Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Współpraca Niemiec i Związku Radzieckiego - opinia publiczna nadal nie wie o niej zbyt wiele. Najczęściej kojarzy się nam z sowieckim atakiem na Polskę 17 września 1939 roku i to wszystko. A współpraca krajów, które przez ponad dekadę posługiwały się narodowymi flagami w tym samym, czerwonym kolorze, zaczęła się znacznie wcześniej. Zdaniem autora współpraca między teoretycznymi wrogami ma w polityce miejsce wówczas, gdy pojawiają się komplementarne potrzeby.
Państwo Lenina planowało podbicie reszty świata, a do tego potrzebowało nowoczesnej armii - takiej samodzielnie zbudować się nie dało. Umiejętność skutecznego, masowego mordowania cywilów nie czyniła z komisarzy wybitnych strategów. Z kolei wiedza, i militarna, i techniczna, występowała w obfitości w Niemczech - kraju, w którym wojsko sterowało podczas wojny propagandą w sposób tak skuteczny, że ludność nie zdawała sobie sprawy, że wojna jest przegrana. W końcu to armia w potajemny sposób sfinansowała powstanie wytwórni filmowej UFA, by skuteczniej manipulować opinią publiczną.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 384
Książka ta powstała albo przypadkowo, albo w konsekwencji działania Opatrzności – co kto woli. Prowadziłem research do mojej serii powieści historycznych o pilocie doświadczalnym Luftwaffe i badałem kwestię tajnego niemieckiego ośrodka lotniczego w Lipiecku w Związku Radzieckim. Im więcej wiedzy zdobywałem, tym głębiej wpadałem w matnię, plątaninę strzępów niezwykłych informacji. Czasem było to jedno zdanie w jakiejś publikacji, które prowadziło mnie do akapitu w innej publikacji i tak dalej. Czytałem książki, prace naukowe, artykuły w specjalistycznych czasopismach, odtajnione raporty wywiadu po polsku, angielsku, niemiecku, rosyjsku i brnąłem coraz głębiej w sprawy sekretnej współpracy ZSRR i Niemiec.
I wtedy odezwał się do mnie Mirek Dworniczak, założyciel i spiritus movens bloga naukowego „Eksperyment myślowy”. Nakłonił mnie, bym napisał coś o samochodach; byłem zaszczycony, mogąc znaleźć się w gronie prawdziwych naukowców. Trochę zmęczony pisaniem o automobilowej historii, zaproponowałem, że napiszę tekst o tajnej współpracy Republiki Weimarskiej i leninowskiego ZSRR. Jeden tekst przerodził się w długą serię, do rozwijania której namawiali mnie koledzy piszący do bloga. To dzięki Mirkowi, Wieśkowi, Lucasowi, Marcinowi i Piotrkowi nie straciłem zapału, rozciągając cykl, aż sięgnął fascynującego okresu po 1945 roku. Napisawszy kilkadziesiąt odcinków pomyślałem, że właściwie to materiał na książkę – tu znów mogłem liczyć na życzliwe wsparcie kolegów z „Eksperymentu myślowego”.
To nie jest żadna poważna praca naukowa, a tylko próba zebrania w jednym miejscu powszechnie dostępnych informacji, zsyntetyzowania logicznego ciągu zdarzeń, który przeczy oficjalnej wersji historii i powszechnie akceptowanym stereotypom. Nie włamałem się do tajnych archiwów Kremla, nie spenetrowałem zapomnianego składu akt – po nitce do kłębka idąc, zbierałem rozsypane odłamki prawdy historycznej i starałem się ułożyć z nich spójny obraz. Przypominało to składanie układanki typu puzzle, w której brakuje nam połowy elementów. Przyświecał mi jasny cel: pokazać, że historia Związku Radzieckiego i Rosji oparta jest na maskirowce i mistyfikacji. Jeśli uznają Państwo, że faktycznie warto zrewidować stereotypy w tym zakresie, mój wysiłek zostanie nagrodzony.
Książkę dedykuję mojej żonie Agnieszce i córce Patrycji, bez których wsparcia i bezgranicznej wyrozumiałości nie mogłaby ona nigdy powstać.
Miłej lekturyPiotr R. Frankowski
I
Współpraca Niemiec i Związku Radzieckiego – opinia publiczna nadal nie wie o niej zbyt wiele. Najczęściej kojarzy się nam z radzieckim atakiem na Polskę 17 września 1939 roku i to wszystko. A współpraca krajów, które przez ponad dekadę posługiwały się narodowymi flagami w tym samym, czerwonym kolorze, zaczęła się znacznie wcześniej.
Współpraca między teoretycznymi wrogami ma w polityce miejsce wówczas, gdy pojawiają się komplementarne potrzeby. Państwo Lenina planowało podbicie reszty świata, a do tego potrzebowało nowoczesnej armii – takiej samodzielnie zbudować się nie dało. Umiejętność skutecznego, masowego mordowania cywilów nie czyniła z komisarzy wybitnych strategów. Z kolei wiedza – i militarna, i techniczna – występowała w obfitości w Niemczech – kraju, w którym wojsko sterowało podczas wojny propagandą w sposób tak skuteczny, że ludność nie zdawała sobie sprawy, że wojna jest przegrana. W końcu to armia w potajemny sposób sfinansowała powstanie wytwórni filmowej UFA, by skuteczniej manipulować opinią publiczną.
Niemcy mieli to, czego potrzebowali Sowieci, know-how i technikę, ci ostatni zaś mieli do dyspozycji obszar swego wielkiego kraju, gdzie mogli udostępnić Niemcom tereny, na których ci mogliby rozwijać działalność zakazaną przez traktat wersalski. Mamy tu do czynienia z ekstremalnym pragmatyzmem – Lenin pisał z pogardą o Niemcach, a generał Hans von Seeckt radzieckich komunistów otwarcie nienawidził, choć pisał o nich ostrożniej. Lenin określał niemieckich wojskowych z pierwszej wojny jako „dzikusów”, „rabusiów” i „drapieżników”, twierdząc też, że podczas wojny „niemieccy bandyci pobili wszelkie rekordy zbrodni wojennych”. Nie szczędził jadowitej krytyki także wobec demokratycznej Republiki Weimarskiej, wspominając w jednym z tekstów, że „prawdziwą maszynerię państwa stanowi generał von Seeckt, który jest świetnie zaznajomiony z narzędziami potrzebnymi do eksterminacji mas”.
Notabene von Seeckt jeszcze przed rewolucją październikową sugerował, by usunąć ze Wschodniej Europy 20 milionów Rosjan oraz „zbieraninę Żydów, Polaków, Mazurów, Litwinów, Łotyszy, Estończyków itd.” i zastąpić ich niemieckimi osadnikami, co w dłuższej perspektywie zapewniłoby bezpieczeństwo Prusom od wschodu. W końcówce „Mein Kampf”, tekstu napisanego w 1924 i 1925 roku, Adolf Hitler wypowiadał się krytycznie na temat ewentualnego sojuszu militarnego z ZSRR, o którym dowiedział się z plotek. W takiej pozornie mało sprzyjającej atmosferze militaryści niemieccy dogadali się jednak z Sowietami – absolutnie bez baczenia na ideologię, tworząc sojusz oparty li tylko na potrzebach.
Zazwyczaj uważa się, że początkiem ścisłej współpracy był układ o normalizacji stosunków dyplomatycznych, podpisany w Rapallo 15 kwietnia 1922 roku, lecz w rzeczywistości już w 1920 roku obydwa państwa wysyłały do siebie nawzajem delegacje wojskowe, wymieniały się elementami wiedzy technicznej oraz danymi wywiadu. Na wpół tajne organizacje byłych oficerów kierowały wówczas na swój koszt do ZSRR ludzi na szkolenia – w ten sposób zawodowy policjant z Monachium, Heinrich Müller, trafił do tajnej szkoły NKWD, zakamuflowanej wewnątrz szkoły oficerów piechoty w Riazaniu. Tak, to ten sam Heinrich Müller, który później przez wiele lat kierował Gestapo i który po drugiej wojnie światowej podobno zadomowił się potajemnie w ZSRR.
Pięć miesięcy po złożeniu podpisów pod szwajcarskim traktatem nastąpiło podpisanie umowy o współpracy wojskowej przez generała von Seeckta i Lwa Trockiego. Realizację umowy ukrywano przed legalnym rządem Niemiec aż do 1927 roku. Początkowo skupiono się na relokacji militarnej części działalności niemieckich firm na tereny Rosji Radzieckiej, w czym pośredniczyła niemiecka armia. W efekcie aż 255 niemieckich firm podpisało umowy handlowe z władzami ZSRR, co warto porównać z liczbą firm ze wszystkich pozostałych krajów świata, które to uczyniły – było ich tylko 277.
Tak bliskie były związki niemieckiego biznesu ze Związkiem Radzieckim, że cywilnym niemieckim inżynierom wydawano czasem mundury oficerskie Armii Czerwonej, by nie wzbudzali nadmiernego zainteresowania. W okresie do 1933 roku państwo niemieckie było głównym partnerem handlowym ZSRR; dzięki Niemcom powstały dwie ze sztandarowych inwestycji pierwszego Planu Pięcioletniego, czyli fabryka samolotów w Fili oraz Bolszewicki Zakład numer 232 w Leningradzie. Co ciekawe, w opublikowanej w 1933 roku książce „Deutschland zwischen Ost und West” generał Hans von Seeckt napisał jasno, że interes Niemiec wymaga pokojowych stosunków ze Związkiem Radzieckim.
II
Tak w Niemczech, jak i w ZSRR istnieli zwolennicy modernizacji sztuki wojennej, która miała polegać na większej mobilności jednostek wspieranych przez czołgi. Pisał o tym wspominany wcześniej generał von Seeckt, pisali inni, choć akurat von Seeckt był jednocześnie upartym rzecznikiem uzbrajania kawalerii w lance zamiast bardziej zaawansowanej broni strzeleckiej. Początkowo weimarskie kręgi wojskowe liczyły na możliwość skrytego rozwoju broni pancernej na terenie Szwecji – późniejszy ojciec Blitzkriegu, Heinz Guderian, po raz pierwszy w życiu przejechał się czołgiem właśnie w gościnie u Skandynawów. Szwedzi jednak lękali się, że to, co już potajemnie robią wspólnie z Niemcami w dziedzinie lotnictwa, będzie zagrożone, gdy wyda się współpraca na ewentualnym poligonie czołgowym. Stosunki armii niemieckiej z ZSRR zostały już wtedy nawiązane, m.in. za pośrednictwem Envera Paszy, tureckiego polityka po studiach w Niemczech, znanego z zainicjowania ludobójstwa Ormian i z wykorzystywania niemieckich doradców wojskowych. To on zasugerował Niemcom, by ich wywiad wojskowy dostarczał Sowietom informacji na temat polskiego wojska po ataku ZSRR na Polskę.
Po podpisaniu traktatu z Rapallo sojusznicy wzięli się przede wszystkim za tematykę lotniczą oraz badania nad bronią chemiczną (o czym opowiem w kolejnych rozdziałach), a także za współpracę handlową na wielu polach (o czym również zamierzam opowiedzieć), a kolejnym kamieniem milowym współdziałania dwóch mocarstw stał się traktat berliński, podpisany w 1926 roku. ZSRR i Niemcy uzgodniły, że zachowają neutralność w przypadku ataku na jedną ze stron porozumienia, a rząd niemiecki pożyczył władzom radzieckim 300 milionów marek na korzystnych warunkach. To stworzyło podwaliny dla kolejnej rundy tajnych negocjacji, tym razem dotyczących wspólnych prac nad rozwojem broni pancernej oraz taktyki jej zastosowania. Zachowano daleko posuniętą ostrożność, albowiem władze Republiki Weimarskiej obawiały się odkrycia współpracy z ZSRR przez Londyn i Paryż, zaś Sowieci bali się, że wyjście na jaw współpracy z rzekomym imperialistycznym wrogiem osłabi władzę „ludową”.
Prowadzenie negocjacji z wywiadem Armii Czerwonej zlecono pułkownikowi Reichswehry, był to niejaki Hermann von der Lieth-Thomsen. Dogadał się z Janem Berzinem, łotewskiego pochodzenia doświadczonym czekistą, jednym z głównych dowódców leninowskiego aparatu terroru, znanym ze skutecznego i krwawego tłumienia rebelii chłopskich, a także autorem planu poszukiwania i likwidacji marynarzy po buncie w Kronsztadzie w 1921 roku. Ustalono, że w pobliżu Kazania w Tatarstanie powstanie stosowny obiekt, który sfinansują Niemcy, a Rosjanie zajmą się samą budową oraz koniecznymi naprawami. Wszystko miało wydarzyć się szybko, przy czym pierwsze czołgi miały przybyć już gotowe z Niemiec. Szyki spiskowców pokrzyżowało ujawnienie przez niemieckich socjaldemokratów istnienia wspólnych przedsięwzięć Reichswehry i Armii Czerwonej, do tego doszedł jeszcze artykuł na ten sam temat w jednej z angielskich gazet. Stresemann chciał odstąpić całkowicie od tajnej współpracy, dotychczas finansowanej głównie z sekretnych („czarnych”) funduszy niemieckich, wydawanych z pominięciem kontroli rządowej. Rosjanie wpadli w panikę i także w pierwszym odruchu chcieli zaniechać wspólnej działalności we wszystkich dziedzinach.
Czy przerwano współpracę? A skąd. Czekiści wiedzieli, jak sobie radzić z propagandą, a niemieckie wojsko po prostu jeszcze udatniej unikało udzielania jakichkolwiek informacji traktowanemu przezeń z pogardą Reichstagowi. Na jakiś czas prace nad ośrodkiem pancernym zostały spowolnione, ale nie zatrzymane. W 1928 roku Gessler, minister obrony, przekonał Stresemanna, by sekretną współpracę kontynuować, zyskała ona zatem wymiar quasi-oficjalny (minister Stresemann liczył także na pomoc ZSRR w swojej gospodarczej wojnie z Polską, mającej na celu odebranie Rzeczypospolitej m.in. części Wielkopolski i Górnego Śląska). Tryb ukrywania przed parlamentem wiedzy o programach prowadzonych w ZSRR udoskonalono, dbając zarazem o zastraszanie nielicznych prawomyślnych, którzy starali się współpracy Republiki Weimarskiej z komunistami jakoś zapobiec. Gdy parę lat później dziennikarz Carl von Ossietzky opublikował wyniki swego śledztwa na temat radziecko-niemieckiej szkoły lotniczej w Lipiecku, postawiono go przed sądem za zdradę stanu i szpiegostwo (skazany został na półtora roku więzienia).
III
Przygotowanie do stworzenia wspólnej radziecko-niemieckiej szkoły pancernej trwało długo, ale sama szkoła, gdy już powstała, miała ogromny wpływ na doktryny militarne obydwu krajów i przygotowała kadry oficerów myślących o wojnie pancernej w nowoczesny sposób.
Po negocjacjach odbytych w 1926 roku Reichswehra wysłała do ZSRR jesienią tego samego roku majora A.D. Malbrandta, by ten ustalił z Armią Czerwoną optymalną lokalizację dla czołgowego ośrodka. Wybrano Kazań, miasto znajdujące się kilkaset kilometrów na wschód od Moskwy, a dokładniej dawne carskie koszary 5 pułku dragonów. Niedługo potem w Związku Radzieckim pojawiła się kolejna delegacja, tym razem złożona z trzech inżynierów pod dowództwem tego samego Malbrandta. Wspólnie z Rewolucyjną Radą Wojenną wybrano teren na poligon. Bystrzy i inteligentni Sowieci sami utworzyli kryptonim dla tworzonego supertajnego ośrodka – nazwali go KAMA, od słów „KAzań” i „MAlbrandt”. Niestety duch rewolucji wygrał z elementarną logiką – obok poligonu płynęła (i płynie) rzeka Kama, więc utajnienie lokalizacji nieszczególnie się powiodło.
Zgodnie z umową, Niemcy mieli odpowiadać za stronę szkoleniową, ale sama szkoła miała być prowadzona wspólnie. Moskwa skierowała swojego przedstawiciela do ośrodka KAMA – był nim nie nikt inny, jak Józef Unszlicht. Tej kanalii warto poświęcić więcej niż kilka zdań. Urodzony w Mławie Unszlicht pochodził z rodziny żydowskiej. Działał w SDKPiL razem z Różą Luksemburg, więziony był wielokrotnie, został także zesłany w głąb Rosji. Gdy rozpoczęła się rewolucja, w błyskawicznym tempie został członkiem Rewolucyjnej Rady Wojennej. Był współorganizatorem Armii Czerwonej i kierował wprowadzaniem siłą władzy radzieckiej na Litwie i Białorusi. Pełnił liczne funkcje wskazujące na wyjątkowy poziom zaufania, jakim darzył go Lenin.
Uczestniczył w wojnie polsko-radzieckiej, naturalnie wiernie służąc Moskwie. Współtworzył tzw. Polrewkom, czyli marionetkowy rząd polski w Białymstoku, przygotowywany do przejęcia władzy w kraju po zwycięstwie Sowietów (skojarzenia z rządem lubelskim z 1944 roku są jak najbardziej uprawnione). Towarzysz Unszlicht przyczynił się w ogromnym stopniu do stworzenia aparatu terroru, w tym struktur Czeka, gdzie został zastępcą Feliksa Dzierżyńskiego. W 1923 roku pojechał do Niemiec, by kierować organizacją rewolucji, oczywiście całkowicie spontanicznej i oddolnej… Mniej więcej w tym samym czasie zajmował się także tworzeniem fundamentów wywiadu wojskowego GRU. Został potem szefem zaopatrzenia Armii Czerwonej, zastępcą komisarza ludowego do spraw wojskowych, przewodniczącym „Osoawiachimu” – jasno widać, że w tej epoce był jedną z najbardziej wpływowych osób w radzieckim kierownictwie. Wyznaczenie go do współkierowania szkołą broni pancernej nie było dziełem zbiegu okoliczności, stworzenie bowiem sprawnej armii, zdolnej do podboju całej Europy, stanowiło priorytet radzieckiego kierownictwa.
Partnerem Unszlichta ze strony niemieckiej był Oswald Lutz. Lutz wprawdzie nigdy na stałe nie mieszkał w KAMIE, ale wizytował ośrodek i zarządzał nim z daleka. Na początku lat 30. jego szefem sztabu został Heinz Guderian – lecz nie uprzedzajmy faktów. Wypłynięcie w Niemczech na światło dzienne informacji o tajnej współpracy Reichswehry z Armią Czerwoną spowolniło prace organizacyjne. Malbrandt i jego dwóch asystentów pozostało w KAMIE, w kiepskich warunkach, ale w zasadzie nic poważnego nie działo się tam aż do 1927 roku, gdy przybyli do Kazania pierwsi niemieccy inżynierowie. Rosjanie powoli remontowali budynki bazy, zaś Niemcy przysyłali po jednym specjaliście, by nie wzbudzić podejrzeń. Prace w niewykończonym ośrodku rozpoczęto od prowizorycznej adaptacji dwóch ciągników rolniczych Hanomag na działa samobieżne.
W 1928 roku Kliment Woroszyłow, dowódca Armii Czerwonej, zorganizował wizytę w KAMIE niemieckiej delegacji z generałem Wernerem von Blombergiem na czele. Niemiec postanowił usunąć z ośrodka paru niemieckich oficerów, w tym Malbrandta, ale dogadał się z Woroszyłowem w jednej sprawie: bez prototypów czołgów prace badawcze i szkolenia nie mogły się rozpocząć. Reichswehra trzy lata wcześniej potajemnie zamówiła w firmach Daimler-Benz, Krupp i Rheinmetall projekty czołgów w dwóch klasach wagowych i prace nad nimi prowadzono w konspiracji. Pierwsze eksperymentalne czołgi miały trafić na Wschód jako ciągniki rolnicze – do transportu dołączono nawet zestaw pługów, by uwiarygodnić mistyfikację. Pierwsza partia sześciu czołgów trafiła do Panzertruppenschule KAMA w maju 1929 roku.
IV
W marcu 1929 prace budowlane w szkole pancernej KAMA pod Kazaniem dobiegały końca i zaczęły do niej przybywać grupy Niemców oraz Rosjan. Pełnej wiedzy na temat składu osobowego szkoły nie ma, bo Niemcy bardzo dbali o utajnienie personaliów, a Sowieci z kolei zapisywali kursantów i pracowników, posługując się wyłącznie ich imionami. Niektórym badaczom udało się jednak uzyskać nieco wiarygodnych danych poprzez porównywanie dostępnych niemieckich i radzieckich dokumentów, przy czym te ostatnie trafiły w ręce historyków tylko na krótki czas w epoce Jelcyna.
Uruchomiona KAMA była domem dla około 45 Niemców i ponad 140 ludzi radzieckich, z czego tylko mały ułamek stanowili kursanci. Obydwie strony oczywiście wśród oficerów umieściły funkcjonariuszy wywiadu wojskowego. Ekipa radziecka miała także w swoim składzie oficera politycznego, który miał zapobiegać nadmiernemu brataniu się Niemców z kadrą radziecką oraz ludnością miejscową. Sowietom bardzo nie podobał się niemiecki zwyczaj wręczania kursantom i robotnikom prezentów – niejaki Smirnow, sanitariusz, trafił na celownik czekistów za sprzedaż niemieckich podarków na czarnym rynku.
Kursy w bazie KAMA zaczęły się w marcu 1929 roku, choć pierwsza partia prototypowych czołgów dotarła tam dopiero 8 tygodni później. Uczono teorii, taktyki, obsługi, techniki napraw. Wraz z pojawieniem się sześciu czołgów (po dwa prototypy z każdej z firm: Rheinmetall, Daimler-Benz, Krupp) kursanci zaczęli szkolić się na każdym ze stanowisk członków załogi czołgu, by następnie uczyć się dowodzenia pododdziałem pancernym. W pierwszej grupie kursantów z Niemiec znalazł się Ritter Wilhelm von Thoma, który podczas drugiej wojny światowej dosłużył się stopnia generała majora i walczył zarówno w Afryce Północnej, jak i na froncie wschodnim (sic!). Kursantom pomagali tłumacze, ale z raportów GRU wynika, że wielu oficerów Reichswehry swobodnie posługiwało się rosyjskim.
W latach 1930-33 Panzertruppenschule rozrosła się kolosalnie. Przez trzy lata przeszkoliła około 30 oficerów niemieckich, zwykle w stopniu podpułkownika – wielu z nich dowodziło podczas drugiej wojny światowej dużymi związkami taktycznymi; w tym samym czasie przez tajny ośrodek przeszło znacznie więcej kursantów radzieckich, najprawdopodobniej kilka setek. Moskwa przysyłała na szkolenia oficerów sztabowych, frontowych, wykładowców akademii wojskowych oraz inżynierów. Jednym z najważniejszych wykładowców w szkole był kapitan Ernst Volckheim, który pisał także liczne artykuły teoretyczne na temat doktryny użycia wojsk pancernych i był jednym z rzeczników zastosowania radiostacji w czołgach (do czego wrócimy).
W miarę upływu czasu przybywało w bazie KAMA prototypowych czołgów i zwiększała się intensywność prac rozwojowych nad nowymi technologiami (notabene autorem bądź współautorem projektu czołgu koncernu Daimler-Benz był Ferdynand Porsche). Obok czołgów testowano także prototypy samochodów pancernych, w tym ośmio- i dziesięciokołowych, ale na rozwijanie ich Reichswehrze brakowało środków. Niektóre typy bardzo dobrych samochodów pancernych, stosowanych podczas drugiej wojny światowej, swoje korzenie miały właśnie w tych eksperymentalnych, testowanych w ZSRR pojazdach. Sowieci kupili w tym samym okresie w Wielkiej Brytanii tankietki Carden-Lloyd wraz z licencją na ich produkcję (od nich wywodziły się także polskie tankietki TK i TKS) i dwie skierowali do badań pod Kazań. Testowali też swoje prototypy czołgów lekkich.
W nielicznych publikacjach, które wspominają o szkole KAMA, przyjęło się, że to Niemców uważa się za głównych beneficjentów centrum szkoleniowego i poligonu, ukrytych w ZSRR przed wzrokiem polityków, wymagających przestrzegania założeń z Wersalu. Należy jednak spojrzeć na ten temat szerzej: wygląda na to, że Armia Czerwona wyniosła z działalności Panzerschule więcej korzyści. Sowieci przejęli technologię spawania pancerzy czołgów zamiast modnego wówczas nitowania, przejęli pomysł na montaż karabinu maszynowego w wieży, sprzężonego z działem, przejęli koncepcję czołgowego podwozia systemu Kruppa, poznali nowoczesne przyrządy celownicze i peryskopy, pojęli założenia nowoczesnej teorii działania wojsk o zwiększonej mobilności.
Bodaj najważniejszą jednak niemiecką techniczną innowacją była odporna na wstrząsy radiostacja, pozwalająca na utrzymanie stałej, dupleksowej łączności z czołgami. Gdy po przejęciu władzy przez NSDAP Hitler zarządził natychmiastowe przerwanie działalności szkoły pancernej w ZSRR, zinwentaryzowano tam ponad 120 radiostacji różnych typów. W pierwszej fazie drugiej wojny światowej działające niezawodnie niemieckie radiostacje dawały Wehrmachtowi ogromną przewagę np. nad jednostkami francuskimi, które nadal korzystały z systemu łączności między czołgami poprzez stosowanie specjalnych chorągiewek. Radiostacje te opracowano i dopracowano właśnie w bazie KAMA (choć do 1941 roku w ZSRR nie przywiązywano zbytniej wagi do łączności radiowej w wojskach pancernych, ponieważ zmasowane natarcie wielkimi oddziałami nie wymagało precyzyjnej koordynacji).
Zanim Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec, Sowieci zdążyli już zorganizować swój pierwszy korpus pancerny według założeń opracowanych wspólnie z Reichswehrą na poligonie pod Kazaniem. Większość źródeł zazwyczaj wspomina wielkie czystki Stalina, które rzekomo z korpusu oficerskiego wyeliminowały absolwentów szkoły KAMA (co ma niby usprawiedliwiać wcześniejszą współpracę – oceniając ją jako nieskuteczną), ale za jakiś czas zajmę się i tym zagadnieniem.
V
22 kwietnia 1915 roku, na polach pod belgijską miejscowością Ypres, miał miejsce duży atak przy użyciu broni chemicznej – konkretnie chloru. Przeprowadziła go specjalna jednostka, w której ważną funkcję pełnił chemik Fritz Haber, późniejszy laureat Nagrody Nobla, w stopniu kapitana. Przez kilka lat po pierwszej wojnie światowej Haber wraz ze współpracownikiem Stolzenbergiem odegrali istotną rolę w tajnych pracach nad bronią chemiczną, prowadzonych wspólnie ze Związkiem Radzieckim.
Haber, niemiecki chemik pochodzenia żydowskiego, urodzony w Breslau, widział swoje patriotyczne poglądy wobec Niemiec Kaisera jako nadrzędne wobec kwestii moralnych. Autor metody Habera-Boscha, umożliwiającej syntezę amoniaku na skalę przemysłową z azotu i wodoru, miał ogromny wpływ na zmiany struktury światowej gospodarki rolnej, metoda ta pozwoliła bowiem na masową produkcję nawozów sztucznych. Ocenia się, że dziś połowa światowej produkcji żywności związana jest ze stosowaniem metody Habera-Boscha. Gdy rozpoczęła się pierwsza wojna, Haber pracował nad zastosowaniem chloru i innych gazów na polu walki, pomagał w tworzeniu skutecznych masek przeciwgazowych i w przeciwdziałaniu alianckim atakom przy użyciu podobnej broni.
Niemiecki przemysł chemiczny na początku XX wieku zajmował czołową pozycję na świecie – 90 procent globalnej produkcji sztucznych barwników pochodziło właśnie z Niemiec. Nie wolno jednak myśleć, że tylko źli Niemcy korzystali ze swojego potencjału naukowo-przemysłowego do tworzenia broni chemicznej – Francuzi mieli swojego noblistę Grignarda, Brytyjczycy ośrodek w Porton Down pod wodzą niejakiego Rawlinsa (notabene ośrodek istnieje do dziś). Początkowo widoczna była niemiecka przewaga, a potem obydwie strony konfliktu na zmianę mordowały żołnierzy nieprzyjaciela przy użyciu chloru. Chlor miał wiele wad w zastosowaniach taktycznych, co doprowadziło do opracowania lepszej broni, mianowicie fosgenu – Niemcy użyli go bojowo w grudniu 1915 roku, Brytyjczycy zaś dopiero latem następnego roku.
Haber wił się jak w ukropie, starając się dać swej niemieckiej ojczyźnie przewagę. Przy tym opracował tzw. prawo Habera, za pomocą którego wylicza się stężenia substancji toksycznych, które zabijają ludzi i zwierzęta – niskie stężenie plus długa ekspozycja są tak samo skuteczne, jak wysokie stężenie i krótka ekspozycja. Po fosgenie przyszedł czas na iperyt, także używany przez obydwie strony konfliktu. W roku 1918 między 20 a 30 procent wszystkich pocisków artyleryjskich wystrzeliwanych na froncie zawierało ten czy inny bojowy środek chemiczny, a jedna szósta wszystkich strat osobowych wiązała się z użyciem broni chemicznej. Straty były ogromne i żadne walczące mocarstwo nie ujmowało ich osobno w statystykach, by nie wywoływać paniki.
Dwa duże ataki chemiczne miały miejsce niezbyt daleko od Warszawy, pod Bolimowem, w styczniu i maju 1915 roku. W pierwszym przypadku użyto amunicji artyleryjskiej wypełnionej bromkiem ksylilu, zaś w drugim chloru z butli (co zrealizowała konkretnie jednostka, do której przydzielony był Haber; 264 tony chloru dotarło pod Bolimów w 12 tysiącach butli). Pierwszy atak chemiczny nie udał się ze względu na niską temperaturę powietrza, zaś drugi spowodował znaczne straty u Rosjan, aczkolwiek nie umożliwił przełamania frontu.
Ocenia się, że ponad 1,3 miliona żołnierzy padło ofiarami broni chemicznej podczas pierwszej wojny. Lwią część tych strat stanowili żołnierze rosyjskiej armii carskiej. Rosja miała słaby przemysł chemiczny, gazów bojowych używała sporadycznie, zaś jej żołnierze zwykle nie otrzymywali żadnych środków ochrony osobistej. Pomimo wysiłków Habera i jego potężnej ekipy specjalistów, broń chemiczna nie pomogła Niemcom wygrać wojny. Chemik poczynił jednak plany także na wypadek porażki – przekonał dowództwo wojskowe, by przekazało mu spore sumy pieniędzy jeszcze w październiku 1918 roku, dzięki którym mógł przez dwa lata kontynuować utajnione prace nad chemicznymi metodami eliminacji siły wroga.
Po pokoju w Wersalu alianci próbowali całkowicie zdemontować niemiecki program badań i produkcji broni chemicznej, a Habera i jego współpracowników uznano za zbrodniarzy wojennych. Niemiecki chemik zbiegł do Szwajcarii, by niebawem wrócić już jako noblista – status dobroczyńcy rolnictwa ocalił go przed karą ze strony zwycięskich mocarstw. Notabene to jego ekipa stworzyła środek owadobójczy, przeznaczony do stosowania w silosach zbożowych, nazwany Zyklon A.
Prawda jest taka, że Niemcy skutecznie ukryli przed aliantami zakres swojego programu badawczego oraz fakt, że był on potajemnie kontynuowany. Współpracownik Habera, Stolzenberg, miał fabryczkę chemiczną poza strefą znajdującą się pod kontrolą sił okupacyjnych. Haber pomógł mu uzyskać lukratywne kontrakty, w tym na neutralizację zakładów produkcyjnych gazu musztardowego w Breloh, które Stolzenberg osobiście zakładał parę lat wstecz! Pod przykrywką pozornej neutralizacji magazynowano zasoby odczynników i gotowej broni chemicznej. W 1921 roku rząd Hiszpanii po cichu zwrócił się do Habera, chcąc zakupić broń chemiczną do zastosowania przeciw rebeliantom w Maroku – nie tylko sprzedano im niemieckie nielegalne zapasy takiej broni, ale Stolzenberg pomógł Hiszpanom uruchomić zakład produkcyjny gazu musztardowego w koloniach w Afryce Północnej. Zachęcany przez Reichswehrę, pracował tam także nad bombami lotniczymi, zawierającymi gaz bojowy.
Gdy w styczniu 1923 roku Związek Radziecki zaczął składać w niemieckich firmach tajne zamówienia na broń różnego typu, wytwarzanie amunicji zawierającej gaz okazało się poważnym problemem – nadzór aliantów był zbyt skuteczny. Jegomość nazwiskiem Otto Hasse, naonczas szef inspektoratu uzbrojenia Reichswehry, zwrócił się do Habera z pytaniem, czy nie jest możliwe uruchomienie produkcji amunicji chemicznej w ZSRR. Haber skontaktował go ze Stolzenbergiem, który przecież niedługo wcześniej dokonał czegoś podobnego w Hiszpanii. Dodatkowo sam Fritz Haber spowodował, że radziecki chemik Ipatiew został poproszony o wygłoszenie wykładu w Berlinie – dzięki temu Niemiec mógł się z nim rozmówić bez wzbudzania podejrzeń. Ipatiew załatwił w Moskwie zaproszenie dla Stolzenberga do odwiedzenia Związku Radzieckiego. Po sześciotygodniowej podróży obrotny Niemiec doprowadził do wstępnego porozumienia w kwestii stworzenia fabryki broni chemicznej nieopodal Samary, mniej więcej tysiąc kilometrów od Moskwy.
Współpraca Rosji Radzieckiej z niemieckimi siłami zbrojnymi w latach dwudziestych w dziedzinie broni chemicznej miała niezwykle ciekawy i zawiły przebieg. Przyjrzymy się jej bliżej, zachowując jednakże świadomość, że to historia godna co najmniej grubej książki i z konieczności trzeba ją tutaj mocno okroić. W 1920 roku brygady budowlane zaczęły budować kompleks fabryk chemicznych, baraków mieszkalnych oraz budynków pomocniczych w rejonie położonym 40 kilometrów od miasta Samara. Kompleks nazywano zwykle Bersol i początkowo miał on produkować spłonki oraz materiały wybuchowe. To właśnie tu wspomniany wcześniej Stolzenberg przybył w 1923 roku i zastał dobre zaplecze, wydajne połączenie kolejowe, a także znaczną liczbę robotników. W tym samym roku Niemcy stworzyli specjalną instytucję, zwaną w skrócie GEFU, której zadaniem było finansowe wspieranie działalności niemieckiego przemysłu w ZSRR – budżet wynosił 75 milionów Reichsmarek w złocie. Obok fabryki samolotów Junkersa w Fili pod Moskwą, to właśnie Bersol miał się stać główną inwestycją finansowaną przez GEFU.
Stolzenberg zgłosił do GEFU zapotrzebowanie na 5 milionów 600 tysięcy marek w złocie na dofinansowanie Bersolu. Na niemiecko-radzieckim spotkaniu w Moskwie dograno szczegóły – głównym zadaniem fabryki miała być produkcja gazu musztardowego i fosgenu, konfekcjonowanego do amunicji artyleryjskiej, a produkcja niewinnych, cywilnych chemikaliów, takich jak soda kaustyczna, miała dwojaką rolę: były to produkty uboczne innych procesów technologicznych, zarazem pomagające w zakonspirowaniu prawdziwej funkcji zakładów. Skala przedsięwzięcia robiła wrażenie: Bersol miał osiągnąć pełną moc produkcyjną w zaledwie pół roku od podpisania umowy, a zdolność ta miała wynosić aż pół miliona pocisków artyleryjskich rocznie oraz 525 ton pięciu głównych produktów chemicznych, z których dwa to fosgen oraz gaz musztardowy.
Zachęcony wielkimi inwestycjami władz ZSRR i GEFU Stolzenberg włożył w fabrykę sporo własnych środków, jednak szybko napotkał problemy typowe dla radzieckiego przemysłu zbrojeniowego, wiernie służącego sprawie światowej rewolucji: brak wykwalifikowanych robotników, skrajnie zły stan maszyn i urządzeń oraz tragiczne zaopatrzenie w cokolwiek. Uruchomienie zakładu opóźniło się o 9 miesięcy, a brak odpowiedniej siły roboczej i tak pozostał główną barierą. Praktyczny Niemiec ściągnął więc z ojczyzny kilkudziesięciu zawodowców o wysokich kwalifikacjach, by pomogli mu przeszkolić lokalny personel i zapanować nad chaosem. Zaoferował im wysokie zarobki, ale także ostrzegł, że gdy komukolwiek zwierzą się z tego, czym się zajmują, nigdy nie opuszczą ZSRR.
Fabryka, ledwo co zbudowana, wymagała modernizacji. Produkowano w niej tylko jeden nawóz sztuczny i nieco fosgenu, toteż kontrolna delegacja z Moskwy uznała, że zakład nie spełnia oczekiwań. Powolutku sytuacja ulegała poprawie, ale rozczarowanie Kremla brakiem użytecznej broni chemicznej wiązało się z utratą cierpliwości. I wtedy przyszedł prawdziwy kataklizm: Wołga wylała i fabryka znalazła się pod wodą na wiele tygodni. Rosjanie obwinili za wszystko Stolzenberga, deportowali niemieckich specjalistów i zażądali od Reichswehry zrobienia porządków. GEFU rozwiązało zatem umowę z przedsiębiorcą, fabrykę przekazano ZSRR. Stolzenberg zbankrutował i próbował walczyć w sądzie z dawnymi mocodawcami, ale ci potrafili sprawie skutecznie ukręcić łeb.
Zakłady Bersol, zbudowane w sporej części za tajne fundusze niemieckie, rozwijały się szybko po zmianie zarządcy. W 1936 roku wytwarzano tam 4 tony gazu musztardowego dziennie, czyniąc z Bersolu największy w świecie ośrodek produkcji tej konkretnej broni chemicznej. Eksperymentowano w zakładzie także z cyjankiem wodoru, w Niemczech oferowanym w handlu jako Zyklon B (potem także go produkowano). Ręce robotników Bersolu napełniały trującymi chemikaliami dziesiątki tysięcy pocisków artyleryjskich miesięcznie. Fabryka pozostała głównym ośrodkiem produkcji broni chemicznej w ZSRR aż do zakończenia zimnej wojny. Gigantyczne skażenie wód gruntowych w miejscowości dziś znanej jako Czapajewsk poskutkowało rekordowym odsetkiem wad wrodzonych u ludności w owym rejonie.
VI
Radziecki program budowy przemysłu produkującego broń chemiczną początkowo znajdował się w jeszcze gorszym stanie niż niemiecki, ale nie przeszkadzało to Armii Czerwonej w stosowaniu takiej broni na masową skalę przeciwko własnym obywatelom.
Jak już pisałem wcześniej, carska armia miała spore zaległości w stosunku do swoich sojuszników i wrogów w rozwijaniu broni chemicznej, zaś nowe, radzieckie władze Rosji początkowo zadowoliły się przejęciem magazynów w Piotrogrodzie. Podczas wojny domowej zmienność sytuacji teoretycznie utrudniała użycie broni chemicznej, ale komunistom teoria nie wchodziła w paradę – to właśnie wówczas po raz pierwszy na świecie użyto bomb chemicznych zrzucanych z samolotów (30 czerwca 1919 roku). Sprzeciw wobec tego stwierdzenia zgłaszają Brytyjczycy, upierając się, że to oni jako pierwsi, kilka miesięcy wcześniej, zrzucili takie bomby na Rosjan.
Mniejsza o palmę pierwszeństwa w dość niechlubnej klasyfikacji, Sowieci chętnie bowiem korzystali z chemicznych środków walki przeciw ludności cywilnej, w szczególności podczas tłumienia powstań przeciw władzy radzieckiej na tyłach frontu. Co najmniej trzykrotnie użyli ich na wielką skalę, zaopatrując się w przejętych carskich magazynach. Pierwsze zastosowanie miało miejsce w mieście Jarosław nad Wołgą w 1918 roku, drugie przeciw kozackim wioskom, zaś trzecie, o najpotężniejszych konsekwencjach, w 1921, właściwie już po utrwaleniu wyniku wojny domowej, w guberni tambowskiej.
Jaka była geneza tego ostatniego wydarzenia? Otóż w styczniu 1919 roku Lenin wydał dekret, dotyczący rekwizycji „nadwyżek” zboża. W rejonie Tambowa, gdzie miały miejsce spore zmagania białogwardzistów z Armią Czerwoną, brutalność Armii Czerwonej doprowadziła do pobudzenia wiejskiej działalności partyzanckiej, która, pod wodzą młodego wojskowego nazwiskiem Antonow, przekształciła się w prawdziwe powstanie. Po przegranej wojnie z Polską bolszewickie dowództwo mogło skierować w ten rejon większe siły, co uczyniono, lecz siły te zebrały cięgi od powstańców, którzy mieli dość narzuconego siłą kolektywnego ustroju. Moskwa wysłała więc do Tambowa Tuchaczewskiego. Ten zorientował się, że bagnisty, gęsto zalesiony teren ułatwia życie rebeliantom, dając im ukrycie i uniemożliwiając atak na nich przeważającymi siłami Armii Czerwonej. Generał Tuchaczewski wydał więc rozkaz: „Lasy, gdzie ukrywają się się bandyci, należy wyczyścić trującymi gazami”. Przywieziono z centralnych magazynów dwa tysiące pocisków artyleryjskich, wypełnionych gazami duszącymi.
Systematycznie mordowano ludność wiosek, które stanowiły zaplecze sił partyzanckich. Podczas likwidacji osad ogniem artylerii zdarzało się, że baterie wystrzeliwały w stronę bezbronnych cywilów więcej pocisków chemicznych niż konwencjonalnej amunicji. Opór zdławiono po miesiącu działań, wspomagając broń chemiczną celowo wywołanym głodem. W rezultacie w Moskwie uznano, że broń chemiczna powinna w przyszłości stanowić istotny element radzieckiego arsenału. A co stało się z broniącymi swego zboża cywilami? Zabito ich około 240 tysięcy, a resztę zamknięto w siedmiu obozach koncentracyjnych. Chętnych do dalszej walki z władzą radziecką już nie było.
Tak bardzo podobała się broń chemiczna władzom ZSRR, że nawet na zjeździe partii mówiono o tym, że przyszła wojna powinna zostać zdominowana przez ten rodzaj uzbrojenia. Interesował się nią sam Trocki, powołano nawet do życia twór, który nazywał się „Stowarzyszenie Przyjaciół Wojny Chemicznej” (sic!). Wszystkie jednostki zajmujące się taką bronią niebawem zgrupowano pod jedną „czapką”, w Zarządzie Obrony Chemicznej. Jednostką tą de facto kierował Jakow Fiszman, Żyd z Odessy, doktor w dziedzinie chemii, zastępca attaché wojskowego ZSRR w Niemczech. Podczas pobytu w Republice Weimarskiej Fiszman dobrze poznał niemiecki przemysł chemiczny, korespondował także z Fritzem Haberem. Miał stosowne „plecy”, by mógł sobie na to pozwolić – jego patronem w partii był wspomniany wcześniej Józef Unszlicht, jedna z najważniejszych postaci w militarnych strukturach ZSRR.
Fiszman szybko awansował i został szefem WoChiMU, nowej instytucji mającej opanować kwestię broni chemicznej. Zorientował się, że pozostałe po carskiej Rosji zapasy broni chemicznej ulegają degradacji i praktycznie nie nadają się już do niczego. Nie sprostał zadaniu wyprodukowania 3 milionów masek przeciwgazowych, bo radziecki przemysł zwyczajnie nie potrafił wyprodukować żadnych produktów dobrej jakości – setki tysięcy masek zutylizowano, bo w każdej znajdował się negujący jej skuteczność otwór! Radzieckiego przemysłu chemicznego wtedy jeszcze dostatecznie nie finansowano, wielu półproduktów w ogóle nie wytwarzano. Fiszman szukał więc ratunku u Niemców.
VII
Czekistowski terror nie pomagał – wielu naukowców wysłano do obozów lub zabito, nielicznym udało się zbiec za granicę. Zastępowanie ich pozbawionymi wiedzy wiernymi komunistami nie sprawdziło się. Jakow Fiszman, szef WoChiMU, musiał zwrócić się do Niemców – był już wcześniej w kontakcie z Fritzem Haberem. Formalna współpraca rozpoczęła się w 1924 roku, gdy Fiszman spotkał się pułkownikiem Fischerem z Reichswehry. Początkowo współpraca miała ograniczony zakres: otóż Niemcy wyszukiwali chemików chętnych do pracy w ZSRR, a Sowieci ich u siebie zatrudniali, formalnie wprowadzając ich do stanu osobowego Armii Czerwonej. Związek Radziecki otrzymywał specjalistów, których ukrywano w wojsku przed oczami świata, zaś Reichswehra utrzymywała kontrolę nad swoimi naukowcami oraz uzyskiwała solidne źródło informacji wywiadowczych.
Ten sam Jakow Mojsiejewicz Fiszman wywalczył też środki na program badania broni biologicznej, laboratoria w Leningradzie i Moskwie oraz kilka poligonów, ale Niemcy nie byli zainteresowani współpracą w tym zakresie. Wierzyli w siłę własnego programu doskonalenia broni chemicznej, zniechęcił ich także fakt, że broni biologicznej nie da się używać na szczeblu taktycznym. Fiszman przekonał wspominanego przeze mnie wcześniej Unszlichta, że broń chemiczna, jako priorytetowa (tow. Stalin bardzo się interesował perspektywami jej użycia do wybijania ludności całych miast), musi uzyskać wsparcie z zewnątrz – w efekcie i na ten temat rozpoczęto ponowne negocjacje z Niemcami. Początkowo Sowieci chcieli ośrodek badawczy, który miał głównie zajmować się badaniami wykorzystania broni chemicznej w atakach lotniczych, ulokować w obiekcie „Ługa” pod Leningradem. Tę propozycję odrzucono, szukając innej lokalizacji w pobliżu Moskwy.
Wybrano latem 1926 roku miejscowość Podosinki – ledwie 20 kilometrów od Kremla w kierunku Riazania. Miejsce zaakceptowała grupa niemiecko-radziecka, w której skład wszedł Fiszman, a także kapitan Kurt Student, późniejszy dowódca hitlerowskich wojsk spadochronowych. Niemcy wyrazili wprawdzie swoje zdziwienie, że istniejąca baza radzieckich wojsk chemicznych (nadal cuchnąca gazem musztardowym) wraz z lotniskiem i poligonem znajduje się tak blisko zamieszkałych okolic, ale Fiszman zapewnił ich, że to nie ma znaczenia i że bierze całkowitą odpowiedzialność za lokalizację.
Pierwsza ekipa niemieckich naukowców i pilotów dotarła jesienią tego samego roku do Podosinek, by rozpocząć produkcję partii gazów i zacząć testować je w bombach lotniczych, ale spotkała ich typowo radziecka niespodzianka: nic nie zostało przygotowane. Nie było gdzie mieszkać, nie było gdzie pracować. Dostępna żywność wzbudzała wstręt. Wszystkie materiały do budowy trzeba było przywieźć z Niemiec (co trwało), bo rodzimy przemysł radziecki nie potrafił ich wyprodukować. Brakowało nawet młotków i te również zamówiono z Niemiec.
Rosjanie wręczyli gościom przygotowany przez asystenta Fiszmana – a w rzeczywistości zapewne przez kogoś z OGPU – zestaw 29 zasad, których mieli Niemcy bezwarunkowo przestrzegać. Nie wolno im było samodzielnie jeździć do Moskwy, chodzić po całym terenie lotniska czy rozmawiać z Rosjanami, którzy nie byli bezpośrednio związani z programem badawczym itp. Otoczenie von Seeckta liczyło na szybkie rozpoczęcie prac, ale wysłannicy z Berlina zobaczyli bardzo szybko, że Fiszman może i wydaje rozkazy, ale nikt ich nie wykonuje, niemieccy naukowcy mieszkają w szopach bez ogrzewania i myją się w deszczówce, zaś jedzą tylko podłą kiełbasę, bo niczego innego nie ma. Świadectwem determinacji Niemców jest jednak fakt, że szybko zaczęli prowadzić badania nad rozrzutem środków bojowych przy zrzucaniu bomb z symulowaną zawartością chemiczną z różnej wysokości oraz opryskiwaniu poligonu ze specjalnie do tego przystosowanych samolotów. Urządzony w grudniu pokaz dla niemieckich oficerów i Unszlichta przekonał o skuteczności niedopracowanych jeszcze metod – Sowieci i Niemcy zgodnie uznali, że bombardowanie bądź opryskiwanie ludności cywilnej w wielkich miastach środkami walki chemicznej stanie się jednym z głównych narzędzi sił zbrojnych w przyszłej wojnie.
Unszlicht napisał do Stalina i do całego Biura Politycznego następujące słowa: „Użycie gazu musztardowego za pośrednictwem lotnictwa w celu skażenia terenu i zaatakowania osad ludzkich jest możliwe technicznie oraz ma dużą wartość”. Nic dodać, nic ująć. Plan podbicia całego świata, realizowany przez ZSRR, zawierał teraz element wojny chemicznej. Na Kremlu doceniono wyniki wstępnych prac w Podosinkach i zwiększono budżet WoChiMU. W marcu 1927 roku w ośrodku w Podosinkach nagle wybuchł pożar, prawdopodobnie spowodowany typowym radzieckim niechlujstwem – ogień strawił sporo majątku, a trujące wyziewy uniemożliwiały akcję ratowniczą. Straż pożarna z Moskwy dotarła dopiero wtedy, gdy już nie było czego gasić. Niemcy kontynuowali prace w Podosinkach jeszcze przez kilka miesięcy, mimo trudnych warunków, uruchomili nawet pilotażową produkcję gazu musztardowego, ale planowali zmienić lokalizację ośrodka na bardziej dogodną. Rosjanie pozostali w Podosinkach, z których uczynili jeden z głównych ośrodków masowej produkcji broni chemicznej, a Niemcy, odrzuciwszy proponowany Oranienburg, znaleźli lepsze miejsce.
VIII
W 1927 roku, po chwilowym ochłodzeniu stosunków niemiecko-radzieckich ze względu na aferę z Junkersem (o której opowiem niebawem), minister spraw zagranicznych Gustav Stresemann został przekonany co do słuszności tajnego współdziałania z Sowietami. W związku z tym militarystom łatwiej było powrócić do działań mających na celu rozbudowę programu broni chemicznej. W 1928 roku, po negocjacjach, połączone delegacje radziecko-niemieckie odwiedziły tereny obok miasteczka Wolsk, 150 km od Saratowa, z dostępem do Wołgi, otoczone nieużytkami, które nadawały się na poligony.
Nowy ośrodek, mający kontynuować dzieło rozpoczęte w Podosinkach, nazwano kryptonimem TOMKA. Równolegle z budową tegoż rozpoczęto konstruowanie osobnego, czysto radzieckiego ośrodka w odległości ok. 10 kilometrów – pod względem wyposażenia był on kopią tego wspólnego. Wiosną 1928 roku 29 niemieckich „cywilów” zebrało się potajemnie w Berlinie, by przygotować się do wyjazdu do ZSRR – wśród nich byli chemicy, filmowcy, inżynierowie i nawet pielęgniarze zwierząt laboratoryjnych. Ośrodkiem TOMKA dowodził generał artylerii Wilhelm von Trepper, który także, jak to było przyjęte, formalnie „odszedł” z Reichswehry, by wyjechać na Wschód już jako osoba cywilna. Niemiecki kontyngent jechał do ośrodka TOMKA etapami, z których ostatnim był rejs rozpadającym się statkiem parowym po Wołdze, bo władza robotniczo-chłopska nie zbudowała w tym rejonie żadnych dróg. W okolice ośrodka trafiono dzięki temu, że miejscowi chłopi wiedzieli, gdzie odbywa się budowa „czegoś tajnego” i wskazali podróżnym drogę.
Tak jak w przypadku praktycznie wszystkich niemieckich tajnych ośrodków wojskowych w Związku Radzieckim, Niemcy dostarczali wszystkie materiały i sprzęt, a ZSRR tylko siłę roboczą. Mozolnie transportowano do ZSRR, okrężną drogą, koleją i ciężarówkami, nie tylko prefabrykowane budynki, ale nawet pościel i papier do maszyn do pisania. Ogromna amplituda temperatur, spotykanych w tym rejonie radzieckiego imperium, wymusiła zbudowanie w absolutnie każdym budynku potężnych pieców grzewczych – także w każdym powstałym tunelu i podziemnym magazynie – aby zbyt niskie temperatury nie zafałszowały wyników prób broni chemicznej.
Całość świetnie zorganizowano, znalazło się w kompleksie nawet miejsce na klasyczne kasyno oficerskie. Generał von Blomberg, który wizytował ośrodek TOMKA, okazał głębokie zadowolenie wobec tego, co ujrzał. Ośrodek podzielono na trzy działy. Pierwszy badał opryski z powietrza i lotnicze bomby chemiczne, drugi pracował nad rozprowadzaniem środków chemicznych za pomocą instalacji na ciężarówkach i specjalnych „czołgach chemicznych”, zaś trzeci pracował nad ochroną przed atakami chemicznymi. Każdemu działowi przewodził doświadczony niemiecki naukowiec, któremu przydzielono Rosjan z nie najgorszym wykształceniem, mówiących biegle po niemiecku. Niczego przed radzieckimi partnerami nie ukrywano.
Do 1929 roku spędzanie wolnego czasu z radzieckimi kolegami było zakazane, ale potem oficerowie bardzo się do siebie zbliżyli – sprzyjała temu znajomość niemieckiego przez praktycznie wszystkich oficerów Armii Czerwonej przydzielonych do obiektu TOMKA. Aby nie wywoływać konfliktów między mocno prawicowo nastawionymi Niemcami i indoktrynowanymi w imię przaśnego stalinizmu Rosjanami, przestrzegano niepisanej umowy o unikaniu jakichkolwiek tematów politycznych. Pracowano intensywnie. Krótka przerwa zimowa z 1930 na 1931 rok podyktowana była nie tylko rosnącym dyskomfortem Niemców, ale także pragnieniem sztabu generalnego Reichswehry, by przeprowadzić głęboką analizę dokonań ośrodka przy fizycznej obecności jego kadry oficerskiej w ojczyźnie.
W 1931 roku powrócono do programu badań, przy czym obejmowały one kilka nowych obszarów. Pracowano nad gazem musztardowym w stałym stanie skupienia, nad składnikami zwiększającymi adhezję środków bojowych, nad nowymi kalibrami chemicznej amunicji artyleryjskiej i bomb lotniczych, nad zbiornikami do wypuszczania gazu nad okopy wroga, nad nowymi zapalnikami, nad nowym typem natryskowego urządzenia do rozprowadzania bojowych środków trujących. Rozwijano bojowe zastosowanie dwufenylochlorazyny oraz pochodnych fosgenu, ale także biedzono się nad metodami odkażania i pomocy medycznej ofiarom ataku chemicznego.
Pierwsze próby poligonowe w nowym sezonie zakończyły się rozległymi poparzeniami gazem musztardowym u tych oficerów, którym ze względu na upały nie chciało się dokładnie uszczelnić kombinezonów ochronnych. Traktowano jednakże takie obrażenia jako oczywiste. Poligony artyleryjskie drżały od salw z armat – testowano amunicję chemiczną, używając do tego sześciu dział polowych, czterech haubic lekkich, dwóch haubic ciężkich oraz rozmaitych dział mniejszych kalibrów. Trzyosiowy samochód pancerny konstrukcji zakładów Kruppa służył do badania skuteczności oprysków nawierzchni dróg środkami bojowymi – okazało się, że odpowiednio dobrane składniki cieczy sprawiają, że dana droga, gruntowa czy utwardzona, staje się niemożliwa do pokonania przez żołnierzy nieprzyjaciela jeszcze po godzinie od wykonania oprysku.
Największą wagę obydwie strony przywiązywały do szczególnie obiecującej dziedziny badań, mianowicie chemicznych bombardowań lotniczych. Na poligonach rozstawiano klatki z psami i królikami w ustalonych odległościach od celu bombardowań. Następnie pilot, zwykle radziecki, rzadziej niemiecki, zrzucał niewielkie bomby z jednego z czterech aeroplanów znajdujących się w ośrodku. Zapalnik czasowy powodował detonację bomby na pewnej wysokości nad ziemią, co zapewniało pokrycie środkiem bojowym większego obszaru. Tradycyjne rozpraszanie gazów bojowych z pojemników znajdujących się na ziemi okazało się skuteczniejsze – zabijały one 83 procent rozmieszczonych na poligonie zwierząt laboratoryjnych, podczas gdy bombardowanie z powietrza czy lotnicze opryski dawały zaledwie 50 procent śmiertelności.
Niemcy relatywnie szybko przekonali się, że strategiczne bombardowania z większej wysokości przy użyciu bomb wypełnionych środkiem chemicznym mają znikomą skuteczność, ale Rosjanie upierali się przy tej metodzie stosowania broni chemicznej. Radziecki komendant ośrodka powiedział na forum kadry oficerskiej, że „metody te są wystarczające do usunięcia wroga ze znacznej powierzchni terenów przyfrontowych”. Niby żartem dodał, że „ataki na małej wysokości wystarczą, by dać wrogowi – na przykład polskiemu wojsku, ale także polskim robotnikom i chłopom – lekcję, po której pozbierają się dopiero po kilku tygodniach”. Powiększanie terytorium radzieckiego imperium nadal stanowiło główny cel zbrojeń ZSRR, a broń chemiczna miała pomóc w jego osiągnięciu.
Rosjanie rutynowo testowali chemiczne środki bojowe także na własnym wojsku, oficjalnie oczywiście na „ochotnikach”, tracąc przy tym część z nich – uznawano to jednak za możliwą do zaakceptowania ofiarę, składaną na ołtarzu przyszłych wojennych zwycięstw. Niemcy także badali działanie niektórych substancji na swoim personelu, byli to jednak naprawdę ochotnicy. Po następnej zimie kontynuowano prace w ośrodku TOMKA przez jakiś czas, badając między innymi mieszaninę różnych substancji zwaną Pfiffikus, ale generalnie Niemcy byli rozczarowani wynikami prac. Uznali, że na skalę strategiczną broni chemicznej z dostateczną skutecznością stosować się nie da. W tym samym czasie Rosjanie także uznali, że dalsza działalność ośrodka nie ma sensu, bo w innych tajnych obiektach bada się te same substancje na znacznie większą skalę. Rosjanie byli gotowi do napełnienia 5 milionów pocisków artyleryjskich chemicznymi środkami bojowymi, produkowali ogromne liczby masek przeciwgazowych i wyszkolili pięć pełnych batalionów chemicznych. Notabene w roku 1941 niemiecki wywiad oceniał, że zdolności produkcyjne przemysłu ZSRR w zakresie broni chemicznej przekraczały zdolności każdego innego kraju na Ziemi.
W 1933 roku ostatecznie Niemcy przestali łożyć na utrzymanie obiektu TOMKA, który Rosjanie w szybkim tempie od tej pory samodzielnie rozbudowywali. Niemcom użycie broni chemicznej kłóciło się z koncepcją bardzo ruchliwych ugrupowań pancernych, ale Rosjanie jeszcze długo uważali broń chemiczną za podstawową w przyszłej wojnie. W latach 1932-1935 Rosja Radziecka współpracowała w dziedzinie broni chemicznej także z Włochami.
IX
Po pierwszej wojnie światowej mocarstwa różnie myślały o rozwoju lotnictwa wojskowego. Pod tym względem teoretycy wojskowości w ZSRR i Niemczech odbiegali od swoich kolegów w Imperium Brytyjskim i Francji.
Upraszczając nieco sprawę, Brytyjczycy i Francuzi wierzyli, że następna, mało prawdopodobna według nich wojna, rozegrana zostanie praktycznie w ten sam sposób, co pierwsza światowa, „wojna, która skończy wszystkie wojny”. Zakładali, że będzie to wojna pozycyjna, podczas której będzie można spokojnie przekazywać rozkazy za pośrednictwem telegrafu lub telefonu polowego i gdzie przełamań oporu wroga dokonywać się będzie formacjami piechoty wspieranymi przez czołgi. Czołgi będące w rzeczywistości czymś w rodzaju ruchomych bunkrów, samobieżnych punktów ogniowych, poruszających się powoli, w tempie znużonego piechura.
Trudno w to uwierzyć, ale przedstawiciele innych rodzajów sił zbrojnych nalegali na likwidację Royal Air Force (brytyjskich Królewskich Sił Powietrznych) po zakończeniu pierwszej wojny światowej, twierdząc, że okres przydatności tej formacji minął. Lotnictwo zmniejszono o 90 procent i naciskano, by wszystkie jego funkcje oprócz szkolenia w pilotażu przejęły Admiralicja i dowództwo wojsk lądowych. RAF uratowany został przez człowieka, uznawanego do dziś za narodowego bohatera, generała Hugh Trencharda, pierwszego wicehrabiego Trenchard.
Wpadł on oto na pomysł, by użyć sił lotniczych do tłumienia powstań krnąbrnych tubylców w różnych zakątkach wielkiego imperium. W Somalilandzie, Iraku (gdzie dowództwo całych sił brytyjskich przypadło lotnictwu) i na pograniczu Indii skutecznie zwalczano zbuntowane plemiona z powietrza, bombardując je i ostrzeliwując. Używano lotnictwa do rozpoznania i transportu żołnierzy. Poszukując zastosowań dla RAF Trenchard zaproponował także, by z powietrza tłumić robotnicze protesty w Anglii, ale nawet dla Churchilla był to pomysł zbyt radykalny.
W tym samym czasie w rozbrojonych i złupionych Niemczech realiści wiedzieli, że kraju nie będzie stać ani na ogromne wojsko, ani na długotrwałe wojny – zwyciężało myślenie preferujące ruchliwe, szybko przemieszczające się siły, zadające przeciwnikowi głębokie ciosy. Oprócz broni pancernej do tego sposobu prowadzenia wojny pasowało także nowoczesne lotnictwo. Sowieci z kolei, podążając drogą „rewolucji światowej”, także myśleli o szybkich uderzeniach – tak silnych, by odebrały wrogowi zdolność prowadzenia dalszych działań zbrojnych. Byli przekonani, że lotnictwo, także korzystające z broni chemicznej, jest niezbędnym składnikiem planów wojennych. Planów, w których brakowało jakichkolwiek śladów doktryny obronnej – Związek Radziecki myślał wyłącznie o ataku.
Niemcom w rozwoju doktryny, techniki oraz w szkoleniu personelu przeszkadzał traktat wersalski, a w szczególności komisja kontroli pilnująca, by Republika Weimarska nie zyskała przewagi militarnej. Związkowi Radzieckiemu obok międzynarodowego ostracyzmu przeszkadzał fakt, że robotniczo-chłopska rewolucja zdołała unicestwić ponad sto lotniczych przedsiębiorstw działających w carskiej Rosji. Nowoczesna technika lotnicza, wiedza na temat budowy płatowców i silników musiały przybyć z zewnątrz.
Problem polegał także na tym, że nawet wśród tych, którzy uważali, że przyszła wojna w powietrzu będzie się różnić od zmagań w latach 1914-1918, nikt nie wiedział na pewno, w jaki sposób. Wróżenie z fusów nie jest metodą przewidywania przyszłości lubianą przez teoretyków wojskowości, szukano więc koncepcji, która mogła wydawać się wiarygodna. Wielką popularność zyskała książka włoskiego generała Giulio Douheta „Panowanie w powietrzu”, w której ten entuzjasta nowatorskich technologii proponował nową doktrynę. Polegała ona na prowadzeniu masowych bombardowań ludności cywilnej w miastach w kraju wroga; doprowadzona do skrajnej desperacji ludność miała się w konsekwencji buntować wobec władzy i wymuszać poddanie się. Teoria Douheta, który spędził trochę czasu w więzieniu za krytykowanie włoskich władz wojskowych podczas pierwszej wojny światowej, podobała się wielu generałom, ale jej praktyczne zastosowanie trzeba było dopiero wypracować.
Lata 30. XX wieku w jakimś stopniu zniechęciły Niemców i Sowietów do doktryny Douheta – Niemców przede wszystkim po doświadczeniach wojny w Hiszpanii i wobec ograniczonych możliwości własnego przemysłu (np. czterosilnikowy bombowiec o dużym udźwigu miał tyle silników, ile dwa średnie bombowce), a Sowietów dlatego, że niszczenie dóbr, które chce się przejąć, wykorzystać czy ukraść w krajach, które chce się podbić, zupełnie nie ma sensu. Ale na początku lat 20. takich wniosków nie było. Wojskowi od von Seeckta chcieli po prostu szkolić personel latający i potajemnie badać samoloty bojowe, a władze ZSRR potrzebowały wykonać skok jakościowy i szybko się zaopatrzyć w nowoczesne płatowce oraz silniki.
Współpraca lotnicza między Republiką Weimarską i Związkiem Radzieckim to tak obszerny temat, że podzielę go na zagadnienia i osobno opowiem o współdziałaniu w zakresie produkcji samolotów, silników lotniczych, organizacji wspólnych linii lotniczych oraz o działalności szkoły lotniczej i poligonu doświadczalnego w Lipiecku.
X
Specjalne fundusze niemieckie pod kontrolą generałów Reichswehry posłużyły do założenia całej masy spółek prawa handlowego, takich jak Russgertorg (firma handlowa, sprowadziła m.in. rurociągi do obsługi pól naftowych Kaukazu), Derop (firma handlująca radziecką ropą naftową, dużo później przejęta przez Aral), Derufa (radziecko-niemieckie stowarzyszenie produkcji filmowej) i im podobnych. Najciekawszą z nich pozostaje jednakże Deruluft, przedsiębiorstwo powołane do rozwoju komunikacji lotniczej.
Dlaczego najciekawszą? A dlatego, że nie za bardzo wiadomo, jak mogła powstać już w 1921 roku, gdy inne wspólne przedsięwzięcia niemieckich militarystów i radzieckich przywódców zaczęły się rodzić dopiero rok później. Udało mi się ustalić, że 24 listopada 1921 roku, w Berlinie, Borys Spirydonowicz Stomonjakow (radziecki przedstawiciel handlowy pochodzenia bułgarskiego) podpisał umowę o założeniu linii lotniczej z Ferdinandem Raschem, szefem niemieckiej firmy Aero-Union AG. Skąd wzięło się to ostatnie przedsiębiorstwo? Ledwie siedem miesięcy wcześniej powstało z woli linii morskiej HAPAG, wytwórni lotniczej Luftschiffbau Zeppelin GmbH oraz giganta przemysłowego AEG (który w czasie pierwszej wojny światowej był drugim po Kruppie dostawcą sprzętu wojskowego w Niemczech). Do udziałowców spółki dołączyły potem inne niemieckie przedsiębiorstwa branży metalowej.
Nową firmę nazwano Deutsch-Russische Luftverkehrs A.G., w skrócie Deruluft. Kapitał spółki akcyjnej wyniósł 5 milionów Reichsmarek, wniesiony po połowie przez strony niemiecką i radziecką. Podpisana w Berlinie (na długo przed rozmowami w Rapallo!) umowa założycielska zawierała klauzulę, w której władze moskiewskie gwarantowały linii wyłączność na połączenie lotnicze Niemiec i Rosji Radzieckiej. Pierwszą operację lotniczą przeprowadzono już 1 maja 1922 roku – początkowo latano tylko z Königsberg (Królewca) do Moskwy i wożono jedynie pocztę. Linia rozwijała się szybko. Kluczowe połączenie Berlina z Moskwą zrealizowano z międzylądowaniami w Wolnym Mieście Gdańsku, Königsberg (Królewcu), Kownie i Wielkich Łukach. Udziały w linii Deruluft zakupiła powstała w 1926 roku Deutsche Luft Hansa (kierowana przez tego samego Erharda Milcha, który po dojściu NSDAP do władzy stanął na czele Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy). Notabene Niemcy uruchomiły połączenie lotnicze z Moskwą wcześniej niż podobne połączenie z Paryżem.
Najpierw Deruluft korzystał z samolotów Fokker F.III, które częściowo zmontowano w Niemczech i częściowo w nowej siedzibie Fokkera w Holandii. W 1927 roku Fokkery latające na długiej trasie Berlin-Moskwa zastąpiono nowiutkimi Dornierami Merkur, zaopatrzonymi w 600-konne silniki BMW VI.
Niemieckie samoloty Junkers, Dornier i holendersko-niemieckie Fokkery władze w Moskwie zakupiły także dla innych linii lotniczych, jak UkrWozduchPut’ i Dobroljot. Wymienione dwie połączono w jedną w latach dwudziestych, a potem w roku 1932, wraz z innymi liniami, umieszczono pod wspólną „czapką” organizacji o nazwie Aerofłot. Gdy działalność Deruluftu zakończyła się formalnie w 1937 roku, jego sieć połączeń stała się podstawą działalności nowej radzieckiej linii lotniczej pod nazwą Aerofłot. Można zatem uznać, że to radzieckie, a potem rosyjskie przedsiębiorstwo lotnicze wywodzi się w prostej linii od założonego pospiesznie i w niejasnych okolicznościach Deruluftu.
Chyba warto wspomnieć w tym miejscu, że Polska Linja Lotnicza AeroLloyd (od 1925 roku Aerolot) powstała na bazie parku maszyn firmy Lloyd Ostflug z Wolnego Miasta Gdańska, zarządzanej przez Erharda Milcha, miała niemieckich udziałowców i latała na Junkersach, kupionych od szwedzkiego oddziału firmy. Samoloty początkowo pilotowali niemieccy lotnicy z fabryki Junkersa w Dessau, a obsługiwali pochodzący stamtąd technicy. Wniosek: PLL „LOT” i Aerofłot mają wspólne korzenie…
XI
Oszołomiona początkowo warunkami traktatu wersalskiego niemiecka generalicja pozbierała się szybko i zaczęła szukać sposobów na zapewnienie przetrwania doświadczonej kadry oficerskiej. Von Seeckt, Wilberg oraz inni dowódcy planowali między innymi potajemną odbudowę lotnictwa – tylko jak mieli utrzymać przy życiu osłabiony przemysł lotniczy?
Kluczową postacią w zakulisowych działaniach Republiki Weimarskiej i Rosji Radzieckiej jest Karol Radek. Urodzony we Lwowie Karl Sobelsohn wcześnie wszedł w środowiska socjalistyczne i przybrał pseudonim Radek ku czci postaci z powieści Żeromskiego. Współdziałał z Różą Luksemburg i szybko dotarł do Lenina. Po pierwszej wojnie światowej jako wyjątkowo wierny Moskwie komunista trafił do Kominternu, czyli organizacji, której rzeczywistym zadaniem było przeprowadzenie rewolucji światowej. Z jej ramienia został wysłany do Berlina, by wraz z ekipą czekistów „pomagać klasie robotniczej” budować Komunistyczną Partię Niemiec i planować rewolucyjny przewrót.
Ujęty przez władze niemieckie, przebywał przez jakiś czas w areszcie domowym w Berlinie, gdzie spotykał się m.in. z wymienionym wcześniej Enverem Paszą. Ten poznał go ze swoimi niemieckimi znajomymi. Człowiek, który chwilę wcześniej na rozkaz Moskwy miał rozpalić rewolucyjną pożogę w Niemczech i wciągnąć ten kraj do radzieckiej strefy wpływów, zbliżył się do niemieckiej generalicji i zaczął z nią dyskutować o wspólnych działaniach – obydwa kraje wszak były wówczas pariasami Europy. Niemcy wkrótce deportowali go jednak do Polski, która wymieniła go z Sowietami na polskiego oficera Henryka Gorzechowskiego (którego notabene dwadzieścia lat później NKWD zamordowało w Katyniu).
Przestarzałe lotnictwo radzieckie nie miałoby szans w walce z lotnictwem mocarstw zachodnich, gdyby wreszcie ruszyła z miejsca inwazja na Europę, tak upragniona przez otoczenie Lenina. Związek Radziecki musiał błyskawicznie zaopatrzyć się w jak najnowocześniejsze samoloty. W celu ominięcia ograniczeń nałożonych przez traktat wersalski i kontynuowania działalności przemysłowej, niemieckie zakłady lotnicze pozakładały filie za granicą: Albatros na Litwie, Dornier w Szwajcarii i we Włoszech, zaś Heinkel i Junkers w Szwecji. Radzieckiemu kierownictwu marzyła się współpraca z Albatrosem. Enver Pasza udał się do Moskwy w 1919 roku, by kontynuować nieformalne kontakty Radka z von Seecktem.
Sowieci potraktowali sprawę poważnie i wysłali do Niemiec niejakiego Wiktora Koppa, który teoretycznie miał być ambasadorem ZSRR w Berlinie, a jednocześnie praktycznie zająć się organizacją wspólnych przedsiębiorstw radziecko-niemieckich. Tenże Kopp, później także ambasador ZSRR w Szwecji i Japonii, wierny druh Trockiego, dokładnie zbadał istniejące w Niemczech fabryki uzbrojenia. Przekazał Trockiemu, że istnieje duży potencjał w przemyśle lotniczym Republiki Weimarskiej. Wówczas strona niemiecka wysłała na Wschód swoją delegację techniczną, której przewodził wyjątkowy człowiek, Oskar Ritter von Niedermeyer – osobnik tak szczególny, że warto poświęcić nieco miejsca na dygresję na jego temat.
Pochodził z zamożnej rodziny mieszkającej w Regensburgu. Dosłużywszy się stopnia porucznika w armii w czasach pokoju, skorzystał ze wsparcia wojska, by dostać się na studia. Wybrał uniwersytet w Erlangen, gdzie nabywał wiedzę w zakresie nauk przyrodniczych, geologii i filologii. Miał wybitne zdolności do nauki języków obcych – biegle posługiwał się angielskim i rosyjskim, nieźle mówił po arabsku, turecku i persku. I tutaj zaczęła się jego długa kariera w wywiadzie wojskowym. Otóż wojsko udzieliło mu dwuletniego urlopu naukowego, z zachowaniem pełnego żołdu, aby mógł wybrać się w podróż do Persji i Indii, której celem było prowadzenie wykopalisk oraz badania nad kulturą szyitów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
