Wydawca: Powergraph Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Wróżenie z wnętrzności ebook

Wit Szostak

4.33333333333333 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 253 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak

Każdy choć raz chciał odejść: zostawić wszystko, odwrócić się i zniknąć. Mateusz porzuca błyskotliwą karierę i zamieszkuje na dworcu kolejowym. Jego brat Błażej od dwudziestu lat nie wypowiedział ani słowa. Ale nic nie jest takie, jak się z początku wydaje. Dworzec Mateusza jest śródziemnomorską willą, zatopionym wśród beskidzkich lasów schronieniem dla ludzi i bogów. A milczący Błażej szeptem opowiada tajemniczą historię o odejściach i powrotach. To opowieść o dwóch braciach i Marcie, bogini Poświatowa, pełna niedopowiedzeń i pulsującego erotyzmu wyprawa w poszukiwaniu mitologii życia

Opinie o ebooku Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak

Cytaty z ebooka Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak

teraz mogę pisać, choć piszę szeptem, żeby nikt nie słyszał, żeby słowa nie dowiedziały się, że ich używam, bo wtedy zaczną się psuć i  niszczyć, staną się dziurawe i  do wyrzucenia. Więc piszę szeptem, kiedy słowa nie słyszą,
Słowa trzeba oszczędzać na gorsze czasy, na czasy głodu i  wojny. Wtedy będą potrzebne. Zresztą, i  tak mówiłem do siebie, więc nikt nie słyszał, czy używałem nazwy, czy nie. Dlatego piszę szeptem. A  słowa, których teraz nie potrzebuję, zapamiętuję i  trzymam na czarną godzinę. Bo może przyjdzie taka godzina, kiedy niezużyte słowa kogoś uratują?
Daniel musi rozumieć, bo zaufał filozofom i  wszedł w  ich tajemne grono, którego nikt nie rozumie, bo kiedy Daniel zaczyna mówić o  filozofii, to ma inne słowa i  inny wzrok i  wszystko wokoło jest inne. Daniel wie, że filozofia wyrywa go ze świata, że nawet przyjaciele patrzą na niego z  troską, biedny Daniel, biedny mały myśliciel, więc nie używa swych narzędzi publicznie, filozofuje zamknięty w  gabinecie, jego wstydliwa masturbacja pojęciami, nikt nie rozumie Daniela. Ale wierzy, że można zrozumieć, że można zrozumieć przyjaciela, który pewnego dnia powiedział bez powodu, odpierdolcie się ode mnie raz na zawsze, cały świat niech się odpierdoli, więc Daniel nie rozumie, ale Daniel chce zrozumieć.
Daniel nie rozumie, ale Daniel chce zrozumieć. I  zanurza słowa Mateusza w  swoich alchemicznych retortach pojęć i  destyluje sensy, szuka przyczyn, ale nie ma ratunku, nie ma odpowiedzi, więc Daniel musi przyjeżdżać do Poświatowa i  stawać twarzą w  twarz z  przyjacielem Mateuszem, dla którego nie tylko nie jest już przyjacielem, ale dla którego także nie istnieje, ale staje i  boli, i  musi, i  jedzie, choć wie, że będzie bolało. Wcześniej nie wiedział jeszcze, że to jedyny prawdziwy problem filozoficzny, który ma, bo inne są tylko w  książkach i  nie są jego, bo innymi się bawi i  gra w  tenisa z  problemami, i  zna zasady tenisa i  czasem wygrywa, a  czasem przegrywa, jak ktoś zaserwuje lepiej, ale tylko gra. A  tu nagle myślenie weszło w  jego życie i  życie wierci w  myśleniu dziury i  myślenie kuleje, więc Daniel musi jeździć na dworzec na końcu świata, choć czuje, że odpowiedzi nie będzie, tylko dalsze rany, głębsze i  gojące się jeszcze trudniej.
a  oni, wraz z  Martą, układają opowieść o  trzech chłopcach, trzech przyjaciołach, którzy wierzyli, że mogą pokonać świat. Marta nie jest wtedy boginią Poświatowa, tylko cichą akuszerką, która pomaga im urodzić tę opowieść, bo wie, że tylko opowieść im została, ją tylko mogą niańczyć, więc pomaga i  asystuje. Ta opowieść jest zawsze taka sama, słowa coraz lepiej pasują do siebie, te same zdania, powtarzane z  pamięci, choć im wydaje się, że tworzone na poczekaniu, te same gładkie frazy, potoczyście, potoczyście, a  pamiętasz jak razem, a  pamiętasz jak Mateusz, a  pamiętasz jak wtedy, i  wszystko znów nabiera światła, bo ta opowieść, dopóki opowiadana, oświetla ich życie, skupione przy stole w  dworcowej poczekalni, a  ja siedzę w  cieniu palmy, tylko Błażej, nasz Błażej, i  słucham słów.
Nie wiem więc, dlaczego zacząłem szeptać, dlaczego zrobiłem ten krok w  stronę zewnętrzności, wiedząc zarazem, że nie zrobię następnego, dlaczego poszerzyłem własną wewnętrzność o  moje szeptanie na poddaszu? Małe oszustwo głupiego Błażeja. Polubiłem to oszustwo, tę bezprawną obecność w  świecie mowy, tę niewinną kradzież słów. Ale wszystko ma swój kres, nawet małe oszustwa, o  których wiedzą tylko wnętrzności i  nikt inny.
Pierwsze szeptanie było o  winie i  peronie, i  zmęczonych bogach Poświatowa, drugie o  spoconym i  nieważnym panu Fryderyku i  o  tym, jak przestał być panem i  zrozumiał, jak jest nieważny, trzecie o  rodzącym się pięknie Sary, o  napięciu i  o  czekaniu, czwarte o  starym człowieku, który przyjechał obcy na dworzec i  umarł tu jako mój tata. A  piąte i  ostatnie będzie o  końcu, o  końcu wszystkiego, szeptanie ostatnie, ciche i  nikomu niepotrzebne, bo końca nie trzeba głośno obwieszczać, bo ludzie nie chcą końca.
będzie ostatnie, bo świat nie potrzebuje mojego szeptania, świat ma zamiast niego lepsze opowieści, opowieści piękne i  sprawdzone, dźwięczące jak stal i  kościelne dzwony. Świat będzie miał opowieść Sary i  opowieść Marty, świat nie słyszy szeptania i  dobrze, że nie słyszy. Szeptanie jest moim sekretnym życiem. Kradnę słowa ludziom i  chowam je w  moich wnętrznościach, gdzie żyją nowym życiem, życiem zamkniętym i  cichym, przepływa przez nie moja krew i  moje płyny, wtłaczam słowa w  moje wnętrzności, słowo po słowie, wróżę z  wnętrzności za pomocą słów, bo czasem przeczucia i  obrazy nie wystarczają.
Czy moje szeptanie jest z  samych wnętrzności? Czy wróżę z  nich, zanurzając palce między ciepłe gruczoły, czy też oglądam je z  zewnątrz, oszukując samego siebie? Głupi Błażej, złapany w  pułapkę słów. Ludzie wewnętrzni nie mają słów, mają ich wiecznie za mało, nie mają przymiotników, nie mają długich fraz. Ich wróżenie jest szybkie, bo boli, nie pławią się we wnętrzu z  radością człowieka zewnętrznego, nie żeglują między archipelagami organów.
Daniel filozof uśmiechał się, ale niepewnie. Chciał się uśmiechać bez tej niepewności, ale nie potrafił. Nosił w  sobie niepewność, bo zawsze był niegotowy na życie. Żył jako niegotowy, zawsze o  krok z  tyłu, musiał wszystko przemyśleć, wypróbować, sprawdzić, zanim zdecydował się to przeżyć. I  teraz tę swoją radość musiał przemyśleć, bo nie był na nią gotowy. Nie było czasu na próbę, a  życie bez próby przerażało Daniela. Życie na próbę, miłość na próbę, praca na próbę. Dlatego zawsze było z  nim dwóch Danielów, Daniel żyjący i  Daniel próbujący, a  ten pierwszy rzadko wygrywał. Daniel nie zatracał się w  życiu, nie potrafił. Był filozofem i  pewnie byłby byłym księdzem, gdyby się odważył zostać księdzem, ale nie było księży na próbę, więc nie został.
O  wiele łatwiej jest nie być, jak ja sobie nie jestem, niż być obok kogoś, kogo nie ma. Trzeba się przyzwyczaić i  nauczyć, że mnie nie ma. Tylko Błażej, taki nasz Błażej –  i  wtedy wszystko staje się łatwe. Pogodziłem się z  własnym niebyciem i  tak sobie żyję, taki nasz Błażej, tylko Błażej. Muszę tylko znaleźć słowo na to moje niebycie. Może takie słowo jest, a  może nie ma? Jeśli jestem jedynym takim naszym Błażejem, to nie ma słowa, bo nie było wcześniej takich naszych Błażejów i  potrzeby słów na nich. Nie można znaleźć, czego nie ma, a  wymyślać słowo na siebie to niedobrze.
Słowa tej rozmowy nie są ważne, bo w  rozmowach nieważne są słowa, tylko intonacje i  melodie, rytm wymiany zdań i  nastroje, które widać w  gestach i  minach rozmówców. To mówi więcej niż sens słów, który spisany bez tej partytury, może oszukać każdego.
zrozumiałem w  jednym i  jasnym błysku, że wszystko już będzie tak samo. Tak samo i  do końca. Że wszystko inne to tylko pozory czegoś innego, to oszustwo i  zmiana dekoracji. Wszędzie jest tak samo i  zawsze jest tak samo, czasem to jest czerwone, czasem białe, czasem wytrawne, a  czasem słodkie, ale zawsze to samo. Różnice to detale, różnice nie zmieniają rzeczy. I  zrozumiałem, że nie ma potrzeby wybierać, nie ma potrzeby działać, bo w  tym wszystkim nie ma nic istotnego, żadnej odmiany. Z  każdym człowiekiem będzie tak samo i  w  każdej podróży będzie tak samo, nie ma odmiany, nie ma ucieczki od samego siebie. Więc przestałem uciekać i  zgodziłem się na siebie, na siebie aż do śmierci, siebie wewnętrznego. Wnętrzności się nie zmieniają, wnętrzności czasem chorują i  umierają, ale tu zawsze jest tak samo. Nie wybrałem trudnego życia, bo nie wybierałem, ale nie wiem, czy moje jest trudniejsze?
Nie szukam odmiany i  nie rozczarowuje mnie jej brak. Dla świata to głupota, bo mądrość to umiejętność odmieniania siebie i  odmieniania świata, bo mądrość wymyślono w  zewnętrzności, to sposób radzenia sobie z  zewnętrznością, więc wewnętrzność musi być dla świata głupia. Działać, zmieniać, wpływać, wyruszać i  wracać, to mądrość zewnętrzności. Nie działam i  nie wpływam, jestem tylko Błażej. Dlatego mój brat jest mądry, a  ja nie, bo on nawet jak się wycofuje, to wpływa i  działa.
Nie potrafię jej opowiedzieć słowami Mateusza, bo nie mam w  sobie wielu słów, których on używa. Żyjemy w  innych słownikach, mówimy innymi językami, już nie patrzymy w  siebie jak w  lustro. Ale też nie mogę jej opowiedzieć tylko własnymi słowami, bo nie da się jej tak opowiedzieć. Ta opowieść musi więc zostać pomiędzy mną a  Mateuszem, rozpięta niczym pajęcza sieć, zaczepiona o  słowa, które każdy z  nas nosi w  sobie, opowieść pomiędzy, opowieść z  pogranicza.
cały świat musiałby na kolanach przyjść do Poświatowa i  Mateusza przeprosić za wszystko, a  wtedy Mateusz wysmagałby ten cały świat i  przepędził, ale ten świat musiałby wrócić jeszcze siedem razy, siedem razy na kolanach, siedem razy przeprosić za wszystko i  siedem razy przyjąć gniew Mateusza, a  wtedy może Mateusz powiedziałby ugodowo: zastanowię się. I  tyle.
I  tego nikt nie wie, nawet Mateusz, bo Mateusz nie wierzy już w  winę świata wobec siebie, nie wierzy w  swoją krzywdę, ale nie ma już powrotu. Bo im bardziej chce być przez świat przytulony, tym bardziej ten świat chłosta. Bo czuje, że ukoi go tylko przytulenie przez świat ostatecznie wychłostany i  obrażony, wtedy tylko takie przytulenie będzie miało moc, bo nie będzie zwykłym odruchem, nie będzie nagrodą, nie będzie zapłatą, tylko będzie gestem czystym i  bezinteresownym. I  Mateusz wie, że świat go tak nie przytuli, ale na inne przytulenia się nie zgadza, i  dlatego chłosta na prawo i  lewo, i  biczem gniewu przepędza z  Poświatowa cały świat i  jego ambasadorów.
Każdy ma swoje szepty, Poświatów pełen jest szeptów, których nikt nie słyszy. Kto szepcze, boi się swego głosu, ale chce, by go usłyszano. Kto szepcze, udaje tylko, że nie chce mówić, bo gdyby nie chciał mówić, toby milczał albo ciągle gadał, zagadując siebie i  świat. Kto szepcze, chce, by jego słowa dotarły do celu, ale by dotarły tak, jak on chce, by usłyszane było to, co jest mówione. Ale słowa nie w  taki sposób żyją, słowa mają swoje życie i  słyszymy inne rzeczy, niż są mówione. Co się dzieje po drodze z  tymi słowami? Obracają się, łączą w  pary, tworzą klucze jak ptaki –  nie wiadomo. Trafiają do innych miejsc niż te, z  których wyleciały. Ludzie tego nie rozumieją, ale przeczuwają, dlatego szepczą.
Wybierano za mnie, odkąd okazało się, że nie nadaję się do wybierania. Żyję wolny poza wolnością, bo wolność to przymus, bo trzeba być wolnym, jak się żyje, a  ja żyję i  nie muszę być wolny, sobie jestem, głupi brat, na poddaszu brata mądrego.
Wolność to wychodzenie na zewnątrz, to zaznaczanie siebie na zewnątrz siebie, gdzieś w  świecie. A  ja nie muszę siebie zaznaczać, mnie dobrze we własnym wnętrzu, niech inni męczą się na zewnątrz. Ja patrzę. Takie życie, dziwne życie, ale czyje nie jest dziwne.

Fragment ebooka Wróżenie z wnętrzności - Wit Szostak

Wit Szostak Wróżenie z wnętrzności ISBN: 978-83-64384-44-8 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl COPYRIGHT © 2015 by Wit Szostak COPYRIGHT © 2015 by Powergraph COPYRIGHT © 2015 for the cover by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Wit Szostak REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Michał Cetnarowski KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Pierw­sze

Jestem głu­pim bra­tem mojego mądrego brata, on ma wszystko, a ja nic i tak jest dobrze. On ma piękną żonę, dom ma, dzieci ma i pie­nią­dze, on ma przy­ja­ciół i powo­dze­nie, jest inte­li­gentny i wszy­scy go lubią, zna się na wszyst­kim i nie ma w tym prze­sady, a ja nie mam nic. On jest dobry, pozwala mi miesz­kać na pod­da­szu, nic nie płacę, bo i tak nie mam z czego, dobrze mi tutaj, opie­kują się mną on i jego żona, dobry brat Mate­usz i dobra bra­towa Marta, Mate­usz i Marta, a ja mam na imię Bła­żej.

Zawsze tak było, zawsze ktoś się mną opie­ko­wał, a ja potrze­buję opieki i bez opieki już nie potra­fię, potrze­buję tro­ski i odkąd zmarła mama, to miesz­kam z Martą i Mate­uszem, dobrze mi i jestem naj­szczę­śliw­szy na świe­cie. Nie mam nic, mam tylko opiekę, mam ich, ale oni nie są moi, oni nie należą do nikogo, więc nawet ich nie mam, tylko jestem przy nich, a oni pozwa­lają mi być i nie wie­dzą chyba, że mnie jest lepiej w życiu niż im, bo nie muszę wybie­rać. Wybie­rano za mnie, odkąd oka­zało się, że nie nadaję się do wybie­ra­nia. Żyję wolny poza wol­no­ścią, bo wol­ność to przy­mus, bo trzeba być wol­nym, jak się żyje, a ja żyję i nie muszę być wolny, sobie jestem, głupi brat, na pod­da­szu brata mądrego. Wol­ność to wycho­dze­nie na zewnątrz, to zazna­cza­nie sie­bie na zewnątrz sie­bie, gdzieś w świe­cie. A ja nie muszę sie­bie zazna­czać, mnie dobrze we wła­snym wnę­trzu, niech inni męczą się na zewnątrz. Ja patrzę. Takie życie, dziwne życie, ale czyje nie jest dziwne.

* * *

Sie­dzą teraz na tara­sie, słońce zacho­dzi, a oni nie patrzą na słońce i na sie­bie nie patrzą i nie roz­ma­wiają ze sobą, bo od dawna nie roz­ma­wiają, bo nie mają o czym roz­ma­wiać, więc sie­dzą, tak zasty­gli, jakby już nie żyli, bo nie żyją naprawdę, nie żyją od mie­sięcy, od lat, tylko sie­dzą na tara­sie i piją wino, sta­ro­żytni bogo­wie, mój brat i jego żona.

Taras jest pero­nem, bo oni miesz­kają na dworcu, a ja miesz­kam na pod­da­szu dworca, na pero­nie stoją kwiaty w wiel­kich doni­cach, pomię­dzy beto­no­wymi pły­tami rośnie trawa i nikt nie broni jej rosnąć, więc jest coraz więk­sza i łasko­cze w stopy, bo ja cho­dzę boso po pero­nie, więc łasko­cze, ale teraz sie­dzę na pod­da­szu i patrzę na peron, na Mate­usza i Martę, a słońce zacho­dzi za góry, bo wokoło są góry. Nikt nie mieszka na dworcu, bo na dworcu się nie mieszka, bo na dworcu miesz­kają bez­domni, któ­rzy nie miesz­kają, bo są bez­domni, więc tylko śpią, ale my miesz­kamy, bo mój mądry brat kupił stary dwo­rzec i zaka­zał pocią­gom tu przy­jeż­dżać, więc przy­jeż­dżamy tu samo­cho­dem albo przy­cho­dzimy przez góry od sąsied­niej wsi, taki nasz dwo­rzec, to zna­czy dwo­rzec Mate­usza i Marty, bo nie mój, bo ja nie mam nic, nic nie jest moje, więc dworca też nie mam. Ich dwo­rzec, ich peron, przed nimi zaro­śnięte tory, wielki ogród Marty i stary wagon na bocz­nicy, gdzie teraz jest szklar­nia i pach­nie pomi­do­rami. Lubię zapach pomi­do­rów, bo przy­po­mi­nają mi dzie­ciń­stwo, bo wszystko przy­po­mina mi dzie­ciń­stwo, bo wszystko było w dzie­ciń­stwie po raz pierw­szy i teraz tylko powraca albo nie powraca: pomi­dory powra­cają i miód słodki, i racu­chy, i placki ziem­nia­czane, ale nie tylko rze­czy do jedze­nia powra­cają, bo powra­cają rze­czy do czy­ta­nia, rze­czy do spa­nia i rze­czy do nosze­nia. A ja mia­łem dobre dzie­ciń­stwo, wszy­scy mnie kochali, a potem sta­łem się głupi i wyma­ga­łem opieki, i dalej mnie kochali, jak w dzie­ciń­stwie. Dla­tego teraz żyję dalej tym dzie­ciń­stwem, a wszystko powraca. Albo nie powraca, bo mama nie powraca i nie powra­cają zabawki, bo zabawki leżą w pudle w piw­nicy i są stare i zmę­czone. Kie­dyś je zapro­si­łem, żeby mnie odwie­dziły, i przy­nio­słem do sie­bie na pod­da­sze, ale to nie były już te zabawki. Nie potra­fiły się bawić ze mną i ja też nie wie­dzia­łem, jak się z nimi bawić. Takie chore, stare zabawki, a miś tro­chę łysy. Więc poło­ży­łem je spać i zanio­słem do piw­nicy, niech śpią, i wiem, że śpią, bo nie wszystko wraca, bo mama nie wraca, bo zabawki nie wra­cają. Tylko pomi­dory wra­cają, bo rosną w wago­nie na bocz­nicy, są zie­lone i czer­wone i lubię, kiedy Marta robi z nich zupę.

A kie­dyś to zasną­łem w tym zapa­chu, w wago­nie, bo od pomi­do­rów to się cza­sem kręci w gło­wie, i wszy­scy mnie szu­kali, ale prze­cież nie wie­dzia­łem, że szu­kają, bo spa­łem, a potem było mi smutno, że wszyst­kich zmar­twi­łem, bo Mate­usz mi powie­dział, że bali się, że posze­dłem w las i umar­łem. A ja bym ni­gdy nie poszedł w las umrzeć, bo dla­czego cho­dzić z tym do lasu? Jak będę chciał umrzeć, to się położę w swoim łóżku i wszyst­kim powiem, że umie­ram, i sobie umrę. Tylko naj­pierw popro­szę, żeby mi przy­nie­śli zupę pomi­do­rową, bo ja bar­dzo lubię jeść zupę pomi­do­rową. I śmierci się nie boję, ale śmierci bez zupy to już tak.

Tak się o mnie trosz­czą, tak się mar­twili, że umar­łem, że cho­dzili z latar­kami po lesie i wołali, Bła­żej, Bła­żej, a ja nie sły­sza­łem, bo spa­łem w wago­nie, i było mi przy­kro potem, że tak szu­kali. Marta mi powie­działa, że wołali, Bła­żej, Bła­żej, bo ja prze­cież spa­łem, kiedy wołali. Jestem im wdzięczny i sta­ram się poma­gać, jak tylko umiem. Ale co ja mogę pomóc, nic nie mogę, nie można dać niczego tym, co mają wszystko. A już na pewno nie może dać cze­goś ten, co nic nie ma. Ale poma­gam.

Na kra­węż­niku, który koń­czy peron i zaczyna ogród i jest poma­lo­wany na biało, choć farba jest już stara i tylko ja wiem, że była biała, ukła­dam na przy­kład małe kamyczki, na prze­mian ciemne i jasne. To jedna z nie­wielu rze­czy, jakie robię na zewnątrz sie­bie. Kiedy bar­dzo nudzę się ze sobą, ukła­dam kamyczki, bez celu. Marta i Mate­usz przy­pa­trują się z zacie­ka­wie­niem i pró­bują odga­dy­wać, jaki jest w tym sens. Nazy­wają te kamyczki zagrodą i myślą, że ma ona dla mnie zna­cze­nie. Kiedy jakiś kamy­czek spad­nie albo się prze­su­nie, popra­wiają, żeby nie było mi przy­kro. Napraw zagrodę Bła­żeja, mówią. Ale ta zagroda nie jest moja, bo prze­cież wszyst­kie kamyczki należą do dworca, a dwo­rzec należy do Mate­usza i Marty, więc ja tylko prze­sta­wiam to, co jest ich. I pil­nuję się, żeby nie wyno­sić poza dwo­rzec tego, co należy do dworca, ani też nie wno­sić do dworca tego, co pocho­dzi spoza. Chyba że są to zakupy albo jeżyny, co rosną w lesie po dru­giej stro­nie torów, któ­rych już nie ma.

Z tym ukła­da­niem kamycz­ków to też nie jest żadna pomoc, uło­ży­łem je tak jed­nego dnia, sam nie wiem do dziś czemu. I Marta powie­działa do Mate­usza, że pew­nie Bła­żej uło­żył, a Mate­usz do Marty, że pew­nie dla­tego, by nikt nie spadł. Ucie­szy­łem się, że to moje ukła­da­nie ma dla kogoś sens, bo dla mnie nie miało, ale skoro ktoś sens widzi, to ja też mogę zoba­czyć. Ale taka pomoc chyba się nie liczy, bo prze­cież ukła­da­łem bez sensu.

* * *

Torów nie ma, są pod spodem ukryte, mają teraz swoje życie pod­ziemne, zakryte zie­mią i inspek­tami, w któ­rych Marta trzyma zioła i warzywa. Torów nie ma, pogrze­ba­li­śmy je pod ogro­dem Marty, ale jest szla­ban i prze­jazd kole­jowy, choć kolej już nie prze­jeż­dża. Kiedy świeci słońce, to sia­dam przy szla­banie i sie­dzę. Mate­usz mówi, że Bła­żej pil­nuje prze­jazdu. Ale ja nie pil­nuję, więc i tu nie poma­gam. Cza­sem drogą prze­jeż­dżają samo­chody. Gdy­bym mówił, tobym powie­dział, że mogą jechać, bo nie ma w roz­kła­dzie żad­nych pocią­gów. I one by słu­chały i prze­jeż­dżały, a ja był­bym dróż­ni­kiem. Tak mi powie­dział Mate­usz. I nawet zna­lazł czapkę w poko­iku, gdzie kie­dyś miesz­kał naczel­nik sta­cji. Podobno był to bar­dzo stary i bar­dzo dobry pan, który całymi dniami sie­dział na krze­śle na pero­nie, pykał fajkę i liczył chmury. Od licze­nia chmur się mądrzeje i ja też sia­dam na krze­śle, w czapce sta­rego naczel­nika, który pew­nie umarł dawno temu, bo był stary już w opo­wie­ściach mojego brata, a opo­wie­ści są z daw­nych cza­sów, bo każda opo­wieść jest z daw­nych cza­sów, więc już na pewno nie żyje, a ja tak jak on liczę chmury i cza­sem wie­czo­rem czuję się mądry. Tylko że od licze­nia chmur star­cza mądro­ści na pięt­na­ście minut, nie wię­cej, a cza­sem na kró­cej, zwłasz­cza kiedy Marta zawoła na kola­cję i ta mądrość wtedy gdzieś się gubi, ucieka ode mnie i nie wraca.

Ale nie poma­gam nie tylko dla­tego, że nie mówię, ale też dla­tego, że te samo­chody nie jeż­dżą, dokąd by miały jeź­dzić, skoro nasz dwo­rzec jest na końcu torów i na końcu doliny, i na końcu świata? Jest prze­jazd, ale prze­jeż­dża­ją­cych nie ma. To Mate­usz je dla mnie wymy­śla, bo pew­nie uważa, że ich potrze­buję. Że jak czło­wiek ma dużo czasu, to sobie wymy­śla różne zabawy i gry, i dzięki tym grom czas się oswaja i porząd­kuje, można jakoś z nich żyć, można dzięki nim nego­cjo­wać z cza­sem. I ja udaję, że prze­pusz­czam te samo­chody, co ich nie ma, że otwie­ram i zamy­kam szla­ban, i Mate­usz z Martą myślą, że poma­gam. A ja tylko nego­cjuję z cza­sem kolejne chwile, nie­które pełne, a nie­które puste, bo tak prze­cież z cza­sem jest. I tak to jest z tym moim poma­ga­niem. Bo prze­cież ja nie mogę poma­gać, choć bar­dzo chcę jakoś odwdzię­czyć się dobrej Mar­cie i dobremu Mate­uszowi. Ale żeby poma­gać, to trzeba wybie­rać, a ja nie wybie­ram, i trzeba być tro­chę na zewnątrz, choć na krok być poza sobą, a ja jestem cały w swoim wnę­trzu i nie znam drogi na zewnątrz. Nawet mówić nie mogę, bo mowa jakoś łączy wnę­trze z zewnę­trzem, a ja potra­fię tylko do sie­bie, więc mowa krąży po moim wnę­trzu, ale go nie opusz­cza.

A stary pan naczel­nik ura­to­wał kie­dyś Mate­uszowi życie, tak Mate­usz mówi, kiedy Mate­usz był młody i cho­dził po górach. I była zima, był śnieg i Mate­usz był sam, taki zupeł­nie sam w tych górach, i już miał umrzeć od tej samot­no­ści, bo zszedł na sta­cję i dalej był sam, ale wtedy zna­lazł go pan naczel­nik i zro­bił mu cie­płej her­baty i dał mu koc, a potem podzie­lił się swoim obia­dem, i tak Mate­usz prze­żył. A wiele lat póź­niej stary pan naczel­nik umarł, bo był jesz­cze star­szy, i Mate­uszowi było smutno, bo się z nim zaprzy­jaź­nił i przy­jeż­dżał kilka razy do roku na tę sta­cję i roz­ma­wiał ze sta­rym panem naczel­nikiem, bo obaj byli mądrzy i mieli o czym roz­ma­wiać. A potem Mate­usz został boga­tym czło­wie­kiem i kupił ten dwo­rzec, tę nie­wielką sta­cyjkę w gór­skiej doli­nie, bo powie­dział, że kolej zabija zapo­mniane sta­cje, a on nie pozwoli, żeby zabić miej­sce, gdzie on odna­lazł życie. I kiedy zamknęli tę linię, bo oka­zało się, że wszy­scy ludzie, któ­rzy nią jeź­dzili, umarli albo prze­pro­wa­dzili się do mia­sta, to Mate­usz kupił dwo­rzec i teraz on jest naczel­nikiem. I nie wiem, czy to on jest naczel­nikiem, czy ja, ale chyba on, bo prze­cież do niego należy ta sta­cja, a do mnie nawet ja sam nie należę, bo jestem zupeł­nie bez­pań­ski.

Tak mówi Mate­usz do mnie i do swo­ich dzieci, ale prze­cież ja znam Mate­usza z cza­sów, kiedy on nie miał dzieci, a ja nie byłem jesz­cze głupi, i wiem, że Mate­usz nie cho­dził po górach, bo Mate­usz nie jest czło­wie­kiem wyso­ko­gór­skim, tylko czło­wie­kiem śród­ziem­no­mor­skim. Ale jego dzieci nie wie­dzą i słu­chają opo­wie­ści o zimie i o sta­rym panu naczel­niku, a ja słu­cham i patrzę na Mate­usza, bo wiem, że nie było zimy, że naczel­nik pew­nie był, ale że wszystko wyda­rzyło się ina­czej.

* * *

Mate­usz i Marta wyre­mon­to­wali dwo­rzec i w nim zamiesz­kali i tak żyją poza świa­tem, ale Marta chęt­nie przyj­muje gości, choć nie­wiele osób tu przy­jeż­dża. Jest kilka pokoi na pię­trze, gdzie miesz­kają goście, i nikt tam wtedy nie wcho­dzi, kiedy miesz­kają, a wszy­scy spo­ty­kamy się w pocze­kalni, gdzie jest salon i jadal­nia, i kuch­nia, i wszystko jest, co wspólne. Wielka stara pocze­kalnia, w któ­rej rosną sta­ro­żytne palmy w wiel­kich doni­cach, jesz­cze z cza­sów kolei, się­gają po sufit, któ­rego nie widać, bo w pocze­kalni jest ciemno. Na pod­ło­dze leżą kolo­rowe dywany i są fotele, każdy z innego kom­pletu. Można się zgu­bić w tej pocze­kalni, ale każdy może się zgu­bić po swo­jemu. Jedni gubią się na fote­lach i czy­tają książki, potem cho­dzą tacy zagu­bieni i patrzą dziw­nym wzro­kiem, nie wie­rząc, że się odna­leźli. Inni gubią się w roz­mo­wach, przy dłu­gim stole, nad nimi rosną palmy. A z pocze­kalni można wyjść na peron, gdzie stoją ławeczki i kwiet­niki i gdzie latem kobiety opa­lają się nago, bo nikt nie patrzy. Gdyby jeź­dziły pociągi, toby się nie opa­lały, bo nikt się nie opala na pero­nie, ale tutaj wolno, bo dookoła są tylko góry i sami swoi.

* * *

Sie­dzą na pero­nie, Mate­usz z Martą, i nie patrzą na słońce. Kie­dyś roz­ma­wiali, a teraz roz­ma­wiają tylko wtedy, kiedy mają gości. Potem, kiedy poza nami na dworcu nikogo nie ma, mil­czą do sie­bie całymi dniami. Dalej się lubią i kochają pew­nie, więc mil­czą uprzej­mie, miło mil­czą, mija­jąc się w pocze­kalni albo na scho­dach. Ale nie mają o czym roz­ma­wiać, bo za dużo roz­ma­wiali na początku swo­jej miło­ści. Wtedy sie­dzieli nocami i szep­tali sobie różne rze­czy, opo­wia­dali sobie histo­rie praw­dziwe i zmy­ślone, opo­wia­dali sie­bie i swoje miło­ści, i swoje zain­te­re­so­wa­nia, i pasje, opo­wia­dali sobie muzykę i lite­ra­turę, sztukę sobie opo­wia­dali i dzie­ciń­stwo. A teraz już wszystko zostało opo­wie­dziane i nie ma słów pomię­dzy nimi, bo nie ma już w nich świata poza ich wspól­nym świa­tem, a po co mówić o tym, o czym się wie? Inni ludzie, któ­rzy nas odwie­dzają, mówią za dużo i nie­po­trzeb­nie, mówią o tym, że słońce wscho­dzi i zacho­dzi, i opo­wia­dają o tym Mar­cie i Mate­uszowi, a prze­cież oni wie­dzą, oni wie­dzą wszystko.

Nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powie­dziane, bo słowa są ważne i trzeba ich uży­wać roz­sąd­nie. Mate­usz powie­dział mi kie­dyś, że słowa zuży­wają się i kiedy zbyt czę­sto mówimy, to może ich zabrak­nąć na rze­czy naprawdę ważne. A u nas nie dzieją się rze­czy naprawdę ważne, więc Mate­usz i Marta zacho­wują słowa na wła­ściwy czas. Ale są pomię­dzy nimi sprawy, na które nie mają jesz­cze słów i szu­kają ich cały czas. Ta roz­mowa jest cią­gle przed nimi i mil­czą o tym ina­czej, niż mil­czą o zacho­dach i wscho­dach słońca. Zużyte słowa nie pasują, a nie­zu­ży­tych nie ma. Więc Marta i Mate­usz cze­kają na słowa nowe, że może przyjdą, może ktoś je przy­nie­sie, a może życie tak minie na cze­ka­niu i nie trzeba będzie w ogóle słów szu­kać. I tak mil­czą na wiele spo­so­bów, bo są mądrzy, mój mądry brat i jego mądra żona.

Tu dzieją się sprawy codzienne, wsta­jemy, jemy, śpimy, odpo­czy­wamy, cza­sem ktoś przy­je­dzie i wtedy warto roz­ma­wiać. Wiem, że Mate­usz ma rację, bo jest mądry i poznał naturę świata, poznał naturę czło­wieka i naturę mowy. I wie, jak te natury połą­czyć ze sobą, jak czło­wiek jest ze swoją mową w świe­cie. On wie, jak to działa, dla­tego jest mądry i mil­czy. Ale ja jestem głupi, nie­wiele mówię na głos, nie opo­wia­dam nikomu o sobie, więc teraz mogę pisać, choć piszę szep­tem, żeby nikt nie sły­szał, żeby słowa nie dowie­działy się, że ich uży­wam, bo wtedy zaczną się psuć i nisz­czyć, staną się dziu­rawe i do wyrzu­ce­nia. Więc piszę szep­tem, kiedy słowa nie sły­szą, tak jak szep­tem i na pal­cach pod­ja­dam ze spi­żarki kon­fi­tury z jeżyn. I nikt nie zauważa, że to robię, a ja potem wie­czo­rami usy­piam z tym sma­kiem w ustach i jest mi bar­dzo dobrze. Szep­tem piszę, na pal­cach, słowa śpią i nic nie wie­dzą. Mądry by nie pisał, chyba że dla głu­pich. Bo dla mądrych nie warto, mądrzy wie­dzą wszystko i pisa­nia nie potrze­bują. A dla głu­pich też nie warto, bo głupi i tak nie zro­zu­mieją mądrego, jak ja nie rozu­miem mojego mądrego brata Mate­usza. Tylko głupi może, i ja sobie wła­śnie piszę.

A swo­jego brata Mate­usza nie rozu­miem, bo nikt go nie rozu­mie. Wszy­scy mu mówią, że źle zro­bił, że kupił ten dwo­rzec. Że powi­nien sie­dzieć w mie­ście i tam dalej pra­co­wać, bo jest zdolny i ma talent i mógłby daleko zajść, a już zaszedł daleko, więc mógłby jesz­cze dalej i dalej. A on się śmieje i mówi, że zaszedł daleko i co z tego ma. Marta cza­sem mówi, że Mate­usz uciekł, że zosta­wił wszystko i się odciął. Może ma rację. Ja nie wiem, jak to jest, bo ja nic nie zosta­wiłem, bo żeby zosta­wić, to trzeba mieć, a ja nic nie mia­łem, więc nie mogłem porzu­cić, nie mogłem daleko zajść, nie mia­łem pracy i talentu, nie mia­łem per­spek­tyw. Wszy­scy mówią, że Mate­usz miał per­spek­tywy. I dla­tego nie rozu­mieją, dla­czego ten mądry czło­wiek żyje na dworcu w górach, gdzie kolej nawet nie jeź­dzi, bo co ma jeź­dzić do cudzego dworca. Kolej odwie­dza swoje dworce, kole­jowe, a ten jest Mate­uszowy, i Mate­usz nie pozwo­lił kolei tu przy­jeż­dżać. Mate­usz zosta­wił wszystko, zosta­wił pracę i mia­sto, zosta­wił karierę i per­spek­tywy, nawet per­spek­tywy sobie nie zabrał na dwo­rzec, nawet jed­nej per­spek­tywy w walizce nie przy­wiózł. Przy­wiózł tylko Martę i dzieci, któ­rych teraz nie ma, bo poje­chały do dziad­ków, do rodzi­ców Marty do mia­sta, żeby zoba­czyć, co to mia­sto, i żeby wie­dzieć, jak się w mie­ście żyje, jak mia­sto żyje w czło­wieku. Bo Marta wie, że kiedy Zuzia i Szy­mek doro­sną, to wyjadą z dworca i wrócą do świata.

* * *

A my tu miesz­kamy poza świa­tem, mamy świat poza innymi świa­tami i nie dociera tu nic, czego byśmy nie chcieli, bo do tego świata mają wstęp tylko ludzie, któ­rych sami zapro­simy. Nad dwor­cem wisi stara biała tablica z czar­nymi lite­rami POŚWIA­TÓW, bo tak się nazy­wała ta sta­cja, kiedy jesz­cze była sta­cją. Podobno miało tu być uzdro­wi­sko, bo mądrzy ludzie, co cho­dzili dawno temu po górach i szu­kali prawdy, odkryli w doli­nie żywą wodę, która leczy ludzi ze smutku i melan­cho­lii, ale potem oka­zało się, że ta woda nie leczy i ludzie dalej są smutni. Przed wszyst­kimi świa­to­wymi woj­nami powstało tu kilka pen­sjo­na­tów, które potem zapa­dły się w sobie, stoją takie zapad­nięte, wro­śnięte w swoje ogrody i nikt tam nie mieszka. Na jed­nym jest sowa, na dru­gim paproć, każdy miał jakiś tajemny znak. Powstała sta­cja kole­jowa, za duża, bo plany były za duże, i nawet na środku pocze­kalni zro­bili fon­tannę, która jest do dzi­siaj, mamy źró­dełko u sie­bie w domu, u sie­bie na dworcu. Wie­czo­rami miło szumi, woda ude­rza o wodę i jest taki szmer, że czło­wiek usy­pia. Może tak dzia­łała ta woda, że usy­piała czło­wieka, usy­piała smutki i melan­cho­lię tym szme­rem, tym spa­da­niem wody rucho­mej na wodę nie­ru­chomą. Patrzę czę­sto na tę fon­tannę, jak spo­ty­kają się te dwie wody, i cie­szę się z mojego życia, które pod­trzy­muję tym patrze­niem i piciem pro­sto ze źró­dełka.

Mate­usz mi mówił, że nazwę Poświa­tów wymy­ślili tacy czarno-biali pano­wie w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, któ­rzy patrzą na czło­wieka ze zdję­cia, które wisiało w miesz­ka­niu sta­rego naczel­nika sta­cji. Ja też patrzy­łem czę­sto na nich, na ich maniery i świat, pełen pew­no­ści i siły, ich spoj­rze­nia błysz­czące nadzieją. Wie­rzyli w żywą wodę, wie­rzyli w Poświa­tów, gdyby nie wie­rzyli, toby go nie wymy­ślili, bo po co komu taki Poświa­tów na końcu torów i na końcu drogi? Widzę ich na zdję­ciu trzech, trzech bogów Poświa­towa, jeden w ciem­nym gar­ni­tu­rze, drugi w jasnym, a trzeci pomię­dzy nimi, w spodniach jasnych i mary­narce ciem­nej. Za nimi dwo­rzec i budu­jące się pen­sjo­naty, które na zdję­ciu wyglą­dają tak samo jak teraz – drew­niane rusz­to­wa­nia, które dopiero mogą się czymś stać, ale nie muszą. I te nie musiały, i się nie stały. Teraz te domki się zapa­dły, niczym się nie staną, a szkie­lety ich ster­czą i kale­czą niebo ostrymi drza­zgami.

Na zdję­ciu trzej bogo­wie Poświa­towa wzno­szą toast żywą wodą i są żywi na tym zdję­ciu, choć naprawdę już od dawna nie żyją. Jeden zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym pod­czas wyści­gów kra­kow­skiego auto­mo­bil­klubu, drugi zgi­nął na woj­nie, a trzeci umarł zapo­mniany i nie wia­domo nawet, gdzie leży. Mate­usz ma zapi­sane ich imiona, ale po co komu imiona zapo­mnianych ludzi? Trzeba zapo­mnieć te imiona, bo nie­po­trzeb­nie żyją w pamięci, więc sta­ram się zapo­mnieć, ćwi­czę się w zapo­mi­na­niu codzien­nie. Ale kiedy tylko przy­po­mi­nam sobie, co mam zapo­mnieć, to imiona powra­cają, żebym wie­dział, co mam dzi­siaj zapo­mnieć, i przez to pamię­tam je jesz­cze moc­niej. Teraz znowu powró­ciły i mam je przed sobą, ale ich nie zapi­szę, żeby nie mar­no­wać słów. Trzej bogo­wie Poświa­towa, w bar­dzo ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach.

* * *

Mate­usz nie ma zwy­cza­jów, a Marta ma. Mate­usz każ­dego dnia wszystko robi na nowo, jakby świat się zaczął i on nie wie­dział, jak w tym świe­cie żyć. O innej porze wstaje, o innej porze się kła­dzie, o innej je posiłki, czyta, pra­cuje i jeź­dzi do wsi po zakupy. Ni­gdy nie ma sta­łych pór swo­jego życia i impro­wi­zuje, za każ­dym razem stwa­rza­jąc sie­bie na nowo. Zwy­czaje go nużą, ucieka od nich, ale nie ma do czego uciec, bo nie ma prze­cież na boku takiego miej­sca, gdzie mógłby się przed zwy­cza­jem schro­nić. Może nie sie­dzieć z Martą w cie­płe wie­czory na pero­nie, ale musiałby uciec w inny zwy­czaj, na przy­kład w czy­ta­nie książki albo myśle­nie o śmierci. Mate­usz jest mądrym bra­tem i wie, że ze świata zwy­cza­jów się nie uciek­nie, więc sie­dzi na pero­nie, pije wino, wczo­raj sie­dział i pił i jutro będzie robił to samo, ale nie ma go w tym zwy­czaju. To nie jego sie­dze­nie, to nie jego picie, więc go tam nie ma. Zasta­na­wiam się, gdzie jest wtedy mój brat, kiedy tak ucieka. Czy można uciec w myśle­nie? Czy to nie jest inny zwy­czaj? Mate­usz ni­gdy nie potra­fił zamiesz­kać na ziemi. Zawsze był wędrow­cem, nawet w domu rodzi­ców był wędrow­cem. Prze­me­blo­wy­wał swój pokój, cią­gle coś zmie­niał, a i tak nie spę­dzał w nim czasu. Cza­sem myślę, że on jest tylko gościem na Ziemi, prze­chod­niem, który nie rozu­mie, dla­czego ludzie potrze­bują swo­ich miejsc, swo­ich rze­czy i swo­jego patrze­nia na te rze­czy. Mate­usz nie ma korzeni, nie ma miej­sca, nawet dwo­rzec nie należy do niego.

Marta ma zwy­czaje i jej zwy­czaje łączą ze sobą miej­sca, rze­czy i ludzi. Bez Marty ten świat by się roz­sy­pał i nie byłoby ani Mate­usza, ani całego Poświa­towa, ani nawet mnie. Marta o tym nie wie, i dobrze, bo gdyby wie­działa, toby się tym bar­dzo prze­jęła, bo ona się wszyst­kim bar­dzo przej­muje, bo jest dobra i tro­skliwa. I gdyby zaczęła się o swoje zwy­czaje trosz­czyć: o to, żeby zawsze pil­no­wać czasu i miej­sca, żeby obiad był o tej, a śnia­da­nie o tej, i kola­cja w tym miej­scu, a poważna roz­mowa z mężem w tym miej­scu, więc gdyby musiała tym wszyst­kim zarzą­dzać, toby się ten świat roz­le­ciał, bo nic już nie dzia­łoby się tak, jak dotych­czas. Marta ma zwy­czaje, ale nimi nie zarzą­dza, i bar­dzo dobrze. Mate­usz stara się zarzą­dzać zwy­cza­jami i sobą i widać, jak cią­gle prze­grywa. Raz zarzą­dził sobą, że będzie po obie­dzie czy­tał w zie­lo­nym fotelu w pocze­kalni. I przez tydzień zarzą­dzał, a potem mu się znu­dziło. Innym razem posta­no­wił wsta­wać razem z Martą. Ale raz zaspał i mu się zwy­czaj zawa­lił. Taki jest Mate­usz, wędruje po świe­cie i przy­tula się do zwy­czajów innych ludzi. Naj­czę­ściej są to zwy­czaje Marty, cza­sem moje, a cza­sem zwy­czaje lasu, który ota­cza nasz dwo­rzec. Bo las rodzi grzyby o poranku, a jagody o zmierz­chu. I to są zwy­czaje lasu, a Mate­usz je sza­nuje. Łączy miej­sca z cza­sem i po nich wędruje. Ale zawsze wraca.

Marta wstaje zawsze o siód­mej rano, robi śnia­da­nie i odwozi dzieci do szkoły, która jest w sąsied­niej wsi. Ni­gdy nie mówimy nazwy tej wsi i nie wiem dla­czego. Na początku ja mówi­łem, ale kiedy zauwa­ży­łem, że Mate­usz mówi tylko, że jedzie do wio­ski i Marta też mówi, że jedzie do wio­ski, to zro­zu­mia­łem tę grę i mówię o wio­sce albo wsi. Po co nazwa, skoro jest tylko jedna wio­ska w pobliżu, pierw­sza, jak się idzie po torach? Szkoda słów na nazwę wio­ski, która nikomu nie jest potrzebna, bo wszy­scy wiemy, o co cho­dzi. Słowa trzeba oszczę­dzać na gor­sze czasy, na czasy głodu i wojny. Wtedy będą potrzebne. Zresztą, i tak mówi­łem do sie­bie, więc nikt nie sły­szał, czy uży­wa­łem nazwy, czy nie. Dla­tego piszę szep­tem. A słowa, któ­rych teraz nie potrze­buję, zapa­mię­tuję i trzy­mam na czarną godzinę. Bo może przyj­dzie taka godzina, kiedy nie­zu­żyte słowa kogoś ura­tują? Sam nie wiem.

Teraz w wio­sce, która ma nazwę, ale nie ma sensu jej wyma­wiać, koń­czą się pociągi, tamta sta­cja bucha życiem kolei, loko­mo­tywy pocą się na tory i potem w powie­trzu wszę­dzie wisi ten zapach, który każdy zna, bo każdy zna kolej. A u nas zapach nie wisi, bo kolej nie jeź­dzi i się nie poci, zapach dawno umarł i zaro­sła go trawa. Ostat­nio kur­so­wały tu składy z drew­nem, bo jak zwo­żono drzewo z wyrębu, to wła­śnie tu, bo naj­bli­żej lasu. Teraz jed­nak nie ma zapa­chu kolei, ale jest zapach żywicy, on żyje i pach­nie. Marta wstaje rano, a kiedy dzieci nie mają szkoły i są u dziad­ków w mie­ście, to jest w Kra­ko­wie, to Marta też wstaje, tylko zamiast jeź­dzić do wio­ski, sie­dzi w kuchni i pije kawę. Kawa sty­gnie, papie­ros się wypala, Marta się budzi i potem może dalej żyć. I tak godzina po godzi­nie, świat Marty jest pełen zwy­cza­jów. Jedne są codzienne, inne coty­go­dniowe, są zwy­czaje let­nie i zimowe. Myślę sobie, że Marta ma w swoim pokoju księgę zwy­cza­jów i codzien­nie rano roz­kłada ją przed sobą, jak ksiądz mszał, i śpiewa wedle niej swój dzień, a potem to wszystko się staje. Dla­tego Marta zawsze wie, gdzie jest i ni­gdy się nie gubi. Gubi ją tylko cza­sem świat, który zabiera jej zwy­czaje. Jeśli wra­ca­jąc z Szym­kiem i Zuzią ze szkoły, zła­pie gumę, to wtedy straci pół godziny i nie zdąży obrać ziem­nia­ków, i gotuje maka­ron, a miały być ziem­niaki, i zmie­nia się jadło­spis, i zmie­nia się pora posiłku, i Marta nie zdąży po posiłku zro­bić tego, co ma zapi­sane w księ­dze, więc opusz­cza jakiś zwy­czaj i do wie­czora jest pode­ner­wo­wana i smutna, że coś nie wyszło. I wiem, że wtedy Marty nie należy pocie­szać, bo na co jej pocie­sze­nie, kiedy świat się zawa­lił. Słowa świata nie napra­wią, trzeba cze­kać na następny dzień i mieć nadzieję, że wszystko pój­dzie zgod­nie z zapi­sa­nym pla­nem.

Marta dener­wuje się na smutno, traci wtedy blask i się garbi, jakby brała na sie­bie całe nie­szczę­ście świata. Tak to jest z ludźmi, któ­rzy mają zwy­czaje. Ale nie mieć zwy­cza­jów to też nie­do­brze, bo zwy­czaje budują dom, a źle być bez­dom­nym. I Mate­usz jest bez­domny, i mieszka na dworcu, i choć dla Marty ten dwo­rzec jest domem, to dla Mate­usza nie.

* * *

Latem Marta ma zwy­czaj opa­lać się nago na pero­nie. Cza­sem opala się cał­kiem nago, cza­sem nie cał­kiem, ale korzy­sta ze słońca i wtedy zmie­nia inne oby­czaje. Lubię patrzyć, jak tak leży nie­ru­chomo, z oczami zamknię­tymi. Uwa­żam, że jest piękna, ale to nie moje piękno, tylko jej i Mate­usza, więc nie mogę na jej piękno patrzyć za bar­dzo, bo bym je mógł przy­pad­kiem ukraść. I wtedy Marta mogłaby je stra­cić, mogłaby poczuć się ogra­biona z sie­bie. Więc patrzę sobie nie na jej piękno, tylko na Martę samą. Wydaje mi się, że jest coraz pięk­niej­sza, i może to dla­tego, że kradnę jej całą brzy­dotę, każdą nie­rów­ność, fałdkę tłusz­czu, zmarszczkę czy krostkę na skó­rze. Patrzę na te miej­sca, gdzie brzyd­nie, i po chwili już nie są dla mnie brzyd­kie. Tak oca­lam jej piękno, dla niej i dla Mate­usza. Niech mają.

Sie­dzia­łem w pocze­kalni, kiedy Marta roze­brała się na pero­nie po raz pierw­szy. A jak Bła­żej zoba­czy?, zapy­tała Mate­usza, ale on ją uspo­koił, że prze­cież roz­bie­rała się w Hisz­pa­nii na plaży i tam było pełno Bła­żejów i jej nie prze­szka­dzało. W Hisz­pa­nii jest plaża pełna Bła­żejów i wszy­scy patrzyli na nagą Martę! Kiedy teraz przy­jeż­dżają do nas goście, a jest lato, to peron zamie­nia się w plażę, tylko nie ma już tam tylu Bła­żejów, tylko jestem ja sam, sam jeden. Reszta Bła­żejów jest prze­cież w Hisz­pa­nii. Cza­sem jed­nak za mało jest jed­nego Bła­żeja na to całe piękno, bo są dni, kiedy piękno led­wie mie­ści się na pero­nie.

O pięk­nie Marty chęt­nie bym napi­sał, ale nie wiem, czy wtedy jej go nie ukradnę. I musiał­bym użyć wielu słów, które mogą się przy­dać na inną oka­zję. Bo piękno nie potrze­buje słów, tylko patrze­nia. Po co słowa, kiedy można coś zoba­czyć? Dla­tego powiem tylko tyle, że jest takie ładne miej­sce na Mar­cie, ale jest nie zawsze, tylko cza­sem, że kiedy Marta sie­dzi na leżaku i pod­ciąga nogę, to ono się poja­wia w zgię­ciu tej nogi. Pomię­dzy Martą a jej nogą jest taki rowek, który obiega bio­dro, okrąża je i nik­nie tam, gdzie Marta ma swoje skarby. A kiedy Marta wypro­stuje nogę, to ten rowek znika i widać tylko kro­pelki potu na jego miej­scu. Ale miej­sca już nie ma, aż do następ­nego zgię­cia nogi. I to miej­sce jest piękne, mimo że dookoła jest bar­dzo gorąco, a jak jest gorąco, to czło­wiek widzi wszę­dzie złe i brzyd­kie rze­czy, bo nie może myśleć ani dobrze patrzyć. Więc to musi być praw­dziwe piękno, skoro zachwyca nawet w takim upale. Trzeba się dobrze napa­trzyć latem, bo zimą tego miej­sca w ogóle nie ma. Marta zimą też cza­sem siada i pod­ciąga nogę, ale to nie to samo. To inne miej­sce, zimowe, bez słońca i bez kro­pe­lek potu. Zupeł­nie nie­ładne i nie­cie­kawe. Zresztą, wtedy Marta ma na sobie baweł­niane spodnie i wcale nie jestem pewien, czy pod spodniami to miej­sce rodzi się na chwilę w zgię­ciu nogi, czy też nie. Kto to wie?

Piękno Marty jest pięk­nem ziemi, pach­nie zie­mią i z niej wyra­sta. Marta jest kró­lową tej doliny, bogi­nią ogrodu, w któ­rym rośnie wszystko. Mamy mar­chew i selery, bor­dową botwinę i zie­lone, pofał­do­wane liście szpi­naku. Pod pło­tem rosną wiel­kie dynie, które trzeba toczyć do dwor­co­wej kuchni i ciąć piłą na ćwiartki. Marta cho­dzi po swoim kró­le­stwie boso i jej stopy są twarde, a pięty popę­kane. Spulch­nia glebę gołymi rękami, czę­sto widzę ją, jak klę­czy w pod­ko­szulku Mate­usza i ociera czar­nymi dłońmi czoło. Opuszki jej pal­ców noszą ślady tych wszyst­kich prac, a ramiona pora­nione są kol­cami malin i jeżyn. Ale kiedy stoi nago na pero­nie, pomię­dzy swo­imi przy­ja­ciół­kami, które wła­śnie przy­je­chały z mia­sta i opo­wia­dają o swoim świe­cie, nacie­ra­jąc się kre­mami, to Marta jest kró­lową. Stoi natu­ral­nie piękna, jej nagość jest czymś zwy­czaj­nym, codzien­nym, pod­czas gdy jej przy­ja­ciółki prze­bie­rają się w nagość i udają, że ją noszą. Mają gład­szą skórę i lśniące kształty, cza­sem pod naskór­kiem widzę zie­lone węże i smoki, które wygrze­wają się na słońcu. Pachną nie­zna­nymi per­fu­mami, a Marta pach­nie zie­mią, kapu­stą i pomi­do­rami. I pew­nie w mie­ście to one są pięk­niej­sze, one bar­dziej pasują do gorą­cych ulic, domów i zasty­głego powie­trza. Ale tu, pełna swo­body i wła­dzy, rzą­dzi bogini ziemi. Marta. Rzą­dzi i cho­dzi mię­dzy nimi, roz­no­sząc szklanki z lemo­niadą, rzu­ca­jąc cień na ich węże i smoki. Jej przy­ja­ciółki czują tę moc i milkną wtedy, patrząc za nią z zazdro­ścią. Wie­dzą, że one sta­rają się być piękne, a Marta po pro­stu jest pięk­nem. Tylko Sara jest inna, ale Sara to Sara, jasna sio­stra Marty. Sara nie patrzy, Sara nie zazdro­ści, ale Sara potrze­buje innych słów niż Marta i wła­snego miej­sca, nie można Sary wci­skać pomię­dzy lemo­niadę i nagie przy­ja­ciółki, więc dość teraz o Sarze i dalej o Mar­cie.

Cho­dzi po pero­nie i roz­daje lemo­niadę i wtedy patrzę na jej piękno i je chłonę i wiem, że Marty nie można z niego okraść. Wzro­kiem można ukraść piękno poży­czone, bo wzrok roz­po­znaje tę pożyczkę i wie już, że ono do czło­wieka nie należy. Ale samego piękna, któ­rym jest Marta kró­lowa, nie można skraść. Więc patrzę, jak cho­dzi, koły­sząc bio­drami, bosa i naga, z tacą pełną szkla­nek lemo­niady. Marta kró­lowa, Marta bogini.

* * *

Przy­ja­ciółki Marty, które przy­jeż­dżają, albo żony przy­ja­ciół mają inne ciała niż Marta, bo żyją w innym świe­cie. I może są tam kró­lo­wymi, ale tu nie. I mają też inne słowa, takie zagu­bione i obce naszemu dwor­cowi. Jedne cią­gle coś mówią, cią­gle chcą wszystko opo­wie­dzieć i wtedy słów jest dużo, słowa tracą zna­cze­nie i można słu­chać tylko melo­dii głosu. I cza­sem to melo­dia smutna, a cza­sem wesoła, ale naj­czę­ściej mono­tonna i nudna. Takie słowa mnie usy­piają, zwłasz­cza w lecie, i wtedy nie sły­szę wię­cej ich słów i nie widzę ich ciał, tylko śpię. Te usy­piające słowa rzu­cają cień na ciała kobiet i ich piękno sza­rzeje. Ale są też przy­ja­ciółki, które nic nie mówią, tylko cza­sem wzdy­chają i powie­dzą: jak tu pięk­nie. I cisza. A potem znów, znie­nacka, wes­tchnie­nie i jak tu pięk­nie. Takie są wtedy różne rytmy i melo­die słów na pero­nie. A Marta jest pomię­dzy nimi, bo nie mówi ani za dużo, ani za mało, tylko w sam raz. Wie, kiedy się mil­czy, i wie, kiedy trzeba się ode­zwać. Nie ucieka przed sło­wami, ale też nie zaga­duje rze­czy­wi­sto­ści. Mówi szep­tem albo na głos, ale zawsze wie, co chce powie­dzieć, i to mówi. Mate­usz jest inny, bo mówi mniej, niż ma słów. Widzę, że ma w sobie dużo słów i goto­wych zdań, ale macha ręką i rezy­gnuje z nich. Nie wygląda to dobrze, bo wycho­dzą z niego same takie ech, oj, no tak, chyba nie. Ale Mate­usz wie, co powie­dzieć, tylko nie mówi. Sie­dzą w nim te słowa, duszą się, a on nie pozwala im wyjść. Myślę, że je więzi, że je prze­trzy­muje w sobie, a potem zabija.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki