto­sun­ków nie­miecko-radziec­kich ze względu na aferę z Jun­ker­sem (o któ­rej opo­wiem nie­ba­wem), mini­ster spraw zagra­nicz­nych Gustav Stre­se­mann został prze­ko­nany co do słusz­no­ści taj­nego współ­dzia­ła­nia z Sowie­tami. W związku z tym mili­ta­ry­stom łatwiej było powró­cić do dzia­łań mają­cych na celu roz­bu­dowę pro­gramu broni che­micz­nej. W 1928 roku, po nego­cja­cjach, połą­czone dele­ga­cje radziecko-nie­miec­kie odwie­dziły tereny obok mia­steczka Wolsk, 150 km od Sara­towa, z dostę­pem do Wołgi, oto­czone nie­użyt­kami, które nada­wały się na poli­gony.

Nowy ośro­dek, mający kon­ty­nu­ować dzieło roz­po­częte w Podo­sin­kach, nazwano kryp­to­ni­mem TOMKA. Rów­no­le­gle z budową tegoż roz­po­częto kon­stru­owa­nie osob­nego, czy­sto radziec­kiego ośrodka w odle­gło­ści ok. 10 kilo­me­trów – pod wzglę­dem wypo­sa­że­nia był on kopią tego wspól­nego. Wio­sną 1928 roku 29 nie­miec­kich „cywi­lów” zebrało się pota­jem­nie w Ber­li­nie, by przy­go­to­wać się do wyjazdu do ZSRR – wśród nich byli che­micy, fil­mowcy, inży­nie­ro­wie i nawet pie­lę­gnia­rze zwie­rząt labo­ra­to­ryj­nych. Ośrod­kiem TOMKA dowo­dził gene­rał arty­le­rii Wil­helm von Trep­per, który także, jak to było przy­jęte, for­mal­nie „odszedł” z Reich­swehry, by wyje­chać na Wschód już jako osoba cywilna. Nie­miecki kon­tyn­gent jechał do ośrodka TOMKA eta­pami, z któ­rych ostat­nim był rejs roz­pa­da­ją­cym się stat­kiem paro­wym po Woł­dze, bo wła­dza robot­ni­czo-chłop­ska nie zbu­do­wała w tym rejo­nie żad­nych dróg. W oko­lice ośrodka tra­fiono dzięki temu, że miej­scowi chłopi wie­dzieli, gdzie odbywa się budowa „cze­goś taj­nego” i wska­zali podróż­nym drogę.

Tak jak w przy­padku prak­tycz­nie wszyst­kich nie­miec­kich taj­nych ośrod­ków woj­sko­wych w Związku Radziec­kim, Niemcy dostar­czali wszyst­kie mate­riały i sprzęt, a ZSRR tylko siłę robo­czą. Mozol­nie trans­por­to­wano do ZSRR, okrężną drogą, koleją i cię­ża­rów­kami, nie tylko pre­fa­bry­ko­wane budynki, ale nawet pościel i papier do maszyn do pisa­nia. Ogromna ampli­tuda tem­pe­ra­tur, spo­ty­ka­nych w tym rejo­nie radziec­kiego impe­rium, wymu­siła zbu­do­wa­nie w abso­lut­nie każ­dym budynku potęż­nych pie­ców grzew­czych – także w każ­dym powsta­łym tunelu i pod­ziem­nym maga­zy­nie – aby zbyt niskie tem­pe­ra­tury nie zafał­szo­wały wyni­ków prób broni che­micz­nej.

Całość świet­nie zor­ga­ni­zo­wano, zna­la­zło się w kom­plek­sie nawet miej­sce na kla­syczne kasyno ofi­cer­skie. Gene­rał von Blom­berg, który wizy­to­wał ośro­dek TOMKA, oka­zał głę­bo­kie zado­wo­le­nie wobec tego, co ujrzał. Ośro­dek podzie­lono na trzy działy. Pierw­szy badał opry­ski z powie­trza i lot­ni­cze bomby che­miczne, drugi pra­co­wał nad roz­pro­wa­dza­niem środ­ków che­micz­nych za pomocą insta­la­cji na cię­ża­rów­kach i spe­cjal­nych „czoł­gach che­micz­nych”, zaś trzeci pra­co­wał nad ochroną przed ata­kami che­micz­nymi. Każ­demu dzia­łowi prze­wo­dził doświad­czony nie­miecki nauko­wiec, któ­remu przy­dzie­lono Rosjan z nie naj­gor­szym wykształ­ce­niem, mówią­cych bie­gle po nie­miecku. Niczego przed radziec­kimi part­ne­rami nie ukry­wano.

Do 1929 roku spę­dza­nie wol­nego czasu z radziec­kimi kole­gami było zaka­zane, ale potem ofi­ce­ro­wie bar­dzo się do sie­bie zbli­żyli – sprzy­jała temu zna­jo­mość nie­miec­kiego przez prak­tycz­nie wszyst­kich ofi­ce­rów Armii Czer­wo­nej przy­dzie­lo­nych do obiektu TOMKA. Aby nie wywo­ły­wać kon­flik­tów mię­dzy mocno pra­wi­cowo nasta­wio­nymi Niem­cami i indok­try­no­wa­nymi w imię prza­śnego sta­li­ni­zmu Rosja­nami, prze­strze­gano nie­pi­sa­nej umowy o uni­ka­niu jakich­kol­wiek tema­tów poli­tycz­nych. Pra­co­wano inten­syw­nie. Krótka prze­rwa zimowa z 1930 na 1931 rok podyk­to­wana była nie tylko rosną­cym dys­kom­for­tem Niem­ców, ale także pra­gnie­niem sztabu gene­ral­nego Reich­swehry, by prze­pro­wa­dzić głę­boką ana­lizę doko­nań ośrodka przy fizycz­nej obec­no­ści jego kadry ofi­cer­skiej w ojczyź­nie.

W 1931 roku powró­cono do pro­gramu badań, przy czym obej­mo­wały one kilka nowych obsza­rów. Pra­co­wano nad gazem musz­tar­do­wym w sta­łym sta­nie sku­pie­nia, nad skład­ni­kami zwięk­sza­ją­cymi adhe­zję środ­ków bojo­wych, nad nowymi kali­brami che­micz­nej amu­ni­cji arty­le­ryj­skiej i bomb lot­ni­czych, nad zbior­ni­kami do wypusz­cza­nia gazu nad okopy wroga, nad nowymi zapal­ni­kami, nad nowym typem natry­sko­wego urzą­dze­nia do roz­pro­wa­dza­nia bojo­wych środ­ków tru­ją­cych. Roz­wi­jano bojowe zasto­so­wa­nie dwu­fe­ny­lo­chlo­ra­zyny oraz pochod­nych fos­genu, ale także bie­dzono się nad meto­dami odka­ża­nia i pomocy medycz­nej ofia­rom ataku che­micz­nego.

Pierw­sze próby poli­go­nowe w nowym sezo­nie zakoń­czyły się roz­le­głymi popa­rze­niami gazem musz­tar­do­wym u tych ofi­ce­rów, któ­rym ze względu na upały nie chciało się dokład­nie uszczel­nić kom­bi­ne­zo­nów ochron­nych. Trak­to­wano jed­nakże takie obra­że­nia jako oczy­wi­ste. Poli­gony arty­le­ryj­skie drżały od salw z armat – testo­wano amu­ni­cję che­miczną, uży­wa­jąc do tego sze­ściu dział polo­wych, czte­rech hau­bic lek­kich, dwóch hau­bic cięż­kich oraz roz­ma­itych dział mniej­szych kali­brów. Trzy­osiowy samo­chód pan­cerny kon­struk­cji zakła­dów Kruppa słu­żył do bada­nia sku­tecz­no­ści opry­sków nawierzchni dróg środ­kami bojo­wymi – oka­zało się, że odpo­wied­nio dobrane skład­niki cie­czy spra­wiają, że dana droga, grun­towa czy utwar­dzona, staje się nie­moż­liwa do poko­na­nia przez żoł­nie­rzy nie­przy­ja­ciela jesz­cze po godzi­nie od wyko­na­nia opry­sku.

Naj­więk­szą wagę oby­dwie strony przy­wią­zy­wały do szcze­gól­nie obie­cu­ją­cej dzie­dziny badań, mia­no­wi­cie che­micz­nych bom­bar­do­wań lot­ni­czych. Na poli­go­nach roz­sta­wiano klatki z psami i kró­li­kami w usta­lo­nych odle­gło­ściach od celu bom­bar­do­wań. Następ­nie pilot, zwy­kle radziecki, rza­dziej nie­miecki, zrzu­cał nie­wiel­kie bomby z jed­nego z czte­rech aero­pla­nów znaj­du­ją­cych się w ośrodku. Zapal­nik cza­sowy powo­do­wał deto­na­cję bomby na pew­nej wyso­ko­ści nad zie­mią, co zapew­niało pokry­cie środ­kiem bojo­wym więk­szego obszaru. Tra­dy­cyjne roz­pra­sza­nie gazów bojo­wych z pojem­ni­ków znaj­du­ją­cych się na ziemi oka­zało się sku­tecz­niej­sze – zabi­jały one 83 pro­cent roz­miesz­czo­nych na poli­go­nie zwie­rząt labo­ra­to­ryj­nych, pod­czas gdy bom­bar­do­wa­nie z powie­trza czy lot­ni­cze opry­ski dawały zale­d­wie 50 pro­cent śmier­tel­no­ści.

Niemcy rela­tyw­nie szybko prze­ko­nali się, że stra­te­giczne bom­bar­do­wa­nia z więk­szej wyso­ko­ści przy uży­ciu bomb wypeł­nio­nych środ­kiem che­micz­nym mają zni­komą sku­tecz­ność, ale Rosja­nie upie­rali się przy tej meto­dzie sto­so­wa­nia broni che­micz­nej. Radziecki komen­dant ośrodka powie­dział na forum kadry ofi­cer­skiej, że „metody te są wystar­cza­jące do usu­nię­cia wroga ze znacz­nej powierzchni tere­nów przy­fron­to­wych”. Niby żar­tem dodał, że „ataki na małej wyso­ko­ści wystar­czą, by dać wro­gowi – na przy­kład pol­skiemu woj­sku, ale także pol­skim robot­ni­kom i chło­pom – lek­cję, po któ­rej pozbie­rają się dopiero po kilku tygo­dniach”. Powięk­sza­nie tery­to­rium radziec­kiego impe­rium na­dal sta­no­wiło główny cel zbro­jeń ZSRR, a broń che­miczna miała pomóc w jego osią­gnię­ciu.

Rosja­nie ruty­nowo testo­wali che­miczne środki bojowe także na wła­snym woj­sku, ofi­cjal­nie oczy­wi­ście na „ochot­ni­kach”, tra­cąc przy tym część z nich – uzna­wano to jed­nak za moż­liwą do zaak­cep­to­wa­nia ofiarę, skła­daną na ołta­rzu przy­szłych wojen­nych zwy­cięstw. Niemcy także badali dzia­ła­nie nie­któ­rych sub­stan­cji na swoim per­so­nelu, byli to jed­nak naprawdę ochot­nicy. Po następ­nej zimie kon­ty­nu­owano prace w ośrodku TOMKA przez jakiś czas, bada­jąc mię­dzy innymi mie­sza­ninę róż­nych sub­stan­cji zwaną Pfif­fi­kus, ale gene­ral­nie Niemcy byli roz­cza­ro­wani wyni­kami prac. Uznali, że na skalę stra­te­giczną broni che­micznej z dosta­teczną sku­tecz­no­ścią sto­so­wać się nie da. W tym samym cza­sie Rosja­nie także uznali, że dal­sza dzia­łal­ność ośrodka nie ma sensu, bo w innych taj­nych obiek­tach bada się te same sub­stan­cje na znacz­nie więk­szą skalę. Rosja­nie byli gotowi do napeł­nie­nia 5 milio­nów poci­sków arty­le­ryj­skich che­micz­nymi środ­kami bojo­wymi, pro­du­ko­wali ogromne liczby masek prze­ciw­ga­zo­wych i wyszko­lili pięć peł­nych bata­lio­nów che­micz­nych. Nota­bene w roku 1941 nie­miecki wywiad oce­niał, że zdol­no­ści pro­duk­cyjne prze­my­słu ZSRR w zakre­sie broni che­micznej prze­kra­czały zdol­no­ści każ­dego innego kraju na Ziemi.

W 1933 roku osta­tecz­nie Niemcy prze­stali łożyć na utrzy­ma­nie obiektu TOMKA, który Rosja­nie w szyb­kim tem­pie od tej pory samo­dziel­nie roz­bu­do­wy­wali. Niem­com uży­cie broni che­micz­nej kłó­ciło się z kon­cep­cją bar­dzo ruchli­wych ugru­po­wań pan­cer­nych, ale Rosja­nie jesz­cze długo uwa­żali broń che­miczną za pod­sta­wową w przy­szłej woj­nie. W latach 1932-1935 Rosja Radziecka współ­pra­co­wała w dzie­dzi­nie broni che­micz­nej także z Wło­chami.

Nie­miecki per­so­nel ośrodka ośro­dek badań nad bro­nią che­miczną TOMKA.

Rozdział IX

IX

Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej mocar­stwa róż­nie myślały o roz­woju lot­nic­twa woj­sko­wego. Pod tym wzglę­dem teo­re­tycy woj­sko­wo­ści w ZSRR i Niem­czech odbie­gali od swo­ich kole­gów w Impe­rium Bry­tyj­skim i Fran­cji.

Uprasz­cza­jąc nieco sprawę, Bry­tyj­czycy i Fran­cuzi wie­rzyli, że następna, mało praw­do­po­dobna według nich wojna, roze­grana zosta­nie prak­tycz­nie w ten sam spo­sób, co pierw­sza świa­towa, „wojna, która skoń­czy wszyst­kie wojny”. Zakła­dali, że będzie to wojna pozy­cyjna, pod­czas któ­rej będzie można spo­koj­nie prze­ka­zy­wać roz­kazy za pośred­nic­twem tele­grafu lub tele­fonu polo­wego i gdzie prze­ła­mań oporu wroga doko­ny­wać się będzie for­ma­cjami pie­choty wspie­ra­nymi przez czołgi. Czołgi będące w rze­czy­wi­sto­ści czymś w rodzaju rucho­mych bun­krów, samo­bież­nych punk­tów ognio­wych, poru­sza­ją­cych się powoli, w tem­pie znu­żo­nego pie­chura.

Trudno w to uwie­rzyć, ale przed­sta­wi­ciele innych rodza­jów sił zbroj­nych nale­gali na likwi­da­cję Royal Air Force (bry­tyj­skich Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych) po zakoń­cze­niu pierw­szej wojny świa­to­wej, twier­dząc, że okres przy­dat­no­ści tej for­ma­cji minął. Lot­nic­two zmniej­szono o 90 pro­cent i naci­skano, by wszyst­kie jego funk­cje oprócz szko­le­nia w pilo­tażu prze­jęły Admi­ra­li­cja i dowódz­two wojsk lądo­wych. RAF ura­to­wany został przez czło­wieka, uzna­wa­nego do dziś za naro­do­wego boha­tera, gene­rała Hugh Tren­charda, pierw­szego wiceh­ra­biego Tren­chard.

Wpadł on oto na pomysł, by użyć sił lot­ni­czych do tłu­mie­nia powstań krnąbr­nych tubyl­ców w róż­nych zakąt­kach wiel­kiego impe­rium. W Soma­li­lan­dzie, Iraku (gdzie dowódz­two całych sił bry­tyj­skich przy­pa­dło lot­nic­twu) i na pogra­ni­czu Indii sku­tecz­nie zwal­czano zbun­to­wane ple­miona z powie­trza, bom­bar­du­jąc je i ostrze­li­wu­jąc. Uży­wano lot­nic­twa do roz­po­zna­nia i trans­portu żoł­nie­rzy. Poszu­ku­jąc zasto­so­wań dla RAF Tren­chard zapro­po­no­wał także, by z powie­trza tłu­mić robot­ni­cze pro­te­sty w Anglii, ale nawet dla Chur­chilla był to pomysł zbyt rady­kalny.

W tym samym cza­sie w roz­bro­jo­nych i złu­pio­nych Niem­czech reali­ści wie­dzieli, że kraju nie będzie stać ani na ogromne woj­sko, ani na dłu­go­trwałe wojny – zwy­cię­żało myśle­nie pre­fe­ru­jące ruchliwe, szybko prze­miesz­cza­jące się siły, zada­jące prze­ciw­ni­kowi głę­bo­kie ciosy. Oprócz broni pan­cer­nej do tego spo­sobu pro­wa­dze­nia wojny paso­wało także nowo­cze­sne lot­nic­two. Sowieci z kolei, podą­ża­jąc drogą „rewo­lu­cji świa­to­wej”, także myśleli o szyb­kich ude­rze­niach – tak sil­nych, by ode­brały wro­gowi zdol­ność pro­wa­dze­nia dal­szych dzia­łań zbroj­nych. Byli prze­ko­nani, że lot­nic­two, także korzy­sta­jące z broni che­micz­nej, jest nie­zbęd­nym skład­ni­kiem pla­nów wojen­nych. Pla­nów, w któ­rych bra­ko­wało jakich­kol­wiek śla­dów dok­tryny obron­nej – Zwią­zek Radziecki myślał wyłącz­nie o ataku.

Niem­com w roz­woju dok­tryny, tech­niki oraz w szko­le­niu per­so­nelu prze­szka­dzał trak­tat wer­sal­ski, a w szcze­gól­no­ści komi­sja kon­troli pil­nu­jąca, by Repu­blika Weimar­ska nie zyskała prze­wagi mili­tar­nej. Związ­kowi Radziec­kiemu obok mię­dzy­na­ro­do­wego ostra­cy­zmu prze­szka­dzał fakt, że robot­ni­czo-chłop­ska rewo­lu­cja zdo­łała uni­ce­stwić ponad sto lot­ni­czych przed­się­biorstw dzia­ła­ją­cych w car­skiej Rosji. Nowo­cze­sna tech­nika lot­ni­cza, wie­dza na temat budowy pła­tow­ców i sil­ni­ków musiały przy­być z zewnątrz.

Pro­blem pole­gał także na tym, że nawet wśród tych, któ­rzy uwa­żali, że przy­szła wojna w powie­trzu będzie się róż­nić od zma­gań w latach 1914-1918, nikt nie wie­dział na pewno, w jaki spo­sób. Wró­że­nie z fusów nie jest metodą prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści lubianą przez teo­re­ty­ków woj­sko­wo­ści, szu­kano więc kon­cep­cji, która mogła wyda­wać się wia­ry­godna. Wielką popu­lar­ność zyskała książka wło­skiego gene­rała Giu­lio Douheta „Pano­wa­nie w powie­trzu”, w któ­rej ten entu­zja­sta nowa­tor­skich tech­no­lo­gii pro­po­no­wał nową dok­trynę. Pole­gała ona na pro­wa­dze­niu maso­wych bom­bar­do­wań lud­no­ści cywil­nej w mia­stach w kraju wroga; dopro­wa­dzona do skraj­nej despe­ra­cji lud­ność miała się w kon­se­kwen­cji bun­to­wać wobec wła­dzy i wymu­szać pod­da­nie się. Teo­ria Douheta, który spę­dził tro­chę czasu w wię­zie­niu za kry­ty­ko­wa­nie wło­skich władz woj­sko­wych pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej, podo­bała się wielu gene­ra­łom, ale jej prak­tyczne zasto­so­wa­nie trzeba było dopiero wypra­co­wać.

Lata 30. XX wieku w jakimś stop­niu znie­chę­ciły Niem­ców i Sowie­tów do dok­tryny Douheta – Niem­ców przede wszyst­kim po doświad­cze­niach wojny w Hisz­pa­nii i wobec ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści wła­snego prze­my­słu (np. czte­ro­sil­ni­kowy bom­bo­wiec o dużym udźwigu miał tyle sil­ni­ków, ile dwa śred­nie bom­bowce), a Sowie­tów dla­tego, że nisz­cze­nie dóbr, które chce się prze­jąć, wyko­rzy­stać czy ukraść w kra­jach, które chce się pod­bić, zupeł­nie nie ma sensu. Ale na początku lat 20. takich wnio­sków nie było. Woj­skowi od von Seeckta chcieli po pro­stu szko­lić per­so­nel lata­jący i pota­jem­nie badać samo­loty bojowe, a wła­dze ZSRR potrze­bo­wały wyko­nać skok jako­ściowy i szybko się zaopa­trzyć w nowo­cze­sne pła­towce oraz sil­niki.

Współ­praca lot­ni­cza mię­dzy Repu­bliką Weimar­ską i Związ­kiem Radziec­kim to tak obszerny temat, że podzielę go na zagad­nie­nia i osobno opo­wiem o współ­dzia­ła­niu w zakre­sie pro­duk­cji samo­lo­tów, sil­ni­ków lot­ni­czych, orga­ni­za­cji wspól­nych linii lot­ni­czych oraz o dzia­łal­no­ści szkoły lot­ni­czej i poli­gonu doświad­czal­nego w Lipiecku.

Rozdział X

X

Spe­cjalne fun­du­sze nie­miec­kie pod kon­trolą gene­ra­łów Reich­swehry posłu­żyły do zało­że­nia całej masy spółek prawa han­dlo­wego, takich jak Russ­ger­torg (firma han­dlowa, spro­wa­dziła m.in. ruro­ciągi do obsługi pól naf­to­wych Kau­kazu), Derop (firma han­dlu­jąca radziecką ropą naf­tową, dużo póź­niej prze­jęta przez Aral), Derufa (radziecko-nie­miec­kie sto­wa­rzy­sze­nie pro­duk­cji fil­mo­wej) i im podob­nych. Naj­cie­kaw­szą z nich pozo­staje jed­nakże Deru­luft, przed­się­bior­stwo powo­łane do roz­woju komu­ni­ka­cji lot­ni­czej.

Dla­czego naj­cie­kaw­szą? A dla­tego, że nie za bar­dzo wia­domo, jak mogła powstać już w 1921 roku, gdy inne wspólne przed­się­wzię­cia nie­miec­kich mili­ta­ry­stów i radziec­kich przy­wód­ców zaczęły się rodzić dopiero rok póź­niej. Udało mi się usta­lić, że 24 listo­pada 1921 roku, w Ber­li­nie, Borys Spi­ry­do­no­wicz Sto­mon­ja­kow (radziecki przed­sta­wi­ciel han­dlowy pocho­dze­nia buł­gar­skiego) pod­pi­sał umowę o zało­że­niu linii lot­ni­czej z Fer­di­nan­dem Raschem, sze­fem nie­miec­kiej firmy Aero-Union AG. Skąd wzięło się to ostat­nie przed­się­bior­stwo? Led­wie sie­dem mie­sięcy wcze­śniej powstało z woli linii mor­skiej HAPAG, wytwórni lot­ni­czej Luft­schif­fbau Zep­pe­lin GmbH oraz giganta prze­my­sło­wego AEG (który w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej był dru­gim po Krup­pie dostawcą sprzętu woj­sko­wego w Niem­czech). Do udzia­łow­ców spółki dołą­czyły potem inne nie­miec­kie przed­się­bior­stwa branży meta­lo­wej.

Nową firmę nazwano Deutsch-Rus­si­sche Luftver­kehrs A.G., w skró­cie Deru­luft. Kapi­tał spółki akcyj­nej wyniósł 5 milio­nów Reich­sma­rek, wnie­siony po poło­wie przez strony nie­miecką i radziecką. Pod­pi­sana w Ber­li­nie (na długo przed roz­mo­wami w Rapallo!) umowa zało­ży­ciel­ska zawie­rała klau­zulę, w któ­rej wła­dze moskiew­skie gwa­ran­to­wały linii wyłącz­ność na połą­cze­nie lot­ni­cze Nie­miec i Rosji Radziec­kiej. Pierw­szą ope­ra­cję lot­ni­czą prze­pro­wa­dzono już 1 maja 1922 roku – począt­kowo latano tylko z Königsberg (Kró­lewca) do Moskwy i wożono jedy­nie pocztę. Linia roz­wi­jała się szybko. Klu­czowe połą­cze­nie Ber­lina z Moskwą zre­ali­zo­wano z mię­dzy­lą­do­wa­niami w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku, Königsberg (Kró­lewcu), Kow­nie i Wiel­kich Łukach. Udziały w linii Deru­luft zaku­piła powstała w 1926 roku Deut­sche Luft Hansa (kie­ro­wana przez tego samego Erharda Mil­cha, który po doj­ściu NSDAP do wła­dzy sta­nął na czele Mini­ster­stwa Lot­nic­twa Rze­szy). Nota­bene Niemcy uru­cho­miły połą­cze­nie lot­ni­cze z Moskwą wcze­śniej niż podobne połą­cze­nie z Pary­żem.

Naj­pierw Deru­luft korzy­stał z samo­lo­tów Fok­ker F.III, które czę­ściowo zmon­to­wano w Niem­czech i czę­ściowo w nowej sie­dzi­bie Fok­kera w Holan­dii. W 1927 roku Fok­kery lata­jące na dłu­giej tra­sie Ber­lin-Moskwa zastą­piono nowiut­kimi Dornie­rami Mer­kur, zaopa­trzo­nymi w 600-konne sil­niki BMW VI.

Nie­miec­kie samo­loty Jun­kers, Dornier i holen­der­sko-nie­miec­kie Fok­kery wła­dze w Moskwie zaku­piły także dla innych linii lot­ni­czych, jak UkrWoz­duch­Put’ i Dobrol­jot. Wymie­nione dwie połą­czono w jedną w latach dwu­dzie­stych, a potem w roku 1932, wraz z innymi liniami, umiesz­czono pod wspólną „czapką” orga­ni­za­cji o nazwie Aero­fłot. Gdy dzia­łal­ność Deru­lu­ftu zakoń­czyła się for­mal­nie w 1937 roku, jego sieć połą­czeń stała się pod­stawą dzia­łal­no­ści nowej radziec­kiej linii lot­ni­czej pod nazwą Aero­fłot. Można zatem uznać, że to radziec­kie, a potem rosyj­skie przed­się­bior­stwo lot­ni­cze wywo­dzi się w pro­stej linii od zało­żo­nego pospiesz­nie i w nie­ja­snych oko­licz­no­ściach Deru­lu­ftu.

Chyba warto wspo­mnieć w tym miej­scu, że Pol­ska Linja Lot­ni­cza AeroL­loyd (od 1925 roku Aero­lot) powstała na bazie parku maszyn firmy Lloyd Ost­flug z Wol­nego Mia­sta Gdań­ska, zarzą­dza­nej przez Erharda Mil­cha, miała nie­miec­kich udzia­łow­ców i latała na Jun­ker­sach, kupio­nych od szwedz­kiego oddziału firmy. Samo­loty począt­kowo pilo­to­wali nie­mieccy lot­nicy z fabryki Jun­kersa w Des­sau, a obsłu­gi­wali pocho­dzący stam­tąd tech­nicy. Wnio­sek: PLL „LOT” i Aero­fłot mają wspólne korze­nie…

Wymiana sil­nika w Jun­ker­sie F 13 w warsz­ta­tach Aero­lot, które mie­ściły się na tere­nie gdań­skiego lot­ni­ska.

Rozdział XI

XI

Oszo­ło­miona począt­kowo warun­kami trak­tatu wer­sal­skiego nie­miecka gene­ra­li­cja pozbie­rała się szybko i zaczęła szu­kać spo­so­bów na zapew­nie­nie prze­trwa­nia doświad­czo­nej kadry ofi­cer­skiej. Von Seeckt, Wil­berg oraz inni dowódcy pla­no­wali mię­dzy innymi pota­jemną odbu­dowę lot­nic­twa – tylko jak mieli utrzy­mać przy życiu osła­biony prze­mysł lot­ni­czy?

Klu­czową posta­cią w zaku­li­so­wych dzia­ła­niach Repu­bliki Weimar­skiej i Rosji Radziec­kiej jest Karol Radek. Uro­dzony we Lwo­wie Karl Sobel­sohn wcze­śnie wszedł w śro­do­wi­ska socja­li­styczne i przy­brał pseu­do­nim Radek ku czci postaci z powie­ści Żerom­skiego. Współ­dzia­łał z Różą Luk­sem­burg i szybko dotarł do Lenina. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej jako wyjąt­kowo wierny Moskwie komu­ni­sta tra­fił do Komin­ternu, czyli orga­ni­za­cji, któ­rej rze­czy­wi­stym zada­niem było prze­pro­wa­dze­nie rewo­lu­cji świa­to­wej. Z jej ramie­nia został wysłany do Ber­lina, by wraz z ekipą cze­ki­stów „poma­gać kla­sie robot­ni­czej” budo­wać Komu­ni­styczną Par­tię Nie­miec i pla­no­wać rewo­lu­cyjny prze­wrót.

Ujęty przez wła­dze nie­miec­kie, prze­by­wał przez jakiś czas w aresz­cie domo­wym w Ber­li­nie, gdzie spo­ty­kał się m.in. z wymie­nio­nym wcze­śniej Enve­rem Paszą. Ten poznał go ze swo­imi nie­miec­kimi zna­jo­mymi. Czło­wiek, który chwilę wcze­śniej na roz­kaz Moskwy miał roz­pa­lić rewo­lu­cyjną pożogę w Niem­czech i wcią­gnąć ten kraj do radziec­kiej strefy wpły­wów, zbli­żył się do nie­miec­kiej gene­ra­li­cji i zaczął z nią dys­ku­to­wać o wspól­nych dzia­ła­niach – oby­dwa kraje wszak były wów­czas paria­sami Europy. Niemcy wkrótce depor­to­wali go jed­nak do Pol­ski, która wymie­niła go z Sowie­tami na pol­skiego ofi­cera Hen­ryka Gorze­chow­skiego (któ­rego nota­bene dwa­dzie­ścia lat póź­niej NKWD zamor­do­wało w Katy­niu).

Prze­sta­rzałe lot­nic­two radziec­kie nie mia­łoby szans w walce z lot­nic­twem mocarstw zachod­nich, gdyby wresz­cie ruszyła z miej­sca inwa­zja na Europę, tak upra­gniona przez oto­cze­nie Lenina. Zwią­zek Radziecki musiał bły­ska­wicz­nie zaopa­trzyć się w jak naj­no­wo­cze­śniej­sze samo­loty. W celu omi­nię­cia ogra­ni­czeń nało­żo­nych przez trak­tat wer­sal­ski i kon­ty­nu­owa­nia dzia­łal­no­ści prze­my­sło­wej, nie­miec­kie zakłady lot­ni­cze poza­kła­dały filie za gra­nicą: Alba­tros na Litwie, Dornier w Szwaj­ca­rii i we Wło­szech, zaś Hein­kel i Jun­kers w Szwe­cji. Radziec­kiemu kie­row­nic­twu marzyła się współ­praca z Alba­trosem. Enver Pasza udał się do Moskwy w 1919 roku, by kon­ty­nu­ować nie­for­malne kon­takty Radka z von Seeck­tem.

Sowieci potrak­to­wali sprawę poważ­nie i wysłali do Nie­miec nie­ja­kiego Wik­tora Koppa, który teo­re­tycz­nie miał być amba­sa­do­rem ZSRR w Ber­li­nie, a jed­no­cze­śnie prak­tycz­nie zająć się orga­ni­za­cją wspól­nych przed­się­biorstw radziecko-nie­miec­kich. Tenże Kopp, póź­niej także amba­sa­dor ZSRR w Szwe­cji i Japo­nii, wierny druh Troc­kiego, dokład­nie zba­dał ist­nie­jące w Niem­czech fabryki uzbro­je­nia. Prze­ka­zał Troc­kiemu, że ist­nieje duży poten­cjał w prze­my­śle lot­ni­czym Repu­bliki Weimar­skiej. Wów­czas strona nie­miecka wysłała na Wschód swoją dele­ga­cję tech­niczną, któ­rej prze­wo­dził wyjąt­kowy czło­wiek, Oskar Rit­ter von Nie­der­meyer – osob­nik tak szcze­gólny, że warto poświę­cić nieco miej­sca na dygre­sję na jego temat.

Pocho­dził z zamoż­nej rodziny miesz­ka­ją­cej w Regens­burgu. Dosłu­żyw­szy się stop­nia porucz­nika w armii w cza­sach pokoju, sko­rzy­stał ze wspar­cia woj­ska, by dostać się na stu­dia. Wybrał uni­wer­sy­tet w Erlan­gen, gdzie naby­wał wie­dzę w zakre­sie nauk przy­rod­ni­czych, geo­lo­gii i filo­lo­gii. Miał wybitne zdol­no­ści do nauki języ­ków obcych – bie­gle posłu­gi­wał się angiel­skim i rosyj­skim, nie­źle mówił po arab­sku, turecku i per­sku. I tutaj zaczęła się jego długa kariera w wywia­dzie woj­sko­wym. Otóż woj­sko udzie­liło mu dwu­let­niego urlopu nauko­wego, z zacho­wa­niem peł­nego żołdu, aby mógł wybrać się w podróż do Per­sji i Indii, któ­rej celem było pro­wa­dze­nie wyko­pa­lisk oraz bada­nia nad kul­turą szy­itów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki